Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Obsesja - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 lutego 2026
2868 pkt
punktów Virtualo

Obsesja - ebook

Ponad 2 miliony egzemplarzy książek sprzedanych tylko w Polsce.

5 nominacji do tytułu Książki Roku Lubimy Czytać w kategorii: kryminał/sensacja/thriller.

7 nominacji do Bestsellera Empiku.

2 Bestsellery Empiku – za Terapeutkę i Uwięzioną.

Honorowa Nagroda Wielkiego Kalibru przyznawana na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu.

B.A. Paris, autorka fenomenalnego Za zamkniętymi drzwiami, powraca z nowym, niepokojącym thrillerem psychologicznym!

Nic nie będzie miało znaczenia… kiedy cię zabiję.

Jakie to uczucie wiedzieć, że umrzesz? W głębi serca musisz sobie zdawać sprawę, że twoja śmierć jest nieuchronna. Czy obsesyjnie zastanawiasz się nad tym, jak to się stanie: czy użyje rąk, by odebrać ci oddech, czy noża, żeby wykrwawić cię na śmierć?

Nell Masters jest przekonana, że ktoś ją śledzi. W drodze do pracy czuje na sobie czyjś wzrok, w biurze odbiera głuche telefony, pod drzwiami domu znajduje bukiet zwiędłych kwiatów – bez bileciku – od nieznanego nadawcy… Nell skrywa straszną tajemnicę – nie zdradziła jej ani swoim nielicznym przyjaciołom, ani mężczyźnie, którego kocha – ma więc powód, by oglądać się za siebie.

Dwanaście lat wcześniej, kiedy jeszcze nazywała się Elle Nugent, była świadkiem, jak studentka Bryony Sanders wsiadła do samochodu nieznajomego. Kiedy dziewczyna została znaleziona martwa, Elle obsesyjnie poszukiwała sprawcy. Była przekonana, że zabójcą jest Brett Parker, mężczyzna, którego tego dnia widziała w pobliżu. Jej obsesja na punkcie Bretta doprowadziła do tragedii...

Teraz Nell próbuje przekonać samą siebie, że niepokojące uczucie bycia obserwowaną jest tylko wytworem wyobraźni. Bezskutecznie. Najwyraźniej ktoś odkrył jej nową tożsamość i próbuje ją ukarać za błędy przeszłości. Chyba że w grę wchodzi coś innego, bardziej złowieszczego?

Nie ma nikogo – absolutnie nikogo – kto potrafiłby stworzyć tak niesamowite napięcie w thrillerach psychologicznych jak B.A. Paris.
Hank Phillippi Ryan, autorka bestsellerowej powieści „One Wrong Word”

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8439-088-7
Rozmiar pliku: 959 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Kiedy gaśnie lampa w salonie, uświadamiam sobie, że prąd został odcięty. Zrywam się na nogi, zrzucając pusty kubek na podłogę. Czuję w piersi potworny ucisk. Jest za wcześnie, nie jestem gotowa.

„Jeśli po ciebie przyjdzie, zrobi to w środku nocy”, ostrzegł mnie Alex.

Ale nie jest środek nocy, tylko dziewiąta wieczorem.

„A jeżeli pojawi się wcześniej, kiedy wciąż będę na dole?”, spytałam.

„Postaraj się dostać do sypialni i zamknąć drzwi na klucz – odparł. – Nie pozwól, żeby strach zamącił ci w głowie”.

Wspominając jego słowa, oddycham głęboko, żeby się uspokoić, a potem po omacku ruszam do drzwi. Na korytarzu jest całkowicie ciemno. Już mam puścić się biegiem po schodach, gdy od ściany odkleja się cień. Krzyczę oszołomiona, bo już jest w środku.

„A jeśli nie zdołam dostać się do sypialni? – spytałam. – Jeśli on wejdzie do domu wcześniej?”

„Krzycz – poradził Alex. – Użyj swojego głosu. Odetchnij kilka razy głęboko i wrzeszcz najgłośniej i najdłużej, jak potrafisz. Będziesz miała kilka sekund, zanim strach cię sparaliżuje. Dobrze je wykorzystaj”.

Otwieram usta, żeby krzyknąć, ale strach już ścisnął mi płuca jak w imadle i pozbawił mnie tchu. Dostrzegam w korytarzu zbliżającą się do mnie potężną sylwetkę. Cofam się szybko i czuję za plecami drzwi do kuchni.

„Jeśli nie uda ci się uciec na górę, nie pozwól się zapędzić do kuchni”, ostrzegł Alex.

„Ale co mam zrobić, jeśli nie będę miała innej drogi ucieczki?”, spytałam.

„Wtedy postaraj się zdobyć jakąś broń. Na blacie trzymasz noże”.

Zaciskam dłoń na klamce, a kiedy drzwi się otwierają, wtaczam się do kuchni. Napastnik wchodzi za mną i zatrzaskuje drzwi kopniakiem. Panuje tu całkowita ciemność i na chwilę tracę orientację, ponieważ zazwyczaj świetlik rozprasza nieco mrok w tym pomieszczeniu. Szybko dochodzę do siebie i przesuwam się w prawo, wyobrażając sobie stojak na noże obok piekarnika. Ale nieznajomy zagradza mi drogę, jakby czytał mi w myślach, i zmusza mnie do odbicia w lewo. Potykam się o swoje stopy, kiedy okrążam kuchenną wyspę, aż w końcu nie mam już dokąd uciekać.

„Cokolwiek zrobisz, nie daj się zablokować za wyspą, bo wtedy nie będziesz miała żadnej drogi ucieczki – radził Alex. – Nie możesz do tego dopuścić. Słyszysz mnie, Nell? Nie pozwól na to”.

A jednak tak się stało. Uginają się pode mną nogi, gdy to sobie uzmysławiam. Kiedy moje oczy przyzwyczajają się do ciemności, dostrzegam ubraną na czarno postać, która stoi po drugiej stronie wyspy. Porusza się gwałtownie i coś ze świstem przecina powietrze. Moja krtań się zaciska. Nóż.

– Przestań! – wołam donośnym głosem i z zaskoczeniem widzę, że napastnik nieruchomieje. – Zanim mnie zabijesz, muszę się dowiedzieć, kim jesteś.Nell

Teraz

Jego udo przyciska się do mojego, gdy siedzę w autobusie. Nie sądzę, żeby robił to rozmyślnie – siedzenia są małe, a on jest potężnym mężczyzną – ale i tak czuję się nieswojo. Mam ochotę odsunąć się, skrzyżować nogi i odwrócić się w stronę okna, ale nie chcę go urazić.

Autobus ostro skręca i napór na moje udo staje się jeszcze silniejszy. Moja krtań się zaciska i czuję atak klaustrofobii; gwałtownie wstaję, żeby uciec. Czekam, aż mężczyzna się podniesie albo przynajmniej przesunie nogi, żeby mnie przepuścić. Nie robi tego, pozostaje mi więc przecisnąć się obok niego. Szoruję granatowym płaszczem po jego policzku i czerwona ze wstydu mamroczę przeprosiny. Chcę zobaczyć jego twarz, ale z miejsca, w którym stoję, ściskając metalową poręcz, widzę tylko czubek jego ogolonej głowy i tatuaż na karku.

Kiedy siadał obok mnie dwa przystanki wcześniej, wyglądałam przez okno; teraz widzę, że autobus jest wypełniony tylko w jednej czwartej. Mężczyzna miał do dyspozycji wolne miejsca, nawet podwójne, więc dlaczego postanowił usiąść obok mnie? Kiedy autobus się zatrzymuje, podchodzę do drzwi. To nie jest mój przystanek, wolę jednak pokonać resztę drogi pieszo, niż siedzieć z tymi wątpliwościami w głowie.

Pospiesznie wysiadam i przez chwilę stoję, patrząc na odjeżdżający autobus, którego koła rozchlapują kałuże po wczorajszym deszczu. Upewniam się, że mężczyzna za mną nie podążył. Siedzi przy oknie, na miejscu, które zwolniłam, i patrzy w stronę wnętrza pojazdu. Czy robi to specjalnie, żebym nie mogła przyjrzeć się jego twarzy? Próbuję oszacować jego wiek i dochodzę do wniosku, że musi być po czterdziestce. Nieco się uspokajam. Wiek się nie zgadza.

Wyjmuję butelkę z torby i powoli piję wodę, idąc do biura. Dwa tygodnie temu poczułam, że ktoś mnie śledzi. Nie mam na to żadnych dowodów. Nie słyszałam kroków za plecami, nikt nie czaił się na mnie w bramie – po prostu mam wrażenie, że wwiercają się we mnie czyjeś oczy. Czasami, kiedy to uczucie się nasila, obracam się na pięcie, licząc na to, że przyłapię kogoś, kto gwałtownie się cofnie albo zawróci na ulicy, ale zawsze widzę tylko ludzi zajętych codziennymi sprawami.

Kiedy idę w stronę Brixton, moje myśli zaprząta nadchodzący dzień. W piątki zawsze mam mnóstwo roboty w Drop In, organizacji charytatywnej, dla której pracuję. Nie licząc wizyty u fryzjera w porze lunchu, zamierzam siedzieć w biurze, a potem spotkam się z Alexem, moim… Chłopakiem? Kochankiem? Sama nie wiem, jak go określić. Jest za wcześnie, żebym nazwała go partnerem. Znam go dopiero od kilku miesięcy, a połowę tego czasu spędził w Stanach. W naszym wieku – mam trzydzieści sześć lat, a on czterdzieści cztery – słowo „chłopak” wydaje się niezbyt właściwe. Z pewnością jest moim kochankiem, ale to zredukowałoby naszą relację do seksu, a chociaż stanowi on jej ważną część – spędzamy razem tylko tydzień w miesiącu – łączy nas znacznie więcej. Mówiąc wprost, Alex jest dla mnie wszystkim.

Patrzę na niebo pomalowane kilkoma odcieniami szarości, przechodzę przez ulicę na zielonym świetle i wciągam do płuc chłodne poranne powietrze. Nagle słyszę za sobą świst i znikąd pojawia się rower; niemal mnie potrąca. Z moich ust wyrywa się okrzyk przerażenia i błyskawicznie pokonuję kilka kroków, po czym staję na chodniku z mocno bijącym sercem, śledząc wzrokiem oddalającego się rowerzystę. Wciąż słyszę świst opon mijających mnie o centymetry, ale tłumię wzbierającą we mnie nerwowość. Nie mogę zacząć myśleć, że każde takie zdarzenie jest podejrzane.

Zazwyczaj nie pojawiam się w pracy przed siódmą, ale Alex do późna był na służbowej kolacji i spędził noc w hotelu. Bez niego czułam się nieswojo w cichym domu i kiepsko spałam. Już się boję poniedziałku, gdy jak zwykle wróci na dwa tygodnie do Stanów.

Mimo mężczyzny w autobusie i rowerzysty humor mi się poprawia, kiedy myślę o tym, że wieczorem spotkam się z Alexem. Gdyby ktoś jeszcze kilka miesięcy temu powiedział mi, że po raz pierwszy od dwunastu lat będę w sensownym związku, nie uwierzyłabym. Ale fakty mówią za siebie. Odkąd poznałam Alexa, zaczęłam nieśmiało planować przyszłość, której wcześniej przed sobą nie widziałam. Przyszłość, na którą nie zasługujesz, przypomina mi jakiś głos i dobry nastrój od razu się ulatnia. Nie powinnam być zaskoczona. Zawsze wiedziałam, że moje dawne życie – kiedy jeszcze nazywałam się Elle Nugent, a nie Nell Masters – pewnego dnia mnie dopadnie.Elle

Kiedyś

– Hej!

Krzyk na ulicy odwrócił moją uwagę, więc odłożyłam książkę i podeszłam do okna na piętrze, zadowolona, że coś przerwało monotonię popołudnia. Nudziłam się bez swojego chłopaka, Jaza, który pojechał odwiedzić kolegę. Na chodniku po drugiej stronie ulicy zobaczyłam młodą kobietę.

– Mój telefon! – zawołała i wskazała palcem przed siebie.

Wychyliłam się przez otwarte okno, żeby mieć lepszy widok, i zobaczyłam szybko oddalającego się mężczyznę na skuterze. Chciałam zawołać do kobiety, że zaraz do niej zejdę, ale pobiegła za skuterem, wołając do złodzieja, żeby się zatrzymał. Po chwili uświadomiła sobie bezcelowość swojego działania, stanęła w miejscu i wybuchnęła płaczem.

Była młodsza, niż początkowo sądziłam. Po jej stroju – dżinsach, tenisówkach i T-shircie – domyślałam się, że jest studentką. Zrobiło mi się jej żal. Nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni ktoś stracił telefon za sprawą faceta na skuterze.

Chciałam wyjść z domu i zrobić dobry uczynek – pożyczyć jej telefon, by mogła do kogoś zadzwonić – ale wtedy obok niej z piskiem opon zatrzymał się samochód.

– Wszystko widziałem! – Przez otwarte okno od strony pasażera wychylał głowę kierowca: ciemnowłosy mężczyzna. – Niech pani wskakuje, pojedziemy za nim! – Miał amerykański akcent, a ja odetchnęłam z ulgą, że ktoś już zapanował nad sytuacją i mogę wrócić do książki.

– Świetnie, dzięki! – Młoda kobieta otarła łzy z oczu i zaczęła wsiadać do samochodu.

Nagle poczułam się nieswojo. Samochód pojawił się znikąd. A jeśli to pułapka i facet w aucie jest wspólnikiem złodzieja na skuterze?

Wychyliłam się z okna, czując dreszcz niepokoju.

– Hej! – zawołałam. – Zaczekaj!

Ale kobieta już wsiadła do samochodu. Ogarnęły mnie złe przeczucia.

– Hej, ty! – krzyknęłam głośniej do kierowcy. – Co robisz?!

Kiedy usłyszał mój głos, obejrzał się. Zdążyłam zauważyć jego poirytowaną minę, zanim dodał gazu i pomknął ulicą.

– Nieee! – Powietrze gwałtownie opuściło moje płuca, gdy cofnęłam się i uderzyłam głową o drewnianą ramę okna.

Klnąc pod nosem, zabrałam telefon ze stolika, wybiegłam z mieszkania i popędziłam na dół, przeskakując po dwa stopnie. Jeśli dopisze mi szczęście, kierowca utknie na końcu ulicy, czekając na możliwość włączenia się do ruchu. Wypadłam na chodnik i popatrzyłam w prawo. Samochód stał z włączonym lewym kierunkowskazem, ale kiedy biegłam w jego stronę, ruszył z miejsca i zniknął za rogiem.

Zatrzymałam się, dysząc, niepewna, co chciałam osiągnąć. Nawet gdyby udało mi się otworzyć drzwi po stronie pasażera i nakazać młodej kobiecie, żeby wysiadła, nie wiadomo, czy by mnie posłuchała. A gdyby mężczyzna w tym momencie ruszył, mogłabym wpaść pod koła albo zostać wywleczona na ruchliwą główną ulicę.

Wracając powoli do mieszkania, zastanawiałam się, co zrobić. Może to była całkiem niewinna sytuacja i mężczyzna w samochodzie naprawdę był rycerzem na białym koniu. Ale jeśli miał złe zamiary, a ja właśnie byłam świadkiem porwania?

Zdając sobie sprawę, że zapewne marnuję czas policjantów, zadzwoniłam pod numer alarmowy i czekając, aż ktoś odbierze, analizowałam to, co się stało. Coś w kierowcy od początku nie dawało mi spokoju. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że widziałam go już wcześniej – dwie godziny temu, gdy poszłam do pobliskiego supermarketu po miód. Kiedy wychodziłam ze sklepu z głową pochyloną nad telefonem, ponieważ pisałam do Jaza, że nasza pralka zaczęła przeciekać, zderzyłam się z tym gościem. Słoik miodu wyślizgnął mi się z ręki i rozbił o chodnik.

– Ojej – westchnął mężczyzna i stanął obok mnie, kiedy patrzyłam na kleistą plamę. Trzymał kubek z kawą, której odrobina wylała się przez otwór w pokrywce, gdy na siebie wpadliśmy. Z nieobecną miną podrapał się po głowie. – Przepraszam.

– Nie, to moja wina. Nie patrzyłam, dokąd idę. – Zerknęłam w stronę sklepu. – Lepiej pójdę poprosić o szmatę.

– Mogę pani pomóc?

Uśmiechnęłam się do niego i po raz pierwszy uważniej mu się przyjrzałam. Chociaż nie był już najmłodszy, wyglądał bardzo atrakcyjnie.

– Nie trzeba, dziękuję – rzuciłam, oszołomiona kolorem jego oczu, które pasowały do niebieskiej koszuli.

– No nic, mam nadzieję, że reszta pani dnia będzie bardziej udana – powiedział i odszedł.

Byłam pewna, że to był ten sam facet, który zabrał dziewczynę. Ogarnęły mnie wątpliwości co do telefonu na policję. Mężczyzna, z którym się zderzyłam, sprawiał wrażenie sympatycznego. A jeśli policja go zatrzyma i oskarży o porwanie, podczas gdy on tylko starał się pomóc? Jeśli on i ta kobieta się znają? W końcu wsiadła do samochodu bez chwili wahania.

Zanim zdążyłam przerwać połączenie, ktoś odebrał, a moje obawy, na szczęście, nie zostały zlekceważone. Dyspozytor zapisał szczegóły wyglądu kobiety (średni wzrost, szczupła sylwetka, długie blond włosy, jasnoniebieskie dżinsy, biały T-shirt i czarna torba na ramię), która tak lekkomyślnie wsiadła do samochodu (duży, czarny) z nieznajomym (biały mężczyzna, ciemne, schludnie uczesane włosy z przedziałkiem, jasnoniebieska koszula, amerykański akcent). Wyrzucałam sobie, że nie zapisałam numerów rejestracyjnych, ale wszystko potoczyło się tak szybko.

– To może być ktoś miejscowy – dodałam. – Dzisiaj już widziałam go na ulicy. Mieszkam niedaleko Waterloo, a on szedł The Cut.

Mężczyzna, z którym rozmawiałam, podziękował mi za zgłoszenie i obiecał, że to sprawdzą.

Starałam się zapomnieć o tej sprawie, ale było mi trudno skupić się na książce – wciąż wracałam myślami do tej młodej kobiety. Kiedy Jaz wrócił do domu, czułam obezwładniającą potrzebę porozmawiania o tym, czego doświadczyłam, ale był zaaferowany nową aplikacją, którą zamierzał opracować razem z kolegą – właśnie się z nim widział – był więc mniej zainteresowany moją opowieścią, niż bym chciała.

– Zrobiłaś wszystko, co mogłaś, kochanie – powiedział. – Przestań się stresować.

Wzruszyłam ramionami i odpuściłam. W najlepszym wypadku dziewczyna odzyskała telefon i była bezpieczna.

Ale kiedy następnego dnia rano sprawdziłam w internecie wiadomości i zobaczyłam nagłówek, serce podeszło mi do gardła. Znaleziono ciało młodej kobiety, nadal niezidentyfikowanej, w spalonym samochodzie niedaleko Wimbledon Common.Nell

Teraz

Docieram do budynku, w którym mieści się siedziba Drop In, organizacji charytatywnej, dla której pracuję. Wyjmuję klucze z torby i otwieram wzmacniane drzwi, rozglądając się, żeby sprawdzić, czy ktoś ze stałych gości nie kręci się po okolicy i nie czeka, by go wpuścić, chociaż Drop In otwiera się oficjalnie dopiero o dziewiątej. Zdarza się, że ludzie czekają, i wtedy zawsze ich wpuszczam. Na szczęście dzisiaj nikogo nie widzę.

W recepcji zapalam światło, zamykam za sobą drzwi i czekam, aż cisza otuli mnie niczym ciepły koc. To moje terytorium. Tutaj czuję się bezpieczna.

Biura mają bardzo prosty układ. Recepcja, a dalej główna sala, w której po lewej stronie ustawiono stanowiska z komputerami, a po prawej znajdują się kuchnia i dwa mniejsze pomieszczenia, z których jedno wykorzystujemy podczas warsztatów, a w drugim spotykamy się na kawę i rozmawiamy. W tym tygodniu dwa razy odbyły się warsztaty: jedne dotyczące powrotu na rynek pracy, a drugie radzenia sobie z żałobą. Na obu mieliśmy komplet, a opinie były znakomite. Muszę poprosić Sadie, swoją cudowną, ale nieco roztrzepaną asystentkę, by znów je zorganizowała.

Mój gabinet, jedyny w siedzibie organizacji, znajduje się na prawo od recepcji. Jest niewielki, ale ma drzwi, które mogę zamknąć, oraz okno wychodzące na malutki brukowany dziedziniec na tyłach budynku.

Wchodzę do środka, zapalam światło i guzikiem otwieram stalowe żaluzje ochronne. Słońce jeszcze nie w pełni wzeszło, ale rzucam torbę na krzesło, wracam do głównej sali, podnoszę żaluzje na tylnych drzwiach i wychodzę na zewnątrz. Uwielbiam tę porę poranka, gdy miasto jeszcze do końca się nie obudziło i wydaje z siebie tylko odległe pomruki. Przez chwilę siedzę na jednej z drewnianych ławek, otulona płaszczem, i opieram głowę o ścianę, rozkoszując się spokojem i wiedząc, że kiedy o dziewiątej otworzą się drzwi, zapanuje chaos, który będzie trwał aż do dziewiętnastej.

Zaczęłam pracować w Drop In cztery lata temu, jako wolontariuszka w weekendy, a w końcu zaproponowano mi stałą posadę na stanowisku, które dziś zajmuje Sadie. Kiedy mój szef przeniósł się do większej organizacji charytatywnej, zaproponowano mi fotel kierowniczki. Nie spodziewałam się, że polubię swoje obowiązki, które polegają głównie na zapewnianiu organizacji niezbędnego finansowania, ale kontakty z korporacjami, lokalnymi i ogólnokrajowymi, dużymi i małymi, żeby pozyskać sponsorów i darczyńców, sprawiają mi zaskakująco dużo satysfakcji.

Sprawdzam godzinę w telefonie, a następnie opuszczam dziedziniec, żeby przed przybyciem Sadie przeczytać maile. W drodze do gabinetu włączam czajnik i robię sobie filiżankę rozpuszczalnej kawy. Chciałabym mieć prawdziwy ekspres i chętnie kupiłabym go za własne pieniądze, czułabym jednak, że taki luksusowy przedmiot nie pasuje do naszej skromnej siedziby.

W gabinecie zaczynam przeglądać maile, chociaż część mojego umysłu skupia się na wieczornym spotkaniu z Alexem. Mam ochotę do niego zadzwonić, tylko po to, by usłyszeć jego głos, i to pragnienie jest tak silne, że gdy dzwoni biurowy telefon, przychodzi mi do głowy, że telepatycznie nakłoniłam Alexa, by się odezwał. Dopiero po chwili uświadamiam sobie, że przecież zadzwoniłby do mnie na komórkę.

Podchodzę do recepcji i odbieram telefon, przypuszczając, że któryś z wolontariuszy się rozchorował i chce powiadomić Sadie, że trzeba go zastąpić. Nikt nie reaguje na moje „Słucham”, ani za pierwszym, ani za drugim razem, ale jestem pewna, że ktoś jest na drugim końcu linii.

– Halo, czym mogę służyć? – pytam uprzejmie, ponieważ niektórzy dzwoniący do organizacji charytatywnych potrzebują zachęty.

Nikt jednak nie odpowiada. Na przestrzeni ostatnich czterech lat odebrałam pewnie setkę takich telefonów, ale po jeździe autobusem, z mężczyzną na siedzeniu obok, czuję się dziwnie nieswojo. Przerywam połączenie i wracam do swojego bezpiecznego gabinetu. Wciąż odpowiadam na maile, gdy wchodzi Sadie.

– O której przyszłaś? – pyta głośno.

– Tuż po siódmej. Nie mogłam spać, więc pomyślałam, że przyjadę wcześniej. Jak się masz? Wszystko w porządku?

– Tak, nie licząc kolejki w piekarni. – Moja emanująca energią asystentka zrzuca płaszcz, zdejmuje szal z głowy i próbuje przyklepać blond loki. – Nie miałam czasu wysuszyć włosów przed wyjściem – wyjaśnia.

Rzuca torbę na biurko, a ja szybko przytrzymuję stertę dokumentów, żeby nie zsunęły się na podłogę.

– Ale zdążyłam kupić muffinki! – dodaje triumfalnie Sadie, grzebiąc w otchłaniach torby.

– Świetnie! – odpowiadam z uśmiechem. Uwielbiam jej entuzjastyczne podejście do życia i to, jak elektryzuje atmosferę samą swoją obecnością. – Dziękuję.

Tak naprawdę nie lubię muffinek, ale nigdy nie powiedziałabym tego Sadie. Kupiła mi jedną w moim pierwszym tygodniu pracy i założyła – na podstawie entuzjazmu, który udawałam, ponieważ nie chciałam zranić jej uczuć – że je uwielbiam, i od tamtego czasu zawsze w piątki przynosi muffinki. We wtorki, kiedy przychodzi moja kolej, kupuję croissanty.

– Kawy? – pyta.

– Ja przyniosę.

– Aha, Valerie dzisiaj nie przyjdzie. Jedno z jej dzieci zachorowało, więc poprosiła Annie, żeby ją zastąpiła – trajkocze Sadie, wracając do recepcji, i siada za biurkiem. – Zadzwoniła z samego rana do biura, a że nikt nie odebrał, skontaktowała się ze mną przez komórkę.

– To miło, że załatwiła zastępstwo – odpowiadam, zadowolona, że wyjaśniła się kwestia tajemniczego telefonu. – Mam nadzieję, że to nic poważnego.

Sadie kręci głową.

– Zwykłe przeziębienie, ale mały ma gorączkę, więc żłobek nie chce go przyjąć.

Ja i moja asystenka jesteśmy jedynymi opłacanymi pracownikami Drop In. Reszta ekipy składa się z wolontariuszy działających w systemie rotacyjnym. Jest dla mnie ważne, by koledzy chętnie przychodzili do biura, więc staram się stworzyć miłą atmosferę. Próbuję balansować pomiędzy dystansem a otwartością, zarówno wobec ekipy, jak i naszych podopiecznych. Moi współpracownicy słyszeli, że spędziłam większość dzieciństwa w instytucjach opiekuńczych i jestem singielką. W pracy tylko Sadie wie o Alexie.

Poranek szybko mija. Właśnie zajmuję się organizacją kolejnych warsztatów, gdy pojawia się Sadie z olbrzymim bukietem żółtych róż.

– Dostawa kwiatów! – woła radośnie.

Marszczę czoło, widząc przepych bukietu.

– Od kogo? – pytam.

– Nie wiem, ale na pewno jest liścik.

Biorę od niej kwiaty i zanurzam nos w jedwabistych płatkach.

– Naprawdę pachną – zauważam z uznaniem. Zaglądam między róże. – Nie widzę żadnego liściku, a ty?

Sadie nachyla się nad biurkiem i zaczyna obracać bukiet na wszystkie strony, szukając nieuchwytnej karteczki. Ona również jej nie znajduje, nawet pomiędzy kwiatami.

– Ale ty wiesz, kto je przysłał – mówi teatralnym szeptem.

Kręcę głową.

– Alex nie przysłałby kwiatów tutaj, tylko do domu.

Oczy Sadie lśnią.

– W takim razie masz tajemniczego wielbiciela.

Powstrzymuję dreszcz. Sadie idzie poszukać jakiegoś naczynia na kwiaty, a ja walczę z chęcią wyrzucenia ich do kosza. Wyglądałoby to jednak dziwnie, zresztą za tym bukietem wcale nie musi się kryć nic złowrogiego. Ale jeśli tak jest?

– Naprawdę chciałabym podziękować osobie, która je wysłała – zwracam się do asystentki, kiedy wraca z niewielkim wiaderkiem do połowy napełnionym wodą. – Mogłabyś zadzwonić do kwiaciarni i spytać, czy znają jej nazwisko?

Sadie kiwa głową.

– Przynieśli je z Le Jardin des Roses przy naszej ulicy. Zadzwonię do nich.

Czekając, aż Sadie się połączy, zanoszę wiaderko do głównej sali i ustawiam je na stole.

– Od jednej z lokalnych firm – mówię do ludzi, którzy patrzą na mnie pytająco.

Wszystkim wyraźnie poprawia się humor. Z uśmiechem komplementują róże, a ja, widząc ich zachwyt, postanawiam kupić kwiaty w doniczkach, żeby ożywić pomieszczenie.

– Zamawiający zapłacił gotówką i nie zostawił nazwiska – oznajmia Sadie kilka minut później.

Mój niepokój się pogłębia.

– Powiedzieli, jak wyglądał?

Sadie marszczy czoło.

– Nie… ale w sumie nie pytałam. Chcesz, żebym to zrobiła?

Uświadamiam sobie, jak dziwnie musiało to zabrzmieć, i posyłam jej uśmiech.

– Nie, nie trzeba. Dzięki. – Przekonuję sama siebie, że ktoś, kto chce się na mnie zemścić, nie wysłałby mi tak efektownego bukietu róż.

FRAGMENT NOTATNIKA 4

_Dziś rano w autobusie jest mi cię żal, Nell. Zapewne sądzisz, że ten potężny mężczyzna obok ciebie to ja. Ale ja siedzę poza twoim polem widzenia._

_Śledzę cię już od dłuższego czasu, dłużej, niż podejrzewasz. Od miesięcy, nie tygodni. Pamiętam, jak to się zaczęło. Wychodzisz z budynku, w którym pracujesz, a ja stoję tuż przed tobą. Wtedy jeszcze nie wiązało się to z ryzykiem. Teraz czekam w cieniu. Umiem wtopić się w tło, ale wolę zachowywać ostrożność._

_Tamtego dnia, gdy wszystko się zaczęło, było tak:_

_Idę za tobą aż na przystanek autobusowy. Mijasz wejście do metra, bierzesz darmową gazetę, a w autobusie po przeczytaniu najważniejszych artykułów rozwiązujesz krzyżówkę, nie tę dla zaawansowanych, tylko łatwiejszą. To nic złego, trzeba mieć odpowiednie podejście, żeby lubić trudne krzyżówki. To nie ma nic wspólnego z inteligencją. Chociaż kiedy zacinasz się na wystrzale z broni palnej na pięć liter, mam ochotę się nachylić – siedzę za tobą – i podać ci odpowiedź. Mogę to zrobić. Wiem, że nawet podziękowałabyś mi za pomoc. Wiem także, że nie przyjrzałabyś mi się dokładniej, nie dlatego, że jesteś źle wychowana, ale ponieważ unikasz patrzenia na ludzi, żeby oni również nie zaczęli ci się przyglądać. Ponieważ masz tajemnicę, Nell._

_Kończysz krzyżówkę w niecałe dziesięć minut, a potem przewracasz stronę i rozwiązujesz kolejną w podobnym czasie. Podoba mi się, że próbujesz rozwijać umysł, zamiast siedzieć ze słuchawkami w uszach i z nosem w telefonie jak inni._

_Oczywiście to niczego nie zmienia. Nie będziemy rozwiązywać krzyżówek, kiedy cię zabiję._Nell

Teraz

Przygotowując się w szatni w Drop In do kolacji z Alexem, przypominam sobie dzień, kiedy spotkałam go po raz pierwszy, na przyjęciu, na które prawie nie poszłam. Z mojego punktu widzenia imprezy są złem koniecznym i właśnie zastanawiałam się, kiedy będę mogła wyjść tak, by nikogo nie obrazić, gdy nagle u mojego boku pojawił się mężczyzna z dwoma kieliszkami musującego szampana.

– Zauważyłem, że nie ma pani drinka – odezwał się, podając mi kieliszek. – I że, podobnie jak ja, najwyraźniej nie bawi się pani tak dobrze jak pozostali.

Zesztywniałam, słysząc nutę amerykańskiego akcentu. W innych okolicznościach znalazłabym jakiś pretekst, żeby uśmiechnąć się i odejść, ale facet był cholernie przystojny, a ja potwornie się nudziłam.

– Nie jestem duszą towarzystwa – odpowiedziałam z uśmiechem.

Nie byłam na tyle arogancka, by uznać, że za jego gestem kryje się cokolwiek więcej. Po prostu jedna znudzona osoba podeszła porozmawiać z drugą, żeby jakoś poradzić sobie z sytuacją, w której oboje czują się nieswojo. Tak naprawdę zauważyłam go, kiedy tylko wszedł do pomieszczenia, głównie dlatego, że był wyższy niż większość osób, i od tamtej pory bacznie mu się przyglądałam. Podobało mi się jego swobodne podejście do innych gości.

– Pochodzi pan ze Stanów? – spytałam, mając nadzieję, że zaprzeczy.

– Częściowo. Mój ojciec jest Amerykaninem, matka Francuzką, a ja urodziłem się i wychowałem w Paryżu. Kiedy miałem dziesięć lat, rodzice się rozstali, ojciec wrócił do Stanów, a ja zostałem w Paryżu z matką i siostrą.

– A gdzie pan mieszka teraz? We Francji czy w Ameryce?

– Mam mieszkanie w Waszyngtonie i tam spędzam większość czasu.

To nawet lepiej, pomyślałam. Skoro mieszka za granicą, łatwiej będzie od niego odejść.

– Czym się pan zajmuje? – Zdawałam sobie sprawę, że zadaję za dużo pytań, ale czułam potrzebę, by dowiedzieć się o nim wszystkiego. – Przepraszam, nie chciałam być wścibska.

Uśmiechnął się.

– Nie szkodzi. Jestem niezależnym doradcą i pracuję z amerykańskimi firmami, które chcą eksportować towary do Europy. – Na chwilę zamilkł. – Przepraszam, nie przedstawiłem się. Alexandre… Alex… Stanton.

– Nell – rzuciłam. – Masters.

Uniósł kieliszek i popatrzył na mnie oczami, które idealnie pasowały do pierwszych śladów siwizny w jego ciemnych włosach.

– Bardzo mi miło, pani Nell Masters.

– Wzajemnie – odparłam. Oboje upiliśmy łyk szampana. – Przyjechał pan do Londynu na święta?

– Nie, od czasu Brexitu spędzam tutaj tydzień w miesiącu jako konsultant brytyjskich firm, które eksportują towary do Francji. Stało się to znacznie bardziej skomplikowane, odkąd wyszliście z Unii Europejskiej. – Na chwilę zamilkł. – A pani? Jest pani dziennikarką?

To było zrozumiałe pytanie. W końcu byliśmy na przyjęciu dla mediów.

– Nie, przyszłam w poszukiwaniu kontaktów. Pracuję dla organizacji charytatywnej w Brixton i staram się ją zareklamować poprzez namówienie którejś z dużych gazet, by napisała artykuł o naszej pracy.

– Udało się pani? Napiszą taki artykuł?

Popatrzyłam na Jane Stopes z „Guardiana”, która gawędziła z grupką kolegów i koleżanek po fachu.

– Myślę, że tak.

– Dobra robota. Ja przyszedłem tylko dlatego, że zaprosiła mnie moja siostra, Béatrice. – Odwrócił się i wskazał szykowną kobietę o tak samo ciemnych włosach. Pomachała mu. – Pracuje dla francuskiej stacji informacyjnej BFM. A to jej mąż, Victor.

Zerknęłam na ciemnowłosego mężczyznę z krótko przystrzyżoną brodą, który stał kilka metrów dalej i rozmawiał z grupką osób.

– On też jest dziennikarzem? – spytałam.

– Nie, pracuje dla francuskiej ambasady w Londynie. Tak samo jak ja jest tutaj tylko ze względu na moją siostrę.

Nigdy wcześniej nie chciałam, by mężczyzna poprosił mnie o numer telefonu, ale kiedy mieliśmy się pożegnać, pragnęłam tego tak bardzo, że sama przejęłam inicjatywę.

– Moja praca polega na znajdowaniu sponsorów i darczyńców – wyjaśniłam. – Czy byłby pan zainteresowany spotkaniem, żebym mogła wyjaśnić, czym dokładnie się zajmujemy? Może jakaś firma, której pan doradza, zechciałaby wesprzeć naszą organizację.

– Oczywiście. – Wręczył mi wizytówkę. – Chętnie się z panią spotkam, pani Nell Masters – dodał, a jego oficjalny ton sprawił, że się uśmiechnęłam.

Odczekałam trzy dni, zanim do niego zadzwoniłam. Mój ostatni krótki związek – z wyboru zawsze angażowałam się tylko w krótkotrwałe związki – rozpadł się rok wcześniej. Nie sądziłam, że brakuje mi seksu, ale przez te trzy dni myślałam tylko o tym, jak to by było pójść z Alexem do łóżka.

– Sądziłem, że pani nie zadzwoni.

Kiedy usłyszałam ulgę w jego głosie, mój żołądek zrobił salto.

– W sobotę wracam do Stanów i miałem nadzieję, że wcześniej się zobaczymy – powiedział.

Następnego dnia spotkaliśmy się w barze w Soho, a pod koniec wieczoru już wiedziałam, że Alex nie przypomina żadnego z mężczyzn, których znałam.

– Jakaś druga połówka, o której powinienem wiedzieć? – spytał delikatnie w pewnym momencie.

Pokręciłam głową.

– Nie. Kilka krótkich związków, ale nic poważnego – odparłam. Zastanawiałam się, co by powiedział, gdybym przyznała, że moje związki były tak krótkie dlatego, że odchodziłam zawsze, gdy zaczynały się zmieniać w coś poważniejszego, powtarzając w myślach mantrę: „Nie zasługujesz na szczęście, zniszczyłaś życie zbyt wielu ludziom”. – A u ciebie?

– Byłem żonaty, ale rozwiedliśmy się sześć lat temu. Mam dwudziestoletniego syna. Niestety, już go nie widuję.

Wzruszył mnie smutek w jego głosie, ale nie zdołałam ukryć zaskoczenia.

– Dwudziestoletniego? – rzuciłam. Nie sądziłam, że jest po czterdziestce. – Twój syn ma dwadzieścia lat?

Alex się roześmiał.

– Miałem dwadzieścia cztery lata, kiedy się urodził, a żona dwadzieścia sześć. Była moją pierwszą prawdziwą miłością i sądziłem, że to będzie trwało wiecznie. Tak się nie stało. Rodzicielstwo zmusiło nas do dorośnięcia i okazało się, że już nie jesteśmy tacy sami jak w młodości, a to oddaliło nas od siebie.

Chciałam spytać, dlaczego nie widuje się z synem, ale uznałam, że jeszcze na to za wcześnie, zresztą bardziej interesowały mnie jego byłe.

– A potem? – spytałam.

Alex wypił długi łyk wina, jakby zbierał się na odwagę, a ja przygotowałam się na to, że usłyszę coś, co mi się nie spodoba, na przykład że jeszcze do niedawna z kimś był i wciąż zastanawiają się nad swoim związkiem albo że czasem nadal się spotykają, ponieważ to bardzo skomplikowane i nie potrafią tego zakończyć. Kiedy powiedział, że dwa lata wcześniej jego dziewczyna umarła, w pierwszej chwili poczułam ulgę, że nie będę musiała z nikim rywalizować, ale zaraz się zawstydziłam, że pocieszyła mnie informacja o czyjejś śmierci.

– Przykro mi. – Ze zwykłej ludzkiej ciekawości chciałam dowiedzieć się więcej, na przykład czy to była choroba, czy wypadek, ale jego przejęty wyraz twarzy mnie uciszył. Poza tym to było nasze pierwsze spotkanie i nawet nie wiedziałam, czy dojdzie do kolejnego.

Spotkaliśmy się jednak po raz trzeci i dziś, po wieloletnim odmawianiu sobie prawa do miłości, pragnę tylko wspólnej przyszłości z mężczyzną, który cztery miesiące wcześniej tak niespodziewanie pojawił się w moim życiu.Elle

Kiedyś

Po opublikowaniu portretu pamięciowego i emocjonalnym apelu matki Bryony czekałam, aż detektyw Moss zadzwoni i powie, że złapano człowieka odpowiedzialnego za zabójstwo. Kiedy minął miesiąc bez żadnych wieści, zadzwoniłam do komisariatu. Detektyw Moss powiedziała, że chociaż kilka osób zgłosiło się do nich i zidentyfikowało podejrzanego, dalsze śledztwo wykluczyło każdy z tych tropów.

– Czyli to koniec? – spytałam ostro. – Zabójcy Bryony naprawdę się upiecze?

– Mam nadzieję, że nie – odparła detektyw poważnym głosem. – Z różnych względów to bardzo złożona sprawa.

Serce zaczęło mi bić szybciej.

– Po prostu pomyślałam, że… jeśli on wciąż jest na wolności, to mnie też może coś grozić. Widział mnie w oknie, wie, gdzie mieszkam. Na pewno domyśla się, że to ja pomogłam stworzyć portret pamięciowy.

– Niekoniecznie. Portret mógł powstać dzięki każdemu, kto widział Bryony w samochodzie z tym mężczyzną. Ale niech pani będzie czujna. Jeśli poczuje się pani nieswojo albo zobaczy coś niepokojącego, proszę zadzwonić do mnie albo pod numer alarmowy.

Przez kolejne kilka tygodni przed wyjściem z mieszkania zawsze uważnie rozglądałam się po ulicy, by upewnić się, że nikt się na mnie nie zaczaił. Ale nie działo się nic niezwykłego, odprężałam się więc powoli, dopóki nie nadszedł piątkowy wieczór trzy miesiące później, gdy wybrałam się na drinka z Jazem i znajomymi do pubu przy The Cut.

Minęło pięć miesięcy, odkąd wpadłam na niego przed supermarketem, ale od razu rozpoznałam ten głos. Rozległ się za moimi plecami, a kiedy się obejrzałam, pomyślałam, że to nie może być ten sam człowiek, tylko jakiś inny Amerykanin z tego samego regionu i z takim samym akcentem. Był do mnie zwrócony profilem, a kiedy go zobaczyłam, całe moje ciało odruchowo się wzdrygnęło, tak że ochlapałam sobie dżinsy piwem. Moi znajomi ryknęli śmiechem, a mężczyzna i jego kompani zerknęli w naszą stronę.

Nie popatrzył mi w oczy, ale moje serce i tak przyspieszyło. Byłam całkowicie pewna, że to na tego faceta wpadłam przed supermarketem i że to do jego samochodu wsiadła Bryony Sanders. Nie tylko dlatego, że miał jasnoniebieską koszulę pod granatową marynarką.

On i jego kumple szybko przestali się nami interesować i wrócili do rozmowy. Wyjęłam chusteczkę z torebki i wytarłam spodnie, grając na czas. Nie byłam pewna, czy powinnam coś powiedzieć Jazowi i znajomym. Wiedzieli, jak wielki wpływ wywarło na mnie zabójstwo Bryony, więc zapewne powaliliby gościa na podłogę, gdybym im go wskazała. Ale jeśli się myliłam? Przez chwilę biłam się z myślami, a potem uznałam, że detektyw Moss powinna się tym zająć.

Wykorzystałam przemoczone dżinsy jako wymówkę, żeby wyjść z pubu. Powiedziałam Jazowi, że idę się przebrać i zaraz wrócę. Kiedy wychodziłam, mężczyzna odłączył się od swoich kompanów, życzył im miłego weekendu i idąc w stronę drzwi, włożył beżowy płaszcz przeciwdeszczowy.

Bałam się, że mnie rozpozna, więc trzymałam się z tyłu, a potem wyszłam w ślad za nim, szukając w telefonie numeru detektyw Moss. Usłyszałam komunikat, żeby poczekać. Rozejrzałam się po ulicy. Tamten już prawie zniknął mi z oczu, więc podjęłam szybką decyzję. Postawiłam kołnierz płaszcza – był ponury listopadowy wieczór i cały dzień mżyło – po czym ruszyłam za mężczyzną.

Wciąż czekałam, aż detektyw Moss odbierze, gdy zszedł na stację metra Southwark, zbliżył kartę do czytnika i przeszedł przez bramkę. Zatrzymałam się, ale kiedy zniknął na schodach ruchomych prowadzących na stację linii Jubilee, zaczęłam panikować. Wiedziałam, że jeśli Moss szybko nie odbierze, zgubię go. Kilka sekund później, jakby w odpowiedzi na moje obawy, połączenie zostało przerwane, a kiedy spróbowałam zadzwonić ponownie, zobaczyłam, że rozładował mi się telefon.

Musiałam błyskawicznie podjąć decyzję. Wyjęłam kartę kredytową, przeszłam przez bramkę i pobiegłam do schodów ruchomych. Zobaczyłam na nich mężczyznę, którego śledziłam, i udało mi się go dogonić na kolejnych schodach. Stanęłam kilkanaście stopni za nim, a następnie wyszłam za nim na peron, z którego odchodziły pociągi jadące w kierunku zachodnim. Jeden z nich właśnie wjechał na stację. Mężczyzna wsiadł, a ja weszłam do tego samego wagonu, korzystając z sąsiednich drzwi.

Już wcześniej jeździłam linią Jubilee, ale nigdy nie dalej niż do Baker Street. Popatrzyłam na mapę metra i zobaczyłam, że ostatni przystanek to Stanmore. Miałam nadzieję, że mężczyzna nie zamierza jechać do końca, ponieważ zajęłoby to prawie godzinę, a nikt nie wiedział, gdzie jestem. Zdawałam sobie sprawę, że robię coś głupiego i potencjalnie niebezpiecznego, ale było za późno, by się wycofać, a byłam przekonana, że los albo opatrzność postawiły tego człowieka na mojej drodze, by nie uszło mu na sucho to, co zrobił.

Zerkałam na niego ukradkowo. Wbijał wzrok przed siebie, a nie w telefon czy książkę, nie mogłam więc dokładnie mu się przyjrzeć. Leniwie rozglądałam się po wagonie i co jakiś czas na kilka sekund zatrzymywałam na nim wzrok. Gdyby mój telefon działał, zrobiłabym zdjęcie i wysłała je detektyw Moss. Facet wyglądał równie dobrze, jak przy naszym wcześniejszym spotkaniu. Jego gęste, ciemne włosy z przedziałkiem sięgały do kołnierza płaszcza przeciwdeszczowego i mogłabym się założyć o sto funtów, że pod marynarką i niebieską koszulą kryje się ciało mężczyzny, który ćwiczy kilka razy w tygodniu. Trudno było uwierzyć, że ktoś tak atrakcyjny mógł zrobić coś złego, a jednak zabrał dziewczynę do swojego samochodu, a ona straciła życie. Przeszył mnie dreszcz na myśl, że mogę się znajdować tak blisko mordercy.

Kiedy zaczęłam docierać do granicy swojej strefy komfortu – już minęliśmy Baker Street – mężczyzna nagle wstał i podszedł do drzwi. Zerknęłam na mapę: następną stacją było St. John’s Wood. Mężczyzna wysiadł, a ja poszłam za nim wzdłuż peronu. Następnie wyjechał schodami ruchomymi na ulicę, skręcił w prawo, zatrzymał się na skrzyżowaniu i osłonił się przed deszczem darmową gazetą, którą zabrał z metra.

Cały czas trzymałam się na dystans, uważnie rozglądając się po okolicy. Słyszałam, że St. John’s Wood to bogata dzielnica, i od razu to zauważyłam. Wysokie drzewa sięgające ku wieczornemu niebu, szerokie ulice i niskie budynki z luksusowymi mieszkaniami dawały wrażenie przepychu, nie wspominając o Maserati i Astonie Martinie, które przejechały obok mnie jeden po drugim. Jaz uwielbiał samochody, więc poczułby się tutaj jak ryba w wodzie.

Zapaliło się zielone światło dla pieszych i przeszliśmy przez ulicę. Eleganckie apartamentowce ustąpiły miejsca wolno stojącym dużym domom. Mężczyzna przeszedł jakieś sto metrów, przebiegł na drugą stronę ulicy, wciąż zasłaniając głowę gazetą, a potem zniknął za czarną żelazną bramą, która znajdowała się w ścianie z czerwonej cegły.

Osłaniając oczy przed deszczem, podniosłam wzrok na dom częściowo ukryty za murem. Dalej po prawej dostrzegłam kolejne, jeszcze większe czarne bramy z kratami. Przeszłam kawałek chodnikiem, żeby przez nie zajrzeć. Na szerokim podjeździe przed podwójnym garażem stały dwa samochody: srebrny i czarny. Serce zabiło mi szybciej; auto, do którego wsiadła Bryony Sanders, było czarne.

Przeniosłam wzrok na piękny biały dom po lewej stronie podjazdu. Na piętrze znajdowały się cztery równo rozmieszczone okna. Z tego znajdującego się najbardziej po prawej biło światło, pozostałe były zaciemnione. Na parterze po obu stronach drzwi wejściowych znajdowały się łukowato zwieńczone duże okna. Za nimi świeciły lampy, których złoty blask wylewał się na trawnik. Obok bramy, przez którą wszedł mężczyzna, sterczała ponad szczytem muru araukaria o kolczastych gałęziach lśniących od deszczu. Mimo że było ciemno, uznałam ten dom za jeden z najpiękniejszych, jakie widziałam.

Chciałam sprawdzić, czy czarny samochód ma srebrne listwy wokół okien, więc przeszłam przez ulicę i zbliżyłam się do bramy. Moja obecność spowodowała zapalenie się światła w ogrodzie, więc schowałam się, a potem pospiesznie wróciłam na stację metra, powtarzając w myślach nazwę ulicy i numer domu, żeby podać je detektyw Moss.

Po powrocie do mieszkania podłączyłam telefon do ładowarki. Miałam kilka wiadomości od Jaza: pytał, gdzie jestem. Uświadomiłam sobie, że znikłam na prawie dwie godziny. Zignorowałam go i zadzwoniłam do detektyw Moss.

Tym razem odebrała.

– Mówi Elle Nugent – przedstawiłam się. – Znalazłam go… mężczyznę, który zabrał Bryony samochodem. – Pospiesznie wyrzucałam z siebie słowa. – Był w pubie przy The Cut. Próbowałam dać pani znać, ale nie mogłam się połączyć, a potem rozładowała mi się bateria, więc za nim poszłam. Mieszka w St. John’s Wood, mam adres.

– Trzeba było zadzwonić pod numer alarmowy. Jeśli mężczyzna, którego pani widziała, jest zamieszany w zabójstwo Bryony, mogła pani być w niebezpieczeństwie.

Nagana w głosie detektyw Moss była łagodna, ale potwierdziła moje przeświadczenie, że postąpiłam idiotycznie.

– Nie widział mnie, jestem tego pewna – powiedziałam.

– To dobrze. Dziękuję za czujność, ale lepiej, żeby nie weszło to pani w nawyk.

– Da mi pani znać, co się dalej stanie? – spytałam, kiedy już podałam jej adres.

– Zadzwonię, jeśli coś nowego się wydarzy.

To musiało mi wystarczyć.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij