Odejście na rozkaz - ebook
Autor przedstawia wydarzenia poprzedzające wybuch II wojny światowej oraz walki obronne Polski we wrześniu 1939 roku. Niemiecki wywiad prowadził intensywne działania dywersyjne i szpiegowskie na północnym Mazowszu, które miały pomóc niemieckim wojskom rozbicie Armii „Modlin” i szybkie zdobycie Warszawy. W pierwszych dniach wojny doszło do zaciekłych walk pod Mławą. Przewaga wroga w ludziach i sprzęcie sprawiły jednak, że Polacy zostali zmuszeni do odwrotu.
| Kategoria: | Historia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-11-18915-7 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
To będzie jak klaśnięcie dłoni. Nie… – poprawił się w myślach Lübke. – Nie, jak dwa klaśnięcia. Najczęściej chodzą przecież po dwóch, rzadziej kilkuosobowym patrolem.
Feldwebel Lübke starannie wybrał stanowisko: on i jego dwaj żołnierze z polskiej strony granicy byli zupełnie niewidoczni. Jeszcze wczoraj Oberleutnant pochwalił go za to.
Przed świtem, nie zauważeni przez nikogo, przedostali się do rowu granicznego. Było chłodno, wilgotno. Gefreiter Kreutz zaczął rwać trawę, by wymościć sobie stanowisko, ale Lübke bez słowa palnął go w ucho; przez taką wygodną świnię można spartaczyć zadanie. Było powiedziane: nie pozostawiać śladów, a ten szykuje sobie legowisko. Trzepnął go dość mocno, by przypomnieć rozkaz, a Kreutz nawet nie pisnął. I tak powinno być; jakiekolwiek rozmowy były zabronione.
Tkwili w tym rowie już prawie trzy godziny. Gdy zaczęło się rozwidniać, Lübke wskazał swym żołnierzom majaczący w odległości dwustu metrów słup graniczny. Feldwebel wiedział, że już za kilka godzin o tym słupie stanie się głośno w gazetach i w radiu. I to za jego sprawą, ale o tym będzie wiedział tylko komendant posterunku Grenzposten, pewien Oberleutnant, i ci dwaj gefrejtrzy, wpatrujący się czujnie w teren po drugiej stronie granicy. Polski słup graniczny numer 004. Tak, będzie o nim głośno.
Dochodziła szósta, gdy Lübke znowu sięgnął po lornetkę. W szkłach zakołysały się jakieś dalekie zabudowania, a potem, po poprawieniu ostrości, wyraźnie zarysowała się ścieżka wydeptana przez patrole polskiej Straży Granicznej z placówki w Bonisławiu. Dróżka była pusta. Po chwili, gdy już miał odłożyć lornetkę, zamajaczyły dwie sylwetki. Są! Poczuł nagły ucisk w krtani i przyspieszony puls. Wydawało mu się, że zapotniały szkła lornetki. Szybko je przetarł irchą i ponownie podniósł do oczu. Są! Nie było najmniejszej wątpliwości. Szli swobodnie, rozmawiali, zza pleców wystawały im lufy karabinów. Wskazał ich swoim żołnierzom; skinęli głowami, że oni też dostrzegli polski patrol. Niemal jednocześnie sięgnęli do zamków i przesunęli bezpieczniki. Lübke zrobił to samo. Systematycznie przeczesywał wzrokiem wyznaczone sektory, ale nie zauważył niczego podejrzanego. Patrol zbliżał się do miejsca zasadzki. Feldwebel wiedział, że już nic nie uratuje tych ludzi. Gdy zbliżą się do słupa granicznego, będą w tym porannym słońcu, na tle błękitnego nieba, lepiej widoczni niż cele na strzelnicy…
Spojrzał jeszcze raz na swoich. Spokojni, skupieni, prowadzili w celownikach każdy swego, tak jak nakazano im jeszcze w koszarach. Do uszu Feldwebla dobiegły jakieś strzępy rozmowy, śmiech. Dwie sylwetki ukazały się obok słupa. Już! Skinął ręką, nie odrywając oczu od lornetki. Klasnęły strzały. Dwa. I jeszcze dwa… Jeden z Polaków padł natychmiast, jakby mu ktoś podciął nogi. Drugi zachwiał się, zrobił jeszcze trzy kroki – i temu dołożyli…
W pół godziny później Oberleutnant, odkomenderowany czasowo do Grenzposten, poprosił o telefoniczne połączenie z Iławą. Usłyszał kobiecy głos, który potwierdził, że jest to żądany numer. Rzucił urzędowym tonem tylko dwa słowa: „Allenstein-dwa”, i odłożył słuchawkę. Nie zwlekając, obrzucił uważnym spojrzeniem pokój, który mu odstąpiono na te dwie doby, schował do kieszeni papierosy, opróżnił popielniczkę i poszedł do kancelarii komendanta posterunku. Ten, jak należało się spodziewać, był na miejscu; wyglądał na zmęczonego, prawdopodobnie czuwał przez całą noc, ale to Oberleutnanta nie obchodziło. Spytał, czy jego samochód jest przygotowany do drogi, a potem już bez słowa, uniesieniem dłoni skwitował raźnie wykrzyczane przez komendanta: „Heil, Hitler!”. I odjechał w niewiadomym kierunku. Z Feldweblem Lübkem już się nie zobaczył, bo po co?
W tym samym czasie przy słupie granicznym numer 004 strażnicy z placówki Straży Granicznej w Bonisławiu próbowali ratować swojego kolegę Wojciecha Wiśniewskiego. Kapralowi Ignacemu Feliksowi Grabowskiemu z 20 Dywizji Piechoty, przydzielonemu dla wzmocnienia placówki, już nie mogli pomóc – zginął na miejscu. Strażnik Wiśniewski był ciężko ranny, choć przytomny. Wskazał, skąd do nich strzelano. Sanitariusz próbował zatamować upływ krwi, niewiele jednak mógł poradzić. Po przetransportowaniu do szpitala, mimo wysiłków lekarzy, Wojciech Wiśniewski zmarł po kilku godzinach.
Komendant placówki natychmiast po otrzymaniu wiadomości o zamachu na patrol graniczny poinformował Komisariat Straży Granicznej w Szczepkowie Borowym, że 26 sierpnia 1939 roku, o godzinie szóstej, przy słupie 004 Niemcy dokonali nowej prowokacji z bronią w ręku, zabijając kaprala Grabowskiego i ciężko raniąc strażnika Wiśniewskiego. Stamtąd meldunek bezzwłocznie przekazano nadkomisarzowi majorowi Wacławowi Niedzielskiemu, komendantowi Obwodu Straży Granicznej w Przasnyszu. Wiadomość o prowokacji niemieckiej wczesnym rankiem tego dnia zaalarmowała majora Władysława Tomasika, szefa zakonspirowanej placówki polskiego wywiadu w Mławie, oraz oficerów placówki informacyjno-wywiadowczej numer 1 w Ciechanowie; nieco później dotarła do dowódcy Armii „Modlin”, generała brygady Emila Przedrzymirskiego-Krukowicza, oraz dowódcy 20 Dywizji Piechoty, pułkownika dyplomowanego Wilhelma Lawicza-Liszki.
W siedzibie Oberkommissar der Geheime Staatspolizei für Provinz Westpreussen w Iławie przy ulicy Oberwaldstrasse 6 nie wyczuwało się nerwowej atmosfery. Szef wywiadu na północne Mazowsze był wypróbowanym kadrowym pracownikiem, a jego najbliższy współpracownik, odkomenderowany z Abwehry, Hauptmann Joachim Altman, też miał doświadczenie w tej robocie. I co najważniejsze – nie popadał łatwo w panikę, chociaż ponaglenia z ekspozytury wywiadu (Abwehrstelle I) w Królewcu od kilkunastu dni były coraz ostrzejsze w tonie. Ci z Królewca wciąż stawiali nowe żądania, wymagali informacji o ruchach polskich oddziałów wojskowych, a zwłaszcza o rozbudowie pozycji mławskiej, a o te wiadomości najtrudniej, tym bardziej że od kilku miesięcy Polacy zaostrzyli czujność, wyczulili ludność na możliwość istnienia przecieków, zaktywizowała działania Straż Graniczna i Policja Państwowa; od czasu do czasu we wpadkach agentów można się domyśleć niewidocznej ręki polskiego kontrwywiadu. Mimo całej zręczności i błyskotliwie pomyślanych akcji trudno było Polaków wyprowadzić w pole, choć z Edwardem Lencem pokpili sprawę. Na całego. Mieli go w rękach, a on im się wymknął i nadal działa, tylko że znacznie dyskretniej.
O Lencu na dobrą sprawę nikt nie wie tyle, co on, Oberkommissar Kuntz; nawet szefowie z Berlina, którzy mają jego akta. Lenc, głęboko zakonspirowany agent, wywodzący się z niemieckiej rodziny osiadłej w Prusach, przez całe lata żył jakby w zapomnieniu. Solidny mierniczy miał możność dokładnego penetrowania całego powiatu mławskiego bez wzbudzania jakichkolwiek podejrzeń. Jeździł po wsiach, był gościem we dworach, przyjmował zlecenia od wójtów, zawsze chętny do pracy, rzetelny, służący pomocą – nie zaniedbywał nigdy swych obowiązków. Ułatwiało mu to zbieranie informacji wojskowych i gospodarczych. Lenc organizował niemiecką kolonię, niemieckie szkolnictwo w przygranicznych powiatach. Jego aktywność trwała bez przeszkód niemal trzy lata. I ten ceniony agent omal nie wpadł. Strażnicy z placówki w Bonisławiu zatrzymali jednego z jego współpracowników. W kilka dni potem, na początku sierpnia, Lenc został aresztowany. Niemcy zaniepokoili się – został jednak dość szybko zwolniony, ponieważ nie zdołano mu niczego udowodnić.
Gdy przyszła wiadomość o tym zwolnieniu, Kuntz z Altmanem uczcili to zdarzenie butelką koniaku. Wtedy to właśnie Altman wpadł na pomysł „ukarania” strażników z Bonisławia, wybrał nawet miejsce egzekucji. Zgoda z Królewca przyszła po kilkunastu dniach, a dziś Oberleutnant Wanke nadał krótki sygnał: „Allenstein-dwa”. Oznaczał on, że akcja powiodła się – zlikwidowano polskich strażników. Nie chodziło oczywiście o tych dwóch konkretnych ludzi, o których nie wiadomo nawet, czy mieli coś wspólnego z ujęciem agenta. Królewiec zaakceptował operację, bo była zgodna z ogólnym planem wywoływania psychozy strachu wśród ludności polskiej na pograniczu, niepewności i niewiary w możliwość podjęcia skutecznej walki, gdy dojdzie do wojny. Altman tego typu akcje potrafił organizować; kilkakrotnie utworzone przez niego kilkuosobowe grupy dywersyjne, przebrane w polskie mundury lub mundury Wehrmachtu, przekraczały granicę i pod osłoną nocy napadały lub tylko markowały atak na polskie posterunki. To też robiło swoje. Choć nigdy nie cofnął się przed użyciem każdego dostępnego środka, który zapewniałby skuteczność, w głębi duszy miał tego typu działania w głębokiej pogardzie. Wywiad według niego to walka o informację, tworzenie dalekosiężnych koncepcji, misterna, niewidoczna dla oka ich realizacja, wprowadzanie przeciwnika w pułapkę, z której już nie ma wyjścia. Ale od kilku lat wiele się zmieniło – za dużo, tak uważał, było w ich robocie śladów podkutego żołdackiego buta… Co innego takie pomysły jak – to mu się podobało – umieszczanie agentek w polskich dworach i zamożnych rodzinach w charakterze bon albo werbowanie agentów spośród niektórych Polaków, przekraczających nielegalnie granicę w poszukiwaniu pracy w Prusach. Rozwinięcie tego pomysłu – organizowanie wieloosobowych grup młodych mężczyzn, którym oferowano pracę w Niemczech – co prawda nie powiodło się, bo za próbę nielegalnego przekraczania granicy zostali skazani przez sąd w Mławie Emma Bergeisten, Rudolf i Marta Weissenowie i jeszcze kilku Niemców, ale Kuntz odbił to sobie na operacji „Srebro”. Swoim ludziom, oczywiście za zgodą centrali, nakazał wykupywanie polskiego bilonu srebrnego i niklowego. Jednocześnie dołożył starań, aby rozeszła się plotka, że w wypadku wojny jedynie bilon zachowa wartość; pomogło mu w tym zresztą kilka polskich gazet, które próbując sprawę wyjaśniać, niezamierzenie ją rozpowszechniły. Tak, to była – według niego – mądra i skuteczna operacja. A ten cały „Allenstein”… wolał, żeby z przedstawicielem Królewca rozmawiał Hauptmann Altman, bliższy tamtym panom…
Major Krüger znał Altmana; oczywiście na tyle, na ile jest to możliwe w wywiadzie. Jego zasługą były informacje o budowie systemu zapór w dolinach rzek: Mławki, Ulatówki i Orzyca, dzięki którym Polacy mogliby zalać znaczne obszary na pograniczu. Altman był w sztabie 3 Armii bardzo za to ceniony.
I Krüger od tego właśnie zaczął jedno ze spotkań.
Altman przyjął pochwałę bez słowa, popatrzył na wysłannika Abwehrstelle I wodnistymi, bez wyrazu oczyma i po dłuższej chwili wyciągnął z teczki białą kopertę.
– Zdjęcia uzupełniające – wyjaśnił. – Skopiowaliśmy je przed godziną. Poszły także normalnym kanałem.
Krüger poczuł się lekko urażony. Ostentacyjnie nie zainteresował się zawartością koperty. Postanowił od razu przejść do celu spotkania.
– Hauptmann Altman, ale to wszystko za mało – powiedział. – Nas interesuje przede wszystkim pozycja mławska. Wiemy, że są tam schrony bojowe. Ile, gdzie, ich konstrukcja, system ognia, zapór? Panu, jako zawodowemu oficerowi, nie muszę wyjaśniać wagi tego zagadnienia.
– Dwudziesta Dywizja wciąż rozbudowuje obronę. Szczegóły podaję natychmiast po rozpoznaniu.
– Za mało – uciął Krüger. – Sztab Trzeciej Armii zakłada, że może to być kluczowa pozycja w łańcuchu polskich umocnień.
– Obrona jest płytka…
– To wiemy, _Herr Hauptmann_. Zlokalizował pan podobno każdą stodołę z klepiskiem, na którym można ustawić ciężką broń. Dobrze. Ale za mało jeszcze wiemy o pozycji mławskiej. Co pan ma zamiar uczynić?
– Wydałem rozkaz, by przygotować uprowadzenie oficera ze sztabu batalionu saperów rozbudowującego umocnienia – Altman powiedział to po dłuższym milczeniu. – Akcja zostanie starannie zamaskowana; uzyskałem zapewnienie, że po przedstawieniu planu otrzymam na nią zgodę.
Krügerowi udało się nie okazać zaskoczenia; zorientował się, że Altman pracuje także z kimś, kto stoi znacznie wyżej od niego. Może kontaktuje się z centralą? Gdyby plan nie powiódł się, grozi to spaleniem kilku agentów, a może nawet całej siatki, no i ten szum propagandowy. Na szczęście praktyczne konsekwencje tego będą niewielkie, bo przecież nie trzeba pracować w wywiadzie, by zdawać sobie sprawę, że niemiecka machina wojenna w gruncie rzeczy już ruszyła.
– Kiedy, _Herr Hauptmann_?
– W ciągu dwóch dni powinniśmy mieć to za sobą. I jeszcze jedna, bardzo ważna rzecz. Polacy powinni być przekonani, że śmierć tego człowieka, jeśli naturalnie nie pójdzie na współpracę z nami, to czysty przypadek.
– Nie wnikam w szczegóły, nie jestem upoważniony…
– Pracujemy nad tym. – Tym razem przerwał Altman i z błyskiem w oku powiedział: – To musi się udać.
Krüger pomyślał, że próba przeprowadzenia takiej akcji oznacza jednak przyznanie się do bezradności w normalnym działaniu agenturalnym albo zuchwałość, a nawet prymitywne awanturnictwo. W ostatecznym rezultacie liczył się jednak wynik.
– Dużo pan stracił ludzi? – zapytał. – Myślę o Niemcach wysiedlonych z przygranicznych powiatów w głąb Polski.
– Tam, gdzie uderzymy, prawie nikogo. Polacy działali po omacku. Usunęli krzykaczy. Tych, którzy z nami pracują, nie tknęli. Mają więc słabe rozpoznanie, ich akcje były obliczone przede wszystkim na zastraszenie naszych kolonistów.
– Mamy dane, że nasi niemieccy rodacy dobrze znieśli te wysiedlenia – odezwał się Krüger. – Nie załamały one naszego ducha.
– Akcję Polaków – kontynuował Altman – ze względu na jej mały zasięg możemy uznać za chybioną. Ostatnie procesy za bezczeszczenie symboli państwa polskiego i polskości też były obliczone tylko na zastraszenie i nie zepsuły nam roboty. Jest nas na Mazowszu dużo – to czynnik decydujący.
– Zgadzam się z pana oceną. Nasze biuro przekazało centrali podobną. Przypominam tylko, _Herr Hauptmann_, że tej wielkiej siły, która wesprze Wehrmacht, gdy przyjdzie na to pora, nie wolno pozostawiać samej. Musimy być obecni, choć niewidoczni, wśród naszych rodaków.
– Działamy ściśle według instrukcji. Meldowałem o zaopatrzeniu tajnych magazynów, o wyposażeniu w broń, o stworzeniu grup dywersyjnych…
– Tak, tak. Wiem o tym wszystko, co trzeba – przerwał Krüger. Na tym gruncie czuł się pewnie. – Ale muszę wrócić do początku naszej rozmowy. Trzeba ukierunkować działanie naszych grup na tyłach kluczowych pozycji polskich. Powiaty: Działdowo, Mława, Przasnysz, Ciechanów – to według naszego rozeznania najważniejszy teren do działań dywersyjnych.
– Mamy tam dobre oparcie wśród ludności niemieckiej. W samym powiecie mławskim mieszka ponad ośmiuset pięćdziesięciu Niemców. We wsi Stołowo mieszkają sami nasi rodacy, w Ostrowiu jest ich sześćdziesiąt procent, w Rochni ponad pięćdziesiąt, w Woli Proszkowskiej około czterdzieści procent.
– Rozpatruję te sprawy z panem, _Herr Hauptmann_, bo na nas ciąży wielka odpowiedzialność – mówił dalej Krüger. – Oczywiście nie tylko na nas, ale pole bitwy dla Wehrmachtu na północnym Mazowszu my powinniśmy przygotować.
Altman nie podjął tego tematu. Z jego twarzy Krüger nie mógł niczego wyczytać, chociaż sądził, że te słowa musiały dotrzeć do tego skrytego, z gruntu zimnego człowieka. Teraz, w ostatnich dniach lub najwyżej tygodniach przed zbrojnym wystąpieniem Wehrmachtu, rola wywiadu niepomiernie wzrastała.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki