Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Oczy Królowej. Część I: Skarb Pustyni. Tom I - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
15 marca 2026
24,00
2400 pkt
punktów Virtualo

Oczy Królowej. Część I: Skarb Pustyni. Tom I - ebook

W niedalekiej przyszłości, po wielkiej katastrofie, która zdziesiątkowała ludzkość, na świecie powstały supernowoczesne państwa-miasta, w których władzę sprawują tajemniczy Wielcy Rządzący. Obywatele podzieleni są na kategorie i poddani absolutnej kontroli przez cybernetyczną władzę, a zamiast waluty wprowadzono ogólnoświatowy system punktowy, nagradzający posłusznych i karzący nieposłusznych osobników. Elena jest na poziomie F i należy do kasty biedoty. Nie ma rodziców, bo zabrano ich gdy była dzieckiem i opiekuje się nią robot. Za kilka miesięcy skończy dwadzieścia jeden lat i zostanie poddana obowiązkowej sterylizacji. Zamknięta w sobie i nieufna, często ucieka na pustynię, odgradzającą jej miasto od reszty świata, aby tam rozmyślać o śnie, który dręczy ją od dłuższego czasu. Przypadkowe odkrycie w Świątyni Starożytności rozpocznie w jej życiu nieoczekiwany splot zdarzeń, które uświadomią jej, że świat nie jest do końca taki, jak jej wmawiano od dziecka.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397467293
Rozmiar pliku: 759 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ I

Pustynia ciągnęła się jak okiem sięgnąć. Zewsząd otaczała ją bezmierna pustka. Tylko szary piach i szare niebo z ciężkimi, ołowianymi chmurami. Uwielbiała tę przestrzeń.

Siedziała na skraju wydmy i patrzyła na zachodzące słońce. Była tak daleko od Serca, że z tej odległości nie widać było nawet ostatnich strażnic. Tylko ona i płaska przestrzeń, nienaruszona żadną oznaką cywilizacji.

Lubiła tu przychodzić i rozmyślać. Tak po prostu, o wszystkim i o niczym. Wiedziała, że po zmroku nie wolno jej było pozostawać poza Sercem, ponieważ nie miała jeszcze dwudziestu jeden lat, ale mimo to przeciągała chwilę odjazdu najbardziej jak się dało.

Patrząc w pomarańczowo-złote błyski słońca przezierające zza chmur, przeczesywała sypki piasek w dłoniach okrytych czarnymi, skórzanymi rękawiczkami. Nie chciała wracać. Tutaj było tak cicho. Tylko wiatr słyszał jej myśli. Wreszcie i ona sama mogła usłyszeć swoje myśli, tak często zagłuszane przez niekończące się odczyty, zjazdy, inauguracje i święta. Niekończące się atrakcje, które coraz bardziej ją nużyły.

Wtem w wewnętrznej części jej prawej dłoni zabłysło pomarańczowe światełko. Pomimo rękawiczki zdołała policzyć, że zamrugało dokładnie trzy razy. Westchnęła. Pora wracać.

Podniosła się z wydmy i ruszyła w stronę pojazdu. Przycisnęła dłoń do tablicy i dwukołowy motor zadrżał i z cichutkim szmerem uniósł się kilka centymetrów nad ziemią. Tablica rozbłysła na niebiesko.

– Witaj, Eleno – odezwał się z pojazdu przyjemny głos.

Dziewczyna siadła okrakiem na motorze i w tej samej chwili przezroczysta osłona okryła ją i cały pojazd niczym kokon. Zastartowała i motor z impetem ruszył przed siebie, wzbijając tumany kurzu. Popatrzyła na liczniki, które wyświetliły się na przedniej szybie osłony. Była spóźniona. Brama Serca została właśnie zamknięta.

– A niech to, znowu się będę musiała tłumaczyć… – mruknęła zwiększając prędkość.

Jej pojazd, wyglądający jak srebrny pocisk, mknął teraz z zastraszającą szybkością, ale na niej nie robiło to wrażenia. Przyzwyczaiła się do tego, chociaż jej opiekunowie przestrzegali ją przed zbyt szybką jazdą. Na okrągło jej powtarzali, że jadąc tak szybko może się rozbić, narobić szkody sobie, całemu społeczeństwu i narazić na straty Wielkich Rządzących. A argument dotyczący Wielkich Rządzących kończył każdą dyskusję.

Na horyzoncie pojawiła się pierwsza strażnica i Elena zaczęła hamować. Światła na wysokiej wieży skierowały się prosto na nią, a jeden ze strażników wycelował w nią pistoletem z czerwonym czytnikiem kodu.

– Uaktywnij się! – zażądał.

Elena przyciskiem otworzyła przezroczystą osłonę pojazdu i wystawiła prawą rękę do góry. Wiązka lasera zeskanowała jej dłoń, a pistolet, który trzymał mężczyzna, wydał z siebie przenikliwy pisk.

– Numer 2024248989 z parceli 113 – powiedział strażnik, odczytując licznik na pistolecie. – Masz pięć minut spóźnienia.

– No wiem, wiem… – burknęła pod nosem.

Nie znosiła strażników. A najbardziej nie znosiła tego, jak mówili do niej po numerze.

– Widzę, że to nie pierwsze twoje spóźnienie. Zebrała się już tego cała godzina – dodał, przesuwając palcem po ekranie.

Drugi ze strażników tymczasem bacznie się jej przyglądał. Elena nie lubiła go. Zawsze wymyślał jej jakieś paskudne zadania. Jakby czytając w jej myślach, powiedział coś do pierwszego strażnika, a ten znów wycelował pistoletem w jej dłoń.

– Zgodnie z kodeksem bezpieczeństwa…

– O nie… – mruknęła, przeczuwając najgorsze.

– Zgodnie z kodeksem bezpieczeństwa – powtórzył głośniej – odrobisz tę godzinę w Świątyni Starożytności.

– O nie! Tylko nie to! – zawołała gniewnie, opuszczając rękę.

– Numer 2024248989, chcesz dostać kolejną naganę? – zawołał strażnik. – Ręka do góry! Za stawianie oporu strażnikom otrzymujesz kolejną godzinę.

Zacisnęła mocno szczęki. Strażnicy byli absolutnie bezkarni. Poprzez dostęp do bazy danych wiedzieli wszystko o wszystkich obywatelach miasta i nie sposób było przed nimi cokolwiek ukryć. Nie mogła nawet napisać na nich skargi, bo nie była jeszcze w pełni dorosła, a skarga i tak na niewiele by się zdała.

Elena pochodziła z uboższej parceli i mieszkała w gorszej dzielnicy, nie miała dodatkowych punktów pochodzenia, ani genów ponadnaturalnych. Nie miała nawet prawdziwych opiekunów, tylko takich jak większość biedoty – wymienianych co kilka lat i to jeszcze na starym oprogramowaniu. Gdyby chociaż zapisała się jak większość dziewcząt w jej wieku do służby świątynnej, mogłaby liczyć na jakieś względy. Ale z drugiej strony służba łączyła się także z pewnymi obowiązkami, które dla niej były niemożliwe do zaakceptowania, jak choćby te wyzywające tańce przed posągiem Kronosa na każdej cotygodniowej uroczystości.

Niechętnie podniosła rękę do góry, a strażnik znów wycelował w nią czerwoną wiązką lasera. Na wewnętrznej stronie jej dłoni pojawił się czerwony symbol, który zamigotał, a potem zgasł.

– Możesz jechać – oznajmił strażnik.

Bez słowa zasunęła z powrotem przesłonę i przejechała przez bramę. Skierowała swój pojazd na lewo, na jedną z mniej uczęszczanych dróg. Teraz przed sobą miała ubitą ziemię, która wznosiła się łagodnie. W dali widziała już światła okalające wysokie mury Serca. Wiedziała, że jak tylko przekroczy te mury, nie będzie już miała czasu na rozmyślanie. Szum wiecznie żywego miasta-państwa i nawał obowiązków, nie pozwolą jej skupić się na niczym.

Ostatni raz, przed przekroczeniem bramy, wspomniała swój sen, który nawiedzał ją przez ostatnie miesiące. W tym śnie wciąż przemierzała pustynię, szukając jakiegoś ukrytego skarbu. W poszukiwaniach pomagał jej mały chłopiec ubrany w długą, białą sukienkę. Chłopiec trzymał w dłoni kijek i poganiał jakieś czworonożne zwierzątko o miękkiej sierści. Nigdy jeszcze nie widziała takiego zwierzęcia.

Jej srebrny pojazd zatrzymał się tuż przed wykutą z czarnego kamienia bramą. Wysoka na kilkadziesiąt metrów ściana granitu oddzielała Serce od reszty świata. Elena bez słowa wyciągnęła rękę i pozwoliła zeskanować sobie dłoń przez kolejnych strażników. Usłyszała ich złośliwe komentarze o dodatkowych godzinach w Świątyni, ale tym razem puściła je mimo uszu. Ze strażnikami Bramy Serca trzeba było uważać. Oni nie byli tak wyrozumiali jak strażnicy z pustyni. Czuli się znacznie pewniej będąc tak blisko miasta, a przez to byli jeszcze bardziej bezkarni. I brutalni. Tutaj za wdawanie się z nimi w dyskusje można było oberwać paralizatorem. Elena na lewym przedramieniu do tej pory miała ślad po zeszłorocznej wymianie zdań, a poszło tylko o to, że nie odpowiedziała na pytanie strażnika wystarczająco szybko i wystarczająco uprzejmie. Inna sprawa, że ten strażnik zaczął jej składać jakieś dziwne, dwuznaczne propozycje. W odpowiedzi usłyszał od niej, co ona myśli o takich propozycjach. Na szczęście skończyło się tylko na uderzeniu paralizatorem. Od tamtej pory udaje przed nimi lekko stukniętą, taką trochę z niepełną liczbą genów. Strażnicy myślą przez to, że jest trochę wolna i nienormalna, więc już jej nie zaczepiają. Bo przecież nikt nie chciałby zadawać się z kimś z niepełną liczbą genów.

Jej latający pojazd przejechał przez bramę i wjechała w sam środek ruchliwej powietrznej drogi. Ze wszystkich stron pędziły latające pojazdy, ale nie takie jak jej, jednoosobowe motory, ale kilkuosobowe autoloty. Z trudem wbiła się w tę plątaninę tuneli pełnych świateł i podświetlonych migoczących od reklam korytarzy. Z wysokich budynków błyskały neony informujące o kolejnym odczycie, zjeździe lub święcie. Hologramowe postacie zapraszały do kupna ekskluzywnych produktów z bio-jedzenia. Na jednym z nich piękne panie uśmiechały się kusząco, wkładając sobie do ust zielone winogrona. Bio-jedzenie było teraz najbardziej w modzie, ale to były tylko przysmaki bogaczy. Eleny nie było stać na nie.

Przejechała pomiędzy dwoma srebrnymi budynkami, na których pojawiały się hologramy dziewcząt ubranych w białe szaty. Tańczyły w dziwacznych figurach, trzymając się za ręce.

„Dołącz i ty do służby świątynnej, a spotka cię wielka łaska boga Kronosa” – głosił napis nad nimi.

Elena westchnęła tylko i odwróciła wzrok.

Minęła bocznym korytarzem samo centrum miasta. O tej porze zazwyczaj odbywała się tam wieczorna parada ku czci boga Kronosa i wszystkie podziemne jak i nadziemne przejazdy były zamknięte. Na szczęście te parady nie były obowiązkowe, więc Elena bez obawy o utratę punktów, mogła je omijać z daleka. Musiała jednak, tak jak każdy obywatel Serca, uczestniczyć co tydzień w uroczystościach ku czci Kronosa. Za nieobecność groziło odjęcie punktów, a nawet wtrącenie do więzienia.

Każdy obywatel Serca w chwili narodzin otrzymywał tysiąc punktów, jako pakiet startowy. Dodatkowe tysiąc można było dostać za pochodzenie, na przykład od rodów królewskich lub od wielkich starożytnych. Najwięcej punktów otrzymywało się za każdy dodatkowy nadnaturalny gen, jak szybkość, wyostrzone zmysły czy inne super moce. Elena, ponieważ urodziła się z dwojga zwykłych ludzi, jak to wykazała jej karta w Chowie, do którego ją przyniesiono jako niemowlę, nie dostała na starcie żadnych dodatkowych punktów.

Od dwunastego roku życia można było samemu zdobywać swoje punkty, na przykład działając na rzecz publicznego pożytku, czy to będąc strażnikiem, czy w służbie świątynnej, czy za wyjątkowe osiągnięcia w nauce w dziecięcych uczelniach. Punkty dostawało się też za uczestnictwo w zjazdach, świętach i wszystkich innych uroczystościach ku czci boga Kronosa. Z tym, że nie można było sobie tak po prostu na nie przyjść i popatrzeć, trzeba było brać aktywny udział w orszaku uwielbiających, czego Elena strasznie nie znosiła.

Za zdobyte punkty dostawało się wszystko, co człowiekowi było potrzebne do życia, przyjemności i wypoczynku. Miało się lepsze jedzenie, lepsze ubranie, a nawet nowocześniejsze mieszkanie. Otrzymywało się też więcej przywilejów. Można było na przykład samemu wybrać sobie swoich opiekunów, lub partnerów, gdy było się dorosłym i mieć na własność dzieci, z tym, że rodzenie i wychowywanie dzieci było przywilejem tylko dla najbogatszych. Reszta obywateli, którzy przed dwudziestym pierwszym rokiem życia nie zdobyli określonej liczby punktów, podlegała dożywotniej sterylizacji, szczególnie kobiety, bo dla mężczyzn nie było to obowiązkowe. Jeśli mimo wszystko ktoś chciał mieć dziecko, musiał składać podanie o konkretne dziecko z określonym rodzajem genów do Punktu Urodzeń, oddać swoje gamety i czekać na rozpatrzenie wniosku. Można też było zgłosić się do Chowu po gotowe dziecko wyprodukowane syntetycznie z Wielkiej Puli Genów, lub takie, które zostało pozostawione przez poprzednich rodziców. Płodzenie naturalne było bardzo drogie, niemal zakazane wśród biedoty.

Wszystko to było strasznie skomplikowane i Elena już dawno podjęła decyzję, że nie będzie składać podania ani o dzieci, ani o partnera. Po prostu nie było ją na to stać, nie miała ochoty mieć dzieci, ani nie marzyła o żadnym partnerze. Odsuwała się od ludzi, zwłaszcza od mężczyzn, nie potrafiła z nimi nawiązać żadnej sensownej relacji i jedynym, o czym marzyła, to żeby uciec z tego miasta i żyć w samotności gdzieś daleko stąd.

Pracowała przy segregowaniu bio-odpadów. To była jedna z mniej przyjemnych prac w Sercu. Przez osiem godzin przebierała w gnijących roślinach, wybierając te lepsze, od tych gorszych. Te lepsze szły na kosmetyki dla najbogatszych, te gorsze, na jedzenie dla ich zwierząt.

Rozmyślając, przejechała przez jedną z lepszych dzielnic, gdzie znajdowały się bogate parcele mieszkalne. Podłużne, szklane budynki, kształtem przypominające fasolę, miały swoje własne ogrody, jeziora, a nawet lasy. Niektóre z nich ciągnęły się na kilkanaście hektarów, a to i tak były te mniej bogate. Do tych najbogatszych nawet się nie zbliżała. Zazwyczaj każdej takiej parceli pilnował osobny oddział strażników, by nikt niepożądany nie mógł się tam nawet zbliżyć.

Wyminęła zadbane trawniki z eko-schronami o szklanych dachach, w których bogacze hodowali własne bio-warzywa i skierowała się do biedniejszych dzielnic. W miarę jak posuwała się naprzód, ogródki stawały się coraz mniejsze, tylko gdzieniegdzie pojawiały się eko-schrony, aż w końcu nie było już żadnej zieleni, tylko szary beton. Dotarła wreszcie do swojej dzielnicy. Dzielnica X. Nie taka najgorsza, bo najgorsze były jeszcze Y i Z, ale tam bałaby się już zapuszczać.

Spojrzała na zaniedbane budynki zrobione ze zwykłego, czarnego kamienia. Wiele z nich nie miało wbudowanego podgrzewania podłóg i ścian, więc za źródło ciepła służyły im piece na wodę. Elena nie do końca rozumiała, jak to działa, ta technologia była już dość przestarzała. Polegała na tym, że wlewało się do takiego przezroczystego pieca wodę, przynajmniej raz na tydzień po kilka butelek, a on dzięki temu ogrzewał cały dom.

Zatrzymała się pod parcelą z numerem 113 i wjechała motorem do podziemnego garażu. Zerknęła na wewnętrzną część dłoni. Czerwony symbol znów się wyświetlił. Miała dwanaście godzin na odpracowanie kary w Świątyni Starożytności.

– Witaj, Eleno – odezwał się niski przyjemny głos, kiedy przekroczyła próg swojej parceli.

Drzwi z cichym sykiem zasunęły się za nią automatycznie. W środku było dość ponuro, tylko kilka lamp paliło się we wbudowanym podłużnym aparacie świetlnym na suficie. Ściany pokryte były żółtym nalotem, w rogach pomieszczenia były czarne, lekko podgniłe. To wszystko z powodu wodnego pieca, ale Eleny nie było stać na nowszy.

Przeszła przez wąski korytarz do kuchni. Przy automacie z pastą mineralną stał jej opiekun. Odwrócił się na jej widok i spojrzał na nią czerwonymi oczami.

– Witaj, Eleno – odezwał się tym samym niskim głosem. – Jak ci minął dzień?

Bez słowa podniosła rękę, a robot zeskanował wewnętrzną część jej dłoni.

– Znowu spóźnienie, niedobrze, niedobrze… – odezwał się, przekrzywiając lekko głowę w bok.

Był to robot wysokiej postury, srebrny, w metalicznej obudowie, trochę już przerdzewiały. Poruszał się używając do tego drgań fal magnetycznych, unosząc się delikatnie nad ziemią.

– Mam nadzieję, że z samego rana nadrobisz to karygodne zaniedbanie? – zapytał.

Opiekunowie mieli wbudowany na stałe program posłuszeństwa prawu i w żaden sposób nie można było go obejść, dlatego na każdy objaw nieposłuszeństwa musieli odpowiednio reagować, aby ich podopieczni byli prawidłowo ukształtowanymi obywatelami. Elena próbowała kilkakrotnie przeprogramować go, ale udało jej się tylko ograniczyć liczbę wypowiadanych przez niego słów, zwłaszcza krytycznych uwag. To zawsze coś.

– Ta… – mruknęła, ładując sobie do miski porcję różowej pasty mineralnej z wyciskanego automatu.

Usiadła przy szklanym stole i zabrała się do jedzenia. Opiekun objechał ją dookoła i zatrzymał się obok niej.

– Czy twoje emocje są dobre? – zapytał.

Westchnęła.

Nie, jej emocje już od dawna nie były dobre. W zasadzie to nie pamiętała, kiedy ostatni raz jej emocje były dobre.

– Tak, bardzo dobre – odparła, przełykając pastę.

Miała ten model opiekuna od dwóch lat, a ten rok miał być już jego ostatnim. Za rok bowiem kończyła dwadzieścia jeden lat i przechodziła w tryb publiczny. Od tego momentu sama będzie odpowiedzialna za siebie i będzie mogła pozbyć się opiekuna. Nie mogła się już tego doczekać.

Pierwszego opiekuna dostała, kiedy miała sześć lat. Wcześniej wychowywali ją ludzie, którzy kupili ją z Chowu. Nieznani jej biologiczni rodzice zwrócili ją tam, gdy była półrocznym niemowlęciem. To dziwne, ale w karcie z Chowu nie było żadnych danych na ich temat. Przybrani opiekunowie byli dla niej jak matka i ojciec, choć wiedziała, że te słowa były zakazane. Powinno się mówić: opiekun A i opiekun B. Kobieta miała na imię Maria, a mężczyzna Tom. Nauczyli ją wielu zakazanych słów, między innymi słowa na M. Nauczyli ją też zakazanych zwyczajów, jak całowania się w policzki i siadania na kolanach. Tego nie wolno było robić dzieciom. Dopiero, kiedy była starsza zrozumiała, że może to właśnie przez te zakazane obyczaje pewnego dnia Maria i Tom po prostu zniknęli. Potwornie cierpiała, kiedy ich zabrakło. Byli dla niej bardzo dobrzy.

Oni już od małego nauczyli ją, jak ukrywać swoje emocje i chować we własnym wnętrzu swoje prawdziwe odczucia. Dlatego nawet nie zapłakała, kiedy do jej parceli przyjechał robot wraz z dwoma urzędnikami, oznajmiając jej, że od dzisiaj to robot-opiekun będzie się nią zajmował. Płakała tylko w nocy, kiedy robot przechodził w tryb czuwania. To był taki stary robot, często się zacinał, więc nie miała z nim problemów. Czasami wyłączał się nawet na całe dnie i wówczas musiała sama o siebie dbać, ubierać się, szykować sobie jedzenie i chodzić do dziecięcej uczelni. Często wtedy wagarowała i zamiast się uczyć, spędzała całe dnie w swoim maleńkim pokoju, bawiąc się zabawkami, albo układając klocki. Marzyła o ucieczce z Serca, choć wiedziała, że to nierealne. „Poza Sercem nie ma życia” – to hasło wyryte zostało na dwudziestokilometrowym murze odgradzającym miasto-państwo od reszty świata. I rzeczywiście nie słyszała, aby ktokolwiek, kto uciekł z Serca, wrócił do niego żywy.

Od dziecka uczono ją, że jedynym miejscem na świecie zdatnym do życia dla ludzi, było Serce. Oglądała wiele hologramów o straszliwych, zmutowanych bestiach, niebezpiecznych krainach i niespotykanych porach roku. Wiedziała, że świat w wyniku wielu wojen gazowych został przedzielony na pół – połowa była pustynią, druga połowa wodą. Ci, którzy znaleźli się na pustyni mieli na tyle szczęścia, żeby przeżyć. O świecie wody niewiele było wiadomo. Niektórzy sądzili, że są tam jacyś ludzie i jakaś część Eleny mocno w to wierzyła. Chciała, żeby byli tam ludzie. Chciała kiedyś zobaczyć wielką wodę.

– Czy twoje zmęczenie jest takie duże i dlatego milczysz, czy są to twoje nieuporządkowane myśli, które zakłócają ci mówienie? – zapytał opiekun, patrząc na nią szklanymi oczami.

Elena wiedziała, że w tym momencie skanuje jej mimikę twarzy, dlatego przesadnie oblizała usta po jedzeniu i wytarła twarz w rękaw bluzy.

– Sądzę, że to zmęczenie. Dobranoc.

Wstała i wyszła z kuchni. Po wąskich stopniach wspięła się do swojego małego pokoiku. Przycisnęła dłoń do drzwi, a tablica zaświeciła się na niebiesko. Zatrzasnęła za sobą drzwi i padła na łóżko. Łóżko wypełniało większą część jej pokoju. W środku była jeszcze tylko szafa, stolik z krzesłem i jeden ekran, trochę pokruszony i porysowany. Na suficie było małe okno, przez które lubiła patrzeć, kiedy kładła się do snu, lub kiedy tylko leżała rozmyślając. Czasami, w bezchmurne noce, widać było przez nie gwiazdy.

***

Ponad bezkresem wody unosiły się ciężkie, sinoniebieskie chmury. Zapadał zmierzch. Wokół panowała absolutna cisza. Tafla wody była jak lekko pomarszczone lustro. Od miejsca, gdzie Gaspar zanurzał swoje stopy w wodzie, rozchodziły się spokojne okręgi fal. Właśnie rozłożył wielkie plandeki na palach i odpoczywał na drewnianym pomoście. W nocy będzie duża różnica temperatur. Czuł to, wyczuwał po szybszym nieco ruchu chmur i zmarszczkach na powierzchni oceanu. Kiedy była duża różnica temperatur, wtedy była większa szansa na rosę, ich jedyną wodę do picia, której zawsze tutaj brakowało.

– Nie idziesz spać? – odezwał się męski głos za jego plecami.

Amil, jego starszy brat, szedł po pomoście w jego stronę.

– Jutro czeka nas dużo pracy.

Przystanął przy siedzącym mężczyźnie i przez chwilę obserwował jego reakcję, ale Gaspar milczał. Na jego twarzy nie było ani cienia emocji.

– No co jest? O czym tak myślisz? – zagadnął.

– O niczym – mruknął.

Spoglądał na niewidoczny punkt poza horyzontem. Amil usiadł obok niego na pomoście i spojrzał w tym samym kierunku. Był silnie zbudowanym mężczyzną o jasnych włosach i mocnej szczęce. W osadzie uchodził za jednego z najprzystojniejszych. Gaspar miał za to czarne włosy, lekko kręcące się na czubku głowy i bardzo ciemne oczy. Był nieco niższy od brata, nie był tak pociągły i smukły. Miał mocną budowę, zbitą i umięśnioną. Nie za bardzo byli do siebie podobni.

– Nie udawaj, za dobrze cię znam – powiedział po chwili Amil. – Myślisz znowu o wypłynięciu w ocean, prawda?

Gaspar nie odpowiedział. Amil spojrzał na niego, po czym westchnął ciężko.

– Wiesz, że jesteś tu potrzebny. I to bardzo. I nie pozwolę Ci wyruszyć w ocean. Nikt jeszcze stamtąd nie wrócił, a bez ciebie jak sobie damy radę?

Gaspar nadal milczał. Wiedział, że jego milczenie najbardziej irytowało Amila, ale tego wieczoru nie miał ochoty na rozmowę.

– Jest nas już coraz mniej, w osadzie zostały tylko pięćdziesiąt trzy osoby, w tym dwanaście sprawnych tak, jak ty. Każdy człowiek jest ważny, zwłaszcza teraz, kiedy kobiety… – zawahał się. – Kiedy tak się dzieje z kobietami.

Osada, w której mieszkali od urodzenia, stanowiła zlepek powiązanych ze sobą pływających tratw i pomostów. Na nich pobudowano budy z desek, plandek i płócien żaglowych, które trzymając się razem tworzyły wioskę na wodzie. Byli ostatnimi, jedynymi, którzy przeżyli wielką katastrofę. Tak przynajmniej sądzili.

Po wielkiej katastrofie nikt z ich przodków nie dotarł do suchego lądu, tak więc to miejsce, w którym się osiedlili, wydawało się najlepszym z możliwych do przeżycia. Stale utrzymująca się ciepła temperatura i prawie zupełny brak wiatru powodowały, że Gaspar czuł się tu jak w zamknięciu, pomimo rozciągającego się przed nimi ogromnego oceanu. Nie było tu żadnego punktu odniesienia. Tylko płaska woda, płaskie niebo nad nimi i ich nudne, monotonne życie.

Na dnie oceanu znajdowało się jednak coś, co czyniło to miejsce wyjątkowym. To pozostałości zatopionego starożytnego miasta z wielkimi budowlami, z których najwyższe sięgały niemal powierzchni wody. Była to nieprzebrana skarbnica przedmiotów codziennego użytku, drewna, które suszyli na opał, a także materiałów budowlanych do ich osady. Niestety, najprzydatniejsze przedmioty znajdowały się kilkadziesiąt metrów pod powierzchnią wody i tylko najlepsi nurkowie, wśród nich Gaspar, byli w stanie tam dotrzeć. Aby nurkować tak głęboko używali do tego prymitywnych przyrządów, które odnaleźli po starożytnych. Tam, w dole, Gaspar czuł się jak u siebie. A tu, na powierzchni, nie potrafił sobie znaleźć miejsca.

Ciszę, jaka często panowała na powierzchni, osadnicy wypełniali rozmowami i śpiewem. W przeszłości Gaspar dużo śpiewał i lubił to robić. Jego głos niósł się po gładkiej wodzie i umilał czas wszystkim słuchającym. Miał głęboki, ciepły i czysty głos. Czasem dołączał się do niego Amil oraz inni osadnicy. Kiedyś śpiewała z nimi także Lua, ale minęło już pięć lat jak odeszła. Od tamtej pory Gaspar już nie śpiewał i ta cisza panująca w osadzie stawała się dla niego coraz bardziej nie do zniesienia.

– Dlaczego tak się dzieje z kobietami? – powiedział niespodziewanie Gaspar, ni to do siebie, ni to do brata.

Amil milczał. Tak jak wszyscy w osadzie, i on nie znał odpowiedzi na to pytanie.

Odkąd najstarsi osadnicy sięgali pamięcią, kobiet było zawsze mało w osadzie, a teraz coraz częściej umierały młodo. Rzadko zdarzało się, aby dożywały czterdziestu lat. Chociaż „umierały” było tutaj zakazanym słowem. W osadzie mówiło się że „odchodziły”. To były jakieś starożytne wierzenia, które kultywowali osadnicy. Od zawsze powtarzano Gasparowi, że po śmierci rozpoczyna się drugie życie w lepszym świecie i będzie ono takie, na jakie sobie ktoś zasłużył tym życiem. Być może to właśnie wierzenie sprawiało, że wśród osadników nie było żadnych większych konfliktów. Gaspar nie za bardzo wierzył w to wszystko i uważał, że porządek i harmonia, jakie panowały w osadzie są zasługą logicznych zasad, jakie tutaj obowiązywały.

Jedno niepokoiło wszystkich. Od ponad pięćdziesięciu lat nikt nowy nie przybył do osady, a ostatni, który tu przypłynął w metalowej łodzi, był już martwy. Opowiadano, że miał piękne ubranie, jakby skórzany skafander i dużo dziwnych przedmiotów przy sobie. Gaspar ma do dziś taki jeden niezwykły przedmiot. To mały, metalowy krzyż, który mieści mu się w dłoni. Dostał go od ojca, zanim tamten wyruszył na ocean i po prostu nie wrócił. Nie wiedział, co oznaczał ten przedmiot, ale ojciec mówił tylko, że to ważne i że ma to zachować. Nie powiedział dlaczego, ale mały Gaspar uwierzył mu i przechowywał ten skarb.

– Gasparze, lepiej idź już spać i nie gadaj bzdur – skwitował Amil. – Jutro będziemy jeszcze łatać dziury w kuchni Antei. Liczę na twoją pomoc.

Gaspar milczał.

– Noo… bo potem wyruszam na swoje łowiska i znowu mnie nie będzie przez kilka dni – dodał ciszej, patrząc gdzieś w dal.

Amil co jakiś czas opuszczał osadę i wypływał samotnie daleko w ocean. Mówił, że znalazł świetne tereny do łowienia ryb i rzeczywiście przywoził wspaniałe okazy, których nie można było złowić gdzie indziej. Nie zdradzał swojego łowiska i nie chciał nikogo zabierać ze sobą twierdząc, że ktoś inny będzie mu tylko płoszył ryby. Kiedy raz Gaspar, jeszcze jako młody chłopak, próbował wkraść się do jego łodzi i podejrzeć to tajne miejsce, Amil odkrył go i zbił tak boleśnie, że Gaspar na długo to sobie zapamiętał, chowając urazę do brata. Ale kiedy oboje dorośli, zapomnieli o tamtym konflikcie i żyli ze sobą w przyjaźni. Mimo to, Amil nadal nie pozwalał nikomu płynąć ze sobą. Gaspar w końcu uszanował to. Może po prostu chciał być sam. Gaspar rozumiał go. On też lubił być sam.

Amil szturchnął go w ramię.

– No chodź już – rzucił, wyrywając go z zamyślenia. – Zaraz będzie noc.

– Zaraz pójdę – powiedział Gaspar, nie odrywając oczu od linii horyzontu.

Amil podniósł się i odszedł do swojego drewnianego domku, a Gaspar został jeszcze na pomoście, wpatrując się w powoli ciemniejące niebo. Nie miał ochoty na sen, nie miał ochoty nurkować ani łatać dziur. Ostatnimi czasy nie pociągało go nic i często oddawał się długim rozmyślaniom. Główną rolę w jego myślach nadal grała Lua.

Przywoływał sobie w pamięci wszystkie te zdarzenia z ich życia, wszystkie słowa, wszystkie spojrzenia. Rozmyślał nad straconymi szansami na szczęście, jakie zabrała jej nagła śmierć.

Odkąd odeszła Lua, za wcześnie i bez sensu, Gaspar nie potrafił zainteresować się innymi kobietami, a nie było ich za wiele w ich osadzie. Wiedział, że jedna z nich, Manda, od dawna patrzyła na niego ponętnym wzrokiem. Miał wrażenie, że jej oczy cały czas szukają kontaktu z jego spojrzeniem. On jednak nie czuł nic. Był jakby pusty w środku, kompletnie wypalony emocjonalnie. Nie musiał udawać obojętności, on był obojętny na jej wdzięczenie się. Manda, choć całkiem ładna i dosyć inteligentna, nie pociągała go w ogóle.

Gaspar znał zasady, jakie rządziły osadą. Zasada numer jeden: kobiety miały rodzić dzieci tak często, jak to tylko możliwe, aby zapewnić osadzie przetrwanie. Zasada numer dwa: to kobiety decydowały, kogo wybiorą sobie na ojca swoich dzieci. I choć wiedział, że Manda chętnie wybrałaby jego, nie potrafił być z nią tylko po to, aby dać osadzie dziecko. Poza tym paraliżowała go myśl o tym, że jeśli i ona odejdzie młodo, znów musiałby oddać wodzie kolejne martwe ciało. Drugi raz nie chciał tego przeżywać, więc wolał, aby kto inny się nią zainteresował. Na przykład With, jego najlepszy przyjaciel. Odkąd skończył siedemnaście lat, sprawiał wrażenie szalenie zainteresowanego Mandą, jednak ona jakoś nie podzielała jego entuzjazmu.

Lua jako jedyna z osady odeszła bezdzietnie, czym zawiodła wszystkich osadników. Była długo wyczekiwaną dziewczynką. Piękna i bardzo skryta, oczarowała Gaspara swoją tajemniczością. Był zakochany w niej odkąd tylko pamiętał, w zasadzie od dziecka, kiedy bawił się z nią na pomoście ludzikami wyłowionymi z zatopionego miasta. Wiedział, że i on nie był jej obojętny, a starsi widząc, że młodzi mają się ku sobie, namawiali Gaspara, kiedy stał się dorosły, aby „zabrał się do rzeczy”. On jednak, z wrodzoną sobie nieśmiałością, czekał cierpliwie, aż ona otworzy przed nim swoje serce i to on zasłuży na jej miłość. Czuł bowiem, że nie do końca chciała żyć zasadami osady, że na coś czekała, wciąż się wahała. Jakby nie umiała tutaj odnaleźć swojego miejsca.

Odeszła na jego rękach po trwającej kilka dni wysokiej gorączce. Gaspar patrząc na jej białą, nieruchomą twarz, poczuł wówczas, że i w nim samym coś umiera. Zatrzasnął swoje serce i od tamtej pory nikogo do niego nie wpuszczał. Wtedy po raz pierwszy pomyślał o ucieczce z osady.

Zadrżał. Zrobiło się chłodno. Słońce już dawno zaszło i świat ogarnął mrok. Spomiędzy czarnych chmur gdzieniegdzie spozierały srebrne punkciki. Gwiazdy, tak nauczał go Dalem, najstarszy w całej osadzie, to prześwity w niebie, przez które widać było królestwo wieczności. Gaspar nie do końca to wszystko rozumiał, ale lubił sobie wyobrażać, że to właśnie do tego królestwa trafiła Lua po śmierci.

Wyciągnął nogi z wody i poszedł do swojego legowiska. Obszerny, drewniany szałas pokryty płótnami, w środku pełen był rzeczy, które udało mu się wyłowić z dna oceanu. Były tam figurki ludzi, zwierząt, dużo przyrządów i urządzeń, których używali starożytni, a których znaczenia nikt już nie znał. Były też metalowe płytki z wyrzeźbionymi na nich napisami. Gaspar umiał czytać, bo najstarsi w osadzie uczyli dzieci wszystkiego, co sami umieli, ale znaczenia niektórych wyrazów zupełnie nie rozumiał.

Położył się na posłaniu. Miał już zamknąć oczy, gdy wtem przez szczelinę w płótnie okrywającym dach jego szałasu, w oddali, na ciemnym niebie, dostrzegł kolorowe błyski. Nie towarzyszył im żaden dźwięk. Gaspar podniósł się, odchylił rąbek płótna i spojrzał przez otwór, który był jedynym oknem w jego szałasie. Kolorowe błyski zabarwiały chmury na różnorakie kolory. Zawsze chciał się dowiedzieć, co to było. Najstarsi mówili, że to pewnie zorza polarna, albo jakieś mityczne zjawisko z czasów starożytnych. Inni mówili, że to burza. Gaspar nigdy nie widział burzy, ani błyskawic. Pomyślał, że jeśli kiedykolwiek zdecydowałby się na wypłynięcie w ocean, popłynąłby właśnie w stronę tych świateł. Pojawiały się regularnie co siedem dni. Zbyt regularnie, aby mogły być przypadkiem. Nie dawało mu to spokoju. Zapytał o to kiedyś Dalema, ale starzec zbył go, stwierdzając, że to głupoty, i żeby nie zawracał sobie tym głowy. Ale Gaspar lubił zawracać sobie tym głowę.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij