Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

O czym szumią drzewa - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
30 sierpnia 2026
50,00
5000 pkt
punktów Virtualo

O czym szumią drzewa - ebook

„O czym szumią drzewa” to opowieść o Piotrze — chłopcu, który zadaje pytania tam, gdzie dorośli dawno przestali ich szukać. O ojcu, dawnych przyjaźniach, tajemnicach i śladach ludzi, których już nie ma. To książka o pamięci, dorastaniu i zwyczajnych rzeczach, które po latach okazują się najważniejsze. O słuchaniu świata — ludzi, rzeki, ptaków i drzew — bo czasem właśnie cisza mówi najwięcej.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Powieść
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397777316
Rozmiar pliku: 153 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Tam, gdzie kończą się ślady

Piotr wiedział, że ślady nie kończą się tam, gdzie znikają.

Dorośli myśleli inaczej. Kiedy wracali z pola, strzepywali błoto z butów o próg i mówili:

— No. Koniec drogi.

A przecież droga nie kończyła się przy progu. Wchodziła do domu razem z nimi. Zostawała na podłodze, pod stołem, przy piecu, czasem nawet na pościeli, jeśli ktoś zapomniał zdjąć skarpety.

Tego ranka ślady prowadziły przez podwórko aż do sadu.

Były małe, trójpalczaste i układały się w dwie nierówne linie. Piotr szedł za nimi powoli, z głową pochyloną tak nisko, jakby czytał książkę napisaną na ziemi.

Tylko że ta książka nie miała liter.

Miała pazurki, pióra i krople rosy.

Przy starej gruszy ślady urwały się nagle.

Piotr zatrzymał się. Spojrzał w lewo, potem w prawo, w końcu pod drzewo.

Nie było tam niczego oprócz kilku suchych liści, połowy skorupki orzecha i mrówki, która ciągnęła coś większego od siebie.

Piotr przykucnął.

— Gdzie poszedłeś? — zapytał.

Mrówka nie odpowiedziała. Miała własne sprawy.

Piotr przyłożył palec do ostatniego śladu. Był jeszcze wilgotny. To znaczyło, że jego właściciel nie mógł być daleko.

Chłopiec spojrzał w górę.

Na jednej z gałęzi siedział ptak. Niewielki, z rudawym brzuchem i dziobem dłuższym, niż powinien mieć zwyczajny ptak. Poruszał głową raz w jedną, raz w drugą stronę, jakby i on czegoś szukał.

— To ty? — spytał Piotr.

Ptak nie zaprzeczył. Nie przyznał się także.

Otworzył tylko skrzydła i przeleciał na drugą stronę sadu.

Piotr patrzył za nim długo.

Teraz rozumiał.

Ślady nie zniknęły.

Po prostu przestały dotykać ziemi.

Tata stał przy płocie i naprawiał sztachetę. W jednej ręce trzymał młotek, w drugiej gwóźdź, a trzeci miał w ustach.

Piotr podbiegł do niego.

— Tato!

Tata wyjął gwóźdź.

— Co się stało?

— Znalazłem koniec śladów.

— I co było na końcu?

Piotr wskazał niebo.

Tata popatrzył najpierw na niego, a potem ponad sadem.

— Skrzydła — powiedział.

— Wiedziałeś?

— Domyślałem się.

Piotr nie lubił, kiedy dorośli mówili, że się domyślali. Zwykle znaczyło to, że wiedzieli coś wcześniej, ale chcieli, żeby dziecko odkryło to samo bez pomocy.

— Czy każdy ślad kończy się skrzydłami? — zapytał.

Tata oparł młotek o płot.

— Nie każdy.

— A czym?

Tata przez chwilę patrzył na swoje buty. Były stare i popękane na bokach.

Zaschnięte błoto tworzyło na nich mapy miejsc, których Piotr jeszcze nie znał.

— Czasem człowiekiem — powiedział.

— Jak to?

— Idziesz po śladach i znajdujesz kogoś, kogo szukałeś.

— A czasem?

— Czasem znajdujesz kogoś, kogo wcale nie szukałeś.

— A czasem?

Tata uśmiechnął się.

— Czasem znajdujesz siebie.

Piotr spojrzał na ziemię. Obok śladów ptaka widniały jego własne. Były większe, głębsze i trochę krzywe, bo lewy but miał startą podeszwę.

Po chwili obok nich pojawiły się jeszcze jedne.

Taty.

Prowadziły od płotu do gruszy.

— Teraz są trzy drogi — powiedział Piotr.

— Nie. Jedna.

— Przecież widzę trzy rodzaje śladów.

— Ślady mogą być różne, a droga ta sama.

Piotr zastanowił się nad tym.

Nie był pewien, czy tata mówi o sadzie, czy o czymś innym.

Dorośli często tak robili. Mówili o płocie, a myśleli o życiu. Mówili o pogodzie, a myśleli o smutku. Mówili, że trzeba wracać do domu, chociaż czasem chodziło im o zupełnie inne miejsce.

Ptak odezwał się z gałęzi. Krótko. Jakby przypomniał, że to od niego wszystko się zaczęło.

Piotr spojrzał w górę.

— Dokąd on teraz pójdzie?

— Dokąd będzie chciał.

— A jeśli się zgubi?

— Ptaki rzadko gubią drogę.

— Dlaczego?

Tata podniósł młotek.

— Bo nie pytają ludzi, którędy mają lecieć.

Piotr nie był pewien, czy to prawda, ale spodobała mu się ta odpowiedź.

Ruszył dalej przez sad.

Nie szukał już śladów ptaka. Szukał miejsca, w którym zaczynają się następne.

Za gruszą rosły porzeczki. Za porzeczkami stała stara szopa, a za nią zaczynała się ścieżka prowadząca ku polom.

Na jej skraju ziemia była sucha i twarda. Nie było na niej żadnych odcisków.

Piotr przykucnął.

Czekał.

Po chwili wiatr poruszył trawą.

Jedno źdźbło pochyliło się, potem drugie, aż całe pole zafalowało, jakby ktoś niewidzialny przeszedł przez nie bosymi stopami.

Piotr uśmiechnął się.

Nie wszystkie ślady potrzebowały ziemi.

Niektóre wystarczało zauważyć.ROZDZIAŁ DRUGI

Kto zostawia ślady

Nazajutrz Piotr wstał wcześniej niż kogut.

Nie dlatego, że musiał. Chciał sprawdzić, czy ślady nocą śpią.

Na podwórku było jeszcze chłodno. Trawa miała na sobie tyle rosy, jakby przez całą noc ktoś rozwieszał na niej małe szklane paciorki.

Piotr szedł powoli. Nie chciał obudzić ciszy.

Przy studni zobaczył pierwszy ślad. Był okrągły. Nie należał ani do psa, ani do kota.

Przykucnął.

Obok pojawił się drugi, potem trzeci. Prowadziły aż do drewnianego wiadra.

— Sarenka... — szepnął.

Odwrócił się.

Las był daleko, a jednak nocą ktoś przyszedł aż tutaj.

Piotr uśmiechnął się. Lubił myśleć, że zwierzęta wiedzą o ich domu więcej niż ludzie.

Za stodołą usłyszał kroki.

To był tata. Niósł dwa wiadra.

— Znowu szukasz śladów?

Piotr skinął głową.

— Chciałbym wiedzieć, kto tędy chodzi.

Tata postawił wiadra.

— A po co?

— Żeby go poznać.

Tata zamyślił się.

— Większość ludzi patrzy na twarz. Ty patrzysz pod nogi.

Piotr nie wiedział, czy to pochwała.

— Twarz można ukryć — powiedział po chwili tata.

— A ślady?

— Ślady prawie nigdy nie kłamią.

Piotr spojrzał na ziemię. W błocie odciśnięte były także buty taty. Jedna podeszwa była bardziej starta.

Nigdy wcześniej tego nie zauważył.

— Nawet twoje?

Tata uśmiechnął się.

— Zwłaszcza moje.

Przez chwilę stali w milczeniu.

Nad studnią przeleciała jaskółka, tak nisko, że prawie dotknęła skrzydłem lustra wody.

— Tato...

— Tak?

— A jakie ślady zostawia wiatr?

Ojciec spojrzał na topolę rosnącą przy drodze. Liście drżały, choć nikt ich nie dotykał.

— Zobacz.

— Nic nie widzę.

— Właśnie.

Piotr długo patrzył na drzewo. Po chwili zauważył, że poruszają się tylko najmniejsze listki. Grubsze gałęzie pozostawały spokojne.

— Już widzę.

— Wiatru nie.

— Nie...

— Ale widzisz, co potrafi.

Piotr pomyślał, że może z ludźmi jest podobnie. Nie zawsze widać ich serce. Czasem widać tylko to, co poruszyli.

Wracali powoli do domu.

Przed progiem tata zatrzymał się.

— Piotrze...

— Tak?

— Najważniejsze ślady zostawia się tam, gdzie nikt ich nie szuka.

Piotr obejrzał się za siebie.

Na mokrej ziemi zostały tylko dwie pary odcisków.

A jednak wydawało mu się, że wraca ich więcej.ROZDZIAŁ TRZECI

Tata wie, gdzie mieszkają dudki

Piotr obudził się, zanim słońce zdążyło zajrzeć do okna.

Na stole czekał kubek ciepłego mleka, a obok kromka chleba z miodem.

Tata siedział już ubrany, jakby od dawna na niego czekał.

— Idziemy? — zapytał.

Piotr skinął głową.

Nie pytał dokąd. Z tatą nigdy nie było wiadomo.

Czasem szli po drewno, a wracali z opowieścią. Czasem szli nad rzekę, a wracali z kamieniem. A czasem wychodzili tylko na chwilę i wracali późnym wieczorem.

Droga prowadziła przez mokrą łąkę. Trawa sięgała Piotrowi prawie do kolan. Każda kropla rosy odbijała świat tak dokładnie, jakby była maleńkim oknem.

— Nie depcz ich — powiedział tata cicho.

Piotr natychmiast uniósł nogę.

— Rosy?

— Nie.

— To czego?

— Poranków.

Piotr spojrzał na ojca. Nie był pewien, czy żartuje.

Po chwili zaczął stawiać kroki ostrożniej, jakby naprawdę bał się nadepnąć na poranek.

Las pachniał żywicą. Sosny stały nieruchomo. Brzozy szeptały między sobą.

Gdzieś wysoko odezwał się dzięcioł.

Piotr próbował go znaleźć.

Bezskutecznie.

— Nie patrz tam, gdzie słychać — powiedział tata.

— A gdzie?

— Tam, gdzie jest cicho.

Chłopiec odwrócił głowę.

Na starym pniu siedział rudzik. Nie śpiewał. Po prostu patrzył.

Jakby od dawna wiedział, że dziś ktoś go zauważy.

Piotr uśmiechnął się.

— Skąd wiedziałeś?

— Ptaki często wybierają ciszę. Ludzie rzadko.

Szli jeszcze długo. Las gęstniał, a światło wpadało między gałęzie cienkimi pasami.

Nagle tata zatrzymał się i uniósł rękę.

Piotr również stanął.

— Słyszysz?

Chłopiec nasłuchiwał.

Najpierw usłyszał wiatr. Potem trzmiela. Później własny oddech.

I wtedy...

Ciche:

up... up... up...

Jakby ktoś uderzał drewnianą łyżką o pusty pień.

Tata uśmiechnął się.

— Dudek.

Piotr rozejrzał się.

Nic.

Jeszcze raz.

Nic.

— Nie ma go.

— Jest.

— To dlaczego go nie widzę?

Tata wskazał starą wierzbę rosnącą na skraju polany.

— Bo patrzysz na drzewo.

Piotr zmarszczył czoło.

— A gdzie mam patrzeć?

— Na dziuplę.

Minęła chwila.

Z ciemnego otworu wysunął się długi dziób. Potem głowa, a zaraz za nią rozłożył się rdzawy czubek, jak mała korona.

Piotr wstrzymał oddech.

Dudek usiadł na gałęzi. Nie spieszył się, jakby wiedział, że ktoś przyszedł specjalnie do niego.

— Piękny... — szepnął Piotr.

— Jest u siebie — odpowiedział tata.

— Skąd wiedziałeś, że tu mieszka?

Ojciec uśmiechnął się.

— Nie wiedziałem.

— Przecież powiedziałeś, że tu będzie.

— Bo od wielu lat zostawiam to miejsce w spokoju.

Piotr spojrzał zdziwiony.

— To dlatego wracają?

— Zwierzęta wracają tam, gdzie czują się bezpieczne.

Chłopiec długo patrzył na dudka.

Ptak nagle wzbił się w powietrze, przeleciał nisko nad łąką i zniknął za drzewami.

— Poleciał...

— Tak.

— Wróci?

Tata przez chwilę milczał.

— Jeśli uzna, że świat nadal jest dla niego dobrym miejscem.

Wracali do domu tą samą drogą.

Piotr obejrzał się jeszcze raz.

Wierzba stała nieruchomo. Dziupla wyglądała zwyczajnie. Każdy, kto przechodziłby obok, zobaczyłby tylko stare drzewo.

Piotr wiedział już, że nie wszystkie domy mają drzwi.

I nie wszystkie można znaleźć na mapie.ROZDZIAŁ CZWARTY

Miejsca, których nie ma na mapach

Kilka dni później tata wyjął z szuflady dużą mapę i rozłożył ją na stole.

Były na niej miasta, rzeki, lasy i drogi cienkie jak nitki.

Piotr przesuwał po nich palcem.

— Byłeś tutaj?

— Byłem.

— A tutaj?

— Też.

— A tutaj?

Tata pokręcił głową.

— Nie.

— To pojedziemy.

Tata nie odpowiedział. Zamiast tego wyjął ołówek i narysował małe kółko.

Nie na mapie.

Obok niej.

Na stole.

— Tu.

Piotr spojrzał zdziwiony.

— Przecież tam nic nie ma.

— Jest.

— Ale nie na mapie.

— Właśnie.

Piotr długo patrzył na małe kółko. Było puste. Nie miało nazwy. Nie prowadziła do niego żadna droga.

— Co tam jest?

— Pewien kamień.

— Jeden kamień?

— Tak.

— I dlatego go narysowałeś?

Tata skinął głową.

— Siedziałem na nim pierwszy raz, kiedy miałem tyle lat co ty.

Piotr wyobraził sobie małego tatę.

Nigdy wcześniej o tym nie myślał. Dorośli chyba od razu rodzili się dorośli.

Tak mu się wydawało.

— Nadal tam jest?

— Kamień?

— Tak.

— Mam nadzieję.

— A jeśli ktoś go zabrał?

Tata uśmiechnął się.

— Nie wszystko da się zabrać.

Schował mapę.

— Chodź.

Szli długo. Minęli sad, potem łąkę, później las. Ścieżka stawała się coraz węższa, aż w końcu zniknęła.

— Tato...

— Tak?

— Zgubiliśmy drogę.

— Nie.

— Przecież jej nie ma.

— To dlatego dobrze idziemy.

Piotr nie zrozumiał, ale szedł dalej.

Po chwili wyszli na niewielką polanę. Pośrodku leżał ogromny głaz.

Nie wyróżniał się niczym. Był szary, popękany i porośnięty mchem.

— To ten?

— Tak.

Usiedli.

Nie rozmawiali.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij