Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Oczy mam tutaj - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
14 września 2021
E-book: EPUB,
31,99 zł
Audiobook
39,90 zł
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Oczy mam tutaj - ebook

Piętnastoletnia Greer Walsh jest zabawna, bystra i oczytana, ma oddanych przyjaciół i zwariowaną rodzinę. Greer uważa jednak, że wszyscy zwracają uwagę jedynie na… jej wielki biust. Ostatnio, kiedy się mierzyła, miała rozmiar 30H, ale to było dawno. Od tego czasu Greer nosi koszulki w rozmiarze XXL. Nie potrafi zaakceptować swojego zmieniającego się ciała i reakcji otoczenia na jej kobiece kształty. Wtedy spotyka Jacksona Oatesa – przystojnego nowego w szkole. Na dodatek trwa nabór do drużyny siatkówki, a Greer ma mocny serw. Czy tego lata Greer przestanie się wreszcie chować i polubi się taką, jaką jest?

Kategoria: Young Adult
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-280-9508-3
Rozmiar pliku: 2,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Moja mama uważa, że istnieją dwa rodzaje ludzi: ci, którzy lubią być w centrum uwagi, i ci, którzy są zbyt nieśmiali, by chcieć się rzucać w oczy. Jej zdaniem należę do tej drugiej grupy, a powinnam do tej pierwszej.

Nigdy nie zdoła chyba pojąć, że są też ludzie, którzy chcą być postrzegani przez pryzmat takich, a nie innych cech. Ktoś chce być znany jako wybitny pianista, a nie z powodu swojej alergii na orzeszki ziemne. Komuś podoba się, kiedy inni zauważają jego nowe buty, a nie to, że mówi z akcentem. Ktoś lubi chwalić się tym, że jest jedyną uczennicą liceum Kennedy’ego ze średnią pięć z egzaminu z geografii społeczno-ekonomicznej na poziomie rozszerzonym, a nie tym, że jest jedyną uczennicą liceum Kennedy’ego, która ma piersi większe niż głowę.ROZDZIAŁ 1

– No chodź, Greer. Może zyskasz nowego przyjaciela.

Mrugam tylko poirytowana.

– Miło jest pomóc komuś nowemu się zadomowić. To szansa na dobry uczynek.

Mrugam jeszcze szybciej, ponieważ ona udaje, że sama się do tego zgłosiłam.

– Pół godziny. Czterdzieści minut maks.

Pół godziny mamy to nigdy nie jest czterdzieści minut maks. Pół godziny mamy może trwać godzinami. Zwłaszcza jeśli ma publiczność.

Jesteśmy tu z powodu jej pracy. Jest specjalistką do spraw relokacji pracowników w Relocation Specialists S.A. Wielkie firmy zatrudniają ją, by pomogła przyjezdnym się zadomowić. Oprowadza wycieczki po okolicy, umawia zwiedzanie szkół, może polecić pediatrę, złotą rączkę i kosmetyczkę do depilacji brazylijskiej woskiem.

Jest w tym naprawdę dobra. Ta praca zaspokaja jej wrodzoną potrzebę dzielenia się swoimi opiniami i usprawiedliwia wydatki na ogromnego luksusowego SUV-a z wnętrzem z foczej skóry, którego wzięła w leasing.

Czasami, tak jak teraz, jeśli ma klienta z dzieckiem w moim wieku, ciąga mnie na spotkania z nimi, jakbym była młodszą specjalistką do spraw relokacji. Mam odpowiadać na pytania o to, jak to jest być nastolatkiem w podmiejskim Illinois. Tyle że dzieciaki nigdy nie mają żadnych pytań.

Zawsze wygląda to tak samo. To nawet ten sam Starbucks. Siedzę obok mamy i staram się wyglądać wyjątkowo serdecznie. Nowy dzieciak gapi się w swój telefon pod stołem, więc wiem, że skądkolwiek przyjechał, miał tam znajomych fajniejszych ode mnie. Jeśli klientem jest matka, to ona zadaje mi pytania, które według niej zadałoby nadąsane dziecko, gdyby nie było takie nadąsane, a kiedy tylko zaczynam odpowiadać, moja mama przerywa mi i mówi, jak jej zdaniem powinna brzmieć odpowiedź. Jest to absolutnie żenujące dla wszystkich zaangażowanych poza mamą. Bo Kathryn Walsh nie odczuwa zażenowania.

Wierzcie lub nie, ale są takie chwile, kiedy bycie łagodną, ambitną i generalnie miłą nastolatką wcale się u mnie nie sprawdza – moje kontakty z matką należą do tych właśnie chwil. Gdybym więcej się z nią kłóciła, tak jak Maggie kłóci się ze swoją mamą, albo gdybym sprawiała kłopoty jak mój brat Tyler, nie zmuszałaby mnie do takich rzeczy. Byłoby to dla niej zbyt męczące. Ale Kathryn Walsh jest dla mnie bardziej męcząca niż ja dla niej, i na tym polega sekret. Ona taka jest… Uch… Ja nie jestem.

To dlatego chodzę z nią na spotkania z niezainteresowaną progeniturą ludzi na tyle okrutnych/ważnych, by skazywać swoje rodziny na przeprowadzki w liceum.

To dlatego pomagam Tylerowi w odrabianiu zadań z matematyki, choć bez problemu mógłby znaleźć rozwiązania w internecie.

To dlatego pokornie uczęszczam na coroczne zjazdy matek i dzieci z jej szkoły rodzenia, które odbywają się w tej właśnie kawiarni w maju.

Wizyta w Starbucksie jest łatwiejsza niż bunt, więc z rezygnacją wchodzę za nią do środka.

Dzieciak, z którym mam się spotkać, trafi w Kennedym do drugiej klasy, tak jak ja. To już coś. Jedyne, co łączy mnie z paczką z Naturalnego Porodu i Początków, to fakt, że wyciągnęła nas z macicy ta sama położna. Jackson Oates, kimkolwiek jest, uzna pewnie to spotkanie za równie niekomfortowe jak ja, więc to też będzie dla nas coś wspólnego.

Mama wita się z panią Oates uściskiem, obie przedstawiają mnie Jacksonowi, który nie wygląda jak nadąsany dziwak. W sumie jest nawet całkiem nienadąsany i niedziwny. Jasnobrązowe włosy, ciemnobrązowe oczy i wielki uśmiech, gdy tylko mówimy sobie cześć. Wyciąga rękę, żeby uścisnąć moją, przez co zaczynam się zastanawiać, czy oni nie przeprowadzili się przypadkiem z lat pięćdziesiątych. Nauczono mnie jednak manier, więc odwzajemniam jego stanowczy uścisk dłoni. Wydaje się zadowolony.

– O, super! Czyli twoi rodzice też wpoili ci, jaką wagę ma porządny uścisk dłoni. – Wypowiada to ojcowskim tonem, zerkając przy tym z ukosa na swoją matkę, która przewraca oczami. – Ja zawsze czuję się wtedy, jakbym domykał jakąś niemiecką umowę biznesową – dodaje normalnym głosem.

Jego ręka jest ciepła. Niespocona. Po prostu ciepła, tak jak ciepłe jest żywe ludzkie ciało. Podejrzewam, że ręce tych wszystkich obmacywaczy telefonów wcale takie nie są.

– Poznajemy dużo nowych osób – wtrąca jego mama tonem wyjaśnienia.

– Kupię zwanzig Apfelkuchens i ein BMW – mamrocze do mnie Jackson, a ja wbrew wszelkim instynktom czuję się oczarowana.

To wcale nie będzie takie żenujące, jak się obawiałam.

Będzie żenujące w trochę inny sposób.

Po krótkich negocjacjach mama zbiera zamówienia, składa je za nas (po prostu taka jest) i płaci. W zasadzie uważa mnie za swoją asystentkę, więc mówi do wszystkich:

– Poszukajmy stolika. Greer odbierze napoje.

Razem z panią Oates idą do ulubionego stolika mamy, tego najbliżej gniazdka. Jackson natomiast staje obok mnie i obserwuje, jak barista spienia mleko.

To jest ta część, kiedy nowy dziwak powinien usiąść koło swojej matki i zachowywać się tak, jakbym to ja we własnej osobie zmusiła go, żeby tu przyszedł. Jackson tymczasem stoi obok mnie i czeka na napoje, jakbyśmy tkwili w tym razem. Chyba mam zdziwioną minę.

– Masz tylko dwie ręce – mówi. – I cztery zamówienia.

Jak jakaś idiotka zerkam na swoje dłonie, jakbym potwierdzała ich liczbę.

– A, jasne. No tak.

– Hej, dzięki, że przyszłaś. Na pewno miałaś ciekawsze rzeczy do roboty.

Myślałam, że mam, ale to okazało się o wiele bardziej interesujące niż obcinanie paznokci u stóp.

– Nie ma sprawy – wyjąkuję. Przez chwilę stoimy tak w milczeniu, zastanawiam się, czy przypadkiem to nie ja jestem mało rozmownym dziwakiem w tej konfiguracji. – Wiesz, że teraz zdradzamy ci największe okoliczne sekrety – dodaję. – To ulubiony lokal miejscowych hipsterów.

Uśmiecha się półgębkiem.

– Starbucks?

– O, czyli słyszałeś o nim?

– Kathryn? Kawa dla Kathryn!

Zabieramy nasze napoje z lady. Stawiam na stoliku café miel pani Oates i coś, co wzięła mama, bo wyglądało bardzo francusko. Leży tam już specjalny segregator relokacyjny, w którym mama profesjonalnie zbiera wszystkie informacje o tej „wyjątkowo serdecznej i nastawionej na rodzinę społeczności położonej zaledwie czterdzieści pięć minut drogi od centrum Chicago”. Jestem niemal pewna, że ten Starbucks jest w jej segregatorze (a segregator znajduje się w tymże Starbucksie, normalnie relokacyjna incepcja).

Jackson przeciska się obok mnie z moją gorącą czekoladą i swoją chai.

– Te mięciutkie fotele są wolne. Możemy tam usiąść? – rzuca przez ramię.

Yyy, tak?

Zostawiam mamę i panią Oates nad segregatorem. Sadowimy się z Jacksonem w dwóch poplamionych kawą skórzanych fotelach obok kominka, który jeszcze nie grzeje. Jackson wygląda, jakby codziennie umawiał się w Starbucksie z obcymi dziewczynami. Ja też próbuję tak wyglądać.

Okazuje się, że Jackson ma pytania – dobre pytania. Zamiast zacząć od „Jakie macie zajęcia dodatkowe?”, bo tak jest na stronie, albo od „Czy przyznają u was nagrody za tworzenie memów?”, bo przecież nie chodzi do siódmej klasy z moim bratem, od razu przeskakuje do:

– To taka szkoła, że nowe dzieciaki wiecznie przychodzą i odchodzą, czy może nie mieliście nikogo nowego od drugiej klasy?

– Nie wiem dokładnie, jaka jest rotacja co roku – odpowiadam.

Pochyla się ku mnie ponad podłokietnikiem fotela, jakbym powierzała mu megaważne informacje nawigacyjne, co chyba w sumie robię. Próbuję sobie przypomnieć, ile nowych dzieciaków miałam w klasie w poprzednim roku, zastanawiam się, czy to reprezentatywna próbka, na podstawie której można wysnuć ogólniejsze wnioski, aż nagle uświadamiam sobie, że on nie chce twardych danych. Zadaje inne pytanie. Pytanie prawdziwe. Chce wiedzieć, w co się pakuje, i pyta o to mnie. Jest październik, połowa pierwszego trymestru, może to nie najlepsza pora, żeby zaczynać nową szkołę. Wszyscy inni już mniej więcej wiedzą, gdzie chcą siedzieć i z kim rozmawiać.

– Och. Zastanawiasz się, czy całkiem zginiesz, czy może z miejsca staniesz się sławny.

Kiwa głową.

– Nie jestem pewna. W sumie nigdy nie byłam nowa…

– Nigdy?!

– Nie. Nawet jak się przeprowadzaliśmy, zostawaliśmy w tej samej szkole.

– Niewiarygodne.

Milknę na chwilę, zafiksowana na „niewiarygodne”. Nie mówi, że ja jestem niewiarygodna. Stacjonarność jest niewiarygodna. Jak dziwaczne mutacje w przyrodzie. Z jakiegoś powodu jednak miło było usłyszeć to „niewiarygodne” z jego ust. Otrząsam się z tego.

– Tak – potwierdzam. – Jeden kod pocztowy przez całe życie zaliczam do swoich największych osiągnięć. Nie ma u nas wielu całkiem nowych osób, ale mamy trzy gimnazja i tylko jedno liceum, więc jest mnóstwo ludzi, których wcale nie znam. – Kiwa głową, jakby właśnie na to czekał. – Myślę, że nowy uczeń nie będzie się bardzo wyróżniał. Chyba że zechce.

– A co z lunchem? Jak się do nikogo wcześniej nie przykleję, będę miał jakieś miejsce do siedzenia?

Moim zdaniem mało prawdopodobne, żeby Jackson nie znalazł co najmniej czterdzieściorga znajomych pierwszego dnia, bo jest uroczy i superprzyjacielski, ale on ewidentnie doświadczył już bycia nowym, a ja nie, więc może się mylę.

– Najbezpieczniej przykleić się do kogoś po czwartej lekcji, chyba że wszystkich uznasz za okropnych. Gdyby tak się stało, wiesz, co możesz zrobić? Jest taki długi blat pod wielkim oknem, które wychodzi na bieżnię. Ludzie siadają tam, kiedy muszą dokończyć pracę domową albo naładować telefon. Jeśli chcesz, tam możesz usiąść sam i nie będziesz wyglądał jak przegryw. Wszyscy uznają, że piszesz jakąś smętną poezję albo coś w tym rodzaju. – Trzeba było powiedzieć: „Nie bądź głupi, usiądziesz ze mną!”, ale przyznaję sobie kilka punktów za wyjaśnienie mu sytuacji pod oknem.

– Świetnie. Bo właśnie miałem pytać, gdzie mógłbym pisywać smętną poezję.

– Oj, stary. Przykro mi, ale Klub Smętnej Poezji zlikwidowali w zeszłym roku. Cięcia budżetowe.

– No to chyba trzeba będzie wrócić do Cleveland.

Wiem, że żartuje, ale przypomina mi się, że to wszystko jest dla niego nowe – cóż, Starbucks nie jest i z tego, co mówi mama, przeprowadzka też nie, ale Kennedy jest nowe, jego dom jest nowy i wszyscy ludzie będą. Ja jestem nowa.

– Jak się mieszkało w Cleveland?

– Chyba jak wszędzie indziej. – Wzrusza ramionami. – Byliśmy tam tylko dwa lata. – Jego nastrój zmienił się, niemal niezauważalnie. Jackson nadal jest przyjacielski, nadal uroczy, ale też odrobinę… smutny, chyba. – Moja młodsza siostra nie chciała się przeprowadzać. Ale napraaaawdę nie chciała.

– Podobało jej się w Cleveland?

– Niespecjalnie. Ale nienawidzi się przeprowadzać.

– A ty?

– Już się przyzwyczaiłem. – Wzrusza ramionami. – A Starbucksy są wszędzie.

– Co?! NIEMOŻLIWE! Ale ten jest wyjątkowy, co nie?

I wracamy do poprzedniego nastroju. Wydawało mi się, że zauważyłam przebłysk czegoś innego niż niewzruszona pewność siebie, ale to już zniknęło. Tylko pobudziło moją ciekawość. Jestem więcej niż ciekawa. Żałuję, że nie poszliśmy gdzieś indziej. Żałuję, że nie mogę pokazać mu czegoś, czego nie widział już milion razy.

Wyciągamy swoje plany lekcji, żeby je porównać. Mamy dużo tych samych zajęć, ale nie w jednym czasie. Poza tym on ma niemiecki, a ja hiszpański, on ma o rok przyspieszony tok nauczania z matematyki, a ja o dwa. Pochylam twarz nad kubkiem, żeby nie zauważył mojej rozczarowanej miny.

– Musisz być naprawdę niezła z matmy – mówi.

Parskam w połowie łyku. Nie dlatego, że jestem jakąś matematyczną boginią. Jestem na tyle dobra, na ile dobry jest ktoś, kto nie bierze kursów z college’u, bo jest za bystry na matematykę na poziomie licealnym. W zeszłym roku mama zaproponowała mnie na korepetytorkę z matematyki jednej swojej klientce, gdy usłyszała, że ta ma dziecko w gimnazjum, które uwielbia matematykę, ale potrzebuje „impulsu do nauki”. Marzy o tym, żeby umieścić mnie w swoim segregatorze w zakładce „Pomoc edukacyjna” albo przynajmniej jako opiekunkę do dzieci lub cokolwiek, dzięki czemu wyszłabym z domu. Dzieciak okazał się jednak jakimś geniuszem, który dwa razy w tygodniu jeździł pociągiem na Uniwersytet Chicagowski, żeby studiować teorię ergodyczną. Nie wiem nawet, co to jest. Jestem w czołówce standardowo bystrych dzieciaków.

Bycie dobrą z matematyki – w zasadzie ze wszystkiego – to jednak generalnie cała moja tożsamość. Zabawnie rozmawia się z kimś, kto tego nie wie.

W szkole ludzie wiedzą o mnie tylko to, że zawsze dostaję wysokie oceny. Jestem cichszą, milszą przyjaciółką Maggie Cleave. I że noszę ubrania o trzy rozmiary za duże na dorosłego niedźwiedzia. I tyle. Nie uprawiam sportu, nie należę do kółka teatralnego, nie pakuję się w kłopoty, nie jestem dziewczyną, z którą ktoś chciałby się umówić. Jestem tylko Profesorką. Profesorką, która przez cały czas trzyma ramiona skrzyżowane na piersi.

Ale Jackson tego nie wie. Wie tylko, że moja mama próbowała zamówić moją gorącą czekoladę na chudym mleku. Dla Jacksona mogę mieć wiele innych cech. Profesorka plus. Dla nowego ucznia ja też jestem nowa. To zabawne, jak teraz o tym myślę, nawet jeśli wszystkiego dowie się, gdy tylko przyjdzie do szkoły.

– Czyli nie mamy razem żadnych zajęć? To dziwne, bo myślałem, że jako certyfikowana specjalistka relokacyjna przedstawisz mnie wszystkim na początku każdej lekcji w poniedziałek. Nicht gut… – dodaje głosem niemieckiego biznesmena.

Siedzi w niewygodnym, podrapanym fotelu, w którym siedział przed nim już milion klientów, ale fotel wygląda, jakby był zrobiony specjalnie dla niego, jakby rozwalając się w nim, przeciągając i śpiąc, wszyscy ci ludzie tylko przygotowywali fotel do tego, by idealnie pasował do Jacksona. Jego kolano spoczywa blisko podłokietnika, głowę podpiera dłonią, wszystkie mięśnie w jego ciele są całkowicie rozluźnione. Jakby to było jego miejsce. Jakby czuł się u siebie w każdym miejscu na Ziemi.

Jest inteligentny, zabawny i wyluzowany – ja nigdy taka nie jestem. Pomyliłam się, gdy myślałam, że połączy nas przekonanie o tym, jaka to niezręczna sytuacja. To dolega tylko mnie.

Ale jakimś cudem też zaczynam się rozluźniać. Na początku podciągnęłam nogi na fotel, ciasno przytuliłam kolana do piersi, trzymałam kubek obiema rękami. Teraz odsuwam jedną nogę, a potem drugą i przekładam je na podłokietnik. Odchylam się do tyłu, tylko odrobinę, i poprawiam bluzę, która nadal otula moje ciało niczym wór pokutny. Słyszę swój głos:

– Poradzisz sobie. Jakby co, sala, w której masz niemiecki, jest w tym samym korytarzu co moja matematyka na pierwszej lekcji, więc jeśli zaczniesz panikować, zawołaj mnie. „Greer! Zgubiłem się!”. – Jego usta rozciągają się w szerokim, prawdziwym uśmiechu. – „Greer! Helpen mich por favor!”. – Mówię tak głośno, że mama zerka na nas z zaciekawieniem. Nie jest poirytowana, tylko zaskoczona. Jackson wybucha śmiechem. – Tylko wołaj po angielsku – dodaję. – Mój niemiecki jest Gesundheit.

*

Gdy zaczynamy się zbierać, mama mówi:

– Och, Jacksonie! Może weźmiesz od Greer numer telefonu? No wiesz, na wypadek, gdybyś miał więcej pytań o szkołę…

Nienawidzę jej i kocham ją za to jednocześnie.

Mama zaczyna dyktować mój numer, a ja zastanawiam się, czy Jackson tylko udaje, że go zapisuje.

Zanim jednak mama dokończy, on zatrzymuje się i podaje mi swój telefon.

– Możesz się sama wpisać?

No i proszę, już jestem dodana jako nowy kontakt: Greer Walsh. I nawet dobrze zapisał „Greer”. Chyba jeszcze nikt nigdy nie zapisał go poprawnie za pierwszym razem! Były Grier, Garear, a nawet Gruyere.

Sprawdzam numer dwa razy, żeby na pewno był poprawny, nawet jeśli wiem, że jedyne, na co mogę liczyć, to przypadkowe połączenie, gdy… na przykład… usiądzie na telefonie. Oddaję mu aparat, on stuka w kilka klawiszy, a w mojej torebce rozlega się najsłodsze, ciche dzyń!

– Teraz ty też masz mój numer. – Uśmiecha się, a ja cała pąsowieję. Cieszę się, że widać to tylko na moich policzkach.

Gdy wychodzimy, mama mówi do pani Oates:

– Szkoda, że nie zabrałaś córki!

Atmosfera gwałtownie się zmienia. Jackson i jego matka wymieniają takie spojrzenia, jakby mama właśnie zapowiedziała, że w powitalnym koszu z prezentami znajdą sardele i wątróbkę.

– Zabrałam – odpowiada pani Oates. – Hm, wolała zostać w samochodzie ze swoim iPadem. – Ma zawstydzoną minę, a na twarzy mamy pojawia się współczujący grymas. – Robi się trochę nerwowa w otoczeniu obcych.

Nawet moja mama nie bardzo wie, jak na to zareagować, bo ma świadomość, że mimo to dziewczynka musi się ciągle przeprowadzać. Nie pamiętam, żebym w trzeciej klasie miała jakiegokolwiek empatycznego kolegę, więc… powodzenia w szkole w poniedziałek, panno Oates.

– Ale to nawet dobrze – oświadcza w końcu Jackson. – Lubimy zostawiać Quinlan na potem, jak już wszyscy nas polubią. To znaczy… jeśli nas polubią. – Wzrusza ramionami i robi głupią minę.

– Oczywiście, że was polubiłyśmy – wykrztusza mama, dławiąc się ze śmiechu. Przez cały ten czas gapi się na mnie.

Polubiłyśmy, polubiłyśmy. I to bardzo.ROZDZIAŁ 2

Brama garażowa jeszcze nie zamknęła się za land roverem mamy, a ja już jestem w drodze do swojego pokoju i robię to co zawsze, gdy wracam do domu – zamykam drzwi na klucz, ściągam bluzę i stanik, po czym kładę się płasko na plecach na łóżku. Mam taki stary koc z jedwabistą lamówką, która zawsze jest śliska i chłodna, nawet kiedy reszta koca się nagrzeje. Kładę się tak, żeby lamówka ułożyła się wzdłuż wgłębienia, które na plecach zrobił mi stanik, i przetaczam się po niej kilka razy. To jak chłodny kompres na gorącym czole. Rozrzucam kończyny i czuję, jak uwalnia się wszystko, co napinałam, mój kręgosłup rozwija się do swojego naturalnego kształtu. Pięć, sześć minut wystarczy. Pięć, sześć minut, żeby moje ramiona odpoczęły, odpoczęła moja szyja, żebym ja odpoczęła. Żebym mogła oddychać.

Zazwyczaj potrafię niemal całkowicie się wyłączyć. Nie słyszę, że tata puszcza w kuchni Wilco ani jak mama pyta go po raz tysięczny, czy to właśnie ten zespół widzieli wtedy w Grant Parku. Nie myślę o tym, co muszę zrobić na historię ani czy to przez Ty’a moja szczoteczka do zębów była tego ranka mokra, zanim jej użyłam, ani o Maggie, która nazwała kółko wegańskie bandą hipokrytów, ponieważ ich koty zabijają ptaki. Próbuję w ogóle o niczym nie myśleć, tylko czuć.

Ale gdy tak leżę tego dnia półnaga, czuję się inaczej. Ponieważ nadal myślę o Jacksonie. Czuję się… otwarta. Obnażona. Gotowa. Nie jestem rozluźniona, wręcz przeciwnie – czuję się bardziej spięta. Ale w dobry sposób. Jakbym tym razem wolała jednak być w swoim ciele bardziej niż poza nim.

Moje piersi zsuwają się na boki, dostrzegam pomiędzy nimi swój pępek i pasek dżinsów, a jeszcze dalej stopy. Widzę, że jest tam całe ciało, nie tylko cycki. Czasem o tym zapominam. Wyginam plecy w łuk. Podnoszę nogi i przewieszam je przez krawędzie łóżka. Przesuwam dłonią po brzuchu, który jest gładki, miękki i chłodny. A potem wyobrażam sobie, że to czyjaś ręka dotyka tej samej skóry.

I przestaję.

To głupie. Bo przecież w ogóle go nie znam. A on nie zna mnie. Jest miły, bo jest nowy, a jak jesteś nowy i niemiły, czeka cię naprawdę ciężki rok. I nawet gdyby okazało się, że ma jakieś dziwaczne skrzywienie albo chorobę i podobają mu się niezgrabne dziewczyny, które nie wiedzą, jak się ubierać, to głupie, bo czyjegoś brzucha możesz dotykać tylko przez określony czas, zanim przesuniesz rękę wyżej, a wtedy bum! Odkrywasz góry. I to nie urocze ośnieżone szczyty Gór Skalistych. Giniesz w Himalajach, które nie nadają się do życia i przyprawiają o chorobę wysokościową. Są gruzłowate, spocone i bolą. Okej, to nie Himalaje, to tylko ja. Ale przecież nikt nie spędza wakacji na Evereście. Wspinasz się, strzelasz fotkę, a potem koncentrujesz się na tym, żeby ujść z życiem i niezłą historyjką do opublikowania.

Staczam się z łóżka i wyciągam z szuflady czysty stanik. Ten drugi jest zbyt przepocony. Wkładam ogromny podkoszulek, pod którym znika też cała reszta mnie.

Wiecie, kto może sobie do woli dotykać mojego brzucha? Moje piersi. Wręcz nie potrafią się powstrzymać…ROZDZIAŁ 3

Maggie jest oburzona. Jak zwykle.

Mieliśmy napisać jedną stronę na temat wiersza o umieraniu i niechęci do umierania. To bardziej skomplikowane, ale generalnie tak można streścić te słynne wersy o buncie, gdy światło się mroczy¹.

Maggie napisała pięć stron o tym, że śmiertelnie chorzy ludzie powinni mieć prawo do samobójstwa wspomaganego medycznie.

– Maggie, ten przedmiot nazywa się literatura rozszerzona. Zadanie polegało na interpretacji wiersza, a nie polemice z nim.

– Jak mam go zinterpretować, jeśli się z nim nie zgadzam?

– Jak możesz nie zgadzać się z wierszem?!

Cała klasa już wyszła, zostałyśmy tylko Maggie, pani Mulder i ja. Połowę życia spędzam na przysłuchiwaniu się, jak Maggie kłóci się z nauczycielami. Albo innymi uczniami. Albo rodzicami. Albo jakimś ośmiolatkiem, który chodzi po domach w Halloween, twierdząc, że Hermiona wcale nie jest taka fajna jak Harry i Ron, bo nie gra w quidditcha.

To dlatego nie powiedziałam jej o spotkaniu z Jacksonem w weekend, chociaż teraz znajdujemy się wszyscy w tym samym budynku – bo Maggie jest zbyt zajęta kłóceniem się z ludźmi. A może dlatego, że chciałaby, żebym się z nim umówiła, a ja odparłabym: „Nie, wolę dusić te wszystkie uczucia w sobie pod tą wielką bluzą, żeby nie czuć zażenowania, gdy porzuci mnie dla normalnie zbudowanej dziewczyny”. I wtedy Maggie zaczęłaby się kłócić ze mną. A ja z zasady unikam kłótni z Maggie.

– Czyli gdyby zadała nam pani wiersz propagujący tortury, powinnam po prostu opisać strukturę rymów i języka? Twierdzi pani, że nie powinnam opowiadać się przeciwko torturom?

– Nie zadałam wam wiersza o torturach. Zadałam wam klasyczny wiersz Dylana Thomasa o uniwersalnym ludzkim doświadczeniu.

Maggie patrzy na panią Mulder tak, jakby nauczycielka kazała nam wykopać masowy grób i wypełnić go miniaturowymi szczeniaczkami. Pani Mulder tęsknie patrzy na swoje pudełko na lunch. Dobrze wie, że nie uda jej się zjeść tej kanapki, jeśli zaraz nie skapituluje.

– Dobrze. Nie zinterpretowałaś wiersza, jak prosiłam, ale twoja praca była całkiem niezła i widać, że dużo o wierszu myślałaś. Dam ci czwórkę z plusem, ale twoja następna praca ma być idealna. Poproś Greer o pomoc, jeśli tego potrzebujesz.

Właśnie dlatego nie chcę powiedzieć Maggie. Maggie sprawia, że ludzie robią to, czego nie chcą. Na przykład zmieniają tróję z minusem na czwórkę z plusem albo wyznają, że szalenie podoba im się syn klientki ich mamy.

– To uczciwy kompromis – wtrącam, nie dopuszczając Maggie do głosu. Wsuwam palec w luźną pętelkę jej szalika i ciągnę. Nie będę się z nią kłócić, ale mogę spruć jej robótkę, jeśli zaraz się nie ruszy. – Do jutra – żegnam się z panią Mulder i wyprowadzam nas z sali.

– Tylko proszę nie wchodzić grzecznie na czwartą lekcję! – woła Maggie z korytarza. – Proszę się buntować, buntować…

– Przeciwko wszystkiemu?

– Przeciwko czemukolwiek, Greer. Czasami musisz się zbuntować.ROZDZIAŁ 4

Przeciwko czemu bym się buntowała, gdybym była typem buntowniczki? Przeciwko Maude i Mavis.

A kim są Maude i Mavis? To moje piersi.

Moje cycki.

Balony.

Bimbały.

Zderzaki.

Bufory.

Melony.

Doje.

Simon & Garfunkel.

Urocze atrybuty kobiecości.

Tyty.

Pamiętacie, co mówiłam o sobie i matematyce? Gdyby piersi były matematyką, byłabym nie tylko najlepsza w klasie – byłabym jednym z tych nienormalnie zdolnych dzieciaków, które muszą przenieść się do college’u, bo ich piersi są za duże na liceum. Z łatwością nazbierałabym punktów z egzaminów na cały rok, gdybym tylko założyła podkoszulek na cienkich ramiączkach.

Nie ustanowię żadnego rekordu świata, ale posługując się terminami matematycznymi, moje piersi są znacznie większe niż średnia, mediana i dominanta.

Nie wszyscy dostrzegają to od razu, bo od dziewiątej klasy noszę ciuchy w rozmiarze XXL. Męskim XXL. Nawet kobiety w rozmiarze XXL nie miewają takich balonów.

Gdybym założyła taką górę jak moje koleżanki, materiał pękłby jak na Hulku.

Zdaniem mamy przez te workowate ubrania wyglądam grubo. Nie, nie grubo. „Ciężko”. To jest dla mojej mamy synonim. (Nigdy nie powiedziałaby „grubo”, choć jestem przekonana, że wie, jaki powinien być stosunek kilogramów do centymetrów).

Ona ma biust przeciętnych rozmiarów. Pewnie to klasyczne C. Ja musiałam odziedziczyć to coś po jakiejś hojnie obdarzonej starszej pani ze strony taty.

Oto, co mówią o nich moi znajomi:

Dokładnie. Nic. Nie rozmawiam o nich z nimi. Ani z mamą. Ani nawet z Maggie. Maggie wie, że nie jestem zachwycona, ale gdybym wyznała jej, co naprawdę czuję, rozczarowałabym ją. Próbowałaby mnie nakłonić, żebym przyszła na pierwszą lekcję w obcisłym topie bez ramiączek i wygłosiła niektórym indywiduom wykład na temat molestowania, albo uznałaby, że nie ma to jak szesnaście lat, żeby przejść skomplikowaną operację redukcji biustu, i zaczęłaby przesłuchiwać chirurgów plastycznych pod kątem tego, ile tkanki trzeba będzie odrąbać. Nie jestem jeszcze gotowa na żadną z tych opcji. Chciałabym tylko skończyć liceum.

Nie ja jedna nie chcę rozmawiać o swoim ciele. To znaczy o drobiazgach – jasne, nie ma sprawy. Ktoś wysoki może powiedzieć, że ma kłopoty z kupnem odpowiednio długich spodni, każdy z nas może się poskarżyć na pryszcza. Ale gdy coś robi się brzydkie, dziwne i tym podobne, przestajemy o tym rozmawiać.

Na przykład podczas Tygodnia Wiedzy o Zaburzeniach Żywienia, który wypada co roku w lutym, pielęgniarka środowiskowa przychodzi, żeby opowiedzieć nam o zaburzeniach żywienia. Według niej bardzo łatwo je zauważyć. Jakby dzieciaki zbierały się w grupach w stołówce i mówiły: „Od teraz będę jeść tylko pył z gumki do ścierania. A jeśli pył okaże się za dużą pokusą, zacznę używać tych krótkich ołówków z Ikei, które nie mają żadnych gumek”. A potem cała reszta formuje wokół takiej osoby krąg zaufania i ona dzięki temu zjada kanapkę.

Przecież to wcale tak nie wygląda. Większość z nas zachowuje takie rzeczy dla siebie.

W pierwszej klasie liceum mieliśmy basen na jednej godzinie wuefu. Już zaczynałam się wstydzić swoich kształtów, ale na szczęście chłopców i dziewczyny rozdziela się na wszystko, co może mieć związek z edukacją seksualną, strojami kąpielowymi i śpiworami (jak podczas weekendowych warsztatów w Camp Hide-Yer-Weed). Kazali nam włożyć takie stare kostiumy drużyny pływackiej z 1975 roku, bo niektóre dziewczyny miały tylko mikroskopijne bikini, które nie trzymają się za dobrze, gdy uczysz się skoków do wody. Kostium liceum Kennedy’ego jest bordowy, jednoczęściowy i wykrojony tak wysoko, że w zasadzie przypomina golf, do tego taki porozciągany, że krok masz w kolanach. Wtedy udało mi się jeszcze wcisnąć w rozmiar 36, chociaż musiałam uważać, żeby nie oddychać zbyt głęboko.

Przebrałyśmy się, wskoczyłyśmy pod prysznic i ustawiłyśmy w rzędzie pod ścianą, tyłki nam marzły, gdy pani Reinhold wygłaszała wykład na temat bezpieczeństwa w wodzie.

Próbowałam nie gapić się na Nellę Woster, ale trudno było mi zrozumieć, jak to możliwe, że założyła ten sam paskudny, stary kostium co my, a wygląda jak statystka w reklamie rumu. Wszystkie krągłości miała idealne. Pomyślałam, że chodzenie na zakupy z nią to musi być piekło. Że na pewno ma kłopoty ze zrezygnowaniem z czegokolwiek, bo we wszystkim wygląda dobrze. „No to chyba będę musiała wziąć wszystko”. „Możemy oddać to wszystko za darmo, jeśli tylko wrzucisz na insta zdjęcie w ubraniach naszej marki”.

Mniej więcej w tej samej chwili Jessa Timms, wielka sportsmenka, a w przyszłości pewnie kulturystka, przeszła koło mnie, zatrzymała się, zerknęła na moją pierś i powiedziała:

– Wow, Greer! Jesteś nieźle zbudowana, dziewczyno! Myślałam, że jesteś po prostu trochę grubsza.

Moja twarz przybrała odcień kostiumu kąpielowego. Zaczęłam się tak garbić, że prawie zgięłam się w pół. Nikt się nie roześmiał, rozległy się tylko stłumione okrzyki, jakby dziewczyny nie mogły uwierzyć, że Jessa właśnie to powiedziała. Mamy pewne zasady, Jessa! Nie komentujemy wyglądu czyjegoś ciała w obecności tej osoby. Przez resztę lekcji widziałam jednak, że dziewczyny zerkają na mnie ukradkiem, jakby chciały to potwierdzić. „No, Jessa ma rację. Greer Walsh jest cycata”. Choć wtedy, jeśli mam być szczera, nie miałam nic w porównaniu z tym, co mam teraz.

Tamten dzień na basenie w pierwszej klasie liceum wyczerpał dla mnie wszelkie dyskusje na ten temat. Ale założę się, że inni rozmawiają o tym, i to często.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij