Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Odroczona egzekucja - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
19 maja 2026
2320 pkt
punktów Virtualo

Odroczona egzekucja - ebook

Debiutancka powieść o świecie, w którym ciało i świadomość podlegają przetwarzaniu, a granice między buntem a jego komercjalizacją szybko się zacierają. W rzeczywistości pełnej inwigilacji, gdzie rozpoznawanie twarzy, Big Data i sztuczna inteligencja regulują codzienność, bunt przyjmuje radykalną formę – młodzi ludzie amputują własne głowy i funkcjonują dalej dzięki biotechnologii. To, co zaczyna się jako gest sprzeciwu, zostaje jednak szybko przejęte przez media, rynek i politykę, a aktywistyczne działania zamieniają się w pracę dla systemu. Amputacja staje się towarem, usługą i wyborem wpisanym w nowy porządek. Majówka prowadzi kilka równoległych historii, pokazując różne formy uwikłania w technologię: od aktywizmu po ekonomię danych, influencerstwo i przemoc algorytmiczną. Świat tej powieści jest uderzająco bliski i niepokojąco znajomy – przesunięty o krok dalej niż rzeczywistość, którą już znamy. Książka ukazuje się w ramach głównego wyróżnienia w 21. edycji projektu „Połów. Prozatorskie debiuty”.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Spis treści

Hiudż Dejta traci głowę
„Rusz głową” – radzi insajderka
Młody, obiecujący mężczyzna staje na głowie
Co jedna głowa, to nie zero
Hedhanter główkuje (zobacz jak)
Kto ma za dużo na szyi

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68759-71-6
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

HIUDŻ DEJTA TRACI GŁOWĘ

Godzina szczytu mruczała niepokojąco. Smog wisiał nisko i owijał się wokół nogawek jak koty.

Godziny pracy dobiegały końca. Tydzień dobijał do weekendu. Pierwsi bywalcy barów popijali kolorowe drinki w ogródkach restauracyjnych.

Nad centrum miasta górowały szklane wieżowce. Poniżej nich cementową harmonię placu zakłócał niższy budynek, wieża strażnicza w kształcie kuli. Umożliwiała precyzyjne spojrzenie w dowolny zakątek deptaka. Okna łypały na przechodniów. Wgryzały się w karki. Naciskały na ramiona. Szeptały świstami powietrza. Pomiędzy nimi tańczyły reklamy. Kolorowe teledyski zlewały się z szarym powietrzem.

Dżuli patrzyła na świat oczami po raz ostatni. Zamglona wizja. Szaleństwo neonów. Gładkość wypolerowanego szkła. Gorycz suchego, letniego powietrza. Drobinki kurzu osiadały na nosie i pod językiem.

Rozejrzała się po placu. Rozsypani po panoptykonie. Kilku chłopaków w za dużych garniturach, kilka dziewczyn w szarych garsonkach. Związały włosy wysoko, na czubkach ich głów kołysały się barwne kucyki.

Ruszali się powoli. Prawie stali w miejscu. Wyczekiwali wybicia siedemnastej. Pisku zegara zawieszonego na szczycie budynku. Usta Dżuli się wysuszyły. Język zdrętwiał i zagradzał drogę powietrzu. Nogi nabrały konsystencji żelu, więc stała nieruchomo. Zabierała przestrzeń ludziom, którzy pchali życie do przodu.

Dżuli była naszpikowana proszkiem, ale nie chciała uciekać. Znajdowała się we właściwym miejscu. Dzień wcześniej łyknęła gorzką kapsułkę, która miała uchronić ją przed nagłą, bolesną śmiercią i przenieść jaźń do rdzenia kręgowego. Kapsułka pochodziła z niesprecyzowanego źródła, więc jej skuteczność wynosiła tyle, ile wiara pacjentki.

Godzina na wyświetlaczu przeskoczyła. Siedemnasta zero zero. Pisk zegara poniósł się po placu. Praca oficjalnie dobiegła końca, roboty szły na przerwę kawową, żeby nieoficjalnie wrócić do biura przed osiemnastą. Jej, ich zadanie dopiero się zaczynało. Dżuli szybko wyjęła telefon i wysłała ostatnie „kocham cię”. Wyłączyła go, żeby uniknąć namierzenia.

Po trzydziestu sekundach zegar zamilkł. Jego donośny głos zastąpiły rozmowy, dzwonki telefonów, stuk szklanek o stoły i butów o bruk. Po raz ostatni spojrzała na chmury. Przypominały topiące się lody waniliowe, po których spływa wiśniowy sok.

Rosła w niej wieża strażnicza, aż runęła gwałtownym wstrząsem.

– Stop inwigilacji! – wrzasnęła z całej siły, tak mocno, że spięły jej się mięśnie dna miednicy. – Stop rozpoznawaniu twarzy!

Może była pierwsza, może ktoś inny krzyknął wcześniej. Jeden podniesiony głos wystarczył, żeby główki kamer ciekawsko zgrzytnęły w poszukiwaniu celu. Przechodnie ignorowali ich bardziej niż kamery. Delikatnie poruszali głowami, jakby odganiali komary.

– Stop inwigilacji! – wrzasnęła po raz kolejny.

Sięgnęła do torebki. Nosiła drogą skórzaną torbę, którą wygrzebała w lumpie, kiedy jeszcze to miało znaczenie. Czas puchnął jak bąbel. Poczuła między palcami chłodne ostrze. Ostrożnie wysunęła je z przegródki i krzyknęła po raz ostatni:

– Teraz nas już nie rozpoznacie, kurwy!

Szybkim ruchem przyłożyła sobie nóż do szyi. Pozwoliła palcom przez moment poczuć jej ciepło. Przechwycić puls, ścisnąć elastyczną skórę i uszczypnąć z pośpieszną czułością. Zagłębiła nóż w ciele.

To przykuło uwagę. Krew tętnicza trysnęła na chodnik. Ktoś krzyknął. Zanim odgłos przeistoczył się w kolektywny wrzask, Dżuli straciła łączność. Świat wraz ze strachem zamienił się w bezkształtną masę.

Młody mężczyzna zemdlał i klapnął z pluskiem na chodnik.

Ból, tak jak wcześniej obiecał Czarli, dało się znieść dzięki działaniu gorzkiej kapsułki. Dżuli cięła metodycznie. Powoli rozmasowywała mięśnie wolną ręką, tak jak polecili im wcześniej Ana i Tom. Pozbywała się głowy. Mięsień po mięśniu. Skórka po skórce. Tak jak jej przyjaciele.

Ktoś jej dotykał, macał ją po plecach. Łapał. Wyrywał nóż. Kiedy rozcięła szyję do połowy, opuściła ostrze i nacisnęła czoło tak, jak pcha się pokrywę zsypu. Ustąpiła. Otworzyła się niczym paszcza bestii. Dżuli obcięła ostatnie skrawki skóry. Musiała działać szybciej. Jej świadomość się rozmazywała. Uniosła oderwaną głowę niczym puchar.

– Chcieliście mojej twarzy? Chcieliście moich danych? To, kurwa, macie! Weźcie ją! – wybulgotała z mniejszą werwą, niż kiedy mówiła ustami.

Otworzyła torbę i ułożyła w niej głowę. Wyjęła nakrętkę – biotechnologiczne cudo, nad którym pracowała przez prawie dwa lata. Miała zastąpić jej mózg, uszy, usta, oczy, nos dzięki wbudowanej kamerce, mikrofonowi i głośnikom. Za sprawą tabletki ośrodek pamięci został zdecentralizowany i rozproszony po jej komórkach. Dżuli wkręciła nakrętkę na szyję. Przypominała kapsel zdjęty ze szklanej butelki.

Mimo że kapsułka częściowo powstrzymała krwawienie, biała sukienka pokryła się cienkim strupem. Czerwień powoli wsiąkała w materiał. Dżuli traciła i odzyskiwała świadomość, dopóki nie usłyszała zgłuszonego głosu Czarliego. Chłopak przebijał się przez tłum. Starała się nie patrzeć w miejsce, w którym kiedyś dumnie sterczała jego śliczna głowa.

– Dżuli, musimy iść. Wezwali psy. Może armię? – bulgotał. – Rusz się!

Dżuli się nie poruszyła. Żyła. Nie mogła w to uwierzyć. Nadal krążyły w niej myśli, jakby nadpisane na dysku twardym ukrytym w rdzeniu kręgowym. Nie czuła się mniej sobą.

Wrzask przechodniów wgryzał się w dekolt. Skóra wchłaniała krzyki. Dżuli i Czarli sunęli przez korytarz życia. Byli żywymi trupami. Miliony rączek pokrywały ciało Dżuli. Wizja się zawężała. Wzrok zawodził. Czucie słabło, bo niedokręcona nakrętka nie dosięgała do nerwów.

– Niedobrze mi. Czarli, potrzebuję dokręcić nakrętkę. Natychmiast!

Czarli ścisnął jej dłoń. Wbił pierścionki w palce. Potknęła się. Słabość rozlała się po kończynach.

– Dlaczego nie założyłaś jej porządnie?

Brnęli do wąskiej uliczki pomiędzy wieżowcami. Powoli, niczym zanurzeni po kolana w błocie, toczyli się w stronę samochodu zaparkowanego na podziemnym parkingu.

– Nie dałam rady. W emocjach – wycedziła. Wydobył się z niej słaby bulgot, strużka krwi.

Nogi odmówiły posłuszeństwa. Ciało zawisło na barku połączonym ręką z Czarlim. Uderzyła w chodnik i podskoczyła jak sprężyna. Świat zawirował. Dżuli widziała tysiące derwiszy w transie. Kręcili się na budynkach, na chodnikach, na parasolkach, w ogródkach restauracyjnych. Na smukłych szyjach zamiast głów mieli kamery. Twarz straciła tyle razy, że kolejny nie miał znaczenia.

Czarli trząsł nią desperacko. Czuła to ciałem, ale nie pojmowała. Myśli, przetwarzane przez czipy i twarde dyski, zamknięte w nakrętce i przyszpilone do nerwów brzmiały obco.

Ocucił ją zimny dotyk nakrętki ciaśniej nakręcanej na szyję. Wzrok wyostrzył się jak po nałożeniu okularów. Słuch przestał płynąć potokiem szumiącej krwi. Derwisze wyszli z transu i stanęli obok.

Dżuli i Czarli maszerowali. Głowy zapakowane w torby obijały się im o biodra. Wyraźny kształt nosa i twardość czoła.

Samochód warczał na poboczu.

– Wskakuj!

Czarli rzucił ją na tylne siedzenie. Kierowca nie miał głowy. Czyli to musiał być Tom.

Z piskiem opon ruszyli nad jezioro. Zamierzali się ukryć na trójstyku granic, nad Bugiem, w domku letniskowym rodziców Czarliego, póki sytuacja nie nabierze bardziej konkretnych rysów. Cisza w samochodzie kontrastowała z wrzaskiem na placu.

– Włącz radio – mruknął Czarli.

– Po co ci to? – spytała Dajana, która utknęła na przednim siedzeniu.

Obok Dżuli ziała pustka po Marfie. Wypełniła ją Ana.

– Po co chcesz tego słuchać? – powtórzyła z naciskiem, ale lepkie dźwięki radia już się skleiły w powietrzu.

– ...terrorystyczny – mówił spiker. – Na razie nie potwierdzono tożsamości zamachowców. Liczba ofiar jest nieznana. Świadkowie mówią o niepokojącym zdarzeniu, przypominającym performens.

– Ona wtedy przyłożyła nóż do szyi i obcięła sobie głowę. Tak, tutaj, tuż pod brodą – rozemocjonowany głos świadka odbijał się od pisku opon. – Tyle krwi, tyle krwi naleciało, a ona nadal żyła. Szła.

Głęboki głos reportera niósł się przyjemnie po żołądku, nawet gdy przynosił złe wieści.

– To była relacja prosto z Placu Przyjaźni Polsko-Globalnej. Będziemy wracać do państwa z najświeższymi informacjami.

Dżingiel się zachwiał. Puścił się w reklamy leków i dyskontów spożywczych.

– Co piszą w internecie?

Być i nie być kolektywu Hiudż Dejta opierało się na stercie komentarzy, na wielkim, brudnym koszu prania z hejtem. Politycy prześcigali się w konkursie na najkrótszą wiadomość o upadku społeczeństwa albo niewydawaniu pochopnych sądów dotyczących wydarzeń na placu.

Tom ściszył radio. Jego dziewczyna Ana była do niego tak podobna, że mogli być rodzeństwem. Teraz smarowała ich głowy kremem konserwującym i wpychała do słoików.

Ból w szyi Dżuli się nasilał. Dostała choroby lokomocyjnej. Ciało straciło ośrodek ciężkości. Nie potrafiła utrzymać się w kawałku.

Czekała na syreny policyjne. W tej okablowanej metropolii, w tym kraju cyfryzującym się szybciej niż średnia europejska, wszystko czipowano do znudzenia. Miasto ociekało ciekawskimi oczkami kamer.

Wozy policyjne usłyszeli w okolicach Zakrętu. Zakorkowane dwa pasy nie pozwalały im zjechać na pobocze. Nie uciekali. Syreny wyły. Dżuli miała ochotę wyskoczyć z samochodu, położyć się na masce, dać się zakuć w kajdanki, byleby przestały ich wzywać.

– Nie czuję się dobrze. Kręci mną – szepnęła do Any. Z nakrętki wydobył się anemiczny pogłos.

Ana ścisnęła jej dłoń. Dżuli spojrzała w pustą przestrzeń, gdzie kiedyś grzywka ukrywała sprytne brązowe oczy z doczepionymi rzęsami. Obie poczuły strach. Zrozumiały, że to uczucie może je zjeść.

Myśli miały ostre kształty i krążyły autostradami po ciele.

– Ja też. Moje ciało zamieniło się we wnętrze pralki.

Gdy wreszcie samochód oparł się o pobocze, zastawiły go policyjne auta. Tłum z wymierzoną bronią. Gnaty, niewielkie w potężnych dłoniach mężczyzn, błyszczały niepokojąco w świetle wintydżowych neonów. Dżuli przypomniały się amerykańskie filmy: pościgi, wściekłe samochody, strzelaniny. Czas gęstniał. Obrazy z _Ojca Mateusza_ unosiły się w zawiesinie pamięci.

Komórki Dżuli się pożerały. Dokonywały samozagłady w ucieczce przed prawdziwą zagładą. Czy umarłaby od strzału w serce? Nerwowy oddech. Spocone dłonie. Myśli zaprzeczały prawom biologii.

Grzecznie opróżnili samochód. Dłonie trzymali za szyją. Policjanci mierzyli do nich z broni, ale odsuwali się przerażeni.

– Na ziemię! – wrzasnął głos zamplifikowany przez głośnik.

Dżuli skupiła kamerkę wmontowaną w nakrętkę na sympatycznym starszym panu w stroju z logo fast fudu. Wizja mieszała się z odcieniami czerwieni. Dziewczyna osunęła się na kolana i odwaga wyparowała. Chciała przytulić się do mamy, poczuć dotyk Marfy, upaść w swoim łóżku, zanurzyć się w czystej, albo i brudnej, pościeli.

Mężczyzna w granatowym uniformie przyłożył kolano do jej pleców. Dźgnął ją. Straciłaby nos, gdyby go miała. Kiedy powietrze gwałtownie wypchnięto z jej płuc, zrozumiała, że nadal ma te dwa worki. Że nadal coś się w niej tli i ściska. Napędza silnik.

Potem świat rozmył się w ciemność. Dżuli zaciągnięto do groty. Jej przyjaciele dotykali zimnego kamienia i osłuchiwali jaskinię. Pobrano od nich odciski palców. Wzięto ich dokumenty ze zdjęciami, które nagle straciły wartość. Odbijali się po ścianach jaskini. Ruszyło przesłuchanie.

Dlaczego żyje? Nie wiedziała. Co chcieli osiągnąć? Zakończyć inwigilację. Jak działa nakrętka? Sama ją zaprojektowała, ale teraz nakrętka zamieniła się w czarną skrzynkę, system, który przestał się tłumaczyć. Kto wymyślił ten performens? Niby ona, ale udawała, że nie wie.

Wyobrażała sobie piekło odbywające się za murami aresztu. W klatce pozostawała bezpieczniejsza niż na zewnątrz. Nieformalnie przestała być człowiekiem, więc czy prawa człowieka ją chroniły? Czy prawa zwierząt obejmowały ludzi bez głów? Czy hybrydy miały prawo głosu?

Dżuli leżała na plecach w celi z Dajaną. W kwarantannie, bo mogli przenosić rzadkie bakterie, które wydostały się z lodu tundry. Odklejała się od rzeczywistości. To, co realne, schodziło jak stary plaster. Wymyślały z Dajaną komentarze wirujące w sieci na ich temat.

– Szatańskie nasienie – powiedziała z emfazą Dżuli.

Miała kolegów i koleżanki, ale najpierw zawsze miała siebie. Miała siebie dosyć. Tak jak ma się dosyć szkoły i bycia w wieku lat piętnastu, szesnastu, siedemnastu i wszystkiego pomiędzy. Każdego dnia myślała, że następnego poczuje się lepiej. Że kiedy będzie miała dwadzieścia trzy lata, wszystko wskoczy na swoje miejsce. Wytworzy się przerwa między klockami, gdzie wpasuje się skorupa po Dżuli. Ale taka przestrzeń nigdy nie powstała. Nic nigdy się nie zazębiło.

– Lewackie dziwki – wyśpiewała Dżuli.

Wybuchły śmiechem. Głosy niosły się po jaskini. Dżuli pomachała do kamery, a kamera grzecznie odpowiedziała skinieniem.

– Dlaczego lewackie?

Dżuli zapominała, że jej przyjaciółka jest w ciąży, że rośnie w niej mały człowiek, który będzie musiał zrozumieć, a nigdy nie pojmie.

– Jezu, obojętnie. Mogą być prawackie. W każdym razie dziwki – wyjęczała.

Nakierowała kamerę nakrętki na sufit. Ile czasu minęło od zatrzymania? Od ostatniego przesłuchania? Świat zatrzymał się na kwadracie.

– Komuna. Komuna zawsze jest dobrym wytłumaczeniem spierdolenia Polaków.

Brzmiały robotycznie. Dżuli była wybitną programistką, ale nie potrafiła uczłowieczyć głosów wydobywających się z prototypów nakrętek. Musiało im wystarczyć, że żyją. Myśli powstawały w ciałach, a nie fabrykach. Mowa przetrwała.

– Ekoterroryści.

– Ale my nie walczymy o klimat.

– A kogo to obchodzi – warknęła Dżuli. Była coraz bardziej rozkojarzona przez każde wypowiedziane „nie wiem, nie wiem, nie wiem”. – Już lepiej, żebyśmy walczyli o zamknięcie tych kilku kopalni niż z kamerami. Kochamy kamery.

Policjanci przestali pytać o powody. Cisnęli tylko o technologię, jej genialne dziecko. Biotechnologiczne odkrycie stulecia. Głowę można wyrzucić do śmieci, proszę się rozejść. Myśli krążyły ospale, jak zanurzone w syropie na kaszel.

Pewnego dnia, kilka dni lub tygodni później, bramy piekieł otwarto. Nie padły zarzuty, czyn zaklasyfikowano jako zachowanie o niskiej szkodliwości społecznej. Zakłócanie porządku publicznego. Demoralizację młodzieży. Dżuli za bardzo kręciło się w ciele, żeby zapamiętać.

Nie było raju. Nie było czyśćca. Był parking przed aresztem.

Czarli wykłócał się z ojcem przez telefon, tak samo jak wcześniej, gdy błagał go o wysłanie prawnika z kancelarii. Przyszedł przelew. Odzyskali odholowane auto i z opóźnieniem ruszyli nad jezioro.

Czy te kilka tygodni naprawdę się wydarzyło? Czy stanowiło skutek uboczny amputacji głowy?

------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij