-
nowość
-
promocja
Odwrót znad Bzury - ebook
Odwrót znad Bzury - ebook
Walki o Brochów w 1939 roku były częścią największej bitwy kampanii wrześniowej – bitwy nad Bzurą. W dniach 14–16 września w kierunku Warszawy przebijały się oddziały armii „Poznań” i „Pomorze”. O Brochów toczyły się ciężkie boje, wieś kilkakrotnie przechodziła z rąk do rąk. W czasie krwawych zmagań poległo ponad półtora tysiąca żołnierzy polskich. Niemcy również ponieśli dotkliwe straty w ludziach i sprzęcie.
| Kategoria: | Historia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-11-18619-4 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Kawaleria ruszyła w kierunku Bzury 14 września. Panowała słoneczna, bardzo ciepła pogoda. Wysychały bagna, poziom rzeki obniżył się znacznie. Podwładni generała Romana Abrahama, choć dotkliwie odczuwający trudy dotychczasowych walk i przemarszów, byli mimo wszystko w lepszej sytuacji niż piechota, która nocami przemierzyła na własnych nogach ogromną odległość z Poznańskiego aż do Bzury. 15 pułk Ułanów Poznańskich jeszcze tego dnia opanował bez walki Brochów, sforsowawszy rzekę bez przeszkód ze strony nieprzyjaciela. Wkrótce jednak od południa zaatakował wieś batalion piechoty niemieckiej, wsparty czołgami i silną artylerią. Dwa szwadrony, które usadowiły się we wsi, zmuszone zostały do wycofania się za Bzurę do lasu Marysin. Do rzeki podeszły z kolei: 7 pułk strzelców konnych Wielkopolskich pułkownika Stanisława Królickiego, który świetnie spisał się w walkach pod Zbrożkową Wolą w rejonie Głowna, oraz 17 pułk Ułanów Wielkopolskich im. Króla Bolesława Chrobrego, dowodzony przez pułkownika Ignacego Kowalczewskiego. Około południa 7 psk zgrupował się w lesie Biała Góra. W godzinę później do jego sztabu dotarł rozkaz bojowy dowódcy Wielkopolskiej Brygady Kawalerii: natychmiast sforsować Bzurę i z powrotem opanować Brochów. Na prawo, na wysokości wsi Mistrzewice, miał przejść przez Bzurę 17 pułk ułanów.
Było dotąd spokojnie, tylko od zachodu i południa dochodził z oddali głuchy pomruk dział. Niespodziewanie to niemal nieruchome, przesycone słońcem powietrze przeszyły z charakterystycznym poszumem pociski artyleryjskie, by wybuchnąć w lesie gdzieś za miejscem koncentracji pułku. Rozpoczęła ogień niemiecka artyleria, która odtąd bez przerwy, choć z różnym natężeniem, miała towarzyszyć działaniom kawalerzystów.
Strzelcom konnym Królickiego skończyły się mapy – sztab dysponował tylko jedną w skali 1:300 000, mało przydatną w tych warunkach. Ponieważ widok na Brochów i Bzurę zasłaniał niewielki lasek i piaszczyste wzniesienie z kilkoma wiejskimi chatami, przeniesiono się właśnie na nie. Tam też Królicki zwołał swoich dowódców szwadronów na przedbitewną odprawę.
Brochów był stąd widoczny jak na dłoni. Nad wsią usytuowaną na niewielkim pagórku dominował zabytkowy kościół z dwiema wieżami. Dojście do Brochowa przegradzała Bzura, odległa od wsi 600–700 metrów. Niemcy, sami niewidoczni, mieli doskonały wgląd w polskie stanowiska. Aby osiągnąć wieś, trzeba było przebyć znaczną odległość po terenie zupełnie nieosłoniętym. W dodatku brzeg rzeki po „polskiej” stronie był urwisty, zaś po przeciwległej płaski, nie dający atakującym żadnej osłony. Dokonawszy lustracji terenu, pułkownik wydał rozkaz, notowany skrzętnie przez rotmistrza Zbigniewa Szacherskiego.
– Pułk przesunie się do Bzury z zadaniem jej sforsowania. Na czele pierwszy rzut w składzie pierwszego i drugiego szwadronu, armaty przeciwpancerne i drużyna cekaemów. Szwadrony trzeci i czwarty w drugim rzucie ze szwadronem cekaemów i dwoma działkami pepanc. Pierwszym rzutem dowodzi mój zastępca major Paweł Budzik, drugim rotmistrz Jankowski. Wysłać patrole na lewo i prawo w celu ubezpieczenia się i nawiązania łączności z sąsiadami. Artyleria zajmie stanowiska w lasku przed nami w gotowości do otwarcia ognia na przeprawę i Brochów. Koniowodni wrócą z końmi do lasu za nami. Będę przy pierwszym rzucie. Na koń i wykonać!
Artyleria niemiecka strzelała nadal. Major Budzik, nieustraszony oficer tak dzielnie walczący pod Zbrożkową Wolą, wypadł kłusem z lasu, a za nim, wzniecając tumany kurzu, szwadrony rozjeżdżające się na plutony i sekcje. Wszystko przebiegało szybko i precyzyjnie. Ale oto zza kolejnej fałdy terenowej wyłonił się folwark Mistrzewice i stary cmentarz na niewielkim wzgórku. Właśnie od cmentarza rozszczekały się karabiny maszynowe, kierując ogień na 1 i 2 szwadron. Odpowiedziała im zaraz polska broń maszynowa. Odezwała się także niemiecka artyleria, osłaniająca odwrót własnej piechoty ku rzece. Spieszeni tymczasem strzelcy konni skokami posuwali się w kierunku Bzury. Ujawniły się liczne gniazda broni maszynowej w samym Brochowie. Major Budzik biegł przed tyralierą, podciągając pozostających w tyle. Wcale się nie krył, przed samym cmentarzem padł trafiony celnym pociskiem. Nieprzytomnego odnieśli zaraz do tyłu dwaj strzelcy. Pospiesznie odtransportowano go do szpitala w Giżycach, gdzie, nie odzyskawszy przytomności, zmarł. Pułk stracił jednego z najlepszych oficerów, zaś pułkownik Królicki cenionego zastępcę. Miejsce poległego zajął rotmistrz Szacherski.
Szwadrony tymczasem opanowały dwór i cmentarz – jak się okazało, stary niemiecki cmentarz z I wojny światowej. Był stąd znakomity wgląd na przeciwległy brzeg Bzury i cały niemal Brochów. Na najwyżej wzniesionym punkcie cmentarza ulokował się natychmiast obserwator artyleryjski (artyleria własna z braku map nie mogła dotąd prowadzić ognia). Nadbiegli telefoniści. Wszystko szło sprawnie i gdyby nie ranni i zabici, wydawałoby się, że to ćwiczenia.
– Rotmistrz Jankowski do mnie! – zawołał Królicki, który zdążył zainstalować już swoje stanowisko dowodzenia na cmentarzu. Dowódca szwadronu ckm zjawił się niemal natychmiast.
– Niech pan ustawi wszystkie dwanaście cekaemów i cztery armaty przeciwpancerne na dogodnych stanowiskach i weźmie pod ogień Brochów, tylko szybko! Broń maszynowa pozostanie tutaj do czasu zdobycia wsi.
– Rozkaz, panie pułkowniku!
Artyleria polska rozpoczęła wstrzeliwanie się, wkrótce pociski trafiły w wieś, wzniecając w niej pożary. Królicki wezwał do siebie porucznika Groniowskiego, dowodzącego 4 szwadronem, i porucznika Kaczmarka, dowódcę 3 szwadronu. Powrócił także rotmistrz Jankowski. Bez zbędnych wstępów pułkownik rozkazał:
– Natarciem na Brochów dowodzę osobiście. Drugi szwadron uderza na park i folwark, czwarty szwadron na kościół, trzeci szwadron na północny skraj wsi. Pierwszy szwadron posuwać się będzie na prawo od drugiego. Zająć stanowiska nad brzegiem rzeki, sygnał do ataku: ogień naszych cekaemów i działek. Pytania są?
Nie było. Dowódcy rozbiegli się do swoich pododdziałów, tym chętniej, że cmentarz okładało coraz więcej pocisków artyleryjskich. Widać Niemcy domyślili się, gdzie może znajdować się koordynator ognia artyleryjskiego. Śmierdziało trotylem, wylatywały w powietrze krzewy bzu, kamienie i ludzkie szczątki z rozbitych mogił.
Teraz trzeba było zadbać o skrzydła. Na szczęście na prawo pojawił się 17 pułk ułanów. Nie udało mu się wprawdzie sforsować rzeki, niemniej związał nieprzyjaciela w najgorętszym momencie. Odezwała się wreszcie salwa dwunastu polskich cekaemów i natarcie ruszyło.
Strzelcy z urwistego brzegu jednym skokiem rzucali się do rzeki i brnęli przez nią z karabinami uniesionymi nad głową. Niemcy, zaskoczeni tempem działania Polaków, dopiero po sforsowaniu przez nich Bzury przenieśli na piechotę ogień cekaemów i dział. Ale jedynym rezultatem był jeszcze szybszy ruch polskich tyralier. Natarcie przebiegało sprawnie. Tylko 1 i 2 szwadronom nie wiodło się tak dobrze. Miały przed sobą zupełnie odkryty teren: żwirowisko pozalewowe i łąkę bez żadnych naturalnych osłon, nic więc dziwnego, że nieprzyjaciel skupił na nich większość swoich środków ogniowych.
Niespodziewanie zjawił się u dowódcy pułku dowódca kompanii wartowniczej z Grudziądza, przysłany tu przez dowódcę brygady. Królicki skierował tę kompanię, by wzmocniła 1 i 2 szwadrony, których strzelcy zalegli 250 metrów od wsi i zaczęli się szybko okopywać.
Nagle Niemcy przenieśli cały swój ogień na przeciwległy brzeg. Pojawił się tam bowiem jeździec na białym koniu. Żołnierze zaraz rozpoznali dobrze sobie znaną sylwetkę generała Abrahama. Jechał wolno, lustrował stanowiska cekaemów, dawał jakieś wskazówki. Ziemia aż gotowała się wokół niego, ale żaden pocisk nie trafił. Zdenerwowany pułkownik Królicki kazał trębaczowi zagrać sygnał „z koni”, ale i to nie pomogło. Dopiero w pobliżu cmentarza generał zsiadł bez pośpiechu z wierzchowca, który galopem popędził do lasku Mistrzewice. Miał widać słabsze nerwy od swojego jeźdźca.
Moment nieuwagi nieprzyjaciela wykorzystali strzelcy z 3 i 4 szwadronu. Mieli do wsi niedaleko, rzucili się naprzód z gromkim „hura!”. Poszły w ruch granaty ręczne. Aby nie razić swoich, artyleria przeniosła ogień na południowy kraniec wsi, trzymany ciągle przez Niemców. Ruszył zaraz do ataku 2 szwadron, opanowując folwark i park, zaś bateria ścigała pociskami wycofującego się na południowy wschód nieprzyjaciela.
Niemcy nie zrezygnowali jednak tak łatwo z Brochowa. Ogień ich artylerii objął swym zasięgiem wieś opanowaną w końcu w całości przez Polaków.
Wysokie wieże kościoła w Brochowie stanowiły znakomite punkty obserwacyjne. Dopiero stamtąd widać było, że kto miał wieś, ten kontrolował dojście do krańcowych zachodnich połaci Puszczy Kampinoskiej, i to zarówno jej południowego, jak i północnego pasma. Nic zatem dziwnego, że Niemcom tak zależało na Brochowie. Polacy, aby się tam utrzymać, musieli przerzucić przez rzekę cekaemy i działka przeciwpancerne.
Istniał pod Brochowem na Bzurze jeden drewniany, dosyć rachityczny mostek, nadwerężony już odłamkami i czasem. Po nim właśnie musiały przejść taczanki i działa. Saperzy rzucili się do kontrolowania wiązań i reperacji uszkodzeń. Niemcy także zorientowali się, w czym rzecz, toteż szybko zabrała się do mostka co najmniej bateria artylerii. Wylatywały w niebo fontanny wody i błota, fruwała darń i kawałki pni, a mostek ciągle stał nienaruszony. Nie mogło to jednak trwać w nieskończoność.
Wkrótce na brzegu pojawiła się pierwsza taczanka. Woźnica na sekundę zwolnił, a później konie z rozwianymi grzywami ruszyły pełnym galopem. Taczanka z łomotem przetoczyła się przez most, za nią druga i następne. Wszystkie oczy zwróciły się na przeprawę. Granaty padały coraz gęściej – i za mostem.
Taczanki z cekaemami przeszły wszystkie. Teraz kolej na armaty przeciwpancerne. Cel duży, łatwy do trafienia! Oto pierwsze działko. Trójka koni, woźnica z napiętymi lejcami, skupiony, pochylony do przodu. Poszła! Za nią trzy pozostałe. Już są na łące, już chowają się pod drzewami parku. Ogień na mostek ustał momentalnie. Ten pojedynek Niemcy przegrali.
W dworskim parku pojmano kilku jeńców. Nie byli to jednak żołnierze Wehrmachtu, z którymi mieli dotąd do czynienia strzelcy konni. Młodzi, wysocy, jasnowłosi, na kołnierzach dwie błyskawice. Rycerze SS. Zapytani, chętnie przyznawali: „_Ja, Leibstandarte «Adolf Hitler»_”. Pułk walczył więc z doborową jednostką.
W samą porę ściągnięto do wsi cekaemy i działka. Z wieży kościelnej meldowano o pojawieniu się czołgów i piechoty w Janowie, Brochocinie i lasku obok folwarku Wólka Aleksandrowska. Szykowało się kontrnatarcie. Artyleria nieprzyjacielska skupiła teraz swój ogień na obszar w pobliżu kościoła i zabudowań folwarku, słusznie przewidując, że tu zgrupowano konie i najpewniej sztab.
Generał Abraham, obecny cały czas, nie przeszkodził ani jednym słowem dowódcy pułku. Widząc obecną, dosyć napiętą sytuację, obiecał dostać pułkowi dodatkową baterię artylerii i z tą obietnicą odjechał.
Szwadrony szykowały się tymczasem do obrony. Okopywano cekaemy, maskowano stanowiska. Zjawił się także zapowiedziany przez generała kapitan Wiktor Olszewski, dowódca 2 baterii 7 dywizjonu artylerii konnej. Jego bateria zaczęła się wstrzeliwać, co wywołało natychmiastową ripostę niemiecką. Centrum wsi i rejon kościoła znalazły się pod gwałtowną nawałą artyleryjską. W samym Brochowie wybuchały wciąż nowe pożary, niegaszony ogień rozszerzał się na sąsiednie drewniane domy wysuszone upalnym latem i pogodną jesienią. Płomienie i gryzący dym zmuszały żołnierzy do zmiany stanowisk.
Dwanaście polskich cekaemów trzymało w szachu piechotę, nie mogło jednak powstrzymać czołgów, które zbliżały się coraz bliżej. Załogi wozów bojowych otworzyły ogień na folwark i park. Wówczas to jak taranem uderzył w czołgi ogień obydwu polskich baterii. Jeden z nich stanął natychmiast w płomieniach. Przeniesienie całego ognia armatniego na wozy pancerne spowodowało poderwanie się piechoty niemieckiej, wobec czego skierowano tam ponownie ogień 3 baterii. Precyzyjnie korygowany z wieży kościoła zmusił nieprzyjacielskie tyraliery do zalegnięcia. Tymczasem czołgi z czarnymi krzyżami, kryjąc się za zasłonami terenowymi, podeszły na 400 metrów od parku, zagrażając skrzydłu 2 szwadronu. Ale tutaj byli artylerzyści. Celny strzał armaty unieruchomił jeden z wozów. Załoga, która próbowała ratować się ucieczką, padła pod ogniem broni maszynowej. Trzy pozostałe wybrały odwrót, nie zaprzestając prowadzenia ognia. Ofiarą jego padł obsługujący karabin przeciwpancerny starszy strzelec Władysław Gąska. Doskoczył do niego porucznik Radoński i zaczął opatrywać. Gąska mówił coś słabnącym głosem. Porucznik oczekiwał przesłania do rodziny lub skargi, ale ku swojemu zdumieniu usłyszał… instrukcję obsługi karabinu przeciwpancernego! Zaprzysiężonych i przeszkolonych w ich obsłudze żołnierzy było przecież tak niewielu. Rannego odesłano szybko na tyły.
Na przedpolu pozycji bronionych przez 1 szwadron ukazało się tymczasem około dwudziestu czołgów. Szły szeroką ławą prosto na Brochów. Cała polska artyleria skupiła na nich swój ogień, w krytycznym momencie włączył się do akcji dywizjon 15 pułku ułanów skierowany tu przez generała Abrahama. Główny ciężar walki spadł teraz na armatki przeciwpancerne, którymi dowodził nieustraszony podporucznik Ignacy Bukowiecki. Celny ogień wyeliminował trzy wozy nieprzyjaciela, ale mimo strat parł on uparcie naprzód. Ruszył silny atak niemieckiej piechoty wspieranej artylerią. Ranny został starszy strzelec Jan Zet, a wkrótce potem starszy strzelec Bazyli Motłuk. Podporucznik Bukowiecki dwoił się i troił. Wymieniał obsługi, pomagał przeciągać armaty w bardziej dogodne do strzelania miejsca. Nagle i on padł rażony pociskiem z karabinu maszynowego. Brak dowódcy spowodował zamieszanie, działonowi plutonowy Bartkowiak i kapral Dyba przerwali ogień i przetoczyli Boforsy w głąb parku. Przeniesiono tam także rannego porucznika, któremu strzaskany kręgosłup sprawiał niesłychany ból. Przerwa w ogniu przeciwpancernym nie uszła uwagi nieprzyjaciela. Trzy jego czołgi przerwały się przez zaporę ogniową i wtoczyły do parku. Strzelcy 2 szwadronu zaczęli się wycofywać. Ostrzeliwali się zza konarów drzew i z murowanego spichrza folwarcznego, ale wobec pancerzy byli bezradni.
Sytuację uratowali kaprale Poznański i Ratajczak, którzy jako celowniczowie zastąpili rannych. Pod osłoną zabudowań przetoczyli armaty na nowe stanowiska i znaleźli się o niecałe sto metrów od zionących ogniem czołgów. Strzały długolufowych Boforsów z tak bliskiej odległości okazały się skuteczne: dwa wozy stanęły natychmiast w płomieniach, trzeci spiesznie rejterował. Drugi szwadron powrócił na swoje dawne pozycje, wróciły na swoje miejsce armaty.
Na odcinku bronionym przez 3 i 4 szwadrony także pojawiły się czołgi. Tutaj Polacy dysponowali jedynie karabinami przeciwpancernymi i karabinami maszynowymi z amunicją przeciwpancerną. Porucznik Groniowski rozkazał strzelcom schronić się w ruinach spalonych domów. Sam wyrwał karabin przeciwpancerny z rąk zdenerwowanego strzelca i starannie zmierzył do najbliższego czołgu, przyciskając mocno kolbę do ramienia (ta broń bardzo „kopała”). Strzał – i żadnego rezultatu. Zmierzył ponownie i znowu nic. Po trzecim strzale wóz zatrzymał się, ale jego wieża ciągle błyskała ogniem. Groniowskiego ogarnęła złość. Strzelał raz za razem, przekonany, że karabin jest widać niecelny bądź pancerz czołgu zbyt silny. W pewnym momencie czołg znieruchomiał. Podeszły do niego dwa następne, wyglądało na to, że chcą wziąć go na hol, ale ostatecznie nie odważyły się wyjść pod ogień polskich strzelców. Wycofały się, a ten nieruchomy zaprzestał ognia. Po bitwie okazało się, że wszystkie strzały z karabinu były celne, pociski bez trudu przebijały pancerną blachę, zaś cała niemiecka załoga została wybita.
Z lewej strony, tam gdzie bronił się 3 szwadron, teren był pofałdowany. Tutaj także pojawiły się czołgi, i to od razu bardzo blisko. W obawie przed kaemami polscy strzelcy rozpierzchli się między spalonymi budynkami. Dwa wozy wtoczyły się w labirynt wiejskich podwórek w poszukiwaniu celu. Zdarzyło się wówczas coś nieprawdopodobnego, jak z przygodowego filmu. We framudze, gdzie niegdyś były drzwi teraz na wpół wypalonego murowanego domku, przyczaił się podchorąży Stanisław Taylor z kilkoma strzelcami. Strzelcy uzbrojeni w granaty, Taylor z pistoletem w dłoni. Wprost na nich z chrzęstem gąsienic sunął jeden z czołgów. Zatrzymał się tuż przy framudze. Powoli uniosła się pokrywa i wychynął dowódca, chcąc zorientować się w położeniu. Ostatnie, co ujrzał w życiu, to była skupiona twarz podchorążego, który władował w niego kilka pocisków z Visa. Przez uchylony właz strzelcy wrzucili granaty ręczne. Z załogi ocalało dwóch czołgistów, jeden był ranny. Rannego władowano na plecy zdrowemu i odesłano do niewoli. Drugi wóz skrył się spiesznie za fałdą terenową. Ścigani ogniem artylerii niemieccy pancerniacy wycofali się razem z piechotą.
Przyszedł czas na chwilę oddechu. Pułkownik Królicki i rotmistrz Szacherski pod murami kościoła zebrali rannych. Leżeli tutaj przyniesieni wcześniej podporucznik Bukowiecki i dwaj celowniczowie. Miały po nich przyjechać taczanki. Zanim to jednak nastąpiło, Bukowiecki skonał, wkrótce później zmarł starszy strzelec Bazyli Motłuk. Królicki rozkazał wykopać dla nich grób tuż pod murami kościoła.
– Niechaj spoczną w tej ziemi, której tak bohatersko bronili…
W pogrzebie, mimo trwającego ostrzału, wzięło udział kilkanaście osób: poczet dowódcy pułku i obsługa Boforsów. Później, w czasie walk w głębi puszczy, na taki luksus nie można już było sobie pozwolić.
Walka wygasała. Nadchodził wieczór. Pułkownik Królicki rozkazał szwadronom, by na noc wycofały się za Bzurę. W Brochowie pozostawiono dwie placówki na newralgicznych kierunkach, przy drodze na Konary i na Janówek. Miały czerwoną rakietą sygnalizować natarcie nieprzyjaciela, niebieską – wycofywanie się. Zdawało się, że tego dnia Niemcy już nie podejmą walki. Doborowe oddziały niemieckie otrzymały wszak niezłą nauczkę. Przyznali to zresztą sami Niemcy. Dowodzący wówczas kompanią w Leibstandarte „Adolf Hitler” późniejszy generał major Waffen-SS Kurt Meyer pisał: „Polacy atakują z wielkim uporem i dają zawsze od nowa dowód, że umieją umierać. Byłoby niezgodne z prawdą, gdybyśmy chcieli odmówić męstwa tym jednostkom polskim. Walki nad Bzurą prowadzone są z wielką zawziętością i rozpaczą. Najlepsza krew polska zmieszała się z wodami rzeki”.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki