Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Odejście/a - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
16 września 2026
2239 pkt
punktów Virtualo

Odejście/a - ebook

Czy można opowiedzieć prawdziwą historię, uciekając się do fikcji? U progu osiemdziesiątych urodzin Julian Barnes wraca do tematów, które od lat czynią go jednym z najważniejszych współczesnych pisarzy: miłości, pamięci, przypadku i przemijania.

Stephen i Jean zakochują się w młodości, tracą się z oczu, a po wielu dekadach dostają od losu drugą szansę. Ale czy można wrócić do uczucia sprzed lat? I czy pamiętamy przeszłość taką, jaką była naprawdę?

Książka Odejście/a wymyka się prostym definicjom. To jednocześnie powieść, autobiograficzne wyznanie i błyskotliwa refleksja nad sztuką opowiadania. Barnes z charakterystyczną ironią i czułością bada granicę między tym, co przeżyte, a tym, co zapamiętane, prowadząc czytelnika ku pytaniom o sens wspomnień, naturę szczęścia i sztukę godzenia się z nieuchronnym.

Poruszająca, mądra i zaskakująco pogodna książka o tym, co zostaje z naszego życia, kiedy opowieść zbliża się do końca.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68921-83-0
Rozmiar pliku: 998 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1. THE GREAT I AM / JESTEM, KTÓRY JESTEM

1

THE GREAT I AM / JESTEM, KTÓRY JESTEM

Nie­dawno odkry­łem nie­po­ko­jącą moż­li­wość. Nie, gorzej: nie­po­ko­jący fakt.

Mam starą przy­ja­ciółkę, radio­lożkę, która od lat wysyła mi wycinki z „Bri­tish Medi­cal Jour­nal”. Wie, że prze­ja­wiam zain­te­re­so­wa­nie tym, co upiorne i dra­styczne. W mojej pamięci – tam, gdzie zacho­dzą na sie­bie pro­cesy degra­da­cji i upięk­sza­nia – mam zapi­sane przy­padki pacjen­tów, któ­rzy wybu­chli, gdy roz­grzany skal­pel pod­pa­lił ich gazy jeli­towe, a także incy­denty z począt­ków obra­zo­wa­nia rezo­nan­sem magne­tycz­nym, kiedy wewnętrzne meta­lowe szwy prze­szyły ciało jak śrut. Histo­rie te są cza­sem opa­trzone zdję­ciami: na przy­kład męż­czy­zny, który tak zapu­ścił paznok­cie u nóg – jak pamię­tam, na kilka metrów – że całymi latami nie był w sta­nie cho­dzić. Kolejną sprawą jest codzien­ność leka­rzy pole­ga­jąca na usu­wa­niu nie­ocze­ki­wa­nych przed­mio­tów, które zostały połknięte – jak torebki z gwoź­dziami – lub na siłę umiesz­czone w odby­cie. (W daw­nych cza­sach popu­lar­nymi gadże­tami anal­nymi były minia­tu­rowe popier­sia Napo­le­ona – nawyk ten nie­wąt­pli­wie łączył przy­jem­ność z patrio­ty­zmem). Szcze­gól­nie też zapadł mi w pamięć przy­pa­dek pew­nego męż­czy­zny, któ­remu zało­żono rurkę tra­che­oto­mijną. Kiedy zgło­sił się na wizytę kon­tro­lną, leka­rze byli zasko­czeni wido­kiem żół­ta­wych plam wokół otworu, w któ­rym umiesz­czono rurkę. Oka­zało się, że pacjent był skraj­nie uza­leż­niony od papie­ro­sów – pozba­wiony moż­li­wo­ści pale­nia przez usta, odkrył, że jeśli wyj­mie rurkę, papie­ros ide­al­nie mie­ści się w otwo­rze; musiał go tylko pod­pa­lić i napeł­nić płuca dymem. Męż­czyźni (a więk­szość tych dzi­wacz­nych dzia­łań podej­mują wła­śnie oni) potra­fią być nie­sa­mo­wi­cie pomy­słowi, nawet – lub zwłasz­cza – kiedy pomy­sły te są sprzeczne z ich naj­le­piej poję­tym inte­re­sem.

Naj­now­szy wyci­nek od dok­tor Jacky, był – jakże sto­sow­nie – opa­trzony lite­rac­kim nagłów­kiem: „Pro­ust i mag­da­lenka: razem we wzgó­rzu mózgu”. Natu­ral­nie zaczą­łem czy­tać. „Mag­da­lenka, jak pań­stwo pamię­tają, nie była miło­ścią życia Pro­usta, lecz kru­chym ciast­kiem, które, po zanu­rze­niu w her­ba­cie, wywo­łało mimo­wolne wspo­mnie­nie auto­bio­gra­ficzne (Invo­lun­tary Auto­bio­gra­phi­cal Memory – IAM)”. Tekst ten bazo­wał na arty­kule z cza­so­pi­sma „Neu­ro­logy Cli­ni­cal Prac­tice” i doty­czył przy­padku czter­dzie­sto­pię­cio­latka, który doznał lewo­stron­nego udaru krwo­tocz­nego tyl­nej czę­ści wzgó­rza. Kon­se­kwen­cje były znacz­nie bar­dziej dra­styczne i spe­cy­ficzne niż lekki wstrząs, jaki wywo­łała u Pro­usta (i jego fik­cyj­nego nar­ra­tora) mag­da­lenka – która nie była w isto­cie „kru­chym ciast­kiem”, tylko puszy­stym żłob­ko­wa­nym cia­stecz­kiem w kształ­cie prze­grzebka. Pacjent wyja­wił, że „smak szar­lotki wywo­łuje w nim wspo­mnie­nia wszyst­kich szar­lo­tek, które kie­dy­kol­wiek jadł; doświad­cza ich chro­no­lo­gicz­nie i zale­wają jego umysł niczym kaskada”.

Jak powie­dzia­łem, moją pierw­szą reak­cją była trwoga: wyobraź­cie sobie gwał­towne natar­cia utra­co­nych wspo­mnień, histo­ryczną lawinę prze­ta­cza­jącą się z hukiem przez wasze postrze­ga­nie teraź­niej­szo­ści, roz­dzie­ra­jącą wasze poczu­cie wła­snego ja. A gdyby – jak zauwa­żył pewien mój przy­ja­ciel – czyn­nik wywo­ław­czy nie był tak pozy­tywny jak jedze­nie szar­lotki? Co by było – zapy­tał – gdy­byś puścił bąka, nawet naj­cich­szego, na co w porządku chro­no­lo­gicz­nym zosta­łyby odtwo­rzone wszyst­kie bąki, które kie­dy­kol­wiek puści­łeś? I tak dalej – sami może­cie bez trudu przy­to­czyć wła­sne przy­kłady. Wyobraź­cie sobie, jak wyczer­pu­jąca byłaby nastę­pu­jąca myśl – lub widok: przez waszą świa­do­mość prze­myka kilka tysięcy kana­pek z beko­nem (czy ich jakość i róż­nice mię­dzy nimi, a także wasze reak­cje na nie rów­nież byłyby uwzględ­nione?).

Mam teraz sie­dem­dzie­siąt kilka lat i jak więk­szość star­szych osób, cza­sem bywam znu­dzony samym sobą – mam tu na myśli moje mono­tonne wspo­mi­na­nie róż­nych myśli i czy­nów, a także – przede wszyst­kim – opi­nii. (A ci, któ­rzy ni­gdy nie są sobą znu­żeni, ni­gdy nie prze­stają publicz­nie czer­pać roz­rywki z wła­snego życia i powta­rza­nych aneg­dot, to zwy­kle naj­więksi nudzia­rze na tej pla­ne­cie. Znów męż­czyźni, na ogół). Lecz sza­lona, przy­tła­cza­jąca nuda wywo­łana pędzą­cymi IAM-ami to – przy­naj­mniej na ten moment – coś nie­wy­obra­żal­nego. Czy to nie spra­wi­łoby, że chcie­li­by­ście się zabić?

Moja druga reak­cja była bar­dziej wywa­żona i bar­dziej pisar­ska. IAM-y z pew­no­ścią pomo­głyby przy two­rze­niu auto­bio­gra­fii. Wydaje ci się, że zapa­mię­ta­łeś coś „dokład­nie”, a im wię­cej razy przy­wo­łu­jesz to wspo­mnie­nie i je opo­wia­dasz, tym moc­niej utwier­dzasz się w prze­ko­na­niu o jego praw­dzi­wo­ści. Ale co by było, gdyby upo­mniał cię i popra­wił… wła­sny mózg? Co, gdyby mógł ci przed­sta­wić wszyst­kie twoje wer­sje wyda­rzeń i poka­zać, jak stop­niowo acz sys­te­ma­tycz­nie odda­la­łeś się od pier­wot­nej rela­cji? Czy to nie byłoby dziwne i dez­orien­tu­jące? Ale też pomocne: trudno byłoby odrzu­cić wnio­ski wła­snego wzgó­rza, prawda?

A co by było, gdyby twój mózg zawie­rał nie tylko chro­no­lo­giczny zapis wszyst­kich ciast, które zja­dłeś, ale też wszyst­kich two­ich moral­nych dzia­łań i zanie­chań. Każ­dego „kocham cię”, które wypo­wie­dzia­łeś, bez względu na to, czy mówi­łeś szcze­rze. Każ­dego „kocham cię”, któ­rego nie wypo­wie­dzia­łeś, a powi­nie­neś był, które chcia­łeś wypo­wie­dzieć, ale ci się nie udało. Jak zmie­rzył­byś się z reje­strem – chro­no­lo­gicznym – wszyst­kich swo­ich kłamstw, hipo­kry­zji, okru­cieństw, zarówno tych do unik­nię­cia i tych, któ­rych (z pozoru) unik­nąć się nie dało, szorst­kich prze­oczeń, zata­jeń prawdy, zła­ma­nych obiet­nic, zdrad sło­wem i czy­nem? Nie tylko rze­czy­wi­stych chwil sła­bo­ści, ale też tych wyobra­żo­nych i upra­gnio­nych. Przy­po­mnijmy sobie gło­śny wywiad pre­zy­denta Jimmy’ego Car­tera o pożą­da­niu, udzie­lony „Play­boy­owi”, w któ­rym śmiało wyznał: „W sercu wie­lo­krot­nie popeł­ni­łem cudzo­łó­stwo”. Więk­szość z nas się tego dopu­ściła, zwy­kle zacho­wu­jąc wśród świa­do­mych wspo­mnień tylko te fan­ta­zje, które są szcze­gól­nie urze­ka­jące i wywo­łują mniej­sze poczu­cie winy. Ale co z tymi bar­dziej wsty­dli­wymi, nie­do­pusz­czal­nymi, wyuz­da­nymi zdra­dami serca, które posta­no­wi­li­śmy stłu­mić?

Słynne wyzna­nie pre­zy­denta Car­tera miało też drugą część, która wydaje mi się jesz­cze śmiel­sza. Wyznaw­szy grze­chy swo­jej wyobraźni, cią­gnął: „Bóg rozu­mie, że będę się tego dopusz­czał – i się dopusz­czałem – i Bóg mi to wyba­cza”. Oso­bie nie­wie­rzą­cej wydaje się to wię­cej niż tro­chę zaro­zu­miałe. Wszech­mo­gący nie tylko wyba­czy Jimmy’emu Car­te­rowi na Sądzie Osta­tecz­nym, ale też wyba­cza mu na bie­żąco, ile­kroć jego nie­wierne serce zabije szyb­ciej. Cóż, może pre­zy­denci mają więk­szy niż reszta z nas wgląd w naturę i wiel­ko­dusz­ność Stwórcy.

Kolejne pyta­nie, które się narzuca: co, gdyby dało się wywo­łać IAM-y, tak by pacjent – ty, ja – nie musiał naj­pierw doznać masyw­nego udaru? Ludzie, wszakże, tre­pa­nują się nawza­jem od epoki neo­litu – wiercą dziury w czaszce, żeby wypu­ścić z niej demony, złe duchy i obłęd, żeby łago­dzić padaczkę i roz­ma­ite zabu­rze­nia psy­chiczne. W malar­stwie pół­noc­no­eu­ro­pej­skim wcze­snego XVI wieku popu­lar­nym tema­tem było wycię­cie kamie­nia głu­poty. Naj­bar­dziej znany przy­kład, autor­stwa Hie­ro­nima Boscha, przed­sta­wia pulch­nego star­szego wie­śniaka, który sie­dzi roz­party na drew­nia­nym krze­śle, pod­czas gdy chi­rurg, z bla­sza­nym lej­kiem na gło­wie, roz­cina mu czoło. (Choć lejek podobno ozna­cza, że chi­rurg jest szar­la­ta­nem).

Co by było, gdyby dało się wywier­cić w czaszce pre­cy­zyjny otwór, wyrzą­dza­jąc zni­komą szkodę, i w ten spo­sób uwol­nić wszyst­kie nasze wspo­mnie­nia? Fakt, że trudno wyobra­zić sobie, by chi­rurg zgo­dził się prze­pro­wa­dzić taki zabieg albo uznał go za spo­łecz­nie korzystny („chcę lepiej pamię­tać matkę” czy „to by mi bar­dzo pomo­gło w pisa­niu auto­bio­gra­fii” to powody, które wydają się mało prze­ko­nu­jące). Ist­nieje też długa, choć prze­waż­nie nie­po­zorna, histo­ria auto­tre­pa­na­cji, więc może jakiś śmia­łek doświad­cza­jący epi­zodu amne­zji lub wcze­snej demen­cji mógłby prze­ko­nać sam sie­bie – i znowu, taki lek­ko­myślny kan­dy­dat to praw­do­po­dob­nie męż­czy­zna – że taki zabieg byłby wyko­nalny. Wier­tło den­ty­styczne, jak się zdaje, to czę­ste narzę­dzie. Świry robią to, żeby „popra­wić prze­pływ krwi w mózgu”; także żeby otwo­rzyć – nie­mal dosłow­nie – to „trze­cie oko”, które podobno przy­nosi nam duchowe oświe­ce­nie.

Ale wyobraź­cie sobie dalej, że taki zabieg kie­dyś staje się chi­rur­gicz­nie wyko­nalny, a także zgodny z pra­wem: sku­si­li­by­ście się? Może pierw­szych ochot­ni­ków dałoby się pozy­skać prze­kup­stwem; zało­ży­liby, że nie jest to gor­sze niż sprze­da­wa­nie wła­snej krwi.

IAM to po pro­stu potrzebny, nie­unik­niony akro­nim. Ale roz­dzielmy pierw­szą i drugą literę, a dosta­jemy angiel­skie I AM. Ja Jestem. Co wydaje się ade­kwatne. Pamięć to toż­sa­mość, jak sobie czę­sto powta­rzamy. Skoro tak, wszyst­kie IAM-y zapi­sane wewnątrz nas skła­dają się na to, kim i czym jeste­śmy i byli­śmy. A dalej mamy wyra­że­nie The Great I AM – Jestem, który jestem – jedno z imion wła­snych chrze­ści­jań­skiego Boga. Boga, który karał nas lub nagra­dzał, bo pamię­tał każdy nasz czyn, a także każdą myśl i emo­cję. Choć wielu na­dal wie­rzy, że po śmierci czeka ich Sąd Osta­teczny, teraz poten­cjal­nie dostępny jest też sąd przed­śmiertny, taki, który pod­dano moder­ni­za­cji i seku­la­ry­za­cji. Nasz kata­log grze­chów nie jest wpi­sany do monu­men­tal­nej księgi ewi­den­cyj­nej św. Pio­tra, lecz znaj­duje się w naszych mózgach. Być może, żeby zna­leźć do niego klucz, wystar­czyłby zespół neu­ro­lo­gów.

Tylko kto wtedy bawiłby się w Boga? Nie chi­rurg, który peł­niłby tylko rolę wykwa­li­fi­ko­wa­nego mode­ra­tora. To my robi­li­by­śmy za sędziów. Co mogłoby pro­wa­dzić do pobłaż­li­wo­ści wobec samych sie­bie. Chyba że – wręcz prze­ciw­nie – to by nas zmu­siło, byśmy wresz­cie doro­śli.

Dowie­dzia­łem się wię­cej o przy­padku męż­czy­zny, który pamię­tał każdą zje­dzoną szar­lotkę. Jego IAM-y zaczęły się dzie­więć mie­sięcy po uda­rze i obej­mo­wały całe jego życie, od pierw­szego roku (któ­rego ponoć nie możemy pamię­tać) aż po dziś dzień. Czyn­ni­kiem wyzwa­la­ją­cym mógł być dotyk, zapach, smak lub widok. Pew­nego razu zapach świe­żego cia­sta wywo­łał wspo­mnie­nie z dzie­ciń­stwa – cho­dził boso po kuchni babci, trzy­ma­jąc matkę za rękę. Znów zoba­czył far­tuch babci i poczuł „krą­głość pode­szew swo­ich stóp”. Co brzmi bar­dzo pro­ustow­sko.

Cza­sem jed­nak „kaskada” wspo­mnień uru­cha­miała się bez żad­nego kon­kret­nego zmy­sło­wego bodźca: pew­nego dnia przy­po­mniał sobie ze wszyst­kimi szcze­gó­łami rodzinną wycieczkę na Mię­dzy­na­ro­dową i Powszechną Wystawę Świa­tową w Mont­re­alu w 1967 roku, na któ­rej był, gdy miał trzy lata. Co wię­cej, i co może dziwne, oka­zało się, że po uda­rze popra­wie ule­gła jego pamięć codzienna. Odkrył też, że jeśli zechce, może świa­do­mie powstrzy­my­wać napady IAM-ów. Taki wyłącz­nik to zapewne wielka ulga dla tego, kto ich doświad­cza; a gdyby – powiedzmy – pisało się auto­bio­gra­fię, można by wstrzy­my­wać i na bie­żąco reda­go­wać ten gwał­towny potok wyle­wa­jący się z mózgu. A może z cza­sem zna­la­złby się też włącz­nik i można by na życze­nie uzy­ski­wać pełny dostęp do swo­jej prze­szło­ści. Pyta­nie: chcie­li­by­ście wie­dzieć o samych sobie abso­lut­nie wszystko? To dobry pomysł czy zły? Co pociąga za sobą kolejne pyta­nie. Czy można nazy­wać tę wizu­alną kaskadę wszyst­kich szar­lo­tek, które się zja­dło, „wspo­mnie­niami”? Bo to, co zwy­cza­jowo uwa­żamy za wspo­mnie­nie, jest przy­wo­ły­wane, czę­sto lub nieczę­sto, na prze­strzeni naszego życia, i za każ­dym razem prze­obraża się tro­chę, aż wresz­cie zastyga w for­mie, którą – za wła­sną namową – uzna­jemy za prawdę. Ale kiedy pacjent z tam­tego raportu lekar­skiego doświad­czył „peł­nego, szcze­gó­ło­wego prze­biegu” wycieczki na wystawę w Mont­re­alu, zapewne było to coś, czego wcze­śniej nie pamię­tał (choć rodzina nie­wąt­pli­wie mu o tym opo­wia­dała). Nie było to więc wspo­mnie­nie, które ule­gło natu­ral­nej degra­da­cji, a raczej odtwo­rze­nie pier­wot­nego prze­ży­cia, wierne przy­wo­ła­nie nie tego, co zapamię­tał doro­sły, lecz tego, czego przed laty – tam­tego zapo­mnia­nego dnia – doznał mózg chłopca. To nawet wię­cej niż dzie­wi­cze wspo­mnie­nie – to zda­rze­nie samo w sobie, takie, jakim prze­two­rzył je wów­czas mózg. Czy wobec tego sku­si­li­by­ście się może na małą auto­tre­pa­na­cję?

Na tym eta­pie warto wspo­mnieć o dwóch rze­czach:

1. Opo­wiem histo­rię, a raczej histo­rię w histo­rii, ale jesz­cze nie teraz.
2. To będzie moja ostat­nia książka.

Wcze­śniej wysnu­łem teo­rię, że cią­gły, gwał­towny szturm nie­chcia­nych – a przy­naj­mniej nie­pro­szo­nych – pędzą­cych IAM-ów mógłby spra­wić, iż będziemy chcieli się zabić. Może to prze­sada. Ale o ile nie zna­leź­li­by­ście spo­sobu na ich wyłą­cze­nie, tak jak zna­lazł go czło­wiek od szar­lo­tek, nie­wąt­pli­wie zakłó­ca­łoby wam to nor­malne życie. W swoim kla­sycz­nym stu­dium _O pamięci, która nie miała gra­nic_, sowiecki neu­rop­sy­cho­log Alek­san­der Łuria opi­sał przy­pa­dek „Sz.”, który pierw­szy raz poja­wił się w życiu Łurii w latach dwu­dzie­stych XX wieku. Sz. miał zna­ko­mitą pamięć, któ­rej funk­cjo­no­wa­nie i mecha­ni­zmy badano w warun­kach labo­ra­to­ryj­nych przez okres trzy­dzie­stu lat. Zapa­mię­ty­wał z nie­zwy­kłą dokład­no­ścią ciągi liter i liczb, zwro­tów i przy­pad­ko­wych słów, i potra­fił przy­wo­łać je w naj­mniej­szych szcze­gó­łach ponad dzie­sięć lat póź­niej. Jedną z metod, które sto­so­wał, było przy­pi­sy­wa­nie sło­wom klu­czom obra­zów ejde­tycz­nych:

Gdy mówią mi „słoń” – widzę ogród zoo­lo­giczny; Gdy mówią „Ame­ryka” – umiesz­czam tu wuja Sama; „Bismark” – jest on koło pomnika Bismarka; mówią mi „trans­cen­dentny”, a ja widzę mojego nauczy­ciela Szczer­bina; stoi i patrzy na pomnik…¹

Sz. był też syne­ste­ty­kiem, co dodat­kowo go obcią­żało. Każ­demu dźwię­kowi, który sły­szał, towa­rzy­szyły świa­tło o róż­nym natę­że­niu i kolor. Pytany, czy pamięta kon­kretny par­kan, odpo­wia­dał, że oczy­wi­ście: „ma taki słony smak i jest szorstki, a dźwięk ma taki ostry i prze­ni­kliwy”. Kiedy idzie do restau­ra­cji, „Wybiera potrawy według dźwięku. majo­nez – bar­dzo smaczny, ale «z» psuje smak… «z» to dźwięk nie­sym­pa­tyczny jeśli jest źle napi­sane w menu, już nie mogę jeść… potrawa wydaje mi się jakaś taka nie-taka…”. To wszystko brzmi bar­dzo męcząco, i takie wła­śnie było; każdy nagły odgłos lub cokol­wiek innego, co roz­pra­szało uwagę, kiedy Sz. usi­ło­wał przy­wo­łać jakieś wspo­mnie­nie, wywo­ły­wało „kłęby pary” lub „bry­zgi”, które prze­sła­niały to, co pró­bo­wał odczy­tać. A jako że, nie­uchron­nie, Sz. został atrak­cją na jar­mar­kach, dobro­duszne lub zło­śliwe próby widowni, by pomóc mu lub prze­szko­dzić, ogrom­nie go obcią­żały.

A jak to wszystko wpły­wało na jego oso­bo­wość i życie pry­watne? Na Łurii Sz. spra­wił wra­że­nie „nieco spo­wol­nia­łego, nie­śmia­łego czło­wieka”, a jed­no­cze­śnie takiego, któ­rego „świat wcze­snych wspo­mnień jest o wiele bogat­szy”. W doro­słym życiu dzie­siątki razy zmie­niał pracę, zanim został zawo­do­wym mne­mo­ni­stą i umie­jęt­ność roz­wią­zy­wa­nia zadań oraz nie­zwy­kła pamięć stały się dla niego źró­dłem utrzy­ma­nia. Ale poza tym jego dziwny talent czę­sto go para­li­żo­wał. Na przy­kład dosłow­nie nie był w sta­nie prze­czy­tać książki, bo posta­cie o podob­nych cechach, które pamię­tał z innych ksią­żek, nie­ustan­nie wpra­szały się do tek­stu, który miał przed oczami. Prak­tycz­nie nie mógł czy­tać poezji, ponie­waż figu­ra­tywne myśle­nie i język zbi­jały go z tropu. Jak kil­ku­krot­nie powie­dział Łurii, „ja rozu­miem tylko to, co widzę”. I nie mógł nie pamię­tać; nie potra­fił wyłą­czyć tej czę­ści swo­jego mózgu. W oczach innych wyglą­dał jak marzy­ciel; czas pły­nął, a on tego nie zauwa­żał. Roz­mowy z nim pełne były nie­koń­czą­cych się dygre­sji; z natury nie potra­fił trzy­mać się jed­nego tematu. Jeśli więc wspo­mniało się przy nim słowo „koń”, musiał też wziąć pod uwagę „jego kolor i «smak»”. Tę skłon­ność do roz­pra­sza­nia się odbie­rano jako nie­po­rad­ność, przez co ludzie uzna­wali go za „opie­sza­łego, mało roz­trop­nego i roz­tar­gnio­nego czło­wieka”. Łuria wspo­mniał, że Sz. miał rodzinę – „dobrą żonę i uda­nego syna” – ale ich także postrze­gał jak przez mgłę. W rze­czy samej – pod­su­mo­wał Łuria – „trudno było powie­dzieć, co było realne: świat wyobra­żeń, w któ­rym żył, czy świat realny, w któ­rym był zawsze tym­cza­so­wym gościem”. Taka sytu­acja wydaje się prze­ra­ża­jąca, abso­lut­nie nie do pozaz­drosz­cze­nia: być tym­cza­so­wym gościem we wła­snym życiu.

* * *

Słynny incy­dent z mag­da­lenką, kiedy to nar­ra­tor Pro­usta, Mar­cel, zanu­rzył ją w her­ba­cie, a następ­nie się nią delek­to­wał – jak zostało opi­sane w powie­ści – nie jest przy­kła­dem IAM-u, czyli mimo­wol­nego wspo­mnie­nia auto­bio­gra­ficz­nego. To raczej przy­kład zupeł­nie nie­spiesz­nego wspo­mnie­nia na wpół zamie­rzo­nego, na wpół spon­ta­nicz­nego, czyli ZNWNW­ZNWS – co trudno uznać za zapa­da­jący w pamięć akro­nim. W róż­nych momen­tach w powie­ści Mar­cel zdaje sobie sprawę z ist­nie­nia jakiejś fun­da­men­tal­nej, głęb­szej rze­czy­wi­sto­ści, która gdzieś tam jest – w znacz­nym stop­niu nie­do­stępna, a jed­nak czeka, aż do niej dotrzemy lub wró­cimy. Pierw­szy taki nie­mal trans­cen­dentny moment ma miej­sce na początku tek­stu. Mar­cel roz­my­śla o Com­bray, małym wiej­skim mia­steczku, gdzie w dzie­ciń­stwie spę­dzał waka­cje z dziad­kami, i gdzie codzienne spa­cery wio­dły go w jed­nym z dwóch kie­run­ków – _du côté de chez Swann_ lub _du côté de chez Guer­man­tes_ – spa­cery, które sta­no­wią sym­bo­liczny zwia­stun dwóch klas spo­łecz­nych, pomię­dzy które podzie­lone będzie jego póź­niej­sze życie: boga­tej, kul­tu­ral­nej bur­żu­azji oraz ary­sto­kra­cji, która pogar­dzała klasą śred­nią, a osta­tecz­nie została przez nią pochło­nięta.

Mar­cel odkrywa, że kiedy usi­łuje przy­po­mnieć sobie Com­bray, ma do dys­po­zy­cji tylko fru­stru­jące normy pamięci: jedyne, co widzi, to „ściana widoczna przez moment w świe­tle ogni ben­gal­skich lub wyła­do­wań elek­trycz­nych, wyod­ręb­niona w ten spo­sób z reszty budynku, któ­rego pozo­stałe czę­ści trwały pogrą­żone w ciem­no­ści”². I ogląda raz po raz te same sceny. Jest tak dla­tego – uświa­da­mia sobie – że wywo­łuje je „pamięć woli i pamięć rozumu”, a jako iż „tego typu infor­ma­cje o prze­szło­ści niczego o niej nie potra­fią powie­dzieć”, nie chce już „roz­my­ślać o tej resz­cie Com­bray. Wszystko to w grun­cie rze­czy dla mnie już umarło”.

Ale potem wyda­rza się coś wspa­nia­łego. Pew­nego dnia, wiele lat póź­niej, przy­gnę­biony wraca do domu, a uko­chana matka, widząc, że zmarzł, pro­po­nuje mu her­batę – „wbrew zwy­cza­jom”. Następ­nie posyła po _petite made­le­ine._ On macza kawa­łek ciastka w her­ba­cie i unosi do ust na łyżce: kiedy go kosz­tuje, prze­szywa go nie­zwy­kła roz­kosz. Wykra­cza ona poza dozna­nie sma­kowe; odmie­nia jego duszę. Znika towa­rzy­szące mu zwy­kle poczu­cie, że jest „byle jaki, przy­pad­kowy, śmier­telny”, i Mar­cel zyskuje dostęp – z czym wiąże się „potężna radość” – do jakiejś istoty swo­jego jeste­stwa.

A Com­bray? Nie tak szybko. Bie­rze drugi kęs, w któ­rym nie znaj­duje nic ponad to, co zna­lazł w pierw­szym; a potem trzeci, w któ­rym znaj­duje mniej. „Koniec z tym, moc napoju zaczyna słab­nąć”. Zasta­na­wia się przez chwilę, potem podej­muje ostat­nią próbę, żeby wró­cić do tej rado­snej chwili, w któ­rej wziął pierw­szy kęs nasiąk­nię­tego her­batą ciastka. Wtedy coś się w nim budzi – wycią­gane z głę­bin jego jeste­stwa, „to się z wolna unosi”, a pro­ce­sowi temu towa­rzy­szą „pogłosy prze­mie­rza­nych odle­gło­ści”. Jakby coś miało zaraz się obja­wić, po czym znów osuwa się w otchłań. Dzie­sięć razy pró­buje wycią­gnąć to coś – cokol­wiek to jest, stam­tąd – gdzie­kol­wiek to się znaj­do­wało.

„I naraz wspo­mnie­nie mi się obja­wiło”. Nie jest to „pamięć woli i pamięć rozumu”, lecz coś głęb­szego i bar­dziej odle­głego. Nie wywo­łał tego widok mag­da­lenki – widział przez lata tysiące takich cia­stek – lecz coś bar­dziej pry­mi­tyw­nego i fun­da­men­tal­nego: „jedy­nie zapach i smak, deli­kat­niej­sze, lecz bar­dziej przy tym żywotne”. I tym spo­so­bem naraz znów znaj­duje się w Com­bray, gdzie w nie­dzielę rano odwie­dza ciotkę Leonię, a ona macza kawa­łek mag­da­lenki w napa­rze lipo­wym i mu go podaje. Teraz wspo­mnie­nia otwie­rają się przed nim niczym w tej tra­dy­cyj­nej japoń­skiej zaba­wie, w któ­rej kawa­łeczki papieru pły­wa­jące po wodzie prze­mie­niają się w kwiaty. Com­bray i wszyst­kie jego zapo­mniane czę­ści zostają mu przy­wró­cone w pier­wot­nych bar­wach i kształ­tach. Pamięta, jak „pro­ści ludzie ze wsi i ich domki, i kościół, całe Com­bray wraz z oko­li­cami, wszystko to, nabie­ra­jąc formy i kon­sy­sten­cji, wyło­niło się – mia­sto i ogrody – z mojej fili­żanki her­baty”.

Kilka uwag. Po pierw­sze Pro­ust wpro­wa­dza roz­róż­nie­nie mię­dzy „pamię­cią woli i pamię­cią rozumu” a pamię­cią mimo­wolną, która daje nam dostęp do cze­goś głęb­szego i bar­dziej fun­da­men­tal­nego. Jed­nakże opi­sany pro­ces wyraź­nie anga­żuje wolę – Mar­cel podej­muje dzie­sięć prób wydo­by­cia z sie­bie tych głę­boko ukry­tych wspo­mnień. Może począ­tek jest mimo­wolny (nie­spo­dzie­wane połą­cze­nie her­baty i mag­da­lenki), ale zdaje się, że jest w tym też spora doza dobro­wol­no­ści – zostaje pod­jęta decy­zja, by podą­żyć za tym zapa­chem i sma­kiem, naprę­ża­jąc linę kotwicy wspo­mnień. Po dru­gie, kiedy udaje mu się odzy­skać peł­nię wspo­mnień Com­bray, ich opis nie wska­zuje, że są one jako­ściowo odmienne od tych przy­wo­ła­nych przez banalną i ogra­ni­czoną pamięć dobro­wolną: „pro­ści ludzie ze wsi i ich domki”, i tak dalej. Mar­cel mówi nam, że to, co teraz widzi, lub widzi ponow­nie, to znacz­nie peł­niej­szy obraz niż ten, który uka­zy­wała mu wcze­śniej pamięć dobro­wolna. Ale czy jest w nim wię­cej „esen­cji” i „rze­czy­wi­sto­ści”? Nie w oce­nie niniej­szego czy­tel­nika.

Może mój scep­ty­cyzm wynika z tego, że sam ni­gdy nie doświad­czy­łem takiego trans­cen­dent­nego wspo­mnie­nia; żywię się wyłącz­nie twardą i suchą karmą pamięci dobro­wol­nej. Popy­ta­łem wśród kil­korga bli­skich przy­ja­ciół i oni też nie doświad­czyli takiego pro­ustow­skiego otwar­cia. Podej­rze­wam, że gdy dziś szuka się dostępu do tego, co zostało dawno zapo­mniane, można spró­bo­wać psy­cho­te­ra­pii albo sub­stan­cji psy­cho­ak­tyw­nych jak LSD, żeby przy ich uży­ciu otwo­rzyć wrota pamięci i per­cep­cji. Czy sam bym z nich sko­rzy­stał? Zapewne nie. Lecz prze­cież ni­gdy nie dozna­łem fru­stra­cji wobec ogra­ni­czeń pamięci rozumu, któ­rej doznał Mar­cel; i wąt­pię, że gdy­bym mógł ponow­nie wró­cić do Acton, w zachod­nim Lon­dy­nie, póź­nych lat czter­dzie­stych i wcze­snych lat pięć­dzie­sią­tych XX wieku, prze­szłość otwo­rzy­łaby się przede mną jak japoń­ski kwiat w wodzie i przy­wo­ła­łaby zapo­mniane rze­czy i zapo­mniane szczę­ście. Nie umiem też zgad­nąć, jaki nagły bodziec zapa­chowy mógłby na mnie zadzia­łać: z pew­no­ścią nie przy­pad­kowy kawa­łek roz­mo­czo­nego ciastka. Prę­dzej byłby to zapach kleju i wer­niksu, któ­rych uży­wa­łem przy skła­da­niu modelu samo­lotu, lub zapach sma­żo­nego bekonu albo wil­got­nego gol­den retrie­vera.

W eseju _Szkic z prze­szło­ści_ Vir­gi­nia Woolf (która zarówno podzi­wiała Pro­usta, jak i mu zazdro­ściła) z prze­dziwną bły­sko­tli­wo­ścią powią­zała Com­bray z poten­cjal­nym przy­szłym świa­tem IAM-ów:

To chyba zna­czy, że moja pamięć dostar­cza tego, co zapo­mnia­łam, tak że wydaje się, że to się dzieje nie­za­leż­nie, cho­ciaż naprawdę to ja spra­wiam, że się dzieje. Przy pew­nych odpo­wied­nich nastro­jach wspo­mnie­nia – to, co się zapo­mniało – wycho­dzą na wierzch. Skoro zatem tak jest, czy to nie­moż­liwe – czę­sto się zasta­na­wiam – że to, co prze­ży­wa­li­śmy z wielką inten­syw­no­ścią, ist­nieje nie­za­leż­nie od naszych myśli, ist­nieje w grun­cie rze­czy na­dal? A jeśli tak jest, czy nie będzie moż­liwe, z cza­sem, że zosta­nie wymy­ślony jakiś przy­rząd, dzięki któ­remu będziemy mogli to ścią­gać? Widzę ją – prze­szłość – jako aleję leżącą poza mną, długą wstążkę scen, uczuć. Na końcu tej alei na­dal jest ogród i pokój dzie­cinny. Zamiast przy­po­mi­nać sobie tutaj jakąś scenę, a tam dźwięk, wetknę wtyczkę w ścianę i będę słu­chać prze­szło­ści. Znajdę sier­pień 1890 roku. Czuję, że silne uczu­cie musi zosta­wiać po sobie ślad; i to tylko kwe­stia odkry­cia, w jaki spo­sób możemy znowu się z nim połą­czyć, tak żeby móc prze­ży­wać swoje życie od początku³.

Obok pamięci IAM ist­nieje jesz­cze inne zja­wi­sko: tak zwana HSAM, czyli Highly Supe­rior Auto­bio­gra­phi­cal Memory – wybitna pamięć auto­bio­gra­ficzna. Wia­domo o zale­d­wie około stu oso­bach, które dys­po­nują tą zdol­no­ścią, lub też się z nią zma­gają. Jedną z nich jest osiem­na­sto­let­nia Kana­dyjka, która może nie tylko opi­sać, co robiła dowol­nego dnia swo­jego życia, ale też w co była ubrana i co jadła. Każdy dzień – mówi – zostaje zar­chi­wi­zo­wany w jej mózgu jako „krótki fil­mik”, który może odtwo­rzyć na życze­nie. Trudno sobie wyobra­zić, żeby taki nad­miar szcze­gó­ło­wej wie­dzy o samej sobie mógł mieć jakieś zalety; łatwo nato­miast dostrzec jego poważną wadę – nie­moż­ność edy­cji, umniej­sze­nia lub usu­nię­cia nie­chcia­nych wspo­mnień. Nie mówiąc o tych bole­snych: pod­czas gdy dla reszty z nas czas może tro­chę zła­go­dzić ich dotkli­wość, a nawet pozwo­lić nam zapo­mnieć, dla niej one na zawsze pozo­staną rów­nie nie­przy­jem­nie wyra­zi­ste jak w dniu, w któ­rym się zro­dziły. A poza tym, jakie moż­liwe zasto­so­wa­nie mógłby mieć stały dostęp do wła­snej prze­szło­ści, poza wystę­pami na sce­nie lub w tele­wi­zji, jak wyko­rzy­sty­wał go mne­mo­ni­sta Łurii?

Mówimy o „figlach, które lubi nam pła­tać pamięć” – kto jed­nak zazdro­ściłby oso­bie z pamię­cią HSAM? Żad­nych figli, tylko cią­głe, nie­unik­nione, wolne od figli wspo­mnie­nia… Na pewno zaczę­li­by­ście zazdro­ścić tym z „nor­malną” pamię­cią – dziu­rawą, zawodną, a nawet psotną. Jed­nym ze szcze­gól­nie dokucz­li­wych chwy­tów mózgu jest tak zwana kryp­to­a­mne­zja, która polega na tym, że dana osoba staje w obli­czu zapo­mnia­nego wspo­mnie­nia, ale nie roz­po­znaje, czym ono jest, tylko uznaje je za nową i ory­gi­nalną myśl.

To zja­wi­sko jako pierw­szy ziden­ty­fi­ko­wał w 1874 roku angiel­ski spi­ry­tu­ali­sta i medium o kryp­to­spi­ry­tu­ali­stycz­nym imie­niu i nazwi­sku Sta­in­ton Moses. Jak można się spo­dzie­wać, czę­sto koja­rzone jest z pla­gia­tem i oszu­stwem. Jed­nakże naj­bar­dziej znany – i jak się zdaje auten­tyczny – przy­pa­dek kryp­to­a­mne­zji doty­czy Nie­tz­schego, który gdzieś w tek­ście _Tako rze­cze Zara­tu­stra_ powtó­rzył słowo w słowo opis zda­rze­nia z książki wyda­nej pół wieku wcze­śniej. Pla­giat? Według sio­stry Nie­tz­schego nie: potwier­dziła, że brat istot­nie czy­tał tam­ten utwór jakoś mię­dzy dwu­na­stym a pięt­na­stym rokiem życia, gdy jego pamięć była już impo­nu­jąca. Nato­miast kiedy pisał _Zara­tu­strę_, cier­piał na znaczne zabu­rze­nia funk­cji poznaw­czych, połą­czone z mono­ma­nią. Sio­stra była prze­ko­nana, że to „powra­ca­jące wspo­mnie­nie” naprawdę wydało się Nie­tz­schemu ory­gi­nalną myślą, którą sam wła­śnie wytwo­rzył. Zapo­mi­na­nie wła­snych wspo­mnień, a raczej przy­własz­cza­nie sobie słów innych i uzna­wa­nie ich za cał­kiem nowe – to bogate pole. Cza­sami wydaje się, że mózg po pro­stu się nami bawi.

Zdaję sobie sprawę, że ist­nie­nie IAM-ów, i nasze uzna­nie tego faktu, zmie­nią też nasz zwią­zek z naszymi mózgami. Trudno myśleć o mózgu, bo wiąże się to z uży­ciem jego samego: skom­pli­ko­wane, a może też osta­tecz­nie daremne przed­się­wzię­cie. A mimo to więk­szość z nas czuje, że w jakiś spo­sób dowo­dzimy swo­imi mózgami, tak jak – choć to może nie­wła­ściwa meta­fora – kapi­tan łodzi pod­wod­nej dowo­dzi swoim okrę­tem.

Pery­skop w górę! Lustro­wać hory­zont! Intruzi! I tak dalej. Wyobra­żamy sobie, że mówimy naszym mózgom, w którą stronę mają wyce­lo­wać tor­pedy i kiedy je odpa­lić. Jed­nak takie poczu­cie ładu i kon­troli nie wytrzy­muje głęb­szej ana­lizy. Nasze mózgi mają nad nami znaczną prze­wagę: wie­dzą wszystko to, co my, pod­czas gdy my wiemy tylko o nie­któ­rych ich dzia­ła­niach.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij