Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Nowy Książę - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 września 2026
38,45
3845 pkt
punktów Virtualo

Nowy Książę - ebook

W tej opowieści o młodych czarodziejach i czarownicach — urzekającej prostotą, bogactwem fantazji, wiejskimi pejzażami i światem beztroski, który dawno odszedł — każda czytelniczka i każdy czytelnik znajdą swoje miejsce. Bohaterowie mają do rozwiązania bardzo starą zagadkę, a zło śledzi każdy ich krok. Dopóki płonie Czarna Świeca Lojalności, przyjaciele mogą na sobie polegać. „Nowy Książę” to pełna magii opowieść o przyjaźni, pamięci i wyborze własnej drogi. Rekomendowany wiek: od 12 lat.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8467-326-3
Rozmiar pliku: 2,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ I
Pałac we mgle

Najpierw była mgła. Nie pojawiła się przed Filipem ani nie nadciągnęła od strony pól, lecz zdawała się istnieć wszędzie od początku, jakby świat nie został jeszcze skończony i ktoś zapomniał namalować na nim drzewa, drogi, domy oraz ludzi. Filip szedł przez tę biel w samej piżamie, bosymi stopami dotykając czegoś, co raz wydawało mu się mokrą ziemią, raz kamieniem, a raz miękkim śniegiem. Nie wiedział, dokąd idzie. Nie pamiętał też, skąd przyszedł. Najdziwniejsze było jednak to, że przez pierwszych kilka chwil wcale go to nie niepokoiło. Czuł jedynie przejmujące zimno i pewność, że jeśli będzie szedł prosto, prędzej czy później dotrze do miejsca, które na niego czeka. Dopiero kiedy uniósł głowę i zobaczył wysoko nad sobą ogromny księżyc otoczony żelaznymi chmurami, przyszło mu do głowy, że przecież powinien znajdować się gdzie indziej. Powinien spać. Powinien leżeć w swoim łóżku, w ciepłym pokoju, z zegarem świecącym na stoliku i szklanką wody, której nigdy nie wypijał do końca. Powinien słyszeć gdzieś za ścianą kroki Marty albo buczenie ogrzewania. Tymczasem słyszał szepty.

Zatrzymał się. Nie potrafił rozpoznać ani jednego słowa. Głosy nie dochodziły z konkretnego miejsca; były w powietrzu, pod ziemią, może nawet w jego własnej głowie. Jeden był niski, drugi dziecięcy, trzeci należał do kobiety, która mówiła bardzo szybko i jakby ze złością. Filip próbował odpowiedzieć, ale zanim otworzył usta, zimno uderzyło go z taką siłą, że aż się skulił. Przez chwilę miał wrażenie, że tysiące cienkich igieł wbijają mu się jednocześnie w plecy, ramiona i uda. Zacisnął zęby, a wtedy coś uderzyło go pod kolanami. Upadł. Twarzą znalazł się kilka centymetrów nad ziemią, której nadal nie potrafił zobaczyć. Oddychał szybko, wciągając lodowatą wilgoć, i pomyślał z rosnącym gniewem, że ma dość. Nie wiedział, gdzie jest, nie wiedział, kto zrobił mu ten idiotyczny żart, ale przysiągł sobie, że gdy tylko znajdzie odpowiedzialnego, urządzi mu takie piekło, że przez następne pięć lat będzie mógł wspominać ten dzień w każdym wywiadzie.

— Halo! — krzyknął, podnosząc się na łokciach. — Jeżeli ktoś mnie słyszy, to wystarczy. Naprawdę wystarczy. Nie wiem, co to ma być, ale to nie jest ani trochę zabawne.

Szepty ucichły natychmiast. Wtedy usłyszał tupot.

Najpierw pojedynczy, odległy i głuchy, jak uderzenia pięści w zamknięte drzwi. Po chwili drugi. Potem następne. Filip podniósł głowę i zobaczył, że biel przed nim zaczyna drżeć. Z mgły wysunął się łeb białego konia, potem drugi, trzeci, a za nimi cały zaprzęg. Konie były ogromne, prawie świecące w ciemności, ich grzywy oblepiał szron, spod kopyt wystrzeliwały kawałki lodu. Ciągnęły czarny powóz o wysokich oknach zasłoniętych bordowymi kotarami. Filip zerwał się z ziemi i odskoczył, lecz ledwie pierwszy powóz go minął, pojawił się następny. I następny. Dziesiątki. Niektóre miały złote koła, inne srebrne lampy, na jednym dostrzegł wymalowanego czarnego jelenia, na drugim bukiet czerwonych kwiatów, na trzecim dziwny znak przypominający koronę utkaną z gałęzi. Próbował zejść im z drogi, poślizgnął się i wpadł kolanami w kałużę. Jeden z koni przebiegł tak blisko jego głowy, że Filip poczuł na twarzy ciepło zwierzęcego oddechu.

Zamknął oczy.

Tupot trwał jeszcze kilka sekund, po czym zaczął cichnąć. Filip policzył do pięciu i ostrożnie uniósł powieki. Powozów już przy nim nie było. Mgła rozstąpiła się za to na tyle, żeby zobaczył prostą, kamienną drogę biegnącą między dwoma rzędami nagich drzew. Wszystkie zaprzęgi sunęły teraz daleko przed nim w jednym kierunku. Na końcu alei stał dom. Nie, nie dom. Pałac, choć Filip miał wrażenie, że słowo to jest zbyt skromne. Budowla była śnieżnobiała, szeroka, otoczona drzewami i światłami. Jej dachy piętrzyły się jeden nad drugim, w oknach płonęły setki świec, a ponad głównym wejściem wisiała wielka, złota kula. Mimo odległości Filip widział, że do środka wchodzą ludzie w eleganckich płaszczach i sukniach. Słyszał nawet muzykę, chociaż chwilę wcześniej nie słyszał niczego poza końmi.

— No świetnie — mruknął. — Przynajmniej ktoś urządza przyjęcie.

Ruszył w stronę rezydencji. Z każdym krokiem robiło mu się cieplej, jakby dom oddawał ciepło na całą okolicę. W połowie drogi zauważył coś jeszcze: bramę z ciemnego drewna, której wcześniej nie widział. Nad nią, na łuku z żelaza, wisiała złota kula, identyczna jak ta nad wejściem do pałacu. Pod kulą widniał napis. Filip podszedł bliżej, przetarł dłonią mokre litery i przeczytał:

WALDGRUN

Pod spodem wyryto rok: 1613. A jeszcze niżej, znacznie mniejszym pismem: Raczki. Nazwisko nic mu nie mówiło. Nazwa miejscowości także. Powtórzył ją jednak półgłosem, żeby ją zapamiętać.

— Raczki.

W tej samej chwili brama otworzyła się sama.

Za nią znajdował się ogród przykryty grubą warstwą śniegu. Pośrodku stała fontanna, która nie działała, lecz jej kamienne figury były dostatecznie osobliwe, żeby Filip zatrzymał się na moment. Dwie kobiety o rybich ogonach siedziały na sztucznej skale. Jedna trzymała szablę, druga ludzką głowę. Na twarzy tej drugiej zastygł łagodny uśmiech, jakby nie zauważyła, że trzyma za włosy odciętą głowę mężczyzny. Sople wisiały z kamiennych ramion, piersi i rybich łusek. Filip skrzywił się.

— Gustowne — zakpił.

Kiedy ruszył dalej, coś czarnego przemknęło wysoko nad drzewami. Z początku uznał, że to ogromny ptak, ale stworzenie miało zbyt długie nogi i poruszało się w sposób, który bardziej przypominał biegnącego przez powietrze człowieka. Przeleciało nad dachem pałacu i zniknęło za jednym z kominów. Filip stanął, spojrzał w górę i czekał, aż pojawi się ponownie. Tak się jednak nie stało. Przez kilka sekund widział tylko księżyc, lecz później jedno z okien na najwyższym piętrze zrobiło się czarne, jakby ktoś zgasił w nim wszystkie świece naraz.

— Nie patrzyłbym tam zbyt długo na pana miejscu.

Filip odwrócił się gwałtownie.

Za nim stał staruszek. Był niski, miał bardzo długi, granatowy płaszcz i kapelusz tak miękki i pomarszczony, że przypominał rozjechaną ropuchę. W jednej ręce trzymał gazetę, w drugiej metalową puszkę pełną ziaren słonecznika. Co kilka sekund brał jedno ziarenko, rozgryzał je i wypluwał łupinę w śnieg.

— Przepraszam?

— Zasugerowałem grzecznie, żeby pan tam nie patrzył. Dach dzisiaj jest w złym humorze. Hrabina kazała go rano uciszyć, ale nikt nie znalazł na to czasu.

Filip przez chwilę nie wiedział, czy się roześmiać, czy odejść.

— Kim pan jest?

— Dobry wieczór przede wszystkim — odparł starzec z pretensją. — Człowiek przyjeżdża po tylu latach, a dobrego wieczoru nie potrafi drugiemu życzyć.

— Ja nigdzie nie przyjechałem. Obudziłem się… to znaczy… — Filip urwał, bo sam usłyszał absurd własnych słów. — Nie wiem, co się dzieje. Czy pan mnie zna?!

Starzec spojrzał na niego znad gazety.

— Oczywiście, że pana znam.

— Zna mnie pan z telewizji?

— Nie oglądam telewizji, czy jak pan to nazwał.

— Z gazet?

— Z tych waszych? — prychnął. — Nie mam na to zdrowia.

— Więc skąd?

Starzec znowu zaczął czytać. Filip podszedł do niego o krok.

— Proszę pana, zadałem pytanie. Kilka, właściwie. Gdzie jestem? Co to za dom? Kim są Waldgrunowie? Dlaczego pan twierdzi, że mnie zna? I co to za ludzie? Jest druga w nocy? Trzecia? Nie wiem. A oni urządzają bal, jakby właśnie koronowano cesarza.

— Nie będziemy tak stali na zimnie — oświadczył starzec, zupełnie ignorując pytania. — Hrabina już pytała o pana dwa razy. Państwo młodzi też się niecierpliwią. A pan przychodzi bez płaszcza. Jak zwykle.

— Jak zwykle?

— Proszę wejść.

— Nigdzie nie wejdę.

Starzec westchnął i złożył gazetę. Dopiero teraz Filip dostrzegł jej pierwszą stronę. Nagłówek tworzyły nierówne, ciemnozielone litery:

DOMOWE CZARY

Pod spodem widniało zdjęcie kobiety stojącej przy kuchennym stole. Fotografia nie byłaby szczególnie interesująca, gdyby kobieta nie mieszała drewnianą łyżką w pustej misce, z której rosły maleńkie białe grzyby. Co więcej, zdjęcie się poruszało. Kobieta odłożyła łyżkę, spojrzała prosto na Filipa i pomachała mu. Filip cofnął się o krok.

— Co to jest?

— To, miły panie, jest gazeta.

— Zdjęcie się rusza.

— Zauważyłem wcześniej, ponieważ to moja gazeta.

— Zdjęcia się nie ruszają.

— Pańskie zdjęcia być może się nie ruszają. Te tutaj lubią rozrabiać.

Filip wyrwał starcowi gazetę z rąk. W prawym rogu widniała data: styczeń 1973. Spojrzał na mężczyznę.

— Mamy dziewięćdziesiąty drugi.

Starzec przez chwilę patrzył na niego ze zdziwieniem, a potem roześmiał się tak głośno, że ptaki zerwały się z jednego z drzew.

— Dobre. Naprawdę dobre. Hrabina będzie zachwycona.

— To nie jest żart!

— Naturalnie.

— Jest rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty drugi.

Starzec spoważniał.

— Tutaj jeszcze nie.

Filip poczuł, jak zimno, które wcześniej szczypało jedynie skórę, wchodzi mu gdzieś głębiej, w okolice klatki piersiowej.

— Co pan ma na myśli, mówiąc _tutaj jeszcze nie_?

Ale starzec już się odwrócił.

— Proszę za mną. Pański krawat jest bardzo ładny.

Filip spojrzał na siebie i dopiero teraz zauważył, że nie ma już piżamy. Stał w śniegu w białym garniturze, niebieskiej koszuli i zielonym krawacie. Przez kilka sekund wpatrywał się we własne ubranie, szukając racjonalnego wyjaśnienia. Sen. Oczywiście, że to sen. Wszystko od początku było snem. Mgła, konie, gazeta, starzec, zmieniające się ubrania. Kiedy zaakceptował tę myśl, poczuł ulgę.

Skoro śni, może równie dobrze wejść do środka.

Wnętrze pałacu było jeszcze bardziej przesadne niż jego fasada. Wielki hol tonął w ciepłym, złotawym świetle. Z sufitu zwisały kryształowe żyrandole, na ścianach wisiały obrazy, a z otwartych sal dochodziły muzyka, rozmowy, śmiech i stukanie kieliszków. Pachniało kwiatami, pieczonym mięsem, woskiem i czymś jeszcze — może cynamonem, może mokrym drewnem. Goście odwracali się w stronę Filipa, gdy przechodził. Niektórzy uśmiechali się do niego, inni kłaniali, jedna starsza kobieta przesłała mu pocałunek. Kilku mężczyzn podniosło kieliszki. Filip nie znał żadnego z nich, choć oni najwyraźniej znali jego.

— Kogo oni niby we mnie widzą? — zapytał starca.

— Pana widzą, widzą tylko pana.

— Co to za odpowiedź?

— Po prostu odpowiedź, tylko się panu nie podoba.

Starzec poprowadził go schodami na piętro. Tam muzyka ucichła. Korytarz był długi, wąski i wypełniony obrazami. Filip zwolnił, ponieważ pierwszy przedstawiał małą dziewczynkę stojącą na polu. Miała podarte spodenki, brudną bluzkę i bukiet maków oraz chabrów. Kiedy Filip przeszedł obok, dziewczynka odwróciła głowę i patrzyła za nim. Na kolejnym obrazie stary mężczyzna siedzący w fotelu zamknął książkę. Na następnym bociany krążyły nad mokrą łąką. Każdy obraz poruszał się delikatnie, ale nie tak jak film. Raczej jak wspomnienie, które nie potrafi rozpędzić się całkowicie.

— Gdzie idziemy?

Nie usłyszał odpowiedzi. Starca nie było.

Zatrzymał się. Z przodu widział szklane drzwi prowadzące na taras. Za nimi stało dwóch mężczyzn. Jeden był wysoki, szeroki w ramionach i ubrany w czarny płaszcz. Drugi wydawał się młodszy; miał włosy sięgające ramion, delikatne wąsy i niewielką bródkę. Rozmawiali cicho, ale Filip słyszał każde słowo, jakby stał tuż obok nich.

— Powinniśmy się cieszyć — powiedział ten w czarnym płaszczu — a jednak od rana mam takie uczucie, jakbym czekał na pogrzeb.

— Bartłomieju, od tygodnia prawie nie śpisz.

— Nie chodzi o sen, Dominiku. Dzisiaj coś się wydarzy.

— Urodził się następca. Na ten dzień wszyscy czekali.

— Właśnie dlatego się boję.

Dominik oparł ręce o balustradę.

— Nie zaczynaj znowu o Vardach.

— Dlaczego nie? Myślisz, że zapomnieli?

— Minęło osiemdziesiąt lat.

— Dla takich rodzin osiemdziesiąt lat to dwa wystawne obiady i pogrzeb ciotki.

Dominik parsknął śmiechem, lecz Bartłomiej pozostał poważny.

— Zwiększyłem ochronę wokół domu — ciągnął. — Na granicach ogrodu stoją ludzie Starszyzny. Każde wejście zostało zamknięte. Dach ma trzy warstwy zapór. Nawet studnia jest dziś głucha.

— To czego jeszcze chcesz?

Bartłomiej długo milczał.

— Żeby świt przyszedł szybciej.

Filip nacisnął klamkę szklanych drzwi. Chciał zapytać ich o Waldgrunów, Vardów, dziecko, rok 1973 i wreszcie o samego siebie. Zanim jednak wyszedł na taras, coś zatrzasnęło się za jego plecami. Odwrócił się. Korytarza nie było. Stał w parku. Śnieg sięgał mu do kostek. Pałac znajdował się kilkadziesiąt metrów dalej, choć przed sekundą Filip był w jego wnętrzu. Usłyszał za sobą trzask gałęzi. Zza buka wyszedł Bartłomiej. Mężczyzna zobaczył Filipa i znieruchomiał. Twarz mu pobladła.

— Ty!

Filip uniósł ręce.

— Świetnie. Może pan mi wreszcie wyjaśni, co się tutaj dzieje.

Bartłomiej cofnął się.

— Nie mogłeś tu wejść.

— Mnie również jest miło, że pana widzę.

— Nie mogłeś przekroczyć granicy.

— Jakiej granicy?

— Gdzie jest Vardo?

— Pan wybaczy, ale nie wiem, kto to jest Vardo.

Bartłomiej patrzył na niego tak, jakby Filip właśnie powiedział, że nie wie, czym jest słońce.

— Nie udawaj.

— Człowieku, widzę cię pierwszy raz w życiu!

Bartłomiej wsunął rękę pod płaszcz i wyjął cienką, ciemną witkę, nie dłuższą niż przedramię. Nie wyglądała jak broń. Przypominała kawałek starej gałęzi leszczyny, wypolerowanej od częstego używania. Mężczyzna zacisnął na niej palce i wrzasnął:

— Zostań tam!

— A jeśli nie?

— Filipie, zostań tam, gdzie stoisz.

Chłopak poczuł, jak wszystko w nim zamarza.

— Skąd znasz moje imię?

Bartłomiej także to usłyszał. W jego twarzy pojawiło się zdziwienie, jakby sam nie wiedział, dlaczego wymówił to imię.

— Ja…

Z ciemności dobiegł śmiech. Nie był głośny. Właśnie dlatego zabrzmiał tak paskudnie i złowrogo. Bartłomiej odwrócił głowę. Filip również spojrzał między drzewa, ale niczego nie zobaczył.

— Wracaj do domu! — wrzasnął Bartłomiej.

— Dokąd?!

— DO DOMU!

Uniósł witkę i przeciął nią powietrze. Ze szczytu gałązki nie wystrzelił żaden kolorowy błysk. Zamiast tego śnieg między nimi poderwał się nagle i ułożył w pionową ścianę. Bartłomiej dotknął jej dłonią, coś powiedział pod nosem, a lodowa zasłona popędziła między drzewami, łamiąc suche gałęzie. Gdzieś daleko coś zawyło.

Filip zrobił krok w tył.

— Co pan zrobił? Co to miało być?

— Uciekaj!

Nie zdążył. Ból pojawił się w brzuchu nagle i bez ostrzeżenia. Filip zgiął się wpół. Miał wrażenie, że coś dostało się pod jego skórę, znalazło wnętrzności i zaczęło ściskać je jeden organ po drugim. Upadł na kolana. Bartłomiej krzyknął, ale jego głos natychmiast zagłuszył huk dochodzący od strony pałacu. Jedno z okien eksplodowało. Potem drugie. Na piętrze pojawił się ogień. Nie był czerwony. Przynajmniej nie od razu. Najpierw miał kolor mleka, później zrobił się błękitny, a dopiero po chwili przeszedł w zwyczajny pomarańcz i rozlał się po dachu z niewiarygodną szybkością.

— Nie — powiedział Bartłomiej.

Po raz pierwszy nie brzmiał jak człowiek przestraszony. Brzmiał jak człowiek, który właśnie zobaczył spełnienie najgorszej przepowiedni swojego życia. Z pałacu dobiegły krzyki. Bartłomiej wyciągnął z kieszeni garść ziemi, choć Filip nie widział, żeby wcześniej ją tam wkładał. Zacisnął ją w dłoni, dmuchnął i powiedział:

— Leć do Marceliny. Powiedz tylko: dziecko. Stara droga. Natychmiast.

Ziemia z jego dłoni rozsypała się w powietrzu i zamieniła w stado małych, czarnych ptaków. Zerwały się w górę i poleciały w stronę lasu.

— Jakie dziecko? — wyszeptał Filip.

Bartłomiej spojrzał na niego. Za jego plecami pojawił się mężczyzna w czarnym płaszczu. Filip nie widział twarzy nieznajomego. Dostrzegł tylko białą dłoń i cienką witkę.

— Bartłomieju — powiedział przybysz niemal uprzejmie. — Zawsze byłeś najbardziej męczący.

Bartłomiej obrócił się i podniósł własną witkę. Nieznajomy był szybszy. Nie powiedział niczego. Po prostu złamał w palcach coś małego. Może pestkę, może suchą gałązkę. Bartłomiej zesztywniał. Pod skórą jego szyi pojawiły się czarne żyły.

— Nie! — Filip spróbował wstać.

Bartłomiej zachwiał się. Z ust popłynęła mu krew. Mimo to zdołał spojrzeć Filipowi prosto w oczy.

— Nie pozwól… — wyszeptał.

— Na co?!

— Żeby wrócił…

Mężczyzna upadł w śnieg. W tej samej chwili pałac stanął cały w ogniu. Okna pękały jedno po drugim, ludzie wybiegali do ogrodu, ktoś krzyczał imię dziecka, ktoś inny próbował gasić płomienie wodą z fontanny. Kamienne syreny zaczęły płakać. Jedna wypuściła z ręki szablę. Filip zobaczył kobietę w białej sukni biegnącą po schodach z małym zawiniątkiem przyciśniętym do piersi. Zanim dotarła do drzwi, sufit zawalił się nad jej głową.

— NIE!

Filip rzucił się w stronę domu. Ktoś złapał go od tyłu. Nie widział kto. Poczuł tylko ramiona oplatające jego klatkę piersiową i szarpnięcie tak silne, że stopy oderwały mu się od ziemi.

— Puść mnie! Tam jest dziecko!

Mgła zamknęła się wokół niego. Pałac zniknął. Krzyki jednak trwały. Filip szarpał się, przeklinał, próbował uderzać napastnika łokciami, lecz nie czuł już żadnych ramion. Stał sam na kamiennej drodze. Przed nim nie było białej rezydencji, tylko ogromna ściana ognia. Spośród płomieni dobiegł go głos. Nie potrafił rozpoznać, czy należał do kobiety, mężczyzny czy dziecka.

— Filipie.

Zamarł.

— Filipie Waldgrun.

— Nie nazywam się Waldgrun!

— Jeszcze nie.

Ogień ruszył w jego stronę. Filip obudził się z krzykiem.

Siedział na środku wielkiego łóżka z baldachimem, całkowicie mokry od potu. Przez kilka sekund nie wiedział, gdzie jest. Szukał wzrokiem płonących okien, drzew, śniegu, leżącego Bartłomieja. Zobaczył tylko ciemną sypialnię, ciężkie zasłony, fotel z rzuconą na niego marynarką i zielone cyfry elektronicznego zegara. 04:02

Oddychał tak szybko, że zabolała go klatka piersiowa. Dotknął brzucha. Nic. Żadnej rany. Odrzucił kołdrę, obejrzał ręce, nogi, koszulkę. Był cały.

— Marta! — zawołał Filip, podnosząc się gwałtownie na łóżku. Przez kilka sekund nasłuchiwał, ale w domu panowała cisza. — Maaartooo! — powtórzył znacznie głośniej, tym razem tonem człowieka, który nie zamierzał czekać ani chwili dłużej.

Po chwili drzwi otworzyły się z rozmachem. Do pokoju wbiegła młoda kobieta w długiej koszuli nocnej pokrytej drobnymi rumiankami. Włosy miała związane byle jak z tyłu głowy, na jednym policzku odciśnięty ślad poduszki, a jej twarz wyraźnie informowała, że wyrwano ją ze snu zdecydowanie za wcześnie. Zatrzymała się przy łóżku i natychmiast spoważniała, widząc Filipa siedzącego pod ścianą.

— Co się stało? Źle się pan czuje? — zapytała Marta, przyglądając mu się uważnie. — Mam zadzwonić po lekarza? Przynieść leki? Wygląda pan tak, jakby zobaczył pan ducha.

— Jaki mamy rok? — zapytał Filip.

Marta znieruchomiała. Spośród wszystkich pytań, jakich spodziewała się o czwartej nad ranem, tego najwyraźniej nie brała pod uwagę.

— Słucham? — upewniła się, marszcząc czoło. — Pyta mnie pan, który mamy rok?

— Rok, Marta. Zwykły rok. Cztery cyfry. Powiedz mi, który mamy rok — nalegał Filip, a w jego głosie nie było ani śladu żartu.

— Tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty drugi — odpowiedziała powoli, wciąż mu się przyglądając.

— Na pewno? Nie dziewięćdziesiąty pierwszy? Nie dziewięćdziesiąty trzeci?

— Panie Filipie, mamy tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty drugi rok. Jest trzeci stycznia, kilka minut po czwartej nad ranem, a ja stoję w pańskiej sypialni w koszuli nocnej w rumianki i potwierdzam datę. Chce pan jeszcze wiedzieć, kto jest prezydentem, czy to wystarczy, żeby wrócił pan do naszej rzeczywistości?

Filip opadł na poduszki i przetarł twarz obiema dłońmi.

— Nie żartuj. Naprawdę przez chwilę nie wiedziałem, gdzie jestem.

— To pan obudził mnie pytaniem o rok — zauważyła Marta, ale ironia zniknęła z jej twarzy, kiedy podeszła bliżej. Dopiero teraz zobaczyła, jak bardzo Filip jest blady. — Śniło się panu coś? Wygląda pan tak, jakby ten sen wcale się nie skończył.

— Głupi sen, nic więcej — odpowiedział Filip, choć powiedział to zbyt szybko, żeby zabrzmiało przekonująco. Spojrzał na nią trochę zawstydzony i poprawił kołdrę. — Byłem na jakimś przyjęciu. W ogromnym pałacu, chyba gdzieś na wsi. Była mgła, konie, mnóstwo ludzi ubranych tak, jakby wszyscy pomylili stulecia. Najdziwniejsze było to, że oni mnie znali. Podchodzili, rozmawiali ze mną, patrzyli na mnie, jakbym powinien wiedzieć, kim są, a ja nie znałem nikogo. Potem dom zaczął płonąć.

Marta usiadła na brzegu łóżka i przez moment patrzyła na niego z powagą, po czym kącik jej ust drgnął.

— To brzmi bardziej jak pański ostatni sylwester niż sen. Mgła, ludzie, których pan nie pamięta, i pożar na końcu. Brakuje tylko dziennikarzy pod drzwiami.

— Marta — upomniał ją Filip, choć tym razem bez większego przekonania.

— Już dobrze, nie żartuję — odpowiedziała, unosząc dłonie w geście kapitulacji. — Było tam coś jeszcze? Coś, co tak pana przestraszyło, że musiał pan sprawdzić, w którym jest roku?

Filip chciał powiedzieć: Bartłomiej. Chciał powiedzieć: dziecko. Chciał powiedzieć: Waldgrun. Wszystkie te słowa miał w głowie, wyraźne i ciężkie, a jednak kiedy otworzył usta, wypowiedział zupełnie inne.

— Raczki — powiedział cicho. — Właśnie to pamiętam najwyraźniej. Raczki.

Marta zmarszczyła czoło.

— Co to jest? Nazwisko? Miejsce?

— Chyba miejscowość. Znasz jakąś wieś o takiej nazwie? — zapytał Filip, prostując się ponownie. — Raczki. Nie wiem, gdzie leżą, ale jestem pewien, że właśnie tak się nazywały.

— Nie znam. Przynajmniej nic mi ta nazwa nie mówi — odpowiedziała Marta. — Mogę jutro sprawdzić w atlasie albo zadzwonić gdzieś i zapytać.

— Sprawdź to dla mnie jutro. Dokładnie. Chcę wiedzieć, gdzie to jest i czy znajduje się tam jakiś stary pałac albo majątek.

— Dzisiaj — poprawiła go z lekkim uśmiechem. — Jest po czwartej, więc technicznie rzecz biorąc, zrobię to jeszcze dzisiaj. Ale pozwolę panu przez kilka godzin udawać, że noc nadal trwa.

— Dobrze, dzisiaj. I sprawdź wszystko, co znajdziesz — powiedział Filip. — Nie tylko adres. Historię miejscowości, stare budynki, nazwiska właścicieli. Cokolwiek.

Marta wstała i poprawiła koszulę.

— Zrobię to. A teraz może przyniosę panu coś do picia? Wodę, mleko, herbatę? Skoro już oboje nie śpimy, przynajmniej jedno z nas może zachowywać się rozsądnie.

Filip zastanowił się przez chwilę.

— Zieloną herbatę. Mocną, najlepiej taką, żeby postawiła człowieka na nogi.

— O czwartej rano? — zapytała Marta z niedowierzaniem. — Pan przed chwilą chciał się upewnić, który mamy rok, a teraz zamierza się pan pobudzać?

— W takim razie dodaj ginu — odparł Filip zupełnie poważnie. — Może jedno z drugim się zrównoważy.

Marta popatrzyła na niego bez słowa. Filip wytrzymał jej spojrzenie przez kilka sekund, po czym uniósł brwi.

— Nie patrz tak. Sam sen był wystarczająco nieprzyjemny, nie potrzebuję jeszcze moralnego osądu we własnej sypialni.

— Wcale pana nie osądzam — odpowiedziała Marta, choć jej mina mówiła coś dokładnie przeciwnego. — Próbuję tylko ustalić, czy zielona herbata z ginem jest napojem, czy już wołaniem o pomoc.

— Patrzysz.

— To przez sen?

— Nie. Gin jest przez ciebie — odpowiedział Filip, a na jego twarzy po raz pierwszy pojawił się cień uśmiechu.

Marta pokręciła głową i ruszyła w stronę drzwi, ale zanim zdążyła nacisnąć klamkę, Filip ponownie ją zatrzymał.

— Marta, jeszcze jedno. Gdyby ktoś zadzwonił rano, nikogo nie ma — powiedział, układając się z powrotem na poduszkach. — Nie chcę z nikim rozmawiać, dopóki nie dowiesz się czegoś o tych Raczkach.

Marta odwróciła się i oparła dłonią o klamkę.

— Nawet gdyby zadzwoniła pańska matka? — zapytała z wyraźną satysfakcją, jakby znała już odpowiedź.

— Szczególnie gdyby zadzwoniła moja matka.

— A redakcja? Mieli dzwonić rano w sprawie tekstu.

— Nie ma mnie.

— Telewizja?

— Tym bardziej mnie nie ma.

— Pański agent?

Filip zastanowił się przez chwilę, po czym westchnął.

— Jemu powiedz, że umarłem.

— To raczej utrudni panu resztę tygodnia — zauważyła Marta. — Poza tym znając go, najpierw sprzeda nekrolog, a dopiero później sprawdzi, czy to prawda.

Filip skrzywił się.

— Słuszna uwaga. W takim razie powiedz, że śpię i mam kategoryczny zakaz budzenia.

— To już brzmi znacznie wiarygodniej — stwierdziła Marta. — Zielona herbata, gin, Raczki i oficjalna nieobecność dla całego świata. Czy to wszystko?

— Na razie tak. A, Marta… — Filip zawahał się i spojrzał na nią poważniej. — Jeśli znajdziesz tę miejscowość, nie dzwoń nigdzie. Najpierw powiedz mnie.

Marta przyjrzała mu się przez moment, tym razem bez uśmiechu.

— Dobrze. Najpierw panu — obiecała. — A teraz proszę spróbować nie przenieść się do innego stulecia, zanim wrócę z herbatą.

Zamknęła za sobą drzwi, a Filip został sam. Jeszcze przez chwilę patrzył w miejsce, w którym stała, po czym przeniósł wzrok na ciemne okno. Sen powinien już zacząć blaknąć, jak wszystkie sny po przebudzeniu, ale zamiast tego stawał się coraz wyraźniejszy. Mgła, konie, płonący pałac i ludzie, którzy znali jego twarz. Spośród wszystkich obrazów najuporczywiej powracało jednak jedno słowo, zupełnie obce, a zarazem dziwnie znajome.

— Raczki.

Nie uspokoiło. Oparł czoło o zimną szybę.

— Waldgrun — powiedział cicho. Nic się nie wydarzyło. — Bartłomiej. — Także nic. Dopiero gdy po raz trzeci wypowiedział nazwę wioski, lampka stojąca przy łóżku zamigotała.

— Raczki.

Zgasła. Filip odwrócił się. W ciemnym pokoju przez krótką chwilę pachniało dymem, mokrą ziemią i jabłkami. A potem, zupełnie wyraźnie, ktoś zapukał trzy razy po drugiej stronie ściany.ROZDZIAŁ II
Dom, którego nie policzono

W Raczkach śnieg padał od trzech dni i nikt już specjalnie nie zwracał na niego uwagi. Zasypał rowy przy drodze, płoty, krzewy porzeczek i niskie dachy szop, przycisnął do ziemi suche łodygi zeszłorocznych kwiatów i przykrył cienką warstwą lodu niewielkie oczko wodne za domem państwa Lubińskich. Tego ranka niebo było tak jasnoszare, że trudno było powiedzieć, gdzie kończą się chmury, a zaczyna biel pól. Od czasu do czasu od strony wsi dobiegał odgłos szczekającego psa albo metaliczny stuk łopaty o chodnik, poza tym panował spokój charakterystyczny dla miejsc, w których zima ogranicza życie do kilku najpotrzebniejszych czynności: rozpalenia w piecu, przyniesienia drewna, nakarmienia zwierząt i sprawdzenia, czy rury nie zamarzły. W takim właśnie spokoju stał dom Lubińskich, niewielki, ciemnobrązowy, z jednym kominem i dwoma oknami od strony drogi. Gdyby ktoś przechodził obok po raz pierwszy, uznałby zapewne, że jest to stara altanka postawiona na działce większej niż potrzeba. Gdyby wszedł do środka, musiałby natomiast uznać, że albo pomylił dom, albo świat przez chwilę przestał trzymać się własnych wymiarów.

Na planach Raczków były trzy rzędy po dziesięć działek. Tak samo twierdziła gmina, listonosz i niemal wszyscy mieszkańcy. Trzydzieści działek, trzydzieści domów i ani jednego więcej. Dom Lubińskich stał jednak pomiędzy numerem dwadzieścia cztery a dwadzieścia pięć, na kawałku ziemi, którego nie zaznaczono na żadnej mapie. Nie miał numeru, a mimo to poczta trafiała bez problemu. Nawet geodeta, którego kilka lat wcześniej wysłał urząd, wrócił do domu z przekonaniem, że wszystko jest w porządku, chociaż przez trzy godziny chodził po ogrodzie, mierzył płot i co kilka minut powtarzał, że czegoś mu brakuje. Brakowało mu oczywiście całego domu, lecz tego nie zauważył. Państwo Lubińscy nie uważali tego za nic szczególnego. Domy magiczne miały swoje przyzwyczajenia, a ten od dawna nie życzył sobie zostać policzonym.

Maksymilian Lubiński zamiatał właśnie podłogę w dużym pokoju. Miał trzynaście lat, ciemne włosy, brązowe oczy i wyjątkowo niewiele cierpliwości do kurzu. Sprzątał od rana, ponieważ dwa dni później miał wrócić do nauki i wiedział, że jeżeli teraz nie zrobi porządku, nie zrobi go przez następne tygodnie. Przesunął fotel, zamiótł pod nim okruszki, znalazł starą monetę, dwa guziki i wysuszoną skórkę mandarynki. Monetę wsunął do kieszeni, guziki położył na stole, a skórkę wrzucił do żeliwnego pieca stojącego przy ścianie. Piec prychnął.

— Nie marudź — powiedział Maks.

Piec prychnął drugi raz, znacznie głośniej.

— Przecież była sucha.

Z wnętrza dobiegło ciche dudnienie.

— Dobrze. Następnym razem dam ci drewno.

Piec ucichł.

Dla Maksa taka rozmowa nie była niczym wyjątkowym. W jego domu przedmioty odzywały się często, choć rzadko pełnymi zdaniami. Drzwi wejściowe skrzypiały inaczej, gdy przychodził ktoś obcy, a inaczej, gdy wracali domownicy. Łyżki w szufladzie dzwoniły, kiedy zbliżała się burza. Zegar nad stołem stawał dokładnie o tej godzinie, o której ktoś w domu kłamał, choć nigdy nie chciał zdradzić kto. Najbardziej kłopotliwy był piec, ponieważ obrażał się o byle co i czasem potrafił przez pół dnia nie przyjmować drewna, jeśli ktoś wcześniej wrzucił do niego coś, czego nie lubił. Ojciec Maksa twierdził, że piec odziedziczył charakter po jego pradziadku, który go postawił, a matka odpowiadała wtedy, że to niemożliwe, bo pradziadek był człowiekiem znacznie przyjemniejszym.

Maks podszedł do okna. W ogrodzie wszystko było białe. Stary wiatraczek stojący przy oczku wodnym obracał się mimo braku wiatru, bardzo wolno, jakby sam dla siebie. Na płocie siedziały dwa wróble. Jeden z nich dziobał metalowy drut, drugi przyglądał mu się z wyraźnym zniecierpliwieniem.

— Nie zjesz tego — powiedział Maks do szyby.

Wróbel spojrzał w jego stronę.

— Próbować można — odezwał się cieniutki głos.

Maks odsunął się od okna.

— Co?

Ptak znów dziobnął drut.

— Powiedziałem, że próbować można.

Maks przez chwilę patrzył na niego bez słowa, potem westchnął.

— Nie mam dzisiaj czasu.

— My też nie.

Oba wróble odleciały.

Maks pokręcił głową i wrócił do sprzątania. Zwierzęta nie mówiły często. Właściwie większość nie robiła tego nigdy, ale czasem zimą, szczególnie przed zmianą pogody, niektórym zdarzało się ponarzekać. Matka twierdziła, że przyroda wtedy „przesiąka”, choć nigdy nie wyjaśniła czym. Maks uważał, że to jedna z tych odpowiedzi dorosłych, które miały zakończyć pytanie, a nie na nie odpowiedzieć.

Z kuchni dochodził zapach suszonej mięty i chleba. Na stole leżała deska, na niej połowa bochenka przykryta lnianą ściereczką. Maks odkroił sobie kromkę, posmarował masłem i już miał usiąść, gdy usłyszał świst za oknem. Nie musiał sprawdzać. Po chwili coś uderzyło w śnieg przed domem.

— Auu!

Maks otworzył drzwi i zobaczył Oliwera leżącego na plecach w śniegu, częściowo zasypanego białym puchem. Kilkadziesiąt centymetrów dalej z zaspy sterczała krótka miotła, wbita w nią przodem pod takim kątem, że trudno było uznać całe zdarzenie za zamierzone lądowanie.

— Pięknie. Bardzo elegancko — ocenił Maks, pomagając przyjacielowi usiąść.

Oliwer otrzepał czapkę i oznajmił, że zamarzły mu obie ręce, choć lewa zdecydowanie bardziej. Kiedy Maks zasugerował, że następnym razem mógłby skorzystać z furtki, chłopak przypomniał mu z godnością, że furtka nie lata.

— Ty przed chwilą też miałeś z tym problem.

— Przez śnieg. Jest zdradliwy.

— Leży sobie spokojnie.

— Właśnie. Czeka.

Maks podał mu rękę. Oliwer był od niego niższy, miał jasne włosy, bardzo niebieskie oczy i twarz człowieka, który niemal bez przerwy wymyśla coś, czego rozsądniej byłoby nie robić. Kiedy stanął na nogach, wyciągnął miotłę z zaspy i z niepokojem obejrzał jej wygięty przód. Stwierdził, że matka go zabije, a naprawianie szkody nie ma większego sensu, ponieważ i tak natychmiast zauważy, że coś się wydarzyło.

— To nie magia — stwierdził Maks. — To mama.

— Właśnie dlatego się boję.

Weszli do domu. Drzwi skrzypnęły dwa razy na powitanie, co Oliwer przyjął z zadowoleniem, uznając, że po tylu latach budynek powinien już nie tylko go rozpoznawać, lecz także akceptować. Zdjął mokry płaszcz, rękawiczki i szalik, po czym podszedł do pieca i wyciągnął ku niemu dłonie. Gdy zauważył, że w kuchni jest zimno, piec prychnął urażony i wypuścił przez szczelinę niewielką chmurkę popiołu.

— Obraziłem go?

— Możliwe. Rano rzuciłem mu skórkę mandarynki.

— To wiele wyjaśnia.

Po chwili kafle zrobiły się wyraźnie cieplejsze, więc Oliwer oparł o nie dłonie i z westchnieniem oznajmił, że tęsknił za tym domem. Maks przypomniał mu, że był tutaj trzy dni wcześniej, ale przyjaciel uznał, że wtedy nie potrafił właściwie docenić ogrzewania, ponieważ posiadał jeszcze czucie w palcach. Maks podał mu kromkę chleba, a sam wrócił do stołu i sterty rzeczy, które od rana próbował uporządkować.

Oliwer szybko zauważył, że przyjaciel sprząta z własnej woli, co uznał za objaw choroby. Maks wyjaśnił, że rodzice wrócą późno i chce skończyć wszystko przed ich przyjazdem. Propozycję przyspieszenia pracy za pomocą czynienia odrzucił, zanim Oliwer zdążył ją dokładnie przedstawić.

— Ostatnim razem kurz wylądował w zupie.

— To był błąd orientacyjny.

— Mama do dziś znajduje pietruszkę za szafą.

Oliwer roześmiał się i obiecał, że tym razem będzie grzeczny, co Maks uznał za jeszcze bardziej niepokojące niż propozycję użycia magii. Przez następnych kilka minut jedli w ciszy. Za oknem znów zaczął padać drobny śnieg, płatki przyklejały się do szyby i powoli znikały, w kranie monotonnie kapała woda, a zegar nad stołem wskazywał dziesięć minut po dwunastej.

Oliwer przypomniał, że pojutrze wracają do szkoły, i oznajmił, że zupełnie nie ma na to ochoty. Maks przyznał, że trochę się cieszy, czym ponownie naraził się na podejrzenie choroby. Przez chwilę spierali się o to, czy nocne czytanie książek historycznych dla przyjemności rzeczywiście czyni Oliwera mniej dziwnym od człowieka, który lubi się uczyć, ale rozmowa szybko straciła lekki ton.

— Wiesz, co jest najgorsze? — zapytał w końcu Maks.

Oliwer wymienił wstawanie, zimne sale i jaglankę na śniadanie, lecz żadna odpowiedź nie była właściwa. Maks przez chwilę obracał kromkę chleba w palcach, po czym przyznał, że od kilku dni nie może pozbyć się wrażenia, że coś się wydarzy. Nie miał snów ani żadnego konkretnego znaku, Dom również zachowywał się wyjątkowo spokojnie, a jednak w żołądku stale czuł ciężką kulę, której nie potrafił sobie wytłumaczyć.

Oliwer przestał żartować.

— Powiedziałeś rodzicom?

Maks zawahał się.

— Wczoraj wieczorem studnia zadzwoniła.

— Jak to „zadzwoniła”?

— Normalnie. Jak dzwonek. Tylko że przy studni nie mamy żadnego dzwonka.

Oliwer spojrzał na niego uważniej. Maks wyjaśnił, że ojciec słyszał ten dźwięk i uznał go za odgłos pracującego pod lodem gruntu, ale sam nie był do tego przekonany. Przez kilka sekund obaj milczeli, słuchając kapania wody i cichego trzaskania drewna w piecu.

— Wierzysz mu? — zapytał w końcu Oliwer.

Maks spojrzał przez okno w stronę ogrodu.

— Nie bardzo.

— Ja też nie.

Zanim zdążyli powiedzieć coś jeszcze, z pieca dobiegło głośne stuknięcie. Obaj spojrzeli w jego stronę. Drugie stuknięcie. Trzecie. Piec otworzył małe żeliwne drzwiczki. Ze środka wysunął się zwinięty pakiet gazet przewiązany sznurkiem.

— Prasa — powiedział Maks.

Oliwer od razu wstał.

— Pokaż, proszę.

— Jeszcze gorące.

— Mam rękawiczki, weź parę.

— Zdjąłeś. To założę!

Maks wyciągnął pakiet szczypcami i położył na stole. Sznurek sam się rozwiązał, gazety rozsunęły jak wachlarz. Na wierzchu leżała „Wieść”, dziennik magiczny. Pod nią znajdowała się „Domowa Praktyka”, tygodnik jego matki, „Historia Żywa”, którą czytał ojciec, oraz cienkie pismo dla młodzieży zatytułowane „Iskra”. Oliwer chwycił „Iskrę”.

— O, patrz. Nowe czynienia.

— Nie próbujemy żadnych.

— Nawet o żadnym jeszcze ci nie przeczytałem.

— Właśnie dlatego mówię z wyprzedzeniem.

Oliwer rozłożył gazetę.

— „Pięć sposobów na rozmowę ze śniegiem”.

Maks spojrzał na niego.

— Nie, wiosną znika i jest ci tych rozmów żal.

— „Jak nauczyć miotłę wracać do domu”.

— Przydałoby ci się.

— „Czy można przechować lato w słoiku?”

— To akurat ciekawe.

— Ha!

— Przeczytać można.

— Jest też ogłoszenie. Wiosną przyjeżdża wymiana.

Maks odłożył nóż.

— Jaka wymiana?

Oliwer przesunął palcem po kolumnie.

— Młodzi magiczni z Niemiec, z Finlandii i chyba z Czech. Mają odwiedzać różne miejsca w Polsce. „Poznawać lokalne tradycje, sposoby czynienia, mowę roślin, wiejskie praktyki ochronne…”

— Pokaż, proszę.

Maks wziął gazetę. W artykule rzeczywiście zapowiadano przyjazd kilkunastu młodych ludzi. Część miała zatrzymać się na dłużej w ich ośrodku nauki. Wspomniano też o uroczystym spotkaniu z członkami Starszyzny.

— Będzie ciekawie — powiedział Oliwer.

— Albo męcząco.

— Zagraniczni zawsze są ciekawi.

— Skąd wiesz?

— Nigdy żadnego nie poznałem…

— Właśnie.

Oliwer wzruszył ramionami.

— Dlatego.

Piec znowu stuknął. Maks popatrzył na niego.

— Jeszcze coś?

Z wnętrza wypadła mała koperta. Potem druga. Potem trzecia. I czwarta. Ostatnia była zielona. Leżała przez chwilę na podłodze, po czym sama przesunęła się w stronę Maksa. Oliwer spojrzał na niego.

— To do ciebie.

— Widzę.

Na kopercie nie było znaczka ani nazwiska nadawcy. Widniał tylko napis: Maksymilian Lubiński Raczki Dom bez numeru Niżej ktoś dopisał: Pilne.

— Otwieraj — powiedział Oliwer.

— Poczekaj.

Maks dotknął koperty. Papier był ciepły.

— Dziwne.

— Co?

— Pachnie dymem.

Oliwer nachylił się.

— Rzeczywiście.

Maks rozerwał kopertę. W środku znajdowała się jedna ręcznie zapisana kartka. Już po pierwszym zdaniu jego twarz spoważniała, więc Oliwer natychmiast przestał zajmować się jedzeniem i zapytał, co się stało.

— Wczoraj wieczorem był pożar w ośrodku — powiedział Maks, przesuwając wzrokiem po kolejnych linijkach. — Dziesięć osób rannych, na szczęście nikt nie zginął. Budynek zamknięto do odwołania.

Oliwer wyprostował się na krześle i od razu zapytał o powrót. Maks doczytał następny fragment i potwierdził, że pojutrze nigdzie nie jadą. Na twarzy przyjaciela pojawiła się radość, którą próbował ukryć może przez pół sekundy, po czym uniósł ręce w geście zwycięstwa.

— Wolność!

— Nie ciesz się tak. Piszą, że nauka będzie zorganizowana inaczej. Jeszcze nie wiedzą jak.

— Ale pojutrze nie jedziemy?

— Nie.

— To najważniejsze. Czytaj dalej.

Maks zrobił to, lecz po chwili jego mina stała się jeszcze dziwniejsza. Aleksandra najwyraźniej zgłosiła Starszyźnie, że Lubińscy mają kilka wolnych pokoi na strychu, dlatego część uczniów z zagranicy, którzy po pożarze zostali bez miejsca pobytu, miała tymczasowo zamieszkać właśnie tutaj. Trzy osoby, przez co najmniej miesiąc.

Oliwer powoli odłożył chleb.

— U ciebie? Trzech?

— Tak.

— To jest najlepszy pożar w historii.

Maks spojrzał na niego surowo.

— Dziesięć osób zostało rannych.

— Źle to ująłem.

— Bardzo źle.

— Chodziło mi o to, że konsekwencje organizacyjne są dla nas interesujące.

— Brzmi jeszcze gorzej.

Oliwer westchnął i przyznał, że pożar jest oczywiście straszny, ale perspektywa pojawienia się zagranicznych gości w domu Lubińskich wydaje mu się ciekawa. Maks nie odpowiedział. Czytał już końcową część listu i nagle zatrzymał wzrok na jednym z akapitów.

— O nie.

— Jeszcze coś?

— Dziewczyna z Raczków. Julia Orzechowska, trzynaście lat. Obudziła jej się magia.

Oliwer przez chwilę patrzył na niego, jakby nie zrozumiał.

— Tutaj? W Raczkach?

— Trudno, żeby w Raczkach położonych gdzie indziej.

— Znamy ją?

— Może z widzenia. Ale to nie jest najgorsze.

Maks podał mu kartkę i wskazał właściwy fragment. Starszyzna zdecydowała, że ponieważ Julia była w ich wieku i mieszkała niedaleko, pierwszych podstaw czynienia mieli nauczyć ją Maks, Oliwer i Kasia. Oliwer przeczytał ten akapit dwa razy, po czym zaczął się śmiać.

— My mamy kogoś uczyć magii?

— Tak.

— Przecież sami nie znamy wszystkich podstaw.

— Wiem.

— Kto to wymyślił?

Maks wskazał podpis znajdujący się na dole listu. Oliwer przeczytał nazwisko Dominika Turzycy i pokręcił głową z powagą.

— To człowiek nieodpowiedzialny.

— Jest członkiem Starszyzny.

— Jedno nie wyklucza drugiego.

Maks odłożył list. Przez chwilę siedzieli w ciszy. Piec mruczał spokojnie. Musiał przestać się dąsać, bo w pomieszczeniu zrobiło się ciepło i przytulnie. Za oknem śnieg padał coraz mocniej.

— Czyli — zaczął Oliwer — nie wracamy do nauki, przyjeżdżają do ciebie zagraniczni, mamy uczyć dziewczynę z Raczków, Julię, a twój dom od rana rozmawia z piecem i wróblami.

— Dom nie rozmawia z wróblami.

— Ty rozmawiałeś.

Maks spojrzał na niego.

— Słyszałeś?

— Nie. Ale widziałem przez okno, jak coś do nich mówiłeś.

— Jeden odpowiedział.

Oliwer przestał się uśmiechać.

— Naprawdę?

— Poważnie!

— Dzisiaj?

— Przed twoim przylotem.

Oliwer podszedł do okna.

— To dziwne.

— Trochę.

— Bardzo dziwne. Dziwne jak dziwność.

Zaczęli się śmiać. Maks wziął list ponownie.

— Julia ma przyjść jutro.

— Sama?

— Chyba z matką.

— I co jej powiemy?

— Prawdę.

— Jaką?

Maks spojrzał na niego zniecierpliwiony.

— Że jest magiczna.

— To nie jest prawda. To jest sucha informacja. A skoro wie, że ma tutaj przyjść, zna z pewnością także cel tej wizyty.

— Oliwer.

— No co? Wyobraź sobie, że ktoś przychodzi do ciebie i mówi: „Dzień dobry, od dzisiaj drzewa mogą pana słyszeć, ogień ma charakter, a jeśli źle zagotuje pan mleko, może panu wywróżyć śmierć”.

— Mleko nie przepowiada śmierci.

— U mojej ciotki przepowiedziało.

— Twoja ciotka zostawiła je na piecu przez trzy godziny. Też byś złorzeczył.

Maks roześmiał się mimo wszystko.

— Pomożesz?

— Oczywiście.

Oliwer podszedł i usiadł obok niego.

— Zawsze pomagam.

Maks popatrzył na przyjaciela.

— Nawet jak nie proszę.

— Szczególnie wtedy.

Przez chwilę patrzyli na list. Potem Oliwer odezwał się ciszej:

— A ten pożar?

— Co?

— Myślisz, że był przypadkiem?

Maks nie odpowiedział. W tym samym momencie zegar nad stołem zatrzymał się. Sekundnik stanął. Obaj spojrzeli w górę.

— Ktoś kłamie — powiedział Oliwer.

— Nikogo poza nami nie ma.

— Ja nie kłamię.

— Ja też nie mam powodu, żeby kłamać.

Zegar nadal stał. Maks wstał.

— Może się zepsuł.

Sekundnik ruszył. Oliwer popatrzył na niego.

— Właśnie skłamałeś.

Maks nie odpowiedział.

Kasia przyjechała godzinę później. Nie na miotle, lecz zwyczajnie, rowerem, który prowadziła przez śnieg, przeklinając pod nosem przez całą drogę od furtki. Miała różową czapkę, zielony szalik i policzki czerwone od mrozu. Gdy weszła do środka, najpierw przytuliła Maksa, potem Oliwera, a następnie podeszła do pieca.

— Zimno.

Piec prychnął. Kasia spojrzała na niego.

— Co mu?

— Mandarynka — powiedzieli jednocześnie chłopcy.

— Nie chcę wiedzieć.

Usiedli przy stole. Maks podał jej list. Przeczytała go dwa razy.

— Julia Orzechowska?

— Znasz? — zapytał Maks.

— Kojarzę. Mieszka chyba przy parku.

— Jaka jest?

— Normalna.

Oliwer jęknął.

— Świetna charakterystyka.

— A co mam powiedzieć? Blondynka, wysoka, raczej cicha. Chodziła chyba do klasy z córką pani Węgrzyn. Widziałam ją kilka razy.

— I nic nie zauważyłaś? — zapytał Maks.

— A co miałam zauważyć? Że świeci?

— Nie.

— Że rozmawia z drzewami?

Oliwer spojrzał na Maksa.

— Dzisiaj to może być znak!

Maks kopnął go pod stołem.

— Ała.

Kasia odłożyła list.

— To kiedy przychodzi?

— Jutro rano.

— I mamy ją uczyć?

— Tak.

— Od czego zaczniemy?

Maks spojrzał na kredens z książkami.

— Od najprostszych rzeczy.

— Czyli?

— Jak rozpoznać własną magię. Jak nie zrobić sobie krzywdy. Jak odróżniać czynienie od nieszczęśliwego wypadku. Jak nie dotykać rzeczy, których się nie zna lub nie rozumie.

Oliwer uniósł palec.

— Tego ostatniego nadal nie potrafię.

— Dlatego nie będziesz prowadził tej części — odpowiedział Maks. — Potem przejdziemy do światła, ciepła, prostych przesunięć i może drobnych napraw.

Kasia zastrzegła od razu, że żadnego ognia nie będzie. Maks zgodził się bez dyskusji, na co piec prychnął urażony. Kiedy chłopak kazał mu się nie wtrącać, Kasia spojrzała na niego z rozbawieniem.

— Naprawdę kłócisz się z piecem?

— Od rana. Na razie wygrywa.

— Jak zwykle — podsumował Oliwer.

Maks uznał, że potrzebne podręczniki znajdą w piwnicy. Kasia zdziwiła się, bo mimo wielu wizyt w domu nigdy jej nie widziała. Wyjaśnienie przyszło dopiero na zewnątrz. Za budynkiem stała niewielka czarna komórka, która wyglądała jak zwyczajny schowek na narzędzia. Maks otworzył ją srebrnym kluczem i zamiast grabi czy łopat ukazał strome schody prowadzące w ciemność.

— To nie może być piwnica. Przecież ten schowek jest malutki — zauważyła Kasia.

— To tylko wejście.

Dziewczyna przez chwilę zastanawiała się, czy naprawdę chce tam schodzić, szczególnie gdy Maks wspomniał o mieszkających niżej pająkach, ale Oliwer ruszył pierwszy i ostatecznie poszła za nim. W podziemiach pachniało wilgocią, ziemniakami, drewnem i starym papierem. Maks narysował kredą niewielkie koło na ścianie i dmuchnął. Znak rozjarzył się miękkim światłem, znacznie spokojniejszym od tego, które dawały uroki wykonywane witką.

— Czemu nie robimy tak zawsze? — zapytała Kasia.

— Bo trzeba mieć odpowiednią ścianę i dobrą kredę.

Oliwer natychmiast dotknął świecącego znaku.

— Ciepłe.

— Nie ruszaj.

— Za późno.

Ruszyli dalej. Korytarz był niepokojąco długi, zdecydowanie zbyt długi, żeby mieścić się pod niewielkim domem. Po obu stronach znajdowały się różnokolorowe drzwi: czerwone, niebieskie, pomarańczowe oraz jedne zupełnie czarne. Kiedy Kasia zauważyła, że piwnica musi być większa od całego budynku, Maks stwierdził tylko, że w tym domu widzenie czegoś i pewność, że naprawdę takie jest, nie zawsze oznaczają to samo.

Za pomarańczowymi drzwiami znaleźli magazyn pełen starych książek, skrzyń, worków, słoików i nieużywanych mebli. Maks zaczął przeglądać stos podręczników, szukając czegoś odpowiedniego dla Julii. Kasia jednak bardziej interesowała się korytarzem.

— Co jest za czarnymi drzwiami?

Maks na chwilę znieruchomiał.

— Nic szczególnego.

Wtedy z korytarza dobiegło ciche stuknięcie.

— Coś jednak jest.

— Stare rury — odpowiedział Maks, ale po drugim stuknięciu nawet Oliwer spojrzał na niego z niedowierzaniem.

Wyszli na korytarz. Na środku czarnych drzwi wisiał metalowy pierścień, który poruszył się powoli raz, drugi i trzeci, jakby ktoś pukał od drugiej strony.

— Kto tam jest? — szepnęła Kasia.

— Nikt.

Gdzieś w ciemności odezwał się zegar, chociaż w piwnicy żadnego nie było. Wybił siedem razy.

— Jest dopiero trzecia — zauważył Oliwer.

Maks cofnął się o krok. Pierścień znieruchomiał, a po powierzchni czarnych drzwi spłynęła wilgotna smuga. Chłopak poczuł jej zapach, zanim zdążył podejść bliżej.

Dym.

Dokładnie ten sam, którym pachniał zielony list.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij