Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Numer startowy 404 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
2 sierpnia 2026
E-book: EPUB, PDF
34,90 zł
Audiobook
34,90 zł
34,90
3490 pkt
punktów Virtualo

Numer startowy 404 - ebook

Dwanaście lat temu podczas maratonu zniknął zawodnik z numerem 404. Oficjalnie nigdy nie wystartował. Gdy Lena Wysocka otrzymuje tajemniczy numer startowy oraz wiadomość dotyczącą śmierci jej ojca, wraca na trasę, aby odkryć prawdę. Szybko okazuje się, że ktoś nadal kontroluje bieg, obserwuje zawodników i pilnuje, by pewne sekrety nigdy nie dotarły do mety. „Numer startowy 404” to dynamiczny thriller o pamięci, winie i eksperymencie, który zamieniał ludzi w dane, a ich decyzje w elementy bezwzględnego systemu.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 2,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Prolog

ZAWODNIK, KTÓREGO NIE BYŁO

Pierwszy niepokojący sygnał pojawił się na siedemnastym kilometrze.

Michał Zawadzki poczuł pod mostkiem krótkie, gwałtowne uderzenie, jakby serce na moment odbiło się od żeber. Zaraz potem wszystko wróciło do normy. Nogi pracowały równo, oddech pozostawał głęboki, a zegarek pokazywał tempo dokładnie takie, jakie zaplanował.

Cztery minuty i trzydzieści osiem sekund na kilometr.

Za szybko, jak na pierwszą połowę maratonu. Zdecydowanie za szybko, jak na człowieka, który jeszcze dwa miesiące wcześniej nie był pewien, czy w ogóle wystartuje.

A jednak nie zwolnił.

Nocne miasto przesuwało się po obu stronach trasy w smugach żółtego światła. Na chodnikach stali kibice, choć było już po dwudziestej drugiej. Krzyczeli imiona biegaczy, uderzali w plastikowe barierki, wyciągali ręce. Muzyka z głośników mieszała się z rytmicznym odgłosem setek butów uderzających o asfalt.

Pierwsza edycja maratonu miała być największym sportowym wydarzeniem w historii miasta. Organizatorzy powtarzali to od miesięcy. W reklamach pokazywali puste ulice, światła wieżowców i samotnego biegacza przekraczającego metę o wschodzie słońca.

Bieg po nowe życie.

Tak brzmiało hasło.

Michał uśmiechnął się pod nosem, przypominając sobie, jak żona przewróciła oczami, kiedy zobaczyła je na jego koszulce.

– Tylko nie próbuj naprawdę zaczynać nowego życia – powiedziała. – To stare jest całkiem niezłe.

Obiecał jej wtedy, że pobiegnie rozsądnie.

Teraz znajdował się kilka minut przed zakładanym czasem, ale wciąż czuł się zaskakująco lekko. Nawet ból prawego kolana, który dokuczał mu podczas ostatnich treningów, zniknął. Nie czuł zmęczenia. Nie czuł ciężaru nóg. Miał wrażenie, że mógłby biec tak przez całą noc.

Spojrzał na czarną opaskę przylegającą do ramienia.

Otrzymał ją dwa dni wcześniej podczas badań w klinice. Lekarz powiedział, że urządzenie mierzy parametry dokładniej niż sportowy zegarek. Tętno, natlenienie, temperaturę, poziom nawodnienia. Wszystko miało trafiać bezpośrednio do zespołu medycznego.

Bezpieczeństwo zawodników ponad wszystko.

Michał zgodził się bez wahania. Jako jeden z kilkunastu uczestników programu miał po biegu otrzymać bezpłatny pakiet badań i plan treningowy przygotowany przez specjalistów. Przy jego pensji i kredycie na mieszkanie taka oferta była warta więcej niż medal.

Opaska zawibrowała.

Jedno krótkie drgnięcie.

Na jej niewielkim ekranie pojawił się zielony znak.

UTRZYMAJ TEMPO.

Michał minął znak osiemnastego kilometra.

Znowu poczuł uderzenie w klatce piersiowej. Tym razem mocniejsze.

Zaczerpnął głębiej powietrza. Przez kilka sekund światła miasta stały się zbyt ostre. Twarze kibiców zlały się w jasną, falującą plamę. Zamrugał i przesunął się bliżej prawej strony trasy.

Może wypił za mało.

Na poprzednim punkcie odżywczym chwycił kubek, lecz większość wody wylał na koszulkę. Następny punkt znajdował się niecałe dwa kilometry dalej. Zwolni tam, wypije dwa kubki, może weźmie żel.

Opaska znów zawibrowała.

NIE ZWALNIAJ.

Michał spojrzał na komunikat, nie rozumiejąc.

Urządzenie miało przecież tylko mierzyć parametry. Nikt nie wspominał, że będzie przekazywało polecenia.

Przyłożył dwa palce do szyi. Nie potrafił policzyć uderzeń. Serce biło nierówno, przyspieszało, na moment milkło, a potem wracało gwałtownym, bolesnym skurczem.

Powinien zejść z trasy.

Ta myśl była rozsądna. Prosta. Natychmiastowa.

Zanim zdążył jednak unieść rękę i zasygnalizować problem wolontariuszom, opaska wyświetliła nową wiadomość.

PARAMETRY W NORMIE. KONTYNUUJ.

W normie.

Może więc panikował. Może to tylko stres, adrenalina albo zbyt dużo kofeiny. Przed startem wypił podwójne espresso, a potem napój przygotowany przez zespół kliniki. Powiedzieli, że zawiera elektrolity, magnez i składniki wspomagające wytrzymałość.

Jeden z lekarzy zażartował, że po nim będzie frunął.

Michał rzeczywiście miał wrażenie, że frunie.

Na dziewiętnastym kilometrze minął dwóch biegaczy, których przez ostatnie kilkanaście minut widział przed sobą. Jeden z nich spojrzał na niego ze zdziwieniem. Michał musiał przyspieszyć, choć nie pamiętał, żeby zrobił to świadomie.

Zegarek pokazał cztery minuty i dwanaście sekund.

– Zwolnij, człowieku – rzucił za nim ktoś z tyłu.

Michał próbował skrócić krok. Jego nogi nie zareagowały od razu. Poruszały się jak napędzane cudzym mechanizmem, szybkie i sprężyste, całkowicie niepasujące do bólu narastającego w klatce piersiowej.

Gdy wbiegł na długą prostą prowadzącą w stronę centrum, poczuł pierwsze ukłucie strachu.

Nie zwykłego biegowego niepokoju. Nie obawy, że zabraknie mu sił albo że nie złamie wymarzonego wyniku.

To był instynktowny lęk człowieka, który nagle zrozumiał, że jego ciało przestało do niego należeć.

Po lewej stronie trasy zobaczył punkt medyczny. Biały namiot, dwóch ratowników, składane łóżko i stół zastawiony butelkami. Jeden z mężczyzn przyglądał się ekranowi tabletu.

Michał uniósł rękę.

– Pomocy! – zawołał.

Głos zabrzmiał słabiej, niż się spodziewał.

Ratownik spojrzał w jego stronę, lecz w tej samej chwili dotknął słuchawki w uchu. Przez moment słuchał. Potem pokręcił głową i wskazał Michałowi dalszą trasę.

– Jeszcze kawałek! Następny punkt po prawej!

– Serce! – krzyknął Michał. – Coś jest nie tak!

Mężczyzna znów spojrzał na tablet. Jego twarz stężała.

Michał był już jednak zbyt daleko, niesiony przez tłum zawodników.

Spróbował zejść na chodnik, lecz plastikowe barierki ciągnęły się przez następne kilkaset metrów. Ludzie za nimi bili brawo, nieświadomi, że uczestnik z numerem 404 nie walczy już o wynik. Walczył o to, żeby zatrzymać własne nogi.

Opaska zawibrowała trzeci raz.

PUNKT KONTROLNY ZA 600 METRÓW.

Pod komunikatem pojawiło się odliczanie.

599

600

601

Michał szarpnął za zapięcie opaski. Pasek nie puścił. Spróbował wsunąć pod niego palec, ale urządzenie przylegało zbyt mocno do skóry.

Przed sobą widział zakręt. Zgodnie z oznaczeniami trasa prowadziła w lewo, w stronę szerokiej alei. Przy barierkach stał jednak mężczyzna w żółtej kamizelce medycznej. Nie klaskał. Nie patrzył na innych zawodników.

Patrzył wyłącznie na Michała.

Kiedy ich spojrzenia się spotkały, mężczyzna uniósł rękę i wskazał wąski zjazd w prawo, prowadzący pod wiadukt.

– Numer czterysta cztery! – zawołał. – Tutaj!

Michał zawahał się.

Na asfalcie nie było żadnych strzałek. Zjazd oddzielał od oficjalnej trasy niski metalowy płotek. Mężczyzna odsunął go i ponaglił Michała ruchem dłoni.

– Mamy twoje wyniki! Musimy cię sprawdzić!

To miało sens. Opaska przesłała im ostrzeżenie. Widzieli, że coś jest nie tak. Chcieli zabrać go poza tłum, żeby nie blokował innych biegaczy.

Michał zbiegł z trasy.

Za jego plecami zawodnicy skręcili w lewo. Hałas ich kroków i głosy kibiców zaczęły szybko cichnąć. Z każdym metrem światła było mniej.

Mężczyzna w kamizelce biegł przed nim.

– Zwolnij! – wydusił Michał.

– Jeszcze kawałek!

– Nie mogę oddychać.

– W tunelu czeka lekarz.

Zjazd prowadził stromo w dół. Betonowe ściany po obu stronach były pokryte zaciekami. Na końcu znajdowała się otwarta brama techniczna. Za nią paliła się pojedyncza lampa.

Michał słyszał własny oddech, urywany i świszczący.

Oraz serce.

Trzy szybkie uderzenia.

Przerwa.

Jedno potężne.

Przerwa.

Mężczyzna w kamizelce zniknął za bramą.

Michał dotarł do tunelu i oparł się dłonią o ścianę. Beton był zimny i mokry. Nogi wreszcie odmówiły dalszego biegu. Osunął się na kolano.

Na końcu korytarza stały trzy osoby.

Dwóch mężczyzn w ciemnych kurtkach i lekarz w czerwonej kamizelce. Lekarz ruszył w jego stronę jako pierwszy.

– Proszę się położyć – powiedział. – Słyszy mnie pan?

Michał spojrzał na plakietkę przypiętą do jego piersi.

DR ANDRZEJ WYSOCKI
SZEF ZABEZPIECZENIA MEDYCZNEGO

– Serce – wyszeptał. – Powiedzieli, że wszystko jest dobrze.

Lekarz przykucnął obok niego i przyłożył palce do szyi.

– Kto tak powiedział?

Michał podniósł drżącą rękę i wskazał opaskę.

Andrzej Wysocki spojrzał na urządzenie. Jego twarz zmieniła się natychmiast.

– Kiedy dostał pan preparat?

– Jaki preparat?

– Przed startem. Co panu podali?

– Tylko napój.

Lekarz chwycił radio.

– Zespół drugi, potrzebuję karetki w tunelu technicznym pod Aleją Wschodnią. Zawodnik z zaburzeniami rytmu, możliwy stan bezpośredniego zagrożenia życia.

W radiu zatrzeszczało.

Michał położył się na plecach. Nad sobą widział surowy betonowy strop, przewody i drgające światło jarzeniówki.

Jeden z mężczyzn w ciemnych kurtkach podszedł bliżej.

– Nie wzywaj zespołu tutaj – powiedział.

Lekarz spojrzał na niego.

– On potrzebuje transportu do szpitala.

– Karetka nie może teraz przeciąć trasy.

– W takim razie niech wjedzie od strony serwisowej.

– Czołówka minie skrzyżowanie za siedem minut.

Andrzej Wysocki wstał.

– Powiedziałem, że potrzebuję karetki teraz.

Mężczyzna przyłożył palec do słuchawki w uchu, jakby ktoś przekazywał mu kolejne instrukcje.

– Transmisja idzie na żywo. Na skrzyżowaniu stoją kamery. Nie możemy zatrzymać biegu podczas pierwszej edycji.

– To nie jest kwestia biegu.

– Siedem minut, Andrzej.

– On może nie mieć siedmiu minut.

Michał chciał powiedzieć, że wszystko słyszy. Chciał poprosić, żeby przestali się kłócić i coś zrobili. Nie był jednak w stanie poruszyć ustami.

Tunel zaczął obracać się wokół niego.

Lekarz uklęknął ponownie i rozpiął jego koszulkę. Przyłożył elektrody małego urządzenia do jego klatki piersiowej. Ekran rozbłysnął czerwonym światłem.

– Co mu podaliście? – zapytał.

Żaden z mężczyzn nie odpowiedział.

– Pytam, co było w tym napoju.

– To nie ma teraz znaczenia.

– Dla niego ma.

Michał poczuł dłoń lekarza na swoim ramieniu.

– Panie Michale, proszę na mnie patrzeć.

Skąd znał jego imię?

Na numerze startowym widniało tylko nazwisko. Może zdążył je przeczytać. Może miał wszystkie dane w systemie.

– Ma pan rodzinę? – zapytał lekarz.

Michał poruszył ustami.

– Żonę.

– Jak ma na imię?

– Anna.

– Dobrze. Proszę myśleć o Annie. Proszę nie zamykać oczu.

Michał zobaczył żonę stojącą rano w kuchni. Miała na sobie jego za dużą bluzę i trzymała kubek kawy. Kiedy wychodził na bieg, pocałowała go i powiedziała, że będzie czekała na mecie.

Obiecał, że ją tam znajdzie.

Zawsze odnajdywali się po zawodach. Nawet w największym tłumie.

Lekarz ponownie podniósł radio.

– Powtarzam wezwanie. Potrzebna karetka natychmiast.

Odpowiedź przyszła po kilku sekundach.

Nie z radia.

Z głośnika opaski na ramieniu Michała.

Cichy, syntetyczny głos wypowiedział jedno zdanie:

– Test został przerwany.

Andrzej Wysocki zamarł.

Jeden z mężczyzn w ciemnej kurtce pochylił się i wyłączył urządzenie.

– Zabierzcie mu numer – powiedział.

– Najpierw go ratujemy – odpowiedział lekarz.

– Jego nie było na starcie.

– Setki osób go widziały.

– W systemie go nie ma.

Mężczyzna uklęknął przy Michale i złapał za dolny róg numeru startowego. Szarpnął. Agrafka rozdarła materiał koszulki, ale nie puściła.

Michał próbował odsunąć jego rękę.

Nie miał już siły.

Gdzieś daleko rozległ się narastający szum. Nad tunelem przebiegała właśnie czołówka maratonu. Setki stóp uderzały o jezdnię, tworząc głęboki, jednostajny pomruk.

Lekarz zaczął uciskać klatkę piersiową Michała.

– Karetka! – krzyczał. – Natychmiast!

Michał patrzył na migającą lampę.

Jasność.

Ciemność.

Jasność.

Ciemność.

Pomyślał o Annie czekającej na mecie.

O swoim synu, któremu obiecał przywieźć medal.

O numerze 404, który oderwano właśnie od jego koszulki.

O siedmiu minutach.

O tym, że siedem minut to przecież niewiele.

Można tyle czekać na kawę. Na autobus. Na rozpoczęcie filmu. Można spóźnić się siedem minut i nawet tego nie zauważyć.

Ale czasami siedem minut wystarczało, żeby człowiek zniknął.

Nie tylko z trasy.

Ze zdjęć, wyników i dokumentów.

Ze świata.

Zanim lampa zgasła po raz ostatni, Michał usłyszał głos lekarza.

– Nie pozwolę im tego ukryć.

Potem nie słyszał już nic.Rozdział 1

KOPERTA BEZ NADAWCY

Koperta leżała na wycieraczce dokładnie pośrodku drzwi, jakby ktoś poświęcił chwilę, żeby wyrównać ją względem framugi.

Lena zauważyła ją dopiero wtedy, gdy klucz utkwił w zamku.

Wracała później niż zwykle. Spotkanie w redakcji przeciągnęło się o prawie dwie godziny, a później naczelny zatrzymał ją jeszcze na korytarzu, żeby po raz trzeci wyjaśnić, dlaczego materiał o nieprawidłowościach w miejskich przetargach musi poczekać.

Nie powiedział, że boją się pozwu.

Powiedział, że tekst wymaga dodatkowej weryfikacji.

Lena pracowała w zawodzie wystarczająco długo, by wiedzieć, że oba zdania znaczą dokładnie to samo.

Była zmęczona, głodna i marzyła wyłącznie o gorącym prysznicu. Przez całą drogę z parkingu myślała o otwartym w lodówce winie i makaronie, który mogła odgrzać bez używania garnka.

Koperta pokrzyżowała te plany.

Nie miała znaczka, adresu ani nazwiska odbiorcy. Była czarna, matowa i wykonana z grubszego papieru niż zwykłe koperty biurowe. Nie wyglądała na ulotkę. Nikt nie próbował wsunąć jej pod drzwi. Położono ją na ziemi.

Lena zastygła z kluczem w dłoni.

Mieszkała na czwartym piętrze starej kamienicy, do której nie dało się wejść bez kodu albo otwarcia drzwi przez któregoś z lokatorów. Klatka schodowa nie miała windy, a większość roznosicieli reklam rezygnowała już na parterze.

Rozejrzała się.

Na półpiętrze paliła się słaba lampa. Z mieszkania pani Górskiej dochodził dźwięk telewizora. Piętro niżej ktoś zamknął okno. Poza tym panowała cisza.

Lena schyliła się, ale nie dotknęła koperty.

Przez kilka sekund przyglądała się jej z odległości kilkunastu centymetrów. Nie widziała żadnego przewodu, wybrzuszenia ani ciemnej plamy na papierze.

To absurdalne, pomyślała.

W ciągu ostatnich dwunastu lat otrzymywała pogróżki, obraźliwe wiadomości i anonimowe listy. Jeden z właścicieli sieci klubów nocnych wysłał jej kiedyś pudełko z martwym szczurem. Były burmistrz przesyłał pocztówki z miejsc, w których akurat przebywała, zanim policja znalazła odpowiedzialnego za to prywatnego detektywa.

Mimo to żadna przesyłka nie wzbudziła w niej takiego niepokoju jak ta prosta, czarna koperta.

Może dlatego, że nie była zaadresowana.

Nadawca nie musiał pisać jej nazwiska.

Wiedział, do których drzwi ją przynieść.

Lena wyjęła telefon i zrobiła zdjęcie. Potem kolejne, obejmujące drzwi i numer mieszkania. Dopiero wtedy podniosła kopertę, trzymając ją za róg.

Była lekka, lecz wyraźnie coś znajdowało się w środku. Cienki przedmiot przesunął się pod papierem.

Otworzyła mieszkanie i zapaliła wszystkie lampy w przedpokoju.

Zamknęła drzwi na oba zamki, założyła łańcuch, a następnie sprawdziła wizjer. Klatka pozostawała pusta.

Położyła kopertę na kuchennym stole.

Mieszkanie odziedziczyła po ojcu i przez pierwsze lata po jego śmierci planowała je sprzedać. Za każdym razem, gdy podejmowała decyzję, pojawiał się jakiś powód, żeby ją odłożyć. Najpierw śledztwo, później problemy z testamentem, remont redakcji, brak czasu, rosnące ceny.

W końcu przestała udawać, że chodziło o kwestie praktyczne.

Została, ponieważ było to ostatnie miejsce, w którym ojciec wciąż istniał.

Nie w sposób widoczny. Większość jego rzeczy oddała albo zamknęła w piwnicy. Usunęła książki medyczne, stare dyplomy i zdjęcia z konferencji. Wymieniła meble w salonie. Przemalowała ściany.

Mimo to czasami, zwłaszcza wieczorem, miała wrażenie, że za chwilę usłyszy dźwięk jego klucza w zamku.

Wtedy przypominała sobie parking szpitala, mokry beton pod wielopoziomowym budynkiem i policjanta, który powiedział, że jej ojciec prawdopodobnie skoczył z dachu.

Prawdopodobnie.

Słowo, które w kolejnych dniach zamieniło się w oficjalną wersję.

Lena wyjęła z szuflady gumowe rękawiczki. Zawahała się, po czym założyła je i rozcięła kopertę nożem do papieru.

Najpierw wysunął się fragment białego materiału.

Znała go, zanim zobaczyła całość.

Numer startowy.

Położyła go płasko na stole.

Biały prostokąt był lekko zagięty na brzegach. W rogach widniały niewielkie otwory po agrafkach. Na środku, czarną pogrubioną czcionką, wydrukowano trzy cyfry:

404

Powyżej znajdowało się logo Maratonu Nadwiślańskiego. Tegoroczna edycja miała odbyć się w niedzielę, za cztery dni.

Lena widziała plakaty w mieście, reklamy na przystankach i charakterystyczne niebieskie flagi rozwieszone w centrum. Nie interesowała się wydarzeniem. Od lat unikała wszystkiego, co było związane z bieganiem.

Kiedyś potrafiła rozpoznać model buta po kształcie podeszwy. Śledziła wyniki maratonów, znała terminy zapisów, rozmawiała z ojcem o wydolności, tętnie i treningach.

Teraz na widok grupy biegaczy na ulicy przechodziła na drugą stronę.

Pod numerem startowym leżał cienki pasek tworzywa. Chip pomiarowy, taki, jaki mocowano do tylnej części numerów albo sznurowadeł.

Lena dotknęła go palcem.

Nowoczesne chipy były jednorazowe. Ten wyglądał na stary, masywny i nosił ślady zarysowań. Na obudowie ktoś napisał drobnymi cyframi:

04:38:17

Czas ukończenia?

Międzyczas?

Godzina?

W kopercie znajdowały się jeszcze dwa przedmioty.

Zdjęcie i złożona kartka.

Lena sięgnęła najpierw po fotografię.

Jej dłoń zatrzymała się w połowie ruchu.

Rozpoznała ojca natychmiast.

Zdjęcie wykonano nocą. Andrzej Wysocki stał przed wejściem na parking wielopoziomowy, ten sam, z którego według policji spadł kilka godzin później. Miał na sobie ciemny płaszcz i szalik. Jedną ręką trzymał torbę lekarską, drugą dotykał telefonu przy uchu.

Nie patrzył w obiektyw.

Patrzył na kogoś znajdującego się poza kadrem.

Lena przysunęła zdjęcie do lampy.

Twarz ojca była napięta. Nie wyglądał na człowieka pogrążonego w rozpaczy. Wyglądał na przestraszonego.

W tle widniał zegar nad wjazdem na parking.

23:41.

Policja ustaliła, że ojciec zginął między północą a pierwszą. Jego ciało znalazł ochroniarz podczas obchodu o pierwszej siedemnaście.

Zdjęcie musiało zostać zrobione niecałą godzinę przed śmiercią.

Lena odwróciła je.

Na odwrocie znajdował się napis wykonany niebieskim długopisem.

2 LISTOPADA. 23:41. PRZYJECHAŁ SAM.

Pismo nie należało do ojca.

Lena zerwała rękawiczkę z prawej dłoni i przycisnęła palce do ust.

Przez dwanaście lat sądziła, że znała każdą fotografię związaną ze śledztwem. Wielokrotnie przeglądała policyjne akta, protokoły i zapis monitoringu. Występowała jako członek najbliższej rodziny, a później wykorzystywała swoje kontakty w redakcji.

Nigdy wcześniej nie widziała tego zdjęcia.

Ktoś był wtedy na parkingu.

Ktoś fotografował jej ojca.

A później przez dwanaście lat zachował fotografię.

Lena spojrzała na złożoną kartkę.

Nie chciała jej otwierać.

To było irracjonalne. Numer i zdjęcie były znacznie bardziej niepokojące niż kilka słów napisanych na papierze. Mimo to czuła, że dopóki kartka pozostanie złożona, wszystko może być pomyłką, niesmacznym żartem albo manipulacją kogoś, kto odnalazł stare materiały.

Kiedy ją otworzy, nadawca przemówi bezpośrednio do niej.

Usiadła przy stole.

Rozłożyła kartkę.

Wiadomość została wydrukowana dużymi, prostymi literami.

TWÓJ OJCIEC NIE POPEŁNIŁ SAMOBÓJSTWA.

Niżej znajdowało się drugie zdanie.

POBIEGNIJ, A DOWIESZ SIĘ, DLACZEGO.

Lena przeczytała wiadomość trzy razy.

Za pierwszym razem nie poczuła nic.

Za drugim usłyszała, jak lodówka włącza się cichym buczeniem.

Za trzecim jej dłonie zaczęły drżeć.

Odsunęła krzesło i wstała.

Przeszła do okna, odsunęła zasłonę i spojrzała na ulicę. Na chodniku stało kilka zaparkowanych samochodów. Kobieta prowadziła psa. Rowerzysta przejechał przez skrzyżowanie na czerwonym świetle. W oknach kamienicy naprzeciwko zapalały się kolejne lampy.

Nikt nie patrzył w jej stronę.

Lena opuściła zasłonę.

Powinna zadzwonić na policję.

To była pierwsza rozsądna myśl.

Druga mówiła jej, że policja zabierze przesyłkę, spisze zeznanie i uzna całość za anonimową prowokację. Po dwunastu latach nie wznowią śledztwa na podstawie zdjęcia o nieznanym pochodzeniu i zdania wydrukowanego na domowej drukarce.

Zwłaszcza że sprawa ojca została zamknięta bardzo szybko.

Depresja.

Problemy zawodowe.

Środki nasenne znalezione w mieszkaniu.

Krótka wiadomość pozostawiona na komputerze.

PRZEPRASZAM. NIE POTRAFIĘ DŁUŻEJ Z TYM ŻYĆ.

Policja uznała ją za list pożegnalny.

Lena od początku miała wątpliwości. Zdanie było zbyt krótkie, zbyt ogólne i niepodobne do ojca. Andrzej Wysocki nie przepraszał w ten sposób. Był lekarzem, człowiekiem precyzyjnym do granic irytacji. Nawet listę zakupów układał według działów sklepowych.

Mimo to wszystkie dowody wskazywały na samobójstwo.

W ostatnich tygodniach życia był wyczerpany, nerwowy i nieobecny. Przestał odbierać telefony od znajomych. Zrezygnował z funkcji w szpitalu. Miał problemy ze snem.

Lena sama opowiedziała o tym policjantom.

Sama dostarczyła im argumentów.

Ostatni raz widziała ojca trzy dni przed jego śmiercią.

Pokłócili się w tej kuchni.

Stał przy tym samym stole, na którym teraz leżał numer 404. Wyglądał, jakby nie spał od kilku nocy. Próbował jej coś powiedzieć, ale mówił chaotycznie, urywał zdania i co chwilę podchodził do okna.

– Co się z tobą dzieje? – zapytała.

– Popełniłem błąd.

– Jaki?

– Myślałem, że będę mógł go naprawić.

– Kogo skrzywdziłeś?

Nie odpowiedział.

Lena prowadziła wtedy pierwsze duże dziennikarskie śledztwo. Pracowała po kilkanaście godzin dziennie i była przekonana, że każdy problem da się rozwiązać przez zadawanie właściwych pytań.

Ojciec nie chciał odpowiadać.

To doprowadziło ją do wściekłości.

– Może przestań wreszcie zachowywać się jak ofiara – powiedziała. – Jeżeli coś zrobiłeś, ponieś konsekwencje.

Pamiętała, jak spojrzał na nią po tych słowach.

Nie był zły.

Wyglądał na rozczarowanego.

– Nie chodzi o konsekwencje dla mnie – odparł.

– Więc o co?

– O to, co zrobią, kiedy dowiedzą się, że wiem.

Lena uznała wtedy, że ojciec przesadza. Być może przechodził załamanie nerwowe. Powiedziała, że potrzebuje psychiatry, nie kolejnej tajemnicy.

Wyszedł bez pożegnania.

Trzy dni później nie żył.

Przez lata zastanawiała się, czy gdyby tamtego wieczoru zareagowała inaczej, mogłaby go uratować. W końcu nauczyła się nie zadawać tego pytania.

Czarna koperta sprawiła, że wróciło natychmiast.

Lena nalała sobie wody, ale nie wypiła jej. Postawiła szklankę na blacie i sięgnęła po telefon.

Wybrała numer Filipa.

Nie dzwoniła do niego od prawie dwóch miesięcy.

Odebrał po czwartym sygnale.

– To albo coś bardzo ważnego, albo pomyliłaś numer – powiedział.

W tle słyszała muzykę i odgłos przesuwanych krzeseł. Prawdopodobnie siedział w którymś z barów, w których nagrywał rozmowy do swojego podcastu.

– Jesteś sam?

– To zależy, czy pytasz z ciekawości, czy planujesz morderstwo.

– Filip.

Ton jej głosu sprawił, że przestał żartować.

– Co się stało?

Lena spojrzała na stół.

– Znasz się na numerach startowych.

– To dość dziwne rozpoczęcie rozmowy.

– Potrzebuję, żebyś coś sprawdził.

– Co?

– Maraton Nadwiślański. Tegoroczna edycja. Numer czterysta cztery.

Przez kilka sekund milczał.

– Chcesz wystartować?

– Sprawdź numer.

– Lena, za cztery dni jest maraton. Nie wiem, czy zauważyłaś, ale ostatni raz przebiegłaś więcej niż pięć kilometrów mniej więcej wtedy, gdy telefony miały przyciski.

– Nie powiedziałam, że chcę biec.

– Więc dlaczego pytasz?

Lena zacisnęła palce na krawędzi stołu.

– Dostałam go w kopercie.

Muzyka w tle ucichła. Filip najwyraźniej wyszedł na zewnątrz.

– Jaki numer?

– Startowy. Z chipem.

– Od organizatora?

– Bez nadawcy.

– Ktoś go zostawił pod twoimi drzwiami?

– Tak.

– Dzwoniłaś na policję?

– Jeszcze nie.

– Oczywiście, że nie. Po co robić rozsądne rzeczy?

– Sprawdzisz go czy nie?

Filip westchnął.

– Wyślij zdjęcia. Przodu, tyłu i chipu. Niczego więcej nie dotykaj.

– Już dotknęłam.

– Świetnie.

– Miałam rękawiczki.

– Jeszcze lepiej. Zaczynam się ciebie bać.

Lena zrobiła zdjęcia i wysłała mu je przez szyfrowany komunikator, którego używali podczas wcześniejszych śledztw.

Filip oddzwonił po niecałej minucie.

– To wygląda autentycznie.

– Jak bardzo autentycznie?

– Logo, czcionka, sponsorzy, oznaczenia techniczne. Wszystko się zgadza. Numery tegorocznej edycji mają niebieski pasek na górze i ten sam układ. Chip jest dziwny.

– Dlaczego?

– Jest stary. Takich używano kilka lat temu. Teraz organizator ma jednorazowe paski wklejane w papier.

– Czyli ktoś do nowego numeru dołączył stary chip?

– Na to wygląda. Mogę sprawdzić kod, ale potrzebuję lepszego zdjęcia oznaczenia z boku.

Lena obróciła plastikowy pasek. Przy jednej z krawędzi znajdował się niemal niewidoczny ciąg znaków.

– Wyślę ci.

– Co jeszcze było w kopercie?

Nie odpowiedziała.

– Lena?

– Zdjęcie mojego ojca.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

Filip znał Andrzeja Wysockiego. Kiedy byli młodsi, trenowali razem z Leną i czasami pojawiali się u niej w mieszkaniu przed zawodami. Ojciec mierzył im ciśnienie, poprawiał plany treningowe i powtarzał Filipowi, że każda kontuzja jest wiadomością, a nie karą.

– Jakie zdjęcie? – zapytał w końcu.

– Zrobione w noc jego śmierci. Przed parkingiem.

– Jesteś pewna, że to ta noc?

– Na odwrocie jest data i godzina. Zgadza się z zegarem w tle.

– Może to zdjęcie z akt?

– Nie było go w aktach.

– Mogłaś go nie widzieć.

– Widziałam wszystko.

– Wyślij mi.

Lena sfotografowała przód i tył zdjęcia.

Tym razem Filip nie zadzwonił od razu.

Minęły dwie minuty.

Potem trzy.

Lena chodziła po kuchni, nie spuszczając wzroku z telefonu.

W końcu ekran się rozświetlił.

– Powiększyłem tło – powiedział Filip bez powitania. – Po prawej stronie, za filarem, stoi samochód.

Lena wzięła zdjęcie do ręki.

Widziała fragment ciemnego nadwozia, ale nie potrafiła rozpoznać modelu.

– I co z tego?

– W szybie odbija się osoba robiąca zdjęcie.

Lena poczuła chłód na karku.

– Widać twarz?

– Nie. Tylko zarys. Ktoś stoi kilka metrów od twojego ojca. To nie jest przypadkowe zdjęcie z ulicy.

– Wiem.

– Co było napisane w wiadomości?

Lena przeczytała oba zdania.

Filip milczał tak długo, że sprawdziła, czy połączenie nie zostało przerwane.

– Nie wystartujesz – powiedział.

Nie zapytał.

– Nie powiedziałam, że wystartuję.

– Znam cię.

– W takim razie wiesz, że najpierw sprawdzę, kto wysłał przesyłkę.

– To może być ktoś chory. Albo ktoś, kto chce cię wyciągnąć w konkretne miejsce.

– Dlatego nie zamierzam robić dokładnie tego, czego oczekuje.

– Zdanie „pobiegnij, a dowiesz się, dlaczego” jest dość konkretne.

– Numer może prowadzić do kogoś z organizacji.

– Albo do człowieka, który obserwuje twoje mieszkanie.

Lena znów podeszła do okna, lecz nie odsunęła zasłony.

– Sprawdź, do kogo należy numer.

– Listy startowe są publiczne, ale wyszukiwarka zwykle działa po nazwisku. Spróbuję dostać się do bazy wyników.

– Jak długo?

– Kilka minut. Nie rozłączaj się.

Usłyszała stukanie klawiatury.

Lena ponownie obejrzała numer.

Nie było na nim nazwiska. Większość imprez drukowała imiona zawodników na dole, lecz tutaj pozostawiono puste miejsce. Papier wyglądał na nowy. Nie było śladów potu, błota ani deszczu.

Tylko otwory po agrafkach sugerowały, że ktoś kiedyś go nosił.

– Mam listę – powiedział Filip. – Czterysta jeden, czterysta dwa, czterysta trzy…

Zamilkł.

– Co?

– Potem jest czterysta pięć.

– Pominęli numer?

– Tak.

– Może przez skojarzenie z błędem internetowym.

– Możliwe. Niektóre biegi pomijają trzynastkę albo sześćset sześćdziesiąt sześć, ale czterysta cztery? Nie spotkałem się z tym.

– Czyli numer nie został wydany.

– W tym roku nie.

Lena spojrzała na stary chip.

– Sprawdź wcześniejsze edycje.

– To potrwa.

– Zacznij od pierwszej.

– Dlaczego od pierwszej?

Nie potrafiła wyjaśnić. Może przez wygląd chipu. Może przez datę śmierci ojca. Pierwszy Maraton Nadwiślański odbył się osiem lat przed jego śmiercią? Nie, poprawiła się. Ojciec zginął kilka tygodni po pierwszej edycji.

Wtedy wydarzenie nie było jeszcze ogólnopolską imprezą. Nocny bieg miał promować miasto i nowo wyremontowane bulwary. Andrzej Wysocki pełnił funkcję szefa zabezpieczenia medycznego.

Lena pamiętała koszulkę z logo biegu leżącą w jego łazience.

Pamiętała również, że po tamtej nocy przestał biegać.

– Mój ojciec pracował przy pierwszej edycji – powiedziała.

Stukanie klawiatury ustało.

– Lena, kiedy dokładnie zginął?

Podała datę.

Filip zaklął cicho.

– Pierwszy maraton odbył się trzy tygodnie wcześniej.

– Wiem.

– Nigdy nie mówiłaś, że to mogło mieć związek.

– Bo nie wiedziałam, że mogło.

– A teraz?

Lena spojrzała na zdjęcie ojca.

– Teraz ktoś chce, żebym tak pomyślała.

W słuchawce ponownie rozległo się stukanie.

– Archiwum wyników pierwszej edycji działa – powiedział Filip. – Czterysta jeden, nazwisko jest. Czterysta dwa też. Czterysta trzy…

Znów przerwał.

Lena poczuła ucisk w żołądku.

– Nie ma czterysta cztery?

– Nie ma. Lista przechodzi do czterysta pięć.

– Czyli numer nie istnieje od początku.

– Na to wygląda.

– Sprawdź chip.

– Właśnie próbuję.

Lena usłyszała powiadomienie. Filip przesłał jej link do archiwalnej strony wyników. Otworzyła go na telefonie.

Strona wyglądała na starą. Białe tło, niewielkie logo pierwszej edycji i tabela z nazwiskami zawodników. Przewinęła do odpowiedniego miejsca.

403

404

Pomiędzy nimi znajdowała się cienka szara linia, jak po usuniętym wierszu.

– Widzisz to? – zapytała.

– Co?

– Odstęp między numerami.

– Zwykłe formatowanie.

– Nie. Pozostałe wiersze są równe. Tutaj jest więcej miejsca.

Filip nie odpowiedział od razu.

– Masz rację – powiedział w końcu. – Ktoś mógł usunąć rekord ręcznie.

– Możesz go odzyskać?

– Jeżeli zachowała się starsza wersja strony albo kopia w pamięci wyszukiwarki.

– Sprawdź.

– Już sprawdzam.

Lena usiadła. Całe zmęczenie po długim dniu zniknęło. Czuła znajome napięcie, które pojawiało się na początku każdego śledztwa, kiedy pojedyncze fakty zaczynały układać się w coś większego.

Numer pominięty w aktualnej edycji.

Ten sam brak w archiwum pierwszego biegu.

Stary chip.

Ojciec pracujący przy zabezpieczeniu medycznym.

Zdjęcie wykonane przed jego śmiercią.

To wciąż mogła być starannie przygotowana manipulacja.

Ktoś mógł znać jej historię i zbudować fałszywy trop. Informacja o pracy ojca przy maratonie nie była tajemnicą. Wystarczyło przeszukać stare artykuły.

Ale zdjęcie nie pochodziło z internetu.

Lena była tego pewna.

– Mam coś – powiedział Filip.

– Rekord?

– Nie. Kopię programu zawodów. Zapisano ją w archiwum miejskiej biblioteki. Jest lista partnerów, trasa, nazwiska lekarzy, numery kontaktowe. Twój ojciec rzeczywiście figuruje jako dyrektor medyczny.

– To wiemy.

– Jest też informacja o pilotażowym programie monitorowania zawodników.

Lena wyprostowała się.

– Jakim programie?

– Nie napisali szczegółów. Tylko że wybrana grupa uczestników otrzyma urządzenia mierzące parametry życiowe w czasie rzeczywistym. Projekt prowadziła jakaś klinika medycyny sportowej.

– Nazwa?

– Vigor Med.

Lena znała ją. Klinika nadal działała i należała do doktora Roberta Halickiego, jednego z najczęściej cytowanych ekspertów od sportu wytrzymałościowego. Halicki pojawiał się w telewizji, opiekował się zawodowymi biegaczami i od lat pełnił funkcję dyrektora medycznego Maratonu Nadwiślańskiego.

Był też dawnym przyjacielem jej ojca.

Przyszedł na pogrzeb.

Stał w pierwszym rzędzie i trzymał Lenę za ramię, gdy opuszczano trumnę.

– Możesz sprawdzić listę uczestników programu? – zapytała.

– Nie ma jej w dokumencie.

– A chip?

– Kod nie pojawia się w publicznych wynikach. Spróbuję inaczej. Potrzebuję czytnika RFID albo dostępu do systemu pomiarowego.

– Biuro zawodów będzie je miało.

– Lena.

– Co?

– Nie idź tam sama.

– To biuro maratonu, nie magazyn narkotyków.

– Ktoś wszedł do twojego budynku, zostawił numer pod drzwiami i przesłał zdjęcie z nocy śmierci twojego ojca. Nie traktuj tego jak zwykłego materiału do gazety.

Lena nie odpowiedziała.

Na korytarzu rozległy się kroki.

Ciężkie, powolne.

Ktoś wszedł na czwarte piętro i zatrzymał się przed jej drzwiami.

Lena podniosła głowę.

– Co się dzieje? – zapytał Filip.

Przyłożyła palec do ust, choć nie mógł jej widzieć.

Kroki nie ruszały dalej.

Ktoś stał po drugiej stronie.

Lena bezgłośnie odsunęła krzesło. Sięgnęła po nóż do papieru, jedyny ostry przedmiot znajdujący się w zasięgu dłoni.

Cień przesunął się pod drzwiami.

Klamka lekko drgnęła.

Raz.

Potem drugi.

Lena poczuła, jak serce przyspiesza.

– Kto tam? – zawołała.

Cisza.

Zrobiła krok w stronę przedpokoju.

Telefon trzymała przy uchu.

– Dzwoń na policję – wyszeptał Filip.

Klamka przestała się poruszać.

Po chwili usłyszała oddalające się kroki.

Najpierw na półpiętrze.

Potem piętro niżej.

W końcu trzasnęły drzwi wejściowe do kamienicy.

Lena podeszła do wizjera.

Nikogo.

Nie otworzyła drzwi.

Dopiero po kilku sekundach zauważyła biały skrawek papieru wsunięty pod próg.

Przyklękła i wyciągnęła go nożem.

Był to wydrukowany fragment mapy trasy maratonu. Czerwonym markerem zakreślono punkt na dwudziestym kilometrze, tuż przy starym wiadukcie kolejowym.

Na odwrocie znajdowała się krótka wiadomość.

ZACZNIJ OD STARTU.

Niżej ktoś dopisał ręcznie:

NIE UFAJ LEKARZOWI.

Lena spojrzała na fotografię ojca.

Na numer 404.

Na stary chip oznaczony czasem 04:38:17.

– Filip – powiedziała.

– Jestem.

– Jutro rano jadę do biura zawodów.

– Powiedziałem, żebyś nie szła sama.

– Dlatego pojedziesz ze mną.

– Mam nagranie o dziesiątej.

– Już nie masz.

Filip westchnął, lecz nie zaprotestował.

Lena rozłączyła się i położyła nową kartkę obok pozostałych przedmiotów. Zrobiła zdjęcia, umieściła wszystko w osobnych foliowych torebkach, a potem zamknęła w metalowej kasetce, w której przechowywała dokumenty.

Dopiero wtedy zauważyła coś, co wcześniej umknęło jej uwadze.

Na odwrocie fotografii, poniżej daty i godziny, znajdowały się delikatne wgniecenia. Ktoś pisał na kartce położonej na zdjęciu. Litery nie były widoczne, ale papier zachował ich ślad.

Lena wyjęła miękki ołówek z szuflady i bardzo ostrożnie przesunęła grafitem po powierzchni.

Najpierw pojawiły się pojedyncze linie.

Potem cyfry.

Wreszcie całe zdanie.

Rozpoznała charakter pisma ojca.

JEŚLI NIE WRÓCĘ, ZNAJDŹ ZAWODNIKA NUMER 404.

Pod spodem zapisał datę.

Nie datę swojej śmierci.

Datę tegorocznego maratonu.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij