Obsesja zbrodni - ebook
Poznaj mroczną tajemnicę najbardziej poszukiwanego seryjnego mordercy w USA.
Pięćdziesiąt gwałtów i dziesięć sadystycznych morderstw przez ponad dekadę. Ani Zodiak, ani Night Stalker nie dorównywali mu aktywnością. Atakował kobiety w ich własnych sypialniach, mordował mężów na oczach żon. Zazwyczaj wybierał parterowy dom w spokojnej dzielnicy. Wchodził do środka, uczył się rozkładu pomieszczeń. Nie zostawiał po sobie żadnego śladu. W końcu zniknął, unikając ujęcia przez policję, w tym jednego z najlepszych profilerów w historii.
Michelle McNamara, dziennikarka kryminalna, twórczyni popularnej strony internetowej , postanowiła dopaść brutalnego psychopatę, którego nazwała Golden State Killerem. Przeczesała tysiące stron policyjnych kartotek, oglądnęła raporty z sekcji zwłok, rozmawiała z ofiarami gwałtów i ludźmi, którzy mogli być świadkami morderstw.
Ta wstrząsająca książka, której autorka z powodu tragicznej i tajemniczej śmierci nie zdążyła dokończyć (ostatni rozdział napisał jej przyjaciel), jest świadectwem jej obsesji i niestrudzonej pogoni za prawdą. Przyczyniła się też do ujęcia Golden State Killera w kwietniu 2018 roku.
„Błyskotliwie przełamuje gatunki… Pędzi, nie da się przestać czytać”
Stephen King
„Dosłownie mnie zmiażdżyła”
Megan Abbott
„Nie mogłem się oderwać! Prawda jest tak pasjonująca!”
Michael Connelly
"Skrupulatny, pełen wstrząsających obrazów opis prywatnego śledztwa robi wrażenie - tym bardziej, że McNamara podporządkowała mu całe swoje życie. Pod wieloma względami jest do mnie podobna."
Iza Michalewicz
"Niezwykłe połączenie: thriller, kryminał i reportaż w jednym. Czytając, miałam serce w gardle. Historia długo pozostaje w pamięci. Polecam."
Magda Stachula
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-240-5824-2 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Nie ma też ciotki ekscentryczki, ogrodnika ani przyjaciela domu
Z uśmiechem wśród morderstwa i bric-à-brac.
Jedynie domek na przedmieściach i otwarte drzwi
Pies szczeka na wiewiórkę i samochody
Przejeżdżają obok. Ciało jest martwe. Żona na Florydzie.
Rozważmy tropy: w wazonie tłuczek do kartofli,
Rozsiana w holu wśród odcinków czeków
Podarta fotografia zespołu koszykówki z Wesley,
Niewysłany list od wielbiciela do Shirley Temple,
W klapie zmarłego znaczek Hoovera
I kartka: „Nie mam nic przeciw temu, by zginąć w ten sposób”.
Nic dziwnego, że sprawa jest wciąż nie rozwiązana,
Albo że śledczy Le Roux, nieuleczalnie obłąkany,
Siedzi samotnie w białym pokoju w białej szacie,
Wrzeszcząc, że cały świat oszalał i że tropy
Prowadzą donikąd albo do murów tak wysokich, że ich szczytów nie sposób dostrzec;
Wrzeszcząc cały dzień o wojnie, wrzeszcząc, że niczego nie da się rozwiązać.
Weldon Kees, _Crime Club_Lista postaci
Ofiary
Ofiary gwałtu
Sheila* (Sacramento, 1976)
Jane Carson (Sacramento, 1976)
Fiona Williams* (południowe Sacramento, 1977)
Kathy* (San Ramon, 1978)
Esther McDonald* (Danville, 1978)
Ofiary morderstwa
Claude Snelling (Visalia, 1975)**
Katie i Brian Maggiore (Sacramento, 1978)**
Debra Alexandria Manning i Robert Offerman (Goleta, 1979)
Charlene i Lyman Smithowie (Ventura, 1980)
Patrice i Keith Harringtonowie (Dana Point, 1980)
Manuela Witthuhn (Irvine, 1981)
Cheri Domingo i Gregory Sanchez (Goleta, 1981)
Janelle Cruz (Irvine, 1986)
Śledczy
Jim Bevins – detektyw, Biuro Szeryfa Hrabstwa Sacramento
Ken Clark – detektyw, Biuro Szeryfa Hrabstwa Sacramento
Carol Daly – detektyw, Biuro Szeryfa Hrabstwa Sacramento
Richard Shelby – detektyw, Biuro Szeryfa Hrabstwa Sacramento
Larry Crompton – detektyw, Biuro Szeryfa Hrabstwa Contra Costa
Paul Holes – specjalista z zakresu kryminalistyki, laboratorium kryminalistyczne Biura Szeryfa Hrabstwa Contra Costa
John Murdock – szef laboratorium kryminalistycznego Biura Szeryfa Hrabstwa Contra Costa
Bill McGowen – detektyw, Wydział Policji w Visalii
Mary Hong – specjalistka z zakresu kryminalistyki, laboratorium kryminalistyczne Biura Szeryfa Hrabstwa Orange
Erika Hutchcraft – detektyw, Biuro Rejonowego Prokuratora Hrabstwa Orange
Larry Pool – śledczy, Countywide Law Enforcement
Unsolved Element (Ogólnokrajowa Jednostka do badania Spraw Nierozwiązanych, CLUE), Biuro Szeryfa Hrabstwa Orange
Jim White – specjalista z zakresu kryminalistyki, Biuro Szeryfa Hrabstwa Orange
Fred Ray – detektyw, Biuro Szeryfa Hrabstwa Santa Barbara
* Pseudonim.
** Nigdy definitywnie niepowiązane z postacią Zabójcy z Golden State.Wprowadzenie
Zanim pojawił się Zabójca z Golden State, była dziewczyna. Michelle wam o niej opowie: to dziewczyna wciągnięta w mrok bocznej uliczki przy Pleasant Street, zamordowana, porzucona jak śmieć. Dziewczyna, młoda kobieta, dwudziestokilkuletnia, została zabita w Oak Park w stanie Illinois, kilka przecznic od domu, w którym Michelle wychowywała się w licznej, irlandzkiej, katolickiej rodzinie.
Michelle, najmłodsza z szóstki dzieci, podpisywała się w swoim dzienniku „Michelle, pisarka”. Powiedziała, że to morderstwo zapoczątkowało jej zainteresowanie prawdziwą zbrodnią.
Myślę, że stanowiłybyśmy dobrą (nawet jeśli trochę dziwną) parę. W tym samym czasie w Kansas City w stanie Missouri ja także jako młodziutka nastolatka widziałam w sobie pisarkę, choć w swoim dzienniku przyznałam sobie nieco bardziej wzniosły pseudonim: „Gillian Wspaniała”. Podobnie jak Michelle wychowałam się w dużej irlandzkiej rodzinie, chodziłam do katolickiej szkoły i czułam fascynację tym, co mroczne. W wieku dwunastu lat przeczytałam książkę Trumana Capote’a _Z zimną krwią_, w jakimś tanim wydaniu z drugiej ręki, i to zapoczątkowało moją trwającą całe życie obsesję na punkcie prawdziwych zbrodni.
Lubię czytać o prawdziwych przestępstwach, ale zawsze dobrze wiedziałam, że jako czytelniczka świadomie wybieram rolę konsumentki czyjejś tragedii. A zatem, jak wielu odpowiedzialnych konsumentów, próbuję dokonywać świadomych wyborów. Czytam tylko najlepszych: pisarzy, którzy są dociekliwi, przenikliwi i obdarzeni współczuciem.
To było nieuchronne, że trafiłam na Michelle.
Zawsze uważałam, że najbardziej niedocenianą cechą wielkich autorów piszących o prawdziwych zbrodniach jest człowieczeństwo. Michelle McNamara miała niezwykłą zdolność do wnikania w umysły nie tylko zabójców, ale także gliniarzy, którzy ich ścigali, ofiar, których życie zostało zniszczone, oraz krewnych pogrążonych w żałobie. Jako osoba dorosła regularnie czytałam jej niezwykły blog _True Crime Diary_. „Napisz do niej” – namawiał mnie mój mąż. Ona pochodziła z Chicago; ja mieszkam w Chicago; obie miałyśmy dzieci i spędzałyśmy niezdrowo wiele czasu, zaglądając pod kamienie, w poszukiwaniu prawdy o mrocznej stronie ludzkiej psychiki.
Opierałam się namowom męża – myślę, że najdalej posunęłam się w stronę poznania Michelle, kiedy przedstawiłam się jednej z jej ciotek na jakiejś imprezie poświęconej książkom – podała mi swój telefon, a ja napisałam do Michelle esemesa, coś niezbyt wyszukanego w rodzaju: „Jesteś najlepsza!!!”.
Prawda jest taka, że nie byłam pewna, czy chcę poznać tę autorkę – czułam, że jest dla mnie za dobra. Tworzę postaci; ona musiała zajmować się faktami i zmierzać tam, gdzie prowadziła ją opisywana historia. Musiała zdobyć zaufanie nieufnych, znużonych śledczych, przebrnąć przez piętrzące się niczym góry sterty papierów, w których mogła kryć się ta jedna informacja o decydującym znaczeniu, albo przekonać zrozpaczoną rodzinę i przyjaciół, żeby pozwolili jeszcze raz grzebać igłą w otwartych ranach.
Robiła to wszystko z jakąś niezwykłą gracją, pisząc nocami, kiedy jej rodzina była pogrążona we śnie, w pokoju usianym zabawkami córki, zapisując ołówkiem na wyrwanych kartkach paragrafy kodeksu karnego stanu Kalifornia.
Jestem paskudną kolekcjonerką zabójców, ale nie wiedziałam o istnieniu człowieka, któremu Michelle nadała pseudonim Zabójca z Golden State, póki nie zaczęła pisać o tym koszmarze, człowieku odpowiedzialnym za pięćdziesiąt gwałtów i co najmniej dziesięć zabójstw popełnionych w Kalifornii w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. To od dziesięcioleci była sprawa odłożona na półkę; świadkowie i ofiary przeprowadzili się gdzie indziej albo poumierali, albo zaczęli nowe życie; sprawa obejmowała liczne jurysdykcje – zarówno w południowej, jak i północnej Kalifornii – a także ogrom akt powstałych w czasach, gdy nie można było skorzystać z dobrodziejstwa analizy DNA ani innych osiągnięć kryminalistyki. Niewielu autorów odważyłoby się sięgnąć po taki temat, jeszcze mniej było takich, którzy potrafiliby to zrobić dobrze.
Wytrwałość Michelle w dążeniu do rozwiązania tej właśnie sprawy była zdumiewająca. Potrafiła na przykład śledzić losy spinek do mankietów, które zostały skradzione z miejsca zbrodni w Stockton w 1977 roku i pojawiły się w internecie na stronie jakiegoś sklepu ze starzyzną z Oregonu. Ale zrobiła nie tylko to; jak czytamy w jej książce, poszła dalej: „imiona chłopców zaczynające się na literę N były stosunkowo rzadkie, tylko raz jedno z takich imion znalazło się na szczycie listy stu najpopularniejszych imion w latach trzydziestych i czterdziestych, gdy przypuszczalnie przyszedł na świat pierwszy właściciel tych spinek”. Pomyślcie tylko: to nawet nie jest trop wiodący do zabójcy; to jest trop prowadzący do spinek do mankietów, które ukradł zabójca. Ten rodzaj skupienia na szczegółach był dla niej typowy. Michelle pisze: „Pewnego razu spędziłam całe popołudnie, szukając wszelkich możliwych informacji na temat pewnego członka drużyny waterpolo z Rio Americano High School z roku 1972, tylko dlatego że na zdjęciu ze szkolnego rocznika wydawał się szczupły i miał mocne łydki” – a to była przypuszczalnie jedna z cech budowy fizycznej Zabójcy z Golden State.
Wielu autorów, którzy pocą się, zbierając tego rodzaju informacje podczas prac przygotowawczych, potrafi zagubić się w szczegółach – statystyki i drobiazgowe informacje zaczynają wypychać człowieczeństwo z pola widzenia. Cechy, które sprawiają, że jesteś drobiazgowym badaczem, często pozostają w konflikcie z subtelnościami życia.
Ale _Obsesja zbrodni_, choć to piękny przykład książki reportażowej, jest jednocześnie migawką przedstawiającą epokę, osoby i miejsca. Michelle ożywia przed naszymi oczami kalifornijskie przedmieścia wyrastające na skraju gajów pomarańczowych, przeszklone nowe osiedla, które sprawiały, że ofiary stawały się gwiazdami własnych, przerażających thrillerów, miasta żyjące w cieniu gór i ożywiające się tylko raz w roku, gdy tysiące tarantuli gorączkowo szukało partnerów seksualnych. A także ludzi, dobry Boże, ludzi – pełnych nadziei ekshipisów, młode pary świeżo po ślubie, matkę i córkę, które kłócą się o wolność i odpowiedzialność oraz o kostium kąpielowy, nie zdając sobie sprawy, że to ich ostatnia rozmowa.
Od samego początku ta historia wciągnęła mnie bez reszty – i jak się wydaje, podobnie stało się z Michelle. Jej wieloletnie polowanie, aby odkryć tożsamość Zabójcy z Golden State, odcisnęło na niej swoje piętno. „Mam teraz w gardle cały czas stłumiony krzyk”.
Michelle zmarła we śnie, w wieku lat czterdziestu sześciu, zanim zdążyła dokończyć tę niezwykłą książkę. Znajdziecie w niej dodatkowe analizy sprawy EAR spisane przez jej kolegów, jednak tożsamość Zabójcy z Golden State pozostaje nieznana. To, kim on jest, nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia. Chcę tylko, aby go złapano; bez względu na jego tożsamość. Spojrzenie takiemu człowiekowi w twarz rozładowuje napięcie; przypisanie mu nazwiska – tym bardziej. Wiemy, co zrobił; wszystkie informacje wykraczające poza tę wiedzę będą nieuchronnie wydawały się banalne, blade, w jakimś sensie stereotypowe. „Moja matka była okrutna. Nienawidzę kobiet. Nigdy nie założyłem rodziny…” I tak dalej. Pragnę się dowiadywać więcej o prawdziwych, złożonych ludziach, a nie o nędznych ułamkach człowieczeństwa.
Pragnę dowiedzieć się więcej o samej Michelle. Kiedy szczegółowo opisywała swoje poszukiwania tego nieuchwytnego człowieka, zauważyłam, że zaczynam szukać tropów dotyczących tej tak podziwianej przeze mnie autorki. Kim była kobieta, której zaufałam na tyle, aby pójść za nią w głąb tego koszmaru? Jaka była? Co ją ukształtowało? Skąd wzięła tę swoją grację? Pewnego letniego dnia przyłapałam się na tym, że jadę dwadzieścia minut od swojego domu w Chicago do Oak Park, w stronę uliczki, gdzie znaleziono tamtą dziewczynę, miejsca, gdzie Michelle, pisarka, odkryła swoje powołanie. Dopiero na miejscu uświadomiłam sobie, dlaczego tam przyjechałam. Zrobiłam tak, ponieważ sama zaczęłam kogoś szukać, zaczęłam szukać tej niezwykłej poszukiwaczki postaci kryjących się w mroku.
Gillian FlynnProlog
Tego lata nocami, z dziecinnego pokoju mojej córki, polowałam na seryjnego zabójcę. Najczęściej naśladowałam wieczorne obyczaje normalnej osoby kładącej się spać. Mycie zębów. Wkładanie piżamy. Ale kiedy mój mąż i córeczka zasnęli, wędrowałam do swojego naprędce skleconego miejsca pracy i włączałam laptop, piętnastocalowe centrum nieskończonych możliwości. Nasza dzielnica leży na północy zachód od centrum Los Angeles i nocami jest tu wyjątkowo cicho. Czasami jedynym dźwiękiem były odgłosy mojego klikania, kiedy za pomocą Google Street View robiłam coraz bardziej szczegółowe zbliżenia uliczek, na których mieszkali nieznani mi ludzie. Rzadko ruszałam się z miejsca, ale kilkoma kliknięciami przeskakiwałam dekady. Roczniki. Świadectwa ślubu. Policyjne fotografie. Przesiewałam tysiące stron policyjnych kartotek z lat siedemdziesiątych. Przedzierałam się przez raporty z sekcji zwłok. Nie widziałam nic dziwnego w tym, że wszystkie te czynności przeprowadzałam w otoczeniu kilku pluszowych zwierzątek i zbioru miniaturowych różowych bongosów. Moje miejsce poszukiwań wydawało mi się równie prywatne jak labirynt jakiegoś szczura. Każda obsesja potrzebuje własnej przestrzeni. Moja była usiana kawałkami papieru do kolorowania, na którym zapisywałam ołówkiem fragmenty kodeksu karnego stanu Kalifornia.
Gdzieś koło północy 3 lipca 2012 roku otworzyłam dokument, w którym wyliczyłam wszystkie niezwykłe przedmioty, jakie ukradł w ciągu lat. Pogrubioną czcionką zaznaczyłam ponad połowę tej listy: tropy donikąd. Następnym obiektem, którym należało się zainteresować, była para spinek do mankietów, zabrana w Stockton we wrześniu 1977 roku. W tym czasie Zabójca z Golden State, jak go nazwałam na swój użytek, jeszcze nie zaczął mordować. Był jedynie seryjnym gwałcicielem znanym jako Gwałciciel ze Wschodniej Strony (ang. East Area Rapist, EAR), który napadał na kobiety i dziewczęta w ich własnych sypialniach, najpierw w hrabstwie Sacramento, a potem w miasteczkach Doliny Centralnej i tych leżących po wschodniej stronie zatoki San Francisco. Był młody – miał jakieś osiemnaście–trzydzieści lat – biały, atletycznie zbudowany, potrafił uniknąć schwytania, przeskakując przez wysokie ogrodzenia. Jego ulubionym celem był parterowy dom, drugi za rogiem, w spokojnej dzielnicy zamieszkanej przez klasę średnią. Zawsze nosił maskę.
Jego charakterystycznymi cechami były precyzja i dbałość o własne bezpieczeństwo. Gdy wybrał ofiarę, często wcześniej wchodził do jej domu, kiedy nikogo tam nie było. Oglądał rodzinne fotografie, uczył się układu pomieszczeń. Rozłączał światła na ganku i odblokowywał przesuwane szklane drzwi. Wyjmował kule z broni palnej. Niczego nie spodziewający się właściciele domów nie zamykali drzwi, przypuszczając, że nadal są zamknięte; odkładali na miejsce zdjęcia, które oglądał, przekonani, że jeśli nie leżą tam gdzie zwykle, to za sprawą zamieszania codziennego życia. Ofiary spały spokojnie aż do chwili, gdy ostre światło latarki zmuszało je do otwarcia oczu. Oślepione nie wiedziały w pierwszej chwili, co się dzieje. Rozespany umysł pracował powoli, po czym zaczynała się gorączka myśli. Stała przed nimi jakaś postać, której nie potrafiły dostrzec, i trzymała w ręku źródło światła, ale kto to był i dlaczego? Ich lęk zyskiwał punkt zaczepienia, gdy w sypialni rozlegał się głos, opisywany potem jako gardłowy szept przez zaciśnięte zęby, gwałtowny i groźny, choć czasami dało się w nim usłyszeć niespodziewany wyższy ton, jakieś drżenie, jąkanie się, jak gdyby napastnik kryjący się w ciemnościach starał się ukryć nie tylko swoją twarz, ale także niepewność, którą nie zawsze udawało mu się zamaskować.
Sprawa ze Stockton z września 1977 roku, gdy ukradł spinki do mankietów, była jego dwudziestą trzecią napaścią, która nastąpiła po idealnie odmierzonej przerwie letniej. Szorowanie kółek od zasłon po drążku karnisza zbudziło dwudziestodziewięcioletnią kobietę śpiącą w swojej sypialni w północno-zachodnim Stockton. Uniosła głowę z poduszki. Na tle świateł z patia dostrzegła zarys postaci stojącej w drzwiach. Obraz zniknął, gdy strumień światła z latarki odnalazł jej twarz i ją oślepił; jakaś energiczna siła ruszyła w stronę łóżka. Po raz ostatni zaatakował w weekend Memorial Day (koniec maja), była pierwsza trzydzieści w nocy, we wtorek po Labor Day. Lato się skończyło. A on wrócił.
Teraz interesowały go pary. Kobieta, ofiara gwałtu, próbowała potem opisać policjantowi, który spisywał jej zeznania, odstręczający zapach napastnika. Próbowała zidentyfikować tę woń. Twierdziła, że nie był to smród kogoś, kto się nie myje. Nie pochodził spod jego pach ani z oddechu. Ofiara potrafiła jedynie powiedzieć, jak zapisał policjant w swoim raporcie, że przypominało to zapach zdenerwowania, emanujący nie tyle z jakiejś konkretnej części ciała, ile zewsząd. Policjant spytał, czy potrafiłaby powiedzieć coś więcej. Nie potrafiła. Problem polegał na tym, że ten zapach nie przypominał niczego, co czuła kiedykolwiek wcześniej.
Podobnie jak w przypadku innych spraw ze Stockton napastnik powtarzał gorączkowo, że potrzebuje pieniędzy, ale ignorował gotówkę, kiedy znalazła się tuż przed nim. Zależało mu na mających dla zaatakowanych osób osobistą wartość przedmiotach takich jak grawerowane obrączki ślubne, prawo jazdy, pamiątkowe monety. Spinki do mankietów, przekazywane w rodzinie z pokolenia na pokolenie, były dość nietypowe, pochodziły z lat pięćdziesiątych, miały monogram z inicjałami N.R. Funkcjonariusz spisujący zeznania świadków zrobił na marginesie policyjnego raportu odręczny rysunek tych spinek. Zaciekawiło mnie, czy były jakoś bardzo niezwykłe. Na podstawie poszukiwań w internecie przekonałam się, że imiona chłopców zaczynające się na literę N były stosunkowo rzadkie, tylko raz jedno z takich imion pojawiło się na szczycie listy stu najpopularniejszych imion w latach trzydziestych i czterdziestych, gdy przypuszczalnie przyszedł na świat pierwszy właściciel tych spinek. Wyguglowałam opis tych spinek i nacisnęłam enter na klawiaturze swojego laptopa.
Trzeba poczucia złudnej wszechmocy, aby pomyśleć, że potrafisz rozwiązać skomplikowaną sprawę seryjnego mordercy, skoro nie udało się to dotąd przedstawicielom specjalnych zespołów śledczych z pięciu kalifornijskich jurysdykcji, z pomocą FBI, zwłaszcza kiedy swoją detektywistyczną pracę prowadzisz tak jak ja, we własnym domu, na zasadzie „zrób to sam”. Moje zainteresowanie zbrodnią ma osobiste korzenie. Nierozwiązana sprawa morderstwa sąsiadki, kiedy miałam czternaście lat, wzbudziła we mnie fascynację starymi sprawami odłożonymi na półki. Wraz z nadejściem ery internetu moja ciekawość zamieniła się w aktywne poszukiwania. Odkąd publiczne archiwa znalazły się on-line i wynaleziono wyrafinowane narzędzia wyszukiwania, dostrzegłam, że głowa pełna szczegółów na temat przestępstw może wejść we współpracę z pustym paskiem wyszukiwania, i w 2006 roku założyłam w internecie witrynę zatytułowaną _True Crime Diary_, _Dziennik prawdziwej zbrodni_. Kiedy moja rodzina idzie spać, zaczynam swoją podróż w czasie i wykorzystując technologię z dwudziestego pierwszego stulecia, staram się umieścić stare dowody w nowym kontekście. Zaczynam klikać, przesiewam internet, szukając cyfrowych tropów, które wcześniej przedstawiciele organów ścigania mogli przeoczyć, przeglądam zdigitalizowane książki telefoniczne, roczniki i za pomocą Google Earth zaznajamiam się z widokiem miejsc, w których popełniono zbrodnie: to nieskończona otchłań potencjalnych tropów dla detektywa z laptopem w wirtualnym świecie. Dzielę się swoimi teoriami z lojalnymi użytkownikami internetu, którzy odwiedzają i czytają mojego bloga.
Pisałam o setkach tajemniczych zbrodni, od zabójstw z użyciem chloroformu po morderstwa dokonane przez księży. Jednak Zabójca z Golden State pochłaniał mnie najbardziej. Oprócz pięćdziesięciu napaści na tle seksualnym w Kalifornii Północnej odpowiadał za dziesięć sadystycznych morderstw popełnionych w Kalifornii Południowej. To była sprawa, która ciągnęła się ponad dekadę i ostatecznie doprowadziła do zmiany praw stanowych dotyczących DNA. Ani Zodiac Killer, który terroryzował San Francisco pod koniec lat sześćdziesiątych i na początku lat siedemdziesiątych, ani Night Stalker, przez którego mieszkańcy Kalifornii Południowej zamykali okna w latach osiemdziesiątych, nie dorównywali mu aktywnością. A jednak Zabójca z Golden State nie przykuwał uwagi opinii publicznej. Nawet nie miał chwytliwego pseudonimu, dopóki sama mu go nie nadałam. Atakował na terenie całej Kalifornii, w różnych jurysdykcjach, które nie komunikowały się ze sobą najlepiej i nie zawsze dzieliły się informacjami. W chwili gdy testy DNA wykazały, że liczne zbrodnie, poprzednio uważane za niepowiązane ze sobą, były dziełem jednego człowieka, upłynęła ponad dekada, odkąd popełnił swoje ostatnie znane morderstwo, i schwytanie go nie należało już do priorytetów. Trzymał się w cieniu i wciąż niezidentyfikowany pozostawał na wolności.
Mimo to nadal terroryzował swoje ofiary. W 2001 roku pewna kobieta z Sacramento odebrała telefon w tym samym domu, w którym została napadnięta dwadzieścia cztery lata wcześniej. „Pamiętasz, jak się zabawialiśmy?” – wyszeptał jakiś człowiek. Natychmiast rozpoznała ten głos. Jego słowa, jak echo, przypominały coś, co powiedział w Stockton, gdy dziesięcioletnia córeczka zaatakowanej pary wstała w nocy, żeby skorzystać z ubikacji, i natknęła się na niego w korytarzu. Stał jakieś sześć metrów od niej, mężczyzna w brązowej masce narciarskiej i czarnych, włóczkowych mitenkach, który nie miał na sobie spodni. Miał natomiast pas z przypiętym do niego czymś w rodzaju miecza. „Bawię się z twoją mamą i tatą – powiedział. – Chodź, popatrz na mnie”.
Ta sprawa przykuła moją uwagę, ponieważ wydawała mi się do rozwiązania. Zabójca dokonał spustoszeń, które były zarazem zbyt rozległe i zbyt niewielkie; pozostawił po sobie wiele ofiar i mnóstwo tropów, ale wszystko w stosunkowo zwartym obszarze, co sprawiało, że poszukiwanie danych na temat potencjalnych podejrzanych stawało się łatwiejsze. Sprawa wciągnęła mnie szybko. Ciekawość zamieniła się w ssący głód. Podjęłam trop, całkowicie pochłonięta gorączkowym klikaniem, które łączyło moje coraz szybsze pisanie na komputerze z dopaminowym pobudzeniem. Nie byłam sama. Znalazłam grupę zatwardziałych poszukiwaczy, którzy zbierali się na pewnym forum on-line i wymieniali wskazówkami i teoriami na temat tej sprawy. Odłożyłam na bok wszelkie zastrzeżenia, jakie mogły mi przyjść do głowy, i zaczęłam śledzić ich rozmowy; przeczytałam wszystkie dwadzieścia tysięcy postów. Odsiałam maniaków kierujących się podejrzanymi motywami i skupiłam się na prawdziwych poszukiwaczach. Od czasu do czasu na forum pojawiała się jakaś wskazówka, w rodzaju informacji o odcisku opony podejrzanego pojazdu widzianego w pobliżu miejsca zbrodni, jakby została wrzucona przez przepracowanych detektywów, którzy nadal usiłowali rozwiązać tę sprawę.
Nie uważałam go za ducha. Wierzyłam w ludzką omylność. Doszłam do wniosku, że musiał gdzieś po drodze popełnić jakiś błąd.
Tej letniej nocy, gdy poszukiwałam informacji na temat spinek od mankietów, obsesyjnie pracowałam nad tą sprawą już prawie przez rok. Lubię żółte bloczki liniowanego papieru, zwłaszcza pierwsze dziesięć stron, gdy wszystko wydaje się takie gładkie, pełne nadziei. Dziecinna bawialnia mojej córki cała była usiana częściowo wykorzystanymi bloczkami, nawyk nieświadczący o zbytniej oszczędności, ale dobrze odzwierciedlający stan mojego umysłu. Każdy był poświęcony jakiemuś wątkowi, który się zaczął, a potem ugrzązł. Szukając rady, zwracałam się do emerytowanych detektywów, którzy niegdyś pracowali nad tą sprawą, i wielu z nich z czasem zaczęłam uważać za swoich przyjaciół. Dawno stracili już swoje poczucie wszechmocy, ale to nie znaczyło, że nie podsycali mojego. Polowanie na Zabójcę z Golden State, ciągnące się przez prawie cztery dekady, przypominało nie tyle wyścig sztafetowy, ile wysiłek grupy połączonych linami fanatyków, którzy usiłują wspiąć się na niezdobytą górę. Moi poprzednicy musieli dać za wygraną, ale upierali się, żebym ja szła dalej. Uskarżałam się jednemu z nich, że czuję się, jak gdybym rozpaczliwie chwytała się źdźbeł trawy.
– Moja rada: chwytaj się choćby źdźbła trawy – powiedział. – Wyciśnij z niego wszystko.
Przedmioty skradzione przez zabójcę były moją ostatnią nadzieją. Nie czułam wiele optymizmu. Razem ze swoją rodziną miałam pojechać do Santa Monica, na weekend w okolicach Święta Czwartego Lipca. Jeszcze się nie spakowałam. Prognoza pogody brzmiała zniechęcająco. I wtedy to zobaczyłam, jeden obraz wśród setek ładujących się na ekran mojego laptopa, spinki od mankietów w tym samym stylu co tamte z policyjnego raportu. Z tymi samymi inicjałami. Sprawdziłam jeszcze raz, a potem jeszcze raz odręczny rysunek policjanta i porównywałam go ze zdjęciem na ekranie komputera. Wystawiono je za osiem dolarów w sklepie ze starzyzną w niewielkim miasteczku w Oregonie. Kupiłam je od razu, płacąc czterdzieści dolarów za natychmiastową dostawę. Poszłam korytarzem do swojej sypialni. Mój mąż spał spokojnie po swojej stronie. Usiadłam na skraju łóżka i patrzyłam na niego tak długo, aż otworzył oczy.
– Myślę, że go znalazłam – powiedziałam.
Mąż nawet nie musiał pytać, kogo mam na myśli.IRVINE, 1981
Zrobiwszy w domu, co do nich należało, policjanci powiedzieli do Drew Witthuhna: „Jest twój”. Zdjęli żółte taśmy, zamknęli frontowe drzwi. Beznamiętna precyzja policyjnych specjalistów przy pracy pomagała odwrócić uwagę od plam, ale teraz nie dało się ich uniknąć. Sypialnia jego brata i bratowej leżała tuż obok frontowych drzwi, bezpośrednio naprzeciw kuchni. Stojąc przy zlewie, Drew musiał jedynie odwrócić głowę w lewo, żeby dostrzec ciemne, drobne rozpryski na białej ścianie powyżej łóżka Davida i Manueli.
Drew z dumą myślał o sobie, że nie jest mięczakiem. W szkole policyjnej uczono opanowywania stresu i nieujawniania uczuć. Umiejętność powściągania emocji stanowiła jeden z wymogów stawianych absolwentom szkoły. Jednak aż do tego piątkowego wieczora 6 lutego 1981 roku, gdy siostra jego narzeczonej pojawiła się nagle obok jego stolika w pubie Rathskeller w Huntington Beach i powiedziała, łapiąc oddech: „Drew, zadzwoń do swojej mamy”, nie sądził, że będzie musiał kiedyś wykorzystać te sprawności w praktyce – umiejętność trzymania języka za zębami i zachowania kamiennej twarzy w chwili, gdy wszyscy wokół wytrzeszczają oczy i wydają z siebie histeryczne wrzaski – tak szybko albo tak blisko własnego domu.
David i Manuela mieszkali pod adresem Columbus 35, na nowym osiedlu parterowych domków w Northwood, w Irvine. W okolicy widać było macki podmiejskiej zabudowy wdzierającej się na tereny pozostałości po dawnym ranczu w Irvine. Na obrzeżach wciąż jeszcze dominowały sady pomarańczowe i wokół wyrastających konstrukcji z betonu i asfaltowych dróg ciągnęły się nienaganne rzędy drzewek, przetykane gdzieniegdzie magazynami i obozowiskami zbieraczy. Jednak przyszłość czekającą tę okolicę można było usłyszeć w łomocie ciężarówek wylewających beton na budowie i zagłuszających coraz rzadsze odgłosy pracujących na polach traktorów.
Aura podmiejskiej elegancji maskowała błyskawiczne tempo przemian zachodzących w Northwood. Nie ścięto rzędów wysokich eukaliptusów zasadzonych przez farmerów w latach czterdziestych, do ochrony przed wiatrami z rejonu Santa Ana, jednak wyznaczono im teraz inne zadanie. Deweloperzy wykorzystywali drzewa jako linie odgraniczające główne drogi dojazdowe i okalające poszczególne segmenty zabudowy. Osiedle, na którym zamieszkali David i Manuela, Shady Hollow, obejmowało rząd stu trzydziestu siedmiu domów dostępnych w czterech wielkościach. Wybrali plan 6014, pod nazwą Wierzba, czyli dom złożony z trzech sypialni, o powierzchni stu czterdziestu metrów kwadratowych. Wprowadzili się tuż po oddaniu domu do użytku pod koniec 1979 roku.
Dom Davida i Manueli wydawał się Drew imponująco dorosły, chociaż byli od niego zaledwie pięć lat starsi. Przede wszystkim był zupełnie nowy, jak spod igły. Szafki w kuchni połyskiwały świeżością, widać było, że nikt ich jeszcze nie używał. Wnętrze lodówki pachniało plastikiem. Poza tym dom był rozległy. Drew i David wychowali się w domu mniej więcej tej samej wielkości, ale musiało się w nim pomieścić siedem osób niecierpliwie czekających rano na swoją kolejkę do prysznica i potrącających się łokciami przy stole w porze obiadu. David i Manuela w jednej z trzech sypialni swojego domu przechowywali rowery. W drugiej, zapasowej sypialni David trzymał swoją gitarę.
Drew próbował nie zwracać uwagi na kłującą go zazdrość, ale prawda była taka, że zazdrościł starszemu bratu. David i Manuela pobrali się pięć lat wcześniej; oboje mieli stałe zatrudnienie. Ona pracowała w California First Bank jako specjalistka od pożyczek; on w dziale sprzedaży House of Imports jako dealer samochodów Mercedes-Benz. Spajała ich powaga, z jaką traktowali swoje aspiracje ludzi z klasy średniej. Spędzali mnóstwo czasu na rozważaniach, czy powinni położyć przed domem ceglaną kostkę oraz gdzie najlepiej kupić orientalne dywany w najlepszym gatunku. Dom położony przy ulicy Columbus 35 stanowił wciąż jedynie zarys, który należało wypełnić. W jego pustce kryła się obietnica. Drew, porównując się z bratem, czuł się nijaki i w pewnym sensie upośledzony.
Po pierwszej wizycie Drew rzadko zaglądał do domu brata. Nie chodziło może o jakieś poczucie urazy, ale raczej o to, że Drew nie czuł się tam swobodnie. Manuela, jedyne dziecko niemieckich imigrantów, była osobą obcesową, czasami aż do przesady. W swoim miejscu pracy potrafiła mówić współpracownikom, że powinni częściej odwiedzać fryzjera, albo wytykała im rozmaite uchybienia. Prowadziła prywatny rejestr popełnianych przez nich błędów, który spisywała po niemiecku. Była szczupła, ładna, miała wystające kości policzkowe oraz implanty piersi; poddała się tej operacji zaraz po ślubie, ponieważ David, jak opowiadała swoim kolegom z pracy z pewnym wzgardliwym, lekkim wzruszeniem ramion, najwyraźniej gustował w dużych biustach. Nie starała się popisywać nowymi kształtami. Przeciwnie – wolała nosić swetry z golfem i zwykle trzymała ręce założone na piersiach, jak gdyby spodziewała się bójki.
Drew widział, że małżeństwo służy bratu, który zwykle bywał wycofany i niepewny i rzadko mówił wprost, co myśli. Jednak Drew aż nazbyt często po spotkaniu z nim i jego żoną czuł się stłamszony, jak gdyby siła nieustannych narzekań Manueli powodowała krótkie spięcia w każdym pomieszczeniu, do którego weszła.
Na początku lutego 1981 roku Drew rodzinnymi kanałami dowiedział się, że David nie czuje się najlepiej i że znalazł się w szpitalu, ale ostatnio dość rzadko widywał się z bratem i nie zamierzał go odwiedzać. W poniedziałek 2 lutego Manuela zabrała Davida do szpitala Santa Ana-Tustin Community Hospital, gdzie został przyjęty z powodu ostrej infekcji wirusowej układu trawiennego. Przez następnych kilka wieczorów jej rozkład zajęć wyglądał podobnie: jechała do domu rodziców na kolację, a potem odwiedzała Davida w szpitalu w sali 320. Codziennie rozmawiali rano i wieczorem przez telefon. Późnym rankiem w piątek David zadzwonił do niej do banku, ale jej współpracownicy powiedzieli mu, że nie przyszła do pracy. Próbował złapać ją w domu, ale ich telefon dzwonił długo i nikt go nie odbierał, co wydawało się dziwne. Automatyczna sekretarka zawsze odzywała się po trzecim dzwonku. Manuela nie potrafiła zmienić jej ustawień. Zadzwonił więc do Ruth, jej matki, która obiecała, że pojedzie do ich domu i sprawdzi, co się stało z córką. Kiedy nikt nie odpowiedział na dzwonek do drzwi wejściowych, Ruth posłużyła się swoim kluczem, żeby wejść do środka. Kilka minut później Ron Sharpe, bliski przyjaciel rodziny, usłyszał histeryczne krzyki Ruth.
– Rzuciłem tylko okiem w lewo i zobaczyłem jej dłonie, otwarte, o tak, i zobaczyłem krew na całej ścianie – opowiadał Sharpe detektywom. – Zupełnie nie rozumiałem, w jaki sposób ta krew znalazła się na ścianie, daleko od miejsca, gdzie ona leżała.
Tylko raz zajrzał do sypialni i nie miał ochoty zrobić tego ponownie.
Manuela leżała na łóżku twarzą do dołu. Miała na sobie brązowy welurowy szlafrok i była częściowo zawinięta w śpiwór, którego czasem używała do spania, kiedy było zimno. Na jej przegubach i kostkach widać było czerwone otarcia, ślady krępujących ją więzów, które zdjęto. Na betonowym patio, pół metra od tylnych, przesuwanych szklanych drzwi domu, leżał duży śrubokręt. Ktoś siłą otworzył mechanizm blokujący drzwi.
Z wnętrza domu wywleczono dziewiętnastocalowy telewizor i zaciągnięto go w południowo-zachodni róg podwórka, obok wysokiego drewnianego płotu. W tym miejscu ogrodzenie było lekko skrzywione, jak gdyby ktoś na nie upadł albo skoczył zbyt mocno. Policjanci prowadzący dochodzenie zauważyli od frontu i na tylnym podwórku oraz na szczycie licznika gazu po wschodniej stronie domu odciski butów ze wzorem złożonym z niewielkich okręgów.
Jedną z pierwszych osobliwości zaobserwowanych przez śledczych było to, że jedyne źródło światła oświetlające sypialnię znajdowało się w łazience. Spytali o to Davida, który znajdował się wtedy w domu rodziców Manueli, gdzie zebrała się grupa członków rodziny i przyjaciół, aby pocieszać się nawzajem i opłakiwać zmarłą. Śledczy odnieśli wrażenie, że David jest wstrząśnięty i oszołomiony; jego umysł, pod wpływem cierpienia, wyraźnie dryfował. Udzielając odpowiedzi, tracił wątek. Albo nagle zmieniał temat. Pytanie o źródło światła wprawiło go w dezorientację.
– Gdzie jest lampa? – spytał.
Brakowało lampy z kwadratową podstawką i kloszem w kształcie kuli, z chromowanego metalu; poprzednio stała na górze głośnika od zestawu stereo, po lewej stronie łóżka. Zniknięcie lampy dało policjantom dobrą wskazówkę na temat ciężkiego przedmiotu, którym się posłużono, aby zatłuc Manuelę na śmierć.
Spytano Davida, czy wie, dlaczego brakuje taśmy w automatycznej sekretarce. Był zdumiony. Pokręcił głową. Jedyne wyjaśnienie, jakie przyszło mu do głowy, jak powiedział policjantom, było takie, że człowiek, który zabił Manuelę – kimkolwiek był – zostawił zapis swojego głosu na taśmie.
Scena zbrodni wydawała się bardzo dziwna. Sama zbrodnia też była bardzo dziwna jak na Irvine, gdzie notowano niewiele przestępstw. Wydawała się także bardzo dziwna miejscowym policjantom; niektórzy z nich wręcz uważali, że wygląd miejsca zbrodni został zaaranżowany. Brakowało trochę biżuterii i ktoś zawlókł telewizor w głąb podwórka. Ale jaki włamywacz zostawia swój śrubokręt? Zastanawiali się, czy zabójcą nie jest ktoś, kogo Manuela znała. Jej mąż spędza całą noc w szpitalu. Manuela zaprasza do siebie znajomego. Dochodzi do gwałtownej sprzeczki i facet, już po fakcie, wyciąga taśmę z automatycznej sekretarki, wiedząc, że jest na niej jego głos, a potem manipuluje przy przesuwanych drzwiach i wreszcie, aby dokończyć dzieła inscenizacji, zostawia po sobie śrubokręt.
Ale inni powątpiewali w to, że Manuela znała zabójcę. Śledczy przesłuchali Davida na komendzie policji w Irvine następnego dnia po znalezieniu ciała. Spytano go, czy w przeszłości para miała jakieś problemy z nieznajomymi, którzy kręcili się wokół domu. Zastanowiwszy się chwilę, David przypomniał sobie, że jakieś trzy albo cztery miesiące wcześniej, w październiku albo listopadzie 1980 roku, zobaczył przed domem odciski butów, których obecności nie potrafił wyjaśnić. Miał wrażenie, że intruz nosił tenisówki, a ich ślady prowadziły wzdłuż całego domu, z jednej strony na drugą, a potem do ogrodu. Śledczy położyli na stoliku kartkę papieru i poprosili Davida, żeby narysował, jak wyglądały te odciski, jeśli udało mu się je zapamiętać. David, wyczerpany i pogrążony w swoich myślach, zrobił pospieszny szkic. Nie wiedział, że policja dysponuje gipsowym odlewem odcisków butów zabójcy Manueli, który krążył wokół domu w noc morderstwa. David podał im kartkę papieru. Naszkicował zarys odcisku prawej tenisówki z niewielkimi okręgami na podeszwie.
Policjanci podziękowali Davidowi i zwolnili go do domu. Następnie porównali sporządzony przez niego rysunek z gipsowym odlewem. Jedno pasowało do drugiego.
Większość przestępców dopuszczających się gwałtownych zbrodni działa pod wpływem impulsu, w sposób chaotyczny, i łatwo ich złapać. Zdecydowaną większość zabójstw popełniają ludzie, których ofiara znała, i zwykle, mimo sprytnych prób zmylenia tropów, zostają zidentyfikowani i aresztowani przez policję. Największe wyzwanie dla organów ścigania stanowi jedynie niewielkie grono przestępców, może pięć procent – to ci, którzy zawczasu przygotowują plan zbrodni, a potem z całą brutalnością bezwzględnie go realizują. Morderstwo Manueli nosiło wszystkie znamiona zbrodni tego ostatniego rodzaju. Otarcia po krępujących ją więzach, które następnie usunięto. Gwałtowność obrażeń, pochodzących od ciosów w głowę. Okres kilku miesięcy, jaki upłynął od czasu pojawienia się śladów butów z niewielkimi okręgami na podeszwie, wskazywał na ukradkowe działania kogoś, kto jest bardzo ostrożny, dba o szczegóły, i dobrze wie, kiedy i z jakim okrucieństwem zaatakuje.
Około południa w sobotę 7 lutego, sprawdziwszy jeszcze raz w ciągu minionych dwudziestu czterech godzin wszystkie tropy, policjanci po raz ostatni obejrzeli dom, a potem wydali zgodę na przekazanie go Davidowi. W tych czasach nie istniały jeszcze profesjonalne firmy zajmujące się sprzątaniem w miejscu zbrodni. Lepki proszek do zbierania odcisków palców pokrywał wszystkie klamki. Ogromny podwójny materac Davida i Manueli pocięto w kilku miejscach, skąd specjaliści pobrali dowody w postaci próbek materiału. Całe łóżko i ściana ponad nim były splamione krwią. Drew wiedział, że jako słuchacz szkoły policyjnej jest naturalnym kandydatem do posprzątania domu, i sam się podjął tego zadania. Miał także poczucie, że jest to winien swojemu bratu.
Dziesięć lat wcześniej ich ojciec Max Witthuhn zamknął się w jednym z pokojów ich rodzinnego domu po kłótni ze swoją żoną. Drew chodził wtedy do ósmej klasy i poszedł tego wieczora na szkolną potańcówkę. David miał osiemnaście lat, był najstarszym dzieckiem w rodzinie, i to on wyłamał drzwi, gdy całym domem wstrząsnął wystrzał ze sztucera. Starał się oszczędzić bliskim makabrycznego widoku i sam zebrał to, co wydawało mu się szczątkami roztrzaskanego mózgu. Ich ojciec popełnił samobójstwo na dwa tygodnie przed świętami Bożego Narodzenia. To doświadczenie najwyraźniej odebrało Davidowi poczucie pewności siebie. Od tamtej pory wydawało się, że zawisł w jakimś niezdecydowaniu. Na jego ustach czasem pojawiał się uśmiech, ale w jego oczach nigdy.
A potem poznał Manuelę i znowu znalazł się na twardym gruncie.
Jej ślubny welon wisiał na wewnętrznej stronie drzwi do ich sypialni. Policjanci, sądząc, że to może być jakiś trop, spytali o niego Davida. Wyjaśnił, że Manuela zawsze go tam trzymała – rzadki u niej objaw sentymentalizmu. Welon wskazywał, że Manuela miała także łagodniejszą stronę swojego charakteru, coś, o czym niewielu wiedziało – a teraz już nigdy się nie dowie.
Narzeczona Drew przygotowywała się do zawodu pielęgniarki. Zaproponowała, że pomoże mu w sprzątaniu miejsca zbrodni. Z czasem pobrali się, mieli dwóch synów, ale ich małżeństwo trwające dwadzieścia osiem lat zakończyło się rozwodem. Jednak nawet w najgorszych momentach ich związku Drew rezygnował z kłótni na wspomnienie tego, jak mu wtedy pomogła; to był z jej strony niekwestionowany akt dobroci, którego nigdy nie zapomniał.
Przywlekli do domu butle wybielacza i wiadra wody. Włożyli żółte gumowe rękawice. Praca nie należała do przyjemnych, ale Drew zachował kamienną twarz i w jego oczach nie pojawiły się łzy. Starał się potraktować całą sytuację jako okazję do nauki. Praca w policji wymaga chłodnego opanowania i spostrzegawczości. Należy być twardym, nawet jeśli szoruje się mosiężną ramę łóżka, zmywając z niej krew swojej bratowej. W ciągu niecałych trzech godzin oczyścili dom ze śladów przemocy i posprzątali na powrót Davida.
Kiedy skończyli, Drew wrzucił pozostałe resztki środków czyszczących do bagażnika swojego samochodu i usiadł za kierownicą. Przekręcił kluczyk w stacyjce, ale potem zamarł i wstrzymał oddech, jak gdyby miał zaraz kichnąć. Poczuł, jak w jego ciele wzbiera jakieś niezrozumiałe doznanie. Chyba dopadło go zmęczenie.
Nie, nie zbierało mu się na płacz. Nic z tych rzeczy. Nawet nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy płakał ostatni raz. To nie on.
Obrócił się i popatrzył na bungalow przy Columbus 35. Powrócił myślą do chwili, gdy po raz pierwszy podjechał pod ten dom. Przypomniał sobie, co wtedy pomyślał, kiedy siedział w swoim wozie, przygotowując się do wejścia.
„Mojemu bratu naprawdę się udało”.
Z jego piersi wyrwał się stłumiony szloch, nie dało się już tego dłużej powstrzymać. Drew przycisnął czoło do kierownicy i zaczął płakać. Ale to nie był płacz, któremu towarzyszy gula w gardle, tylko wybuch totalnego żalu. Niczym nieskrępowanego. Oczyszczającego. W jego samochodzie pachniało amoniakiem. Ślady zakrzepłej krwi pod jego paznokciami nie zejdą jeszcze przez wiele dni.
Wreszcie powiedział sobie, że musi to jakoś poskładać. Miał pewien niewielki przedmiot, który będzie musiał przekazać śledczym. Coś, co znalazł pod łóżkiem, coś, co przeoczyli.
Kawałek czaszki Manueli.
W sobotni wieczór Ron Veach i Paul Jessup, policjanci z wydziału śledczego policji w Irvine, w poszukiwaniu dalszych informacji w kręgu osób najbliższych Manueli zadzwonili do frontowych drzwi domu jej rodziców na Loma Street w dzielnicy Greentree. Drzwi otworzył im jej ojciec Horst Rohrbeck. Dzień wcześniej, gdy policja otoczyła dom Manueli żółtą taśmą i uznała go za miejsce zbrodni, Horst i jego żona Ruth zostali przewiezieni na posterunek i przesłuchani, każde z osobna, przez niższych rangą funkcjonariuszy. Tego wieczora Jessup i kierujący śledztwem Veach mieli spotkać się z Rohrbeckami po raz pierwszy. Dwadzieścia lat pobytu w Stanach Zjednoczonych nie złagodziło niemieckiego sposobu bycia Horsta. Był współwłaścicielem miejscowego warsztatu naprawy samochodów i, jak mówiono, potrafił rozebrać mercedesa, posługując się jednym kluczem.
Manuela była jedynym dzieckiem Rohrbecków. Jadła u nich kolację każdego wieczoru. W jej osobistym kalendarzu w styczniu znajdowały się jedynie dwa wpisy, przypomnienie o dniach urodzin rodziców. „Mama. Papa”.
– Ktoś ją zamordował – oświadczył Horst podczas pierwszego przesłuchania na posterunku. – Zabiję tego gościa.
Stał teraz we frontowych drzwiach swojego domu, trzymając w ręku kieliszek brandy. Veach i Jessup weszli do środka. W domu zastali kilkoro zebranych w salonie pogrążonych w żalu członków rodziny i przyjaciół. Kiedy śledczy się przedstawili, kamienny bezruch zniknął z twarzy Horsta i ojciec Manueli wybuchnął. Nie był postawnym mężczyzną, ale kiedy się wściekał, wydawało się, że jest dwa razy większy. Krzyczał, z wyraźnym akcentem, o tym, że jest głęboko rozczarowany działalnością policji i że powinni bardziej się starać. Po jakichś czterech minutach tej tyrady Veach i Jessup zrozumieli, że ich obecność w jego domu jest w tym momencie zupełnie zbędna. Horst był zrozpaczony i szukał zaczepki. Jego wściekłość przypominała pocisk wybuchający w czasie rzeczywistym. Policjantom nie pozostawało nic innego do zrobienia, jak tylko położyć swoje wizytówki na stoliku w holu i zniknąć mu z oczu.
Udręka Horsta była także zabarwiona pewnym bardziej konkretnym żalem. Rohrbeckowie mieli potężnego, wyszkolonego niemieckiego owczarka o imieniu Possum. Horst zaproponował Manueli, żeby zatrzymała Possuma w swoim domu dla ochrony, na czas pobytu Davida w szpitalu, ale odmówiła. Nie sposób było teraz nie włączyć w wyobraźni przewijania do tyłu i nie wyobrazić sobie, jak Possum, ze swoimi kłami ostrymi jak nożyczki i kapiącą z pyska śliną, rzuca się na intruza dłubiącego przy zamku i odgania go od domu.
Ceremonia żałobna Manueli odbyła się w środę 11 lutego w Saddleback Chapel w Tustin. Drew zauważył policjantów stojących po drugiej stronie ulicy i robiących fotografie. Po pogrzebie wrócił z Davidem na Columbus 35. Bracia siedzieli tego wieczora do późna, rozmawiając w salonie. David wypił dużo.
– Oni sądzą, że ją zabiłem – oświadczył nagle z myślą o policjantach. Trudno było cokolwiek odczytać z jego twarzy. Drew przygotował się na to, że przyjdzie mu wysłuchać wyznania. Nie wierzył, aby David był fizycznie zdolny do zamordowania Manueli, pytanie brzmiało, czy mógł w tym celu wynająć kogoś innego. Drew poczuł, jak odzywa się w nim jego policyjne wyszkolenie. Obraz brata siedzącego po drugiej stronie stolika zawęził się do niewielkiej szczeliny. Pomyślał, że ma jedną, jedyną szansę.
– Zrobiłeś to? – spytał Drew.
W psychice Davida, który zawsze był trochę niepewny siebie, wyczuwało się zrozumiałe roztrzęsienie. Przygniatało go poczucie winy, że żyje; urodził się z dziurą w sercu, więc jeśli ktoś miał umrzeć, to powinien być on. Rodzice Manueli szaleli z bólu, szukając winnego. Coraz bardziej ciążyło mu ich spojrzenie, jakby chcieli go zabić wzrokiem. Ale teraz, w odpowiedzi na pytanie Drew, David zareagował z całym zdecydowaniem.
– Nie – powiedział. – Nie zabiłem swojej żony, Drew.
Drew odetchnął z ulgą, jak mu się zdawało, po raz pierwszy od chwili gdy dowiedział się o śmierci Manueli. Musiał usłyszeć Davida wypowiadającego te słowa. Patrząc w oczy brata, widział w nich lekką urazę, ale błyskały pewnością; Drew wiedział, że David mówi prawdę.
Nie był jedyną osobą przekonaną, że David jest niewinny. Specjalista z zakresu medycyny sądowej Jim White z Biura Szeryfa Hrabstwa Orange pomagał analizować miejsce zbrodni. Dobrzy fachowcy z laboratorium kryminalistycznego są jak ludzki skaner; wchodzą do pełnych chaosu, nieznanych sobie pomieszczeń, i wyodrębniają z nich ważne dowody, mikroskopijne świadectwa zbrodni, pomijając całą resztę. Pracują pod presją. Miejsce zbrodni jest wrażliwe na upływ czasu i w każdej chwili może się zdezintegrować. Każda osoba wchodząca do takiego pomieszczenia oznacza możliwość zanieczyszczenia, zatarcia śladów. Specjaliści od kryminalistyki pojawiają się na miejscu zbrodni obładowani narzędziami służącymi do zbierania i przechowywania takimi jak papierowe i plastikowe torebki na dowody, taśma do mierzenia, waciki, gips. Na miejscu zabójstwa Manueli Witthuhn White pracował we współpracy ze śledczym Veachem, który pokazywał mu, na co ma zwrócić uwagę. Zebrał cienkie jak opłatek ślady błota z podłogi obok łóżka. Używając wacika, zabezpieczył rozwodnioną kroplę krwi w łazience. Stał obok Veacha, kiedy obracano ciało Manueli. Zauważyli od razu rozległe obrażenia głowy, ślady po skrępowaniu i siniak na prawej dłoni. Na jej lewym pośladku znajdował się znak, który koroner później uznał za przypuszczalny ślad uszczypnięcia.
Drugi etap pracy specjalisty rozgrywa się w laboratorium, gdzie analizuje on zebrane dowody. White poddał testom próbkę brązowej farby ze śrubokręta zabójcy i porównawszy ją z innymi popularnymi produktami, doszedł do wniosku, że najbardziej prawdopodobna jest barwa Oxford Brown ze sklepowego mieszalnika, produkowana przez firmę Behr. W laboratorium zwykle jego praca się kończy. Specjaliści z zakresu medycyny sądowej nie są śledczymi, nie rozmawiają ze świadkami, nie prowadzą przesłuchań ani nie podążają za tropami śledztwa, ale White znajdował się w wyjątkowym położeniu. Poszczególne wydziały policji w hrabstwie Orange prowadziły dochodzenia w obrębie własnej jurysdykcji, ale większość z nich wykorzystywała laboratorium kryminalistyczne Biura Szeryfa. Tym samym śledczy prowadzący sprawę Manueli Witthuhn znali jedynie sprawy z Irvine, ale White pracował na miejscu zbrodni w całym hrabstwie, od Santa Ana do San Clemente.
Dla policjantów z Irvine morderstwo Manueli Witthuhn było czymś wyjątkowym.
Jimowi White’owi wydawało się dobrze znajome.
Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.