Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Odrodzenie - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
4 lutego 2026
49,99
4999 pkt
punktów Virtualo

Odrodzenie - ebook

Ewa żyje.
Z trudem przemierza każdy dzień, bo nie ma recepty na przetrwanie w świecie bez zasad. W realiach, które od kobiet wymagają  milczenia i posłuszeństwa. A jednak niektórzy potrafią… żyć i budować. Inni zaś – szkodzić. Warszawa lat 50. i 60. to miasto, które podnosi się z ruin, tak jak i ludzie, którzy szukają z nim swojego miejsca. Ewa także próbuje odnaleźć normalność, przeszłość jednak nie daje o sobie zapomnieć. Obok Ewy przyjaciółka, Krystyna, której wybory bywają trudne do zrozumienia i niemożliwe do osądzenia.

To powieść o lojalności i zdradzie, miłości i wstydzie, o tym, jak cienka jest granica między wyborem a koniecznością. Historia o kobietach, które – choć złamane – wciąż próbują powstać.

Ewa, która dorosła, jest silna. Ewa, która ma siłę, prowadzi rodzinę przez codzienność. Ewa jest przewodniczką, buduje przyszłość. Ale czy da radę wszystko udźwignąć?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8441-018-9
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

1956

Ewa przypomniała sobie warunki, w jakich rodziła jedenaście lat temu.

Dzień wyzwolenia. Dziewiąty maja czterdziestego piątego. Wiktoria dostała imię zwyciężczyni, na cześć tego właśnie dnia. Ewa już wiedziała, że było to bardzo trafnie dobrane imię. Jej najstarsza córka nie dawała sobie w kaszę dmuchać i zawsze znajdowała sposób, by postawić na swoim. Przy czym obdarzona została naturalnym darem dyplomacji. Posługiwała się uśmiechem, prośbą, słodką miną, zręcznym mrugnięciem. Otrzymywała, co chciała, bez demonstrowania oślego uporu, który prezentowała jedynie w domu. Na zewnątrz uchodziła za wzór grzeczności i cnót dziewczęcych. Świetna uczennica, zawsze uśmiechnięta, w czystym fartuszku. Ze spuszonymi oczkami i skromnym uśmiechem przyjmowała pochwały, bo nigdy nie zasłużyła na naganę.

Tylko Ewa i Zenek wiedzieli, jak bardzo potrafiła być krnąbrna, ale traktowali to raczej, szczególnie Ewa, jako kapitał na przyszłość.

– Kobieta koniecznie musi mieć charakter, inaczej mężczyźni nie dadzą jej żyć – mawiała. – Nastał czas, gdy kobiety wsiadają na traktory i codziennie rano ruszają do fabryk, muszą więc znać swoje prawa i nie pozwolić, by coś je ograniczało.

Zenek wtedy wzruszał ramionami. Przecież to Ewa borykała się z uporem córki. Po co miałby się wtrącać?

Co innego Czesio. Ten to potrafił nawywijać! Jeszcze nie chodził do szkoły, gdy postawił na głowie całą wieś. Jako czterolatek zwiał z domu, bo chciał być tam, gdzie siostra, czyli w szkole. Wszystkie maszyny we wsi wyłączyli, żeby się chłopaczek w którą nie zaplątał, a on próbował wspiąć się na polny kamień tak, żeby widzieć przez okno siostrę siedzącą w szkolnej klasie. Dał się znaleźć, dopiero gdy z tego kamienia spadł, poranił łydkę i zaczął donośnie ryczeć. Wtedy go zauważono, a potem, około piętnastej, Czesio trzymany za pulchną rączkę przez siostrę, z opatrunkiem na zranionej nodze niczym z medalem, wrócił zadowolony do domu.

A to był zaledwie pierwszy jego wyskok. Nie lubił poleceń. Żadnych. Był łobuziakiem, ale i marzycielem. Nie dawał się włożyć w żadne ramy, jedyne, czemu się podporządkował, to uczenie się liter. Chciał umieć czytać tak, jak siostra. Już pierwsze próby składania liter w słowa i zdania zachwyciły go, dlatego też nauczył się czytać jako niespełna sześciolatek. I pochłaniał wszystko, co drukowane.

Poza tym lubił, od wiosny aż do późnej jesieni, zaszywać się gdzieś w polu, łazić po łąkach, moczyć nogi w kałużach. Jeśli mu się udało zdobyć jakąś książkę – czytał. Do powrotu w domowe pielesze nie skłaniał go nawet głód. Znajdował jakiś strumień, z którego pił, w którymś z sadów zawsze znalazło się kilka jabłek czy gruszek, czasem zabierał z domu kawałek chleba i po prostu znikał.

Ewa denerwowała się na syna, choć właściwie bardziej o syna. A Zenek się na niego złościł.

– W obejściu by pomógł! – wykrzykiwał.

– Jemu to powiedz, na mnie gęby nie wydzieraj – odpowiadała hardo żona. – Poza tym to sześciolatek, czego ty od niego chcesz?

– Przenieść trochę siana dałby radę – burczał Zenon. Ze zdaniem Ewy bardzo się liczył i zawsze chciał być z nią w zgodzie. Kochał ją przecież wciąż aż do utraty tchu i spoglądając na nią czasami ukradkiem, myślał, że jest szczęściarzem.

– Jemu to powiedz – powtarzała Ewa.

A że Czesia nigdzie w pobliżu nie było, to i Zenek nie miał na kogo krzyczeć. Zwykle do wieczora mu już całkiem przechodziło.

Najmłodsza Joasia pozostawała oczkiem w głowie ojca. Ciągle uśmiechnięta, prawie nigdy nie płakała, na nic się nie skarżyła. Potrafiła bawić się na zabłoconym podwórku i nie pobrudzić białej sukienki. Jadła wszystko, wykonywała wszystkie prośby, po prostu ideał. Zenek czasami żartował, że dla niego i dla Ewy to dziecko było przeprosinami od losu za wszystko, co złego im się do tej pory przytrafiło. Szczególnie dla Ewy.

Bo swoją żonę szanował bardzo, a kochał jeszcze bardziej. A najbardziej się o nią martwił. Patrzył, jak zamyśla się niespodziewanie i odpływa tak daleko, że nawet wołanie nie było jej w stanie sprowadzić do tu i teraz. Czasem myślał, że strach ją samą w gospodarstwie zostawić. Bo ona wracała do słów, które się kiedyś jej niechcący wyrwały. O jakimś odkupieniu win.

Jakich win? Czyich? Co niby takiego uczyniła? To raczej jej uczyniono.

Nikita Aleksandrowicz Nagajko był tym, który skrzywdził Ewę i dalej ją unieszczęśliwiał. Do tego Ewa umyśliła sobie, że odnajdzie matkę, która przecież nie bez powodu zostawiła ją w sierocińcu. Siedziała w więzieniu i te winy też Ewa brała na siebie. Zenek martwił się, czy jego żona nie traci kontaktu z rzeczywistością.

Z nikim jednak o tym nie rozmawiał, bo i po co kłapać na zewnątrz o kłopotach. Wiedziała tylko Grażyna, i na jej pomoc mógł zawsze liczyć. Mieszkali po sąsiedzku, a ona, choć teraz już leciwa, wciąż wypełniała swoją osobą całe otoczenie.

– Nie lenić mi się tu aby! – wykrzykiwała i wszyscy od razu brali się do roboty. Ba! Wszystkim się chciało brać do roboty. Była w niej radość, którą zarażała otoczenie. I Ewę chyba też. Taką przynajmniej Zenek miał nadzieję.

Wolał zdecydowanie swoje zmartwienia zostawiać w domu, bo wiadomo, jak to jest z ludziskami. Przy wódce twoje frasunki wyciągną niby kompani, kamraci, a jak przyjdzie co do czego, powiedzą komu nie trzeba i kłopoty gotowe. A on nie mógł sobie na to pozwolić. Był tutaj, w Lesznowoli, szychą. PGR kwitł pod jego rządami, może i trochę twardymi, może nie zawsze był łaskawy dla tego i owego, ale też miał wielkie ambicje, a one wymagają ofiar. I właśnie te poświęcenia teraz przynosiły owoce.

Cała rodzina z Lesznowoli miała przeprowadzić się do Warszawy. Na Muranów, do prawdziwych luksusów. Na dwa pokoje. Ogrzewanie i woda w domu. Piece węglowe z dobrą wentylacją. Wszystko nowiuteńkie, czyściutkie. Bo na Muranowie nie było co odbudowywać po wojnie. Morze gruzów należało po prostu uprzątnąć i na ich miejscu stworzyć nowe miasto. Zresztą, co tutaj wcześniej było? Żydowski bałagan. Brudne podwórza i zapyziałe uliczki. Nowe, zdaniem Zenka, było znacznie lepsze.

Trochę może i niezręcznie, że na gruzach getta budowano nowe bloki… Nie sposób jednak było się tym zanadto przejmować. Kraj miał inne problemy, a Zenek był tym, który zamierzał aktywnie pomagać w ich rozwiązaniu. W lesznowolskim PGR-ze awansował, teraz trafił do warszawskiego biura partii, jeszcze jako taki sobie, niewysoki urzędnik… Ale przecież był ambitny! I nie wątpił, ba!, był całkowicie pewien, że to tylko kwestia czasu. Niedługo zostanie całkiem ważnym urzędnikiem. I będzie zasiadał tam, gdzie najważniejsi. A ulubioną kawę plujkę będzie mu przynosiła sekretarka.

Mieszkanie na Muranowie, w bloku, w którym zamieszkał prokurator, milicjant, nauczycielka i różni urzędnicy, było znaczącym krokiem w karierze. Zenek czuł się doceniany!

Martwił się jednak trochę tym, że czekały tam na nich ledwie dwa pokoje. Niby to, jak na warszawskie warunki, dużo… W porównaniu jednak z Lesznowolą okrutnie mało. Tam mieli sporą sień, dużą kuchnię, w której nie ograniczał przestrzeni nawet wielki drewniany stół na osiem osób, spiżarkę, cztery przestronne pokoje i jeszcze niewielką piwnicę. Nic dziwnego – wszak dom, który postawili na spłachetku ziemi otrzymanym od Grażyny, był niemal tak duży, jak cała ta działka. I nie stanowiło to żadnego problemu, bo obejście było wspólne z tym grażynowym. Zresztą, Ewa miała tam wszystko, co najlepsze i najpiękniejsze. Wodę w kuchni doprowadzoną prosto ze studni. Prąd w każdym pomieszczeniu. Ocieplone słomą wszystkie ściany i piec postawiony przez najlepszego zduna w okolicy. Do tego cały dom miał podłogę z desek, która już po kilku tygodniach wygładziła się tak ładnie, że można było chodzić po niej boso bez ryzyka wbicia drzazgi. Ewa powiesiła w oknach firanki z delikatnego kordonka, a na brzegach półek zbitych przez Zenka przyczepiła haftowane falbanki. Czegóż można było chcieć więcej?

Tutaj czekał na nich mikroskopijny przedpokoik, łazienka niczym komórka, kuchnia, w której cała rodzina nie mogła równocześnie siedzieć przy stole, dwa pokoje i niewielka piwnica. Ta musiała równocześnie pełnić funkcję spiżarni i składu na węgiel.

A jednak Zenek nie miał wątpliwości, że Warszawa to wielki świat i muszą się tam przeprowadzić.

Kiedy jednak Ewa po raz pierwszy zobaczyła nowe mieszkanie, rozpłakała się.

– Gdzie ja tu pomieszczę czwórkę dzieci? – wyszeptała zbielałymi wargami.

Wtedy jeszcze jej ciąża była na tyle mało widoczna, że Zenek czasem zapominał o czwartym dziecku, które dopiero za kilka miesięcy miało oznajmić światu głośnym krzykiem swoją obecność.

Kajając się, chodząc po prośbie od drzwi do drzwi, obiecując przysługi – Zenek wyprosił mieszkanie trzypokojowe.

A gdy Ewa je zobaczyła, uśmiechnęła się blado.

– Dziękuję – powiedziała.

– Tylko tyle? – zdenerwował się. – Ja tu na uszach staję, dla ciebie mieszkanie załatwiam, zobowiązania podejmuję, a ty, tak po prostu: dziękuję?

– Cóż innego mogę powiedzieć? – Spojrzała mu hardo w oczy. – Kiedy z małą Wiktorią mieszkałyśmy na rogu Puławskiej i Racławickiej, miałyśmy mieszkanie niewiele mniejsze. Dwa pokoje, za to duże, przestronne i widne. A tutaj?

– Nie ma już takich sytuacji, żeby przedwojenny, sanacyjny urzędnik załatwiał coś obywatelowi – warknął Zenek. – Jak wtedy Władysław załatwił tobie. Niedobory mieszkaniowe są tak dotkliwe, że trzeba się cieszyć z każdego metra. Niewdzięczna ty!

Co powiedziawszy, wyszedł, trzaskając drzwiami ich nowego lokum.

Ewa pośpieszyła za nim, bo nie uśmiechało jej się wracać do Lesznowoli na piechotę. Szłaby pewnie ze dwa dni. A Zenek gotowy był odjechać spod nowego bloku swoim wysłużonym Sokołem 125, nie oglądając się na żonę.

Przeprowadzili się tuż przed porodem. Ewa nie zdążyła jeszcze oswoić przestrzeni, nauczyć się mówić o tym miejscu „dom”. Nie zdołała porozkładać makatek na stolikach ani poustawiać wszystkich naczyń w szafkach, które zdały jej się ciasne po dwóch przepastnych kredensach w Lesznowoli. Jedyne, co udało jej się zrobić, to położyć przed drzwiami grubą wycieraczkę z kokosowego włókna, której formę utrzymywała solidna metalowa ramka. Nikt nie miał takiej, na całej klatce schodowej.

_To takie dobre wejście do nowego mieszkania_ – uznała.

Rozmyślała wciąż o tym, jakie powiesić firanki, gdy nadeszły pierwsze skurcze.

A teraz leżała w szpitalu, tym samym, w którym przyszła na świat trójka jej starszych dzieci. Pamiętała ten dzień, gdy rodziła Wiktorię, oczywiście. Upalny, zakurzony, pełen samotności i bezradnego poczucia, że nie ma co ze sobą zrobić. Ani z dzieckiem.

Mniej zapadł jej w pamięć poród Czesia. Chłopiec po prostu się urodził, choć lekarz ostrzegał, żeby ostrożnie podchodziła do sprawy kolejnej ciąży. Podobne ostrzeżenie usłyszała po następnym porodzie, kiedy to Joasia urodziła się w ciągu niespełna dwóch godzin. Dlaczego miałaby przejmować się ostrzeżeniami lekarzy? Mówił to już doktor Lesław Dobrucki, gdy zszywał ją po pierwszym gwałcie. A potem powtarzano jej to jeszcze wiele razy, przy każdej wizycie lekarskiej.

I co?

I nic. Urodziła w sumie trójkę zdrowych dzieci. Dlaczego tym razem miałyby nastąpić jakieś komplikacje?

Była jednak pewna różnica. Teraz miała dostęp do wszystkiego, co najlepsze. Niczego jej nie brakowało, może poza obecnością Elżbiety. Położna, która przy narodzinach Wiktorii zmieniła Ewy życie, nie tylko doglądając porodu, ale także pomagając potem wiele razy w krytycznych sytuacjach, już nie pracowała w szpitalu. Jednak Ewa miała swoją indywidualną salę, zarezerwowaną dla żon najważniejszych członków partii. Leżała w niej nie dlatego, że Zenek był taki ważny, tylko po prostu akurat była wolna, a Zenek bardzo pyskaty. Obsługiwały ją także, na specjalnych warunkach, dwie zmieniające się pielęgniarki. Wprawdzie nie na wyłączność, ale była „tą” pacjentką, więc życzenia Ewy spełniano w mgnieniu oka.

To znaczy, tak miało być.

Bo kiedy Zenek przywiózł Ewę do szpitala, tym razem nie na Sokole 125, a samochodem pozostającym do dyspozycji jednego z ważnych partyjnych dygnitarzy, i kiedy Ewa znalazła się w tej jednoosobowej sali z pełną obsługą, i kiedy krzycząc, wypchnęła z siebie przed czasem noworodka, który ważył dwa kilogramy i sto pięćdziesiąt sześć gramów – niedługo potem zemdlała.

Nie doświadczyła tej fantastycznej opieki, choć usłyszała pierwszy, niezbyt głośny krzyk swojej wątłej córeczki. Patrzyła też, choć widziała jak przez mgłę, jak otulają małą w becik. I słyszała, jak ktoś mówi do Zenka: „Masz pan córkę!”.

Uśmiechała się ciepło i było jej bardzo dobrze. Ciepło. I nic nie bolało.

_Powinnam chyba urodzić łożysko? Może za chwilę. Najpierw odrobinę się prześpię. Strasznie jestem zmęczona_ – pomyślała.

Nie usłyszała już trzaśnięcia drzwiami i gwałtownego rumoru chodaków, gdy rozległo się histeryczne: „Tracimy ją!”.ROZDZIAŁ 2

Ewa zupełnie nie była świadoma rzeczywistości. Dziewczynka nie została przystawiona do jej piersi, bo kobieta leżała przez kilka dni kompletnie bez sił, a nawet bez przytomności.

Pierwsze godziny po porodzie Zenek spędził na twardym krześle pod salą, w której walczono o życie jego żony. Doskakiwał do każdego lekarza lub pielęgniarki, którzy wychodzili na szpitalny korytarz.

Ewa straciła mnóstwo krwi. Stare blizny popękały, nadwyrężone ciążami i porodami. Miała ich przecież wiele. Zenek po prostu siedział na krześle, zapominając o bożym świecie. Całe szczęście, że Grażyna otoczyła opieką Wiktorię, Czesia i Joasię, a Krysia, gdy tylko dowiedziała się o porodzie Ewy, przyjechała do szpitala. Błyskawicznie zorientowała się w sytuacji i uruchomiła swoje kontakty.

A miała je całkiem interesujące. Krysię stać było na wszystko i mogła prawie wszystko. Płaciła za to wysoką cenę, ale wolała o tym nie myśleć.

Zenek usłyszał tylko podniesiony głos lekarza:

– Myśli pani, że jak mnie postraszy, to lepiej się zajmiemy pacjentką? Co najwyżej tylko ręka mi zadrży. Niech się pani lepiej zajmie tym tam. – Ruchem głowy wskazał Zenka. – Siedzi tu już ponad dobę i psuje powietrze. Chyba nie je i nie pije, zaraz nam tu padnie i tylko narobi kłopotu.

Po czym odszedł, nie poświęcając Krysi ani chwili więcej.

Zaopiekowała się zatem Zenkiem. Z całą serdecznością, na jaką było ją stać, a może nawet i większą. Mężczyzna jakby zapadł się w siebie i nieprzytomnym wzrokiem patrzył wokół.

Krystyna przysunęła drugie twarde krzesło i usiadła obok Zenka.

– Ewa – powiedział bez przywitania. Bez uśmiechu i jakby w ogóle bez emocji. Jak maszyna. – Ona… Nie wiadomo, co z nią będzie.

– Wiadomo – odpowiedziała cicho, choć stanowczo. – Wszystko będzie dobrze. Lekarze zajmują się Ewą, my musimy zatroszczyć się o… właśnie. O kogo?

Oczekiwała odpowiedzi, Zenek jednak popatrzył na nią bez zrozumienia.

– Masz dziecko – powiedziała z westchnieniem. – Czwarte dziecko.

Zenek kiwnął głową.

– A tak. Brygidka. To jest Brygidka – odpowiedział.

– No właśnie. Musimy się zająć Brygidką. A tak w ogóle, czy ty coś jadłeś?

Zenek zmarszczył brwi i pokręcił głową.

– Chyba nie – powiedział niepewnie.

– Ty się po prostu do niczego nie nadajesz – skomentowała Krysia. – Bez baby nie potrafisz nawet myśleć racjonalnie.

Wyciągnęła rękę i pogłaskała go po policzku. Zenek się wzdrygnął i spojrzał na Krystynę przytomniej.

– Ja? Ja jestem ważnym urzędnikiem…

– Tak, tak – przerwała mu. – Jesteś. A teraz pójdziesz do budki, jest tu niedaleko, na Nowolipiu. Kupisz coś do jedzenia. Bułkę, cokolwiek. I od razu to zjesz. I popijesz, najlepiej oranżadą. Jest słodka, będziesz miał trochę energii. Tylko piwska nie żłop, bo będziesz potem capił. I wracaj szybko. Musimy dowiedzieć się, co z Brygidką.

Pokiwał głową i wyszedł.

Krysia zastanawiała się, co dalej. Niewiele więcej tutaj mogła zdziałać. Do Ewy przecież jej nie wpuszczą, już próbowała wymóc to na lekarzu. Ale może do dziecka? Może uda się dotrzeć do córki Ewy i Zenka, o to musiała się teraz zatroszczyć.

Ruszyła do punktu pielęgniarskiego. Była, na szczęście, przygotowana na odpowiednie poprowadzenie rozmowy. Z wielkiej torby, którą tego dnia wzięła zamiast eleganckiej torebki, wyjęła opakowanie herbaty i paczkę landrynek. Pielęgniarce oko błysnęło na widok czerwonego pudełka z napisem Yunnan, ale chłodno stwierdziła, że bardzo dawno nie piła dobrej kawy.

Krysia przesunęła w jej stronę przyniesione dobra, które natychmiast uległy dematerializacji, i powiedziała:

– Urodziła się tu wczoraj dziewczynka. Córka Ewy, która…

– Od tego, co tutaj przesiaduje od wczoraj?

Krysia kiwnęła głową.

– Słabowite to, za wcześnie się urodziło. Ale żyje i pojękuje, to pewnie będzie żyć dalej.

– Mogę ją zobaczyć?

Pielęgniarka pokręciła gwałtownie głową.

– Za słabe to.

– Dużo kawy – powiedziała Krysia.

– Z daleka – ostrzegła pielęgniarka. – I musi pani zdjąć to, to. – Wskazała na futrzany szal otulający twarz przybyłej miękkim włosiem. – Tam to tylko w kitlu się wejdzie.

– Wszystko, co trzeba – zgodziła się Krysia.

Już po kilkunastu minutach pielęgniarka wprowadziła ją na korytarz, skąd przez drzwi mogła zerknąć na mikrołóżeczka, na których leżały ciasno zawinięte w beciki noworodki.

– Zaraz przyniosę – usłyszała Krysia i poczuła, jak serce zaczyna jej szybciej bić.

Miała swojego Edwarda, oczywiście. Jedenastolatka, dla którego była matką i ojcem. I bardzo chciałaby mieć więcej dzieci, dużo dzieci. Ale to było niemożliwe. Edwarda adoptowała w powojennym rozgardiaszu, w dniu śmierci jego matki na oddziale położniczym. Urodził się dokładnie tego samego dnia co Wiktoria i nie znał swojej historii. Po co mu była taka wiedza? Był synem Krysi – i już.

Wiedzieli tylko Ewa i Zenek, i kilkoro najbardziej zaufanych przyjaciół. Opiekunowie z domu dziecka, w którym wprawdzie Krysia się nie wychowywała, ale przez bliskie związki z Ewą także i ona zaprzyjaźniła się z Anną, Władysławem i Wandą.

Wiedział też, oczywiście, personel szpitala, gdzie przyszedł na świat Edward. Czyli tego samego, w którym właśnie urodziła się Brygidka. Ale tutaj to nikogo nic a nic nie obchodziło.

Krysia zatem uważała, że tajemnica pochodzenia Edwarda jest bezpieczna. Zresztą sama nie wiedziała, kim była prawdziwa matka chłopca. Jakie to mogło mieć znaczenie?

Istotne było, że bardzo, ale bardzo chciała mieć kolejne dziecko. I nic nie mogło zmienić faktu, że było to niemożliwe.

Na widok wózka, becika czy tyciej nóżki Krystynę szarpał dreszcz. Chciała już, natychmiast, całować, przewijać, głaskać, karmić… Całą sobą rwała się do malutkiego ciałka, jeśli tylko takie dojrzała gdzieś w pobliżu. A tu leżało ich kilkanaście…

Pielęgniarka przyniosła Brygidkę. Mała otworzyła oczy i popatrzyła na Krystynę wielkimi, granatowymi oczkami. Zakwiliła cicho.

– Nie ma to siły nawet głośno zapłakać – powiedziała pielęgniarka. – Ale chyba głodna.

– Czy mogę ją… czy mogę ją nakarmić? – zapytała Krysia, hamując wzruszenie.

– A pani to jest kim właściwie? – zadała podejrzliwie pytanie pielęgniarka. Wizja kawy, herbaty, landrynek i innych potencjalnych dóbr chwilowo się rozwiała i zaczął ją uwierać fakt, że wpuściła obcą osobę na oddział.

– Przyjaciółką matki. Ale taką, co to jest bliższa niż siostra. Wie pani, z wojny i powstania.

– Pani siądzie tutaj. Przyniosę butelkę.

Już nie mówiła, że tylko z daleka. Że dziecko za słabe. Że czegoś nie można. Być może dlatego, że dojrzała w oczach Krystyny po prostu miłość. I nawet kawa przez chwilę nie miała aż takiego wielkiego znaczenia.

Dla Krysi moment karmienia Brygidki mógłby trwać w nieskończoność. Chciałaby tak siedzieć, słuchać ciamkania małej, czuć niewielki ciężar mikrego ciała, obserwować jej zadowolone posapywanie, a potem wsłuchiwać się w spokojny oddech, gdy mała już się najadła.

– Musi pani już iść – powiedziała pielęgniarka po jakichś czterdziestu minutach.

– Oczywiście. – Krysia się ocknęła. – Dziękuję. I nie zapomnę.

Spojrzała jeszcze przez ramię, jak Brygidka ląduje w łóżeczku, wciąż słodko śpiąca. Na korytarzu czekał już Zenek.

– Byłam u twojej córki – oznajmiła Krysia. – Nie wpuszczą cię – dodała od razu, widząc gwałtowne poruszenie mężczyzny. – Jest zdrowa, choć słaba. Najważniejsza jest teraz Ewa.

– Załatwię jej najlepszą możliwą opiekę – zadeklarował.

– Zapewniam cię, że już ją ma. Jak wiesz… – Zamilkła na chwilę i przygryzła wargę. – Mam swoje możliwości – dodała.

– Wiem – odpowiedział lekko kpiąco.

Krysia nie dała się sprowokować.

– Dlatego teraz pojedziesz do domu i zajmiesz się trójką pozostałych dzieci. A przynajmniej wydasz odpowiednie dyspozycje. Wykąpiesz się, bo Przemysławką to ty nie woniejesz. Weźmiesz coś do jedzenia dla Ewy, coś lekkiego i niepsującego się, bo nie wiadomo, kiedy będzie mogła jeść. Porozmawiaj z Grażyną, na pewno coś wymyśli. Zanim tu przyjedziesz, prześpij się. Wróć jutro.

– A ty zostaniesz?

Pokręciła głową.

– Na nic się tu nie przydamy. Przyjadę za trzy godziny, bo wtedy jest następne karmienie. Pozwolili mi nakarmić małą, wiesz?

Zenek popatrzył na nią w milczeniu. Przemknęło mu przez głowę, że to on powinien karmić własną córkę. Szybko jednak pomyślał, że to kobieca sprawa.

– Ale będziesz tu? Za trzy godziny? – upewnił się jeszcze.

Kiwnęła głową z przekonaniem.

Będzie. No przecież, że będzie.

Faktycznie, wyszła niemal zaraz po Zenku i niespełna trzy godziny później była na miejscu. Z dwiema puszkami kawy. Jedna z nich, Santana, była owszem, pożądana, ale to druga była prawdziwym rarytasem. Prostokątną, czarną puszkę Douwe Egberts dało się zdobyć tylko w nieoficjalnym obiegu. Krysia liczyła się z tym, że zmieni się obsługa, dlatego zabrała ze sobą także dodatkową paczkę herbaty, tym razem Madras.

Przydało się wszystko. Weszła na oddział, nakarmiła Brygidkę i usiadła na korytarzu. Złapała lekarza wychodzącego z sali, w której leżała Ewa.

– Panie doktorze, czy…

– Stan się ustabilizował – przerwał jej medyk, wyraźnie zmęczony. – Może pani wejść na chwilę. Tylko proszę nie forsować pacjentki, jest bardzo słaba. Opanowaliśmy krwotok, jednak jej serce… musi na siebie uważać.

Krysia wzięła głęboki oddech, powstrzymała łzy i weszła do pomieszczenia.

Ewa leżała bez ruchu, samotna w dość dużej sali. Przytłumione światło rozmywało się na jej bladej twarzy. Gdyby nie kształt pod lekkim przykryciem, można by się zastanawiać – kobieta to czy duch?

Krysia rozejrzała się, nie było na czym usiąść. Przy ścianie stał tylko stolik, na nim jakieś przyrządy medyczne, nakryte białą chustą.

Przybyła przytargała krzesełko, po czym postawiła je przy łóżku Ewy, usiadła i pogłaskała przyjaciółkę po ręce. Położnica uśmiechnęła się blado, z wysiłkiem.

– Jesteś – wyszeptała.

– Przecież wiesz, że jestem.

Ewa kiwnęła głową.

– A mała? Moja?

– Jest bezpieczna. Śliczna. Malutka. Słaba, ale już dwa razy ją karmiłam. Pije jak smok.

– Karmiłaś? – Ewa zmarszczyła brwi.

– Dostaje sztuczne mleko. Albo krowie, nie wiem, co tutaj podają. W każdym razie ciągnie dzielnie z butelki. Będzie rosła.

– To dobrze. A Zenek?

– Był tu przez całą noc i niemal cały dzień.

– Noc? Dzień? Tak długo tu…

– Jesteś tu już drugi dzień – przerwała jej Krysia.

– Nie pamiętam… – westchnęła Ewa.

– Nie musisz nic pamiętać – odpowiedziała Krysia. – Odpoczywaj. Wszystko będzie dobrze. Zadbam. O ciebie, o Brygidkę, o Zenka. Wiesz przecież, że ja dużo mogę.

– Ty nic nie możesz – rzuciła cicho Ewa.

Krysia zwiesiła głowę.

– Mogę, co muszę – stwierdziła jeszcze ciszej, na granicy szeptu, nie do końca logicznie.

Ewa jednak od razu zrozumiała.

– Nie boisz się?

– Boję – potwierdziła już ciut śmielej Krystyna. – Każdego dnia. Dlatego jestem posłuszna. Ale też czerpię, ile tylko można. Jestem bezpieczna poza domem. Na zewnątrz mogę wszystko. A w domu… po prostu się poddaję. Nie drażnię, nie pozwalam się wściekać. Oddaję to, co mogę, by zadbać… Sama zresztą wiesz. Edward ma wszystko, przede wszystkim mogę mu zapewnić dobre wykształcenie, a ja mogę żyć spokojnie, chociaż bardzo uważnie.

– A… – Ewa westchnęła ciężko.

– Teraz odpoczywaj – znów przerwała jej Krysia. – Nie męcz się. Teraz ty jesteś najważniejsza.

Ewa patrzyła na nią chwilę i sprawiała wrażenie, że próbuje unieść rękę.

– Jestem tak słaba, że uniesienie ręki wydaje mi się godne Hefajstosa. Trudne. Właściwie niemożliwe. A powinnam wstać i iść do córki.

– Powiedziałaś żart, ale nie masz siły się po nim śmiać – stwierdziła Krysia. – Nie masz siły podnieść ręki, a chcesz wstawać ze szpitalnego łóżka.

– Tak – odpowiedziała Ewa. – Taki kiepski żart, ale może to dlatego, że zupełnie nie jest mi do śmiechu. Nie chcesz, nie chciałaś o tym rozmawiać, ale ja różne rzeczy dostrzegam. A co chowasz pod długimi rękawami, kiedy nie widzę cię przez kilkanaście dni?

– Daję radę, Ewuniu. Nie jest tak źle, a mam wiele udogodnień. Wszystko ma swoją cenę.

Ewa pokiwała głową.

– Martwię się o ciebie.

– Powiedziała ta, która omal nie wykrwawiła się przy porodzie i nie ma siły unieść dłoni.

– Ja wrócę do zdrowia. Odzyskam siły. A ty? Dasz radę wrócić kiedyś do siebie?

Kiedy tego popołudnia Krystyna wychodziła ze szpitala, miała chłodny, opanowany wyraz twarzy. W rzeczywistości zaś w duchu przeklinała swój los.

_Nawet nie wiesz, jak ci zazdroszczę_ – powtarzała w myślach. _Nie masz o tym zielonego pojęcia._ROZDZIAŁ 3

Trzy lata wcześniej

Zenon podał Ewie wodę z sokiem i zajął się dziećmi. Pili, śmiali się, Czesio skakał wokół nich niczym małpka na gumce. Zenek miał tak wyśmienity humor, że nawet nie nakrzyczał na syna, choć rozlany słodki napój zostawił ślad na koszulce. Wiktoria wypiła wodę, nie rozlewając ani kropli, jak przystało na najgrzeczniejszą dziewczynkę w całej wsi. Joasia piła pomalutku, Wiktoria pomagała młodszej siostrzyczce. Zenon wysączył ostatnią porcję, odstawił szklankę i odwrócił się w stronę żony.

Tymczasem Ewa stała z wciąż pełnym naczyniem w ręce i patrzyła przed siebie. Bez ruchu. Bez drżenia ręki. Ze spokojnym wyrazem twarzy, jakby zatrzymanym w rzeźbionym kamieniu.

A na wprost niej stał Nikita Aleksandrowicz Nagajko.

– Idziemy? – zapytał Zenek niespokojnie. Wiedział przecież, kto to jest. Wiedział, co zrobił Ewie. Nie chciał jednak awantury na środku ruchliwej ulicy w biały dzień. Uznał, że należy się po prostu oddalić.

– Idziemy? – powtórzył głośniej.

Ewa nie zareagowała.

– Wypijaj i idziemy! – wykrzyknął kategorycznie.

– Dzień dobry. – Nagajko podszedł i kurtuazyjnym gestem ukłonił się Ewie. Po czym zwrócił się do Zenona. – My się nie znamy – powiedział, podając dłoń. – Nikita Aleksandrowicz Nagajko.

Zenek zmarszczył brwi. Opornie wyciągnął dłoń, wciąż myśląc o tym, że na ulicy nie ma tajemnic. Oczy patrzą, uszy słuchają. Nie można arogancją narażać ani siebie, ani kariery, ani rodziny.

– Obecnie jestem w stanie spoczynku – kontynuował Nagajko. – Przybyłem do Polski na emeryturę. Wasz kraj jest piękny, a ludzie nadzwyczaj przyjaźni.

Zenon mruknął coś w odpowiedzi.

– Może zasiądziemy? – Nagajko wskazał znajdującą się nieopodal kawiarnię.

Ewa nie odpowiedziała. Wciąż trzymała w rękach szklankę z saturatora.

– Dziękujemy – stwierdził Zenon. – My już…

Nagajko udał jednak, że nie słyszy. Odwrócił się i zrobił kilka kroków w stronę kawiarni. Otworzył drzwi i z wciąż przyklejonym uśmiechem czekał, aż Ewa, Zenon i dzieci wejdą do środka.

– Nie mamy wyjścia – wycedził przez zęby Zenon. – Rusz się.

Ewa nie odpowiedziała. Zamrugała tylko, oddała swoją wodę Wiktorii i odwróciła się tyłem do męża. Wzięła głęboki oddech i zacisnęła pięści. Ułożyła w głowie zdanie, które miało zawierać w kilku słowach wszystko, co czuła. Zanim jednak zdążyła je wypowiedzieć, usłyszała:

– Ewa? Zenek? Jakie cudowne spotkanie!

I już była wycałowywana przez Krysię. Za nią stał Ed­ward, który trochę chmurnie rzucił „dzień dobry”, jednak przywitał się grzecznie ze wszystkimi. Nagajko przyglądał się tej scenie z kpiącym wyrazem twarzy.

Krystyna stanęła przed nim lekko niepewna, on jednak szurnął butami, sięgnął po jej dłoń i szarmancko ją ucałował.

– Cóż za piękna kobieta. Spłynęła na nas niczym światło.

Krysia zaczerwieniła się niczym pensjonarka, Zenek patrzył z niedowierzaniem, a Ewa znów zamieniła się w kamień.

Siedli w lokalu, który Nagajko szumnie nazwał „kawiarnią”. W rzeczywistości była to buda z kilkoma krzesełkami nie od pary, serwująca gotowe słodkie wyroby i lemoniadę przygotowaną z proszku, z oszczędności rozcieńczoną zbyt dużą ilością wody.

Dzieci usiadły przy sąsiednim stoliku, Nagajko nie pytając nikogo, przejął rolę dowodzącego. Ewa uparcie milczała, wpatrując się w swoje złożone na kolanach dłonie. Nie chciała lemoniady ani pączka, ani nawet popularnej nowinki, ciastka W-Z.

– Jest pyszne, proszę spróbować – zagaił Nagajko.

Pokręciła tylko głową, z czym Rosjanin i tak się nie liczył. Zamówił dla wszystkich, właściwie nie pytając nikogo o zdanie.

– A pani czym się zajmuje? – zwrócił się szarmancko do Krystyny.

Zenek zmarszczył brwi. Zastanawiał się, jak wyciągnąć stąd Ewę. I całą ich rodzinę. Chwilowo nie było jednak możliwości, by wyjść niepostrzeżenie. Przez moment poczuł na siebie irytację.

Nie tak zwykł postępować! Nie tak walczył z Niemcami. Nie tak walczył o Polskę. Chociażby przed samą wojną, gdy beztrosko rozwoził po Warszawie tajne dokumenty, przekazywane mu przez Wandę. I w czasie wojny. Brał przecież udział, choć nie bezpośrednio, w zamachu na samego Kutscherę! I zaraz po wojnie. Nie tak wówczas walczył.

_To się nazywa dorosłość_ – pomyślał z żalem. _I odpowiedzialność. Kiedy to nie dajemy się sprowokować okolicznościom i postępujemy tak, jak wypada, a nie jak mamy ochotę._

Czy to jednak możliwe, żeby ten ultragrzeczny mężczyzna o manierach przedwojennego arystokraty miał coś zrobić Ewie? Prześladować? Przesłuchiwać? Może jej się coś pomyliło?

Im dłużej Zenon słuchał czarującej konwersacji Nagajki z Krystyną, tym bardziej dochodził do wniosku, że musiało zajść jakieś nieporozumienie. Że Ewa, którą odbierał z więzienia niemal przeźroczystą, ważącą trzydzieści cztery kilogramy, straciła poczucie rzeczywistości. W katowni o to nietrudno. Twarze się mieszają, nakładają na siebie w falach zmęczenia i bólu. A może to dlatego, że Nagajko ją wcześniej obserwował? I dlatego tak skojarzyła jego twarz? Może Ewa coś pokręciła. Tak pewnie było. Obywatele są obserwowani, to oczywiste. Tak było i tak będzie. Skoro Nagajko ją śledził, czuła się zagrożona. I gdy znalazła się w katowni, wszyscy prześladowcy otrzymali w jej głowie jedną twarz.

Zenek aż pokręcił głową, choć przecież tylko rozmyślał, nie wypowiadał swoich wniosków na głos.

Musiało być tak, na pewno. Doszło do jakiegoś zniekształcenia rzeczywistości. Może nawet Nagajko był tym, który Ewę w jakiś, niezrozumiały dla nich sposób ochronił. W innym przypadku przecież by do nich nie podszedł! Nie odważyłby się. Szczególnie, że jak sam zadeklarował, był w stanie spoczynku, czyli nie chronił go już ruski aparat wojskowy.

_Muszę porozmawiać z Ewą na temat jej zachowania_ – pomyślał Zenek. _Żonie wysoko postawionego członka partii nie wypada tak postępować._

Odłożył jednak te rozważania na później.

Nagajko zachowywał się nienagannie. Dla wszystkich zamówił po wuzetce, nawet dla Ewy, która stanowczo odmówiła. Ciastko po prostu stanęło przed nią na niezbyt czystym stoliku, jak przed wszystkimi.

To robiło wrażenie. Siedem ciastek, bo Joasia była jeszcze na taki wypiek za mała, i osiem lemoniad, duża sprawa! Tak ot, po prostu, zafundować nieznajomym taki drogi poczęstunek? Zenek pomyślał, że też by tak chciał. Wprawdzie wolałby kawę, zaparzoną porządnie z grubym kożuchem fusów w szklance z uchwytem, ale nie było co wybrzydzać. Zacisnął wargi, myśląc, że i do tego kiedyś dojdzie, że on sam będzie tak stawiał poczęstunki nieznajomym. Już niedługo. Tak po prostu musi być. A taki ktoś, jak Nagajko, może być w tym przydatny. W końcu do niedawna jeszcze był czynny zawodowo i miał duże wpływy. Zresztą, kto go tam wie. Może jeszcze go Ruskie chroniły, a może nie. Lepiej nie zadzierać. A jeszcze lepiej – wykorzystać.

Ewa nie tknęła ani ciastka, ani lemoniady. Dzieciaki wchłonęły wuzetki w okamgnieniu, Krysia niby się krygowała, ale też zjadła ze smakiem. Zenon opróżnił talerzyk swój i Ewy, po cóż jedzenie miałoby się zmarnować. Nagajko swoje ciastko zostawił nietknięte, podobnie jak Ewa. Zajął się konwersacją i to taką na wysokim poziomie, pełną galanterii, uśmiechów i łaskawych kiwnięć głową.

Szybko się zorientował, że z Ewy nic nie wyciągnie. Był z siebie dumny. Z tego, jaki wpływ ciągle wywierał na tę niesforną, niepokorną Polkę, którą, jak mu się zdawało, tyle razy już złamał. Ona jednak, ku jego zdumieniu, okazała się jak wiotka trzcina, która przygięta do ziemi, podnosi się właściwie nietknięta. Miał wrażenie, że Ewa wciąż była dla niego niedostępna, i ta myśl go irytowała. Cieszył się, że tak zareagowała na jego widok. Strachem. Tak powinno być. Miała się bać.

Zastanawiał się, czy wciąż go interesuje. Czy powinien ją sobie wziąć? Nie widział przeszkód. Metoda zawsze się znajdzie. Ale Ewa nie była już taka młodziutka. Nie była już świeża. Która matka trójki dzieci zresztą jest?

Kobieta przecież jest jak kawał szlachetnego mięsa. Zachęcająca, pyszna, soczysta. Aż do pierwszego kęsa. Potem, nagryziona, szczególnie przez kogoś, nie jest już apetyczna.

Zatem Nagajko miał satysfakcję ze strachu, jaki wzbudzał w Ewie. Z jej spłoszonego spojrzenia. Z tego, jak chowała ręce pod stolik, by nie było widać ich drżenia.

On jednak dostrzegał wszystko. Niespokojnie przeskakującą grdykę, palce skubiące skórkę przy paznokciu, lekkie drżenie szczęki, spuszczone oczy. Widział i był zadowolony. Uznał, że nie ma potrzeby zajmować się Ewą. Wystarczył mu wpływ, jaki na nią wywierał. Paraliżujący.

Niepokoiła go tylko jedna sprawa. Jak on miał na imię? Czesio.

Czesław. Cóż za dziwne imię. Prawie niespotykane w Rosji.

_Polaczkowo_ – zakpił w myślach. _Ci tutaj zawsze wymyślą coś dziwnego. Jakby nie mogli bazować na tym, co stare i dobre, rosyjskie._

Niemniej, ten chłopiec… Miał coś w spojrzeniu. Coś wyjątkowego, szczególnego. Lekko okrutnego. Nagajce nie zajęło dużo czasu skojarzenie faktów. Wiedział i czuł, że ma związaną z tym władzę.

Czesław był jego synem. Nie, żeby chciał go wychowywać, przyznawać się, łożyć ani kupować zabawki. Po co mu takie kłopoty? Ale jako argument? Chłopak może się kiedyś przydać.

Nagajko uznał jednak za stosowne, by pewne rzeczy, hm, wyjaśnić.

– Muszę też jedną jeszcze rzecz powiedzieć… przyznać się – powiedział spokojnie. – Wytłumaczyć. Czyniłem złe rzeczy, system mnie do tego zmuszał. Ewa… cóż, pani Ewa jest przepiękną kobietą i popadłem w rodzaj, nazwijmy to, zauroczenia. Jednak nigdy nie chciałem dla pani Ewy źle. Chroniłem wręcz, na ile mogłem, choć niewiele w tamtym momencie mogłem. System wymusza niektóre rzeczy na obywatelu i nie wybacza pewnych błędów. Niemniej jednak ja swoje zrozumiałem. Teraz jestem tutaj, być może nasze spotkanie jest znakiem. Być może powinienem w jakiś sposób odpokutować swoje grzechy. Polska to piękny kraj. Chcę się tutaj odrodzić…

Wypowiadał swoje słowa z powagą. Z namaszczeniem wręcz. I widział, że wszyscy przy stoliku mu uwierzyli. Prawie wszyscy. Tylko Ewa nie… Na to nie mógł nic poradzić, ale tak naprawdę kierował te słowa do kogo innego. Siedziała tu bowiem jeszcze jedna przyczyna jego zadowolenia. Wciąż całkiem interesująca, choć już nienajmłodsza. A przede wszystkim przydatna. Krystyna była przecież przyjaciółką Ewy, czyż nie? Zatem można było do niej dotrzeć przez właśnie tę, trajkoczącą tutaj, kobietkę.

Zajął się zatem Krystyną.

– A pani szanowna co porabia? Prowadzi pani stoisko? Na bazarze? Ach, poznaliśmy się? Faktycznie, teraz pamiętam, proszę o wybaczenie. Mgła mojej pamięci może być usprawiedliwiona tylko tym, że wtedy sytuacja była tak nerwowa. Szukaliśmy Wikusi. – W tym momencie skłonił się w stronę córki Ewy.

_No właśnie!_ – pomyślał Zenek. _Szukał Wiktorii! Pomagał Ewie, a ta oskarżyła go o niecne i okrutne postępowanie!_

Krystyna patrzyła na Ewę najpierw niepewnie. W jej oczach widać było niedowierzanie.

To ten mężczyzna? Jego Ewa tak się obawiała?

Przecież to elegancki, szarmancki człowiek! Dżentelmen o przedwojennych manierach! Musiało zajść jakieś nieporozumienie.

A potem uznała, że owo nieporozumienie to pewnik, a emerytowany radziecki oficer wart jest zainteresowania.

Dlatego szybko wdała się z nim w rozmowę, którą zresztą uznała za niezwykle frapującą. Ze swadą opowiadała o swoim całkiem imponującym już, handlowym interesie.

– Zaczynałam na bazarku przy Morskim Oku – opowiadała. – To na Mokotowie, niedaleko Puławskiej, na rogu Dworkowej. Historycznie handlowe miejsce. Miałam świetny stragan, ze wszystkim, co niezbędne. Najpiękniejsze warzywa, które dostarczał mi w większości ten oto tu siedzący Zenon. – Uśmiechnęła się szeroko. – Prosto ze wsi.

_Z tej wsi, na którą nie chciałem jechać, choć wiedziałem, że się tam ukryłaś_ – pomyślał Nagajko, zerkając na Ewę. _Chciałem, byś poczuła, że możesz ode mnie uciec. Tym słodziej było cię potem znów uchwycić w objęcia._

Nic jednak nie powiedział. Udawał, że uważnie słucha Krystyny, choć przecież wiedział wszystko, o czym mówiła. Jakby zapomniała, że spotkali się właśnie tam, na tym bazarze. W okolicznościach całkiem niemiłych, nie na rękę byłoby jednak o tym teraz przypominać.

– Szybko zasłynęłam jako ta, która może załatwić wszystko, oczywiście w ramach prawa – zastrzegła od razu, tak na wszelki wypadek. – Zatem już mam nie tylko stoisko na bazarze, ale też pierwszy niewielki sklepik, a planuję ich więcej. Rozwijam się. Będę miała całą sieć! – powiedziała z dumą.

– A czym szanowna pani handluje? – zainteresował się Nagajko, choć w duszy śmiał się do rozpuku.

_Sieć_ – aż rżał w środku, choć na zewnątrz widać było tylko uprzejme zainteresowanie.

– Na razie wszystkim – odpowiedziała Krysia zgodnie z prawdą. – Mam warzywa, mięso, nabiał.

– Znaczy się, produkty spożywcze – stwierdził spokojnie. – A może by szanowna pani tak pomyślała o czymś bardziej, hm, luksusowym? Dobre obuwie na przykład. Albo futra… O! Futra, to jest temat. Każda elegancka kobieta potrzebuje futra, czyż nie? A któraż kobieta nie chce być elegancka? Ciężkie czasy miną. Wojna skończyła się już dawno. Futra były i zawsze będą drogie, dla wybranych, ale też będą tym, do czego się dąży, spełnieniem marzeń. Nie zechciałaby pani sprzedawać w swoich sklepach marzeń?

Więcej nie trzeba było dodawać.

Tak, Krysia chciałaby sprzedawać marzenia. Nie brudzić rąk przy przerzucaniu marchwi. Nie martwić się, czy dziewczyna na mięsie jej nie oszukuje. Nie denerwować się, że mleko przyjechało skwaśniałe.

Tak, to był zdecydowanie dobry pomysł. To był nawet plan na życie!

_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij