Obcy w obcym kraju - ebook
Arcydzieło Roberta Heinleina (nagroda Hugo 1962), które z pozycji kultowej w wąskim gronie fanów stało się bestsellerem, a z czasem weszło do klasyki science-fiction.
Wychowany przez Marsjan na Marsie Valentine Michael Smith jest człowiekiem, który nigdy nie widział innego przedstawiciela swojego gatunku. Wysłany na Ziemię, staje się na niej obcym, który musi się dopiero nauczyć, co to znaczy być człowiekiem. Kłopot w tym, że jego przekonania i możliwości dalece wykraczają poza ograniczenia typowe dla rodzaju ludzkiego. Kiedy więc naucza o grokowaniu i dzieleniu się wodą, przy okazji staje się zaczynem przemiany, która na zawsze odmieni Ziemian…
BYŁ SOBIE RAZ MARSJANIN NAZWISKIEM VALENTINE MICHAEL SMITH
Absolutnie wszystko na świecie było dla niego obce - poglądy, motywy działania, przyjemności. Z drugiej strony, on sam został wychowany przez mądrą, subtelną i wysoko rozwiniętą, ale całkowicie nam obcą rasę.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-66712-87-4 |
| Rozmiar pliku: | 3,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Był sobie raz Marsjanin nazwiskiem Valentine Michael Smith. Ci, którzy ustalali skład pierwszej załogowej wyprawy na Marsa, byli gorącymi zwolennikami teorii, że największym niebezpieczeństwem dla człowieka jest on sam. W tamtych czasach – dokładnie osiem lat po założeniu pierwszej stacji na Lunie – podróż między planetami mogła się odbywać wyłącznie w stanie nieważkości, z powodu braku stałego przyśpieszenia. 258 dni z Terry na Marsa, tyle samo z powrotem plus 455 dni na Marsie – tak długo bowiem trzeba było czekać, aż obie planety ponownie zbliżą się do siebie na dogodną odległość.
Warunkiem podróży „Envoya” była możliwość uzupełnienia po drodze paliwa, natomiast powrót zależał od tego, czy statek nie rozbije się podczas lądowania na Marsie, a załodze uda się znaleźć wodę niezbędną do chłodzenia reaktorów, oraz że nie zdarzy się żadna z tysiąca nieprzewidzianych rzeczy, do których może w każdej chwili dojść.
Byłoby wysoce wskazane, żeby ośmiorgu ludziom, stłoczonym w ograniczonej przestrzeni przez niemal trzy lata, udało się ułożyć współżycie ze sobą na nieco lepszych zasadach, niż to się zwykle dzieje.
Propozycja wysłania całkowicie męskiej załogi została odrzucona; pomysł uznano za niezdrowy i bynajmniej nie dający żadnych gwarancji sukcesu. Władze doszły do wniosku, że optymalnym składem będzie cztery razy dwa, oczywiście pod warunkiem, że uda się znaleźć cztery pary specjalistów w dziedzinach niezbędnych do realizacji tego rodzaju przedsięwzięcia.
Uniwersytet w Edynburgu, do którego w pierwszej kolejności zwrócono się o pomoc, zlecił to zadanie Instytutowi Badań Społecznych. Po odrzuceniu ochotników nienadających się ze względu na wiek, stan zdrowia, poziom inteligencji, wykształcenie lub cechy charakteru pozostało około dziewięciu tysięcy kandydatów prezentujących wszystkie poszukiwane specjalności: astrogator, lekarz, kucharz, mechanik, dowódca statku, semantyk, inżynier chemik, inżynier elektronik, fizyk, geolog, biochemik, biolog, fizyk atomowy, fotograf, inżynier hydroponik, inżynier rakietowy. Wśród setek kombinacji kandydatów posiadających wymagane umiejętności trafiły się nawet trzy małżeństwa, ale we wszystkich trzech przypadkach psychologowie, dokładnie badający możliwości bezkonfliktowego współżycia każdego ewentualnego składu, aż łapali się za głowy z przerażenia. Uniwersytet poradził Instytutowi obniżenie wymagań, Instytut zaś zaproponował Uniwersytetowi zwrot symbolicznej zapłaty, jaką otrzymał za podjęcie się tego zadania.
Pracujące na pełnych obrotach maszyny wyszukiwały i dopasowywały dane, zmieniające się bezustannie z racji nieprzewidzianych zgonów, zgłoszeń nowych ochotników albo wycofania się starych. Kapitan Michael Brant, w wieku niewiele ponad trzydziestu lat weteran linii księżycowej, znalazł w Instytucie kogoś, kto przejrzał listę samotnych ochotniczek, które (w parze z kapitanem, rzecz jasna) mogły być brane pod uwagę przy doborze załogi. Po przetestowaniu ewentualnych kombinacji na komputerowym symulatorze Brant udał się do Australii, gdzie oświadczył się doktor Winifred Coburn, starej pannie, od której był o osiem lat młodszy. Zamigotały światełka, drukarki wypluły wstęgi taśm; załoga została skompletowana. Kapitan Michael Brant, dowódca pilot, astrogator, inżynier rakietowy, w wolnych chwilach kucharz i fotograf. Dr Winifred Coburn Brant, lat 41, semantyk, pielęgniarka, oficer zaopatrzeniowy, historyk. Francis X. Seeney, lat 28, pierwszy oficer, drugi pilot, astrogator, astrofizyk, fotograf. Dr Olga Kovalic Seeney, lat 29, kucharz, biochemik, specjalista od hydroponii. Dr Ward Smith, lat 45, lekarz, biolog. Dr Mary Jane Lyle Smith, lat 26, inżynier atomowy, technik elektronik. Sergiej Rimsky, lat 35, inżynier elektronik, inżynier chemik, mechanik, specjalista od niskich temperatur. Eleanora Alvarez Rimsky, lat 32, geolog, selenolog, specjalista od hydroponii. Członkowie załogi posiadali wszystkie konieczne umiejętności, część z nich zresztą zdobyli zaledwie kilka tygodni przed startem. Co ważniejsze, wszystkie badania wykazywały, że najprawdopodobniej będą mogli ze sobą wytrzymać.
„Envoy” wystartował. Przez pierwszych kilka tygodni nadchodzące z niego meldunki mogły być wychwytywane nawet przez amatorskie radiostacje; potem, kiedy sygnały osłabły, wzmacniano je za pomocą aparatury zainstalowanej na satelitach telekomunikacyjnych. Wydawało się, że załoga jest w świetnej formie psychicznej i fizycznej. Najgroźniejszą chorobą, z jaką musiał walczyć doktor Smith, był pojedynczy przypadek grzybicy. Wszyscy bardzo szybko przyzwyczaili się do stanu nieważkości i po tygodniu już nikt nie potrzebował leków przeciwko nudnościom. Jeżeli nawet kapitan Brant miał jakieś problemy z utrzymaniem dyscypliny na pokładzie, to nic o tym nie wspomniał w żadnym ze swoich meldunków.
„Envoy” wszedł na orbitę parkingową nieco poniżej orbity Fobosa i spędził na niej dwa tygodnie, dokonując badań fotograficznych. Potem kapitan Brant nadał depeszę następującej treści: „Lądujemy jutro o 12.00 czasu standardowego na południe od Lacus Soli”.
Więcej meldunków nie otrzymano.rozdział 2
Minęło ćwierć ziemskiego stulecia, nim ludzie ponownie zdecydowali się odwiedzić Marsa. Sześć lat po zamilknięciu „Envoya” próbnik „Zombie”, sfinansowany przez La Societe Astronautique Internationale, przebył przestrzeń międzyplanetarną, wszedł na orbitę wokół Marsa, po czym, nie doczekawszy się żadnego sygnału z jego powierzchni, wrócił na Ziemię. Na zdjęciach, które wykonał, widać było krajobrazy zupełnie nieatrakcyjne z ludzkiego punktu widzenia. Badania atmosfery potwierdziły zaś hipotezę, że jest ona niezdatna do oddychania.
Ale na zdjęciach z „Zombie” widać było również wyraźnie, że „kanały” są istotnie kanałami, a niektóre z utrwalonych na kliszy szczegółów zostały zinterpretowane jako ruiny miast. Z pewnością kolejna ekspedycja poleciałaby na Marsa, gdyby nie wybuch trzeciej wojny światowej.
Wojna oraz spowodowane nią opóźnienie sprawiły jednak, że wyprawa, kiedy wreszcie wyruszyła, była znacznie lepiej przygotowana niż zaginiony „Envoy”. Statek Federacji „Champion” z męską osiemnastoosobową załogą i dwudziestoma trzema kolonistami na pokładzie dzięki napędowi Lyle’a pokonał drogę z Ziemi na Marsa w dziewiętnaście dni. Na miejsce lądowania wybrano teren na południe od Lacus Soli, jako że kapitan van Tromp zamierzał odnaleźć zaginionego „Envoya”. Meldunki z „Championa” napływały codziennie; trzy z nich były szczególnie interesujące. Pierwszy brzmiał, jak następuje:
„Odnaleziono «Envoya». Nikt nie ocalał”.
Drugi:
„Mars jest zamieszkany”.
I wreszcie trzeci:
„Poprawka do meldunku 23-105; odnaleziono jednego rozbitka z «Envoya»”.rozdział 3
Kapitan Willem van Tromp był bardzo dobrym człowiekiem i zbliżając się do Ziemi, wysłał następującą depeszę:
„Mój pasażer nie może być narażony na jakiekolwiek publiczne kontakty. Przygotować niskoprzeciążeniowy wahadłowiec, nosze, ambulans i zapewnić ochronę”.
Polecił także pokładowemu lekarzowi, żeby ten upewnił się, czy Valentine Michael Smith został umieszczony w luksusowej izolatce w Bethesda Medical Center, położony na wodnym materacu i odcięty od wszelkich kontaktów ze światem zewnętrznym, a sam udał się na nadzwyczajne posiedzenie Najwyższej Rady Federacji.
W chwili gdy Smith właśnie był przenoszony do łóżka, minister nauki mówił z rozdrażnieniem:
– Zgadzam się, kapitanie, że sprawowana przez pana funkcja dowódcy wyprawy daje prawo zażądania opieki medycznej dla osoby, która chwilowo znajduje się pod pańskimi rozkazami, ale nie rozumiem, dlaczego usiłuje pan teraz przeszkadzać mi w wykonywaniu moich obowiązków. Przecież ten Smith to istna skarbnica naukowych informacji!
– Ja również tak uważam, panie ministrze.
– W takim razie dlaczego… – Minister nauki przerwał i zwrócił się do ministra pokoju i bezpieczeństwa: – Davidzie, wydasz swoim ludziom odpowiednie instrukcje?
Przecież nie możemy bez końca serwować uspokajających bajeczek profesorowi Tiergartenowi i doktorowi Okajimie, nie wspominając już o innych.
Minister pokoju spojrzał na kapitana van Trompa, a ten potrząsnął głową.
– Ale dlaczego? – domagał się wyjaśnień minister nauki. – Przecież sam pan powiedział, że on nie jest chory?
– Pozwól odpowiedzieć kapitanowi, Pierre – odezwał się minister pokoju. – Kapitanie?
– Smith rzeczywiście nie jest chory, proszę pana – zaczął van Tromp – ale nie czuje się najlepiej. Nigdy do tej pory nie miał do czynienia z ziemskim ciążeniem. Waży teraz dwa i pół raza więcej niż dotychczas i jego mięśnie nie bardzo mogą sobie z tym poradzić. Nie jest przyzwyczajony do ziemskiego ciśnienia atmosferycznego. Nie jest przyzwyczajony praktycznie do niczego i spowodowany tym stres jest naprawdę znaczny. Do licha, panowie! Ja sam jestem wykończony, a przecież urodziłem się na tej planecie.
Minister nauki wydął pogardliwie wargi.
– Drogi kapitanie, jeżeli obawia się pan skutków nadmiernego ciążenia, to pragnę pana uspokoić, że już się tym zajęliśmy. Mnie również zdarzyło się kilka razy opuścić naszą miłą planetę. Ten człowiek musi po prostu…
Kapitan van Tromp zdecydował, że nadszedł czas, by wreszcie dać upust rozsadzającej go złości. Później będzie mógł się wytłumaczyć jak najbardziej autentycznym zmęczeniem. Czuł się tak, jakby właśnie wylądował na Jowiszu.
– Otóż to! – przerwał gwałtownie ministrowi. – „Ten człowiek”! Człowiek! Czy wy nie widzicie, że on wcale nim nie jest?
– Hę?
– Smith nie jest człowiekiem!
– Czy mógłby pan to jakoś wyjaśnić, kapitanie?
– Jest inteligentną istotą, której bezpośrednimi przodkami byli ludzie, ale teraz stał się bardziej Marsjaninem niż człowiekiem. Byliśmy pierwszymi ludźmi, jakich ujrzał. Myśli jak Marsjanin, czuje jak Marsjanin. Został wychowany przez rasę niemającą z nami absolutnie nic wspólnego. Oni nawet nie mają płci! Biorąc pod uwagę pochodzenie, jest człowiekiem, ale przez wzgląd na środowisko, w którym wyrósł, należy go uznać za Marsjanina. Jeżeli chcecie wpędzić go w szaleństwo i zniszczyć tę „skarbnicę wiedzy”, to proszę bardzo, ściągajcie swoich jajogłowych profesorów. Może i dobrze, że nie zdąży przyzwyczaić się do tej zwariowanej planety. To w sumie nie mój interes – ja swoje zrobiłem!
Zapadła cisza, którą przerwał dopiero sekretarz generalny Douglas.
– I zrobił pan to wyśmienicie, kapitanie. Jeżeli ten człowiek, czy też Marsjanin, potrzebuje kilku dni odpoczynku, to nie widzę powodu, dla którego nauka nie mogłaby trochę poczekać. Spokojnie, Pete. Kapitan van Tromp jest po prostu zmęczony.
– Jest coś, co nie może czekać – odezwał się minister informacji publicznej.
– Tak, Jock?
– Jeżeli w możliwie najkrótszym czasie nie pokażemy Człowieka z Marsa w stereowizji, grożą nam zamieszki uliczne, panie sekretarzu.
– Hmm, chyba przesadzasz, Jock. I tak zapychamy Marsem całe wiadomości. Na przykład jutro będę dekorował odznaczeniami kapitana i załogę, potem kapitan van Tromp opowie o przebiegu wyprawy… Jak pan odpocznie, ma się rozumieć.
Minister pokręcił głową.
– Co? Nie da rady, Jock?
– Ludzie czekali na prawdziwego, żywego Marsjanina. Ponieważ ekspedycja go nie przywiozła, potrzebujemy w zamian Smitha. I to szybko.
– Żywego Marsjanina? – Sekretarz generalny Douglas ponownie zwrócił się do kapitana van Trompa. – Macie jakieś filmy z Marsjanami?
– Całą masę.
– Problem rozwiązany, Jock. Jak zabraknie ci materiału na żywo, dawaj filmy. A teraz, kapitanie, wracając do sprawy eksterytorialności: powiada pan, że Marsjanie nie mieli nic przeciwko temu?
Van Tromp na moment przygryzł wargi.
– Proszę pana, rozmawiając z Marsjaninem, odnosi się wrażenie, jakby rozmawiało się z echem. Nie ma sporu, ale nie ma też rezultatów.
– Może powinien pan zatrudnić tego… jak mu tam… semantyka? Przyszedł tu z panem?
– Niestety nie. Doktor Mahmoud nie czuje się zbyt dobrze. Lekkie… eee… załamanie nerwowe.
Kapitan van Tromp uznał, że określenie to dobrze oddaje stan, w jakim znajduje się osobnik zalany w trupa.
– Kosmos daje się we znaki, co, kapitanie?
– Tak, zapewne.
Cholerne szczury lądowe!
– No cóż, niech go pan tu ściągnie, jak tylko poczuje się lepiej. Przypuszczam, że ów młodzieniec z Marsa sporo nam wyjaśni.
– Być może – zgodził się van Tromp z powątpiewaniem w głosie.
***
Ów „młodzieniec z Marsa” starał się tymczasem utrzymać przy życiu. Jego ciało, w niemożliwy sposób zgniecione i osłabione przez dziwaczny kształt przestrzeni w tym niesamowitym miejscu, doznało wreszcie ulgi w miękkim wnętrzu gniazda, do którego je wsadzono. Teraz wreszcie mógł skoncentrować się na utrzymaniu rytmu oddechu i bicia serca.
Niemal od razu poczuł, że grozi mu samoskonsumowanie. Jego płuca pracowały równie energicznie jak w domu, serce zaś galopowało w szalonym tempie, tłocząc w tętnice masy krwi – wszystko po to, by sprostać ciśnieniu napierającej zewsząd przestrzeni, w dodatku wypełnionej zabójczo bogatą i niebezpiecznie gorącą atmosferą. Musiał natychmiast przedsięwziąć odpowiednie środki zaradcze.
Kiedy częstotliwość uderzeń serca spadła do dwudziestu na minutę, a oddech stał się niemal niewyczuwalny, odczekał dłuższą chwilę, aby upewnić się, że nie dojdzie do mimowolnego odcieleśnienia, kiedy na przykład skoncentruje się na jakichś innych sprawach. Uznawszy, że nie grozi mu taka ewentualność, pozostawił na straży część drugiego poziomu świadomości, wycofując całą resztę. Musiał dokładnie się przyjrzeć konfiguracjom ostatnich wydarzeń, aby móc je do siebie dopasować, a następnie cieszyć się nimi i je pielęgnować. Gdyby tego nie uczynił, mogłyby go pożreć.
Od czego powinien zacząć? Czy od chwili, kiedy opuścił dom, łącząc się z tymi, którzy teraz byli jego współtowarzyszami w gnieździe? A może od momentu przybycia do tej ściśniętej przestrzeni? Znowu światła i hałasy związane z tamtą chwilą wybuchły mu w mózgu wstrząsającym bólem. Nie, nie był jeszcze w stanie ogarnąć tej konfiguracji. Z powrotem, z powrotem przed czas, kiedy pojawili się obcy, wśród których był teraz jako jeden z nich. Nie, to za mało. Jeszcze dalej, przed powolne dochodzenie do siebie, które nastąpiło po tym, jak po raz pierwszy zrozumiał, że nie jest taki sam jak jego bracia z gniazda. Z powrotem, z powrotem do samego gniazda…
Smith nie myślał ziemskimi symbolami. Angielskiego, który już zdążył sobie przyswoić w podstawowym zakresie, używał mniej więcej równie swobodnie jak Hindus usiłujący dogadać się z Turkiem. Ten nowy język był dla niego czymś takim jak dla nas książka kodowa z nudnymi i niedoskonałymi wyjaśnieniami. Jego myśli, będące pochodnymi rozwijającej się od pół miliona lat całkowicie obcej kultury, sięgały tak daleko poza to, co nazywa się ludzkim doświadczeniem, że były po prostu nieprzetłumaczalne.
W sąsiednim pokoju doktor Thaddeus grał w karty z Tomem Meechumem, osobistym pielęgniarzem Smitha. Thaddeus starał się cały czas nie spuszczać oka ze znajdujących się na konsolecie wskaźników i mierników. Kiedy częstotliwość pulsowania kontrolnej lampki elektrokardiografu spadła z dziewięćdziesięciu dwóch do dwudziestu impulsów na minutę, zerwał się z miejsca i wpadł do pokoju Smitha. Meechum deptał mu po piętach.
Pacjent sprawiający wrażenie martwego leżał na lekko uginającej się powierzchni pneumatycznego materaca.
– Wezwij doktora Nelsona! – rzucił Thaddeus.
– Już się robi. A może spróbowalibyśmy elektrowstrząsu? – podsunął Meechum.
– Wezwij doktora Nelsona!
Pielęgniarz wybiegł na korytarz. Internista uważnie przyjrzał się pacjentowi, nie dotykając go jednak nawet palcem. Po chwili w izolatce zjawił się starszy lekarz, poruszający się ze starannie wyreżyserowaną niezręcznością człowieka od dawna przebywającego w kosmosie i nieprzyzwyczajonego do ziemskiej grawitacji.
– Co się stało?
– Jakieś dwie minuty temu raptownie spadła temperatura ciała, częstotliwość uderzeń serca i puls.
– Co pan zrobił?
– Nic. Zgodnie z pańskim poleceniem.
– To dobrze.
Nelson uważnie obejrzał Smitha, po czym popatrzył na wskaźniki umieszczone nad łóżkiem, dokładnie takie same jak w pokoju obok.
– Proszę dać mi znać, gdyby się coś zmieniło – powiedział i odwrócił się w stronę drzwi.
Thaddeus sprawiał wrażenie lekko zdezorientowanego.
– Ależ… – wykrztusił.
Nelson stanął.
– Tak, doktorze? Jaka jest pańska diagnoza?
– Eee… Nie chciałbym wypowiadać się na temat pańskiego pacjenta…
– Pytałem o pańską diagnozę.
– Oczywiście. To szok. – Zawahał się. – Może trochę nietypowy, ale jednak szok, z którego pacjent może już nie wyjść.
Nelson skinął głową.
– Brzmi rozsądnie, ale to nie jest zwyczajny przypadek. Już kilka razy widziałem go w takim stanie. Proszę spojrzeć.
Nelson uniósł ramię pacjenta i cofnął rękę; ramię zostało w powietrzu.
– Katalepsja? – zapytał Thaddeus.
– Może pan to nazywać, jak się panu podoba. Proszę tylko uważać, żeby chorego nie niepokoić i dać mi znać, gdyby zaszły jakieś zmiany.
Ułożył ramię Smitha w poprzedniej pozycji i wyszedł z pokoju.
Thaddeus popatrzył na pacjenta, potrząsnął głową i wraz z Meechumem wrócił do sąsiedniego pomieszczenia. Pielęgniarz wziął karty do ręki.
– Dobiera pan?
– Nie.
– Wie pan co, doktorze? Według mnie do rana będzie po wszystkim. Wyjdzie z tego, ale nogami do przodu.
– Nikt cię nie pyta o zdanie. Idź na papierosa do strażników. Chcę chwilę pomyśleć.
Meechum wzruszył ramionami i wyszedł na korytarz. Komandosi pilnujący drzwi izolatki wyprężyli się, po czym poznawszy, kto idzie, znowu stanęli na „spocznij”.
– Co to było za zamieszanie? – zapytał wyższy z nich.
– Pacjent urodził pięcioraczki i kłóciliśmy się, jak je ponazywać. Daj który fajki i ognia.
Drugi komandos wydobył z kieszeni paczkę papierosów.
– Będziesz robił za mamkę?
– Zależy, ile pokarmu będę miał – odparł Meechum i wetknął papierosa do ust. – Słowo daję, panowie, ja naprawdę nic o nim nie wiem.
– A co z tym rozkazem, żeby pod żadnym pozorem nie wpuszczać do niego kobiet? To jakiś maniak seksualny czy co?
– Wiem tylko tyle, że przywieźli go z „Championa” i że ma mieć absolutny spokój.
– Aha, z „Championa” – mruknął pierwszy żołnierz. – To by się nawet zgadzało.
– Niby z czym?
– No, właśnie z tym. Od miesięcy żadnej nie miał, nie dotykał, ba, nawet nie widział. I jest chory, no nie? Boją się, że gdyby jakąś dostał, toby mu zaszkodziło. – Zamrugał nerwowo powiekami. – Mnie na pewno by zaszkodziło.
***
Smith zdawał sobie sprawę, że przez krótki czas w pokoju oprócz niego byli także lekarze, ale zgrokował, że ich zamiary nie są wrogie; nie było potrzeby uruchamiania całego potencjału świadomości.
Rano, gdy zwykle pielęgniarki budzą pacjentów dotknięciem umoczonego w zimnej wodzie skrawka materiału, Smith powrócił. Przyśpieszył bicie serca, wzmógł tempo oddychania i pogodnie rozejrzał się dookoła. Obejrzał cały pokój, odnotowując z podziwem każdy szczegół. Ten pokój był dla niego czymś zupełnie nowym; nie tylko nie przypominał niczego, co Smith znał z Marsa, ale był również całkowicie odmienny od wąskich metalowych pomieszczeń „Championa”. Przeżywszy po raz wtóry wszystkie wydarzenia, jakie związały jego gniazdo z tym miejscem, Smith był gotów je zaakceptować, uznać, a nawet w pewnym stopniu pokochać.
W pewnej chwili poczuł obecność innej żywej istoty. Z sufitu opuszczał się na nitce czarny długonogi pająk. Smith przyglądał mu się z zachwytem, zastanawiając się, czy to może jeden z jego braci w gnieździe.
Do izolatki wszedł doktor Archer Frame – internista, który objął dyżur po Thaddeusie.
– Dzień dobry – powiedział. – Jak się czujesz?
Smith zajął się dokładną analizą jego wypowiedzi. W pierwszej części rozpoznał stwierdzenie mające czysto formalne znaczenie, nie wymagające żadnej reakcji, natomiast pytanie znalazł zarejestrowane w swojej pamięci wraz z kilkoma wersjami tłumaczenia; gdy padało z ust doktora Nelsona, znaczyło jedno, jeżeli słyszał je od kapitana van Trompa – drugie.
Poczuł się skonsternowany, jak zresztą często, kiedy próbował się porozumieć z tymi stworzeniami. Zmusił jednak swe ciało do zachowania spokoju i zaryzykował odpowiedź:
– Czuję… dobrze.
– To dobrze! – odparło stworzenie jak echo. – Zaraz przyjdzie doktor Nelson. Chyba już dojrzałeś do śniadania?
Smith zrozumiał wszystko, co do niego powiedziano, ale mimo to trudno mu było w to uwierzyć. Zdawał sobie sprawę, że jego ciało mogło stanowić dla kogoś po prostu jedno danie w jakimś urozmaiconym posiłku, ale skąd miał wiedzieć, czy już dojrzał, czy jeszcze nie? Poza tym nie oczekiwał, iż spotka go taki zaszczyt. Nie miał pojęcia, że świat, do którego trafił, boryka się z tak poważnymi problemami żywnościowymi, iż istnieje konieczność redukowania liczby żyjących osobników. Poczuł spokojny żal, bo przecież czekało na niego jeszcze tyle wydarzeń, które mógłby przeżyć, lecz nie miał najmniejszego zamiaru przeciwstawiać się losowi.
Wejście doktora Nelsona oszczędziło mu kłopotu tłumaczenia swoich uczuć na język tych stworzeń. Lekarz pokładowy zbadał Smitha, zerknął na wskaźniki, po czym zapytał:
– Co z ruchami jelit?
Smith zrozumiał pytanie, bo padało ono z ust lekarza już nie po raz pierwszy.
– Bez zmian – odparł Frame.
– Zajmiemy się tym, ale najpierw musi coś zjeść. Dajcie tu tę tacę.
Nelson podał mu trzy pierwsze kęsy, a potem wcisnął mu łyżkę w rękę i kazał samodzielnie jeść. Była to dość męcząca czynność, ale napełniła go uczuciem radosnego tryumfu, gdyż oto po raz pierwszy od chwili przybycia do tego zadziwiającego miejsca robił coś zupełnie sam. Opróżnił talerz, po czym zapytał, żeby móc odpowiednio uczcić tego, komu zawdzięczał posiłek:
– Kto to jest?
– Nie kto, tylko co – poprawił go Nelson. – Syntetyczna galaretka odżywcza. Teraz wiesz dokładnie tyle samo, co przedtem. Skończyłeś? W porządku, wyskakuj z tego łóżka.
– Proszę? – Dźwięku tego używało się wtedy, kiedy występowały jakieś zakłócenia w przekazie informacji.
– Powiedziałem, żebyś wstał. No, już. Pochodź trochę. Jasne, jesteś jeszcze słaby jak szczeniak, ale ciągle taki będziesz, jeśli nie zaczniesz się ruszać.
Nelson otworzył zawór w materacu, wypuszczając z niego wodę. Smith próbował opanować ogarniający go strach, bo wiedział, że Nelson nie chce go skrzywdzić. Już po chwili leżał na sflaczałej warstwie wodoszczelnego materiału.
– Doktorze Frame, proszę wziąć go z drugiej strony – polecił Nelson.
Z pomocą obu mężczyzn Smith przetoczył się przez krawędź łóżka.
– Dobra. A teraz wstawaj. Nie bój się, w razie czego zdążymy cię złapać.
Z wysiłkiem stanął na nogach – wysmukły młody mężczyzna o niedorozwiniętych mięśniach i nadmiernie rozbudowanej klatce piersiowej. Na „Championie” przystrzyżono mu włosy i zgolono zarost. Najbardziej zwracała uwagę jego twarz o łagodnych dziecięcych rysach, obdarzona oczami, których spojrzenie zdawało się należeć do sędziwego starca.
Stał przez chwilę, lekko drżąc na całym ciele, po czym ostrożnie zrobił pierwszy krok. Po dwóch dalszych twarz rozpromieniła mu się w radosnym dziecinnym uśmiechu.
– Dobrze! – pochwalił go Nelson.
Spróbował zrobić jeszcze jeden krok, ale drżenie mięśni nasiliło się i osunął się tak szybko, że Frame i Nelson ledwo zdążyli go złapać.
– Do licha! – zaklął doktor Nelson. – Znowu ten jego trans. Połóżmy go do łóżka… Albo nie, najpierw trzeba napełnić materac.
Frame przerwał dopływ wody w chwili, kiedy elastyczna powłoka wypełniła się mniej więcej w trzech czwartych. Przenieśli Smitha na łóżko, nie bez trudu, bo skulił się w pozycji embrionalnej.
– Proszę podłożyć mu poduszkę pod kark i zawołać mnie, kiedy pan uzna, że jestem potrzebny – nakazał Frame’owi Nelson. – Po południu znowu spróbujemy go trochę rozruszać. Za trzy miesiące będzie skakał po drzewach jak małpa. W gruncie rzeczy nic mu nie dolega.
– Tak jest – odpowiedział niezupełnie przekonany Frame.
– Aha, jeszcze jedno: niech go pan nauczy korzystać z łazienki. Tylko proszę wziąć pielęgniarza; nie chcę, żeby się przewrócił.
– Dobrze. Eee… Jak by mi pan radził, to znaczy w jaki sposób…
– Co? A, o to panu chodzi. Niech mu pan po prostu pokaże. Jeszcze niewiele rozumie z tego, co się do niego mówi, ale jest diabelnie bystry.
Smith zjadł obiad bez niczyjej pomocy. Posługacz, który przyszedł po tacę, nachylił się nagle nad łóżkiem.
– Słuchaj, mam dla ciebie interesującą propozycję – wyszeptał.
– Proszę?
– Propozycję. Możesz łatwo zarobić kupę pieniędzy.
– Pieniędzy? Co to jest?
– Daj sobie spokój z filozofowaniem; każdy potrzebuje pieniędzy. Będę się streszczał, bo nie mogę tu długo zostać. Nawet nie wiesz, ile trzeba było kombinować, żeby mnie tu wkręcić. Jestem z „Peerless Features”. Płacimy za twoją historię sześćdziesiąt tysięcy, a ciebie o nic głowa nie boli. Mamy najlepszych „cichych” pisarzy, jacy w ogóle są. Ty tylko odpowiadasz na pytania, a oni składają wszystko do kupy. – Wyciągnął z zanadrza jakiś papier. – Tylko to podpisz.
Smith wziął formularz do ręki i zapatrzył się na niego, trzymając go do góry nogami. Mężczyzna zmełł w ustach przekleństwo.
– Do licha! Nie czytasz po angielsku?
Smith zrozumiał na tyle, żeby odpowiedzieć:
– Nie.
– W takim razie… Dobra! Ja ci to przeczytam, ty odciśniesz mi pod tym swój kciuk, a ja poświadczę jego autentyczność. Słuchaj: „Ja, niżej podpisany Valentine Michael Smith, znany także jako Człowiek z Marsa, przekazuję «Peerless Features» całkowite i wyłączne prawa do mojej opowieści zatytułowanej Byłem więźniem na Marsie, w zamian za…”.
– Salowy!
W drzwiach stanął doktor Frame. Papier zniknął równie szybko, jak się pojawił.
– Już idę, proszę pana. Właśnie zabierałem tacę.
– Co tam czytałeś?
– Nic.
– I tak cię widziałem. Tego pacjenta pod żadnym pozorem nie wolno niepokoić.
Wyszli razem z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Smith przez ponad godzinę nie wykonał najmniejszego ruchu, ale choć starał się ze wszystkich sił, nie mógł za nic zgrokować, o co w tym wszystkim chodziło.rozdział 6
Restauracja w Hagerstown miała to, co nazywa się „atmosferą”: część stołów ustawiono na trawniku schodzącym łagodnie do jeziora, część zaś wśród gałęzi trzech ogromnych drzew. Jill chciała jeść na drzewie, ale Ben dał w łapę maitre d’hotel i ten specjalnie dla nich ustawił stolik tuż nad brzegiem jeziora. Ben zażądał dodatkowo, żeby przyniesiono im odbiornik stereowizji.
Jill nie kryła rozczarowania.
– Po co płacić takie straszne pieniądze, jeżeli nawet nie możemy zjeść na drzewie, a w dodatku musimy się gapić w to cholerne pudło?
– Cierpliwości, moja mała. Przy tamtych stołach są zainstalowane mikrofony, żeby można było wezwać kelnera. Ten prawie na pewno nic takiego nie ma, bo kelner wziął go spośród kilku rezerwowych. Co zaś tyczy się stereowizji, to nie jest po amerykańsku i można jeść, nie gapiąc się w ekran, ale przy okazji można wykorzystać fakt, że hałas z pewnością zakłóci odbiór z mikrofonu kierunkowego. Oczywiście zakładając, że ludzie pana Douglasa zechcą aż tak bardzo się nami interesować.
– Naprawdę myślisz, że nas śledzą? – zapytała Jill. – Chyba nie nadaję się do roli przestępcy.
– To naprawdę nic strasznego. Kiedy zajmowałem się skandalem w General Synthetics, nigdy nie spałem w jednym miejscu więcej niż dwa razy pod rząd i odżywiałem się wyłącznie konserwami. Z czasem można to polubić. Przyśpiesza przemianę materii.
– Na moją dobrą przemianę wpłynąłby zamożny pacjent w podeszłym wieku.
– Nie chcesz za mnie wyjść, Jill?
– Będę chciała, kiedy już wyślę swojego przyszłego męża na tamten świat. Może zresztą stanę się wtedy tak bogata, że będę cię mogła trzymać jako zwierzątko domowe?
– Zacznij już dzisiaj.
– Nic z tego. Dopiero wtedy, jak tamten wykorkuje.
Program rozrywkowy, atakujący w trakcie obiadu ich bębenki nielitościwym strumieniem decybeli, został nagle przerwany. W odbiorniku pojawiła się głowa spikera, który uśmiechnął się szeroko i powiedział:
– SSS, Światowa Sieć Stereowizyjna, i jej sponsor, Cukierki Maltuzjańskie¹ Sp. z o. o., mają przyjemność oddać czas antenowy rządowi Federacji. Pamiętajcie, dziewczęta, każda z was ssie cukierki maltuzjańskie – smaczne, niezawodne, dostępne bez recepty. Po co ryzykować, stosując przestarzałe, nieestetyczne, szkodliwe i niepewne sposoby? Po co ryzykować utratę jego miłości i szacunku? – Rozkoszny spiker spojrzał gdzieś w bok, po czym pośpiesznie dokończył: – Oto mądra dziewczyna, która stosuje cukierki maltuzjańskie. Zaraz po niej przed kamerami wystąpi sam sekretarz generalny!
Pojawiła się trójwymiarowa młoda kobieta, tak zmysłowa, piersiasta i uwodzicielska, że każdy mężczyzna po prostu musiał nagle poczuć niedosyt, spoglądając na swoją partnerkę. Dziewczyna przeciągnęła się i wyszeptała seksownym głosem:
– Ja nigdy nie rozstaję się z cukierkami maltuzjańskimi!
Obraz rozpłynął się, a w chwilę potem zabrzmiały dźwięki hymnu Chwała wiecznemu pokojowi.
– A ty ssiesz te cukierki? – zapytał Ben.
– Nie twój interes! – parsknęła Jill, po czym dodała: – To oszukaństwo. A poza tym skąd wiesz, czy ja tego potrzebuję?
Caxton nic nie odpowiedział, bo odbiornik wypełniła twarz sekretarza generalnego Douglasa.
– Przyjaciele! – zaczął ojcowskim głosem. – Współobywatele Federacji! Spotyka mnie dzisiaj niezwykły zaszczyt i wyróżnienie. Od chwili powrotu naszego wspaniałego „Championa”…
Douglas przez dłuższy czas gratulował mieszkańcom Ziemi zakończonej sukcesem próby nawiązania kontaktu z rasą żyjącą na
innej planecie, dając zręcznie do zrozumienia, że sukces ten osiągnięto przy osobistym współudziale każdego z ludzi i że w gruncie rzeczy każdy z nich mógłby stać na czele ekspedycji, gdyby nie to, że akurat miał coś innego do roboty, oraz że on, sekretarz generalny, był jedynie posłusznym instrumentem realizacji ich woli. Ogólna wymowa wypowiedzi była taka, że przeciętny obywatel jest równy innym, będąc jednocześnie lepszy niemal od wszystkich, i że stary dobry Joe Douglas stanowi uosobienie takiego właśnie przeciętnego człowieka. Jego wymięty krawat i gładko przylizane włosy miały to wrażenie potwierdzać.
Ben zastanawiał się, kto mógł mu to przemówienie napisać. Najprawdopodobniej James Sanforth, który z całego sztabu Douglasa miał największe wyczucie w dobieraniu kojących przymiotników, miłych dla uszu słuchaczy. Zanim zabrał się za politykę, pisywał teksty reklamówek i nie miał żadnych skrupułów. Tak, ten kawałek o „dłoniach kołyszących dziecko” z całą pewnością wyszedł spod jego pióra. Jim był jednym z tych mężczyzn, którzy potrafią uwieść każdą dziewczynę, mając jako przynętę choćby jeden cukierek.
– Wyłącz to! – zażądała Jill.
– Ciii, malutka. Muszę go wysłuchać.
– …i tak oto, przyjaciele, mam zaszczyt przedstawić wam naszego współobywatela Valentine’a Michaela Smitha, Człowieka z Marsa! Mike, wiemy, że jesteś zmęczony i ostatnio nie najlepiej się czułeś, ale czy mógłbyś powiedzieć parę słów do swoich przyjaciół?
Na ekranie pojawiło się półzbliżenie człowieka siedzącego na wózku inwalidzkim. Z jednej strony stał Douglas, a z drugiej sztywno wyprostowana niezwykle fotogeniczna pielęgniarka.
Jill ze zdumienia wciągnęła głośno powietrze.
– Cicho – szepnął Ben.
Gładką, dziecinną twarz człowieka siedzącego na wózku rozjaśnił nieśmiały uśmiech. Spojrzał prosto w kamerę i powiedział:
– Witajcie. Wybaczcie, że siedzę. Jestem jeszcze trochę osłabiony.
Mówił z wyraźną trudnością; pielęgniarka nachyliła się nad nim, żeby zbadać tętno.
Odpowiadając na pytania Douglasa, Człowiek z Marsa prawił komplementy kapitanowi van Trompowi i jego załodze, dziękował za uratowanie i podkreślał, że wszyscy na Marsie są szalenie podekscytowani spotkaniem z Ziemianami, i że on osobiście ma nadzieję przyczynić się do nawiązania przyjacielskich kontaktów między obiema planetami. Pielęgniarka już chciała przerwać rozmowę, ale Douglas zapytał łagodnie:
– Mike, czy możesz nam odpowiedzieć na jeszcze jedno pytanie?
– Oczywiście, panie Douglas, jeżeli tylko będę potrafił.
– Co sądzisz o ziemskich dziewczętach?
– Ooo!
Na nagle zaróżowionej dziecięcej twarzy pojawił się ekstatyczny uśmiech. Kamerzysta zrobił zbliżenie głowy i ramion sekretarza generalnego.
– Mike prosił mnie, bym wam przekazał – kontynuował ojcowskim tonem Douglas – że wróci do was, jak tylko będzie mógł. Sami rozumiecie, najpierw musi nabrać trochę sił. Być może zobaczycie go już za tydzień, o ile lekarze uznają, że mu to nie zaszkodzi.
Pojawiła się kolejna reklamówka cukierków maltuzjańskich; jednoznacznie wynikało z niej, że dziewczyna, która ich nie zażywa, jest nie tylko niespełna rozumu, ale w pewnym sensie stanowi nawet zagrożenie dla otoczenia i na jej widok każdy mężczyzna powinien bezzwłocznie przejść na drugą stronę ulicy. Ben zmienił kanał, po czym odwrócił się do Jill i powiedział ponuro:
– No, wygląda na to, że mogę podrzeć jutrzejszy artykuł. Douglas ma go w swoich łapach.
– Ben!
– Słucham?
– To nie jest Człowiek z Marsa!
– Co takiego? Dziecino, jesteś pewna?
– Jest do niego podobny, ale to na pewno nie ten pacjent, którego widziałam w izolatce.
Ben zwrócił jej uwagę, że przecież Smitha widziało już dziesiątki ludzi – strażnicy, pielęgniarze, lekarze, kapitan i załoga „Championa”. Być może także i inni. Część z nich z całą pewnością oglądała program. Administracja od samego początku musiałaby się liczyć z tym, że niektórzy zauważą oszustwo. To nie miało sensu – ryzyko było zbyt duże.
W odpowiedzi Jill hardo wysunęła dolną wargę i upierała się, że to na pewno nie był człowiek, z którym rozmawiała w szpitalu.
– Dobrze, niech będzie po twojemu! – prychnęła wreszcie ze złością. – Mężczyźni!
– Ależ, Jill…
– Odwieź mnie do domu.
Ben wyszedł zamówić taksówkę. Nie wezwał jej z restauracji, tylko poszedł na znajdujące się nieopodal lądowisko. W drodze powrotnej Jill nie odezwała się ani słowem, natomiast Ben wyciągnął z teczki dialogi spisane z taśmy i jeszcze raz uważnie je przeczytał. Skończywszy, zastanawiał się przez chwilę, po czym powiedział:
– Jill?
– Tak, panie Caxton?
– Ja ci dam pana! Przepraszam cię. Nie miałem racji.
– W jaki sposób doszedłeś do tego wniosku?
Klepnął dłonią w leżący na kolanach plik papierów.
– Sądząc po tym, jak zachowywał się jeszcze wczoraj, to nie mógł być on. W tak stresowej sytuacji z całą pewnością wpadłby w trans.
– Cieszę się, że wreszcie zacząłeś zwracać uwagę na oczywiste rzeczy.
– Czy byłabyś uprzejma kopnąć mnie raz, ale dobrze, a potem zostawić w spokoju? Czy wiesz, co to oznacza?
– Że posłużyli się jakimś aktorem. Powiedziałam ci to już godzinę temu.
– Zgadza się. Zupełnie niezły aktor. Ale tu chodzi o coś więcej. Według mnie istnieją dwie możliwości: albo Smith nie żyje i…
– Mój Boże, nie żyje!
Jill przypomniała sobie tajemniczą ceremonię dzielenia się wodą i nagle niemal poczuła obok siebie obecność dziwnej, niemożliwej do opisania słowami osobowości Smitha.
– Kto wie? Jeżeli mam rację, to dubler pozostanie przy życiu tylko tak długo, jak długo będą go potrzebować. Potem „umrze” i zostanie wywieziony z miasta z tak stanowczym zakazem mówienia o całej sprawie, że dostałby ataku astmy, gdyby próbował choćby pisnąć słowo na ten temat. Kto wie, może nawet zrobiliby mu lobotomię? Jeżeli Smith rzeczywiście jest martwy, to właściwie możemy od razu zająć się czymś innym, bo nigdy nie uda nam się dowieść prawdy. Dlatego lepiej załóżmy, że jednak żyje.
– Och, mam nadzieję!
– „Czym Hekuba dla ciebie lub ty dla Hekuby?” – zacytował niedokładnie Caxton. – Jeżeli żyje, to i tak może się jeszcze okazać, że w tej sprawie nie ma nic nieczystego. Przecież ważne osobistości bardzo często korzystają z usług dublerów. Może za dwa lub trzy tygodnie nasz przyjaciel Smith będzie już w tak dobrym stanie, że zdecydują się go pokazać publiczności, chociaż, szczerze mówiąc, diabelnie w to wątpię.
– Dlaczego?
– Rusz mózgownicą, koteczku. Douglasowi już raz nie udało się wyciągnąć od niego tego, co chciał. Ponieważ jednak ta sprawa nie może zostać niezałatwiona, Douglas zapewne schowa Smitha tak głęboko, że nikt go nie znajdzie. Nigdy nie będzie nam dane ujrzeć prawdziwego Człowieka z Marsa.
– Uważasz, że go zabije?
– Po co być aż tak brutalnym? Wystarczy, że go umieści w jakimś prywatnym domu opieki i nie pozwoli kontaktować się z nikim z zewnątrz.
– O Boże! Ben, co robić?
Caxton się skrzywił.
– Na razie to oni ustalają reguły gry, ale mam zamiar zjawić się tam w towarzystwie Świadka i prawnika i zażądać widzenia ze Smithem. Może uda mi się wyciągnąć tę sprawę na światło dzienne.
– Będę z tobą!
– Jeszcze czego. Sama powiedziałaś, że to może zniszczyć twoją karierę.
– Przecież potrzebujesz mnie, żebym go zidentyfikowała.
– Kiedy już stanę z nim twarzą w twarz, będę potrafił poznać, czy to tylko zręczny aktor, czy naprawdę ktoś, kto całe życie spędził wśród istot zupełnie innych niż ludzie. Gdyby jednak coś miało się nie udać, będziesz moim ukrytym atutem – wiesz, że próbują bawić się z nami w chowanego, a w dodatku masz dostęp do Bethesda Center. Kochanie, jeżeli słuch o mnie zaginie, możesz działać na własną rękę.
– Ben, oni chyba nie zrobią ci nic złego?
– Maluchu, tym razem walczę trzy kategorie wyżej, niż wynikałoby to z mojej wagi.
– To mi się wcale nie podoba. Co masz zamiar zrobić, kiedy już uda ci się do niego dotrzeć?
– Zapytam go, czy chce wyjść ze szpitala. Jeżeli powie, że tak, to od razu go zabiorę. W obecności Świadka nie odważą się nas zatrzymać.
– A co potem? Ciągle jeszcze potrzebuje opieki lekarskiej. Ben, on naprawdę nie potrafi się o siebie zatroszczyć.
Caxton ponownie się skrzywił.
– Myślałem o tym. Moglibyśmy na przykład umieścić go w moim mieszkaniu i…
– …i ja bym się nim opiekowała. Zróbmy tak!
– Powoli, powoli. Douglas z całą pewnością coś by wykombinował, żeby Smitha z powrotem zamknąć w klatce. Nas zresztą też. – Zmarszczył brwi. – Ale znam kogoś, komu mogłoby to ujść na sucho.
– Kogo?
– Wiesz, kto to jest Jubal Harshaw?
– A kto nie wie?
– To właśnie jedna z jego zalet: wszyscy go znają. Dzięki temu nie można go sobie podporządkować. Jest jednocześnie lekarzem i prawnikiem, a to czyni go podwójnie uodpornionym.
A co najważniejsze, jest tak wielkim indywidualistą, że gdyby tylko miał ochotę, stanąłby ze scyzorykiem w ręku przeciwko całej Federacji. To zwiększa jego wartość jeszcze ośmiokrotnie. Poznałem go podczas jakiegoś procesu o zniesławienie; jest przyjacielem, na którego zawsze można liczyć. Jeżeli uda mi się wyciągnąć Smitha z Bethesda Center, zabiorę go do Harshawa w Góry Pocono. Niech rządowe pieski usiłują go stamtąd wyszarpać!
1. Cukierki Maltuzjańskie – środki antykoncepcyjne (przyp tłum)