-
nowość
Odejście/a - ebook
Odejście/a - ebook
Czy można opowiedzieć prawdziwą historię, uciekając się do fikcji? U progu osiemdziesiątych urodzin Julian Barnes wraca do tematów, które od lat czynią go jednym z najważniejszych współczesnych pisarzy: miłości, pamięci, przypadku i przemijania.
Stephen i Jean zakochują się w młodości, tracą się z oczu, a po wielu dekadach dostają od losu drugą szansę. Ale czy można wrócić do uczucia sprzed lat? I czy pamiętamy przeszłość taką, jaką była naprawdę?
Książka Odejście/a wymyka się prostym definicjom. To jednocześnie powieść, autobiograficzne wyznanie i błyskotliwa refleksja nad sztuką opowiadania. Barnes z charakterystyczną ironią i czułością bada granicę między tym, co przeżyte, a tym, co zapamiętane, prowadząc czytelnika ku pytaniom o sens wspomnień, naturę szczęścia i sztukę godzenia się z nieuchronnym.
Poruszająca, mądra i zaskakująco pogodna książka o tym, co zostaje z naszego życia, kiedy opowieść zbliża się do końca.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68921-83-0 |
| Rozmiar pliku: | 998 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
1
THE GREAT I AM / JESTEM, KTÓRY JESTEM
Niedawno odkryłem niepokojącą możliwość. Nie, gorzej: niepokojący fakt.
Mam starą przyjaciółkę, radiolożkę, która od lat wysyła mi wycinki z „British Medical Journal”. Wie, że przejawiam zainteresowanie tym, co upiorne i drastyczne. W mojej pamięci – tam, gdzie zachodzą na siebie procesy degradacji i upiększania – mam zapisane przypadki pacjentów, którzy wybuchli, gdy rozgrzany skalpel podpalił ich gazy jelitowe, a także incydenty z początków obrazowania rezonansem magnetycznym, kiedy wewnętrzne metalowe szwy przeszyły ciało jak śrut. Historie te są czasem opatrzone zdjęciami: na przykład mężczyzny, który tak zapuścił paznokcie u nóg – jak pamiętam, na kilka metrów – że całymi latami nie był w stanie chodzić. Kolejną sprawą jest codzienność lekarzy polegająca na usuwaniu nieoczekiwanych przedmiotów, które zostały połknięte – jak torebki z gwoździami – lub na siłę umieszczone w odbycie. (W dawnych czasach popularnymi gadżetami analnymi były miniaturowe popiersia Napoleona – nawyk ten niewątpliwie łączył przyjemność z patriotyzmem). Szczególnie też zapadł mi w pamięć przypadek pewnego mężczyzny, któremu założono rurkę tracheotomijną. Kiedy zgłosił się na wizytę kontrolną, lekarze byli zaskoczeni widokiem żółtawych plam wokół otworu, w którym umieszczono rurkę. Okazało się, że pacjent był skrajnie uzależniony od papierosów – pozbawiony możliwości palenia przez usta, odkrył, że jeśli wyjmie rurkę, papieros idealnie mieści się w otworze; musiał go tylko podpalić i napełnić płuca dymem. Mężczyźni (a większość tych dziwacznych działań podejmują właśnie oni) potrafią być niesamowicie pomysłowi, nawet – lub zwłaszcza – kiedy pomysły te są sprzeczne z ich najlepiej pojętym interesem.
Najnowszy wycinek od doktor Jacky, był – jakże stosownie – opatrzony literackim nagłówkiem: „Proust i magdalenka: razem we wzgórzu mózgu”. Naturalnie zacząłem czytać. „Magdalenka, jak państwo pamiętają, nie była miłością życia Prousta, lecz kruchym ciastkiem, które, po zanurzeniu w herbacie, wywołało mimowolne wspomnienie autobiograficzne (Involuntary Autobiographical Memory – IAM)”. Tekst ten bazował na artykule z czasopisma „Neurology Clinical Practice” i dotyczył przypadku czterdziestopięciolatka, który doznał lewostronnego udaru krwotocznego tylnej części wzgórza. Konsekwencje były znacznie bardziej drastyczne i specyficzne niż lekki wstrząs, jaki wywołała u Prousta (i jego fikcyjnego narratora) magdalenka – która nie była w istocie „kruchym ciastkiem”, tylko puszystym żłobkowanym ciasteczkiem w kształcie przegrzebka. Pacjent wyjawił, że „smak szarlotki wywołuje w nim wspomnienia wszystkich szarlotek, które kiedykolwiek jadł; doświadcza ich chronologicznie i zalewają jego umysł niczym kaskada”.
Jak powiedziałem, moją pierwszą reakcją była trwoga: wyobraźcie sobie gwałtowne natarcia utraconych wspomnień, historyczną lawinę przetaczającą się z hukiem przez wasze postrzeganie teraźniejszości, rozdzierającą wasze poczucie własnego ja. A gdyby – jak zauważył pewien mój przyjaciel – czynnik wywoławczy nie był tak pozytywny jak jedzenie szarlotki? Co by było – zapytał – gdybyś puścił bąka, nawet najcichszego, na co w porządku chronologicznym zostałyby odtworzone wszystkie bąki, które kiedykolwiek puściłeś? I tak dalej – sami możecie bez trudu przytoczyć własne przykłady. Wyobraźcie sobie, jak wyczerpująca byłaby następująca myśl – lub widok: przez waszą świadomość przemyka kilka tysięcy kanapek z bekonem (czy ich jakość i różnice między nimi, a także wasze reakcje na nie również byłyby uwzględnione?).
Mam teraz siedemdziesiąt kilka lat i jak większość starszych osób, czasem bywam znudzony samym sobą – mam tu na myśli moje monotonne wspominanie różnych myśli i czynów, a także – przede wszystkim – opinii. (A ci, którzy nigdy nie są sobą znużeni, nigdy nie przestają publicznie czerpać rozrywki z własnego życia i powtarzanych anegdot, to zwykle najwięksi nudziarze na tej planecie. Znów mężczyźni, na ogół). Lecz szalona, przytłaczająca nuda wywołana pędzącymi IAM-ami to – przynajmniej na ten moment – coś niewyobrażalnego. Czy to nie sprawiłoby, że chcielibyście się zabić?
Moja druga reakcja była bardziej wyważona i bardziej pisarska. IAM-y z pewnością pomogłyby przy tworzeniu autobiografii. Wydaje ci się, że zapamiętałeś coś „dokładnie”, a im więcej razy przywołujesz to wspomnienie i je opowiadasz, tym mocniej utwierdzasz się w przekonaniu o jego prawdziwości. Ale co by było, gdyby upomniał cię i poprawił… własny mózg? Co, gdyby mógł ci przedstawić wszystkie twoje wersje wydarzeń i pokazać, jak stopniowo acz systematycznie oddalałeś się od pierwotnej relacji? Czy to nie byłoby dziwne i dezorientujące? Ale też pomocne: trudno byłoby odrzucić wnioski własnego wzgórza, prawda?
A co by było, gdyby twój mózg zawierał nie tylko chronologiczny zapis wszystkich ciast, które zjadłeś, ale też wszystkich twoich moralnych działań i zaniechań. Każdego „kocham cię”, które wypowiedziałeś, bez względu na to, czy mówiłeś szczerze. Każdego „kocham cię”, którego nie wypowiedziałeś, a powinieneś był, które chciałeś wypowiedzieć, ale ci się nie udało. Jak zmierzyłbyś się z rejestrem – chronologicznym – wszystkich swoich kłamstw, hipokryzji, okrucieństw, zarówno tych do uniknięcia i tych, których (z pozoru) uniknąć się nie dało, szorstkich przeoczeń, zatajeń prawdy, złamanych obietnic, zdrad słowem i czynem? Nie tylko rzeczywistych chwil słabości, ale też tych wyobrażonych i upragnionych. Przypomnijmy sobie głośny wywiad prezydenta Jimmy’ego Cartera o pożądaniu, udzielony „Playboyowi”, w którym śmiało wyznał: „W sercu wielokrotnie popełniłem cudzołóstwo”. Większość z nas się tego dopuściła, zwykle zachowując wśród świadomych wspomnień tylko te fantazje, które są szczególnie urzekające i wywołują mniejsze poczucie winy. Ale co z tymi bardziej wstydliwymi, niedopuszczalnymi, wyuzdanymi zdradami serca, które postanowiliśmy stłumić?
Słynne wyznanie prezydenta Cartera miało też drugą część, która wydaje mi się jeszcze śmielsza. Wyznawszy grzechy swojej wyobraźni, ciągnął: „Bóg rozumie, że będę się tego dopuszczał – i się dopuszczałem – i Bóg mi to wybacza”. Osobie niewierzącej wydaje się to więcej niż trochę zarozumiałe. Wszechmogący nie tylko wybaczy Jimmy’emu Carterowi na Sądzie Ostatecznym, ale też wybacza mu na bieżąco, ilekroć jego niewierne serce zabije szybciej. Cóż, może prezydenci mają większy niż reszta z nas wgląd w naturę i wielkoduszność Stwórcy.
Kolejne pytanie, które się narzuca: co, gdyby dało się wywołać IAM-y, tak by pacjent – ty, ja – nie musiał najpierw doznać masywnego udaru? Ludzie, wszakże, trepanują się nawzajem od epoki neolitu – wiercą dziury w czaszce, żeby wypuścić z niej demony, złe duchy i obłęd, żeby łagodzić padaczkę i rozmaite zaburzenia psychiczne. W malarstwie północnoeuropejskim wczesnego XVI wieku popularnym tematem było wycięcie kamienia głupoty. Najbardziej znany przykład, autorstwa Hieronima Boscha, przedstawia pulchnego starszego wieśniaka, który siedzi rozparty na drewnianym krześle, podczas gdy chirurg, z blaszanym lejkiem na głowie, rozcina mu czoło. (Choć lejek podobno oznacza, że chirurg jest szarlatanem).
Co by było, gdyby dało się wywiercić w czaszce precyzyjny otwór, wyrządzając znikomą szkodę, i w ten sposób uwolnić wszystkie nasze wspomnienia? Fakt, że trudno wyobrazić sobie, by chirurg zgodził się przeprowadzić taki zabieg albo uznał go za społecznie korzystny („chcę lepiej pamiętać matkę” czy „to by mi bardzo pomogło w pisaniu autobiografii” to powody, które wydają się mało przekonujące). Istnieje też długa, choć przeważnie niepozorna, historia autotrepanacji, więc może jakiś śmiałek doświadczający epizodu amnezji lub wczesnej demencji mógłby przekonać sam siebie – i znowu, taki lekkomyślny kandydat to prawdopodobnie mężczyzna – że taki zabieg byłby wykonalny. Wiertło dentystyczne, jak się zdaje, to częste narzędzie. Świry robią to, żeby „poprawić przepływ krwi w mózgu”; także żeby otworzyć – niemal dosłownie – to „trzecie oko”, które podobno przynosi nam duchowe oświecenie.
Ale wyobraźcie sobie dalej, że taki zabieg kiedyś staje się chirurgicznie wykonalny, a także zgodny z prawem: skusilibyście się? Może pierwszych ochotników dałoby się pozyskać przekupstwem; założyliby, że nie jest to gorsze niż sprzedawanie własnej krwi.
IAM to po prostu potrzebny, nieunikniony akronim. Ale rozdzielmy pierwszą i drugą literę, a dostajemy angielskie I AM. Ja Jestem. Co wydaje się adekwatne. Pamięć to tożsamość, jak sobie często powtarzamy. Skoro tak, wszystkie IAM-y zapisane wewnątrz nas składają się na to, kim i czym jesteśmy i byliśmy. A dalej mamy wyrażenie The Great I AM – Jestem, który jestem – jedno z imion własnych chrześcijańskiego Boga. Boga, który karał nas lub nagradzał, bo pamiętał każdy nasz czyn, a także każdą myśl i emocję. Choć wielu nadal wierzy, że po śmierci czeka ich Sąd Ostateczny, teraz potencjalnie dostępny jest też sąd przedśmiertny, taki, który poddano modernizacji i sekularyzacji. Nasz katalog grzechów nie jest wpisany do monumentalnej księgi ewidencyjnej św. Piotra, lecz znajduje się w naszych mózgach. Być może, żeby znaleźć do niego klucz, wystarczyłby zespół neurologów.
Tylko kto wtedy bawiłby się w Boga? Nie chirurg, który pełniłby tylko rolę wykwalifikowanego moderatora. To my robilibyśmy za sędziów. Co mogłoby prowadzić do pobłażliwości wobec samych siebie. Chyba że – wręcz przeciwnie – to by nas zmusiło, byśmy wreszcie dorośli.
Dowiedziałem się więcej o przypadku mężczyzny, który pamiętał każdą zjedzoną szarlotkę. Jego IAM-y zaczęły się dziewięć miesięcy po udarze i obejmowały całe jego życie, od pierwszego roku (którego ponoć nie możemy pamiętać) aż po dziś dzień. Czynnikiem wyzwalającym mógł być dotyk, zapach, smak lub widok. Pewnego razu zapach świeżego ciasta wywołał wspomnienie z dzieciństwa – chodził boso po kuchni babci, trzymając matkę za rękę. Znów zobaczył fartuch babci i poczuł „krągłość podeszew swoich stóp”. Co brzmi bardzo proustowsko.
Czasem jednak „kaskada” wspomnień uruchamiała się bez żadnego konkretnego zmysłowego bodźca: pewnego dnia przypomniał sobie ze wszystkimi szczegółami rodzinną wycieczkę na Międzynarodową i Powszechną Wystawę Światową w Montrealu w 1967 roku, na której był, gdy miał trzy lata. Co więcej, i co może dziwne, okazało się, że po udarze poprawie uległa jego pamięć codzienna. Odkrył też, że jeśli zechce, może świadomie powstrzymywać napady IAM-ów. Taki wyłącznik to zapewne wielka ulga dla tego, kto ich doświadcza; a gdyby – powiedzmy – pisało się autobiografię, można by wstrzymywać i na bieżąco redagować ten gwałtowny potok wylewający się z mózgu. A może z czasem znalazłby się też włącznik i można by na życzenie uzyskiwać pełny dostęp do swojej przeszłości. Pytanie: chcielibyście wiedzieć o samych sobie absolutnie wszystko? To dobry pomysł czy zły? Co pociąga za sobą kolejne pytanie. Czy można nazywać tę wizualną kaskadę wszystkich szarlotek, które się zjadło, „wspomnieniami”? Bo to, co zwyczajowo uważamy za wspomnienie, jest przywoływane, często lub nieczęsto, na przestrzeni naszego życia, i za każdym razem przeobraża się trochę, aż wreszcie zastyga w formie, którą – za własną namową – uznajemy za prawdę. Ale kiedy pacjent z tamtego raportu lekarskiego doświadczył „pełnego, szczegółowego przebiegu” wycieczki na wystawę w Montrealu, zapewne było to coś, czego wcześniej nie pamiętał (choć rodzina niewątpliwie mu o tym opowiadała). Nie było to więc wspomnienie, które uległo naturalnej degradacji, a raczej odtworzenie pierwotnego przeżycia, wierne przywołanie nie tego, co zapamiętał dorosły, lecz tego, czego przed laty – tamtego zapomnianego dnia – doznał mózg chłopca. To nawet więcej niż dziewicze wspomnienie – to zdarzenie samo w sobie, takie, jakim przetworzył je wówczas mózg. Czy wobec tego skusilibyście się może na małą autotrepanację?
Na tym etapie warto wspomnieć o dwóch rzeczach:
1. Opowiem historię, a raczej historię w historii, ale jeszcze nie teraz.
2. To będzie moja ostatnia książka.
Wcześniej wysnułem teorię, że ciągły, gwałtowny szturm niechcianych – a przynajmniej nieproszonych – pędzących IAM-ów mógłby sprawić, iż będziemy chcieli się zabić. Może to przesada. Ale o ile nie znaleźlibyście sposobu na ich wyłączenie, tak jak znalazł go człowiek od szarlotek, niewątpliwie zakłócałoby wam to normalne życie. W swoim klasycznym studium _O pamięci, która nie miała granic_, sowiecki neuropsycholog Aleksander Łuria opisał przypadek „Sz.”, który pierwszy raz pojawił się w życiu Łurii w latach dwudziestych XX wieku. Sz. miał znakomitą pamięć, której funkcjonowanie i mechanizmy badano w warunkach laboratoryjnych przez okres trzydziestu lat. Zapamiętywał z niezwykłą dokładnością ciągi liter i liczb, zwrotów i przypadkowych słów, i potrafił przywołać je w najmniejszych szczegółach ponad dziesięć lat później. Jedną z metod, które stosował, było przypisywanie słowom kluczom obrazów ejdetycznych:
Gdy mówią mi „słoń” – widzę ogród zoologiczny; Gdy mówią „Ameryka” – umieszczam tu wuja Sama; „Bismark” – jest on koło pomnika Bismarka; mówią mi „transcendentny”, a ja widzę mojego nauczyciela Szczerbina; stoi i patrzy na pomnik…¹
Sz. był też synestetykiem, co dodatkowo go obciążało. Każdemu dźwiękowi, który słyszał, towarzyszyły światło o różnym natężeniu i kolor. Pytany, czy pamięta konkretny parkan, odpowiadał, że oczywiście: „ma taki słony smak i jest szorstki, a dźwięk ma taki ostry i przenikliwy”. Kiedy idzie do restauracji, „Wybiera potrawy według dźwięku. majonez – bardzo smaczny, ale «z» psuje smak… «z» to dźwięk niesympatyczny jeśli jest źle napisane w menu, już nie mogę jeść… potrawa wydaje mi się jakaś taka nie-taka…”. To wszystko brzmi bardzo męcząco, i takie właśnie było; każdy nagły odgłos lub cokolwiek innego, co rozpraszało uwagę, kiedy Sz. usiłował przywołać jakieś wspomnienie, wywoływało „kłęby pary” lub „bryzgi”, które przesłaniały to, co próbował odczytać. A jako że, nieuchronnie, Sz. został atrakcją na jarmarkach, dobroduszne lub złośliwe próby widowni, by pomóc mu lub przeszkodzić, ogromnie go obciążały.
A jak to wszystko wpływało na jego osobowość i życie prywatne? Na Łurii Sz. sprawił wrażenie „nieco spowolniałego, nieśmiałego człowieka”, a jednocześnie takiego, którego „świat wczesnych wspomnień jest o wiele bogatszy”. W dorosłym życiu dziesiątki razy zmieniał pracę, zanim został zawodowym mnemonistą i umiejętność rozwiązywania zadań oraz niezwykła pamięć stały się dla niego źródłem utrzymania. Ale poza tym jego dziwny talent często go paraliżował. Na przykład dosłownie nie był w stanie przeczytać książki, bo postacie o podobnych cechach, które pamiętał z innych książek, nieustannie wpraszały się do tekstu, który miał przed oczami. Praktycznie nie mógł czytać poezji, ponieważ figuratywne myślenie i język zbijały go z tropu. Jak kilkukrotnie powiedział Łurii, „ja rozumiem tylko to, co widzę”. I nie mógł nie pamiętać; nie potrafił wyłączyć tej części swojego mózgu. W oczach innych wyglądał jak marzyciel; czas płynął, a on tego nie zauważał. Rozmowy z nim pełne były niekończących się dygresji; z natury nie potrafił trzymać się jednego tematu. Jeśli więc wspomniało się przy nim słowo „koń”, musiał też wziąć pod uwagę „jego kolor i «smak»”. Tę skłonność do rozpraszania się odbierano jako nieporadność, przez co ludzie uznawali go za „opieszałego, mało roztropnego i roztargnionego człowieka”. Łuria wspomniał, że Sz. miał rodzinę – „dobrą żonę i udanego syna” – ale ich także postrzegał jak przez mgłę. W rzeczy samej – podsumował Łuria – „trudno było powiedzieć, co było realne: świat wyobrażeń, w którym żył, czy świat realny, w którym był zawsze tymczasowym gościem”. Taka sytuacja wydaje się przerażająca, absolutnie nie do pozazdroszczenia: być tymczasowym gościem we własnym życiu.
* * *
Słynny incydent z magdalenką, kiedy to narrator Prousta, Marcel, zanurzył ją w herbacie, a następnie się nią delektował – jak zostało opisane w powieści – nie jest przykładem IAM-u, czyli mimowolnego wspomnienia autobiograficznego. To raczej przykład zupełnie niespiesznego wspomnienia na wpół zamierzonego, na wpół spontanicznego, czyli ZNWNWZNWS – co trudno uznać za zapadający w pamięć akronim. W różnych momentach w powieści Marcel zdaje sobie sprawę z istnienia jakiejś fundamentalnej, głębszej rzeczywistości, która gdzieś tam jest – w znacznym stopniu niedostępna, a jednak czeka, aż do niej dotrzemy lub wrócimy. Pierwszy taki niemal transcendentny moment ma miejsce na początku tekstu. Marcel rozmyśla o Combray, małym wiejskim miasteczku, gdzie w dzieciństwie spędzał wakacje z dziadkami, i gdzie codzienne spacery wiodły go w jednym z dwóch kierunków – _du côté de chez Swann_ lub _du côté de chez Guermantes_ – spacery, które stanowią symboliczny zwiastun dwóch klas społecznych, pomiędzy które podzielone będzie jego późniejsze życie: bogatej, kulturalnej burżuazji oraz arystokracji, która pogardzała klasą średnią, a ostatecznie została przez nią pochłonięta.
Marcel odkrywa, że kiedy usiłuje przypomnieć sobie Combray, ma do dyspozycji tylko frustrujące normy pamięci: jedyne, co widzi, to „ściana widoczna przez moment w świetle ogni bengalskich lub wyładowań elektrycznych, wyodrębniona w ten sposób z reszty budynku, którego pozostałe części trwały pogrążone w ciemności”². I ogląda raz po raz te same sceny. Jest tak dlatego – uświadamia sobie – że wywołuje je „pamięć woli i pamięć rozumu”, a jako iż „tego typu informacje o przeszłości niczego o niej nie potrafią powiedzieć”, nie chce już „rozmyślać o tej reszcie Combray. Wszystko to w gruncie rzeczy dla mnie już umarło”.
Ale potem wydarza się coś wspaniałego. Pewnego dnia, wiele lat później, przygnębiony wraca do domu, a ukochana matka, widząc, że zmarzł, proponuje mu herbatę – „wbrew zwyczajom”. Następnie posyła po _petite madeleine._ On macza kawałek ciastka w herbacie i unosi do ust na łyżce: kiedy go kosztuje, przeszywa go niezwykła rozkosz. Wykracza ona poza doznanie smakowe; odmienia jego duszę. Znika towarzyszące mu zwykle poczucie, że jest „byle jaki, przypadkowy, śmiertelny”, i Marcel zyskuje dostęp – z czym wiąże się „potężna radość” – do jakiejś istoty swojego jestestwa.
A Combray? Nie tak szybko. Bierze drugi kęs, w którym nie znajduje nic ponad to, co znalazł w pierwszym; a potem trzeci, w którym znajduje mniej. „Koniec z tym, moc napoju zaczyna słabnąć”. Zastanawia się przez chwilę, potem podejmuje ostatnią próbę, żeby wrócić do tej radosnej chwili, w której wziął pierwszy kęs nasiąkniętego herbatą ciastka. Wtedy coś się w nim budzi – wyciągane z głębin jego jestestwa, „to się z wolna unosi”, a procesowi temu towarzyszą „pogłosy przemierzanych odległości”. Jakby coś miało zaraz się objawić, po czym znów osuwa się w otchłań. Dziesięć razy próbuje wyciągnąć to coś – cokolwiek to jest, stamtąd – gdziekolwiek to się znajdowało.
„I naraz wspomnienie mi się objawiło”. Nie jest to „pamięć woli i pamięć rozumu”, lecz coś głębszego i bardziej odległego. Nie wywołał tego widok magdalenki – widział przez lata tysiące takich ciastek – lecz coś bardziej prymitywnego i fundamentalnego: „jedynie zapach i smak, delikatniejsze, lecz bardziej przy tym żywotne”. I tym sposobem naraz znów znajduje się w Combray, gdzie w niedzielę rano odwiedza ciotkę Leonię, a ona macza kawałek magdalenki w naparze lipowym i mu go podaje. Teraz wspomnienia otwierają się przed nim niczym w tej tradycyjnej japońskiej zabawie, w której kawałeczki papieru pływające po wodzie przemieniają się w kwiaty. Combray i wszystkie jego zapomniane części zostają mu przywrócone w pierwotnych barwach i kształtach. Pamięta, jak „prości ludzie ze wsi i ich domki, i kościół, całe Combray wraz z okolicami, wszystko to, nabierając formy i konsystencji, wyłoniło się – miasto i ogrody – z mojej filiżanki herbaty”.
Kilka uwag. Po pierwsze Proust wprowadza rozróżnienie między „pamięcią woli i pamięcią rozumu” a pamięcią mimowolną, która daje nam dostęp do czegoś głębszego i bardziej fundamentalnego. Jednakże opisany proces wyraźnie angażuje wolę – Marcel podejmuje dziesięć prób wydobycia z siebie tych głęboko ukrytych wspomnień. Może początek jest mimowolny (niespodziewane połączenie herbaty i magdalenki), ale zdaje się, że jest w tym też spora doza dobrowolności – zostaje podjęta decyzja, by podążyć za tym zapachem i smakiem, naprężając linę kotwicy wspomnień. Po drugie, kiedy udaje mu się odzyskać pełnię wspomnień Combray, ich opis nie wskazuje, że są one jakościowo odmienne od tych przywołanych przez banalną i ograniczoną pamięć dobrowolną: „prości ludzie ze wsi i ich domki”, i tak dalej. Marcel mówi nam, że to, co teraz widzi, lub widzi ponownie, to znacznie pełniejszy obraz niż ten, który ukazywała mu wcześniej pamięć dobrowolna. Ale czy jest w nim więcej „esencji” i „rzeczywistości”? Nie w ocenie niniejszego czytelnika.
Może mój sceptycyzm wynika z tego, że sam nigdy nie doświadczyłem takiego transcendentnego wspomnienia; żywię się wyłącznie twardą i suchą karmą pamięci dobrowolnej. Popytałem wśród kilkorga bliskich przyjaciół i oni też nie doświadczyli takiego proustowskiego otwarcia. Podejrzewam, że gdy dziś szuka się dostępu do tego, co zostało dawno zapomniane, można spróbować psychoterapii albo substancji psychoaktywnych jak LSD, żeby przy ich użyciu otworzyć wrota pamięci i percepcji. Czy sam bym z nich skorzystał? Zapewne nie. Lecz przecież nigdy nie doznałem frustracji wobec ograniczeń pamięci rozumu, której doznał Marcel; i wątpię, że gdybym mógł ponownie wrócić do Acton, w zachodnim Londynie, późnych lat czterdziestych i wczesnych lat pięćdziesiątych XX wieku, przeszłość otworzyłaby się przede mną jak japoński kwiat w wodzie i przywołałaby zapomniane rzeczy i zapomniane szczęście. Nie umiem też zgadnąć, jaki nagły bodziec zapachowy mógłby na mnie zadziałać: z pewnością nie przypadkowy kawałek rozmoczonego ciastka. Prędzej byłby to zapach kleju i werniksu, których używałem przy składaniu modelu samolotu, lub zapach smażonego bekonu albo wilgotnego golden retrievera.
W eseju _Szkic z przeszłości_ Virginia Woolf (która zarówno podziwiała Prousta, jak i mu zazdrościła) z przedziwną błyskotliwością powiązała Combray z potencjalnym przyszłym światem IAM-ów:
To chyba znaczy, że moja pamięć dostarcza tego, co zapomniałam, tak że wydaje się, że to się dzieje niezależnie, chociaż naprawdę to ja sprawiam, że się dzieje. Przy pewnych odpowiednich nastrojach wspomnienia – to, co się zapomniało – wychodzą na wierzch. Skoro zatem tak jest, czy to niemożliwe – często się zastanawiam – że to, co przeżywaliśmy z wielką intensywnością, istnieje niezależnie od naszych myśli, istnieje w gruncie rzeczy nadal? A jeśli tak jest, czy nie będzie możliwe, z czasem, że zostanie wymyślony jakiś przyrząd, dzięki któremu będziemy mogli to ściągać? Widzę ją – przeszłość – jako aleję leżącą poza mną, długą wstążkę scen, uczuć. Na końcu tej alei nadal jest ogród i pokój dziecinny. Zamiast przypominać sobie tutaj jakąś scenę, a tam dźwięk, wetknę wtyczkę w ścianę i będę słuchać przeszłości. Znajdę sierpień 1890 roku. Czuję, że silne uczucie musi zostawiać po sobie ślad; i to tylko kwestia odkrycia, w jaki sposób możemy znowu się z nim połączyć, tak żeby móc przeżywać swoje życie od początku³.
Obok pamięci IAM istnieje jeszcze inne zjawisko: tak zwana HSAM, czyli Highly Superior Autobiographical Memory – wybitna pamięć autobiograficzna. Wiadomo o zaledwie około stu osobach, które dysponują tą zdolnością, lub też się z nią zmagają. Jedną z nich jest osiemnastoletnia Kanadyjka, która może nie tylko opisać, co robiła dowolnego dnia swojego życia, ale też w co była ubrana i co jadła. Każdy dzień – mówi – zostaje zarchiwizowany w jej mózgu jako „krótki filmik”, który może odtworzyć na życzenie. Trudno sobie wyobrazić, żeby taki nadmiar szczegółowej wiedzy o samej sobie mógł mieć jakieś zalety; łatwo natomiast dostrzec jego poważną wadę – niemożność edycji, umniejszenia lub usunięcia niechcianych wspomnień. Nie mówiąc o tych bolesnych: podczas gdy dla reszty z nas czas może trochę złagodzić ich dotkliwość, a nawet pozwolić nam zapomnieć, dla niej one na zawsze pozostaną równie nieprzyjemnie wyraziste jak w dniu, w którym się zrodziły. A poza tym, jakie możliwe zastosowanie mógłby mieć stały dostęp do własnej przeszłości, poza występami na scenie lub w telewizji, jak wykorzystywał go mnemonista Łurii?
Mówimy o „figlach, które lubi nam płatać pamięć” – kto jednak zazdrościłby osobie z pamięcią HSAM? Żadnych figli, tylko ciągłe, nieuniknione, wolne od figli wspomnienia… Na pewno zaczęlibyście zazdrościć tym z „normalną” pamięcią – dziurawą, zawodną, a nawet psotną. Jednym ze szczególnie dokuczliwych chwytów mózgu jest tak zwana kryptoamnezja, która polega na tym, że dana osoba staje w obliczu zapomnianego wspomnienia, ale nie rozpoznaje, czym ono jest, tylko uznaje je za nową i oryginalną myśl.
To zjawisko jako pierwszy zidentyfikował w 1874 roku angielski spirytualista i medium o kryptospirytualistycznym imieniu i nazwisku Stainton Moses. Jak można się spodziewać, często kojarzone jest z plagiatem i oszustwem. Jednakże najbardziej znany – i jak się zdaje autentyczny – przypadek kryptoamnezji dotyczy Nietzschego, który gdzieś w tekście _Tako rzecze Zaratustra_ powtórzył słowo w słowo opis zdarzenia z książki wydanej pół wieku wcześniej. Plagiat? Według siostry Nietzschego nie: potwierdziła, że brat istotnie czytał tamten utwór jakoś między dwunastym a piętnastym rokiem życia, gdy jego pamięć była już imponująca. Natomiast kiedy pisał _Zaratustrę_, cierpiał na znaczne zaburzenia funkcji poznawczych, połączone z monomanią. Siostra była przekonana, że to „powracające wspomnienie” naprawdę wydało się Nietzschemu oryginalną myślą, którą sam właśnie wytworzył. Zapominanie własnych wspomnień, a raczej przywłaszczanie sobie słów innych i uznawanie ich za całkiem nowe – to bogate pole. Czasami wydaje się, że mózg po prostu się nami bawi.
Zdaję sobie sprawę, że istnienie IAM-ów, i nasze uznanie tego faktu, zmienią też nasz związek z naszymi mózgami. Trudno myśleć o mózgu, bo wiąże się to z użyciem jego samego: skomplikowane, a może też ostatecznie daremne przedsięwzięcie. A mimo to większość z nas czuje, że w jakiś sposób dowodzimy swoimi mózgami, tak jak – choć to może niewłaściwa metafora – kapitan łodzi podwodnej dowodzi swoim okrętem.
Peryskop w górę! Lustrować horyzont! Intruzi! I tak dalej. Wyobrażamy sobie, że mówimy naszym mózgom, w którą stronę mają wycelować torpedy i kiedy je odpalić. Jednak takie poczucie ładu i kontroli nie wytrzymuje głębszej analizy. Nasze mózgi mają nad nami znaczną przewagę: wiedzą wszystko to, co my, podczas gdy my wiemy tylko o niektórych ich działaniach.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki