Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Oddział III - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
3 lutego 2026
19,98
1998 pkt
punktów Virtualo

Oddział III - ebook

To miała być zwykła szkoła. Z oddziałami, planem zajęć i zasadami. Jedna z nich była najważniejsza: nie zadawaj pytań. Oddział III istniał naprawdę. Dzieci nie miały imion - tylko numery. Cisza była formą bezpieczeństwa, a posłuszeństwo warunkiem przetrwania. Po latach Marek wraca do miejsca, które wymazał z pamięci. Opuszczony budynek wciąż stoi. A to, co miało zostać zapomniane, zaczyna powoli wracać.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 316 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ I - OSTATNI AUTOBUS

Trzydzieści lat. Przez trzydzieści lat Marek nie myślał

o Tarle. Ale ostatniej nocy obudził się z pewnym złudzeniem: musi tam jechać. Nie dlaczego. Po prostu musi. I oto jechał. Autobus PKS-u warczał jak stary pies. Drzwi otworzyły się z sykiem, a do środka wdarło się zimne, październikowe powie-trze. Marek wracał po latach. Siedział w ostatnim rzędzie, z plecakiem na kolanach i wrażeniem, że każdy zakręt na tej drodze zna lepiej niż własne linie papilarne. Tarło nie zmieniło się wcale. Te same popękane chodniki, te same lampy, które gasły i zapalały się, jakby decydował o tym nie prąd, tylko ka-prys jakiejś starej siły. Jedyna nowość to pordzewiały billboard przed wjazdem do wsi, reklamujący „Nowoczesne Centrum Rehabilitacji dla Dzieci i Młodzieży”. Marek odwrócił wzrok, jakby sam napis mógł go poparzyć. Pamiętał. Bardzo dobrze pamiętał. To właśnie tam spędził kilka miesięcy swojego dzie-ciństwa. Oficjalnie „na leczeniu”. W praktyce… nawet dziś trudno mu było o tym myśleć.

- Pan wysiada? - kierowca, siwiejący facet w skórzanej kurtce, spojrzał w lusterko.

Marek skinął głową. Kiedy stanął na poboczu, autobus odje-chał, zostawiając po sobie tylko smugę spalin. Cisza była gę-sta, niemal nienaturalna. Psy nie szczekały, wiatr nie poruszał gałęziami. Ruszył powoli w stronę rodzinnego domu. Mijając starą szkołę, zatrzymał się. Budynek wyglądał jak trup - okna wybite, ściany odrapane, dach przeżarty przez wilgoć. Ale nie to sprawiło, że włosy stanęły mu dęba. Na parapecie pierwsze-go piętra siedziała dziewczynka. Miała może osiem lat, bose nogi zwisały bezwładnie. Patrzyła prosto na niego. Marek za-mrugał, a okno było puste. „Halucynacja” - powiedział sobie w myślach. „Zmęczenie. Nic więcej.” Ale jego serce waliło jak młot, a dłonie zacisnęły się na ramionach plecaka tak mocno, że aż zbielały mu knykcie. Wiedział jedno: Cokolwiek zaczęło się tutaj dziać… nie skończy się dobrze. Marek przyspieszył kroku, choć wcale tego nie planował. Nogi same niosły go w stronę znajomego domu. Każdy budynek, który mijał, wyglą-dał na starszy niż zapamiętał. Dachy bardziej zgarbione, ściany bardziej odrapane, okna ciemniejsze. Ludzie też wydawali się starsi - nawet jeśli byli młodsi od niego. Na rogu siedziała pani Róża, stara sąsiadka. Zawsze w tej samej chustce w kwiaty, z papierosem zwisającym z kącika ust.

- Oho - mruknęła, gdy go zobaczyła. - Marek. Wracasz, czy uciekasz?

- Wracam - odparł cicho. - Chyba.

Kobieta zmrużyła oczy. Jej twarz była poorana zmarszczkami, ale spojrzenie wciąż miała ostre.

- Tu się nic nie zmienia - powiedziała, wypuszczając kłąb dy-mu. - A jednak… coś się zmieniło. Dzieciaki znowu gadają o duchach w szkole. Ale wiesz jak to dzieci.- Tak - przytaknął, czując, jak gardło mu wysycha. - Dzieci.

Odwrócił się i ruszył dalej, zanim kobieta zdążyła za-

pytać o coś więcej. Nie miał siły na rozmowy. Dom rodzinny wyglądał tak, jakby czekał tylko na niego. Czerwona cegła, dach lekko przesiąknięty wilgocią, skrzypiące drzwi wejścio-we. Wszedł do środka, a kurz natychmiast uniósł się w powie-trzu. Pachniało starymi książkami, wilgocią i czymś jeszcze - czymś metalicznym, jakby rdzą. Zrzucił plecak w korytarzu, przeszedł do kuchni. Stół przykryty ceratą, na której wciąż le-żała popielniczka po ojcu. Lodówka buczała, choć była starsza niż on sam. Czuł, jakby wrócił do muzeum własnego dzieciń-stwa. Wieczorem długo siedział na werandzie. Patrzył na dro-gę, gdzie nikt nie przechodził, na lampy, które gasły i zapalały się same. Cisza była dziwnie gęsta, a powietrze chłodne. Miał wrażenie, że wieś oddycha razem z nim, a może nawet za nie-go. Kiedy w końcu położył się do łóżka, długo nie mógł za-snąć. Słyszał każdy trzask drewna w ścianach, każdy szelest myszy pod podłogą. W końcu zapadł w niespokojny sen. Śniło mu się, że stoi znów pod szkołą. Tym razem drzwi były otwar-te. Wszedł do środka, a korytarz ciągnął się bez końca, oświe-tlony słabym, zielonkawym światłem. Na ścianach wisiały dziecięce rysunki - krzywe postacie, uśmiechnięte słońca, ale im dłużej patrzył, tym bardziej dostrzegał, że uśmiechy są zbyt szerokie, a słońca mają zbyt wiele oczu. Na końcu korytarza stała dziewczynka. Ta sama, którą widział w oknie.- Wróciłeś - powiedziała cienkim głosem. - Oni nigdy nie ode-szli.Marek obudził się z krzykiem. Pot ociekał mu po twarzy, serce tłukło się w piersi. Rozejrzał się po pokoju - ciemność, znajome meble, nic niezwykłego. A jednak miał pewność, że ktoś stoi w kącie. Wstrzymał oddech. Nie mógł się ruszyć. Przez kilka długich sekund czuł, że nie jest sam. W końcu zebrał się na odwagę, zapalił lampkę nocną. Pokój był pusty. Prawie pusty. Na krześle obok łóżka leżała dziecięca sukienka - biała, jak ta z jego snu.

ROZDZIAŁ II - ECHO W ŚCIANACH

Obudził go stukot. Najpierw pojedynczy, jakby ktoś

upuścił orzech na podłogę piętro niżej. Potem drugi, trzeci, w końcu cała seria, równa jak metronom: raz-dwa-trzy, pauza, raz-dwa-trzy. Marek leżał chwilę bez ruchu, słuchając, jak dom oddycha. Ściany pracowały, drewno skrzypiało, gdzieś za oknem coś metalowego uderzało o coś innego metalowego - przeciągły dźwięk jak zardzewiały gong. Spojrzał na zegarek: 5:42. W Tarle to była godzina, o której zaczynał się dzień - traktory, gęsi, woda w czajnikach. Dziś jednak nic z tego. Tyl-ko ten rytm, jakby dziecko pod stołem bawiło się łyżką o ka-felki. Usiadł. Natychmiast rozejrzał się po pokoju, szukając białej sukienki, która wczoraj leżała na krześle. Krzesło było puste. Sukienki nie było. Dywan miał ten sam wzór w jodełkę, na parapecie stał ten sam spękany kaktus po matce, który nie rósł, nie więdnął, jakby istniał tu tylko z przyzwyczajenia rze-czy.

- Śniło ci się - powiedział półgłosem, bo z jakiegoś powodu nie chciał, żeby dom go usłyszał.

Stukanie ucichło, jakby się speszyło. W kuchni znalazł herbatę w słoiku po ogórkach. Wsypał za dużo, zalał za mało, wypił gorzką i gorącą, aż poczuł ją w oczach. W ciszy mineło kilka minut. W końcu założył kurtkę, czapkę, którą zostawił tu lata temu, i wyszedł na zewnątrz. Październik siedział nisko nad ziemią: mgła, wilgoć, szron na zardzewiałej huśtawce. Droga trzymała się cicho. Marek poszedł do sklepu na rogu, tak jak chodził mając dziewięć lat po chleb i gazetę dla ojca - wtedy gazeta była ważna, bo w domu brakowało słów, więc cudze słowa się przynosiło. Dziś też brakowało słów, tylko człowieka do nich brakowało. Dzwoneczek nad drzwiami zadźwięczał tak, że aż poczuł ból w zębach. W środku pachniało mydłem w kostce, jabłkami i mokrą tekturą. Za ladą stała Kasia, córka dawnej właścicielki. Kiedyś zawsze miała kitkę, teraz miała kitkę i cienie pod oczami.

- Marek? - powiedziała, jakby na głos sprawdzała, czy to imię jeszcze pasuje do tej twarzy. - No popatrz.- Popatrz - odparł. - Chleb. I ser. I coś na nerwy, ale bez pro-centów.

Uśmiechnęła się krótko. - To może sezamki. Działają u dzieci.- W sam raz - powiedział. - Słyszałem, że dzieci teraz mają tu… bogate życie wewnętrzne.

Kasia przestała się uśmiechać. Skręciła papierek z paragonem, jakby chciała go udusić. - Bzdury. Wiesz, jakie one są. Raz „niewidzialny kolega”, raz „głosy w ścianach”.- A teraz? - zapytał z pozoru obojętnie.

- Gorzej - odparła z taką pewnością, że nie spytał dlaczego.

Na wyjściu minął chłopca z kapturem. Chłopiec spojrzał na niego jak na starą gazetę - ciekawość bez zainteresowania - i wyszeptał coś, czego Marek prawie nie usłyszał. Brzmiało jak: „Słyszysz już?” Zanim Marek zdążył zareagować, chłopiec przemknął do środka, a dzwoneczek zabrzmiał, jakby ktoś nim potrząsał ze złością. Nie poszedł od razu do domu. Stopy same zniosły go pod starą szkołę. W dzień wyglądała mniej groźnie: obdrapany tynk, okna bez szyb, w wejściu wysoka trawa. Jed-nak w świetle poranka to, co czarne, bywa czarniejsze. Stał tak chwilę, aż usłyszał krótki, nagły śmiech - dziecięcy, obok nie-go, nie w środku. Odruchowo odskoczył. Po lewej, w chasz-czach, siedziały dwie dziewczynki. Jedna miała plecak z jed-norożcem, druga bluzę z kapturem i pociągły nos. Patrzyły bez uśmiechu.

- Nie wolno tu - powiedziała ta z nosem. - Pani mówiła.- Która pani? - zapytał.

Marek poczuł pracę serca w skroniach. Przez sekundę bardzo chciał się roześmiać - głośno, bez powodu - tylko po to, żeby coś przerwać. Zamiast tego wciągnął powietrze, w którym by-ło za dużo rdzy, i odwrócił się gwałtownie.- Nie wchodź tam.

Głos był znajomy: stary, zmęczony, jakby ktoś go nosił w kie-szeni od lat. Ksiądz Antoni stał po prawej, w płaszczu, który pamiętał lepsze zimy. Twarz miał bladą, a oczy takie, jak mają ludzie, którzy sami siebie nauczyli szeptać.- Dzień dobry, proszę księdza - powiedział automatycznie.- Nie wchodź - powtórzył. - To nie jest ruina. To jest rana. A w ranę palców się nie wkłada.

- Ksiądz mówi obrazami - próbował się uśmiechnąć.- Bo słowa nie chcą już pracować - odparł ksiądz. - Odkąd oni wrócili.

- Kto? - zapytał, choć znał odpowiedź na jakieś inne pytanie.- Ci, którzy nigdy nie odeszli - powiedział ksiądz i przeżegnał się odruchowo, ale jakby był niepewny co do adresata. - Idź do domu, Marek.

Posłuchał. Nie dlatego, że wierzył w autorytety, tylko dlatego, że tego dnia wszystko poza domem wydawało się być cudze.

W domu zjadł kanapkę, która smakowała tekturą i dzie-

ciństwem. Woda w czajniku jęczała, jakby ktoś ją instruował, jak ma się zachowywać. Potem zadzwonił telefon stacjonarny - ten sam, co stał tu zawsze, z kablem skręconym jak wąż. Spoj-rzał, jakby spodziewał się, że na tarczy pojawi się nazwisko. Oczywiście, nic się nie pojawiło.

- Halo?

Cisza. Potem oddech. Dziecięcy. Płytki, jak przez chustkę.- Halo, słucham?

Szept, tak cichy, że wyraz był jak odcisk palca, nie jak dźwięk: Nie schodź.

Połączenie się rozłączyło. Słuchawka została w jego dłoni jak kość. Nie schodź dokąd? Pytanie było śmieszne. W tym domu schodziło się tylko w jedno miejsce. Klapa do piwnicy miała metalowy uchwyt. Kiedy po niego sięgnął, był chłodny, ale nie zimny - jak dłoń kogoś, kto dopiero co spał. Zawiasy zapisz-czały przeciągle. Zapach uderzył go natychmiast: ziemia, mo-kry cement, trochę jabłka, które zapomniano jesienią. I coś jeszcze, cienka nuta znad rzeźnickiego stołu. Zszedł po scho-dach. Światło żarówki dotknęło sufitu, ale bało się zejść niżej. W półmroku regały, słoje, skrzynki, pamięć. Stukanie wróciło - raz-dwa-trzy, pauza - tylko teraz było bardziej pod skórą niż w powietrzu, jakby jego serce chciało się dostroić.- Dobra - powiedział sam do siebie. - Wystarczy. Zrobił krok, drugi. Przy lewej ścianie mokra plama rozrosła się jak wyspa. Spojrzał na nią: krople układały się w nitki, a nit-ki… poruszały w górę. Grawitacja, ta stara umowa, właśnie się w tym punkcie wypowiedziała. Poczuł śmieszny, dziecinny impuls, żeby klasnąć, jakby sprawdzał, czy wejście jest auto-matyczne.

- Marek.

Nie drgnął. Głos nie przyszedł z żadnej strony; wydarzył się w środku jego imienia. Dziecięcy, ale nie jeden. Jakby kilka gar-deł próbowało unieść to samo słowo.

- Nie schodź - powtórzyły głosy, a w nich nie było groźby. Tyl-ko… troska. Obca i nie do przyjęcia.

Wtedy zgasła żarówka. Ciemność nie była brakiem światła; była czymś, co przychodzi, siada na ramieniu i mówi: „Teraz ja”. W tej ciemności usłyszał coś nowego: oddech. Blisko. Tuż obok. Mały. Dłoń, zimna jak woda ze studni, dotknęła jego nadgarstka.

- Jeśli pójdziesz - powiedział głos bardzo miękko - oni usłyszą, że wróciłeś.

Ciemność puchła. Coś w nim chciało powiedzieć „dobrze”, ale coś innego - to, co zawsze kazało mu sprawdzać zamknięte drzwi - powiedziało „zaczekaj”. I to „zaczekaj” okazało się mocniejsze. Wyciągnął rękę po omacku i znalazł sznurek od lampy. Pociągnął raz. Nic. Drugi raz. Nic. Trzeci. Światło wró-ciło. Na ziemi - przy jego stopie - leżał przedmiot, który znał aż za dobrze: plastikowa plakietka na smyczy, pożółkła, pory-sowana. Odwrócił ją. „CENTRUM REHABILITACJI DLA DZIECI I MŁODZIEŻY - ODDZIAŁ III”. A pod spodem: „M. T., 12 lat”. Przez sekundę nie rozpoznał własnych inicjałów. Przez następną rozpoznał aż za bardzo. Wszedł wyżej, powoli, z plakietką w dłoni. Na progu obejrzał się przez ramię. Miał wrażenie - głupie, dziecinne, nie do wypowiedzenia - że jeśli powie „dobranoc”, coś mu odpowie. Nie powiedział nic. Za-mknął klapę, położył na niej czajnik, jakby metalowa woda by-ła ciężarem. Usiadł przy stole i patrzył na plakietkę. Ostatnia litera nazwiska była starta, jakby ktoś ją zeskrobywał paznok-ciem przez lata. Nagle zauważył że na blacie leżała kartka - przysięgałby, że wcześniej jej tam nie było. Zwykła, wyrwana z zeszytu w kratkę. Drżącymi palcami podsunął ją pod lampę. Pismo było dziecięce, nierówne, litery wykrzywione, jakby ktoś pisał w pośpiechu albo w ciemności.

„ZAPAMIĘTAJ RYTM.

NIE OTWIERAJ DRZWI SAM.”

Noc minęła bez snu. Każdy trzask, każdy szmer w do-

mu wbijał go w krzesło jak gwóźdź. Kiedy świtało, Marek na-dal siedział przy stole, wpatrzony w dziecięce pismo. I nagle uświadomił sobie coś, co sprawiło, że krew w nim zamarzła. Litery były krzywe, ale znajome. Dokładnie takie samo pismo miał on sam w zeszytach w czwartej klasie. Kartkę napisał ktoś, kto doskonale znał jego rękę sprzed lat. Albo… on sam. Marek odłożył kartkę na stół, ale ta - jakby miała własną wolę - zsunęła się powoli na podłogę. Nie podmuch wiatru, nie przypadek. Po prostu zjechała, aż zatrzymała się przy jego sto-pie. Podniósł ją drżącą ręką.

ROZDZIAŁ III - POKÓJ BEZ DRZWI

Marek miał dwanaście lat, kiedy go tam zawieziono.

Nie pamiętał wszystkiego - część wspomnień była jak film, z którego ktoś powycinał najważniejsze sceny i posklejał resztki taśmą. Ale dobrze pamiętał drogę. Ten sam autobus PKS, co zawsze, ten sam zakręt pod lasem. Tylko że wtedy siedział obok matki, która ściskała go za rękę tak mocno, że bolało. - To tylko na kilka tygodni - mówiła. - Lekarze wiedzą, co ro-bią.

Nie odpowiadał. Patrzył przez szybę na żółte pola i starał się nie płakać. Ojciec nie pojechał. „Nie mam czasu na fanaberie” - rzucił, zanim wyszedł do pracy. Ale Marek wiedział, że cho-dziło o coś innego. Ojciec zawsze bał się lekarzy, szpitali, bia-łych kitli. Kiedy autobus zatrzymał się przed budynkiem, serce podskoczyło mu do gardła. „Centrum Rehabilitacji dla Dzieci i Młodzieży” - głosił napis nad wejściem. Zwykła szkoła, poma-lowana na biało, z nowymi drzwiami i oknami, które błyszcza-ły w słońcu. Wyglądała… normalnie. Może nawet przyjaźnie.

Ale kiedy wszedł do środka, powietrze zmieniło się od

razu. Pachniało chlorem, lekami i czymś jeszcze, czego nie po-trafił wtedy nazwać. Dziś wiedziałby, że to był zapach strachu - ten sam, który czują wszystkie dzieci, kiedy wiedzą, że nie ma dokąd uciec. Przywitała ich pielęgniarka w białym fartu-chu, z włosami tak ciasno związanymi, że skóra na czole wy-glądała, jakby miała pęknąć. Uśmiechała się, ale oczy miała puste.

- To dla twojego dobra, skarbie - powiedziała, kładąc mu rękę na ramieniu.

Matka powtarzała te same słowa, ale w jej głosie było więcej desperacji niż wiary. W końcu musiała wrócić do domu. Wy-chodząc, nie odwróciła się ani razu. Potem zabrali mu ubrania, rzeczy, wszystko, co było „jego”. Dostał piżamę w paski i pla-stikową plakietkę na smyczy. „M. T., 12 lat, Oddział III”. Pierwszą noc spędził w sali z sześcioma innymi chłopcami. Każdy miał swoje łóżko, ale nie swoje sny. Bo w nocy wszy-scy śnili to samo.

*

Teraz, trzydzieści lat później, siedział znów w kuchni

swojego domu w Tarle, wpatrzony w żółknącą plakietkę, którą znalazł w piwnicy. Litery startowały, ale wciąż wyraźnie było widać: Oddział III. Zacisnął pięści. Czuł w ustach ten sam me-taliczny smak, co wtedy, gdy miał dwanaście lat i zmuszano go do wpatrywania się w światło tak długo, aż oczy łzawiły. Tylko jedno pytanie dudniło mu w głowie, mocniejsze od strachu: „Dlaczego to znowu się zaczęło?”

Marek odłożył plakietkę na stół. Plastik zabrzęczał cicho, jak-by wciąż krył w sobie echo dawnego korytarza. Patrzył na nią, ale jednocześnie widział przed oczami twarze chłopców z tam-tej sali. Większość nazwisk dawno uleciała z pamięci, ale pa-miętał oczy - szerokie, czujne, ciemne od lęku. Teraz te same oczy czuł na sobie. Dom był pusty, a jednak każdy włos na karku podpowiadał mu, że ktoś właśnie stoi za jego plecami. Odwrócił się gwałtownie, z latarką w dłoni. Światło przecięło mrok. Pusto. „Za dużo kawy, za mało snu” - próbował się uspokoić. Ale wiedział, że to nie prawda. Na podłodze koryta-rza, tuż obok jego stopy, leżała plastikowa smycz z plakietką. Nową, czystą, lśniącą.

„M. T., 42 LATA. ODDZIAŁ III.” Marek wpatrywał się w plakietkę, jakby nie wierzył własnym oczom. Plastik był idealnie gładki, świeży, bez zarysowań. Tak, jakby ktoś właśnie przed chwilą ją wydał.„M. T., 42 lata. Oddział III.” Dłoń mu zadrżała. Smycz pod palcami była zim-na, niemal lodowata. W głowie zaczął liczyć. Nie celowo. Po prostu - to się stało. Zatrzymał się, ale sekwencja wciąż dudni-ła. Gdzie to przyszło? Uniósł wzrok, patrząc w ciemność po-nad stołem. Wspomnienie - nie pełne, tylko fragment - przesu-nęło mu się przez mózg jak sen. Ktoś mówił. Głos spokojny, ale taki, któremu się nie przeczy. "Musisz liczyć. Jeśli przesta-niesz, zgubisz się". Marek nie pamiętał twarzy. Nie pamiętał pokoju. Pamiętał tylko - odruch. Ta sekwencja stała się jak od-dychanie. Nieświadoma, niezauważalna. Liczył, aż to przestało być strachem, a stało się jedynym, co go trzymało przy życiu. Teraz siedział w kuchni. Palce na stole pukały sama z siebie. Zatrzymał się gwałtownie, dłoń zacisnął w pięść. Nie. To było dawno. To było tam. Ale to wciąż było w nim. Siedziało głębo-ko, w kościach, czekając.

ROZDZIAŁ IV - OPASKA

Ola mieszkała w mieście, którego nigdy tak naprawdę

nie polubiła. Bloki z wielkiej płyty, szare podwórka, sklepy otwarte do dwudziestej pierwszej. Życie toczyło się tu równo, bez niespodzianek - tak, jak chciała. Bo Ola od zawsze marzy-ła o tym, żeby jej życie było nudne. Rano praca w biurze ra-chunkowym, po południu szybkie zakupy, wieczorem serial al-bo książka. Czasami weekendowy spacer do galerii handlowej, żeby udawać, że wszystko jest w porządku.

I przez lata działało. Nikt nie pytał o jej dzieciństwo. A

ona nie odpowiadała. Miała czterdzieści jeden lat, kilka siwych pasemek przy skroniach i to spojrzenie, które mówiło: „nie ru-szaj moich wspomnień”. Wolała, żeby znajomi myśleli, że jest samotniczką, niż żeby ktoś zadawał zbyt wiele pytań. Ale pew-nego wieczoru jej „zwyczajne życie” skończyło się. Wyszła z windy na czwarte piętro, z siatką zakupów w dłoni. W koryta-rzu pachniało gotowaną kapustą i kurzem. Zatrzymała się przy skrzynce pocztowej. Zazwyczaj znajdowała tam rachunki, ulotki i reklamy kredytów. Tego dnia w środku leżało coś inne-go. Ola najpierw pomyślała, że to pomyłka. Że ktoś wrzucił nie tam, gdzie trzeba. Ale kiedy wzięła przedmiot do ręki, zro-zumiała, że to nie przypadek. Szpitalna opaska na rękę. Zwy-kły plastikowy pasek, trochę pożółkły, wilgotny od jesiennej wilgoci. Na powierzchni widać było wyraźny napis, wydruko-wany wyblakłymi literami:

„O. K., 41 LAT. ODDZIAŁ III.”

Siatka z zakupami wypadła jej z dłoni. Stała w pustym koryta-rzu, patrząc na plastik w swoich palcach, i czuła, jak wracają wszystkie zapachy i obrazy, które przez trzydzieści lat zakopy-wała głęboko: chlor, rdza, zielonkawe światło, stukot rytmu. Nie było żadnego listu. Żadnego nadawcy. Tylko ta opaska. I Ola wiedziała jedno: ktoś ją wezwał z powrotem. Siedziała długo na kuchennym krześle, wpatrując się w opaskę położoną na stole. Nie dotykała jej, jakby plastik miał zaraz ugryźć. Ze-gar tykał, w mieszkaniu było cicho, a ona miała wrażenie, że każda sekunda przybliża ją do czegoś, czego nie chciała na-zwać. Spróbowała zadzwonić do matki. Odebrała, jak zwykle zirytowana.

- Coś się stało? - spytała.

- Mamo… - Ola zawahała się. - Pamiętasz… szkołę? Tamte czasy?

Po drugiej stronie zapadła cisza. Zbyt długa.- Po co wracasz do takich rzeczy? - usłyszała w końcu. - Lepiej o tym nie myśleć.

Potem rozmowa skończyła się nagle, jakby ktoś rozłączył się w połowie zdania. Ola wiedziała już, że nie dostanie odpowie-dzi od nikogo. Tak jak trzydzieści lat temu. Długo siedziała przy stole w kuchni. Opaska leżała obok pustego kubka po ka-wie, jak dowód w sprawie, której nikt inny nie chciałby do-tknąć. Patrzyła na nią, a każda sekunda zdawała się wbijać głę-biej w jej pamięć obrazy, które starała się zakopać przez całe życie.

Następnego dnia poszła normalnie do pracy. Biuro ra-

chunkowe mieściło się na drugim piętrze starej kamienicy. Ko-leżanki z działu jak zwykle narzekały na klientów, ktoś pusz-czał cicho radio. Wszystko wyglądało zwyczajnie. Ale Ola nie mogła się skupić.

Cyfry na ekranie rozmazywały się. Litery w tabelach zamie-niały się w znajomy rytm.

- Źle wyglądasz, Ola - powiedziała szefowa, mijając ją w kory-tarzu. - Nie śpisz?

- Tak, chyba się przeziębiam - odpowiedziała szybko. Kłamstwo przyszło łatwo. Po pracy zamiast wrócić do domu, skręciła w stronę parku. Jesienne liście szeleściły pod stopami, a powietrze było zimne i wilgotne. Usiadła na ławce i wyjęła z kieszeni opaskę. Przesunęła palcem po plastiku.

„O. K., 41 LAT. ODDZIAŁ III.”

Jak to możliwe, że ktoś znał jej wiek? Że ktoś pamiętał inicja-ły, które wpisano trzydzieści lat temu na kartach, które nigdy nie powinny istnieć? Tej nocy spała niespokojnie. Budziła się kilkakrotnie, pewna, że ktoś stoi za drzwiami mieszkania. Kiedy się obudziła, zobaczyła, że opaska nie leży już na stole w kuchni, tylko na jej poduszce. Następnego ranka nie wytrzy-mała. Spakowała torbę: kilka ubrań, dokumenty, butelkę wody. Wsunęła opaskę do kieszeni płaszcza, choć każda komórka ciała mówiła jej, żeby wyrzucić ją do śmietnika. Ola próbowa-ła żyć tak, jakby nic się nie wydarzyło. Rano wstała, zaparzyła kawę, wyszła do pracy. Uśmiechała się, gdy trzeba było, kiwa-ła głową, gdy koleżanki plotkowały o podwyżkach i kredytach. Ale opaska była zawsze z nią. Włożyła ją do szuflady nocnej szafki, potem do torebki, w końcu schowała w pudełku po bu-tach w szafie. Za każdym razem myślała: „to koniec, zapomnę o niej”. A jednak za każdym razem znajdowała ją gdzie in-dziej.

Pewnego dnia, wracając z pracy, zobaczyła ją w

skrzynce pocztowej - drugi raz. Innym razem leżała na biurku w biurze, obok jej komputera, jakby ktoś specjalnie tam ją po-łożył. Raz nawet znalazła ją na siedzeniu autobusu, dokładnie tam, gdzie siadała codziennie rano. Nie mówiła nikomu. Bo co miałaby powiedzieć? Że stara szpitalna opaska śledzi ją po mieście?

Trzeciej nocy śniło jej się Tarło. Nie jako dziecko - tyl-ko jako dorosła, stojąca przed ruinami starej szkoły. Widziała światło w oknach, choć budynek od dawna był pusty. A w jed-nym z nich stała sylwetka. Nauczycielka. Rozmazana twarz, kreda w dłoni, a za nią rząd dzieci stukających palcami w ław-ki. Ola obudziła się z krzykiem, a opaska leżała owinięta wo-kół jej nadgarstka. Rano próbowała udawać, że nic się nie sta-ło. Wyszła z mieszkania, wsiadła do autobusu, pojechała do pracy. Ale wciąż czuła plastik zaciskający się na jej ręce, choć zdjęła go i wrzuciła do kosza na śmieci. Kiedy otworzyła do-kument w komputerze, cyfry na ekranie zaczęły pulsować. Za-mknęła oczy, ale rytm nie zniknął. Tego wieczoru Ola przestała się oszukiwać. Zrozumiała, że to się nie skończy. Że opaska nie jest przypadkiem. Że Tarło znowu ją wzywa. Usiadła na łóżku z walizką obok i długo patrzyła w okno. Światła miasta migały jakby obojętnie, a ona wiedziała, że nigdzie tutaj nie znajdzie spokoju. Po raz pierwszy od trzydziestu lat powie-działa to na głos, choć głos jej się załamał:- Ja nigdy nie uciekłam.

Przez kilka dni Ola próbowała udawać, że nic się nie

stało. Praca, zakupy, wieczorne seriale. Tyle że teraz wszystko wydawało się obce, jakby patrzyła na swoje życie zza szyby. W biurze koleżanka zagadnęła ją przy kawie:- Ola, nie odbierasz telefonu? Dzwoniłam wczoraj.- Nie słyszałam - skłamała.

- Odebrał jakiś facet. Powiedział tylko „Ola nie może teraz rozmawiać” i się rozłączył.

Kawa wypadła jej prawie z rąk.

- Jaki facet?

- No, nie wiem. Głos dziwny. Taki… jakby szeptał.

Ola już wiedziała, że w mieszkaniu nikt nie był. Ale wcale jej to nie uspokoiło. Kilka dni później zobaczyła go po raz pierw-szy. Stał po drugiej stronie ulicy, oparty o przystanek. Wysoki, w długim płaszczu. Nie zrobił nic, nie podszedł, nie odezwał się. Ale patrzył. Wracała tą samą drogą trzy razy w ciągu tygo-dnia. I trzy razy był tam on. Zawsze w tym samym miejscu. Zawsze nieruchomy. Przysięgłaby, że widziała, jak podnosi rę-kę i stuka palcami o barierkę rytm. W mieszkaniu zaczęły się drobiazgi. Raz zostawiła światło w kuchni - i znalazła je zga-szone. Innym razem drzwi do łazienki były zamknięte od środ-ka, choć nikt w niej nie siedział. Ale najgorsze było to, że opa-ska wracała. Sąsiadka z mieszkania obok zaczęła się dziwnie zachowywać. Starsza kobieta, zawsze narzekająca na hałas, nagle zatrzymała Olę na klatce.

- Ładną masz bransoletkę - powiedziała, patrząc na opaskę.- To… nie bransoletka - odparła Ola sucho. Kobieta uśmiechnęła się bez zębów.

- Wiem. Miałam taką samą, jak byłam w twoim wieku. Ola zamknęła drzwi mieszkania i długo nie mogła złapać od-dechu.

Ostatnim ciosem był telefon. Numer nieznany. Kiedy odebrała, w słuchawce usłyszała tylko szept:

- Ola K. Czterdzieści jeden lat. Oddział trzeci. Telefon wypadł jej z ręki. Tej nocy nie spała już ani minuty. Pakowała torbę długo, starannie, jakby każda rzecz mogła mieć znaczenie. Kiedy w końcu wsunęła opaskę do kieszeni płaszcza, czuła, że to nie ona podjęła decyzję.

Decyzja została podjęta dawno temu. Ola zaczęła uni-

kać spojrzeń ludzi w pracy. Wydawało jej się, że patrzą na nią za długo. Jakby wszyscy wiedzieli, że coś się stało. W stołów-ce usiadła kiedyś z Magdą z księgowości.- Słuchaj, dziwne rzeczy się dzieją - zaczęła Ola, ostrożnie-.Magda wzruszyła ramionami.

- Zawsze się dzieją.

- Nie, chodzi o… - zamilkła. Jak miała powiedzieć o opasce?

Że wraca, choć ją wyrzuca?

Magda spojrzała na nią dziwnie i wstała od stołu. - Odpocznij

trochę, Ola. Ty naprawdę źle wyglądasz. Wieczorami miasto zmieniało się w labirynt. Raz zgubiła drogę, choć mieszkała tam od lat. Idąc znajomą ulicą, nagle znalazła się na pustym placu, którego nigdy wcześniej nie widziała. Na środku stał

słup ogłoszeniowy. Była na nim przyklejona tylko jedna kart-

ka:

„ODDZIAŁ III. LEKCJA TRWA.”

Ola pobiegła w drugą stronę. Kiedy obejrzała się za siebie, pla-cu już nie było. Była zwykła ulica, z kioskiem i zaparkowany-mi samochodami. Najgorsze były lustra. W łazience, w win-dzie, w sklepie odzieżowym. Zawsze to samo. Jej odbicie patrzyło chwilę za długo. A raz - i tego była pewna - jej własne usta poruszyły się, choć ona nie powiedziała ani słowa. Usłyszała szept:- Czas wracać.

Po tygodniu wiedziała, że nie ma już ucieczki. Opaska

nie była przypadkiem. To było wezwanie. Miasto, w którym próbowała ułożyć sobie życie, odrzucało ją kawałek po kawał-ku, aż zostało tylko jedno wyjście: wrócić tam, gdzie to się za-częło. Tej nocy Ola nie mogła zasnąć. Przewracała się z boku na bok, a cisza w mieszkaniu wydawała się gęsta jak mgła. W końcu wstała, nalała sobie wody i usiadła przy stole. Opaska leżała tam, gdzie zostawiła ją ostatnio - na talerzu, jak przed-miot codziennego użytku. „Jutro wyrzucę ją raz na zawsze” - pomyślała. Ale kiedy wróciła do sypialni, poczuła, że coś jest nie tak. Naprzeciwko łóżka zobaczyła kartkę. Wyrwaną z ze-szytu grube linie, nierówne, jakby drżąca ręka kreśliła je w po-śpiechu. Zamarła. Drżały jej dłonie, serce tłukło się o żebra.- Nie… - wyszeptała. - To nie może być prawda. Podniosła wzrok. Na stronie zaczęły pojawiać się litery, jedna po drugiej, jakby niewidzialny flamaster sam pisał:
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij