Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

O piątym żywiole srogie opowieści - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
24 czerwca 2026
2474 pkt
punktów Virtualo

O piątym żywiole srogie opowieści - ebook

Życie nas weryfikuje. Ziemia nas rozlicza.

Beskidzka kotlina, niedaleka przyszłość. Przybycześć, Dzierżykraj, Boguwłość, Zdziebąd, Świętożyźń i Sobieżyr żyją na ziemi poprzecinanej betonem i zalanej wodą, która wcześniej pochłonęła całe wsie. Pod codziennymi maskami skrywają mrok, wstyd, winę oraz własne niespełnione pragnienia. Każde z nich próbuje przetrwać w świecie, który miał ich chronić, a zamiast tego coraz częściej ich rani.

Ich losy niepostrzeżenie splatają się na drogach prowincjonalnej codzienności. Wypalony bezlitosnym słońcem i przeorany machiną rozwoju krajobraz staje się areną starcia między wzbierającymi siłami rodem z mitów o potopie i najskrytszych ludzkich lęków…

„O piątym żywiole srogie opowieści” to gęsta, magiczno-realistyczna historia o eksploatacji planetarnej i międzyludzkiej. O epoce, w której natura i człowiek wystawiają sobie nawzajem rachunek.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-592-8
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

A.

Wasza Łuską Okryta Wysokość

Przybycześć nie stała nad nimi nasrożona, dopilnowując, czy się nie obijają, bacząc, czy dobrze rozsypują xirang, wydając polecenia, rozdając pochwały, rozdzielając przygany, z połami płaszcza falującymi malowniczo w powiewach wiatru dmącego od spiętrzonych dookoła gór.

Choć może powinna.

Siedziała zimnym tyłkiem na ciepłej masce swojej krwistoczerwonej reprodukcji Ferrari 410 Superamerica, ignorując dobiegające zza szyby bzyczenie porzuconego na desce rozdzielczej smartfona, i niewidzącym wzrokiem patrzyła na odfajkowującą kolejne etapy procedury ekipę, jak gdyby było jej wszystko jedno, choć nie było, jak gdyby miała pewność powodzenia, choć nie miała.

Nie było jej wszystko jedno, bo jeśli jej podróbka xirangu i tym razem zawiedzie, z firmy nie będzie co zbierać.

Nie miała pewności powodzenia, bo osiągnęli już punkt, w którym liczba nieudanych dotąd prób zamiast wskazywać na rosnące prawdopodobieństwo powodzenia kolejnej, wskazywała na inherentny problem z całym przedsięwzięciem.

Problem, którego dotąd nie udawało się nie tylko rozwikłać, ale i nazwać.

Gdybyż dało się go nazwać tak, jak udało się jej kiedyś nazwać tamto osobliwe, nawiedzające ją znienacka uczucie, kiedy wszystko stawało się nagle dziwnie nowe, by nie rzec: obce, a które to uczucie długo próbowała jakoś ująć, złapać, dopóki pewnego dnia nie uderzyło jej, że smakuje ono poniekąd jak odwrotność _déjà vu_, i w chwili olśnienia wyguglała _jamais vu_, a potem zamknęła oczy i delektowała się przez wiele chwil wrażeniem zapanowania nad chaosem, jakie niesie ze sobą zdolność nazywania rzeczy.

Tamto wrażenie już dawno przeminęło i została tylko sucha nazwa, którą obracała teraz w głowie, patrząc, jak ekipa rozsypuje, a następnie wyrównuje biały granulat podług wytyczonej linii.

To było teraz jej życie, to były teraz jej troski i gdyby mogła cofnąć się o lat pięć, dziesięć, piętnaście, zbyłaby machnięciem ręki próbującego opchnąć jej podobne przewidzenia-przywidzenia proroka.

A jednak.

Przez lata nauczyła się już zarządzać napadami _jamais vu_ i zwykle niewiele sobie z nich robiła, zamiast tego zdwajając wysiłki w jakimkolwiek przedsięwzięciu, w które akurat była zaangażowana, aż wrażenie przemijało i stawała się znów sobą…

…czy może raczej tą wersją siebie, którą wyselekcjonowało dla niej życie i z którą nauczyła się utożsamiać.

Ale dziś rzeczy miały się inaczej.

Xirang został rozsypany, wyrównywanie miało jeszcze trochę potrwać i patrząc, jak praca wre, Przybycześć poczuła, że kurczy się wewnątrz w zetknięciu z obcością tego wszystkiego.

Co ja tu robię?

Zarządzam?

Szefuję?

Finansuję?

Inwestuję?

Daję pracę?

Ratuję świat?

Coś komuś udowadniam?

Odgrywam, coś odgrywam, pomyślała i zapięła żakiet pod szyją w geście bezradności, jak dawnymi czasy, gdy w ataku _jamais vu_ bez sensu poprawiała na sobie ubranie.

Czy to dlatego, że dziś czuła się wystawiona na ostrzał?

Od dzisiejszej próby xirangu zależało więcej, niż od poprzednich.

Od dzisiejszej próby zależało, czy będą kolejne.

Od dzisiejszej próby zależała ona sama.

Na taryfę ulgową nie mogła liczyć.

Więcej: nie chciała liczyć.

Znikąd, a w istocie z jej najgłębszej głębi wychynęło jakieś licho i kiwnęło na nią kusząco.

A gdyby tak sprzedać tę firmę w cholerę, zainkasować ładną sumkę i zostawić wszystko za sobą?

Przecież dałoby się.

Nie, nie!

Nie, bo nie.

Nie, i już.

Poza wszystkim, to nie pasowałoby jej do imidżu.

Równanie podług linii dobiegło końca, ciągnąca się na kilkaset metrów granica oddzieliła ostrą bielą dwie jeszcze kilka godzin temu identyczne połowy pola, i teraz trzeba było tylko, pozbierawszy sprzęt, oddalić się na bezpieczną odległość, by móc rozpocząć eksperyment.

Pięknie.

Obserwowała, jak się krzątają, wypełniając ustalone przez nią dawno temu i na bieżąco aktualizowane procedury, stosując się do narzuconych przez nią kryteriów, i czuła tę samą satysfakcję, którą kiedyś po raz pierwszy sprawiało jej patrzenie, jak jej słowa stają się ciałem.

Czy raczej tamtej satysfakcji wyblakły posmak.

Wszyscy są uzurpatorami – to powiedziała sobie już dawno i tego się trzymała – wszyscy próbują dorosnąć do wzorców, które pewnego razu im zaimponowały lub zostały wpojone, i gdy wreszcie przy odrobinie szczęścia sami stają się wzorcami dla innych, uświadamiają sobie nagle, że nie zasługują na ten tytuł, znają bowiem swoje ograniczenia, kompromisy i sztuczki, nie mogą jednak tego wyznać, bo pracowali na to przecież tyle lat, nie chcą też odebrać innym nadziei na ich własną przyszłość, brną zatem w iluzję, jednocześnie patrząc w przeszłość i rozpoznając w zapamiętanych twarzach niegdysiejszych własnych idolów ten sam grymas, który widzą teraz w lustrze.

No, może nie wszyscy, nie każdy, nie zawsze, nie wszędzie – ale o ile smaczniejsza była bezwzględność wyroku.

Jeśli już się mylić, to ostatecznie.

A skoro tak, skoro takie jest prawo wszechrzeczy, to może powinnam pogodzić się z własnym uzurpatorstwem, tak samo, jak pogodzili się wszyscy, pomyślała.

Czy raczej, poprawiła się zaraz, może powinnam nauczyć się coraz lepiej je ukrywać, tak samo, jak nauczyli się wszyscy (przynajmniej wszyscy ci, na których warto było się wzorować), aż pod maską nie będzie żadnej twarzy.

Uśmiechnęła się nieco krzywo, trochę półgębkiem, jakoś tak.

Ekipa przeciągnęła już cały sprzęt na podwyższenie terenu i tylko pojedynczy pracownicy krzątali się jeszcze przy tym i owym, podczas gdy pozostali popatrywali co i raz w kierunku Przybycześci, czekając, aż da znak, bo w końcu od tego była, w tym była dobra.

Nie można ich zawieść.

Podniosła się z maski Ferrari, postąpiła kilka kroków i spojrzała ponad podzielonym polem, dachami wiosek, kępami drzew, górami po drugiej stronie Kotliny ku chmurnemu horyzontowi.

Niechciane myśli wróciły, wygrzebawszy się z czeluści, w którą regularnie musiała je strącać.

Chmurny horyzont / mglisty widnokrąg / mroczna przyszłość.

Pomyślało jej się pytająco – nie po raz pierwszy i wiedziała, że nie po raz ostatni – czy ten nieustający ludzki wysiłek ma jeszcze sens, skoro przecież cały system geofizyczny był o lata, a może o miesiące, tygodnie, dni od nieodwracalnego załamania; skoro może już się gdzieś w tle całej tej krzątaniny załamał; skoro ci, którzy nie chcieli kłamać, mówili, że wszystko i tak już przepadło; skoro gra toczyła się teraz tylko o podtrzymanie iluzji sprawczości; skoro jedyne, co można było jeszcze osiągnąć, to nie złamać naraz zbyt wielu serc.

Pomyślało jej się w odpowiedzi – jak za każdym razem – że coś trzeba jednak przecież robić.

Coś, cokolwiek.

To, co robiła, takie najgorsze zresztą nie było, prawda?

Odetchnęła, przełknęła ślinę.

Teraz już wszyscy pracownicy popatrywali ku niej.

Uśmiechnęła się (nie do nich ani nie do siebie) i dała znak.

Oddelegowany do tego właśnie jednego konkretnego zadania pracownik kliknął, co trzeba.

Stało się.

Z oddali, od strony wału wyznaczającego zachodnią stronę zbiornika retencyjnego, dobiegł szurgot śluzy.

Potem rozdęła się cisza, w której przez niebo sunęły powoli chmury.

A wreszcie wezbrał szum uwolnionych wód.

Przybycześć dojrzała ciemną falę zmierzającą przez pole ku białej linii i ukłuta nagłą obawą, odwróciła wzrok.

Tylko na sekundę, może dwie.

Gdy znów spojrzała ku polu, ciemna – to widziała – i cuchnąca – to wiedziała – masa przemierzyła już połowę dystansu do linii xirangu i było w tym błyskawicznym pochodzie coś tak nierzeczywistego, innowymiarowego, natarczywego, że Przybycześć na moment zacisnęła powieki.

Gdy znów je uniosła, krawędź wody właśnie dotykała białej linii.

Teraz albo nigdy, pomyślała Przybycześć i coś kazało jej zaczerpnąć przywianego wiatrem mulistego powietrza, jak gdyby sama miała zaraz zejść pod wodę.

W przeciągu kilku uderzeń zestresowanego serca xirang wypiętrzył się w miejscu pierwszego kontaktu na dobry metr, a potem o tyle samo na kolejnych odcinkach, których sięgnęła woda, mocnym, pewnym siebie ruchem, który wynalazcy nazywali – z męczącą przewidywalnością – „pochodem demonstrującego swą potęgę smoka”.

W ciągu kilkunastu nerwowych mrugnięć wał zdążył zagrodzić drogę wylewającej się wciąż wodzie, której fale odbijały się od przeszkody i zawracały zbite, pokonane.

Przybycześć zacisnęła wargi.

Na tym etapie przy ostatniej próbie wał z xirangu poprzedniej generacji wypaczył się już w kilku miejscach, by po kolejnych kilkunastu sekundach przerwać się jak na komendę w miejscach kilkudziesięciu.

To było wtedy.

Teraz było inaczej.

Ten xirang trzymał się mocno, nadal rosnąc, nadal tężejąc, równy jak spod sznurka, emanujący pewnością siebie, godny zaufania.

Przybycześć wypuściła z płuc powietrze, jak gdyby wynurzając się z mrocznej głębiny.

Biały wał urósł do – oceniła z dystansu na oko – blisko trzech metrów, górując nad pokonaną taflą niczym mury zamku nad najeźdźczą armią, albo niczym – tu wróciły do niej szablonowe porównania – smok, tak, smok, smoczysko nawet, magiczne i niepokonane, swoim majestatem panujące nad śmiertelniczą marnością.

Przybycześć poczuła dreszcz, jak gdyby w tym ostatnim porównaniu była prawdziwa moc, jak gdyby coś z tamtej tradycji jednak przeniknęło i nasączyło ją do głębi.

Smok, tak, to smok, ale nie zły, którego trzeba ubić, lecz dobry, którego trzeba szanować, siła sama w sobie i sama w sobie mądrość.

Uśmiechnęła się do siebie.

Czyżby wreszcie, po tylu latach i tylu próbach, od strony horyzontu, widnokręgu, przyszłości błysnął jakiś promyk?

Nie chciało jej się wierzyć – a może raczej chciało jej się tak strasznie bardzo.

Uśmiechnęła się do świata.

A jednak…

…Wasza Łuską Okryta Wysokość…

…nie.

Wał zadrżał, zadrgał, zadygotał, jak gdyby w jego ciało wraziło się mordercze ostrze; wygiął się i wzdął, jak gdyby śmiertelnie rażony lub otruty; zapadł się w sobie, po prostu.

Woda stała jeszcze przez mgnienie w granicach wytyczonych nieistniejącą już przeszkodą, zdumiona i zakłopotana, a potem rzuciła się z rosnącym hukiem przez pole, już bez zahamowań i skrępowań, porywając ze sobą bladą wstęgę resztek xirangu, ku wzniesieniu, na którym bez ruchu i bez broni stała Przybycześć.

W ogłuszającym huku zgubił się krzyk patrzących z odległości na to wszystko pracowników, zgrzyt opuszczanej śluzy, szum metalu tnącego wodę, woli próbującej przeciwstawić się sile.

Żywioły posmakowały już wolności i nie zamierzały wracać w okowy.

Spiętrzone fale dotarły do podnóża wzniesienia i uderzyły z dudniącym łoskotem, wprawiając zgniecioną ziemię, skałę, beton i asfalt w drżenie, a potem bez nijakiej ceremonii jęły się wspinać, grzywacz po grzywaczu, biel xirangu zastąpiona bielą piany, mulista mętność zgęstniona na podobieństwo biologicznej tkanki, huk zmieniony w pomruk.

Przybycześć poczuła, że się dusi – zaczerpnięte i wypuszczone powietrze pozostawiło w jej płucach kleisty ciężar, którego nie mogła wykrztusić ani wyrzygać – zatoczyła się, cofnęła o krok, potem kolejny i następny, ale nie wyczuwszy za sobą samochodu, nie wyczuwszy za sobą ludzkości, stanęła chwiejnie, nagle sama wobec wszystkiego.

Fale wspięły się jeszcze wyżej, pochłaniając zrudziałą trawę, przykrywając wypalone Słońcem łaty, przekraczając granice, łamiąc zasady.

Przybycześć poczuła na twarzy rozbryzgi.

Grzywacze były już tylko o kilka kroków.

Gdyby chciała, mogłaby dotknąć ich dłonią.

One naprawdę tu były.

Coś w jej mózgu sprzęgło się i spięło.

Grzywacze sunęły wciąż i rosły.

Skąd ten ruch, przecież nie starczyłoby im rozpędu, przecież nie miałyby aż tyle impetu.

Przybycześć patrzyła, jak kłębią się i srożą, huczące, szumiące, bryzgające, fale i neurony, grzywacze i synapsy.

Świat przerwał się i przełamał, jak łyżka w szklance wody.

Przybycześć czuła dotąd _jamais vu_ tylko w sytuacjach, o których wiedziała, że są jej rutyną…

…teraz po raz pierwszy w życiu odczuła je w sytuacji, w której nigdy nie była.

To nie miało za grosz sensu.

Postawiła krok – jeden, drugi, trzeci – i stanąwszy w całej sile swego jestestwa, wyciągnęła rękę przed siebie akurat w chwili, gdy najbutniejszy i najbitniejszy grzywacz sięgnął prawie na wysokość jej twarzy.

Zatrzymał się.

Zatrzymał się, jakby na nią czekając.

Tylko to miało sens.

Samymi opuszkami palców dotknęła pryskającej piany.

Gęsta, lepka, ciepła wilgoć spowiła jej ciało.

Było w niej coś, coś…

Odetchnęła wodą i całą sobą.

…coś, co nie przyjmowało odmowy.

I dobrze.

Przybycześć nie chciała się wyrwać, nie chciała wrócić do uzurpacji, do siebie, do lądu, do wyblakłej płaszczyzny, na której toczyła się codzienność, gdzie zmysły miały swoje przypisane kanały, gdzie wymiary ograniczały ruch, gdzie wnętrze i zewnętrze oddzielała nieprzepuszczalna bariera – dopóki nie dotarły do niej krzyki ekipy.

Bezwymiarowe, bezbarwne, bezsilne, ale ostre i ciasne, niczym haczyki, niczym sieci.

Wyszarpnęła dłoń.

Grzywacz opadł.

Podniósł się znowu.

Wraz z nim inne.

Przez chwilę Przybycześć miała przed sobą żywy mur z płynnej wilgoci, z wilgotnej płynności, który zdawał się nie mieć szczytu ani posad, celu ani uzasadnienia.

A potem mur uniósł się wyżej jeszcze, wyżej, wyżej, i zadzierając głowę, Przybycześć ujrzała, jak jego spienione ciało rozpływa się pośród sięgających ku czterem stronom świata chmur.

I to tyle.

Gdy po niekreślonym czasie zjechała mruczącym kojąco Ferrari na drugą stronę wzniesienia, tam, gdzie czekała na nią ekipa, nie chciała patrzeć im w oczy, dała tylko znak, by wracać do firmy, a potem, ruszywszy drogą ekspresową do miasta, ignorując rozedrgany smartfon, patrzyła na zachmurzony widnokrąg i rozmyślała, co powiedzieć inwestorom, komisji przetargowej, kontrahentom.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij