Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Obcy w obcym kraju - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
15 stycznia 2021
42,00
4200 pkt
punktów Virtualo

Obcy w obcym kraju - ebook

Arcydzieło Roberta Heinleina (nagroda Hugo 1962), które z pozycji kultowej w wąskim gronie fanów stało się bestsellerem, a z czasem weszło do klasyki science-fiction.

Wychowany przez Marsjan na Marsie Valentine Michael Smith jest człowiekiem, który nigdy nie widział innego przedstawiciela swojego gatunku. Wysłany na Ziemię, staje się na niej obcym, który musi się dopiero nauczyć, co to znaczy być człowiekiem. Kłopot w tym, że jego przekonania i możliwości dalece wykraczają poza ograniczenia typowe dla rodzaju ludzkiego. Kiedy więc naucza o grokowaniu i dzieleniu się wodą, przy okazji staje się zaczynem przemiany, która na zawsze odmieni Ziemian…

BYŁ SOBIE RAZ MARSJANIN NAZWISKIEM VALENTINE MICHAEL SMITH

Absolutnie wszystko na świecie było dla niego obce - poglądy, motywy działania, przyjemności. Z drugiej strony, on sam został wychowany przez mądrą, subtelną i wysoko rozwiniętą, ale całkowicie nam obcą rasę.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-66712-87-4
Rozmiar pliku: 3,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

roz­dział 1

Był sobie raz Mar­sja­nin nazwi­skiem Valen­tine Michael Smith. Ci, któ­rzy usta­lali skład pierw­szej zało­go­wej wyprawy na Marsa, byli gorą­cymi zwo­len­ni­kami teo­rii, że naj­więk­szym nie­bez­pie­czeń­stwem dla czło­wieka jest on sam. W tam­tych cza­sach – dokład­nie osiem lat po zało­że­niu pierw­szej sta­cji na Lunie – podróż mię­dzy pla­ne­tami mogła się odby­wać wyłącz­nie w sta­nie nie­waż­ko­ści, z powodu braku sta­łego przy­śpie­sze­nia. 258 dni z Terry na Marsa, tyle samo z powro­tem plus 455 dni na Mar­sie – tak długo bowiem trzeba było cze­kać, aż obie pla­nety ponow­nie zbliżą się do sie­bie na dogodną odle­głość.

Warun­kiem podróży „Envoya” była moż­li­wość uzu­peł­nie­nia po dro­dze paliwa, nato­miast powrót zale­żał od tego, czy sta­tek nie roz­bije się pod­czas lądo­wa­nia na Mar­sie, a zało­dze uda się zna­leźć wodę nie­zbędną do chło­dze­nia reak­to­rów, oraz że nie zda­rzy się żadna z tysiąca nie­prze­wi­dzia­nych rze­czy, do któ­rych może w każ­dej chwili dojść.

Byłoby wysoce wska­zane, żeby ośmiorgu ludziom, stło­czo­nym w ogra­ni­czo­nej prze­strzeni przez nie­mal trzy lata, udało się uło­żyć współ­ży­cie ze sobą na nieco lep­szych zasa­dach, niż to się zwy­kle dzieje.

Pro­po­zy­cja wysła­nia cał­ko­wi­cie męskiej załogi została odrzu­cona; pomysł uznano za nie­zdrowy i by­naj­mniej nie dający żad­nych gwa­ran­cji suk­cesu. Wła­dze doszły do wnio­sku, że opty­mal­nym skła­dem będzie cztery razy dwa, oczy­wi­ście pod warun­kiem, że uda się zna­leźć cztery pary spe­cja­li­stów w dzie­dzi­nach nie­zbęd­nych do reali­za­cji tego rodzaju przed­się­wzię­cia.

Uni­wer­sy­tet w Edyn­burgu, do któ­rego w pierw­szej kolej­no­ści zwró­cono się o pomoc, zle­cił to zada­nie Insty­tu­towi Badań Spo­łecz­nych. Po odrzu­ce­niu ochot­ni­ków nie­na­da­ją­cych się ze względu na wiek, stan zdro­wia, poziom inte­li­gen­cji, wykształ­ce­nie lub cechy cha­rak­teru pozo­stało około dzie­wię­ciu tysięcy kan­dy­da­tów pre­zen­tu­ją­cych wszyst­kie poszu­ki­wane spe­cjal­no­ści: astro­ga­tor, lekarz, kucharz, mecha­nik, dowódca statku, seman­tyk, inży­nier che­mik, inży­nier elek­tro­nik, fizyk, geo­log, bioche­mik, bio­log, fizyk ato­mowy, foto­graf, inży­nier hydro­po­nik, inży­nier rakie­towy. Wśród setek kom­bi­na­cji kan­dy­da­tów posia­da­ją­cych wyma­gane umie­jęt­no­ści tra­fiły się nawet trzy mał­żeń­stwa, ale we wszyst­kich trzech przy­pad­kach psy­cho­lo­go­wie, dokład­nie bada­jący moż­li­wo­ści bez­kon­flik­to­wego współ­ży­cia każ­dego ewen­tu­al­nego składu, aż łapali się za głowy z prze­ra­że­nia. Uni­wer­sy­tet pora­dził Insty­tu­towi obni­że­nie wyma­gań, Insty­tut zaś zapro­po­no­wał Uni­wer­sy­tetowi zwrot sym­bo­licz­nej zapłaty, jaką otrzy­mał za pod­ję­cie się tego zada­nia.

Pra­cu­jące na peł­nych obro­tach maszyny wyszu­ki­wały i dopa­so­wy­wały dane, zmie­nia­jące się bez­u­stan­nie z racji nie­prze­wi­dzia­nych zgo­nów, zgło­szeń nowych ochot­ni­ków albo wyco­fa­nia się sta­rych. Kapi­tan Michael Brant, w wieku nie­wiele ponad trzy­dzie­stu lat wete­ran linii księ­ży­co­wej, zna­lazł w Insty­tu­cie kogoś, kto przej­rzał listę samot­nych ochot­ni­czek, które (w parze z kapi­ta­nem, rzecz jasna) mogły być brane pod uwagę przy dobo­rze załogi. Po prze­te­sto­wa­niu ewen­tu­al­nych kom­bi­na­cji na kom­pu­te­ro­wym symu­la­to­rze Brant udał się do Austra­lii, gdzie oświad­czył się dok­tor Wini­fred Coburn, sta­rej pan­nie, od któ­rej był o osiem lat młod­szy. Zami­go­tały świa­tełka, dru­karki wypluły wstęgi taśm; załoga została skom­ple­to­wana. Kapi­tan Michael Brant, dowódca pilot, astro­ga­tor, inży­nier rakie­towy, w wol­nych chwi­lach kucharz i foto­graf. Dr Wini­fred Coburn Brant, lat 41, seman­tyk, pie­lę­gniarka, ofi­cer zaopa­trze­niowy, histo­ryk. Fran­cis X. Seeney, lat 28, pierw­szy ofi­cer, drugi pilot, astro­ga­tor, astro­fi­zyk, foto­graf. Dr Olga Kova­lic Seeney, lat 29, kucharz, bio­che­mik, spe­cja­li­sta od hydro­po­nii. Dr Ward Smith, lat 45, lekarz, bio­log. Dr Mary Jane Lyle Smith, lat 26, inży­nier ato­mowy, tech­nik elek­tro­nik. Ser­giej Rim­sky, lat 35, inży­nier elek­tro­nik, inży­nier che­mik, mecha­nik, spe­cja­li­sta od niskich tem­pe­ra­tur. Ele­anora Alva­rez Rim­sky, lat 32, geo­log, sele­no­log, spe­cja­li­sta od hydro­po­nii. Człon­ko­wie załogi posia­dali wszyst­kie konieczne umie­jęt­no­ści, część z nich zresztą zdo­byli zale­d­wie kilka tygo­dni przed star­tem. Co waż­niej­sze, wszyst­kie bada­nia wyka­zy­wały, że naj­praw­do­po­dob­niej będą mogli ze sobą wytrzy­mać.

„Envoy” wystar­to­wał. Przez pierw­szych kilka tygo­dni nad­cho­dzące z niego mel­dunki mogły być wychwy­ty­wane nawet przez ama­tor­skie radio­sta­cje; potem, kiedy sygnały osła­bły, wzmac­niano je za pomocą apa­ra­tury zain­sta­lo­wa­nej na sate­li­tach tele­ko­mu­ni­ka­cyj­nych. Wyda­wało się, że załoga jest w świet­nej for­mie psy­chicz­nej i fizycz­nej. Naj­groź­niej­szą cho­robą, z jaką musiał wal­czyć dok­tor Smith, był poje­dyn­czy przy­pa­dek grzy­bicy. Wszy­scy bar­dzo szybko przy­zwy­cza­ili się do stanu nie­waż­ko­ści i po tygo­dniu już nikt nie potrze­bo­wał leków prze­ciwko nud­no­ściom. Jeżeli nawet kapi­tan Brant miał jakieś pro­blemy z utrzy­ma­niem dys­cy­pliny na pokła­dzie, to nic o tym nie wspo­mniał w żad­nym ze swo­ich mel­dun­ków.

„Envoy” wszedł na orbitę par­kin­gową nieco poni­żej orbity Fobosa i spę­dził na niej dwa tygo­dnie, doko­nu­jąc badań foto­gra­ficz­nych. Potem kapi­tan Brant nadał depe­szę nastę­pu­ją­cej tre­ści: „Lądu­jemy jutro o 12.00 czasu stan­dar­do­wego na połu­dnie od Lacus Soli”.

Wię­cej mel­dun­ków nie otrzy­mano.roz­dział 2

Minęło ćwierć ziem­skiego stu­le­cia, nim ludzie ponow­nie zde­cy­do­wali się odwie­dzić Marsa. Sześć lat po zamilk­nię­ciu „Envoya” prób­nik „Zom­bie”, sfi­nan­so­wany przez La Societe Astro­nau­ti­que Inter­na­tio­nale, prze­był prze­strzeń mię­dzy­pla­ne­tarną, wszedł na orbitę wokół Marsa, po czym, nie docze­kaw­szy się żad­nego sygnału z jego powierzchni, wró­cił na Zie­mię. Na zdję­ciach, które wyko­nał, widać było kra­jo­brazy zupeł­nie nie­atrak­cyjne z ludz­kiego punktu widze­nia. Bada­nia atmos­fery potwier­dziły zaś hipo­tezę, że jest ona nie­zdatna do oddy­cha­nia.

Ale na zdję­ciach z „Zom­bie” widać było rów­nież wyraź­nie, że „kanały” są istot­nie kana­łami, a nie­które z utrwa­lo­nych na kli­szy szcze­gó­łów zostały zin­ter­pre­to­wane jako ruiny miast. Z pew­no­ścią kolejna eks­pe­dy­cja pole­cia­łaby na Marsa, gdyby nie wybuch trze­ciej wojny świa­to­wej.

Wojna oraz spo­wo­do­wane nią opóź­nie­nie spra­wiły jed­nak, że wyprawa, kiedy wresz­cie wyru­szyła, była znacz­nie lepiej przy­go­to­wana niż zagi­niony „Envoy”. Sta­tek Fede­ra­cji „Cham­pion” z męską osiem­na­sto­oso­bową załogą i dwu­dzie­stoma trzema kolo­ni­stami na pokła­dzie dzięki napę­dowi Lyle’a poko­nał drogę z Ziemi na Marsa w dzie­więt­na­ście dni. Na miej­sce lądo­wa­nia wybrano teren na połu­dnie od Lacus Soli, jako że kapi­tan van Tromp zamie­rzał odna­leźć zagi­nio­nego „Envoya”. Mel­dunki z „Cham­piona” napły­wały codzien­nie; trzy z nich były szcze­gól­nie inte­re­su­jące. Pierw­szy brzmiał, jak nastę­puje:

„Odna­le­ziono «Envoya». Nikt nie oca­lał”.

Drugi:

„Mars jest zamiesz­kany”.

I wresz­cie trzeci:

„Poprawka do mel­dunku 23-105; odna­le­ziono jed­nego roz­bitka z «Envoya»”.roz­dział 3

Kapi­tan Wil­lem van Tromp był bar­dzo dobrym czło­wie­kiem i zbli­ża­jąc się do Ziemi, wysłał nastę­pu­jącą depe­szę:

„Mój pasa­żer nie może być nara­żony na jakie­kol­wiek publiczne kon­takty. Przy­go­to­wać nisko­prze­cią­że­niowy waha­dło­wiec, nosze, ambu­lans i zapew­nić ochronę”.

Pole­cił także pokła­do­wemu leka­rzowi, żeby ten upew­nił się, czy Valen­tine Michael Smith został umiesz­czony w luk­su­so­wej izo­latce w Bethesda Medi­cal Cen­ter, poło­żony na wod­nym mate­racu i odcięty od wszel­kich kon­tak­tów ze świa­tem zewnętrz­nym, a sam udał się na nad­zwy­czajne posie­dze­nie Naj­wyż­szej Rady Fede­ra­cji.

W chwili gdy Smith wła­śnie był prze­no­szony do łóżka, mini­ster nauki mówił z roz­draż­nie­niem:

– Zga­dzam się, kapi­ta­nie, że spra­wo­wana przez pana funk­cja dowódcy wyprawy daje prawo zażą­da­nia opieki medycz­nej dla osoby, która chwi­lowo znaj­duje się pod pań­skimi roz­ka­zami, ale nie rozu­miem, dla­czego usi­łuje pan teraz prze­szka­dzać mi w wyko­ny­wa­niu moich obo­wiąz­ków. Prze­cież ten Smith to istna skarb­nica nauko­wych infor­ma­cji!

– Ja rów­nież tak uwa­żam, panie mini­strze.

– W takim razie dla­czego… – Mini­ster nauki prze­rwał i zwró­cił się do mini­stra pokoju i bez­pie­czeń­stwa: – Davi­dzie, wydasz swoim ludziom odpo­wied­nie instruk­cje?

Prze­cież nie możemy bez końca ser­wo­wać uspo­ka­ja­ją­cych baje­czek pro­fe­so­rowi Tier­gar­te­nowi i dok­to­rowi Oka­ji­mie, nie wspo­mi­na­jąc już o innych.

Mini­ster pokoju spoj­rzał na kapi­tana van Trompa, a ten potrzą­snął głową.

– Ale dla­czego? – doma­gał się wyja­śnień mini­ster nauki. – Prze­cież sam pan powie­dział, że on nie jest chory?

– Pozwól odpo­wie­dzieć kapi­ta­nowi, Pierre – ode­zwał się mini­ster pokoju. – Kapi­ta­nie?

– Smith rze­czy­wi­ście nie jest chory, pro­szę pana – zaczął van Tromp – ale nie czuje się naj­le­piej. Ni­gdy do tej pory nie miał do czy­nie­nia z ziem­skim cią­że­niem. Waży teraz dwa i pół raza wię­cej niż dotych­czas i jego mię­śnie nie bar­dzo mogą sobie z tym pora­dzić. Nie jest przy­zwy­cza­jony do ziem­skiego ciśnie­nia atmos­fe­rycz­nego. Nie jest przy­zwy­cza­jony prak­tycz­nie do niczego i spo­wo­do­wany tym stres jest naprawdę znaczny. Do licha, pano­wie! Ja sam jestem wykoń­czony, a prze­cież uro­dzi­łem się na tej pla­ne­cie.

Mini­ster nauki wydął pogar­dli­wie wargi.

– Drogi kapi­ta­nie, jeżeli oba­wia się pan skut­ków nad­mier­nego cią­że­nia, to pra­gnę pana uspo­koić, że już się tym zaję­li­śmy. Mnie rów­nież zda­rzyło się kilka razy opu­ścić naszą miłą pla­netę. Ten czło­wiek musi po pro­stu…

Kapi­tan van Tromp zde­cy­do­wał, że nad­szedł czas, by wresz­cie dać upust roz­sa­dza­ją­cej go zło­ści. Póź­niej będzie mógł się wytłu­ma­czyć jak naj­bar­dziej auten­tycz­nym zmę­cze­niem. Czuł się tak, jakby wła­śnie wylą­do­wał na Jowi­szu.

– Otóż to! – prze­rwał gwał­tow­nie mini­strowi. – „Ten czło­wiek”! Czło­wiek! Czy wy nie widzi­cie, że on wcale nim nie jest?

– Hę?

– Smith nie jest czło­wie­kiem!

– Czy mógłby pan to jakoś wyja­śnić, kapi­ta­nie?

– Jest inte­li­gentną istotą, któ­rej bez­po­śred­nimi przod­kami byli ludzie, ale teraz stał się bar­dziej Mar­sja­ni­nem niż czło­wie­kiem. Byli­śmy pierw­szymi ludźmi, jakich ujrzał. Myśli jak Mar­sja­nin, czuje jak Mar­sja­nin. Został wycho­wany przez rasę nie­ma­jącą z nami abso­lut­nie nic wspól­nego. Oni nawet nie mają płci! Bio­rąc pod uwagę pocho­dze­nie, jest czło­wie­kiem, ale przez wzgląd na śro­do­wi­sko, w któ­rym wyrósł, należy go uznać za Mar­sja­nina. Jeżeli chce­cie wpę­dzić go w sza­leń­stwo i znisz­czyć tę „skarb­nicę wie­dzy”, to pro­szę bar­dzo, ścią­gaj­cie swo­ich jajo­gło­wych pro­fe­so­rów. Może i dobrze, że nie zdąży przy­zwy­czaić się do tej zwa­rio­wa­nej pla­nety. To w sumie nie mój inte­res – ja swoje zro­bi­łem!

Zapa­dła cisza, którą prze­rwał dopiero sekre­tarz gene­ralny Douglas.

– I zro­bił pan to wyśmie­ni­cie, kapi­ta­nie. Jeżeli ten czło­wiek, czy też Mar­sja­nin, potrze­buje kilku dni odpo­czynku, to nie widzę powodu, dla któ­rego nauka nie mogłaby tro­chę pocze­kać. Spo­koj­nie, Pete. Kapi­tan van Tromp jest po pro­stu zmę­czony.

– Jest coś, co nie może cze­kać – ode­zwał się mini­ster infor­ma­cji publicz­nej.

– Tak, Jock?

– Jeżeli w moż­li­wie naj­krót­szym cza­sie nie poka­żemy Czło­wieka z Marsa w ste­reo­wi­zji, grożą nam zamieszki uliczne, panie sekre­ta­rzu.

– Hmm, chyba prze­sa­dzasz, Jock. I tak zapy­chamy Mar­sem całe wia­do­mo­ści. Na przy­kład jutro będę deko­ro­wał odzna­cze­niami kapi­tana i załogę, potem kapi­tan van Tromp opo­wie o prze­biegu wyprawy… Jak pan odpocz­nie, ma się rozu­mieć.

Mini­ster pokrę­cił głową.

– Co? Nie da rady, Jock?

– Ludzie cze­kali na praw­dzi­wego, żywego Mar­sja­nina. Ponie­waż eks­pe­dy­cja go nie przy­wio­zła, potrze­bu­jemy w zamian Smi­tha. I to szybko.

– Żywego Mar­sja­nina? – Sekre­tarz gene­ralny Douglas ponow­nie zwró­cił się do kapi­tana van Trompa. – Macie jakieś filmy z Mar­sja­nami?

– Całą masę.

– Pro­blem roz­wią­zany, Jock. Jak zabrak­nie ci mate­riału na żywo, dawaj filmy. A teraz, kapi­ta­nie, wra­ca­jąc do sprawy eks­te­ry­to­rial­no­ści: powiada pan, że Mar­sja­nie nie mieli nic prze­ciwko temu?

Van Tromp na moment przy­gryzł wargi.

– Pro­szę pana, roz­ma­wia­jąc z Mar­sja­ni­nem, odnosi się wra­że­nie, jakby roz­ma­wiało się z echem. Nie ma sporu, ale nie ma też rezul­ta­tów.

– Może powi­nien pan zatrud­nić tego… jak mu tam… seman­tyka? Przy­szedł tu z panem?

– Nie­stety nie. Dok­tor Mah­moud nie czuje się zbyt dobrze. Lek­kie… eee… zała­ma­nie ner­wowe.

Kapi­tan van Tromp uznał, że okre­śle­nie to dobrze oddaje stan, w jakim znaj­duje się osob­nik zalany w trupa.

– Kosmos daje się we znaki, co, kapi­ta­nie?

– Tak, zapewne.

Cho­lerne szczury lądowe!

– No cóż, niech go pan tu ścią­gnie, jak tylko poczuje się lepiej. Przy­pusz­czam, że ów mło­dzie­niec z Marsa sporo nam wyja­śni.

– Być może – zgo­dził się van Tromp z powąt­pie­wa­niem w gło­sie.

***

Ów „mło­dzie­niec z Marsa” sta­rał się tym­cza­sem utrzy­mać przy życiu. Jego ciało, w nie­moż­liwy spo­sób zgnie­cione i osła­bione przez dzi­waczny kształt prze­strzeni w tym nie­sa­mo­wi­tym miej­scu, doznało wresz­cie ulgi w mięk­kim wnę­trzu gniazda, do któ­rego je wsa­dzono. Teraz wresz­cie mógł skon­cen­tro­wać się na utrzy­ma­niu rytmu odde­chu i bicia serca.

Nie­mal od razu poczuł, że grozi mu samo­skon­su­mo­wa­nie. Jego płuca pra­co­wały rów­nie ener­gicz­nie jak w domu, serce zaś galo­po­wało w sza­lo­nym tem­pie, tło­cząc w tęt­nice masy krwi – wszystko po to, by spro­stać ciśnie­niu napie­ra­ją­cej zewsząd prze­strzeni, w dodatku wypeł­nio­nej zabój­czo bogatą i nie­bez­piecz­nie gorącą atmos­ferą. Musiał natych­miast przed­się­wziąć odpo­wied­nie środki zarad­cze.

Kiedy czę­sto­tli­wość ude­rzeń serca spa­dła do dwu­dzie­stu na minutę, a oddech stał się nie­mal nie­wy­czu­walny, odcze­kał dłuż­szą chwilę, aby upew­nić się, że nie doj­dzie do mimo­wol­nego odcie­le­śnie­nia, kiedy na przy­kład skon­cen­truje się na jakichś innych spra­wach. Uznaw­szy, że nie grozi mu taka ewen­tu­al­ność, pozo­sta­wił na straży część dru­giego poziomu świa­do­mo­ści, wyco­fu­jąc całą resztę. Musiał dokład­nie się przyj­rzeć kon­fi­gu­ra­cjom ostat­nich wyda­rzeń, aby móc je do sie­bie dopa­so­wać, a następ­nie cie­szyć się nimi i je pie­lę­gno­wać. Gdyby tego nie uczy­nił, mogłyby go pożreć.

Od czego powi­nien zacząć? Czy od chwili, kiedy opu­ścił dom, łącząc się z tymi, któ­rzy teraz byli jego współ­to­wa­rzy­szami w gnieź­dzie? A może od momentu przy­by­cia do tej ści­śnię­tej prze­strzeni? Znowu świa­tła i hałasy zwią­zane z tamtą chwilą wybu­chły mu w mózgu wstrzą­sa­ją­cym bólem. Nie, nie był jesz­cze w sta­nie ogar­nąć tej kon­fi­gu­ra­cji. Z powro­tem, z powro­tem przed czas, kiedy poja­wili się obcy, wśród któ­rych był teraz jako jeden z nich. Nie, to za mało. Jesz­cze dalej, przed powolne docho­dze­nie do sie­bie, które nastą­piło po tym, jak po raz pierw­szy zro­zu­miał, że nie jest taki sam jak jego bra­cia z gniazda. Z powro­tem, z powro­tem do samego gniazda…

Smith nie myślał ziem­skimi sym­bo­lami. Angiel­skiego, który już zdą­żył sobie przy­swoić w pod­sta­wo­wym zakre­sie, uży­wał mniej wię­cej rów­nie swo­bod­nie jak Hin­dus usi­łu­jący doga­dać się z Tur­kiem. Ten nowy język był dla niego czymś takim jak dla nas książka kodowa z nud­nymi i nie­do­sko­na­łymi wyja­śnie­niami. Jego myśli, będące pochod­nymi roz­wi­ja­ją­cej się od pół miliona lat cał­ko­wi­cie obcej kul­tury, się­gały tak daleko poza to, co nazywa się ludz­kim doświad­cze­niem, że były po pro­stu nie­prze­tłu­ma­czalne.

W sąsied­nim pokoju dok­tor Thad­deus grał w karty z Tomem Meechu­mem, oso­bi­stym pie­lę­gnia­rzem Smi­tha. Thad­deus sta­rał się cały czas nie spusz­czać oka ze znaj­du­ją­cych się na kon­so­le­cie wskaź­ni­ków i mier­ni­ków. Kiedy czę­sto­tli­wość pul­so­wa­nia kon­tro­l­nej lampki elek­tro­kar­dio­grafu spa­dła z dzie­więć­dzie­się­ciu dwóch do dwu­dzie­stu impul­sów na minutę, zerwał się z miej­sca i wpadł do pokoju Smi­tha. Meechum dep­tał mu po pię­tach.

Pacjent spra­wia­jący wra­że­nie mar­twego leżał na lekko ugi­na­ją­cej się powierzchni pneu­ma­tycz­nego mate­raca.

– Wezwij dok­tora Nel­sona! – rzu­cił Thad­deus.

– Już się robi. A może spró­bo­wa­li­by­śmy elek­trow­strząsu? – pod­su­nął Meechum.

– Wezwij dok­tora Nel­sona!

Pie­lę­gniarz wybiegł na kory­tarz. Inter­ni­sta uważ­nie przyj­rzał się pacjen­towi, nie doty­ka­jąc go jed­nak nawet pal­cem. Po chwili w izo­latce zja­wił się star­szy lekarz, poru­sza­jący się ze sta­ran­nie wyre­ży­se­ro­waną nie­zręcz­no­ścią czło­wieka od dawna prze­by­wa­ją­cego w kosmo­sie i nie­przy­zwy­cza­jo­nego do ziem­skiej gra­wi­ta­cji.

– Co się stało?

– Jakieś dwie minuty temu rap­tow­nie spa­dła tem­pe­ra­tura ciała, czę­sto­tli­wość ude­rzeń serca i puls.

– Co pan zro­bił?

– Nic. Zgod­nie z pań­skim pole­ce­niem.

– To dobrze.

Nel­son uważ­nie obej­rzał Smi­tha, po czym popa­trzył na wskaź­niki umiesz­czone nad łóż­kiem, dokład­nie takie same jak w pokoju obok.

– Pro­szę dać mi znać, gdyby się coś zmie­niło – powie­dział i odwró­cił się w stronę drzwi.

Thad­deus spra­wiał wra­że­nie lekko zdez­o­rien­to­wa­nego.

– Ależ… – wykrztu­sił.

Nel­son sta­nął.

– Tak, dok­to­rze? Jaka jest pań­ska dia­gnoza?

– Eee… Nie chciał­bym wypo­wia­dać się na temat pań­skiego pacjenta…

– Pyta­łem o pań­ską dia­gnozę.

– Oczy­wi­ście. To szok. – Zawa­hał się. – Może tro­chę nie­ty­powy, ale jed­nak szok, z któ­rego pacjent może już nie wyjść.

Nel­son ski­nął głową.

– Brzmi roz­sąd­nie, ale to nie jest zwy­czajny przy­pa­dek. Już kilka razy widzia­łem go w takim sta­nie. Pro­szę spoj­rzeć.

Nel­son uniósł ramię pacjenta i cof­nął rękę; ramię zostało w powie­trzu.

– Kata­lep­sja? – zapy­tał Thad­deus.

– Może pan to nazy­wać, jak się panu podoba. Pro­szę tylko uwa­żać, żeby cho­rego nie nie­po­koić i dać mi znać, gdyby zaszły jakieś zmiany.

Uło­żył ramię Smi­tha w poprzed­niej pozy­cji i wyszedł z pokoju.

Thad­deus popa­trzył na pacjenta, potrzą­snął głową i wraz z Meechu­mem wró­cił do sąsied­niego pomiesz­cze­nia. Pie­lę­gniarz wziął karty do ręki.

– Dobiera pan?

– Nie.

– Wie pan co, dok­to­rze? Według mnie do rana będzie po wszyst­kim. Wyj­dzie z tego, ale nogami do przodu.

– Nikt cię nie pyta o zda­nie. Idź na papie­rosa do straż­ni­ków. Chcę chwilę pomy­śleć.

Meechum wzru­szył ramio­nami i wyszedł na kory­tarz. Koman­dosi pil­nu­jący drzwi izo­latki wyprę­żyli się, po czym poznaw­szy, kto idzie, znowu sta­nęli na „spo­cznij”.

– Co to było za zamie­sza­nie? – zapy­tał wyż­szy z nich.

– Pacjent uro­dził pię­cio­raczki i kłó­ci­li­śmy się, jak je pona­zy­wać. Daj który fajki i ognia.

Drugi koman­dos wydo­był z kie­szeni paczkę papie­ro­sów.

– Będziesz robił za mamkę?

– Zależy, ile pokarmu będę miał – odparł Meechum i wetknął papie­rosa do ust. – Słowo daję, pano­wie, ja naprawdę nic o nim nie wiem.

– A co z tym roz­ka­zem, żeby pod żad­nym pozo­rem nie wpusz­czać do niego kobiet? To jakiś maniak sek­su­alny czy co?

– Wiem tylko tyle, że przy­wieźli go z „Cham­piona” i że ma mieć abso­lutny spo­kój.

– Aha, z „Cham­piona” – mruk­nął pierw­szy żoł­nierz. – To by się nawet zga­dzało.

– Niby z czym?

– No, wła­śnie z tym. Od mie­sięcy żad­nej nie miał, nie doty­kał, ba, nawet nie widział. I jest chory, no nie? Boją się, że gdyby jakąś dostał, toby mu zaszko­dziło. – Zamru­gał ner­wowo powie­kami. – Mnie na pewno by zaszko­dziło.

***

Smith zda­wał sobie sprawę, że przez krótki czas w pokoju oprócz niego byli także leka­rze, ale zgro­ko­wał, że ich zamiary nie są wro­gie; nie było potrzeby uru­cha­mia­nia całego poten­cjału świa­do­mo­ści.

Rano, gdy zwy­kle pie­lę­gniarki budzą pacjen­tów dotknię­ciem umo­czo­nego w zim­nej wodzie skrawka mate­riału, Smith powró­cił. Przy­śpie­szył bicie serca, wzmógł tempo oddy­cha­nia i pogod­nie rozej­rzał się dookoła. Obej­rzał cały pokój, odno­to­wu­jąc z podzi­wem każdy szcze­gół. Ten pokój był dla niego czymś zupeł­nie nowym; nie tylko nie przy­po­mi­nał niczego, co Smith znał z Marsa, ale był rów­nież cał­ko­wi­cie odmienny od wąskich meta­lo­wych pomiesz­czeń „Cham­piona”. Prze­żyw­szy po raz wtóry wszyst­kie wyda­rze­nia, jakie zwią­zały jego gniazdo z tym miej­scem, Smith był gotów je zaak­cep­to­wać, uznać, a nawet w pew­nym stop­niu poko­chać.

W pew­nej chwili poczuł obec­ność innej żywej istoty. Z sufitu opusz­czał się na nitce czarny dłu­go­nogi pająk. Smith przy­glą­dał mu się z zachwy­tem, zasta­na­wia­jąc się, czy to może jeden z jego braci w gnieź­dzie.

Do izo­latki wszedł dok­tor Archer Frame – inter­ni­sta, który objął dyżur po Thad­deu­sie.

– Dzień dobry – powie­dział. – Jak się czu­jesz?

Smith zajął się dokładną ana­lizą jego wypo­wie­dzi. W pierw­szej czę­ści roz­po­znał stwier­dze­nie mające czy­sto for­malne zna­cze­nie, nie wyma­ga­jące żad­nej reak­cji, nato­miast pyta­nie zna­lazł zare­je­stro­wane w swo­jej pamięci wraz z kil­koma wer­sjami tłu­ma­cze­nia; gdy padało z ust dok­tora Nel­sona, zna­czyło jedno, jeżeli sły­szał je od kapi­tana van Trompa – dru­gie.

Poczuł się skon­ster­no­wany, jak zresztą czę­sto, kiedy pró­bo­wał się poro­zu­mieć z tymi stwo­rze­niami. Zmu­sił jed­nak swe ciało do zacho­wa­nia spo­koju i zary­zy­ko­wał odpo­wiedź:

– Czuję… dobrze.

– To dobrze! – odparło stwo­rze­nie jak echo. – Zaraz przyj­dzie dok­tor Nel­son. Chyba już doj­rza­łeś do śnia­da­nia?

Smith zro­zu­miał wszystko, co do niego powie­dziano, ale mimo to trudno mu było w to uwie­rzyć. Zda­wał sobie sprawę, że jego ciało mogło sta­no­wić dla kogoś po pro­stu jedno danie w jakimś uroz­ma­ico­nym posiłku, ale skąd miał wie­dzieć, czy już doj­rzał, czy jesz­cze nie? Poza tym nie ocze­ki­wał, iż spo­tka go taki zaszczyt. Nie miał poję­cia, że świat, do któ­rego tra­fił, boryka się z tak poważ­nymi pro­ble­mami żyw­no­ścio­wymi, iż ist­nieje koniecz­ność redu­ko­wa­nia liczby żyją­cych osob­ni­ków. Poczuł spo­kojny żal, bo prze­cież cze­kało na niego jesz­cze tyle wyda­rzeń, które mógłby prze­żyć, lecz nie miał naj­mniej­szego zamiaru prze­ciw­sta­wiać się losowi.

Wej­ście dok­tora Nel­sona oszczę­dziło mu kło­potu tłu­ma­cze­nia swo­ich uczuć na język tych stwo­rzeń. Lekarz pokła­dowy zba­dał Smi­tha, zer­k­nął na wskaź­niki, po czym zapy­tał:

– Co z ruchami jelit?

Smith zro­zu­miał pyta­nie, bo padało ono z ust leka­rza już nie po raz pierw­szy.

– Bez zmian – odparł Frame.

– Zaj­miemy się tym, ale naj­pierw musi coś zjeść. Daj­cie tu tę tacę.

Nel­son podał mu trzy pierw­sze kęsy, a potem wci­snął mu łyżkę w rękę i kazał samo­dziel­nie jeść. Była to dość męcząca czyn­ność, ale napeł­niła go uczu­ciem rado­snego try­umfu, gdyż oto po raz pierw­szy od chwili przy­by­cia do tego zadzi­wia­ją­cego miej­sca robił coś zupeł­nie sam. Opróż­nił talerz, po czym zapy­tał, żeby móc odpo­wied­nio uczcić tego, komu zawdzię­czał posi­łek:

– Kto to jest?

– Nie kto, tylko co – popra­wił go Nel­son. – Syn­te­tyczna gala­retka odżyw­cza. Teraz wiesz dokład­nie tyle samo, co przed­tem. Skoń­czy­łeś? W porządku, wyska­kuj z tego łóżka.

– Pro­szę? – Dźwięku tego uży­wało się wtedy, kiedy wystę­po­wały jakieś zakłó­ce­nia w prze­ka­zie infor­ma­cji.

– Powie­dzia­łem, żebyś wstał. No, już. Pochodź tro­chę. Jasne, jesteś jesz­cze słaby jak szcze­niak, ale cią­gle taki będziesz, jeśli nie zaczniesz się ruszać.

Nel­son otwo­rzył zawór w mate­racu, wypusz­cza­jąc z niego wodę. Smith pró­bo­wał opa­no­wać ogar­nia­jący go strach, bo wie­dział, że Nel­son nie chce go skrzyw­dzić. Już po chwili leżał na sfla­cza­łej war­stwie wodosz­czel­nego mate­riału.

– Dok­to­rze Frame, pro­szę wziąć go z dru­giej strony – pole­cił Nel­son.

Z pomocą obu męż­czyzn Smith prze­to­czył się przez kra­wędź łóżka.

– Dobra. A teraz wsta­waj. Nie bój się, w razie czego zdą­żymy cię zła­pać.

Z wysił­kiem sta­nął na nogach – wysmu­kły młody męż­czy­zna o nie­do­ro­zwi­nię­tych mię­śniach i nad­mier­nie roz­bu­do­wa­nej klatce pier­sio­wej. Na „Cham­pio­nie” przy­strzy­żono mu włosy i zgo­lono zarost. Naj­bar­dziej zwra­cała uwagę jego twarz o łagod­nych dzie­cię­cych rysach, obda­rzona oczami, któ­rych spoj­rze­nie zda­wało się nale­żeć do sędzi­wego starca.

Stał przez chwilę, lekko drżąc na całym ciele, po czym ostroż­nie zro­bił pierw­szy krok. Po dwóch dal­szych twarz roz­pro­mie­niła mu się w rado­snym dzie­cin­nym uśmie­chu.

– Dobrze! – pochwa­lił go Nel­son.

Spró­bo­wał zro­bić jesz­cze jeden krok, ale drże­nie mię­śni nasi­liło się i osu­nął się tak szybko, że Frame i Nel­son ledwo zdą­żyli go zła­pać.

– Do licha! – zaklął dok­tor Nel­son. – Znowu ten jego trans. Połóżmy go do łóżka… Albo nie, naj­pierw trzeba napeł­nić mate­rac.

Frame prze­rwał dopływ wody w chwili, kiedy ela­styczna powłoka wypeł­niła się mniej wię­cej w trzech czwar­tych. Prze­nie­śli Smi­tha na łóżko, nie bez trudu, bo sku­lił się w pozy­cji embrio­nal­nej.

– Pro­szę pod­ło­żyć mu poduszkę pod kark i zawo­łać mnie, kiedy pan uzna, że jestem potrzebny – naka­zał Frame’owi Nel­son. – Po połu­dniu znowu spró­bu­jemy go tro­chę roz­ru­szać. Za trzy mie­siące będzie ska­kał po drze­wach jak małpa. W grun­cie rze­czy nic mu nie dolega.

– Tak jest – odpo­wie­dział nie­zu­peł­nie prze­ko­nany Frame.

– Aha, jesz­cze jedno: niech go pan nauczy korzy­stać z łazienki. Tylko pro­szę wziąć pie­lę­gnia­rza; nie chcę, żeby się prze­wró­cił.

– Dobrze. Eee… Jak by mi pan radził, to zna­czy w jaki spo­sób…

– Co? A, o to panu cho­dzi. Niech mu pan po pro­stu pokaże. Jesz­cze nie­wiele rozu­mie z tego, co się do niego mówi, ale jest dia­bel­nie bystry.

Smith zjadł obiad bez niczy­jej pomocy. Posłu­gacz, który przy­szedł po tacę, nachy­lił się nagle nad łóż­kiem.

– Słu­chaj, mam dla cie­bie inte­re­su­jącą pro­po­zy­cję – wyszep­tał.

– Pro­szę?

– Pro­po­zy­cję. Możesz łatwo zaro­bić kupę pie­nię­dzy.

– Pie­nię­dzy? Co to jest?

– Daj sobie spo­kój z filo­zo­fo­wa­niem; każdy potrze­buje pie­nię­dzy. Będę się stresz­czał, bo nie mogę tu długo zostać. Nawet nie wiesz, ile trzeba było kom­bi­no­wać, żeby mnie tu wkrę­cić. Jestem z „Peer­less Featu­res”. Pła­cimy za twoją histo­rię sześć­dzie­siąt tysięcy, a cie­bie o nic głowa nie boli. Mamy naj­lep­szych „cichych” pisa­rzy, jacy w ogóle są. Ty tylko odpo­wia­dasz na pyta­nia, a oni skła­dają wszystko do kupy. – Wycią­gnął z zana­drza jakiś papier. – Tylko to pod­pisz.

Smith wziął for­mu­larz do ręki i zapa­trzył się na niego, trzy­ma­jąc go do góry nogami. Męż­czy­zna zmełł w ustach prze­kleń­stwo.

– Do licha! Nie czy­tasz po angiel­sku?

Smith zro­zu­miał na tyle, żeby odpo­wie­dzieć:

– Nie.

– W takim razie… Dobra! Ja ci to prze­czy­tam, ty odci­śniesz mi pod tym swój kciuk, a ja poświad­czę jego auten­tycz­ność. Słu­chaj: „Ja, niżej pod­pi­sany Valen­tine Michael Smith, znany także jako Czło­wiek z Marsa, prze­ka­zuję «Peer­less Featu­res» cał­ko­wite i wyłączne prawa do mojej opo­wie­ści zaty­tu­ło­wa­nej Byłem więź­niem na Mar­sie, w zamian za…”.

– Salowy!

W drzwiach sta­nął dok­tor Frame. Papier znik­nął rów­nie szybko, jak się poja­wił.

– Już idę, pro­szę pana. Wła­śnie zabie­ra­łem tacę.

– Co tam czy­ta­łeś?

– Nic.

– I tak cię widzia­łem. Tego pacjenta pod żad­nym pozo­rem nie wolno nie­po­koić.

Wyszli razem z pokoju, zamy­ka­jąc za sobą drzwi. Smith przez ponad godzinę nie wyko­nał naj­mniej­szego ruchu, ale choć sta­rał się ze wszyst­kich sił, nie mógł za nic zgro­ko­wać, o co w tym wszyst­kim cho­dziło.roz­dział 6

Restau­ra­cja w Hager­stown miała to, co nazywa się „atmos­ferą”: część sto­łów usta­wiono na traw­niku scho­dzą­cym łagod­nie do jeziora, część zaś wśród gałęzi trzech ogrom­nych drzew. Jill chciała jeść na drze­wie, ale Ben dał w łapę maitre d’hotel i ten spe­cjal­nie dla nich usta­wił sto­lik tuż nad brze­giem jeziora. Ben zażą­dał dodat­kowo, żeby przy­nie­siono im odbior­nik ste­reo­wi­zji.

Jill nie kryła roz­cza­ro­wa­nia.

– Po co pła­cić takie straszne pie­nią­dze, jeżeli nawet nie możemy zjeść na drze­wie, a w dodatku musimy się gapić w to cho­lerne pudło?

– Cier­pli­wo­ści, moja mała. Przy tam­tych sto­łach są zain­sta­lo­wane mikro­fony, żeby można było wezwać kel­nera. Ten pra­wie na pewno nic takiego nie ma, bo kel­ner wziął go spo­śród kilku rezer­wo­wych. Co zaś tyczy się ste­reo­wi­zji, to nie jest po ame­ry­kań­sku i można jeść, nie gapiąc się w ekran, ale przy oka­zji można wyko­rzy­stać fakt, że hałas z pew­no­ścią zakłóci odbiór z mikro­fonu kie­run­ko­wego. Oczy­wi­ście zakła­da­jąc, że ludzie pana Douglasa zechcą aż tak bar­dzo się nami inte­re­so­wać.

– Naprawdę myślisz, że nas śle­dzą? – zapy­tała Jill. – Chyba nie nadaję się do roli prze­stępcy.

– To naprawdę nic strasz­nego. Kiedy zaj­mo­wa­łem się skan­da­lem w Gene­ral Syn­the­tics, ni­gdy nie spa­łem w jed­nym miej­scu wię­cej niż dwa razy pod rząd i odży­wia­łem się wyłącz­nie kon­ser­wami. Z cza­sem można to polu­bić. Przy­śpie­sza prze­mianę mate­rii.

– Na moją dobrą prze­mianę wpły­nąłby zamożny pacjent w pode­szłym wieku.

– Nie chcesz za mnie wyjść, Jill?

– Będę chciała, kiedy już wyślę swo­jego przy­szłego męża na tam­ten świat. Może zresztą stanę się wtedy tak bogata, że będę cię mogła trzy­mać jako zwie­rzątko domowe?

– Zacznij już dzi­siaj.

– Nic z tego. Dopiero wtedy, jak tam­ten wykor­kuje.

Pro­gram roz­ryw­kowy, ata­ku­jący w trak­cie obiadu ich bębenki nie­li­to­ści­wym stru­mie­niem decy­beli, został nagle prze­rwany. W odbior­niku poja­wiła się głowa spi­kera, który uśmiech­nął się sze­roko i powie­dział:

– SSS, Świa­towa Sieć Ste­reo­wi­zyjna, i jej spon­sor, Cukierki Mal­tu­zjań­skie¹ Sp. z o. o., mają przy­jem­ność oddać czas ante­nowy rzą­dowi Fede­ra­cji. Pamię­taj­cie, dziew­częta, każda z was ssie cukierki mal­tu­zjań­skie – smaczne, nie­za­wodne, dostępne bez recepty. Po co ryzy­ko­wać, sto­su­jąc prze­sta­rzałe, nie­este­tyczne, szko­dliwe i nie­pewne spo­soby? Po co ryzy­ko­wać utratę jego miło­ści i sza­cunku? – Roz­koszny spi­ker spoj­rzał gdzieś w bok, po czym pośpiesz­nie dokoń­czył: – Oto mądra dziew­czyna, która sto­suje cukierki mal­tu­zjań­skie. Zaraz po niej przed kame­rami wystąpi sam sekre­tarz gene­ralny!

Poja­wiła się trój­wy­mia­rowa młoda kobieta, tak zmy­słowa, pier­sia­sta i uwo­dzi­ciel­ska, że każdy męż­czy­zna po pro­stu musiał nagle poczuć nie­do­syt, spo­glą­da­jąc na swoją part­nerkę. Dziew­czyna prze­cią­gnęła się i wyszep­tała sek­sow­nym gło­sem:

– Ja ni­gdy nie roz­staję się z cukier­kami mal­tu­zjań­skimi!

Obraz roz­pły­nął się, a w chwilę potem zabrzmiały dźwięki hymnu Chwała wiecz­nemu poko­jowi.

– A ty ssiesz te cukierki? – zapy­tał Ben.

– Nie twój inte­res! – par­sk­nęła Jill, po czym dodała: – To oszu­kań­stwo. A poza tym skąd wiesz, czy ja tego potrze­buję?

Caxton nic nie odpo­wie­dział, bo odbior­nik wypeł­niła twarz sekre­ta­rza gene­ral­nego Douglasa.

– Przy­ja­ciele! – zaczął ojcow­skim gło­sem. – Współ­o­by­wa­tele Fede­ra­cji! Spo­tyka mnie dzi­siaj nie­zwy­kły zaszczyt i wyróż­nie­nie. Od chwili powrotu naszego wspa­nia­łego „Cham­piona”…

Douglas przez dłuż­szy czas gra­tu­lo­wał miesz­kań­com Ziemi zakoń­czo­nej suk­ce­sem próby nawią­za­nia kon­taktu z rasą żyjącą na

innej pla­ne­cie, dając zręcz­nie do zro­zu­mie­nia, że suk­ces ten osią­gnięto przy oso­bi­stym współ­udziale każ­dego z ludzi i że w grun­cie rze­czy każdy z nich mógłby stać na czele eks­pe­dy­cji, gdyby nie to, że aku­rat miał coś innego do roboty, oraz że on, sekre­tarz gene­ralny, był jedy­nie posłusz­nym instru­men­tem reali­za­cji ich woli. Ogólna wymowa wypo­wie­dzi była taka, że prze­ciętny oby­wa­tel jest równy innym, będąc jed­no­cze­śnie lep­szy nie­mal od wszyst­kich, i że stary dobry Joe Douglas sta­nowi uoso­bie­nie takiego wła­śnie prze­cięt­nego czło­wieka. Jego wymięty kra­wat i gładko przy­li­zane włosy miały to wra­że­nie potwier­dzać.

Ben zasta­na­wiał się, kto mógł mu to prze­mó­wie­nie napi­sać. Naj­praw­do­po­dob­niej James San­forth, który z całego sztabu Douglasa miał naj­więk­sze wyczu­cie w dobie­ra­niu koją­cych przy­miot­ni­ków, miłych dla uszu słu­cha­czy. Zanim zabrał się za poli­tykę, pisy­wał tek­sty rekla­mó­wek i nie miał żad­nych skru­pu­łów. Tak, ten kawa­łek o „dło­niach koły­szą­cych dziecko” z całą pew­no­ścią wyszedł spod jego pióra. Jim był jed­nym z tych męż­czyzn, któ­rzy potra­fią uwieść każdą dziew­czynę, mając jako przy­nętę choćby jeden cukie­rek.

– Wyłącz to! – zażą­dała Jill.

– Ciii, malutka. Muszę go wysłu­chać.

– …i tak oto, przy­ja­ciele, mam zaszczyt przed­sta­wić wam naszego współ­o­by­wa­tela Valen­tine’a Micha­ela Smi­tha, Czło­wieka z Marsa! Mike, wiemy, że jesteś zmę­czony i ostat­nio nie naj­le­piej się czu­łeś, ale czy mógł­byś powie­dzieć parę słów do swo­ich przy­ja­ciół?

Na ekra­nie poja­wiło się pół­zbli­że­nie czło­wieka sie­dzą­cego na wózku inwa­lidz­kim. Z jed­nej strony stał Douglas, a z dru­giej sztywno wypro­sto­wana nie­zwy­kle foto­ge­niczna pie­lę­gniarka.

Jill ze zdu­mie­nia wcią­gnęła gło­śno powie­trze.

– Cicho – szep­nął Ben.

Gładką, dzie­cinną twarz czło­wieka sie­dzą­cego na wózku roz­ja­śnił nie­śmiały uśmiech. Spoj­rzał pro­sto w kamerę i powie­dział:

– Witaj­cie. Wybacz­cie, że sie­dzę. Jestem jesz­cze tro­chę osła­biony.

Mówił z wyraźną trud­no­ścią; pie­lę­gniarka nachy­liła się nad nim, żeby zba­dać tętno.

Odpo­wia­da­jąc na pyta­nia Douglasa, Czło­wiek z Marsa pra­wił kom­ple­menty kapi­ta­nowi van Trom­powi i jego zało­dze, dzię­ko­wał za ura­to­wa­nie i pod­kre­ślał, że wszy­scy na Mar­sie są sza­le­nie pod­eks­cy­to­wani spo­tka­niem z Zie­mia­nami, i że on oso­bi­ście ma nadzieję przy­czy­nić się do nawią­za­nia przy­ja­ciel­skich kon­tak­tów mię­dzy obiema pla­ne­tami. Pie­lę­gniarka już chciała prze­rwać roz­mowę, ale Douglas zapy­tał łagod­nie:

– Mike, czy możesz nam odpo­wie­dzieć na jesz­cze jedno pyta­nie?

– Oczy­wi­ście, panie Douglas, jeżeli tylko będę potra­fił.

– Co sądzisz o ziem­skich dziew­czę­tach?

– Ooo!

Na nagle zaró­żo­wio­nej dzie­cię­cej twa­rzy poja­wił się eks­ta­tyczny uśmiech. Kame­rzy­sta zro­bił zbli­że­nie głowy i ramion sekre­ta­rza gene­ral­nego.

– Mike pro­sił mnie, bym wam prze­ka­zał – kon­ty­nu­ował ojcow­skim tonem Douglas – że wróci do was, jak tylko będzie mógł. Sami rozu­mie­cie, naj­pierw musi nabrać tro­chę sił. Być może zoba­czy­cie go już za tydzień, o ile leka­rze uznają, że mu to nie zaszko­dzi.

Poja­wiła się kolejna rekla­mówka cukier­ków mal­tu­zjań­skich; jed­no­znacz­nie wyni­kało z niej, że dziew­czyna, która ich nie zażywa, jest nie tylko nie­spełna rozumu, ale w pew­nym sen­sie sta­nowi nawet zagro­że­nie dla oto­cze­nia i na jej widok każdy męż­czy­zna powi­nien bez­zwłocz­nie przejść na drugą stronę ulicy. Ben zmie­nił kanał, po czym odwró­cił się do Jill i powie­dział ponuro:

– No, wygląda na to, że mogę podrzeć jutrzej­szy arty­kuł. Douglas ma go w swo­ich łapach.

– Ben!

– Słu­cham?

– To nie jest Czło­wiek z Marsa!

– Co takiego? Dzie­cino, jesteś pewna?

– Jest do niego podobny, ale to na pewno nie ten pacjent, któ­rego widzia­łam w izo­latce.

Ben zwró­cił jej uwagę, że prze­cież Smi­tha widziało już dzie­siątki ludzi – straż­nicy, pie­lę­gnia­rze, leka­rze, kapi­tan i załoga „Cham­piona”. Być może także i inni. Część z nich z całą pew­no­ścią oglą­dała pro­gram. Admi­ni­stra­cja od samego początku musia­łaby się liczyć z tym, że nie­któ­rzy zauważą oszu­stwo. To nie miało sensu – ryzyko było zbyt duże.

W odpo­wie­dzi Jill hardo wysu­nęła dolną wargę i upie­rała się, że to na pewno nie był czło­wiek, z któ­rym roz­ma­wiała w szpi­talu.

– Dobrze, niech będzie po two­jemu! – prych­nęła wresz­cie ze zło­ścią. – Męż­czyźni!

– Ależ, Jill…

– Odwieź mnie do domu.

Ben wyszedł zamó­wić tak­sówkę. Nie wezwał jej z restau­ra­cji, tylko poszedł na znaj­du­jące się nie­opo­dal lądo­wi­sko. W dro­dze powrot­nej Jill nie ode­zwała się ani sło­wem, nato­miast Ben wycią­gnął z teczki dia­logi spi­sane z taśmy i jesz­cze raz uważ­nie je prze­czy­tał. Skoń­czyw­szy, zasta­na­wiał się przez chwilę, po czym powie­dział:

– Jill?

– Tak, panie Caxton?

– Ja ci dam pana! Prze­pra­szam cię. Nie mia­łem racji.

– W jaki spo­sób dosze­dłeś do tego wnio­sku?

Klep­nął dło­nią w leżący na kola­nach plik papie­rów.

– Sądząc po tym, jak zacho­wy­wał się jesz­cze wczo­raj, to nie mógł być on. W tak stre­so­wej sytu­acji z całą pew­no­ścią wpadłby w trans.

– Cie­szę się, że wresz­cie zaczą­łeś zwra­cać uwagę na oczy­wi­ste rze­czy.

– Czy była­byś uprzejma kop­nąć mnie raz, ale dobrze, a potem zosta­wić w spo­koju? Czy wiesz, co to ozna­cza?

– Że posłu­żyli się jakimś akto­rem. Powie­dzia­łam ci to już godzinę temu.

– Zga­dza się. Zupeł­nie nie­zły aktor. Ale tu cho­dzi o coś wię­cej. Według mnie ist­nieją dwie moż­li­wo­ści: albo Smith nie żyje i…

– Mój Boże, nie żyje!

Jill przy­po­mniała sobie tajem­ni­czą cere­mo­nię dzie­le­nia się wodą i nagle nie­mal poczuła obok sie­bie obec­ność dziw­nej, nie­moż­li­wej do opi­sa­nia sło­wami oso­bo­wo­ści Smi­tha.

– Kto wie? Jeżeli mam rację, to dubler pozo­sta­nie przy życiu tylko tak długo, jak długo będą go potrze­bo­wać. Potem „umrze” i zosta­nie wywie­ziony z mia­sta z tak sta­now­czym zaka­zem mówie­nia o całej spra­wie, że dostałby ataku astmy, gdyby pró­bo­wał choćby pisnąć słowo na ten temat. Kto wie, może nawet zro­bi­liby mu lobo­to­mię? Jeżeli Smith rze­czy­wi­ście jest mar­twy, to wła­ści­wie możemy od razu zająć się czymś innym, bo ni­gdy nie uda nam się dowieść prawdy. Dla­tego lepiej załóżmy, że jed­nak żyje.

– Och, mam nadzieję!

– „Czym Hekuba dla cie­bie lub ty dla Hekuby?” – zacy­to­wał nie­do­kład­nie Caxton. – Jeżeli żyje, to i tak może się jesz­cze oka­zać, że w tej spra­wie nie ma nic nie­czy­stego. Prze­cież ważne oso­bi­sto­ści bar­dzo czę­sto korzy­stają z usług duble­rów. Może za dwa lub trzy tygo­dnie nasz przy­ja­ciel Smith będzie już w tak dobrym sta­nie, że zde­cy­dują się go poka­zać publicz­no­ści, cho­ciaż, szcze­rze mówiąc, dia­bel­nie w to wąt­pię.

– Dla­czego?

– Rusz mózgow­nicą, koteczku. Dougla­sowi już raz nie udało się wycią­gnąć od niego tego, co chciał. Ponie­waż jed­nak ta sprawa nie może zostać nie­za­ła­twiona, Douglas zapewne schowa Smi­tha tak głę­boko, że nikt go nie znaj­dzie. Ni­gdy nie będzie nam dane ujrzeć praw­dzi­wego Czło­wieka z Marsa.

– Uwa­żasz, że go zabije?

– Po co być aż tak bru­tal­nym? Wystar­czy, że go umie­ści w jakimś pry­wat­nym domu opieki i nie pozwoli kon­tak­to­wać się z nikim z zewnątrz.

– O Boże! Ben, co robić?

Caxton się skrzy­wił.

– Na razie to oni usta­lają reguły gry, ale mam zamiar zja­wić się tam w towa­rzy­stwie Świadka i praw­nika i zażą­dać widze­nia ze Smi­them. Może uda mi się wycią­gnąć tę sprawę na świa­tło dzienne.

– Będę z tobą!

– Jesz­cze czego. Sama powie­dzia­łaś, że to może znisz­czyć twoją karierę.

– Prze­cież potrze­bu­jesz mnie, żebym go ziden­ty­fi­ko­wała.

– Kiedy już stanę z nim twa­rzą w twarz, będę potra­fił poznać, czy to tylko zręczny aktor, czy naprawdę ktoś, kto całe życie spę­dził wśród istot zupeł­nie innych niż ludzie. Gdyby jed­nak coś miało się nie udać, będziesz moim ukry­tym atu­tem – wiesz, że pró­bują bawić się z nami w cho­wa­nego, a w dodatku masz dostęp do Bethesda Cen­ter. Kocha­nie, jeżeli słuch o mnie zagi­nie, możesz dzia­łać na wła­sną rękę.

– Ben, oni chyba nie zro­bią ci nic złego?

– Malu­chu, tym razem wal­czę trzy kate­go­rie wyżej, niż wyni­ka­łoby to z mojej wagi.

– To mi się wcale nie podoba. Co masz zamiar zro­bić, kiedy już uda ci się do niego dotrzeć?

– Zapy­tam go, czy chce wyjść ze szpi­tala. Jeżeli powie, że tak, to od razu go zabiorę. W obec­no­ści Świadka nie odważą się nas zatrzy­mać.

– A co potem? Cią­gle jesz­cze potrze­buje opieki lekar­skiej. Ben, on naprawdę nie potrafi się o sie­bie zatrosz­czyć.

Caxton ponow­nie się skrzy­wił.

– Myśla­łem o tym. Mogli­by­śmy na przy­kład umie­ścić go w moim miesz­ka­niu i…

– …i ja bym się nim opie­ko­wała. Zróbmy tak!

– Powoli, powoli. Douglas z całą pew­no­ścią coś by wykom­bi­no­wał, żeby Smi­tha z powro­tem zamknąć w klatce. Nas zresztą też. – Zmarsz­czył brwi. – Ale znam kogoś, komu mogłoby to ujść na sucho.

– Kogo?

– Wiesz, kto to jest Jubal Har­shaw?

– A kto nie wie?

– To wła­śnie jedna z jego zalet: wszy­scy go znają. Dzięki temu nie można go sobie pod­po­rząd­ko­wać. Jest jed­no­cze­śnie leka­rzem i praw­ni­kiem, a to czyni go podwój­nie uod­por­nio­nym.

A co naj­waż­niej­sze, jest tak wiel­kim indy­wi­du­ali­stą, że gdyby tylko miał ochotę, sta­nąłby ze scy­zo­ry­kiem w ręku prze­ciwko całej Fede­ra­cji. To zwięk­sza jego war­tość jesz­cze ośmio­krot­nie. Pozna­łem go pod­czas jakie­goś pro­cesu o znie­sła­wie­nie; jest przy­ja­cie­lem, na któ­rego zawsze można liczyć. Jeżeli uda mi się wycią­gnąć Smi­tha z Bethesda Cen­ter, zabiorę go do Har­shawa w Góry Pocono. Niech rzą­dowe pie­ski usi­łują go stam­tąd wyszar­pać!

1. Cukierki Mal­tu­zjań­skie – środki anty­kon­cep­cyjne (przyp tłum)
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij