Odrodzenie - ebook
Pomiędzy luksusowymi apartamentami Sopotu a słonecznym Mediolanem i brzegami Jeziora Como Marta bierze od życia dokładnie to, na co ma ochotę. Jej przemiana z zastraszonej rozwódki w dominującą samicę alfa obnaża słabości mężczyzn, którzy pragną ją zdobyć. Jednak prawdziwe wyzwanie nadchodzi w Gdańsku. Aleksander nie szuka łatwej zdobyczy ani rywalizacji o władzę. Pomiędzy nimi wybuchnie namiętność, która spali wszystkie dotychczasowe zasady. Gorąca, bezpruderyjna i głęboko poruszająca powieść o kobiecej sile, seksualnym odrodzeniu i partnerstwie na własnych warunkach.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Erotyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 2,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
ŚLADY PO DAWNEJ SOBIE
Cisza, która zapadła po trzaśnięciu drzwiami, miała w sobie coś niemal bezwzględnego. Nie był to gwałtowny, hałaśliwy huk fali uderzającej o brzeg, lecz głębokie, głuche tąpnięcie, po którym powietrze w przedpokoju stężało, stając się gęste i trudne do przełknięcia.
Marta stała bez ruchu na środku korytarza, wpatrując się w pusty wieszak, na którym jeszcze dwie godziny temu wisiała skórzana kurtka Marka. Zostało po niej tylko puste miejsce i nikły, gasnący zapach męskich perfum z nutą drzewa sandałowego — zapach, który przez ostatnie piętnaście lat był dla niej synonimem domu, bezpieczeństwa i stałości. Teraz wydawał się obcy, jak powidok po kimś, kto właśnie wymazał się z jej życia na własne życzenie.
Na podłodze przy progu wciąż leżał mały, żółty listek przyklejony do podeszwy buta, który Marek w pośpiechu wniósł z dworu. Poza tym nie było już nic. Żadnych podniesionych głosów, żadnych dramatycznych gestów. Wszystko odbyło się z przerażającą, wręcz chirurgiczną precyzją.
Marek pakował się przez dwa dni, choć tak naprawdę odchodził od niej od miesięcy, milimetr po milimetrze, rozmowa po rozmowie, chłodny dotyk po chłodnym dotyku. Kiedy stawiał drugą walizkę przy drzwiach, zapiął zamki z cichym, metalicznym chrzęstem, po czym odwrócił się w jej stronę. Nie było w jego oczach złości ani nienawiści. Była tam tylko lodowata, racjonalna kalkulacja, która bolała bardziej niż jakakolwiek obelga.
– Proszę cię, Marta, nie rób z tego tragedii – powiedział wówczas, zapinając zegarek na nadgarstku. – Oboje wiemy, że od dawna byliśmy już tylko współlokatorami. Ty żyjesz w swoim świecie: dom, praca, zakupy, rachunki. Zapomniałaś, jak to jest być kobietą. Spójrz na siebie… Kiedy ostatni raz zrobiłaś cokolwiek tylko dla siebie? Kiedy spojrzałaś w lustro i zobaczyłaś kogoś więcej niż zarządcę tego całego domowego chaosu?
Słowa te zawisły w powietrzu jak wyrok. Nie krzyczał. Powiedział to spokojnym, rzeczowym tonem, jakby referował raport na cotygodniowym spotkaniu w firmie. I to właśnie ta trzeźwość była najgorsza. Gdyby się wściekał, gdyby zarzucał jej cokolwiek konkretnego, mogłaby się bronić. Ale podał jej na tacy prawdę, którą sama podskórnie czuła od dawna, choć panicznie bała się przyznać do niej na głos.
Marek nie odszedł w próżnię. Miał dokąd pójść i miał do kogo wracać. Monika miała dwadzieścia dziewięć lat — o osiem mniej niż Marek i aż o szesnaście mniej niż Marta. Pracowała w tym samym budynku, dwie kondygnacje wyżej, w agencji finansowej. Marta widziała ją raz, zupełnie przypadkowo, na parterze przy obrotowych drzwiach. Długie, zadbane włosy opadające falami na ramiona, dopasowany płaszcz podkreślający wcięcie w talii, gładka, nieskazitelna cera i ten rodzaj promiennej, bezczelnej pewności siebie, który mają ludzie niemuszący jeszcze walczyć z czasem ani z codzienną rutyną. Monika nie nosiła na barkach ciężaru nieprzespanych nocy, sprawdzianów dziecka, kredytu na hipotetyczne czternaście lat do przodu ani zmartwień o to, czy w lodówce jest wystarczająco dużo jedzenia na cały weekend. Monika była lekka. A Marek pragnął tej lekkości jak powietrza.
Marta odwróciła się powoli i podeszła do wielkiego, stojącego lustra w przedpokoju. Ramka z litego drewna, którą wspólnie wybierali do nowego mieszkania dziesięć lat temu, oprawiała obraz, od którego od dłuższego czasu odwracała wzrok.
W świetle pojedynczej żarówki, patrzącej na nią z sufitu, zobaczyła kobietę, której prawie nie rozpoznawała. Czterdzieści pięć lat. Twarz zmęczona, pod oczami cienie będące pamiątką po ostatnich tygodniach pełnych napięcia i nieprzespanych nocy. Włosy, kiedyś gęste i błyszczące, teraz spięte były w niedbały, ciasny kucyk na czubku głowy, związany grubą, bezkształtną gumką. Na sobie miała szary, lekko rozciągnięty sweter, który miał ukrywać brak idealnej sylwetki, ale w rzeczywistości jedynie odbierał jej jakąkolwiek formę. Ciało, które niegdyś przyciągało wzrok, teraz sprawiało wrażenie przezroczystego, jakby zatarły się w nim wszelkie ostre krawędzie i wyraziste kształty.
„Kiedy to się stało?” – zadała sobie pytanie w duchu, opierając dłonie o chłodną taflę szkła. „Kiedy dokładnie przestała zauważać sama siebie?”
Pamiętała pierwsze lata ich małżeństwa. Mieli po trzydzieści lat, pełno energii i apetyt na życie. Biegała po gdańskim Starym Mieście w szpilkach, nosiła dopasowane sukienki, a makijaż był dla niej codzienną, przyjemną rutyną, a nie przykrym obowiązkiem. Pamiętała śmiech Marka, jego dłonie na swoich biodrach i ten szczególny błysk w jego oczach, kiedy wchodziła do pokoju. Powoli jednak proza życia zaczęła wyprzedzać namiętność. Pojawiło się dziecko, nieprzespane noce, pierwsze poważne awanse w pracy, choroba rodziców, spłaty rat, remonty. Każdy kolejny rok odbierał jej kawałek wolnego czasu, a ona bez mrugnięcia oka oddawała swoje własne potrzeby na rzecz dobra rodziny.
Zamiast po nową szminkę, sięgała po kolejny podręcznik dla dziecka. Zamiast na siłownię czy do kosmetyczki, biegła do dyskontu po zakupy, żeby zdążyć przed zamknięciem i ugotować obiad na dwa dni do przodu. Z czasem przestała kupować ubrania dla siebie — wystarczały jej wygodne, bezpieczne kroje, które nie rzucały się w oczy. Zaczęła stawiać na użyteczność, zapominając, że estetyka też ma swoje znaczenie. Zrezygnowała z perfum, bo „po co pachnieć w domu”, zrezygnowała z pielęgnacji, bo „szkoda czasu i pieniędzy”. Zamieniła się w sprawnie działający mechanizm domowy, w zegarek, który chodził niezawodnie, ale nie budził już żadnych emocji.
Marek przyzwyczaił się do tego niezawodnego zegarka. Brał go za pewnik. A potem, gdy zaczął czuć, że sam się starzeje, zatęsknił za emocjami, które kiedyś dawała mu młodość. I znalazł je w Monice.
Marta dotknęła palcami swojego policzka. Skóra była sucha, pozbawiona blasku. Poczuła, jak pod powiekami zbierają się gorące łzy, ale przełknęła je gwałtownie. Złość — gęsta, ciemna i dławiąca — zaczęła powoli zastępować żal. Złość na Marka za jego tchórzostwo i hipokryzję, ale też złość na samą siebie za to, że pozwoliła doprowadzić się do takiego stanu. Że oddała całą swoją przestrzeń, całe swoje piękno i pewność siebie za cenę spokoju, który okazał się jedynie złudzeniem.
Mieszkanie było ciche. Dziecko przebywało na kilkudniowym wyjeździe szkolnym, więc Marta była całkowicie sama ze swoimi myślami. Każdy kąt tego domu przypominał jej o klęsce. W salonie wciąż stała kanapa, na której Marek jeszcze wczoraj przeglądał telefon, uśmiechając się pod nosem do wiadomości od Moniki. W kuchni wisiał kubek, z którego zazwyczaj pijał poranną kawę.
Marta podeszła do szafki, wyciągnęła ten kubek i przez chwilę trzymała go w dłoniach. Był ciężki, ceramiczny, z logo jakiejś konferencji. Zamiast odłożyć go na miejsce, uniosła rękę i bez namysłu rzuciła nim w głąb zlewozmywaka. Ceramika pękła z głośnym trzaskiem, rozpryskując się na kilkanaście ostrych odłamków.
Dźwięk tłuczonego szkła zadziałał jak wyzwolenie. Marta usiadła na twardym, drewnianym krześle przy stole kuchennym, splotła dłonie i wpatrywała się w okno. Za szybą nocny Gdańsk powoli pogrążał się we śnie. Światła latarni odbijały się w mokrym asfalcie, a w oddali słychać było cichy szum mijających aut.
To był koniec pewnego rozdziału. Koniec Marty, która zawsze stawiała siebie na ostatnim miejscu. Koniec bezwolnego godzenia się na rolę tła dla czyjegoś życia. Jeszcze nie wiedziała, jak będzie wyglądać jutro ani jak poradzi sobie z poczuciem pustki, które drążyło jej pierś, ale w głębi duszy wiedziała jedno: pękła nie tylko ceramika w zlewie. Pękło coś w niej samej — i ten proces nie dał się już odwrócić.
Noc minęła bezlitośnie wolno. Marta przesiedziała większość godzin w półmroku salonu, oparta o krawędź kanapy i wpatrzona w ciemność za oknem. Sen nie przychodził, a kiedy na chwilę zapadała w płytkie, rwane drzemki, natychmiast wybudzał ją powracający obraz pustego przedpokoju i chłodnego wzroku Marka. W uszach ciągle dźwięczały jej słowa o tym, jak bardzo przestała być kobietą. Każda minuta tej nocy była jak powolne sączenie się goryczy.
Gdy niebo nad Gdańskiem zaczęło szarzeć, zwiastując świt, Marta wstała z podłogi. Jej ciało było zesztywniałe, a kark bolał od niewygodnej pozycji. Podeszła do okna. Z czwartego piętra kamienicy widać było dachy sąsiednich budynków i majaczące w oddali żurawie stoczniowe. Powietrze w mieszkaniu wydawało się duszne, przesiąknięte niewypowiedzianym żalem, ale Marta nie miała już czasu na rozpamiętywanie. Musiała wstać, zebrać się i pójść do pracy. Zwykła proza życia nie zatrzymywała się tylko dlatego, że czyjś świat właśnie rozpadł się na kawałki.
W łazience odkręciła zimną wodę i przemyła twarz, starając się zmyć z siebie ślady nieprzespanej nocy. Spojrzenie w lustro nad umywalką przyniosło ten sam bezwzględny obraz co wieczorem. Zmęczenie, matowa skóra, zapadnięte policzki. Marta sięgnęła po stary, mocno zużyty korektor pod oczy i odrobinę tuszu do rzęs. Robiła to automatycznie, bez przekonania, jakby nakładała maskę wymaganą przez otoczenie. Z szafy wyciągnęła to, co zwykle — ciemne, luźne spodnie na gumce i kolejny, bezkształtną formę narzucający sweter w odcieniu zgaszonego granatu. Ubrania te miały jedną zaletę: były wygodne i pozwalały wmieszać się w tło tak bardzo, jak to tylko możliwe.
Wyjście z domu wymagało od niej niemal fizycznego wysiłku. Każdy krok w stronę przystanku tramwajowego przypominał marsz w ołowianych butach. Wrześniowy wiatr od Morza Bałtyckiego szarpał jej włosy, ale Marta nawet nie próbowała ich poprawiać.
W tramwaju jadącym w stronę centrum wrzało codzienne życie — ludzie spieszyli się do pracy, przewijali wiadomości w telefonach, rozmawiali po cichu. Ona czuła się pośród nich jak duch, obcy element przyglądający się światu zza grubej, szklanej szyby.
Biuro gdańskiej agencji reklamowej, w której pracowała od ponad siedmiu lat, mieściło się w nowoczesnym obiekcie z widokiem na Motławę. Szklane elewacje, surowy beton ozdobiony industrialnymi wzorami i stały szum klimatyzacji zazwyczaj działały na nią mobilizująco. Dziś jednak ten sterylny świat wydawał się wyjątkowo przytłaczający.
Gdy przekroczyła próg biura, uderzył w nią zapach świeżo parzonej kawy i głośny stukot klawiatur. Koledzy z zespołu krążyli między biurkami z dokumentami w rękach, dyskutując o nadchodzących kampaniach dla klienta z branży deweloperskiej. Marta przemknęła do swojego stanowiska w kącie sali, licząc na to, że nikt nie zwróci na nią większej uwagi. Zsunęła torbę z ramienia, usiadła na fotelu i wpatrzyła się w wygaszony monitor.
Jej dłonie lekko drżały, gdy włączała komputer. W głowie wciąż miała mętlik. Zadawała sobie pytanie, jak uda jej się przetrwać osiem godzin udawania, że nic się nie stało — skupiania się na projektach graficznych, targetowaniu reklam i terminach oddania prac, kiedy w środku czuła jedynie pustkę.
Po kilkunastu minutach bezmyślnego przeglądania skrzynki pocztowej wstała, by pójść do biurowej kuchni. Potrzebowała mocnej, czarnej kawy — czegokolwiek, co postawiłoby ją na nogi i pozwoliło przetrwać ten dzień.
Kuchnia była otwarta, jasno oświetlona, z dużym drewnianym stołem pośrodku i eleganckim ekspresem, który właśnie cicho szumiał, podgrzewając wodę. Marta podeszła do blatu, sięgnęła po swój ulubiony, szary kubek i nacisnęła przycisk podwójnego espresso.
Stanęła przy oknie, patrząc na nurt rzeki i płynące w oddali wycieczkowce. Właśnie wtedy w progu kuchni stanął Bartek.
Zapach mielonej kawy wypełniał małą, nowoczesną kuchnię, ale dla Marty był jedynie kolejnym bodźcem w ciągu dnia, który próbowała zignorować. Stała przy oknie z dłońmi owiniętymi wokół ciepłego kubka, patrzyła na szare fale Motławy i czuła, jak ogarnia ją obezwładniające zmęczenie. Każdy mięsień jej ciała był spięty, a w głowie bez przerwy odtwarzała się ta sama taśma: chłodne spojrzenie Marka, dźwięk zasuwanych zamków w walizkach i ten potworny, cichy spokój, z jakim oświadczył jej, że to koniec.
– Wyglądasz, jakbyś miała zaraz zemdleć, Marta – odezwał się nagle głos za jej plecami.
Drgnęła lekko, prawie rozlewając kawę. W drzwiach kuchni stał Bartek. Miał na sobie dobrze skrojoną, ciemnogranatową koszulę z podwiniętymi rękawami i luźno rozpiętym kołnierzykiem. Bartek miał trzydzieści osiem lat, ostre rysy twarzy, wyraziste spojrzenie i ten rodzaj swobodnej elegancji, który sprawiał, że ludzie w biurze naturalnie słuchali jego zdania. Jako dyrektor kreatywny spędzał dni na ocenianiu estetyki, detali, obrazów i emocji — był wyczulony na wszystko, co nie pasowało do tła.
Podszedł do ekspresu, sięgnął po szklankę i włączył wodę. Nie patrzył na nią z tanią litością, lecz z uwagą, która sprawiła, że Marta poczuła się nagle jak pod mikroskopem.
– Nocka nie należy do udanych, co? – zapytał cicho, opierając się biodrem o blat.
– Po prostu jestem zmęczona, Bartek. Dużo pracy, projekt dla dewelopera, dom… – próbowała zbyć go rutynową regułką, ale głos załamał się jej w pół słowa.
Bartek odstawił szklankę i odwrócił się całkowicie w jej stronę. Przez chwilę panowała cisza, zakłócana jedynie szumem biurowej klimatyzacji.
– Mnie nie musisz sprzedawać tego kitu – powiedział spokojnie, ale stanowczo. – Znamy się od pięciu lat. Wiem, jak wyglądasz, kiedy masz nadgodziny, a jak wtedy, kiedy dzieje się coś naprawdę złego. Marek?
Marta przełknęła ślinę, czując, jak w gardle rośnie jej dławiąca gilotyna emocji. Bolesne wyznanie nie chciało przejść przez gardło, ale wzrok Bartka był zbyt bezpośredni.
– Wyprowadził się wczoraj – mruknęła, patrząc w podłogę. – Zostawił mnie. Ma kogoś innego. Młodszą. Piękniejszą. Kogoś, kto nie pachnie obiadem i nie nosi rozciągniętych swetrów.
Powiedzenie tego na głos bolało bardziej, niż przypuszczała. Poczucie wstydu zalało ją gorącą falą. Stała przed młodszym kolegą z pracy, przyznając się do kompletnej porażki swojego życia prywatnego.
Bartek przestał się uśmiechać. W jego oczach pojawił się błysk, ale nie było w nim pogardy. Była tam złość — ale nie na nią, lecz na sytuację.
– Weszła w twoje życie z hukiem, a ty po prostu stoisz i pozwalasz, żeby cię to zgniotło? – zapytał, robiąc krok w jej stronę.
– A co mam zrobić, Bartek?! – wybuchnęła cicho, uważając, by nie przyciągnąć uwagi osób z korytarza. – Przyznał mi rację! A raczej ja musiałam przyznać rację jemu! Spójrz na mnie! – uniosła dłonie, wskazując na swój szeroki sweter, ciemne spodnie i brak makijażu. – Powiedział mi, że przestałam być kobietą. Że stałam się tylko menedżerem domowego chaosu. I wiesz co? Miał rację! Zapomniałam o sobie. Zapomniałam, jak to jest podobać się komukolwiek, z nim na czele. Zgubiłam się gdzieś pomiędzy praniem a zakupami. Jestem przezroczysta!