Facebook - konwersja
Oczekiwanie. A życie szło swoim torem - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Oczekiwanie. A życie szło swoim torem - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-7942-245-6
Język:
Polski
Data wydania:
Czerwiec 2014
Rozmiar pliku:
1,2 MB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
28,00
Cena w punktach Virtualo:
2800 pkt.

Oczekiwanie. A życie szło swoim torem - opis ebooka

Wilno, rok 1939. Marysia żegna na dworcu wyruszających na front brata i narzeczonego. Obiecuje, że będzie się opiekować żoną brata i jego nienarodzonym jeszcze dzieckiem. Nie wie, że naturalna w tych okolicznościach obietnica zadecyduje o całym jej przyszłym życiu. Czy nienawykła do borykania się z codziennością panna z dobrego domu zdoła ochronić najbliższych na okupowanej Wileńszczyźnie? Jak potoczy się jej życie na Ziemiach Odzyskanych, gdzie rzuci ją los, gdy będzie musiała opuścić rodzinne Wilno?

Autorka, urodzona w Nowogródku, lata dzieciństwa spędziła na zesłaniu w Kazachstanie, a później na Ukrainie. W roku 1946 przyjechała do Polski i osiadła na ziemi lubuskiej, gdzie umieściła akcję swojej powieści. Śledząc koleje życia głównej bohaterki, w nieśpiesznej, bogatej w szczegóły narracji kreśli obraz codziennego bytowania przedwojennej polskiej inteligencji w niełatwych realiach PRL.


Izabela Januszkiewicz urodziła się 23 marca 1932 roku w Nowogródku. W latach 1940–1946 przebywała wraz z rodziną na zesłaniu, najpierw w Kazachstanie, a później na Ukrainie. Do Polski wróciła w marcu 1946 roku. Mieszkała początkowo w Smardzewie, a następnie od 1953 roku w Świebodzinie na Ziemi Lubuskiej. W latach 1952–1955 studiowała na Akademii Ekonomicznej w Poznaniu. Do przejścia w 1987 na emeryturę pracowała w księgowości. W 2004 roku wydała pierwszą książkę zatytułowaną „Pamiętam” przedstawiającą losy dziecka wywiezionego w 1940 roku do Kazachstanu. Dalsza część wspomnień zebrana w tomie p.t. „Nareszcie w Polsce”, wydana w 2007 roku, przedstawia życie powojenne rodziny po przyjeździe do kraju. Opowieść jest także opisem beztroskiego dzieciństwa na Ziemi Nowogródzkiej – hołdem złożonym rodzicom i jednocześnie historią pokolenia, które przeżyło obie wojny. Obecnie autorka mieszka wraz z mężem w Sulechowie w województwie Lubuskim.

FRAGMENT KSIĄŻKI

Zauroczenie

Siedząc którejś soboty w sali amfiteatralnej, usłyszała za plecami męski głos:

– Czy koleżanka była na poprzednim wykładzie? Jeśli tak, to czy mogłaby mi pożyczyć notatki, a ja je jutro zwrócę.

Marysia zdrętwiała. To przecież był głos Andrzeja. Ręce zaczęły jej drżeć, a przez całe ciało przeszedł dreszcz. Bała się spojrzeć za siebie. Boże, to przecież on!

Powoli odwróciła głowę. Ujrzała nieznajomego mężczyznę, który intensywnie się w nią wpatrywał. Zdawało jej się, że to nie on mówi, tylko jakaś obca osoba.

– Bardzo chętnie, ale ja piszę niewyraźnie – odpowiedziała spokojnym głosem.

– Nic nie szkodzi. Jeśli czegoś nie zrozumiem, to jutro poproszę koleżankę o wyjaśnienie.

Wstał, ukłonił się i czekał aż pierwsza poda mu rękę. W tym momencie pomyślała, że jest dobrze wychowany. Przedstawił się jako Roman Kocuń. Ona też bąknęła pod nosem swoje imię i nazwisko. Nie chciała z nim zawierać bliższej znajomości. Podała mu notatki i zajęła się sobą. Do końca wykładu ani razu się nie odwróciła, ale czuła na szyi i głowie jego wzrok. Ogarnął ją jakiś niepokój. Prawie nie słuchała wykładu, notowała automatycznie.

Po zajęciach szybko wyszła z sali i udała się prosto do hotelu. Była roztrzęsiona; chciała się uspokoić w ciszy swego pokoju. Wieczorem przypomniała sobie, że nie kupiła żadnego jedzenia i poczuła się głodna. Od rana nie miała nic w ustach. Postanowiła zejść na kolację do restauracji. Policzyła swoje skromne zasoby finansowe, odliczyła pieniądze potrzebne na powrót do domu i stwierdziła, że na skromną kolację wystarczy. Odświeżywszy się w łazience, poprawiła makijaż i zjechała windą na dół.

Światła w restauracji były przyćmione. Na stolikach paliły się zakryte pomarańczowymi abażurami lampki. Stwarzało to intymny nastrój. Pomyślała, że to nie jest miejsce dla niej, i chciała się wycofać. Nie zdążyła wyjść przez otwarte drzwi, kiedy stanął przed nią Kocuń. Zatrzymała się zdziwiona i zapytała, co tu robi. Odpowiedział, że zatrzymał się w tym hotelu i postanowił coś zjeść. Proszącym głosem zaproponował, by zjadła z nim kolację. Dodał, że skoro nastąpił taki zbieg okoliczności, to należy go uczcić. Uśmiech miał rozbrajający, a ten znany jej kiedyś matowy głos z pewnością zadecydował, że się zgodziła. Nie pamiętała, jakie podawano potrawy, tylko wciąż się wsłuchiwała w barwę jego głosu.

Po chwili rozmawiali z sobą jak starzy znajomi. Czas minął im szybko i musieli opuścić salę, gdyż tego wieczoru nie było dansingu, więc lokal zamykano wcześniej. Odprowadził Marysię do drzwi jej pokoju, a na pożegnanie, całując w rękę, głęboko zajrzał w oczy. Jego spojrzenie wyrażało coś więcej niż zwykłą życzliwość. Znalazłszy się w pokoju, Marysia długo stała przy drzwiach, nie mogąc się ruszyć z miejsca. Była zdziwiona, a jednocześnie zażenowana swoim dziwnym nastrojem. Coś się w jej psychice zmieniło, ale nie wiedziała co. Ogarnął ją niepokój. W pierwszej chwili chciała natychmiast wyjechać, żeby go więcej nie spotkać, ale nie mogła sobie na to pozwolić, ponieważ musiała przyjeżdżać na wykłady. To było teraz dla niej najważniejsze, a zresztą miała z nim tylko wspólne zajęcia z pedagogiki, bo Kocuń studiował na innym wydziale.

Następnego dnia raniutko rozliczyła się w hotelu i poszła na śniadanie do baru. Postanowiła więcej go nie widywać.

Wracając do domu, bezwiednie rozglądała się po dworcu. Sama siebie okłamywała, że wcale nie szuka go w tłumie. Tak naprawdę chciała go jeszcze raz zobaczyć. I był. W ostatniej chwili przed odjazdem, stojąc w otwartym oknie wagonu, zobaczyła, jak macha do niej ręką. Udała, że go nie zauważyła, i zamknęła okno. W myślach zaczęła się strofować:

– Głupia idiotko, co ty wyprawiasz? Kłamiesz sama przed sobą. Chyba coś ci się w głowie pomieszało.

W następną sobotę na wspólnym wykładzie starała się go nie zauważać. Rezerwując telefonicznie miejsce w tym samym hotelu, udawała przed sobą, że go nie zobaczy, a ponadto on pewnie też się gdzieś przeniósł. Wieczorem, będąc już w hotelowym pokoju, usłyszała lekkie pukanie do drzwi. Wiedziała, że to on, ale postanowiła udawać zaskoczenie. Prawdopodobnie dobrze zagrała swoją rolę, bo kiedy stanął w drzwiach i zobaczył jej zdziwienie, pewność siebie go opuściła. Zaczął się jąkać i przepraszać za najście. Odchodząc, zebrał resztki odwagi i wypowiedział poprawnie całe zdanie: „Zapraszam panią na kolację i dansing”. Po tych słowach schylił głowę, jakby się bał, że spotka go nieprzyjemna odmowa. Był prawie pewien, że ona odmówi. Nie odmówiła. Sama była zdziwiona, że tak łatwo dała się namówić. Roman nie zaczął jej nawet przekonywać o słuszności swojej propozycji i też był zdziwiony, że tak łatwo poszło.

Marysia poprosiła, by zaczekał na nią w holu, a kiedy zamknęły się za nim drzwi, ruszyła pospiesznie w stronę szafy, a potem do łazienki, by zrobić staranny makijaż.

Stolik, przy którym usiedli, stał nieco na uboczu, lampa z abażurem roztaczała ciepłe światło. Orkiestra grała przedwojenne szlagiery i kilka nowych, dobrze już znanych melodii tanecznych. Dużo tańczyli. Roman dosyć często za mocno Marysię przytulał, a jej to sprawiało przyjemność. Tak dawno nie tańczyła. Tak dawno nikt jej nie okazywał zainteresowania, nie licząc chamskich zalotów ze strony mężów jej koleżanek, przez które przestała bywać w szerszym gronie. Były to niewybredne zalecanki w tajemnicy przed żonami, które musiała zdecydowanie odrzucać, robiąc sobie przez to wrogów. Jego zainteresowanie było inne. Poczuła po latach, że może być kobietą pożądaną i otoczoną czułością.

Na następną sobotę czekała jak na prezent w jej samotnym życiu. W piątek po południu chodziła jak w transie, obmyślając, co ma na siebie włożyć, by przy Romanie pięknie wyglądać. Całe szczęście, że Kamilka była jeszcze za mała, żeby zauważyć zmianę w zachowaniu cioci.

Dziewczynka miała teraz dwie pasje: opiekę nad Hortensją i przygotowania do pierwszej komunii. W szkole wprawdzie przestano ją przezywać bękartem, ale zaczęto nazywać kujonem. Z tym przezwiskiem jakoś sobie radziła. Kotka była jej osobistą własnością i ten fakt wszystkim demonstrowała. Okaże się potem, że wychowa Hortensję na kocią egoistkę puszącą się swoją niewątpliwą urodą. Kamila nie dostrzegała jej wad i cieszyła się każdym przejawem życzliwości Hortensji. Ze strony kotki nie było żadnego ocierania się o nogi swojej pani. Wskakiwała na kolana, kiedy jej to odpowiadało, i wówczas pozawalała się głaskać. W przeciwnym razie ześlizgiwała się na podłogę i gniewnie miauczała. To ona decydowała, kiedy ma siedzieć na kolanach. Podczas nieobecności Marysi Kamilka zabierała Hortensję do pani Natalii. Obie pełne zachwytu składały kocicy hołdy uwielbienia.

Po wejściu na salę wykładową Marysia spod lekko przymkniętych powiek, żeby Roman tego nie zauważył, lustrowała słuchaczy obecnych na wykładzie. W miejscu, które zwykle z Ewą zajmowały, o jeden rząd wyżej siedział on. A więc jest. Udając obojętność, powoli wchodziła po schodkach, by zająć swoje miejsce. Przywitawszy się z koleżanką, usiadła i zajęła się rozpakowywaniem teczki z notatkami. Udawała, że tylko to ją w tej chwili interesuje. Z trudem panowała nad drżeniem rąk. Ewa niczego nie zauważyła. Szepnęła Marysi, że musi wyjść wcześniej z wykładu, bo jedzie z matką do lekarza specjalisty. W tym momencie Marysia poczuła zazdrość. Ewa ma matkę, męża, a ona nikogo. Liczyła się z tym, że Maria wreszcie się odnajdzie i zgłosi się po Kamilkę. Znowu poczuła na plecach jego wzrok, ale się nie odwróciła.

Pedagogika była ostatnimi zajęciami tego dnia. Ewa, zgodnie z zapowiedzią, ulotniła się po cichu przed końcem wykładu. Roman czekał na Marysię pod salą wykładową. Przywitawszy się, zaproponował jej pójście do teatru.

– W Polskim grają Śluby panieńskie w nowej warszawskiej obsadzie. Może się dzisiaj wybierzemy?

Marysia nie była specjalnie zachwycona propozycją, bo była już kiedyś na Ślubach panieńskich, a samą sztukę uważała za zgraną i nieco nudną. Ale i tym razem postąpiła wbrew sobie: zgodziła się. Zjedli szybko wczesną kolację i poszli do teatru.

Aktorzy grali świetnie, tak że akcja wcale nie przypominała wyklepanych na pamięć wierszy. Profesjonalne aktorstwo ożywiło postacie do tego stopnia, że widownia wciąż wybuchała śmiechem.

W milczeniu wracali do hotelu. Oboje czuli w sobie jakieś napięcie. Byli zdenerwowani. On, nie wiedząc, czy uda mu się zbliżyć do Marysi, a ona, bo czuła wewnętrzne drżenie i niepokój. Roman odprowadził ją do samych drzwi, ale nie odchodził. Marysia dawno już przekręciła klucz w zamku, on jednak wciąż stał, nie czyniąc gestu pożegnania. A kiedy Marysia odwróciła głowę w jego stronę, przysunął się i zaczął ją namiętnie całować. Nie broniła się. Uwolnioną z uścisku ręką nacisnęła klamkę i oboje, przywarci do siebie, weszli do pokoju.

Stało się to, co już wisiało w powietrzu. Usłyszała jego szept:

– Kochanie, przecież jesteśmy wolnymi ludźmi i mamy prawo do szczęścia.

Poczuła zamęt w głowie. Tak namiętnie całował ją dotąd Andrzej i nikt więcej. Pocałunki Romana sprawiały jej wielką przyjemność; przestała nad sobą panować.

Obudzili się nieco spóźnieni. Roman już nie spał i cały czas przyglądał się Marysi. Przepełniały go radość i satysfakcja, że ta piękna kobieta zechciała go obdarzyć szczęściem, jakiego dotąd nie doświadczył. Wcześniej tylko bardzo mu się podobała, a prośba o notatki była pretekstem do nawiązania znajomości. Teraz wiedział z całą pewnością, że ją kocha i już nigdy żadnej nie będzie po niej. Pomyślał jednocześnie, że jest starym durniem, myśląc, że ta kobieta będzie chciała dalej utrzymywać z nim bliższy kontakt, a o tym, że go pokocha, nie śmiał nawet marzyć.

Jego rozmyślania przerwał wystraszony głos Marysi:

– Która to godzina? Co ty tu robisz? Boże, jak już późno! – Napotkawszy jego rozkochany wzrok, przytuliła się i wyszeptała: – Było cudownie.

Obsypał ją pocałunkami, szeptał czułe słowa. Ta pierwsza wspólna noc miała pozostać w ich pamięci na długie lata. Na razie musieli się spieszyć, żeby zdążyć na wykłady.

Roman szybko opuścił pokój, by obsługa hotelowa niczego nie zauważyła. Udało się. Na korytarzu nie było nikogo. Oddając klucze, Marysia spojrzała podejrzliwie na recepcjonistę. Pomyślała, że on o wszystkim wie. Mylnie odczytała jego promienny uśmiech. W tym momencie nie pamiętała, że od lat mężczyźni uśmiechają się na jej widok w podobny sposób, gdyż trudno im zachować obojętność wobec jej urody.

Wypiła w barze kubek herbaty i zabrawszy z sobą dwie drożdżówki, zwane w Poznańskiem „sznekami z glancem”, pobiegła na uczelnię. Na wykład zdążyła na ostatnią chwilę. Ewa na szczęście nic nie zauważyła.

Na dworcu znowu ujrzała Romana, który tym razem stał na jej peronie z bukietem czerwonych róż. Bez słowa wręczył kwiaty, a całując na pożegnanie jej rękę, czule spojrzał Marysi w oczy. Jego wzrok mówił wszystko. Miłość, uwielbienie i wielkie szczęście. Oboje wiedzieli, że słowa są zbędne, więc milczeli.

W wagonie Marysia siedziała nieruchomo jak posąg. Na stoliku leżały róże, które przypominały, że przed chwilą trzymał je w rękach Roman. W głowie kłębiły jej się różne myśli, z którymi nie umiała sobie poradzić. Zrobiła coś, co wydawało jej się zdradą wobec Andrzeja. „No tak – myślała dalej. – On nie żyje, a umierając przekazał przyjacielowi, że jeśli mnie po wojnie spotka, ma powiedzieć, że mam sobie ułożyć życie bez niego”.

Nieszczęsny posłaniec zmarł po paru miesiącach pobytu w więzieniu, podobno na zapalenie płuc. Tę smutną wiadomość przekazała Marysi jego siostra. Nigdy już nie dowie się niczego o pobycie Andrzeja w sowieckim więzieniu. Tamten okres należało zamknąć. Do tej pory była jak w letargu, a życie toczyło się obok niej. Opieka nad Kamilką pozornie wypełniała jej życie. Nie miała kiedy myśleć o uciekającym czasie, który dla każdej trzydziestoletniej kobiety zmniejszał szansę na spotkanie życiowego partnera. Dotąd o tym nie myślała i teraz też nie łączyła z Romanem planów na wspólne życie. Było na to za wcześnie, a poza tym Kamilka mogła go nie zaakceptować.

Mimo tych wątpliwości czuła się spełniona jako kobieta i to jej w tej chwili wystarczyło. Zamyślona nie zauważyła, kiedy znalazła się na stacji końcowej. Nie widziała nawet, kto siedział z nią w przedziale. Zdjęła z półki torbę i delikatnie zgarnęła róże ze stolika.

Otwierając drzwi mieszkania, natknęła się na Euzebiusza, którego radosny uśmiech na jej widok nagle zgasł. Witając się z nim, nie zauważyła smutku w jego oczach. Gdyby wiedziała, ile bólu sprawiły mu te róże. Gdyby wreszcie zauważyła, co się dzieje w jego sercu.

Euzebiusz domyślił się, że bukiet podarował jej mężczyzna. Wiedział, że kobiety nie dają sobie kwiatów bez specjalnych okazji. Był zdruzgotany tym, że róże nie są od niego. Gdyby się tylko ośmielił, codziennie obsypywałby ją kwiatami, ale wtedy zdradziłby się ze swoimi uczuciami. Tego najbardziej się obawiał, a nawet wstydził.

Kamilka była u Ramzyńskich. Na stole leżała kartka: „Ciociu, przyjdź do pani Natalii.

Marysia wstawiła kwiaty do flakonu i szybko poszła do sąsiadów. Gdy weszła do ich mieszkania, Kamilka przywitała ją wylewnie i nawet Hortensja zaszczyciła ją swoją uwagą. W domu panowała cisza. To ją zaniepokoiło. Szybko weszła do gościnnego pokoju. Ramzyńscy siedzieli na kanapie. Piotr jakoś niezdarnie wstał na jej powitanie i Marysia poczuła, że stało się coś złego.

Piotr poprosił Kamilkę, żeby wyszła do drugiego pokoju, a Marysię, by usiadła. Po dłuższej chwili odezwał się drżącym, cichym głosem:

– Marysiu, zwalniają mnie, każą iść na emeryturę. Przychodzi nowy dyrektor, młody działacz partyjny, który poprowadzi szkołę jak należy. Tak mi oznajmiono w kuratorium. Będę pełnił swoje obowiązki do końca roku szkolnego.

– Jak mogli coś takiego zrobić? Przecież pan tę szkołę zorganizował od podstaw.

– Jestem w pełni sił i energii. Miałem tyle planów na rozbudowę i polepszenie warunków dla uczniów i personelu. Wiedzieli o moich planach i je akceptowali. Jestem niepewny politycznie, więc się mnie pozbywają. Wiedzą, że dostanę niską emeryturę, że nie będziemy mieli z Natalią z czego żyć. Robią to celowo. Oto zapłata za mój trud. Nie takiej Polski się spodziewałem.

– Czy nie może się pan odwołać?

– To nic nie da, jestem dla nich ideologicznie nieodpowiedni. Takie nastały teraz czasy.

Nie umiała ich pocieszyć. Zaprosiła na kawę i ciastka przywiezione z Poznania. Zawsze kupowała Kamilce ciastka, ale tym razem, jakby wiedziona jakimś przeczuciem, kupiła ich dużo więcej. Na kawę przyszedł także Euzebiusz, który przyniósł nalewkę wiśniową. Opróżnili we czworo całą butelkę, co poprawiło atmosferę.

Euzebiusz nie wiedział o decyzji kuratorium. Piotr chciał to ogłosić całemu personelowi znacznie później.

Marysia wkrótce musiała przestać się zajmować tym tematem, bo miała na głowie wiele obowiązków. W szkole musiała nadrabiać sobotnie nieobecności, zastępując koleżanki, które prowadziły za nią zajęcia. Do tego dochodziły prywatne lekcje angielskiego, które pozwalały jej wiązać koniec z końcem do każdej wypłaty.

Najważniejszą troską było kupno ubrania dla Kamilki na pierwszą komunię. Czasy były trudne. W państwowych sklepach nic nie można było dostać, a w nielicznych prywatnych ceny były wysokie. W tej sytuacji wyjęła z sekretarzyka jedną z ostatnich złotych carskich dziesięciorublówek i zaniosła ją do jubilera. Kwota, jaką otrzymała, powinna była wystarczyć na cały komunijny strój.

Chodząc z Kamilką po sklepach, wybrała ładną białą sukieneczkę, pończoszki i rękawiczki. Kłopot był z białymi pantofelkami, bo nie znalazły takich w żadnym sklepie. Obie zdecydowały, że wystarczą nowe białe tenisówki. Wianuszek miał być z asparagusa przetykanego białymi gipsówkami. Z welonu zrezygnowały. Dewocjonalia i świece załatwiła za przystępną cenę parafia, a białą wełnianą pelerynkę zrobiła w prezencie szydełkiem Natalia. Marysia obliczyła, że pieniędzy wystarczy na fotografa i skromne przyjęcie dla najbliższych przyjaciół.

Uporawszy się ze wszystkimi obowiązkami, dopiero nocami mogła się uczyć. Było jej ciężko, ale młody organizm szybko się regenerował, a krążąca wciąż w głowie myśl, że w sobotę spotka Romana, dodawała jej sił. Sobotnio-niedzielne wyjazdy do Poznania były do siebie podobne. Każdą sobotnią noc spędzali razem. Po takiej nocy Marysia rozkwitała. Nawet Ewa zauważyła zmianę w jej wyglądzie.

– Marysiu, przyznaj się, że zmieniłaś krem – mówiła. – A może bywasz u dobrej kosmetyczki? Wyglądasz coraz ładniej. Mówię to bez wielkiej radości, bo ja przy moich domowych obowiązkach czuję się wiecznie zmęczona, więdnę i w przeciwieństwie do ciebie tracę urodę.

Marysia nie mogła zdradzić swojej tajemnicy. To szczęście, które winno być udziałem każdej młodej kobiety, tak ją odmieniło. Od rozstania z Andrzejem aż do teraz przez długie lata miała same kłopoty: śmierć matki, troskę o bezpieczeństwo Kamilki, niepewność jutra. Po wojnie przyszła walka o byt i zwykła codzienność. Zapomniała, co to jest szczęście. Teraz musiała się ukrywać ze swoją radością. Nie pozwoliła Romanowi do siebie telefonować ani pisać listów. Nie chciała, żeby Kamilka wiedziała o jego istnieniu. Żyła dniem dzisiejszym i to jej na razie wystarczyło. Nadal czekała na odnalezienie się Marii, która zajmie się dzieckiem, a wówczas ona pomyśli o ułożeniu sobie życia. W gruncie rzeczy nie wyobrażała sobie rozstania z Kamilką. Kochała ją bardzo, ale miała świadomość, że kiedy upomni się o nią matka, będzie musiała się rozstać z bratanicą.

W dniu pierwszej komunii obie były zasępione. Biedne dziecko prócz Marysi, chrzestnej matki, nie miało przy sobie nikogo z rodziny. Obie starannie ukrywały swój smutek. Kamilka w białym stroju wyglądała prześlicznie. Jej rozpuszczone warkocze tworzyły spływającą na plecy kruczoczarną pelerynę, co w kontraście z bielą sukni i zielenią wianka z białymi kwiatami tworzyło wspaniałą całość.

Marysia nie mogła powstrzymać łez wzruszenia. Szybko pobiegła do łazienki pod pozorem, że musi poprawić makijaż. Bała się, że gdy Kamilka zobaczy płaczącą ciocię, sama się rozpłacze, a przecież to powinien być jeden z najpiękniejszych dni w jej życiu. Po mszy wszystkie dzieci zaproszono na plebanię. Tam czekało na nie kakao i drożdżowe ciasto.

Po zrobieniu zdjęć u fotografa Marysia zaprosiła najbliższych przyjaciół na skromny obiad. Nikt jeszcze wtedy nie urządzał wielkich komunijnych przyjęć. Na obiedzie byli państwo Ramzyńscy, Euzebiusz i zaprzyjaźniona z Marysią Halina, polonistka z liceum. Wszyscy starali się uprzyjemnić Kamilce ten ważny dla niej dzień. Pragnęli stworzyć taką atmosferę, by dziecko nie odczuło swego sieroctwa. Od Marysi Kamilka dostała złoty łańcuszek z krzyżykiem, od Euzebiusza piękne wydanie W pustyni i w puszczy, a do tego olbrzymią bombonierkę, od Haliny baśnie Andersena, a od Ramzyńskich wspomnianą już białą pelerynkę i wielką blachę sernika. Atmosfera była serdeczna, a wszystkie miłe słowa kierowano wyłącznie do Kamilki, żeby poczuła się w tym dniu ważną osobą.

Dziewczynka zaniosła prezenty do swojego pokoiku, żeby się nimi pochwalić przed Hortensją. Ale ta jak zwykle nie okazała żadnego zainteresowania. Kamilka poczuła się dotknięta.

– Chociaż dzisiaj, w moje święto, powinnaś okazać mi uczucie! Twoje puste oczy są zawsze jednakowe. Czasami zmieniają barwę z żółtej na ciemną, ale nigdy nie wyrażają emocji.

Kotka siedziała z nieodgadnioną, zupełnie obojętną miną. Ożywiała się tylko przy pełnej misce.

Marysia rozdzieliła zdjęcia z komunii. Część włożyła do albumu, a dwa – jedno, na którym były obie, i drugie, przedstawiające samą Kamilę – wysłała do Wilna na nowy adres Graźki. Na odwrocie napisała datę komunii i podała dokładny adres. Wciąż miała nadzieję, że Maria się odnajdzie i pierwsze kroki skieruje do Wilna. W liście prosiła Graźkę, która miała kontakt z mieszkańcami ich kamienicy, żeby skontaktowała się z Marią, o ile tamta się pokaże, i przekazała jej adres ze zdjęciami Kamilki. Był to dobry pomysł, który po dziewięciu latach dał rezultat. Okaże się jednak, że spotkanie tych trzech kobiet żadnej z nich nie przyniesie szczęścia.

Na razie życie toczyło się swoim torem. Marysia jeździła do Poznania na wykłady, a Kamilka zaczęła uczęszczać do ogniska muzycznego. Uczyła się gry na fortepianie. Początki przekazane przez Natalię bardzo jej się w dalszej nauce przydały.

Tymczasem liceum żyło w napięciu. Nie wiedziano, kto zastąpi „Ramzesa”. Ramzyński był ogólnie lubiany i grono pedagogiczne nie wyobrażało sobie szkoły bez niego. Wysłano nawet do kuratorium list z podpisami wszystkich nauczycieli z prośbą o pozostawienie go na stanowisku dyrektora. Po długim czasie przyszła odpowiedź, że decyzja już zapadła, a nowy dyrektor wcale nie będzie gorszy od pana Ramzyńskiego. Dodali jeszcze, że podziękują mu uroczyście za pracę przy zorganizowaniu szkoły. Klamka zapadła. W czasie uroczystości zakończenia roku szkolnego przedstawiciele władz szkolnych w kwiecistych słowach podziękowali odchodzącemu dyrektorowi za pionierską pracę, wręczyli mu jakiś dyplom i kopertę, po czym przedstawili nowego dyrektora.

Z grupki przybyłych gości wyłonił się niewielki mężczyzna o dużej głowie i czerwonej twarzy. Przy postawnym Ramzyńskim wyglądał jak karzeł. Zebrani nauczyciele myśleli, że zaczerwienił się z powodu tremy, jaką w tej chwili czuł. Później mieli się zorientować, że kolor jego twarzy brał się z irytacji, która bardzo często go nawiedzała. Po słowach powitania przyszły dyrektor zaczął mówić o swojej misji. Zapewnił, że zaprowadzi porządek i podniesie poziom ideologiczny młodzieży oraz nauczycieli. Brzmiało to tak, jakby dotąd w szkole panował bałagan i młodzież wraz z gronem pedagogicznym nie byli ideologicznie uświadomieni.

Widząc ironiczne uśmiechy nauczycieli, zrozumiał, że się zagalopował, ale nie umiał lub nie chciał się wycofać. Jego słowa poraziły słuchaczy, którzy od razu poczuli do niego antypatię. Po odjeździe gości wypadało wzajemnie się poznać, ale nauczyciele wraz z Ramzyńskim opuścili salę. Mały człowieczek został sam. Myślał mściwie, że jeszcze im pokaże, kto tu rządzi, i zmusi wszystkich do posłuszeństwa. Później, przez cały czas jego dyrektorowania, nie zdobył niczyjego szacunku. Musiał stale walczyć o swój prestiż. Na razie wszyscy cieszyli się z wakacji i każdy starał się gdzieś wyjechać.

Marysia uczyła się do egzaminów. Raz jeszcze zobaczyła się w sobotę z Romanem. Dalsze spotkania przełożyli na jesień.

W lipcu Kamilka wyjechała na kolonie do Rabki. Marysia po udanej sesji egzaminacyjnej musiała zostać w domu, bo rozpoczynano remont jej mieszkania. Euzebiusz gdzieś wyjechał, ale nikogo nie informował dokąd ani w jakiej sprawie. Wszyscy znajomi byli przyzwyczajeni do jego małomówności i do tego, że nikomu nie opowiadał o swojej przeszłości ani o swoich planach na przyszłość. Wylewny był tylko w jednej sprawie: kochał Polskę, ale nie robił tego na pokaz. Każde złe wydarzenie w kraju przeżywał tak, jakby cały ciężar zmartwień Polaków nosił na własnych plecach. Do tego też się wszyscy przyzwyczaili. Szanowali tego prawego, porządnego człowieka i jego tajemnice.

Teraz, w czasie remontu, Marysi bardzo go brakowało. Była bezradna wobec robotników przysłanych przez miasto. Pracowali na etacie, więc mogli przedłużać w nieskończoność remont każdego mieszkania. Od razu się zorientowali, że Marysia na niczym się nie zna. Oszukiwali ją na każdym kroku i wyłudzali pieniądze na piwo. Grozili, że jeśli nie wypiją, to sobie pójdą i zostawią wszystko rozgrzebane. W końcu, nie mając już do nich siły, zadzwoniła do władz miejskich ze skargą. Tam jej odpowiedzieli, że innych pracowników nie mają, a ci, którzy są u niej, też w każdej chwili mogą się zwolnić. Poproszą ich, żeby się pospieszyli ze skończeniem remontu, ale nie ręczą za skutek. Następnego dnia fachowcy zjawili się około południa i obrażeni oświadczyli, że skończą pracę dzisiaj, ale nie wyniosą drabin, resztek farb ani narzędzi. To będzie kara za to, że doniosła na nich do władz.

Akurat gdy jeden z nich kończył te groźby, w drzwiach ukazał się Euzebiusz. Na widok zapłakanej Marysi ogarnął go straszny gniew. Witając się, szepnął jej do ucha, że ma iść na spacer, a on już wszystko załatwi. Marysia wyszła z domu, ale wróciła się po książkę, którą kiedyś pożyczyła od Haliny. Nikt z obecnych nie zauważył jej powrotu. Usłyszała podniesiony głos Euzebiusza:

– Wy jesteście partaczami, a nie żadnymi majstrami. Kurwa wasza mać, jak za parę godzin nie wykończycie roboty i nie posprzątacie po sobie, to wam nogi z dupy powyrywam!

– Panie kierowniku, zrobimy wszystko, co pan każe.

Marysia niepostrzeżenie wycofała się z przedpokoju. Idąc do Haliny, rozmyślała o wybuchu Euzebiusza. Nie miała pojęcia, że potrafi operować takim słownictwem. Widać robotnicy byli przyzwyczajeni do takich dosadnych słów i to one do nich docierały.

Kiedy po paru godzinach z bijącym sercem zjawiła się w domu, całe mieszkanie było wysprzątane, a Euzebiusz wyszedł jej na powitanie z miną triumfatora. Marysia z radości rzuciła mu się na szyję. Euzebiusz stał jak skamieniały. Wyraz triumfu zniknął mu z twarzy, a pojawiło się na niej osłupienie. Nie potrafił udźwignąć szczęścia, jakie go w tej chwili spotkało.

Widząc zmianę na jego twarzy, Marysia poczuła zażenowanie i opuściwszy ręce, przeprosiła go za swoją spontaniczność. Oboje poczuli się dziwnie i rozeszli się do swoich mieszkań. Euzebiusz nie pokazał się do wieczora. Rozpamiętywał swoje szczęście. Wreszcie mógł obronić swoją „damę serca” przed łajdakami i został za to sowicie wynagrodzony. Wiedział, że zrobiła to tylko z wdzięczności. Nie śmiał nawet myśleć, że mogłaby się nim zainteresować jako mężczyzną. Wystarczyło mu to, że ją kocha i może się opiekować nią i dzieckiem. Do Kamilki bowiem też był przywiązany jak do własnego dziecka.

Ramzyńscy musieli opuścić służbowe mieszkanie. Od września miał je zająć nowy dyrektor. Od miasta dostali dwa pokoje z kuchnią i łazienką na pierwszym piętrze. Poprzedni lokator zdemolował to mieszkanie i trzeba było w krótkim czasie przeprowadzić generalny remont. Piotr spędzał całe dnie w otrzymanym lokalu, pilnując robotników, a Natalia pakowała rzeczy. Robiła to sama, bo Marysia była w tym czasie zajęta własnym remontem, a Kamilka przebywała na kolonii. Spotykali się wieczorami na herbacie, by podziwiać ze wspólnego tarasu otaczającą zieleń, śpiew słowików i gwiazdy zapalające się jedna po drugiej na niebie. Wiedzieli, że kończy się pewien etap wspólnego borykania się z życiem. Przyjaźń przetrwa, ale nie będą już blisko siebie.

Natalia pogodziła się już częściowo z krzywdą i upokorzeniem, jakie spotkały jej męża, ale trudno jej było się rozstać z dotychczasowym mieszkaniem, a zwłaszcza z Marysią i Kamilką. Stanowili jedną rodzinę.

Parę dni po skończeniu remontu wróciła z kolonii Kamilka i Marysia zabrała ją nad morze. Miejscowość W. leżała na obrzeżu bukowych lasów wyspy Wolin, jakieś dwa kilometry od morza. Nie było to uciążliwe, bo widok wspaniałych drzew i zapach leśnych kwiatów dawał tyle doznań, że zapominało się o odległości. Niewielki ośrodek wczasowy miał dziesięć dobrze zaopatrzonych drewnianych domków, barak przeznaczony na świetlicę i wspólny węzeł sanitarny z ciepłą wodą. Jego obsługą zajmowało się starsze małżeństwo, które jakby się uwzięło, żeby uprzykrzyć życie wczasowiczom. Tacy już byli.

Całego terenu pilnował Nero, duży pies, w którego żyłach płynęła krew wszelkich ras. Podobnie jak jego właściciele, nie był życzliwie ustosunkowany do ludzi, z tą różnicą, że on przynajmniej nie szczekał na wczasowiczów. Leżąc przy otwartej bramie, obserwował dokładnie wysiadających z autokaru przyjezdnych. Stąd wiedział, kto ma prawo przebywać w ośrodku. Nigdy do nikogo się nie łasił, ale też nie warczał. Były jeszcze dwie kotki syjamskie, które wciąż toczyły z sobą boje na podwórku. Wówczas Nero wkraczał, warczał groźnie i rozpędzał koty. Dzieciom łaskawie pozwalał się głaskać. Warto o nim wspomnieć, bo to był wyjątkowy pies. Marysia z Kamilką przyjeżdżały potem do W. jeszcze wiele razy, a Nero zawsze udawał, że ich nie zna. Kochał swoich właścicieli i nikogo więcej. Karmiony smacznymi kąskami pieczonego mięsa, nie okazywał sympatii. Nigdy też nie merdał ogonem.

Podczas któregoś z kolei pobytu w W. Marysia z Kamilką zauważyły, że Nero biegał do każdego autobusu przyjeżdżającego z Kamienia Pomorskiego. Pilnie obserwował wysiadających pasażerów, po czym odchodził ze spuszczoną głową. Gospodyni ośrodka wyjaśniła Marysi, że on czeka na swego pana. Mąż pojechał autobusem do Kamienia Pomorskiego i już nie wrócił. Zmarł w szpitalu, a pies wciąż na niego czeka. Po tych słowach się rozpłakała, a Marysia poczuła współczucie dla tej w gruncie rzeczy źle usposobionej do ludzi kobiety.

Po jakimś czasie kierownictwo ośrodka przejęła młoda kobieta z sąsiedztwa. Jej poprzedniczka miała prawo mieszkać dożywotnio w domu należącym do obiektu. Między kobietami wciąż wybuchały konflikty na tle obecności psa w ośrodku. Starsza pani broniła Nera jak lwica. Kiedyś doszło nawet do rękoczynów. Właścicielka Nera zmarła nagle, a problem psa pozostał. Nero zdziczał. Nawet dzieciom nie pozwolił się do siebie zbliżyć. Patrzył wrogo na wczasowiczów, przestał jeść i błędnym wzrokiem obserwował otoczenie. Zaczęto się obawiać, że może kogoś zaatakować i zrobić mu krzywdę. Weterynarz musiał go uśpić.

Oddany przyjaciel swoich właścicieli nie chciał bez nich żyć. Być może gdzieś w zaświatach kroczy jak pies Piłata z Mistrza i Małgorzaty Bułhakowa za swoimi właścicielami, których kochał i którym do końca był wierny.

Marysia z Kamilką wróciły opalone i wypoczęte. Hortensją pod ich nieobecność zajmował się Euzebiusz. Kotka była obrażona i nie wyszła na ich powitanie, karząc je w ten sposób za długą nieobecność. W domu zastały olbrzymi bukiet kwiatów pochodzących z ogródka Euzebiusza. Ramzyńscy już się wyprowadzili na drugi koniec miasta, a nowi mieszkańcy odgrodzili połowę tarasu deskami. Nie chcieli mieć żadnych kontaktów z sąsiadami. Marysię to zdziwiło, ale z czasem się do tego przyzwyczaiła, zwłaszcza gdy pewnego razu nowa pani dyrektorowa na jej powitanie odwróciła twarz w drugą stronę.

Z nastaniem roku szkolnego w liceum zapanował rygor. Dyrektor napisał nowy regulamin i wywiesił go w gablotce. Marysi rozkazał, by na rozpoczęcie roku wystąpiła ze swoim chórem. Forma polecenia jej nie odpowiadała, ale nie chciała zatargów z nowym dyrektorem.Rozczarowanie

Kiedy wszyscy zebrali się w auli i chór był gotowy do występu, dyrektor wprowadził do sali specjalnych gości. Marysia osłupiała. Wśród przybyłych zobaczyła bowiem Romana. Natychmiast odwróciła głowę w kierunku swego zespołu. Tymczasem dyrektor prezentował gości, mówiąc, że są to przedstawiciele powiatowego komitetu partii, a opiekunem ich szkoły jest nowy sekretarz propagandy towarzysz Roman Kocuń.

Marysi ze zdenerwowania trzęsły się ręce, co utrudniało dyrygowanie. Uważała, że przeniósł się do S., żeby ją osaczyć. Do tego dopiero teraz się dowiedziała, że on jest działaczem partyjnym. Starała się nie widzieć, co się wkoło niej działo. Dyrygując automatycznie, myślała, jakie będzie ich spotkanie. Bardzo chciała go uniknąć.

Po skończeniu części artystycznej, którą dyrektor poprzedził przemową i przedstawieniem przybyłym gościom swojej żony, kazała chórzystom zająć miejsca na wolnych krzesłach, a sama usiadła w drugim rzędzie, obok innych nauczycieli. Kierowca, który przywiózł gości, wniósł olbrzymi bukiet czerwonych róż i czekał na dalsze dyspozycje. Kocuń tymczasem wygłaszał mowę, której treść do Marysi nie docierała. Wciąż była w szoku. Ocknęła się dopiero, gdy zobaczyła Romana stojącego nad nią z tym wielkim bukietem i proszącego, by przyjęła kwiaty w podzięce za piękny występ chóru. Nie pozwolił jej wstać, a wręczając bukiet, pocałował Marysię w rękę, głęboko zajrzał jej w oczy i odszedł.

Na sali zapanowało zdziwienie, a później rozległy się oklaski i wszyscy wstali. Marysia też wstała. Drżącym głosem podziękowała za kwiaty, dodając, że należą się one całemu zespołowi. Po jej słowach rozległy się jeszcze głośniejsze oklaski. Był to dowód, jak bardzo lubiła ją młodzież.

Dyrektor z żoną nie brali udziału w tym powszechnym entuzjazmie. Oboje czuli się urażeni. Według ich mniemania te kwiaty powinien był dostać dyrektor lub jego małżonka.

Marysia nie zdawała sobie sprawy, ilu wrogów przysporzy jej ten incydent. Później zła energia wciąż wokół niej krążyła. Pan Zając, nowy dyrektor szkoły, nie ukrywał urazy i przy każdej okazji dawał tego dowody. Nieżyczliwość z jego strony miała jeszcze inny powód: nie mógł znieść, że Marysia utrzymuje przyjacielskie kontakty z Ramzyńskimi. Uważał to za zniewagę dla swojej osoby. Usiłował zatrzeć pamięć o byłym dyrektorze, bo miał w stosunku do niego kompleks niższości.

W październiku rozpoczynały się zajęcia na studiach. Marysia bardzo chciała zobaczyć się z Romanem, a z drugiej strony miała wątpliwości, czy będzie mogła dalej utrzymywać z nim znajomość. Nie akceptując ustroju politycznego ówczesnej Polski, nie wyobrażała sobie współżycia z przedstawicielem władzy. Było to uzasadnienie ideologiczne, ale tęsknota za mężczyzną, który w pełni zaspokajał ją seksualnie, a do tego wciąż okazywał uwielbienie i zachwyt przy każdym zbliżeniu, rodziły w niej chęć do dalszych spotkań.

Jednocześnie dręczył ją niepokój spowodowany zatrzymaniem się okresu. Na menopauzę było jeszcze za wcześnie. Dotąd nie przyszło jej do głowy, że może zajść w ciążę, a teraz zaczęła się tego obawiać. Bała się złośliwych języków ludzi i kompromitacji wśród kolegów. Dobrze pamiętała, jak ją nazywano panną z bękartem. Nie pomagały tłumaczenia władz szkolnych. Znalazły się matki, które nadal uważały, że Kamilka jest jej córką, i zbierały podpisy z protestem, którego treścią było żądanie zwolnienia Marysi ze szkoły jako kobiety niemoralnej. Teraz na szczęście obie z Kamilką miały to już za sobą. Nie miała pojęcia, co zrobi, jeśli okaże się, że jest w ciąży. Tym razem by jej nie darowali. Nie miała nikogo, kto by ją obronił.

W sobotę, wybierając się do Poznania, postanowiła poinformować o swoich obawach Romana. Wiedziała, że to będzie żenująca rozmowa, ale musiała ją przeprowadzić. Kiedy szła na dworzec, serce trzepotało jej z przejęcia. Radość ze spotkania mieszała się z obawą o reakcję na jej wyznanie. Na peronie zobaczyła go, jak szedł w jej kierunku z drugiej strony dworca. Po drodze zatrzymała ją jakaś kobieta z dwójką dzieci, pytając, gdzie jest wyjście do miasta. Odpowiadając kobiecie, była odwrócona tyłem do Romana. Nagle usłyszała radosny okrzyk dzieci:

– Tatusiu, skąd wiedziałeś, że dzisiaj przyjedziemy?

Marysia odwróciła się i stanęła jak wryta. Za nią stał Roman otoczony tulącymi się do niego dziećmi. Po chwili odzyskała władzę w nogach i ruszyła jak automat do pociągu. Nie odwracając się za siebie, weszła do wagonu i usiadła po przeciwnej stronie od peronu, żeby nie widzieć Romana z jego rodziną. Nie mogła sobie darować. Ona, tak wrażliwa na kwestie moralne, stroniąca od mężczyzn, dała się nabrać na takie oszustwo. Uległa urokowi głosu podobnego do Andrzeja, później zapewnieniom, że są wolnymi ludźmi i mają prawo do szczęścia. W swojej naiwności we wszystko uwierzyła, a później zatraciła się w namiętności. Stwierdziła, że na szczęście go nie kocha, a tylko pragnie. Było to pewnym pocieszeniem, ale i tak czuła się zbrukana. Pierwszy raz w życiu poczuła, że zbłądziła i trudno jej będzie patrzeć w oczy przyjaciołom. Chciało jej się wyć z beznadziejnej rozpaczy. Na szczęście nie była sama w przedziale, więc musiała się opanować. Zaczęła udawać, że czyta jakiś tygodnik. Litery latały jej przed oczami. Nie widziała tekstu, a tylko oczy Romana i jego fałszywe rozkochane spojrzenie.

Nie pamiętała, jak dojechała do Poznania. Błąkała się bez celu po ulicach. Zapomniała potwierdzić rezerwację w hotelu. Miała szum w uszach i ucisk w piersiach. Wreszcie uświadomiła sobie, że musi iść na uczelnię. Przyszła na ostatnią chwilę. Nie miała nawet czasu przywitać się z Ewą, która widząc bladość Marysi, spytała szeptem o przyczynę jej wyglądu.

Rozpoczął się wykład i Marysia szczęśliwie nie musiała odpowiadać na pytanie Ewy. Słowa wykładowcy do niej nie docierały. W pewnej chwili zrobiło jej się niedobrze. Myślała, że zaraz zacznie wymiotować. Dyskretnie opuściła salę wykładową i pobiegła wprost do toalety. Ledwie zdołała zamknąć za sobą drzwi. Oparta o ścianę próbowała otworzyć kabinę, gdy pociemniało jej w oczach i trzymając się ściany, usiadła na podłodze. Poczuła ostry ból w podbrzuszu. Zwinęła się w kłębek, a później już nic nie czuła.

Zaniepokojona długą nieobecnością Marysi Ewa opuściła wykład i pobiegła do najbliższej toalety. Widok, jaki ujrzała, tak ją przeraził, że dłuższą chwilę nie mogła się ruszyć. Nieprzytomna Marysia leżała z podwiniętymi kolanami na podłodze, a tam, gdzie kończyła się spódnica, cienką strugą ciekła krew. Tymczasem skończył się wykład i wysypująca się z sali młodzież spieszyła w różne strony, a część dziewcząt chciała skorzystać z toalety. Ewa na tyle oprzytomniała, że poprosiła jedną z koleżanek, żeby nikogo nie wpuszczała, a sama pobiegła do dziekanatu zadzwonić na pogotowie.

W szpitalu na Polnej zdiagnozowano samoistne poronienie. Ewa cały czas czuwała przy chorej. Na szczęście dyżur w szpitalu miał jej mąż, który po skończonym zabiegu poinformował Ewę, że pacjentka musi zostać parę dni w szpitalu. Marysia poprosiła Ewę, żeby zadzwoniła z informacją o jej pobycie w szpitalu do Haliny, która w czasie jej nieobecności opiekowała się Kamilką.

Halina była jej najlepszą przyjaciółką i kochała Kamilkę jak własne dziecko. Po śmierci męża została zupełnie sama; obie z Marysią wzajemnie się wspierały. W liceum uczyła języka polskiego, a młodzież bardzo ją lubiła. To ona miała zawiadomić dyrekcję oraz uczniów o nieobecności Marysi. Powodem pobytu Marysi w szpitalu, jaki podała jej Ewa, było zapalenie narządów rodnych.

W tym czasie niespodziewanie odwiedził szkołę Kocuń, prosząc dyrektora, by go skontaktował z panią Cisło w sprawie jednolitych strojów chóru, na które liceum otrzymało dotację. Był to wybieg Romana, który chciał się koniecznie zobaczyć z Marysią. Dowiedziawszy się, że jest na chorobowym i leży w szpitalu, ledwie opanował przerażenie. Szybko pożegnał się z dyrektorem i opuścił szkołę. Nie mając wiadomości o stanie zdrowia Marysi, czuł wielki niepokój, ale był bezradny. Nie wiedział, gdzie i w którym szpitalu ona leży.

Po paru dniach Marysia wróciła do domu, mając w karcie informacyjnej takie rozpoznanie, jakie przekazała Halinie Ewa. Na prośbę żony lekarz, narażając się na ewentualne konsekwencje, podał numer choroby niezgodny z prawdą. Ewa usiłowała w ten sposób ochronić przyjaciółkę od zjadliwych plotek w miejscu jej pracy.

Marysia straciła dużo krwi i była osłabiona. Stres, jaki przeżywała w ostatnich dniach, spowodował u niej nastrój depresyjny. Nie chciała żyć. Kamilka nic nie zauważyła. Cieszyła się z powrotu cioci i starała się jej pomagać w pracach domowych. Przed południem, kiedy Marysia była sama w domu, cichutko zapukał do drzwi Euzebiusz. Wszedł do pokoju z bukietem astrów i chwilę stał bez słowa. Poraził go wygląd Marysi. Bladość twarzy oraz ciemne obwódki wokół oczu zmieniły jej wygląd do tego stopnia, że z wrażenia zaschło mu w gardle. Po chwili podszedł do niej i całując w rękę, usiłował coś powiedzieć. Długo trzymał jej dłoń i z wielkim uczuciem patrzył jej w oczy. Wiedział, że ją kocha, ale w tej chwili uświadomił sobie jak bardzo. Chciał ją jakoś pocieszyć, przyjść z pomocą, ale nie wiedział jak. Wreszcie odezwał się ochrypłym głosem:

– Pani Mario, proszę się do mnie zwracać ze wszystkimi kłopotami. Wszystko załatwię i będę szczęśliwy, jeśli na coś się przydam. Bardzo niepokoiliśmy się tu o panią. Dzięki Bogu jest już pani wśród nas.

Marysi zaszkliły się oczy. Wzruszyły ją słowa Euzebiusza. Czując, że zaraz się rozpłacze, podbiegł do niej i ucałował obie jej ręce. W tym momencie coś w niej pękło. Zaniosła się głośnym płaczem, jak to robią skrzywdzone dzieci.

Euzebiusz posadził ją ostrożnie na kanapie i trzymając ręce Marysi w swoich dłoniach, zaczął do niej przemawiać jak do dziecka. Zmęczona płaczem, odchyliła głowę do tyłu i widać było, że usypia. Euzebiusz położył jej nogi na kanapie, zdjął jej buty, przykrył całą pledem i po cichu opuścił pokój.

Chodząc nerwowo po swoim mieszkaniu, poczuł wilgoć spływającą po policzkach. Od wielu lat nie płakał. Ostatni raz, kiedy się dowiedział, że całą jego rodzinę wywieziono na Sybir. Teraz płakał z bezsilności, wiedząc, że jego ukochana cierpi, a on nie może jej pomóc. Czuł, że poza chorobą coś ją jeszcze gnębi, ale nie miał pojęcia co, i to powodowało jego bezradność.

Kocuń, mimo zakazu Marysi, kilkakrotnie do niej dzwonił. Za każdym razem odkładała słuchawkę. Nie chciała mieć z nim nic wspólnego. Roman usiłował jej wytłumaczyć, że z żoną od dawna żyją w separacji, a wtedy na dworcu z dziećmi była jego siostra, która je wychowuje. Jego żona od paru lat mieszka z innym mężczyzną, z którym ma już córkę, a starszymi dziećmi w ogóle się nie interesuje. Nie mógł Marysi tego wyjaśnić, bo odsyłała też jego listy, żadnego z nich nie otwierając. Dla niej Roman był smutną, gorzką przygodą, do której nie chciała już wracać. Żal jej było tylko utraconego dziecka.

Po paru dniach przebywania w domu rozpoczęła zajęcia w szkole. Wszyscy zauważyli, że zeszczuplała, ale jej piękne, zawsze błyszczące oczy nabrały dawnego blasku. Usiłowała się pogodzić z losem, a praca, którą lubiła, bardzo w tym pomagała. Musiała też szybko nadrobić zaległości na uczelni. Pomogła jej w tym Ewa, przysyłając odpisy notatek i lektury. Pracę magisterską miała już złożoną u promotora. Czekała na spotkanie z nim dla omówienia ewentualnych poprawek.

Tak się szczęśliwie dla niej złożyło, że ostatnie zajęcia na uczelni wypadły w czasie jej choroby, więc nie musiała się spotkać z Romanem. Pozostały egzaminy w lutym, do których też należało się dobrze przygotować. Żeby nie rozczulać się nad sobą, zajęła się intensywnie nauką i próbami chóru. Prywatnych korepetycji nie udzielała, bo całe popołudnia miała zajęte. Przyrzekła sobie, że nigdy nie będzie brała udziału w rozmowach, podczas których osądza się moralność innych ludzi. Zrozumiała, że każdej kobiecie może się zdarzyć to, co jej. Tyle że ona była sama ze swoim smutkiem. Nikomu nie mogła się zwierzyć. Tylko Ewa wiedziała o jej ciąży, ale nic nie wiedziała o ojcu dziecka, a delikatność nie pozwoliła jej o to zapytać. Marysia była świadoma, że Euzebiusz jest jej wypróbowanym przyjacielem, ale jemu też nie mogła powiedzieć prawdy. Tak już musiało zostać.
mniej..

BESTSELLERY