Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Obcy wśród swoich - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 marca 2026
3290 pkt
punktów Virtualo

Obcy wśród swoich - ebook

Natalia Kovalenko-Kowalska, detektyw z podwójną tożsamością (Polka i Ukrainka), prowadzi śledztwo w sprawie morderstwa gruzińskiego pośrednika pracy. Szybko odkrywa, że za zbrodnią stoi międzynarodowa sieć handlu dziećmi ukraińskich uchodźców. Zdesperowane matki, przekonane, że oddają dzieci „dobrym rodzinom”, stają się ofiarami bezwzględnego układu. Natalia musi rozbić sieć, zanim kolejne dzieci znikną.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-800-1
Rozmiar pliku: 2,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Ślady

Natalia obudziła się o piątej rano z myślą, która nie dawała jej spokoju od wczorajszego wieczoru. Leżała w ciemności swojego mieszkania na Jeżycach, słuchając, jak za oknem budzi się miasto. Gdzieś w oddali warczał śmieciarka, ktoś zamykał drzwi samochodu, tramwaj zgrzytał na zakręcie. Zwykłe dźwięki, które kiedyś były tłem jej życia we Lwowie. Teraz, w Poznaniu, brzmiały podobnie, ale inaczej — jak melodia zagrana w innej tonacji.

Wstała, nie zapalając światła. W kuchni przygotowała kawę — mocną, po turecku, jak nauczył ją ojciec. Petro Kovalenko. Jego twarz pojawiała się w jej myślach coraz częściej, odkąd zaczęła tę sprawę. Może dlatego, że czuła, że idzie jego śladem. Że dotyka czegoś, co on próbował odkryć przed trzydziestoma laty.

Wzór. Musi zobaczyć wzór.

Rozłożyła na stole notatki i zdjęcia. Giorgi Beridze — znaleziony w Warcie niedaleko mostu Teatralnego. Lesia — wyłowiona kilka kilometrów dalej, pod mostem Chwaliszewskim. Dwa ciała, dwa punkty na mapie rzeki. Ale było coś jeszcze, coś, co łączyło te miejsca oprócz wody.

Natalia przyglądała się zdjęciom z miejsca znalezienia pierwszego ciała. Giorgi leżał na brzegu, jakby woda wyrzuciła go delikatnie, ułożyła między kamieniami. Zbyt delikatnie. Zbyt precyzyjnie.

Dopilnowała kawę i podjęła decyzję. Musi tam wrócić. Sama. Teraz.

— —

Brzeg Warty o szóstej rano był spowity mgłą — gęstą, wilgotną, która osadzała się na skórze jak zimny pot. Natalia zaparkowała służbowego fiata przy Moście Teatralnym i ruszyła wąską ścieżką w dół, nad wodę. Niosła ze sobą latarkę, rękawiczki lateksowe i kilka torebek na dowody. Nieoficjalnie. Techników już tu nie było — miejsce zostało zwolnione trzy dni temu.

Rzeka pachniała wilgocią, gliną i czymś metalicznym. Może krwią, choć to pewnie tylko wyobraźnia. Natalia znała ten zapach zbyt dobrze — z Donbasu, z czasów, kiedy pracowała w prokuraturze wojskowej. Wtedy też była mgła, i krew, i ciała, które ktoś układał tak, jakby to miało jakieś znaczenie.

Dotarła do miejsca, gdzie znaleziono Giorgiego. Taśma policyjna została zerwana, prawdopodobnie przez przechodniów albo bezdomnych. Natalia zapaliła latarkę i powoli przesunęła snop światła po brzegu. Kamienie, piasek, gałęzie. Nic niezwykłego. Ale ona nie szukała niczego niezwykłego. Szukała tego, co zbyt zwykłe.

Przykucnęła przy największym kamieniu. Tam, gdzie leżała głowa Giorgiego. Powierzchnia kamienia była gładka, wygładzona przez wodę przez lata. Ale na jednej krawędzi dostrzegła coś — ledwo widoczne zarysowanie, jakby ktoś przesunął po nim czymś twardym.

Wyjęła telefon i zrobiła zdjęcie z bliska, używając latarki jako światła. Potem ostrożnie przesunęła palcami w rękawiczce po powierzchni. Nie było tu nic, co mogliby przeoczyć technicy. Ale może nie szukali odpowiednich rzeczy.

Natalia cofnęła się o krok i spojrzała na całą scenę szerzej. Giorgi został znaleziony dokładnie tutaj. Nie dalej, nie bliżej. Jakby ktoś wybrał to miejsce. Ale dlaczego?

Podniosła wzrok. Most Teatralny wznosił się nad nią, ciemna konstrukcja gubiona we mgle. Z mostu widać było to miejsce. Ale tylko jeśli ktoś wiedział, gdzie patrzeć.

Ruszyła wzdłuż brzegu, świecąc latarką na ścieżkę. Co trzy metry zatrzymywała się, przeszukując wzrokiem grunt. Szukała czegokolwiek — śladu buta, zgubionego przedmiotu, włókna. Czegoś, co mogło…

Zatrzymała się gwałtownie.

Tam. Przy krzaku dzikiej róży, pięć metrów od miejsca znalezienia ciała. Coś błyszczało w świetle latarki. Natalia podeszła bliżej, uważając, gdzie stawia stopy. To było włókno. Niebieskie, syntetyczne, zawieszone na kolcu róży jakby ktoś przechodził tutaj w pośpiechu.

Ostrożnie zdjęła je pęsetą, którą zawsze nosiła przy sobie — nawyk z dawnych czasów — i włożyła do torebki. Potem rozejrzała się dokładniej. Krzak był częściowo połamany, jakby ktoś przeciskał się przez niego. Ale policyjni technicy nie mieliby powodu, żeby tu wchodzić. To było z boku, z dala od głównego miejsca zdarzenia.

Natalia przeszła przez krzak, ignorując kolce, które szarpały jej kurtkę. Za nim była mała polanka, ukryta przed ścieżką. I tam, w miękkim piasku, zobaczyła je — ślady opon.

Serce zabiło jej szybciej. Przykucnęła, przyświecając latarką. Dwa równoległe ślady, głębokie, jakby od ciężkiego pojazdu. Może furgonetka. Może samochód dostawczy. Prowadziły od ścieżki dojazdowej, która była dalej, ukryta za drzewami. Ktoś zaparkował tutaj pojazd. Ktoś, kto znał to miejsce. Kto wiedział, że można tu podjechać niezauważonym.

Zrobiła serię zdjęć, używając telefonu i linijki jako skali. Ślady były częściowo zatarte przez deszcz, który padał dwa dni temu, ale wciąż widoczne. Wystarczająco wyraźne, żeby technik mógł określić typ opony.

Natalia poczuła, jak w żołądku zaciska się węzeł. To nie było przypadkowe. Giorgi nie umarł gdzie indziej i nie został przyniesiony przez rzekę. Został przywieziony tutaj. Celowo. I pozostawiony w miejscu, które ktoś wybrał z konkretnego powodu.

Wyjęła telefon i zadzwoniła do jedynej osoby, której mogła teraz zaufać.

— —

Marek Sobczak przyjechał po czterdziestu minutach. Wysoki, chudy mężczyzna po pięćdziesiątce, z siwiejącymi włosami i oczami, które widziały zbyt wiele. Pracował jako technik kryminalistyki przez dwadzieścia lat, zanim przeszedł na wcześniejszą emeryturę. Teraz prowadził prywatne laboratorium — małe, ale dobrze wyposażone. I, co najważniejsze, dyskretne.

— Natalia — powiedział na powitanie, schodząc ostrożnie na brzeg. — Kiedy dzwonisz o szóstej rano, wiem, że to poważne.

— To jest poważne, Marek.

Pokazała mu ślady opon i włókno, które znalazła. Sobczak przyjrzał się im w milczeniu, jego twarz była nieprzeniknionym maską profesjonalisty.

— Włókno wygląda na nylon — powiedział w końcu. — Prawdopodobnie z kombinezonu roboczego albo workera. Kolor niebieski, przemysłowy. Mogę to zbadać, ale potrzebuję czasu.

— Ile?

— Dwa dni. Może mniej, jeśli masz szczęście.

— A ślady opon?

Sobczak podszedł do nich, przykucnął, przyświecił własną, mocniejszą latarką.

— Opony przemysłowe — stwierdził po chwili. — Widać charakterystyczny bieżnik. Nie osobówka. Raczej furgonetka, może do trzech i pół tony. — Przesunął palcem tuż nad śladem, nie dotykając go. — Widzisz tutaj? To oznacza, że pojazd był mocno obciążony. Co najmniej kilkaset kilogramów w środku.

Natalia poczuła, jak mróz przebiega jej po plecach.

— Mogłoby to być ciało?

— Ciało plus dwie, trzy osoby? Tak. Mogłoby. — Sobczak podniósł się, otrzepując kolana. — Ale to tylko przypuszczenia. Potrzebuję odlewu, żeby być pewnym.

— Zrobisz to?

— Nieoficjalnie?

— Nieoficjalnie.

Sobczak westchnął, ale kiwnął głową.

— Dla ciebie, Natalia. Ale musisz wiedzieć, że jeśli to wyjdzie, moja licencja…

— Nie wyjdzie — przerwała mu. — Daję słowo.

Wiedziała, że to ryzykowne. Dla nich obojga. Ale nie miała wyboru. Jeśli to zgłosi oficjalnie, sprawa zostanie przejęta. A ona nie może pozwolić, żeby to się stało. Nie teraz, kiedy jest tak blisko.

— —

Wróciła do mieszkania po dziesiątej. Przebrana, umyta, ale wciąż czująca na skórze wilgoć rzeki i zapach mułu. Usiadła przy stole i rozłożyła wszystko, co miała — notatki, zdjęcia, mapę Poznania z zaznaczonymi miejscami znalezienia ciał.

Giorgi — most Teatralny.

Lesia — most Chwaliszewski.

Dwa punkty. Ale jaki jest trzeci? Bo zawsze jest trzeci.

Wzięła czerwony marker i zaznaczyła oba miejsca. Potem wzięła linijkę i połączyła je linią. Linia biegła wzdłuż Warty, od południa na północ. Jeśli był wzór, jeśli ktoś wybierał te miejsca celowo, to gdzie będzie następne?

Natalia przesunęła linijkę dalej, w górę rzeki. Następny most to… most Rocha. Położony w mniej uczęszczanej części miasta, bardziej na obrzeżach. Jeśli ktoś chciał pozostawić następne ciało, to tam byłoby logiczne miejsce.

Ale to tylko teoria. Może zbyt naciągana. Może…

Telefon zadzwonił, wyrywając ją z myśli. Nieznany numer.

— Tak? — powiedziała ostrożnie.

— Pani Kowalska? — głos kobiety, akcentem, który Natalia rozpoznała natychmiast. Ukraiński. — To Iryna. Musimy porozmawiać. Teraz.

— —

Spotkały się w kawiarni na Wildzie, małej, pełnej ludzi, gdzie rozmowa mogła się zagubić w szumie innych głosów. Iryna wyglądała na zmęczoną — ciemne kręgi pod oczami, włosy niestarannie spięte. Ale jej spojrzenie było czujne, skupione.

— Dzięki, że przyszłaś — powiedziała Natalia, siadając naprzeciwko niej.

— Nie mam wyboru — odparła Iryna cicho. — Dowiedziałam się czegoś. O Davidzie.

Natalia pochyliła się bliżej.

— Mów.

Iryna rozejrzała się nerwowo, zanim zaczęła mówić, ściszonym głosem:

— David… on nie pracuje sam. Ma ludzi. Gruzinów, ale też Ukraińców. Oni… — urwała, jakby szukała słów. — Oni zajmują się „transportem”. Tak to nazywają. Transport towarów.

— Jakich towarów?

— Nie wiem dokładnie. Ale słyszałam, jak rozmawiali. Mówili o „dostawach” z granicy. O „paczach”, które trzeba odebrać i dostarczyć dalej. — Iryna zacisnęła dłonie na filiżance. — I mówili o Sofii.

Natalia poczuła, jak serce zaczyna bić szybciej.

— Co mówili o Sofii?

— Że była „trudna”. Że Oksana robiła problemy. Że musieli… — głos Iryny załamał się. — Że musieli „rozwiązać problem”.

— Giorgi?

Iryna kiwnęła głową.

— Giorgi był częścią tego. Ale zaczął się wahać. Zaczął mówić, że to za daleko. Że dzieci to przekroczenie granicy. Kłócił się z Davidem. Słyszałam ich. Tydzień przed… przed tym, jak go znaleźli.

Natalia wyjęła notes.

— Musisz mi powiedzieć wszystko. Dokładnie. Kiedy to było? Gdzie? Kto jeszcze był przy tej rozmowie?

Iryna mówiła przez następne dwadzieścia minut. Natalia notowała gorączkowo, układając w głowie fragmenty układanki. David Tsereteli. Giorgi Beridze. Lesia. Oksana i Sofia. Wszystko zaczynało się łączyć w jeden, przerażający obraz.

System. To nie były przypadkowe morderstwa. To był system — dobrze zorganizowany, z ludźmi na każdym poziomie. Ludzie, którzy przywozili dzieci z granicy. Ludzie, którzy je „przetwarzali”. Ludzie, którzy je dostarczali dalej. I ludzie, którzy usuwali świadków.

— Jest jeszcze coś — powiedziała Iryna, kiedy skończyła. — Miejsce. Gdzie oni się spotykają. Magazyn na Dębcu, przy ulicy Głogowskiej. Tam przechowują… co przechowują.

— Kiedy się tam spotykają?

— Różnie. Ale David jedzie tam co kilka dni. Ostatnio był tam wczoraj wieczorem.

Natalia zamknęła notes i spojrzała Irynie prosto w oczy.

— Dlaczego mi to mówisz? Ryzykujesz życie.

Iryna zacisnęła szczękę.

— Bo mam córkę. W Kijowie. Ma siedem lat. I kiedy patrzę na Oksanę, kiedy myślę o Sofii… — urwała, a w jej oczach zabłysły łzy. — Nie mogę patrzeć na to dłużej. Nie mogę.

Natalia wyciągnęła rękę i dotknęła dłoni Iryny.

— Ochronię cię — powiedziała cicho. — Daję słowo.

Wiedziała, że to może być słowo, którego nie będzie mogła dotrzymać. Ale musiała je dać. Bo inaczej Iryna nie przetrwa tego, co miało nadejść.

— —

Wieczorem Natalia stała przy oknie swojego mieszkania, patrząc na światła miasta. W ręku trzymała szklankę wódki — pierwszą od miesięcy. Nie piła jej, tylko trzymała, czując ciężar szkła w dłoni.

Na stole leżała mapa z zaznaczonymi punktami. Warta. Most Teatralny. Most Chwaliszewski. Magazyn na Dębcu. I restauracja Tbilisi w centrum — miejsce, gdzie wszystko się zaczynało.

Wzór. Widziała go teraz wyraźnie. To nie był chaos. To był system, precyzyjnie zaprojektowany, działający jak maszyna. Maszyna, która przerabiała ludzkie życia na towar.

Natalia pomyślała o ojcu. O Petro Kovalenko, który trzydzieści lat temu we Lwowie odkrył podobny system. I zniknął. Może dlatego, że podszedł za blisko. Może dlatego, że nie miał nikogo, kto by go chronił.

Ona nie popełni tego samego błędu.

Wyjęła telefon i zadzwoniła do Marka Sobczaka.

— Marek? To ja. Potrzebuję jeszcze jednej przysługi.

— Słucham.

— Potrzebuję, żebyś sprawdził pojazdy zarejestrowane na firmę Tbilisi. Szczególnie furgonetki. I chcę wiedzieć, czy któraś z nich ma opony pasujące do śladów, które znaleźliśmy.

— To może potrwać…

— Mam dwa dni, zanim David się zorientuje, że ktoś grzebie. Może mniej.

Cisza po drugiej stronie.

— Dobrze — powiedział w końcu Sobczak. — Zrobię, co mogę.

Natalia odłożyła telefon i w końcu wypiła wódkę. Jednym haustem, czując, jak płyn pali gardło. Potem odstawiła szklankę i wróciła do mapy.

Magazyn na Dębcu. Tam znajdzie odpowiedzi. Tam znajdzie Sofię. Albo to, co z niej zostało.

Ale musiała działać ostrożnie. Bo jeśli David się zorientuje, że jest na celowniku, zniknie. Razem ze wszystkimi dowodami. Razem z ludźmi, którzy mogli zeznawać.

Natalia spojrzała na swoje odbicie w oknie — zmęczona twarz, ciemne oczy, cień uśmiechu, który nie był uśmiechem. Widziała w tym odbiciu kogoś, kogo nie poznawała. Kogoś, kto był gotów przekroczyć granicę. Kogoś, kto był gotów zrobić to, co konieczne.

*Jak ojciec*, pomyślała. *Jak Petro.*

I po raz pierwszy od lat poczuła, że jest blisko. Blisko prawdy. Blisko sprawiedliwości. Blisko czegoś, co mogło odkupić wszystkie te lata milczenia i wstydu.

Ale też blisko niebezpieczeństwa. Bo ślady, które znalazła, prowadziły w ciemność. I nie było pewności, że zdoła wrócić.

Punkt pomocy

Budynek na Jeżycach pamiętał czasy, gdy mieścił się w nim urząd skarbowy — szara, funkcjonalna bryła z lat siedemdziesiątych, której brutalny modernizm nie został złagodzony przez czas. Teraz, z tabliczką „Punkt Pomocy dla Uchodźców” przy wejściu, wyglądał jeszcze bardziej ponuro. Natalia zaparkowała pod kasztanowcem, którego nagie gałęzie wyglądały jak szkielet przeciw białemu marcowemu niebu.

W środku uderzyła ją mieszanka zapachów: taniej kawy, wilgoci z niedosuszonych ubrań i tego specyficznego, słodkawego zapachu przepełnionych pomieszczeń, w których zbyt wiele osób spędza zbyt dużo czasu. Korytarz był wąski, ściany pomalowane na beż, który miał być uspokajający, ale działał przytłaczająco.

Recepcja — niewielki kontuar z pleksiglasową szybą — była pusta. Natalia nacisnęła dzwonek. Gdzieś w głębi budynku płakało dziecko, monotonnie, jakby już bez nadziei na pocieszenie.

— Tak? Czym mogę pomóc? — Kobieta pojawiła się zza zakrętu korytarza, niosąc stos teczek. Była po czterdziestce, w wytartym swetrze, z włosami upięte w niedbały kok. Oczy miała zmęczone, ale uważne.

Natalia pokazała legitymację.

— Natalia Kowalska, prowadzę śledztwo w sprawie zabójstwa. Chciałabym porozmawiać o rodzinach z Ukrainy, które zgłaszały zaginięcia dzieci.

Kobieta zastygła. Teczki w jej rękach lekko zadrżały.

— Marta Wiśniewska, koordynatorka ośrodka. — Głos miała ostrożny. — Zaginięcia? My nie… to znaczy, były rodziny, które wyjeżdżały. Za granicę. Do Niemiec głównie. Albo wracały na Ukrainę.

— Z dziećmi?

— Czasem bez. Czasem dzieci zostawały u krewnych, a rodzice jechali zarobić. To normalne w takiej sytuacji.

Natalia wyczuła w jej głosie nutę defensywności. Nie przekonania — defensywności.

— Czy mogłabym zobaczyć dokumentację tych przypadków?

Marta spojrzała na nią długo, jakby ważyła coś na wewnętrznej wadze.

— Proszę za mną.

Biuro koordynatorki było małe, zagracone papierami i kartonowymi pudłami. Na parapecie stały doniczki z uschniętymi roślinami. Marta odsunęła stos dokumentów z krzesła, gestem zapraszając Natalię do siedzenia.

— Kawa? — spytała, sięgając po termos.

— Poproszę.

Marta nalała do dwóch kubków. Kawa była gorzka, przegotowana. Usiadła za biurkiem, przez chwilę wpatrując się w swoje dłonie.

— Ile pani tu pracuje? — spytała Natalia łagodnie.

— Od początku wojny. Od lutego dwudziestego drugiego. — Marta podniosła wzrok. — Widziałam tysiące ludzi. Kobiety z dziećmi, starsi, czasem sami nastolatkowie. Wszyscy z tym samym wyrazem twarzy — jakby część z nich została gdzieś tam, na wschodzie.

— To ciężka praca.

— Ciężka. — Marta upiła łyk kawy. — Zwłaszcza gdy zaczyna się rozumieć, że nie wszystkim można pomóc. Że system ma dziury. Wielkie dziury, przez które ludzie… wypadają.

Natalia pochyliła się lekko do przodu.

— Proszę mi opowiedzieć o tych dziurach.

Przez twarz Marty przemknął wyraz wahania, potem jakby ulga. Jakby czekała na to pytanie od dawna.

— Pierwsza rodzina zgłosiła się we wrześniu zeszłego roku. Kobieta, Svitlana, z dziesięcioletnią córką. Żyły tu przez kilka miesięcy, dziewczynka chodziła do szkoły, wszystko szło dobrze. Potem Svitlana powiedziała, że znalazła pracę w Niemczech, że córka pojedzie do cioci do Lwowa. Za tydzień były już obie poza Poznaniem.

— Widziała pani dokumenty? Potwierdzenie wyjazdu?

— Bilety autobusowe. Svitlana pokazała mi bilety. — Marta zawahała się. — Ale coś było nie tak. Ta kobieta… przez cały czas, odkąd tu przyjechała, była spokojna, opanowana. A tego dnia, gdy się żegnała, wyglądała jak… jakby była pod wpływem. Oczy miała dziwne. I nie chciała, żebym rozmawiała z córką.

— Zgłosiła pani to policji?

— Tak. — Marta zacisnęła dłonie na kubku. — Przyszło dwóch funkcjonariuszy, spisali protokół. Powiedzieli, że to sprawa rodzinna, że nie ma podstaw do działania. Że ludzie mają prawo się przemieszczać.

— A potem?

— Potem było więcej takich przypadków. Zawsze podobny schemat: samotne matki, młode kobiety z dziećmi. Mieszkały tu przez jakiś czas, potem nagle wyjeżdżały. Czasem mówiły, że do rodziny, czasem, że do pracy. Zawsze w pośpiechu. Zawsze z tym samym wyrazem twarzy.

Natalia wyjęła notes.

— Ile takich przypadków?

— Osiem. W ciągu ostatnich dziesięciu miesięcy.

— Osiem dzieci?

— Osiem rodzin. Łącznie jedenaścioro dzieci. — Marta otworzyła szufladę biurka, wyjęła teczkę. — Robiłam własną dokumentację. Nieoficjalną. Bo czułam, że coś jest nie tak, a nikt nie chciał słuchać.

Natalia wzięła teczkę. W środku były kserokopie dokumentów, notatki odręczne, zdjęcia z monitoringu. Marta prowadziła własne śledztwo.

— Próbowała pani się z nimi kontaktować? Później?

— Próbowałam. Numery telefonów nieaktywne. Adresy mailowe nie odpowiadały. Jedna z kobiet, Oksana, miała siostrę w Polsce. Pojechałam do niej. Siostra powiedziała, że Oksana jest w Niemczech, że wszystko w porządku, ale…

— Ale?

— Ale wyglądała na przerażoną. I ledwo mówiła po polsku, chociaż Oksana twierdziła, że siostra mieszka tu od lat. Coś było nie tak.

Natalia przewracała kartki. Zdjęcia kobiet — młodych, zmęczonych, z dziećmi na rękach. Notatki o datach przyjazdu, datach wyjazdu. Wzór zaczynał się wyłaniać.

— Zauważyła pani coś wspólnego? Oprócz tego, że były samotne?

Marta skinęła głową.

— Wszystkie były w trudnej sytuacji finansowej. Nie miały rodzin w Polsce. Były zdesperowane. I wszystkie, zanim wyjechały, odwiedziły tego samego człowieka.

Natalia poczuła, jak krew przyspiesza w żyłach.

— Kogo?

— Mężczyzna, który prowadzi firmę pośrednictwa pracy. Gruzin, nazywa się… — Marta sięgnęła po notes. — David Tsereteli.

Cisza w pokoju zgęstniała. Gdzieś za ścianą ktoś podniósł głos, szybka wymiana zdań w języku, którego Natalia nie rozumiała, potem znowu cisza.

— Skąd pani wie, że go odwiedzały?

— Bo sam tu przychodził. Oferował pomoc, pracę. Mówił, że ma kontakty, że może załatwić legalną pracę w Niemczech, Holandii. Był… uprzejmy. Kulturalny. Kobiety mu ufały.

— A pani?

Marta spojrzała jej prosto w oczy.

— Ja nie. Było w nim coś… zimnego. Jak w człowieku, który traktuje ludzi jak towary. Próbowałam ostrzegać kobiety, ale byłam tylko kolejną urzędniczką. A on obiecywał im lepsze życie.

Natalia otworzyła teczkę szerzej, studiując zdjęcia. Jedno przykuło jej uwagę — młoda kobieta z małą dziewczynką, może pięcioletnią. Dziecko trzymało pluszowego misia.

— To Lesia — powiedziała cicho Marta. — Wyjechała w styczniu. Z córką Darynką. Mówiła, że jedzie do Berlina, do przyjaciółki.

Natalia poczuła ucisk w żołądku.

— Lesia. Lesia jak?

— Bondarenko. Czemu?

Natalia zamknęła oczy na moment. Lesia. Drugie ciało z Warty. Kobieta bez twarzy, którą znaleziono trzy dni po Giorgim.

— Musi pani ze mną pojechać na komendę — powiedziała cicho. — I zabrać tę dokumentację.

Marta zbladła.

— Ona nie żyje, prawda? Lesia.

— Nie mogę…

— Nie musi pani nic mówić. Widzę to po pani twarzy. — Marta wstała, oparła się o biurko. — Wiedziałam. Wiedziałam, że coś jest nie tak. Mówiłam im. Policji, urzędowi, wszędzie. Nikt nie słuchał.

— Słucham teraz — powiedziała Natalia. — I znajdę tych, którzy to robią.

Marta skinęła głową, ocierając oczy wierzchem dłoni.

— Jest jeszcze ktoś, z kim pani powinna porozmawiać. Iryna. Mieszka tu, na drugim piętrze. Była przyjaciółką Lesii. I Oksany też.

***

Pokój Iryny był mały, może dwanaście metrów, z dwoma wąskimi łóżkami, szafą i stoliczkiem pod oknem. Zapach gotowanej kapusty mieszał się z wonią taniego detergentu. Przy stoliku siedziała kobieta po trzydziestce, chuda, z długimi ciemnymi włosami związanymi w warkocz. Przed nią leżała książka — polski podręcznik gramatyki.

— Iryna, to pani Kowalska — przedstawiła ją Marta. — Prowadzi śledztwo.

Iryna podniosła głowę. Miała duże, ciemne oczy, w których czaiło się coś dzikiego, nieokiełznanego. Spojrzenie człowieka, który widział zbyt wiele.

— Śledztwo? — Jej polski był łamany, z mocnym akcentem. — W jakiej sprawie?

— W sprawie zaginionych kobiet i dzieci. Lesia Bondarenko. Oksana Melnik.

Twarz Iryny stężała.

— Nie znam.

— Iryna — odezwała się łagodnie Marta. — Widziałam was razem. Rozmawiałyście, piłyście herbatę w świetlicy.

— Może. Dużo ludzi tu jest. Nie pamiętam wszystkich.

Natalia przysunęła sobie drugie krzesło, usiadła naprzeciw Iryny. Mówiła powoli, wyraźnie:

— Iryna, nie jestem z urzędu do spraw cudzoziemców. Nie interesuje mnie twój status, dokumenty, nic z tych rzeczy. Interesuje mnie tylko jedno: odnalezienie dzieci. Lesia nie żyje. Oksana zaginęła. Ich córki są gdzieś tam, same, w niebezpieczeństwie. Jeśli wiesz cokolwiek, proszę, powiedz mi.

Przez twarz Iryny przemknął spazm bólu.

— Lesia… nie żyje?

— Tak.

Iryna zamknęła oczy. Jej dłonie zacisnęły się na krawędzi stołu.

— Wiedziałam. Czułam to. — Głos miała łamiący się. — Ona nie chciała jechać. Mówiła mi, że się boi. Ale nie miała wyboru.

— Dlaczego nie miała wyboru?

Iryna otworzyła oczy, spojrzała na Martę, potem na Natalię.

— Może ona wyjść? — wskazała na koordynatorkę. — Nie chcę, żeby… Ona tu pracuje. Oni mogą mieć… jak to się mówi… współpracowników.

Marta wstała bez słowa, skinęła głową i wyszła, zamykając za sobą drzwi.

Iryna czekała jeszcze chwilę, nasłuchując kroków na korytarzu. Potem powiedziała cicho:

— Tu jest system. Nie wiem jak nazwać po polsku. Na Ukrainie mówimy: łancuch. Łańcuch ludzi. Jeden daje drugiego. Najpierw jest mężczyzna, który pomaga. Daje pracę, daje pieniądze. Potem jest dług. Zawsze jest dług. A potem mówi: oddaj dziecko. Na chwilę. Dla lepszego życia. Dla adopcji. Dla rodziny na zachodzie. Mówi: będzie lepiej dla dziecka. A ty wiesz, że jeśli nie oddasz, będzie gorzej dla ciebie.

Natalia czuła, jak jej serce wali w piersi.

— Ten mężczyzna… to David Tsereteli?

— On jest jeden z nich. Ale nie główny. On jest… jak powiedzieć… pośrednik. Zbiera kobiety, zbiera dzieci. Ale ktoś wyżej mówi mu co robić.

— Kto?

Iryna pokręciła głową.

— Nie wiem. Lesia nie wiedziała. Oksana mówiła, że widziała raz starego człowieka. Polaka albo Ukraińca, nie była pewna. Ale on miał władzę. Wszyscy się go bali.

— Gdzie Oksana teraz jest?

— Nie wiem. Ostatni raz widziałam ją miesiąc temu. Płakała. Mówiła, że oddała Sofię. Że nie miała wyboru. Że obiecali, że dziewczynka będzie miała dobrą rodzinę, że będzie szczęśliwa. Ale ona wiedziała, że to kłamstwo.

— Czemu nie poszłyście na policję?

Iryna roześmiała się gorzko.

— Na policję? My jesteśmy nikim. Uchodźcami. Ludzie myślą, że oszukujemy. A jeśli pójdziemy na policję, oni się dowiedzą. I wtedy… — urwała, przesunęła palcem po szyi w wymownym geście.

Natalia wyjęła telefon, pokazała zdjęcie Giorgi Beridze.

— Znasz tego człowieka?

Iryna przyjrzała się uważnie.

— Nie. Kto to jest?

— Był jednym z nich. Teraz nie żyje.

— Dobrze. — W głosie Iryny nie było współczucia. — Niech wszyscy zdechną.

— Pomóż mi ich znaleźć. Pomóż mi uratować te dzieci.

Iryna milczała długo. Za oknem ktoś krzyczał po rosyjsku, potem trzasnęły drzwi samochodu.

— Jest jeszcze jedna kobieta — powiedziała w końcu. — Ołena. Pracuje w restauracji. Gruzińskiej restauracji na Świętym Marcinie. Ona wie więcej. Ale boi się. Bardzo się boi.

— Restauracja Tbilisi?

— Tak. To tam Tsereteli znajduje kobiety. To tam wszystko się zaczyna.

Natalia zapisała szybko w notesie.

— Ołena… nazwisko?

— Nie wiem. Wszyscy mówią tylko Ołena. Ma dwadzieścia pięć lat, długie jasne włosy. Pracuje w kuchni.

— Czy mogę się z tobą jeszcze skontaktować? Gdybym miała pytania?

Iryna skinęła głową, podała numer telefonu. Potem nagle chwyciła Natalię za rękę, mocno, paznokcie wbijając się w skórę.

— Proszę. Znajdź je. Znajdź te dzieci. One są niewinne. One nie zasłużyły na to.

— Znajdę — obiecała Natalia, choć nie była pewna, czy to obietnica, którą może dotrzymać.

***

Wychodząc z ośrodka, Natalia czuła się, jakby przygniatał ją ciężar wszystkich tych historii, wszystkich tych niewidzialnych kobiet i dzieci, które wypadły przez dziury systemu. Marta szła obok niej, niosąc teczkę z dokumentacją.

— Co się stanie teraz? — spytała.

— Teraz zacznie się prawdziwe śledztwo — odpowiedziała Natalia. — I tym razem ktoś będzie słuchał.

Ale gdy wsiadała do samochodu, patrząc na szary budynek ośrodka, na twarze w oknach — twarze ludzi zawieszonych między światami, między nadzieją a rozpaczą — wiedziała, że to będzie walka z czymś większym niż pojedynczy przestępca.

To była walka z systemem, który pozwalał na istnienie takich dziur.

Z obojętnością, która była gorsza niż okrucieństwo.

I z pytaniem, które nie dawało jej spokoju od początku tego śledztwa: ile jeszcze dzieci zniknęło, zanim ktoś w ogóle zauważył, że ich nie ma?

Odpowiedź, którą znała w głębi serca, była przerażająca.

Za dużo.

Zawsze za dużo.

Iryna

Kawa w plastikowym kubku dawno wystygła, ale Natalia wciąż trzymała go w dłoniach, jakby ciepło mogło wrócić samą siłą woli. Za oknem komisariatu padał deszcz — nie ten jesienny, oczyszczający, ale marcowy, brudny, rozmiękczający zamarznięty brud na ulicach. Poznań tonął w szarości, która wdzierała się przez szpary w oknach, osadzała na skórze, wnikała w płuca.

Akta Giorgiego Beridze leżały rozłożone na biurku. Zdjęcia z sekcji. Raporty. I ta fotografia — mała Sofia z pluszowym misiem, jej oczy ciemne i poważne, zbyt poważne jak na pięciolatkę.

— Kowalska, masz gościa — warknął Wojtek znad swojego komputera. — Jakaś Ukrainka. Mówi, że w sprawie Gruzina.

Natalia podniosła wzrok. Przez szybę sali konferencyjnej widziała kobietę — szczupłą, po trzydziestce, w wyświechtanym płaszczu, który kiedyś musiał być elegancki. Włosy ściągnięte w ciasny kok, twarz bez makijażu, ale z tym szczególnym rysem, który Natalia nauczyła się rozpoznawać — zmęczeniem mieszającym się z nieustępliwością.

— Przeprowadź ją do sali przesłuchań numer trzy.

— To nie jest podejrzana.

— Wiem. Ale potrzebuję prywatności.

Sala numer trzy pachniała stęchlizną i potem setek przesłuchań. Natalia weszła z dwoma kubkami świeżej kawy. Kobieta siedziała bardzo prosto, z torbą na kolanach, ręce splecione na wytartej skórze.

— Iryna Bondarenko — przedstawiła się po polsku, z lekkim akcentem, który Natalii był boleśnie znajomy. — Jestem dziennikarką. Prowadzę śledztwo… — urwała, jakby szukając właściwych słów. — Handel ludźmi. Dzieci. Widziałam w wiadomościach o Giorgim Beridze.

Natalia postawiła kawę na stole i usiadła naprzeciwko.

— Dziennikarką? Z jakiej redakcji?

— Niezależną. Freelance. — Iryna sięgnęła do torby, wyciągnęła zniszczony notes i legitymację prasową. — Przed wojną pracowałam dla „Ukrajinska Prawda”. Teraz… — wzruszyła ramionami. — Teraz pracuję dla prawdy bez redakcji.

Natalia przyjrzała się legitymacji. Wydana w Kijowie, 2019 rok. Zdjęcie pokazywało młodszą wersję Iryny, z dłuższymi włosami i czymś w oczach, co znikło — może nadzieją, może niewinnością.

— Mówi pani o handlu dziećmi. Co to ma wspólnego z Beridze?

Iryna otworzyła notes. Kartki pełne drobnego pisma, wycinki z gazet, wydrukowane zdjęcia. Jej palce — zauważyła Natalia — były poplamione atramentem, paznokcie obgryzione do żywego mięsa.

— Od dwóch lat śledzę sieć. Zaczęło się w Charkowie, zanim… — głos jej zadrżał. — Zanim musieliśmy uciekać. Kobiety, które traciły dzieci. Nie w bombardowaniach. Inaczej. Znikały. Dokumenty adopcyjne podrabiane, albo matki podpisywały zgody, nie rozumiejąc, co podpisują.

— To poważne oskarżenia.

— To prawda. — Iryna podniosła wzrok, w jej oczach płonęła desperacja. — Śledziłam tropy do Polski. Poznań. Wrocław. Warszawa. Tu jest centrum. Tu trafiają dzieci z Ukrainy, z Gruzji, z Mołdawii. I stąd… — urwała. — Znikają dalej.

Natalia poczuła, jak coś ściska jej żołądek. Sofia. Lesia. Ile jeszcze?

— Ma pani dowody?

Iryna wysypała na stół zawartość torby. Zdjęcia, dokumenty, notatki. Wszystko ponumerowane, opisane, połączone strzałkami. Chaos, który był systemem.

— Ta kobieta, Ludmiła Petrowna, w Charkowie. Przedstawiała się jako pracownik socjalny. Pomagała uchodźcom. Oferowała pomoc, schronienie. A potem… dzieci znikały. — Wskazała palcem na zdjęcie kobiety w średnim wieku, z życzliwym uśmiechem. — Straciłam jej trop w Warszawie, rok temu.

— A Beridze?

— Jego nazwisko pojawiło się trzy miesiące temu. Kontakt w Poznaniu. Ktoś, kto „pomaga” gruzińskim rodzinom. — Iryna wyciągnęła wydruk maila, tekst po gruzińsku. — Dostałam to od jednej z matek. Obiecywał legalną adopcję, pieniądze, lepsze życie dla dziecka.

Natalia przyglądała się dokumentom. Jej umysł pracował gorączkowo, łącząc fakty. David Tsereteli i jego restauracja. Oksana i jej „dobrowolna” zgoda. Ciało Giorgiego w Warcie ze zdjęciem Sofii.

— Może porozmawiamy po ukraińsku? — powiedziała nagle, zmieniając język. — Łatwiej nam będzie.

Iryna zamrugała, a potem coś w jej twarzy się rozluźniło. Napięcie opadło z ramion.

— Wy też? — spytała cicho po ukraińsku, w jej głosie słychać było ulgę. — Z jakiego regionu?

— Mój ojciec był ze Lwowa. Zaginął w dziewięćdziesiątym pierwszym, kiedy śledził… — Natalia urwała, zastanawiając się, ile może powiedzieć. Ale coś w Irynie, w jej zmęczonych oczach, w poplamionej atramentem skórze, mówiło: można zaufać. — Śledził handel dziećmi. Nigdy nie odnaleźliśmy jego ciała.

Cisza między nimi zgęstniała, naładowana zrozumieniem.

— Przepraszam — szepnęła Iryna. — To musiało być…

— Dawno temu. — Natalia odchrząknęła. — Ale może właśnie dlatego jestem tu, gdzie jestem. Opowiedz mi wszystko. Od początku.

Iryna wzięła łyk kawy. Jej ręce drżały lekko.

— Zaczęłam kopać po tym, jak moja siostra… — głos jej się załamał. — Ola miała córkę, Katrusię. Cztery latka. Gdy zaczęły się bombardowania Charkowa, Ola wpadła w panikę. Nie miała pieniędzy na ucieczkę, jej mąż zginął w pierwszych dniach. Przyszła do niej kobieta, Ludmiła. Zaproponowała pomoc. Tymczasowy dom dla Katrusi, bezpieczny, na zachodzie. Tylko na czas wojny, mówiła. Aż sytuacja się uspokoi.

— I twoja siostra się zgodziła?

— Podpisała papiery. Myślała, że to tymczasowa opieka. — Iryna otarła oczy wierzchem dłoni. — Katrusia zniknęła. Żadnych śladów. Ola próbowała szukać, ale w chaosie wojny… Nikt nie chciał słuchać. Nikt nie chciał śledztwa. „Dziecko jest bezpieczne na zachodzie”, mówili. „Bądź wdzięczna”.

— A twoja siostra?

— Powiesiła się trzy miesiące później. — Słowa padły sucho, bez emocji, ale Natalia widziała, jak Iryna zaciska szczękę. — Zostawiła list. Pisała, że nie może żyć bez Katrusi. Że to jej wina.

Natalia poczuła znajomy ciężar w piersi. Oksana. Jej opuchnięte oczy, drżące ręce. Ta sama desperacja, to samo poczucie winy.

— Dlatego zaczęłaś śledztwo.

— Dlatego zrezygnowałam z życia. — Iryna uśmiechnęła się gorzko. — Zostałam tylko ja i ten notes. Zaczęłam rozmawiać z innymi matkami. W ośrodkach dla uchodźców, w kolejkach po pomoc, w kościołach. Wszędzie ta sama historia. Ktoś oferuje pomoc. Ktoś obiecuje bezpieczeństwo. I dzieci znikają.

— Ile przypadków?

— Udokumentowanych? Dwadzieścia trzy. — Iryna wskazała na notes. — Ale podejrzewam, że jest ich więcej. Znacznie więcej. Większość matek boi się mówić. Wstyd. Strach przed deportacją. Przed tym, że ktoś powie, że to ich wina.

Natalia wstała, zaczęła chodzić po małej sali. Jej myśli wirował. Petro Kovalenko, jej ojciec, zaginął śledząc podobną sieć trzydzieści lat temu. Teraz ona stała przed tym samym potworem, tylko wyrośniętym, rozgałęzionym, wykorzystującym wojnę i desperację.

— David Tsereteli — powiedziała. — Znasz to nazwisko?

— Restaurator? — Iryna przekartkowała notes. — Jest na mojej liście. Kontakt w poznańskiej społeczności gruzińskiej. Organizuje pomoc dla rodaków, ale… — urwała. — Zbyt wiele pytań bez odpowiedzi. Zbyt wiele rodzin, które „znalazły nowe życie” dzięki jego pomocy.

— Przesłuchiwałam go. Zaprzeczył wszystkiemu.

— Oczywiście. — Iryna nachyliła się nad stołem. — Oni są dobrzy w kłamaniu. Mają dokumenty, świadków, fałszywe tropy. Ale zawsze jest szczelinа. Zawsze ktoś wie za dużo albo za mało.

— Beridze wiedział za dużo?

— Może. Albo stał się niewygodny. — Iryna wyciągnęła kolejne zdjęcie. Giorgi Beridze, żywy, uśmiechnięty, w towarzystwie innych mężczyzn. — To z jego profilu społecznościowego. Rozpoznajesz kogoś?

Natalia przyjrzała się uważnie. Giorgi w centrum, ramię wokół ramion Davida Tseretelego. Obok nich dwóch innych mężczyzn — jeden starszy, łysy, z grubą złotą łańcuchem na szyi; drugi młodszy, szczupły, z twarzą jak z kamienia.

— Kto to jest?

— Nie wiem. Ale to zdjęcie zrobiono cztery miesiące temu, w Tbilisi. — Iryna odwróciła fotografię. Na odwrocie wyblakły napis: „Rodzina zawsze razem”.

Natalia poczuła dreszcz. Rodzina. Gruzińska mafia operowała na zasadzie rodzinnych klanów. Jeśli David był częścią sieci, to nie działał sam.

— Muszę to wszystko zgłosić. Oficjalnie.

— Nie. — Iryna chwyciła ją za rękę. — Jeszcze nie. Nie mamy twardych dowodów. Tylko zeznania zdesperowanych matek i podejrzenia. Będą tłumaczyć, że to paranoja, trauma wojenna. Potrzebujemy czegoś więcej.

— Czego?

— Świadka z wewnątrz. Kogoś, kto widział, jak to działa. — Iryna spojrzała na nią z determinacją. — Oksana. Ona wie więcej, niż powiedziała.

Natalia pomyślała o Oksanie, skulonej w swoim pokoju w ośrodku, drżącej na dźwięk kroków na korytarzu.

— Ona jest przerażona. Nie będzie mówić.

— Będzie, jeśli ją przekonamy, że może odzyskać Sofię. — Iryna ścisnęła jej dłoń. — Potrzebuję twojej pomocy. Oficjalnie nie mogę nic zrobić. Jestem tylko dziennikarką bez redakcji. Ale ty… ty jesteś policją. Możesz otworzyć drzwi, zadawać pytania.

Natalia cofnęła rękę. W jej głowie walczyły dwa impulsy — policjantka, która musi działać według procedur, i córka Petra Kovalenki, która wiedziała, że czasem procedury chronią winnych.

— To nielegalne. Jeśli wyjdzie na jaw…

— Dzieci znikają. — Iryna wstała, jej głos był cichy, ale stalowy. — Katrusia zniknęła. Sofia zniknęła. Lesia nie żyje. Ile jeszcze? Ile czasu mamy, zanim kolejne dziecko…

— Wiem. — Natalia przerwała jej ostro. — Wiem, do cholery.

Milczały przez moment. Deszcz bębnił w okno, gdzieś w budynku trzasnęły drzwi.

— Mój ojciec zaginął, bo był blisko prawdy — powiedziała w końcu Natalia. — Przez trzydzieści lat zastanawiałam się, czy mógł przeżyć, gdyby miał wsparcie. Gdyby ktoś mu pomógł.

— Pomocy nigdy nie jest za dużo. — Iryna wyciągnęła rękę. — Więc? Pracujemy razem?

Natalia patrzyła na wyciągniętą dłoń. Pomyślała o Sofii, o Oksanie, o wszystkich tych matkach, które podpisały papiery, nie rozumiejąc, że tracą swoje dzieci na zawsze. Pomyślała o ojcu, jego ostatnim liście: „Prawda jest ciężarem, ale milczenie jest zdradą”.

Uścisnęła dłoń Iryny.

— Razem. — Przełknęła. — Ale ostrożnie. Jeśli to naprawdę jest sieć, to oni mają oczy wszędzie.

— Wiem. — Iryna uśmiechnęła się blado. — Dlatego cały czas się przeprowadzam. Dlatego śpię z nożem pod poduszką.

— Gdzie teraz mieszkasz?

— Wynajmuję pokój na Jeżycach. Stary dom, dużo lokatorów, łatwo się wtopić. — Iryna zaczęła składać dokumenty z powrotem do torby. — Ale niedługo pewnie znów się przeniosę.

— Możesz zostać u mnie — powiedziała Natalia, zanim zdążyła się zastanowić. — Mam wolny pokój. I system alarmowy.

Iryna uniosła brwi.

— Nie znasz mnie.

— Znam wystarczająco. — Natalia wzruszyła ramionami. — Poza tym, bezpieczniej będzie, jeśli będziemy trzymać się razem. Wymiana informacji, wzajemne ubezpieczenie.

— Ubezpieczenie? — Iryna roześmiała się cicho, bez humoru. — Myślisz, że jeśli coś mi się stanie, będziesz bezpieczniejsza?

— Myślę, że razem mamy większe szanse. — Natalia spojrzała jej prosto w oczy. — I myślę, że obie jesteśmy zbyt uparte, żeby się poddać.

Iryna skinęła głową powoli.

— Dobrze. Ale pod jednym warunkiem — wszystko, co znajdziemy, wszystkie dowody, kopie. Jeśli którejś z nas coś się stanie, druga musi obiecać, że dokończy.

— Obiecuję.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij