Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Odejście na rozkaz - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
29 czerwca 2026
938 pkt
punktów Virtualo

Odejście na rozkaz - ebook

Autor przedstawia wydarzenia poprzedzające wybuch II wojny światowej oraz walki obronne Polski we wrześniu 1939 roku. Niemiecki wywiad prowadził intensywne działania dywersyjne i szpiegowskie na północnym Mazowszu, które miały pomóc niemieckim wojskom rozbicie Armii „Modlin” i szybkie zdobycie Warszawy. W pierwszych dniach wojny doszło do zaciekłych walk pod Mławą. Przewaga wroga w ludziach i sprzęcie sprawiły jednak, że Polacy zostali zmuszeni do odwrotu.

Kategoria: Historia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-11-18915-7
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PŁONĄCE POGRANICZE

To będzie jak kla­śnię­cie dłoni. Nie… – popra­wił się w myślach Lübke. – Nie, jak dwa kla­śnię­cia. Naj­czę­ściej cho­dzą prze­cież po dwóch, rza­dziej kil­ku­oso­bo­wym patro­lem.

Fel­dwe­bel Lübke sta­ran­nie wybrał sta­no­wi­sko: on i jego dwaj żoł­nie­rze z pol­skiej strony gra­nicy byli zupeł­nie nie­wi­doczni. Jesz­cze wczo­raj Obe­rleut­nant pochwa­lił go za to.

Przed świ­tem, nie zauwa­żeni przez nikogo, prze­do­stali się do rowu gra­nicz­nego. Było chłodno, wil­gotno. Gefre­iter Kreutz zaczął rwać trawę, by wymo­ścić sobie sta­no­wi­sko, ale Lübke bez słowa pal­nął go w ucho; przez taką wygodną świ­nię można spar­ta­czyć zada­nie. Było powie­dziane: nie pozo­sta­wiać śla­dów, a ten szy­kuje sobie lego­wi­sko. Trzep­nął go dość mocno, by przy­po­mnieć roz­kaz, a Kreutz nawet nie pisnął. I tak powinno być; jakie­kol­wiek roz­mowy były zabro­nione.

Tkwili w tym rowie już pra­wie trzy godziny. Gdy zaczęło się roz­wid­niać, Lübke wska­zał swym żoł­nie­rzom maja­czący w odle­gło­ści dwu­stu metrów słup gra­niczny. Fel­dwe­bel wie­dział, że już za kilka godzin o tym słu­pie sta­nie się gło­śno w gaze­tach i w radiu. I to za jego sprawą, ale o tym będzie wie­dział tylko komen­dant poste­runku Grenz­po­sten, pewien Obe­rleut­nant, i ci dwaj gefrejt­rzy, wpa­tru­jący się czuj­nie w teren po dru­giej stro­nie gra­nicy. Pol­ski słup gra­niczny numer 004. Tak, będzie o nim gło­śno.

Docho­dziła szó­sta, gdy Lübke znowu się­gnął po lor­netkę. W szkłach zako­ły­sały się jakieś dale­kie zabu­do­wa­nia, a potem, po popra­wie­niu ostro­ści, wyraź­nie zary­so­wała się ścieżka wydep­tana przez patrole pol­skiej Straży Gra­nicz­nej z pla­cówki w Boni­sła­wiu. Dróżka była pusta. Po chwili, gdy już miał odło­żyć lor­netkę, zama­ja­czyły dwie syl­wetki. Są! Poczuł nagły ucisk w krtani i przy­spie­szony puls. Wyda­wało mu się, że zapot­niały szkła lor­netki. Szybko je prze­tarł irchą i ponow­nie pod­niósł do oczu. Są! Nie było naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści. Szli swo­bod­nie, roz­ma­wiali, zza ple­ców wysta­wały im lufy kara­bi­nów. Wska­zał ich swoim żoł­nie­rzom; ski­nęli gło­wami, że oni też dostrze­gli pol­ski patrol. Nie­mal jed­no­cze­śnie się­gnęli do zam­ków i prze­su­nęli bez­piecz­niki. Lübke zro­bił to samo. Sys­te­ma­tycz­nie prze­cze­sy­wał wzro­kiem wyzna­czone sek­tory, ale nie zauwa­żył niczego podej­rza­nego. Patrol zbli­żał się do miej­sca zasadzki. Fel­dwe­bel wie­dział, że już nic nie ura­tuje tych ludzi. Gdy zbliżą się do słupa gra­nicz­nego, będą w tym poran­nym słońcu, na tle błę­kit­nego nieba, lepiej widoczni niż cele na strzel­nicy…

Spoj­rzał jesz­cze raz na swo­ich. Spo­kojni, sku­pieni, pro­wa­dzili w celow­ni­kach każdy swego, tak jak naka­zano im jesz­cze w kosza­rach. Do uszu Fel­dwe­bla dobie­gły jakieś strzępy roz­mowy, śmiech. Dwie syl­wetki uka­zały się obok słupa. Już! Ski­nął ręką, nie odry­wa­jąc oczu od lor­netki. Kla­snęły strzały. Dwa. I jesz­cze dwa… Jeden z Pola­ków padł natych­miast, jakby mu ktoś pod­ciął nogi. Drugi zachwiał się, zro­bił jesz­cze trzy kroki – i temu doło­żyli…

W pół godziny póź­niej Obe­rleut­nant, odko­men­de­ro­wany cza­sowo do Grenz­po­sten, popro­sił o tele­fo­niczne połą­cze­nie z Iławą. Usły­szał kobiecy głos, który potwier­dził, że jest to żądany numer. Rzu­cił urzę­do­wym tonem tylko dwa słowa: „Allen­stein-dwa”, i odło­żył słu­chawkę. Nie zwle­ka­jąc, obrzu­cił uważ­nym spoj­rze­niem pokój, który mu odstą­piono na te dwie doby, scho­wał do kie­szeni papie­rosy, opróż­nił popiel­niczkę i poszedł do kan­ce­la­rii komen­danta poste­runku. Ten, jak nale­żało się spo­dzie­wać, był na miej­scu; wyglą­dał na zmę­czo­nego, praw­do­po­dob­nie czu­wał przez całą noc, ale to Obe­rleut­nanta nie obcho­dziło. Spy­tał, czy jego samo­chód jest przy­go­to­wany do drogi, a potem już bez słowa, unie­sie­niem dłoni skwi­to­wał raź­nie wykrzy­czane przez komen­danta: „Heil, Hitler!”. I odje­chał w nie­wia­do­mym kie­runku. Z Fel­dwe­blem Lübkem już się nie zoba­czył, bo po co?

W tym samym cza­sie przy słu­pie gra­nicz­nym numer 004 straż­nicy z pla­cówki Straży Gra­nicz­nej w Boni­sła­wiu pró­bo­wali rato­wać swo­jego kolegę Woj­cie­cha Wiśniew­skiego. Kapra­lowi Igna­cemu Felik­sowi Gra­bow­skiemu z 20 Dywi­zji Pie­choty, przy­dzie­lo­nemu dla wzmoc­nie­nia pla­cówki, już nie mogli pomóc – zgi­nął na miej­scu. Straż­nik Wiśniew­ski był ciężko ranny, choć przy­tomny. Wska­zał, skąd do nich strze­lano. Sani­ta­riusz pró­bo­wał zata­mo­wać upływ krwi, nie­wiele jed­nak mógł pora­dzić. Po prze­trans­por­to­wa­niu do szpi­tala, mimo wysił­ków leka­rzy, Woj­ciech Wiśniew­ski zmarł po kilku godzi­nach.

Komen­dant pla­cówki natych­miast po otrzy­ma­niu wia­do­mo­ści o zama­chu na patrol gra­niczny poin­for­mo­wał Komi­sa­riat Straży Gra­nicz­nej w Szczep­ko­wie Boro­wym, że 26 sierp­nia 1939 roku, o godzi­nie szó­stej, przy słu­pie 004 Niemcy doko­nali nowej pro­wo­ka­cji z bro­nią w ręku, zabi­ja­jąc kaprala Gra­bow­skiego i ciężko raniąc straż­nika Wiśniew­skiego. Stam­tąd mel­du­nek bez­zwłocz­nie prze­ka­zano nad­ko­mi­sa­rzowi majo­rowi Wacła­wowi Nie­dziel­skiemu, komen­dan­towi Obwodu Straży Gra­nicz­nej w Prza­sny­szu. Wia­do­mość o pro­wo­ka­cji nie­miec­kiej wcze­snym ran­kiem tego dnia zaalar­mo­wała majora Wła­dy­sława Toma­sika, szefa zakon­spi­ro­wa­nej pla­cówki pol­skiego wywiadu w Mła­wie, oraz ofi­ce­rów pla­cówki infor­ma­cyjno-wywia­dow­czej numer 1 w Cie­cha­no­wie; nieco póź­niej dotarła do dowódcy Armii „Modlin”, gene­rała bry­gady Emila Prze­drzy­mir­skiego-Kru­ko­wi­cza, oraz dowódcy 20 Dywi­zji Pie­choty, puł­kow­nika dyplo­mo­wa­nego Wil­helma Lawi­cza-Liszki.

W sie­dzi­bie Obe­rkom­mis­sar der Gehe­ime Sta­at­spo­li­zei für Pro­vinz West­preus­sen w Iła­wie przy ulicy Obe­rwald­strasse 6 nie wyczu­wało się ner­wo­wej atmos­fery. Szef wywiadu na pół­nocne Mazow­sze był wypró­bo­wa­nym kadro­wym pra­cow­ni­kiem, a jego naj­bliż­szy współ­pra­cow­nik, odko­men­de­ro­wany z Abwehry, Haupt­mann Joachim Alt­man, też miał doświad­cze­nie w tej robo­cie. I co naj­waż­niej­sze – nie popa­dał łatwo w panikę, cho­ciaż pona­gle­nia z eks­po­zy­tury wywiadu (Abwehr­stelle I) w Kró­lewcu od kil­ku­na­stu dni były coraz ostrzej­sze w tonie. Ci z Kró­lewca wciąż sta­wiali nowe żąda­nia, wyma­gali infor­ma­cji o ruchach pol­skich oddzia­łów woj­sko­wych, a zwłasz­cza o roz­bu­do­wie pozy­cji mław­skiej, a o te wia­do­mo­ści naj­trud­niej, tym bar­dziej że od kilku mie­sięcy Polacy zaostrzyli czuj­ność, wyczu­lili lud­ność na moż­li­wość ist­nie­nia prze­cie­ków, zak­ty­wi­zo­wała dzia­ła­nia Straż Gra­niczna i Poli­cja Pań­stwowa; od czasu do czasu we wpad­kach agen­tów można się domy­śleć nie­wi­docz­nej ręki pol­skiego kontr­wy­wiadu. Mimo całej zręcz­no­ści i bły­sko­tli­wie pomy­śla­nych akcji trudno było Pola­ków wypro­wa­dzić w pole, choć z Edwar­dem Len­cem pokpili sprawę. Na całego. Mieli go w rękach, a on im się wymknął i na­dal działa, tylko że znacz­nie dys­kret­niej.

O Lencu na dobrą sprawę nikt nie wie tyle, co on, Obe­rkom­mis­sar Kuntz; nawet sze­fo­wie z Ber­lina, któ­rzy mają jego akta. Lenc, głę­boko zakon­spi­ro­wany agent, wywo­dzący się z nie­miec­kiej rodziny osia­dłej w Pru­sach, przez całe lata żył jakby w zapo­mnie­niu. Solidny mier­ni­czy miał moż­ność dokład­nego pene­tro­wa­nia całego powiatu mław­skiego bez wzbu­dza­nia jakich­kol­wiek podej­rzeń. Jeź­dził po wsiach, był gościem we dwo­rach, przyj­mo­wał zle­ce­nia od wój­tów, zawsze chętny do pracy, rze­telny, słu­żący pomocą – nie zanie­dby­wał ni­gdy swych obo­wiąz­ków. Uła­twiało mu to zbie­ra­nie infor­ma­cji woj­sko­wych i gospo­dar­czych. Lenc orga­ni­zo­wał nie­miecką kolo­nię, nie­miec­kie szkol­nic­two w przy­gra­nicz­nych powia­tach. Jego aktyw­ność trwała bez prze­szkód nie­mal trzy lata. I ten ceniony agent omal nie wpadł. Straż­nicy z pla­cówki w Boni­sła­wiu zatrzy­mali jed­nego z jego współ­pra­cow­ni­ków. W kilka dni potem, na początku sierp­nia, Lenc został aresz­to­wany. Niemcy zanie­po­ko­ili się – został jed­nak dość szybko zwol­niony, ponie­waż nie zdo­łano mu niczego udo­wod­nić.

Gdy przy­szła wia­do­mość o tym zwol­nie­niu, Kuntz z Alt­ma­nem uczcili to zda­rze­nie butelką koniaku. Wtedy to wła­śnie Alt­man wpadł na pomysł „uka­ra­nia” straż­ni­ków z Boni­sła­wia, wybrał nawet miej­sce egze­ku­cji. Zgoda z Kró­lewca przy­szła po kil­ku­na­stu dniach, a dziś Obe­rleut­nant Wanke nadał krótki sygnał: „Allen­stein-dwa”. Ozna­czał on, że akcja powio­dła się – zli­kwi­do­wano pol­skich straż­ni­ków. Nie cho­dziło oczy­wi­ście o tych dwóch kon­kret­nych ludzi, o któ­rych nie wia­domo nawet, czy mieli coś wspól­nego z uję­ciem agenta. Kró­le­wiec zaak­cep­to­wał ope­ra­cję, bo była zgodna z ogól­nym pla­nem wywo­ły­wa­nia psy­chozy stra­chu wśród lud­no­ści pol­skiej na pogra­ni­czu, nie­pew­no­ści i nie­wiary w moż­li­wość pod­ję­cia sku­tecz­nej walki, gdy doj­dzie do wojny. Alt­man tego typu akcje potra­fił orga­ni­zo­wać; kil­ka­krot­nie utwo­rzone przez niego kil­ku­oso­bowe grupy dywer­syjne, prze­brane w pol­skie mun­dury lub mun­dury Wehr­machtu, prze­kra­czały gra­nicę i pod osłoną nocy napa­dały lub tylko mar­ko­wały atak na pol­skie poste­runki. To też robiło swoje. Choć ni­gdy nie cof­nął się przed uży­ciem każ­dego dostęp­nego środka, który zapew­niałby sku­tecz­ność, w głębi duszy miał tego typu dzia­ła­nia w głę­bo­kiej pogar­dzie. Wywiad według niego to walka o infor­ma­cję, two­rze­nie dale­ko­sięż­nych kon­cep­cji, misterna, nie­wi­doczna dla oka ich reali­za­cja, wpro­wa­dza­nie prze­ciw­nika w pułapkę, z któ­rej już nie ma wyj­ścia. Ale od kilku lat wiele się zmie­niło – za dużo, tak uwa­żał, było w ich robo­cie śla­dów pod­ku­tego żoł­dac­kiego buta… Co innego takie pomy­sły jak – to mu się podo­bało – umiesz­cza­nie agen­tek w pol­skich dwo­rach i zamoż­nych rodzi­nach w cha­rak­te­rze bon albo wer­bo­wa­nie agen­tów spo­śród niektó­rych Pola­ków, prze­kra­cza­ją­cych nie­le­gal­nie gra­nicę w poszu­ki­wa­niu pracy w Pru­sach. Roz­wi­nię­cie tego pomy­słu – orga­ni­zo­wa­nie wie­lo­oso­bo­wych grup mło­dych męż­czyzn, któ­rym ofe­ro­wano pracę w Niem­czech – co prawda nie powio­dło się, bo za próbę nie­le­gal­nego prze­kra­cza­nia gra­nicy zostali ska­zani przez sąd w Mła­wie Emma Ber­ge­isten, Rudolf i Marta Weis­se­no­wie i jesz­cze kilku Niem­ców, ale Kuntz odbił to sobie na ope­ra­cji „Sre­bro”. Swoim ludziom, oczy­wi­ście za zgodą cen­trali, naka­zał wyku­py­wa­nie pol­skiego bilonu srebr­nego i niklo­wego. Jed­no­cze­śnie doło­żył sta­rań, aby roze­szła się plotka, że w wypadku wojny jedy­nie bilon zachowa war­tość; pomo­gło mu w tym zresztą kilka pol­skich gazet, które pró­bu­jąc sprawę wyja­śniać, nie­za­mie­rze­nie ją roz­po­wszech­niły. Tak, to była – według niego – mądra i sku­teczna ope­ra­cja. A ten cały „Allen­stein”… wolał, żeby z przed­sta­wi­cie­lem Kró­lewca roz­ma­wiał Haupt­mann Alt­man, bliż­szy tam­tym panom…

Major Krüger znał Alt­mana; oczy­wi­ście na tyle, na ile jest to moż­liwe w wywia­dzie. Jego zasługą były infor­ma­cje o budo­wie sys­temu zapór w doli­nach rzek: Mławki, Ula­tówki i Orzyca, dzięki któ­rym Polacy mogliby zalać znaczne obszary na pogra­ni­czu. Alt­man był w szta­bie 3 Armii bar­dzo za to ceniony.

I Krüger od tego wła­śnie zaczął jedno ze spo­tkań.

Alt­man przy­jął pochwałę bez słowa, popa­trzył na wysłan­nika Abwehr­stelle I wod­ni­stymi, bez wyrazu oczyma i po dłuż­szej chwili wycią­gnął z teczki białą kopertę.

– Zdję­cia uzu­peł­nia­jące – wyja­śnił. – Sko­pio­wa­li­śmy je przed godziną. Poszły także nor­mal­nym kana­łem.

Krüger poczuł się lekko ura­żony. Osten­ta­cyj­nie nie zain­te­re­so­wał się zawar­to­ścią koperty. Posta­no­wił od razu przejść do celu spo­tka­nia.

– Haupt­mann Alt­man, ale to wszystko za mało – powie­dział. – Nas inte­re­suje przede wszyst­kim pozy­cja mław­ska. Wiemy, że są tam schrony bojowe. Ile, gdzie, ich kon­struk­cja, sys­tem ognia, zapór? Panu, jako zawo­do­wemu ofi­ce­rowi, nie muszę wyja­śniać wagi tego zagad­nie­nia.

– Dwu­dzie­sta Dywi­zja wciąż roz­bu­do­wuje obronę. Szcze­góły podaję natych­miast po roz­po­zna­niu.

– Za mało – uciął Krüger. – Sztab Trze­ciej Armii zakłada, że może to być klu­czowa pozy­cja w łań­cu­chu pol­skich umoc­nień.

– Obrona jest płytka…

– To wiemy, _Herr Haupt­mann_. Zlo­ka­li­zo­wał pan podobno każdą sto­dołę z kle­pi­skiem, na któ­rym można usta­wić ciężką broń. Dobrze. Ale za mało jesz­cze wiemy o pozy­cji mław­skiej. Co pan ma zamiar uczy­nić?

– Wyda­łem roz­kaz, by przy­go­to­wać upro­wa­dze­nie ofi­cera ze sztabu bata­lionu sape­rów roz­bu­do­wu­ją­cego umoc­nie­nia – Alt­man powie­dział to po dłuż­szym mil­cze­niu. – Akcja zosta­nie sta­ran­nie zama­sko­wana; uzy­ska­łem zapew­nie­nie, że po przed­sta­wie­niu planu otrzy­mam na nią zgodę.

Krügerowi udało się nie oka­zać zasko­cze­nia; zorien­to­wał się, że Alt­man pra­cuje także z kimś, kto stoi znacz­nie wyżej od niego. Może kon­tak­tuje się z cen­tralą? Gdyby plan nie powiódł się, grozi to spa­le­niem kilku agen­tów, a może nawet całej siatki, no i ten szum pro­pa­gan­dowy. Na szczę­ście prak­tyczne kon­se­kwen­cje tego będą nie­wiel­kie, bo prze­cież nie trzeba pra­co­wać w wywia­dzie, by zda­wać sobie sprawę, że nie­miecka machina wojenna w grun­cie rze­czy już ruszyła.

– Kiedy, _Herr Haupt­mann_?

– W ciągu dwóch dni powin­ni­śmy mieć to za sobą. I jesz­cze jedna, bar­dzo ważna rzecz. Polacy powinni być prze­ko­nani, że śmierć tego czło­wieka, jeśli natu­ral­nie nie pój­dzie na współ­pracę z nami, to czy­sty przy­pa­dek.

– Nie wni­kam w szcze­góły, nie jestem upo­waż­niony…

– Pra­cu­jemy nad tym. – Tym razem prze­rwał Alt­man i z bły­skiem w oku powie­dział: – To musi się udać.

Krüger pomy­ślał, że próba prze­pro­wa­dze­nia takiej akcji ozna­cza jed­nak przy­zna­nie się do bez­rad­no­ści w nor­mal­nym dzia­ła­niu agen­tu­ral­nym albo zuchwa­łość, a nawet pry­mi­tywne awan­tur­nic­two. W osta­tecz­nym rezul­ta­cie liczył się jed­nak wynik.

– Dużo pan stra­cił ludzi? – zapy­tał. – Myślę o Niem­cach wysie­dlo­nych z przy­gra­nicz­nych powia­tów w głąb Pol­ski.

– Tam, gdzie ude­rzymy, pra­wie nikogo. Polacy dzia­łali po omacku. Usu­nęli krzy­ka­czy. Tych, któ­rzy z nami pra­cują, nie tknęli. Mają więc słabe roz­po­zna­nie, ich akcje były obli­czone przede wszyst­kim na zastra­sze­nie naszych kolo­ni­stów.

– Mamy dane, że nasi nie­mieccy rodacy dobrze znie­śli te wysie­dle­nia – ode­zwał się Krüger. – Nie zała­mały one naszego ducha.

– Akcję Pola­ków – kon­ty­nu­ował Alt­man – ze względu na jej mały zasięg możemy uznać za chy­bioną. Ostat­nie pro­cesy za bez­czesz­cze­nie sym­boli pań­stwa pol­skiego i pol­sko­ści też były obli­czone tylko na zastra­sze­nie i nie zepsuły nam roboty. Jest nas na Mazow­szu dużo – to czyn­nik decy­du­jący.

– Zga­dzam się z pana oceną. Nasze biuro prze­ka­zało cen­trali podobną. Przy­po­mi­nam tylko, _Herr Haupt­mann_, że tej wiel­kiej siły, która wes­prze Wehr­macht, gdy przyj­dzie na to pora, nie wolno pozo­sta­wiać samej. Musimy być obecni, choć nie­wi­doczni, wśród naszych roda­ków.

– Dzia­łamy ści­śle według instruk­cji. Mel­do­wa­łem o zaopa­trze­niu taj­nych maga­zy­nów, o wypo­sa­że­niu w broń, o stwo­rze­niu grup dywer­syj­nych…

– Tak, tak. Wiem o tym wszystko, co trzeba – prze­rwał Krüger. Na tym grun­cie czuł się pew­nie. – Ale muszę wró­cić do początku naszej roz­mowy. Trzeba ukie­run­ko­wać dzia­ła­nie naszych grup na tyłach klu­czo­wych pozy­cji pol­skich. Powiaty: Dział­dowo, Mława, Prza­snysz, Cie­cha­nów – to według naszego roze­zna­nia naj­waż­niej­szy teren do dzia­łań dywer­syj­nych.

– Mamy tam dobre opar­cie wśród lud­no­ści nie­miec­kiej. W samym powie­cie mław­skim mieszka ponad ośmiu­set pięć­dzie­się­ciu Niem­ców. We wsi Sto­łowo miesz­kają sami nasi rodacy, w Ostro­wiu jest ich sześć­dzie­siąt pro­cent, w Rochni ponad pięć­dzie­siąt, w Woli Prosz­kow­skiej około czter­dzie­ści pro­cent.

– Roz­pa­truję te sprawy z panem, _Herr Haupt­mann_, bo na nas ciąży wielka odpo­wie­dzial­ność – mówił dalej Krüger. – Oczy­wi­ście nie tylko na nas, ale pole bitwy dla Wehr­machtu na pół­noc­nym Mazow­szu my powin­ni­śmy przy­go­to­wać.

Alt­man nie pod­jął tego tematu. Z jego twa­rzy Krüger nie mógł niczego wyczy­tać, cho­ciaż sądził, że te słowa musiały dotrzeć do tego skry­tego, z gruntu zim­nego czło­wieka. Teraz, w ostat­nich dniach lub naj­wy­żej tygo­dniach przed zbroj­nym wystą­pie­niem Wehr­machtu, rola wywiadu nie­po­mier­nie wzra­stała.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij