Odrodzenie smoków - ebook
Świat pogrąża się w wojnie. Nowy, bezlitosny przeciwnik burzy dotychczasowy porządek, a wszystkie magiczne istoty muszą walczyć o przetrwanie. Bogna, wiedźma cudem ocalała z niewoli w Serirze, Ige, młoda czarownica o darze, którego nikt nie potrafi wyjaśnić, Nayla, królewna pozbawiona tronu, oraz Liyen, odkrywająca w sobie moce zdolne odmienić jej los — każda z nich zostaje wciągnięta w konflikt, który rozlewa się na cały kontynent. Nawet Kal, niepozorny górnik, nie zdoła uciec przed nadciągającą burzą. Podczas gdy oni walczą o własną przyszłość, na politycznej arenie zacieśnia się sieć intryg. Nowi sojusznicy pojawiają się tam, gdzie najmniej się ich spodziewano, lecz dawne rany i urazy nie znikają nawet w obliczu wspólnego wroga. Czy uda się powstrzymać atak wymierzony w magię — siłę, bez której świat nie przetrwa? Czy można odwrócić to, co zdaje się zapisane w losie?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788395709340 |
| Rozmiar pliku: | 2,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Ige
Ige rzuciła się biegiem przed siebie, nie oglądając się na Bognę, która stała o krok za nią na polanie do ćwiczeń.
Właśnie miały zacząć. Bogna chciała dokładnie wybadać zdolności Ige, nauczyć najbardziej podstawowych zaklęć, czegoś prostego, co pozwoliłoby jej zrozumieć istotę magii, która w niej drzemała. Gdy jednak stanęły naprzeciwko siebie, zamarły z zaskoczenia.
Na moment okrył je wielki cień, ale zniknął, gdy tylko smok, który go rzucił, przeleciał dalej, w kierunku plaży.
Wyglądało też na to, że na niej wylądował – w miejscu, gdzie w tej chwili byli Kal i Ion. Kapitan poszedł – jak sam mawiał – „odwiedzić” swój statek, a Kal towarzyszył mu, żeby z nim porozmawiać. Powiedział Ige, że zamierza przekonać Iona do zabrania go na pokład i odstawienia do jakiegoś portu na Wielkim Lądzie.
Teraz obaj byli dokładnie w miejscu, w którym zatrzymał się zionący ogniem smok. Ige nie myślała zbyt wiele, po prostu rzuciła się przed siebie sprintem.
Jakimś cudem Bogna ją dogoniła i dotknęła jej ramienia.
– Czekaj…! – Ige próbowała się jej wyrwać, ale nagle rzeczywistość wokół niej się rozpłynęła, powietrze zostało wyparte z jej płuc, a krew zaszumiała wściekle w uszach, powodując pisk nie do wytrzymania. Zamknęła oczy.
Gdy je otworzyła, stała zgięta wpół na plaży. Dysząc, podniosła głowę i spojrzała wściekle na Bognę. Jak ta podła wiedźma mogła tak ją przenieść bez pytania?! Tak się nie robi!
Ale Bogna już mknęła w stronę statku w całości przesłoniętego smoczym cielskiem. Pokrywające ciało gada złote łuski odbijały światło tak intensywnie, że Ige musiała zmrużyć oczy, by nie oślepnąć. Na szczęście, przynajmniej na razie, pozostawał w bezruchu. Bogna przeskoczyła nad jego ogonem i pognała dalej, jakby pokonywała takie tory przeszkód regularnie. Wszystkie wątpliwości Ige co do tego, czy Sławiance na pewno zależało na Kalu, rozproszyły się i zniknęły na dobre. Najwyraźniej, gdy chodziło o jego dobro, Bognie nie straszny był nawet smok.
– Kal?! – krzyknęła Ige, podbiegając bliżej. – Ion?!
Bogna zniknęła jej z pola widzenia, a więc musiała być teraz gdzieś pomiędzy smokiem a statkiem. Ige zawahała się na moment, czy aby na pewno nie pakowała się w pewną śmierć, ale wówczas smok machnął ogonem i zamiótł ją wprost pod drewnianą burtę pirackiego okrętu Iona.
Na szczęście nie uderzyła się w głowę, ale oberwały jej plecy. Jęknęła. Z trudem się podniosła, otrzepała z piachu i przeklęła na wszystkie świętości, jakie przyszły jej do głowy, gdy ktoś się odezwał:
– Ige?
Zamarła. Musiało jej się przesłyszeć. Przecież to było niemożliwe. Absolutnie niemożliwe, wręcz nieprawdopodobne, niewykonalne, a jednak… Podniosła oczy.
Zaschło jej w ustach, a brzuch skurczył się do rozmiaru orzecha laskowego – i to takiego starego i wysuszonego.
– Liyen? Na bogów, co ty tu robisz?
Liyen zamrugała, jakby nie dowierzała temu, co widziała. Witaj w klubie, pomyślała Ige z ironią.
– Mam ochotę zapytać cię o to samo. Nayla… to jest, królewna Nayla… też tu jest? Czy została w Serirze?
Ige zmusiła się do pokręcenia głową.
– Nayla się ucieszy, jak cię zobaczy. No i na pewno nadal możesz do niej mówić po imieniu – mruknęła. Zaczynała trochę przytomnieć. Nie widziała nigdzie Kala, Bogny ani Iona. Gdzie oni mogli się podziać? – Słuchaj, szukam Kala, Iona i Bogny. Wiem, że nie masz pojęcia kim są, ale ten smok…
– Znam Bognę i Kala – przerwała Li.
Ige powstrzymała się przed zapytaniem, jak to było możliwe. Co się tu działo?
– To dobrze, czyli wiesz, gdzie są – wymamrotała Ige.
– Kal? Nie, ale Bogna wbiegła na statek po drabince. A Utu nie jest groźny.
– Utu? – Ige zmarszczyła czoło.
– Smok. Nazywa się Utu.
Ige podniosła wzrok. Kompletnie o nim zapomniała; musiał dotychczas stać gdzieś dalej, bo dopiero teraz jego potężna łapa z pazurami przeorała piasek na plaży.
Pomimo zapewnień Henanki, Ige miała ochotę cofnąć się o krok, a może i nawet o kilka. Zmierzyła smoka wzrokiem, na tyle, na ile było to możliwe. Był… ogromny – większy niż statek Iona. Wydawał się jednak spokojny, a przynajmniej z jego pyska nie wydobył się nawet najmniejszy płomyk. Przeniosła spojrzenie na Liyen, na jej dłoń swobodnie leżącą na jego ciele. Dotarło do niej, że właśnie tak się tu zjawiła – na smoku. Innej opcji nie było. Zmrużyła oczy.
– A niech mnie. – Uniosła brwi. – Jesteś smoczą wiedźmą, prawda?
Liyen kiwnęła głową.
– Przyleciałam tu, bo… W zasadzie dlatego, że jestem głodna. – Uśmiechnęła się niepewnie. – Na wyspie Utu są same owoce. Miałam ich już dość. Utu zasugerował, że mogłabym się tu wyprawić, że elfy mnie nakarmią.
Ige przekrzywiła głowę.
– Gadasz ze smokiem… serio?
Liyen gwałtownie poróżowiała.
– Mamy więź myślową. Rozmawiamy ze sobą za pomocą umysłów – wycedziła, a Ige skwitowała to wzruszeniem ramion.
– Jesteś pewna, że nie zrobi nikomu krzywdy?
– Tak! – Li była już wyraźnie zirytowana. – Zaraz się schowa, żeby nikogo nie niepotrzebnie nastraszyć.
Faktycznie, po kilku chwilach złota bestia wzbiła się i odleciała, szybko znikając im z oczu.
– Wobec tego chodźmy do miasta. Jedna osoba więcej przy stole nie powinna być problemem – mruknęła Ige i wyprzedziła Henankę, ruszając w stronę lasu koło plaży.
Nie była pewna, jak czuła się z tym, że dziś dołączy do nich Liyen. W Henanie zdążyła ją nawet polubić, może nie bardzo, ale odrobinę. Było jednak w tej dziewczynie coś takiego, co sprawiało, że Ige odczuwała psychiczny dyskomfort. Jak to się działo, że ktoś, kto: był od niej młodszy zaledwie o rok, nigdy nie splamił się prawdziwą pracą, nie miał pojęcia, jak to jest kraść, głodować i nie mieć dachu nad głową, był w stanie sprawić, że Ige czuła się taka mała i nieważna? Bez względu na to, co mówiła, miała wrażenie, że brzmi głupio, że się ośmiesza. Liyen wychowywała się w arystokratycznej rodzinie, wiedziała o tym, ale i tak wstydziła się tego, że nie umiała wysławiać się tak ładnie jak ona.
– Jak ci się tu podoba? – zapytała Li po kilku chwilach cichego marszu.
Ige rzuciła jej krótkie spojrzenie ponad ramieniem.
– Może być – mruknęła niechętnie. – Słuchaj, nie obraź się, ale twoje ciuchy wyglądają kiepsko, są podarte i poplamione. Czy nie chciałabyś się przebrać?
Usłyszała ciche westchnienie za plecami.
– W zasadzie to tak, chciałabym. Może od tego zacznę. Pożyczyłabyś mi jakieś ubrania i pokazała, gdzie tu jest łaźnia?
– Nie wiem, czy to co mam, będzie na ciebie pasować – zauważyła Ige, zatrzymując się tuż na granicy miasta. Rzuciła okiem na Li. – Jesteś taka no… wiesz… – Pomachała otwartymi dłońmi w bliżej nieskładny sposób, mający sugerować, że Liyen była od niej nieco krąglejsza na biodrach i klatce piersiowej.
Zapiekły ją policzki. Zdusiła przekleństwo i ochotę, by w coś uderzyć.
Przełknęła jednak ślinę, rozluźniając zaciśnięte pięści.
– Nieważne – wykrztusiła. – Coś się znajdzie.
Liyen kiwnęła zdawkowo głową, ze spojrzeniem uparcie wbitym w ziemię.
– W każdym razie, to jest Paradilapis. My mieszkamy niedaleko stąd, na pograniczu dzielnic środkowej i zachodniej. W pobliżu jest sporo atrakcji, jeśli cię to interesuje. Łaźnię mamy w naszym domu, prywatną.
– My, czyli…?
Ige westchnęła.
– Ion, kapitan statku, którym płynęliśmy; Nayla, Kal, Bogna… no i ja, oczywiście – dodała Ige, przypominając sobie o czymś: – skąd znasz Bognę i Kala?
– Byłam na statku należącym do floty cesarzowej. Dołączyłam, gdy się dowiedziałam, że misją jest was dogonić i złapać Naylę – przyznała Liyen. – Dopadł nas straszny sztorm, a gdy się ocknęłam, dryfowałam sama na morzu, na kawałku burty. Już prawie straciłam nadzieję na ratunek, kiedy na horyzoncie pojawił się okręt, a na jego pokładzie byli Bogna i Kal – jako więźniowie, ale nie wątpię, że to już wiesz. Odstawili mnie potem na Smocze Wyspy.
Ige kiwnęła głową, trawiąc świeżo zasłyszane informacje. Zżerała ją nierozsądna ciekawość odnośnie do więzi Liyen ze smokiem. Jak dziewczyna się o tym w ogóle dowiedziała? Czy wiedziała o więzi już wtedy, gdy Ige i Nayla przebywały w pałacu cesarzowej Henanu?
– Zamierzasz częściej przylatywać? – zapytała jednak.
Liyen zmarszczyła czoło.
– Chciałabym – szepnęła. – Ale czy elfy będą na tyle gościnne? Może nie będą chciały mnie karmić.
– No fakt, nas karmią tylko dlatego, że Nayla jest królewną. Obawiam się, że tak to już dawno kazałyby nam stąd odpłynąć – westchnęła Ige. – Na szczęście są bardzo przywiązane do tradycji. Skoro to Nayla jest prawowitą dziedziczką tronu, to ją będą wspierać. To z nią spróbują zawrzeć sojusz.
– A Nayla ma już w ogóle jakiś plan, jak odeprzeć Zakon?
Ige zmrużyła oczy. Obudziła się w niej dawna nieufność, z krzykiem przedarła do jej świadomości i ostudziła entuzjazm związany z ponownym spotkaniem Henanki.
Liyen najwyraźniej musiała się tego domyśleć, bo prychnęła, przewracając oczami.
– Nie mów, że nadal uważasz mnie za henańską szpieginię.
– Nie wiem, za kogo cię uważam – przyznała Ige bez cienia wahania. – Na ten moment wiem tylko tyle, że jesteś smoczą wiedźmą.
– Zaufaj więc chociaż smokom – syknęła, ale zaraz się rozpromieniła, gdy spojrzała w dal. – Nayla!
Nayla była bardzo zaskoczona, gdy po wyjściu z domu natknęła się na Liyen, ale przywitała się z nią całkiem wylewnie. Ige zauważyła, jak Henanka zerka ukradkiem na brzuch królewny i przygryza wargę. Jednego nie mogła odmówić Liyen, cechy, której sama zbytnio nie posiadała: taktu.
– Przyniosę ci ubrania – rzuciła Ige, nie chcąc przerywać im rozmowy, i pobiegła po schodach do swojego pokoju.
Panował w nim względny porządek, głównie dlatego, że ostatnio czasem zaglądała tu Bogna, a przed nią Ige wstydziłaby się bałaganu. Nie była do końca pewna, skąd brało się to wrażenie, ale irytowało ją to, że w ogóle się tak czuła.
Teraz była wdzięczna za porządek. Z łatwością odnalazła luźną bluzkę z lnu i sięgające do kostek konopne kuloty na szelkach. Większość elfów, jak i ona sama, przyzwyczajona była do przylegających do ciała ubrań. W Henanie jednak nikt nie nosił obcisłych strojów i Ige miała przeczucie, że pożyczenie takowego Liyen sprawiłoby jej spory dyskomfort. Mogła jej więc dać wszystkie luźniejsze ubrania. I tak ich nie nosiła.
Po chwili wahania chwyciła także bieliznę, która była czysta i której dotąd nie zdążyła użyć. Miała nadzieję, że zza sterty ubrań nie widać rumieńca na jej twarzy.
– Proszę – bąknęła, wciskając strój Li w ręce.
Dziewczyna otworzyła szerzej oczy.
– O, dziękuję! – Uśmiechnęła się delikatnie. – Łaźnia jest w domu, tak?
– Pierwsze drzwi po lewo. – Nayla kiwnęła głową.
Gdy tylko Liyen zniknęła za drzwiami, Nayla rzuciła Ige wymowne spojrzenie.
– No co? – prychnęła Ige.
– Nic. Zupełnie nic – uśmiechnęła się szeroko.
To był jej pierwszy, prawdziwy uśmiech, odkąd straciła ciążę. Mocno związany supeł, gdzieś we wnętrzu Ige, poluzował się lekko, gdy to sobie uświadomiła. Liyen tu była, Nayla się uśmiechała, ominęła ją lekcja z przemądrzałą Bogną.
Nie spodziewała się, że ten dzień może okazać się aż tak udany.
Liyen
Liyen przeciągnęła się na łóżku, powstrzymując jęk rozkoszy, który połaskotał jej język. Uniosła lekko powieki.
Minęło tyle dni, odkąd spała w normalnym, wygodnym łóżku, takim jak to. Dodatkowo pokój, w którym zasnęła, był ładnie urządzony, choć dość specyficznie. Elfy miały nieco inne spojrzenie na to, co w sypialni było potrzebne, a co nie. Przykładowo: w oknach nigdy nie wisiały zasłony – bo i po co, skoro elfy nie budziły się od światła? Spały zawsze dokładnie tak długo, jak potrzebował ich organizm.
Zerknęła na zegar słoneczny na dziedzińcu. Zostało jeszcze sporo czasu do śniadania. Jęknęła pod nosem, gdy pod czaszką nagle zapulsował ból.
Dała się wczoraj namówić dziewczynom na elfie wino. Pierwszy raz w życiu piła alkohol i nie była świadoma, że przypłaci krótką chwilę zabawy aż takim cierpieniem. I ten posmak w ustach. Okropne. Gdy słońce zaświeciło mocniej, ból nasilił się jeszcze bardziej. Stęknęła głucho.
– Nie śpisz?
– Tak jakby – wykrztusiła Li. – Czuję się jak…
– …gówno rozdeptane butem? – zasugerowała Ige. Brzmiała, jakby się uśmiechała, ale Li nie miała ochoty znowu mierzyć się ze światłem, więc nie podniosła powiek. – Przywykniesz. Poza tym, elfie wino jest zaczarowane. Ludzie czują się po nim gorzej niż po zwykłym winie.
– To dlaczego je piłyśmy? – jęknęła. Udało jej się w końcu usiąść, ale zakręciło jej się w głowie.
– Nie ma tu innego. Nie bądź taką damulką.
Łóżko Ige zaskrzypiało, gdy z niego wstała. Liyen poczuła jej słodko-miętowy zapach blisko siebie. Jakim cudem Ige pachniała w ten sposób nawet tuż po wygrzebaniu się z pościeli?
Otworzyła oczy. Twarz dziewczyny zamajaczyła jej przed oczami.
– Nie jestem damulką – syknęła. – Miałam ci podziękować za to, że mnie tu przenocowałaś, ale jakoś straciłam ochotę.
Wczoraj się okazało, że tylko w pokojach Ige i Iona było dość miejsca, by dostawić tam dodatkowe łóżko, więc Ige od razu zaoferowała, że Li może spać u niej. Była jej za to wdzięczna. Nie umiała sobie wyobrazić, że mogłaby dzielić pokój z obcym mężczyzną, nawet z tak sympatycznym, jak Ion.
Chociaż, z drugiej strony, dzielenie go z Ige również wywoływało w niej dziwny dyskomfort.
– I tak nie ma za co dziękować. – Ige wzruszyła ramionami. Przysunęła się jeszcze odrobinę, przez co Li zrobiło się nagle gorąco. – Sporo się zmieniłaś, odkąd pożegnałyśmy się w Penglaju.
– Co masz na myśli?
– Sam fakt, że piłaś z nami wczoraj to wino. – Zaśmiała się, gdy ktoś załomotał do drzwi. – Tak?
Do pomieszczenia wpadła Nayla. Wytrzeszczyła oczy, zamierając w miejscu, gdy objęła je spojrzeniem.
– Przeszkadzam wam? – wymamrotała, wyraźnie speszona.
Liyen odsunęła się gwałtownie od Ige, tak daleko, jak tylko pozwalało jej na to łóżko.
– Nie, nie – rzuciła szybko. Kątem oka zauważyła, że Ige się skrzywiła. – Wszystko w porządku?
– Już mogę?
Liyen drgnęła na głos Aramitis, którą poznała wczoraj wieczorem. Teraz elfka pojawiła się w drzwiach zaraz za Naylą. Jej grube, ciemne włosy zalśniły w słońcu hebanowym brązem.
– Mój brat oraz suwereni Nubiurbis i Mareatris chcą cię poznać. Nayla została dziś zaproszona na posiedzenie w sprawie Zakonu. Suwereni trzech elfich wspólnot pragną także zaprosić na nie ciebie.
– Ale ja należę zaledwie do rodu Tygrysa – wykrztusiła Li. – Niewiele wiem o polityce.
– Jesteś aktualnie jedyną osobą, która może komunikować się ze społecznością smoków. Zdajesz sobie sprawę z tego, jaki to ogromny przełom? Ostatni raz taka sytuacja miała miejsce tysiąc cykli temu.
– Czyli mam tam iść jako smocza wiedźma? Jako ich reprezentantka?
Aramitis uniosła lekko kąciki ust.
– Dokładnie. Jesteście oczekiwane w zamku w samo południe. Przygotujcie się na wielogodzinne obrady, zwykle nie dochodzimy szybko do porozumienia. Z Amnis zawsze są problemy – dodała pod nosem, jakby sama do siebie. – Potrzebujesz czegoś?
– Ja zamierzam ubrać się w kalasirę. Może chciałabyś włożyć qipao? – wyjaśniła Nayla.
Liyen się jednak zawahała. W teorii właśnie to powinna ubrać – czarne qipao; i zebrać dwoma drewnianymi, wsuwanymi spinkami włosy w kok nad karkiem. Tak jednak powinna się ubrać kobieta, która reprezentuje Henan, a Li przecież nią nie była. Nie przybyła tu w interesach cesarzowej Yun. Wręcz przeciwnie – gdyby ktokolwiek w Henanie wiedział, że Li żyje i nie wróciła na służbę do Henanu, dopilnowałby, żeby za ucieczkę z kraju spotkała ją stosunkowo surowa do przewiny kara – prawdopodobnie śmierci, chociaż nie była tego pewna… Jedno tylko wiedziała na pewno: dyshonor, jakim okryłaby się jej rodzina, nigdy nie mógłby zostać wymazany.
Skrzywiła się. Jej przywiązanie do tradycji gasło, gdy dostrzegała, jak henańskie prawa ocierają się o absurd.
– Nie trzeba – odparła cicho. Odchrząknęła. – Założę to, co pożyczyła mi Ige.
– Dam ci coś nowego – żachnęła się Nayla.
Aramitis skinęła głową.
– Wobec tego widzimy się za kilka godzin.
Li odprowadziła elfkę spojrzeniem. Gdy w końcu ta zniknęła za rogiem korytarza, jej mięśnie się rozluźniły, chociaż wcześniej nie zauważyła nawet, że były spięte.
Westchnęła cicho, po czym odnalazła w umyśle więź ze smokiem i szarpnęła za nią lekko. Utu, odezwała się, musimy o czymś porozmawiać.
***
Li czuła się przy Nayli jak prowincjuszka. W czarnej kalasirze, spiętej broszą wysadzaną bursztynami, oraz bogato zdobionym grzebieniem wsuniętym w kunsztowną koronę z warkocza, Nayla wyglądała oszałamiająco. Chyba nawet się umalowała – jej oczy wyglądały na większe i bardziej wyraziste, a ciemniejsze niż zwykle usta przypominały barwą gorzką czekoladę.
Li natomiast nie związała nawet włosów, które zdążyły już odrosnąć do wysokości ramion. Założyła to, w czym wszyscy zdawali się tu chodzić na co dzień – materiałowe spodnie, koszulę o bufiastych rękawach i kamizelkę, którą trzeba było zawiązać pod piersiami. Westchnęła cicho, gdy dotarła, bawiąc się trokami ubrania. Przynajmniej wtapiała się w tłum. Nayla przyciągała po drodze wszystkie spojrzenia i Li ukradkiem podziwiała to, że królewny w ogóle nie zdawało się to peszyć.
– Mamy zapukać? – mruknęła Li, gdy dotarły wreszcie do wrót zamku.
– Nie wiem. Wszystko tu jest inne – westchnęła, wyraźnie poirytowana, Nayla. – W Serirze, jeśli rodzina królewska z obcego kraju z jakichś przyczyn nie mieszkałaby w królewskim pałacu, wysłalibyśmy po nią powóz. Elfy nie chcą mnie w pałacu i na domiar złego kazały nam iść pieszo. Po czymś takim nie wiem nawet, czego się spodziewać.
– Masz rację – przyznała Li, marszcząc czoło. – W ogóle tu nie ma koni.
– Elfy męczą się kilkanaście razy wolniej od ludzi. I znacznie szybciej chodzą, a przynajmniej tak zaobserwowałam. Poza tym z tego, co zrozumiałam, mają konie, ale tylko w wojsku. – Nayla spojrzała znowu na drzwi, aż w końcu przewróciła oczami i podeszła do wartownika po lewej. – Dzień dobry?
Skinął głową.
– Dzień dobry. – Rzucił jej spojrzenie, które chyba miało udawać obojętne, ale nie udało mu się w nim ukryć zainteresowania. – Czy mogę jakoś pomóc?
– Zostałyśmy zaproszone przez Cygnusa.
Elf zamrugał z niedowierzaniem.
– Ale… no dobrze – wykrztusił, widząc upór na twarzy Nayli. – Nie są panie uzbrojone?
Li uznała to za dziwne pytanie. W Henanie nikt nie pytał arystokratek, czy były uzbrojone, gdy wchodziły do pałacu cesarzowej.
– Nie – odparła Li, a Nayla nie zaprzeczyła.
– Proszę za mną, wobec tego.
Odwrócił się i wykonał skomplikowany ruch dłonią, a drzwi stęknęły. Pchnął je. Dopiero wówczas wejście do zamku się otworzyło.
Liyen pozwoliła Nayli iść przed sobą. Rozglądała się wokół niecierpliwie, porównując otoczenie do Smoczego Pałacu. Zarówno zamek w Paradilapis, jak i pałac w Penglaju były siedzibami władców, a jednak nie mogłyby się od siebie bardziej różnić.
Tam, gdzie w Smoczym Pałacu można było znaleźć surową elegancję i wyrafinowanie, tutaj widać było dzikość, upodobanie do natury i niechęć do ingerencji w to, co zostało przez nią stworzone. Być może stąd wziął się cały zamysł Paradilapis – miasta, gdzie niemal każdy dom wykuty był w jednym ze skalnych pagórków. Może elfy chciały jak najmniej zmieniać architekturę otoczenia.
Ten zamek z pewnością spełniał owy wymóg. Wszystko wykonane było tu z ciemnego drewna o neutralnym tonie brązu. Kolumny były drewniane, nierzadko porośnięte – podobnie jak cała powierzchnia sufitu – soczysto zielonym bluszczem. Rzadkie dekoracje stanowiły niemal wyłącznie drzeworyty. Pobłyskujące między roślinnością i drewnem ściany miały ciepły, biały kolor.
Wartownik prowadził je labiryntem korytarzy i Li starała się nie niepokoić tym, że po chwili marszu nie umiałaby już odnaleźć drogi powrotnej. Nayla w ogóle nie zdawała się tym przejęta. Miała zacięty, pewny siebie wyraz twarzy.
Nagle wartownik zatrzymał się w połowie korytarza. Li rozejrzała się szybko; w zasięgu wzroku miała tylko kilka nieskazitelnie czystych okien oraz drzeworyt przedstawiający nagą istotę ze skrzydłami – prawdopodobnie silfkę – która unosiła nad głową miecz, a pod nią można było zobaczyć dobrze odwzorowany las iglasty.
Wartownik wypowiedział kilka słów w melodyjnym, szeleszczącym języku, którego Li nie znała. Przez chwilę nic się nie działo. Zerknęła na Naylę, która przygryzała wargę i spoglądała na elfa ze zniecierpliwieniem.
Li wytrzeszczyła oczy, gdy silfka na drzeworycie kiwnęła głową i machnęła mieczem. Elf pchnął ścianę, która uchyliła się jak zwyczajne drzwi.
– Pan Cygnus jest gotowy panie przyjąć.
Ukłonił się lekko i odszedł, zostawiając je same przed wejściem do komnaty.
Nayla oczywiście nie wahała się ani chwili dłużej, tylko pewnym krokiem weszła dalej. Li zwlekała z tym odrobinę. Wiedziała, że gdy przekroczy próg, wszystko się zmieni. Nie będzie już ukrytą na wyspie, odizolowaną od świata dziewczyną. Stanie się kimś, kto ma znaczenie w jego losach.
Zmusiła się do wejścia do komnaty.