Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Odwrót znad Bzury - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 marca 2026
983 pkt
punktów Virtualo

Odwrót znad Bzury - ebook

Walki o Brochów w 1939 roku były częścią największej bitwy kampanii wrześniowej – bitwy nad Bzurą. W dniach 14–16 września w kierunku Warszawy przebijały się oddziały armii „Poznań” i „Pomorze”. O Brochów toczyły się ciężkie boje, wieś kilkakrotnie przechodziła z rąk do rąk. W czasie krwawych zmagań poległo ponad półtora tysiąca żołnierzy polskich. Niemcy również ponieśli dotkliwe straty w ludziach i sprzęcie.

Kategoria: Historia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-11-18619-4
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

UPRZEDZONE NATARCIE

Kawa­le­ria ruszyła w kie­runku Bzury 14 wrze­śnia. Pano­wała sło­neczna, bar­dzo cie­pła pogoda. Wysy­chały bagna, poziom rzeki obni­żył się znacz­nie. Pod­władni gene­rała Romana Abra­hama, choć dotkli­wie odczu­wa­jący trudy dotych­cza­so­wych walk i prze­mar­szów, byli mimo wszystko w lep­szej sytu­acji niż pie­chota, która nocami prze­mie­rzyła na wła­snych nogach ogromną odle­głość z Poznań­skiego aż do Bzury. 15 pułk Uła­nów Poznań­skich jesz­cze tego dnia opa­no­wał bez walki Bro­chów, sfor­so­waw­szy rzekę bez prze­szkód ze strony nie­przy­ja­ciela. Wkrótce jed­nak od połu­dnia zaata­ko­wał wieś bata­lion pie­choty nie­miec­kiej, wsparty czoł­gami i silną arty­le­rią. Dwa szwa­drony, które usa­do­wiły się we wsi, zmu­szone zostały do wyco­fa­nia się za Bzurę do lasu Mary­sin. Do rzeki pode­szły z kolei: 7 pułk strzel­ców kon­nych Wiel­ko­pol­skich puł­kow­nika Sta­ni­sława Kró­lic­kiego, który świet­nie spi­sał się w wal­kach pod Zbroż­kową Wolą w rejo­nie Głowna, oraz 17 pułk Uła­nów Wiel­ko­pol­skich im. Króla Bole­sława Chro­brego, dowo­dzony przez puł­kow­nika Igna­cego Kowal­czew­skiego. Około połu­dnia 7 psk zgru­po­wał się w lesie Biała Góra. W godzinę póź­niej do jego sztabu dotarł roz­kaz bojowy dowódcy Wiel­ko­pol­skiej Bry­gady Kawa­le­rii: natych­miast sfor­so­wać Bzurę i z powro­tem opa­no­wać Bro­chów. Na prawo, na wyso­ko­ści wsi Mistrze­wice, miał przejść przez Bzurę 17 pułk uła­nów.

Było dotąd spo­koj­nie, tylko od zachodu i połu­dnia docho­dził z oddali głu­chy pomruk dział. Nie­spo­dzie­wa­nie to nie­mal nie­ru­chome, prze­sy­cone słoń­cem powie­trze prze­szyły z cha­rak­te­ry­stycz­nym poszu­mem poci­ski arty­le­ryj­skie, by wybuch­nąć w lesie gdzieś za miej­scem kon­cen­tra­cji pułku. Roz­po­częła ogień nie­miecka arty­le­ria, która odtąd bez prze­rwy, choć z róż­nym natę­że­niem, miała towa­rzy­szyć dzia­ła­niom kawa­le­rzy­stów.

Strzel­com kon­nym Kró­lic­kiego skoń­czyły się mapy – sztab dys­po­no­wał tylko jedną w skali 1:300 000, mało przy­datną w tych warun­kach. Ponie­waż widok na Bro­chów i Bzurę zasła­niał nie­wielki lasek i piasz­czy­ste wznie­sie­nie z kil­koma wiej­skimi cha­tami, prze­nie­siono się wła­śnie na nie. Tam też Kró­licki zwo­łał swo­ich dowód­ców szwa­dro­nów na przed­bi­tewną odprawę.

Bro­chów był stąd widoczny jak na dłoni. Nad wsią usy­tu­owaną na nie­wiel­kim pagórku domi­no­wał zabyt­kowy kościół z dwiema wie­żami. Doj­ście do Bro­chowa prze­gra­dzała Bzura, odle­gła od wsi 600–700 metrów. Niemcy, sami nie­wi­doczni, mieli dosko­nały wgląd w pol­skie sta­no­wi­ska. Aby osią­gnąć wieś, trzeba było prze­być znaczną odle­głość po tere­nie zupeł­nie nie­osło­nię­tym. W dodatku brzeg rzeki po „pol­skiej” stro­nie był urwi­sty, zaś po prze­ciw­le­głej pła­ski, nie dający ata­ku­ją­cym żad­nej osłony. Doko­naw­szy lustra­cji terenu, puł­kow­nik wydał roz­kaz, noto­wany skrzęt­nie przez rot­mi­strza Zbi­gniewa Sza­cher­skiego.

– Pułk prze­su­nie się do Bzury z zada­niem jej sfor­so­wa­nia. Na czele pierw­szy rzut w skła­dzie pierw­szego i dru­giego szwa­dronu, armaty prze­ciw­pan­cerne i dru­żyna ceka­emów. Szwa­drony trzeci i czwarty w dru­gim rzu­cie ze szwa­dro­nem ceka­emów i dwoma dział­kami pepanc. Pierw­szym rzu­tem dowo­dzi mój zastępca major Paweł Budzik, dru­gim rot­mistrz Jan­kow­ski. Wysłać patrole na lewo i prawo w celu ubez­pie­cze­nia się i nawią­za­nia łącz­no­ści z sąsia­dami. Arty­le­ria zaj­mie sta­no­wi­ska w lasku przed nami w goto­wo­ści do otwar­cia ognia na prze­prawę i Bro­chów. Konio­wodni wrócą z końmi do lasu za nami. Będę przy pierw­szym rzu­cie. Na koń i wyko­nać!

Arty­le­ria nie­miecka strze­lała na­dal. Major Budzik, nie­ustra­szony ofi­cer tak dziel­nie wal­czący pod Zbroż­kową Wolą, wypadł kłu­sem z lasu, a za nim, wznie­ca­jąc tumany kurzu, szwa­drony roz­jeż­dża­jące się na plu­tony i sek­cje. Wszystko prze­bie­gało szybko i pre­cy­zyj­nie. Ale oto zza kolej­nej fałdy tere­no­wej wyło­nił się fol­wark Mistrze­wice i stary cmen­tarz na nie­wiel­kim wzgórku. Wła­śnie od cmen­tarza roz­sz­cze­kały się kara­biny maszy­nowe, kie­ru­jąc ogień na 1 i 2 szwa­dron. Odpo­wie­działa im zaraz pol­ska broń maszy­nowa. Ode­zwała się także nie­miecka arty­le­ria, osła­nia­jąca odwrót wła­snej pie­choty ku rzece. Spie­szeni tym­cza­sem strzelcy konni sko­kami posu­wali się w kie­runku Bzury. Ujaw­niły się liczne gniazda broni maszy­nowej w samym Bro­cho­wie. Major Budzik biegł przed tyra­lierą, pod­cią­ga­jąc pozo­sta­ją­cych w tyle. Wcale się nie krył, przed samym cmen­tarzem padł tra­fiony cel­nym poci­skiem. Nie­przy­tom­nego odnie­śli zaraz do tyłu dwaj strzelcy. Pospiesz­nie odtran­spor­to­wano go do szpi­tala w Giży­cach, gdzie, nie odzy­skaw­szy przy­tom­no­ści, zmarł. Pułk stra­cił jed­nego z naj­lep­szych ofi­cerów, zaś puł­kow­nik Kró­licki cenio­nego zastępcę. Miej­sce pole­głego zajął rot­mistrz Sza­cher­ski.

Szwa­drony tym­cza­sem opa­no­wały dwór i cmen­tarz – jak się oka­zało, stary nie­miecki cmen­tarz z I wojny świa­to­wej. Był stąd zna­ko­mity wgląd na prze­ciw­le­gły brzeg Bzury i cały nie­mal Bro­chów. Na naj­wy­żej wznie­sio­nym punk­cie cmen­tarza ulo­ko­wał się natych­miast obser­wa­tor arty­le­ryj­ski (arty­le­ria wła­sna z braku map nie mogła dotąd pro­wa­dzić ognia). Nad­bie­gli tele­fo­ni­ści. Wszystko szło spraw­nie i gdyby nie ranni i zabici, wyda­wa­łoby się, że to ćwi­cze­nia.

– Rot­mistrz Jan­kow­ski do mnie! – zawo­łał Kró­licki, który zdą­żył zain­sta­lo­wać już swoje sta­no­wi­sko dowo­dze­nia na cmen­ta­rzu. Dowódca szwa­dronu ckm zja­wił się nie­mal natych­miast.

– Niech pan ustawi wszyst­kie dwa­na­ście ceka­emów i cztery armaty prze­ciw­pan­cerne na dogod­nych sta­no­wi­skach i weź­mie pod ogień Bro­chów, tylko szybko! Broń maszy­nowa pozo­sta­nie tutaj do czasu zdo­by­cia wsi.

– Roz­kaz, panie puł­kow­niku!

Arty­le­ria pol­ska roz­po­częła wstrze­li­wa­nie się, wkrótce poci­ski tra­fiły w wieś, wznie­ca­jąc w niej pożary. Kró­licki wezwał do sie­bie porucz­nika Gro­niow­skiego, dowo­dzą­cego 4 szwa­dro­nem, i porucz­nika Kacz­marka, dowódcę 3 szwa­dronu. Powró­cił także rot­mistrz Jan­kow­ski. Bez zbęd­nych wstę­pów puł­kow­nik roz­ka­zał:

– Natar­ciem na Bro­chów dowo­dzę oso­bi­ście. Drugi szwa­dron ude­rza na park i fol­wark, czwarty szwa­dron na kościół, trzeci szwa­dron na pół­nocny skraj wsi. Pierw­szy szwa­dron posu­wać się będzie na prawo od dru­giego. Zająć sta­no­wi­ska nad brze­giem rzeki, sygnał do ataku: ogień naszych ceka­emów i dzia­łek. Pyta­nia są?

Nie było. Dowódcy roz­bie­gli się do swo­ich pod­od­dzia­łów, tym chęt­niej, że cmen­tarz okła­dało coraz wię­cej poci­sków arty­le­ryj­skich. Widać Niemcy domy­ślili się, gdzie może znaj­do­wać się koor­dy­na­tor ognia arty­le­ryj­skiego. Śmier­działo tro­ty­lem, wyla­ty­wały w powie­trze krzewy bzu, kamie­nie i ludz­kie szczątki z roz­bi­tych mogił.

Teraz trzeba było zadbać o skrzy­dła. Na szczę­ście na prawo poja­wił się 17 pułk uła­nów. Nie udało mu się wpraw­dzie sfor­so­wać rzeki, nie­mniej zwią­zał nie­przy­ja­ciela w naj­go­ręt­szym momen­cie. Ode­zwała się wresz­cie salwa dwu­na­stu pol­skich ceka­emów i natar­cie ruszyło.

Strzelcy z urwi­stego brzegu jed­nym sko­kiem rzu­cali się do rzeki i brnęli przez nią z kara­bi­nami unie­sio­nymi nad głową. Niemcy, zasko­czeni tem­pem dzia­ła­nia Pola­ków, dopiero po sfor­so­wa­niu przez nich Bzury prze­nie­śli na pie­chotę ogień ceka­emów i dział. Ale jedy­nym rezul­ta­tem był jesz­cze szyb­szy ruch pol­skich tyra­lier. Natar­cie prze­bie­gało spraw­nie. Tylko 1 i 2 szwa­dro­nom nie wio­dło się tak dobrze. Miały przed sobą zupeł­nie odkryty teren: żwi­ro­wi­sko poza­le­wowe i łąkę bez żad­nych natu­ral­nych osłon, nic więc dziw­nego, że nie­przy­ja­ciel sku­pił na nich więk­szość swo­ich środ­ków ognio­wych.

Nie­spo­dzie­wa­nie zja­wił się u dowódcy pułku dowódca kom­pa­nii war­tow­ni­czej z Gru­dzią­dza, przy­słany tu przez dowódcę bry­gady. Kró­licki skie­ro­wał tę kom­pa­nię, by wzmoc­niła 1 i 2 szwa­drony, któ­rych strzelcy zale­gli 250 metrów od wsi i zaczęli się szybko oko­py­wać.

Nagle Niemcy prze­nie­śli cały swój ogień na prze­ciw­le­gły brzeg. Poja­wił się tam bowiem jeź­dziec na bia­łym koniu. Żoł­nie­rze zaraz roz­po­znali dobrze sobie znaną syl­wetkę gene­rała Abra­hama. Jechał wolno, lustro­wał sta­no­wi­ska ceka­emów, dawał jakieś wska­zówki. Zie­mia aż goto­wała się wokół niego, ale żaden pocisk nie tra­fił. Zde­ner­wo­wany puł­kow­nik Kró­licki kazał trę­ba­czowi zagrać sygnał „z koni”, ale i to nie pomo­gło. Dopiero w pobliżu cmen­ta­rza gene­rał zsiadł bez pośpie­chu z wierz­chowca, który galo­pem popę­dził do lasku Mistrze­wice. Miał widać słab­sze nerwy od swo­jego jeźdźca.

Moment nie­uwagi nie­przy­ja­ciela wyko­rzy­stali strzelcy z 3 i 4 szwa­dronu. Mieli do wsi nie­da­leko, rzu­cili się naprzód z grom­kim „hura!”. Poszły w ruch gra­naty ręczne. Aby nie razić swo­ich, arty­le­ria prze­nio­sła ogień na połu­dniowy kra­niec wsi, trzy­many cią­gle przez Niem­ców. Ruszył zaraz do ataku 2 szwa­dron, opa­no­wu­jąc fol­wark i park, zaś bate­ria ści­gała poci­skami wyco­fu­ją­cego się na połu­dniowy wschód nie­przy­ja­ciela.

Niemcy nie zre­zy­gno­wali jed­nak tak łatwo z Bro­chowa. Ogień ich arty­le­rii objął swym zasię­giem wieś opa­no­waną w końcu w cało­ści przez Pola­ków.

Wyso­kie wieże kościoła w Bro­cho­wie sta­no­wiły zna­ko­mite punkty obser­wa­cyjne. Dopiero stam­tąd widać było, że kto miał wieś, ten kon­tro­lo­wał doj­ście do krań­co­wych zachod­nich połaci Pusz­czy Kam­pi­no­skiej, i to zarówno jej połu­dnio­wego, jak i pół­noc­nego pasma. Nic zatem dziw­nego, że Niem­com tak zale­żało na Bro­cho­wie. Polacy, aby się tam utrzy­mać, musieli prze­rzu­cić przez rzekę ceka­emy i działka prze­ciw­pan­cerne.

Ist­niał pod Bro­cho­wem na Bzu­rze jeden drew­niany, dosyć rachi­tyczny mostek, nad­we­rę­żony już odłam­kami i cza­sem. Po nim wła­śnie musiały przejść taczanki i działa. Sape­rzy rzu­cili się do kon­tro­lo­wa­nia wią­zań i repe­ra­cji uszko­dzeń. Niemcy także zorien­to­wali się, w czym rzecz, toteż szybko zabrała się do mostka co naj­mniej bate­ria arty­le­rii. Wyla­ty­wały w niebo fon­tanny wody i błota, fru­wała darń i kawałki pni, a mostek cią­gle stał nie­na­ru­szony. Nie mogło to jed­nak trwać w nie­skoń­czo­ność.

Wkrótce na brzegu poja­wiła się pierw­sza taczanka. Woź­nica na sekundę zwol­nił, a póź­niej konie z roz­wia­nymi grzy­wami ruszyły peł­nym galo­pem. Taczanka z łomo­tem prze­to­czyła się przez most, za nią druga i następne. Wszyst­kie oczy zwró­ciły się na prze­prawę. Gra­naty padały coraz gęściej – i za mostem.

Taczanki z ceka­emami prze­szły wszyst­kie. Teraz kolej na armaty prze­ciw­pan­cerne. Cel duży, łatwy do tra­fie­nia! Oto pierw­sze działko. Trójka koni, woź­nica z napię­tymi lej­cami, sku­piony, pochy­lony do przodu. Poszła! Za nią trzy pozo­stałe. Już są na łące, już cho­wają się pod drze­wami parku. Ogień na mostek ustał momen­tal­nie. Ten poje­dy­nek Niemcy prze­grali.

W dwor­skim parku poj­mano kilku jeń­ców. Nie byli to jed­nak żoł­nie­rze Wehr­machtu, z któ­rymi mieli dotąd do czy­nie­nia strzelcy konni. Mło­dzi, wysocy, jasno­włosi, na koł­nier­zach dwie bły­ska­wice. Ryce­rze SS. Zapy­tani, chęt­nie przy­zna­wali: „_Ja, Leib­stan­darte «Adolf Hitler»_”. Pułk wal­czył więc z dobo­rową jed­nostką.

W samą porę ścią­gnięto do wsi ceka­emy i działka. Z wieży kościel­nej mel­do­wano o poja­wie­niu się czoł­gów i pie­choty w Jano­wie, Bro­cho­ci­nie i lasku obok fol­warku Wólka Alek­san­drow­ska. Szy­ko­wało się kontr­na­tar­cie. Arty­le­ria nie­przy­ja­ciel­ska sku­piła teraz swój ogień na obszar w pobliżu kościoła i zabu­do­wań fol­warku, słusz­nie prze­wi­du­jąc, że tu zgru­po­wano konie i naj­pew­niej sztab.

Gene­rał Abra­ham, obecny cały czas, nie prze­szko­dził ani jed­nym sło­wem dowódcy pułku. Widząc obecną, dosyć napiętą sytu­ację, obie­cał dostać puł­kowi dodat­kową bate­rię arty­le­rii i z tą obiet­nicą odje­chał.

Szwa­drony szy­ko­wały się tym­cza­sem do obrony. Oko­py­wano ceka­emy, masko­wano sta­no­wi­ska. Zja­wił się także zapo­wie­dziany przez gene­rała kapi­tan Wik­tor Olszew­ski, dowódca 2 bate­rii 7 dywi­zjonu arty­le­rii kon­nej. Jego bate­ria zaczęła się wstrze­li­wać, co wywo­łało natych­mia­stową ripo­stę nie­miecką. Cen­trum wsi i rejon kościoła zna­la­zły się pod gwał­towną nawałą arty­le­ryj­ską. W samym Bro­cho­wie wybu­chały wciąż nowe pożary, nie­ga­szony ogień roz­sze­rzał się na sąsied­nie drew­niane domy wysu­szone upal­nym latem i pogodną jesie­nią. Pło­mie­nie i gry­zący dym zmu­szały żoł­nie­rzy do zmiany sta­no­wisk.

Dwa­na­ście pol­skich ceka­emów trzy­mało w sza­chu pie­chotę, nie mogło jed­nak powstrzy­mać czoł­gów, które zbli­żały się coraz bli­żej. Załogi wozów bojo­wych otwo­rzyły ogień na fol­wark i park. Wów­czas to jak tara­nem ude­rzył w czołgi ogień oby­dwu pol­skich bate­rii. Jeden z nich sta­nął natych­miast w pło­mie­niach. Prze­nie­sie­nie całego ognia armat­niego na wozy pan­cerne spo­wo­do­wało pode­rwa­nie się pie­choty nie­miec­kiej, wobec czego skie­ro­wano tam ponow­nie ogień 3 bate­rii. Pre­cy­zyj­nie kory­go­wany z wieży kościoła zmu­sił nie­przy­ja­ciel­skie tyra­liery do zale­gnię­cia. Tym­cza­sem czołgi z czar­nymi krzy­żami, kry­jąc się za zasło­nami tere­no­wymi, pode­szły na 400 metrów od parku, zagra­ża­jąc skrzy­dłu 2 szwa­dronu. Ale tutaj byli arty­le­rzy­ści. Celny strzał armaty unie­ru­cho­mił jeden z wozów. Załoga, która pró­bo­wała rato­wać się ucieczką, padła pod ogniem broni maszy­no­wej. Trzy pozo­stałe wybrały odwrót, nie zaprze­sta­jąc pro­wa­dze­nia ognia. Ofiarą jego padł obsłu­gu­jący kara­bin prze­ciw­pan­cerny star­szy strze­lec Wła­dy­sław Gąska. Dosko­czył do niego porucz­nik Radoń­ski i zaczął opa­try­wać. Gąska mówił coś słab­ną­cym gło­sem. Porucz­nik ocze­ki­wał prze­sła­nia do rodziny lub skargi, ale ku swo­jemu zdu­mie­niu usły­szał… instruk­cję obsługi kara­binu przeciwpan­cernego! Zaprzy­się­żo­nych i prze­szko­lo­nych w ich obsłu­dze żoł­nie­rzy było prze­cież tak nie­wielu. Ran­nego ode­słano szybko na tyły.

Na przed­polu pozy­cji bro­nio­nych przez 1 szwa­dron uka­zało się tym­cza­sem około dwu­dzie­stu czoł­gów. Szły sze­roką ławą pro­sto na Bro­chów. Cała pol­ska arty­le­ria sku­piła na nich swój ogień, w kry­tycz­nym momen­cie włą­czył się do akcji dywi­zjon 15 pułku uła­nów skie­ro­wany tu przez gene­rała Abra­hama. Główny cię­żar walki spadł teraz na armatki prze­ciw­pan­cerne, któ­rymi dowo­dził nie­ustra­szony pod­po­rucz­nik Ignacy Buko­wiecki. Celny ogień wyeli­mi­no­wał trzy wozy nie­przy­ja­ciela, ale mimo strat parł on upar­cie naprzód. Ruszył silny atak nie­miec­kiej pie­choty wspie­ra­nej arty­le­rią. Ranny został star­szy strze­lec Jan Zet, a wkrótce potem star­szy strze­lec Bazyli Motłuk. Pod­po­rucz­nik Buko­wiecki dwoił się i troił. Wymie­niał obsługi, poma­gał prze­cią­gać armaty w bar­dziej dogodne do strze­la­nia miej­sca. Nagle i on padł rażony poci­skiem z kara­binu maszy­no­wego. Brak dowódcy spo­wo­do­wał zamie­sza­nie, dzia­ło­nowi plu­to­nowy Bart­ko­wiak i kapral Dyba prze­rwali ogień i prze­to­czyli Boforsy w głąb parku. Prze­nie­siono tam także ran­nego porucz­nika, któ­remu strza­skany krę­go­słup spra­wiał nie­sły­chany ból. Prze­rwa w ogniu prze­ciw­pan­cer­nym nie uszła uwagi nie­przy­ja­ciela. Trzy jego czołgi prze­rwały się przez zaporę ogniową i wto­czyły do parku. Strzelcy 2 szwa­dronu zaczęli się wyco­fy­wać. Ostrze­li­wali się zza kona­rów drzew i z muro­wa­nego spi­chrza fol­warcz­nego, ale wobec pan­ce­rzy byli bez­radni.

Sytu­ację ura­to­wali kaprale Poznań­ski i Rataj­czak, któ­rzy jako celow­ni­czo­wie zastą­pili ran­nych. Pod osłoną zabu­do­wań prze­to­czyli armaty na nowe sta­no­wi­ska i zna­leźli się o nie­całe sto metrów od zio­ną­cych ogniem czoł­gów. Strzały dłu­go­lu­fo­wych Bofor­sów z tak bli­skiej odle­gło­ści oka­zały się sku­teczne: dwa wozy sta­nęły natych­miast w pło­mie­niach, trzeci spiesz­nie rej­te­ro­wał. Drugi szwa­dron powró­cił na swoje dawne pozy­cje, wró­ciły na swoje miej­sce armaty.

Na odcinku bro­nio­nym przez 3 i 4 szwa­drony także poja­wiły się czołgi. Tutaj Polacy dys­po­no­wali jedy­nie kara­bi­nami prze­ciw­pan­cer­nymi i kara­bi­nami maszy­no­wymi z amu­ni­cją prze­ciw­pan­cerną. Porucz­nik Gro­niow­ski roz­ka­zał strzel­com schro­nić się w ruinach spa­lo­nych domów. Sam wyrwał kara­bin prze­ciw­pan­cerny z rąk zde­ner­wo­wa­nego strzelca i sta­ran­nie zmie­rzył do naj­bliż­szego czołgu, przy­ci­ska­jąc mocno kolbę do ramie­nia (ta broń bar­dzo „kopała”). Strzał – i żad­nego rezul­tatu. Zmie­rzył ponow­nie i znowu nic. Po trze­cim strzale wóz zatrzy­mał się, ale jego wieża cią­gle bły­skała ogniem. Gro­niow­skiego ogar­nęła złość. Strze­lał raz za razem, prze­ko­nany, że kara­bin jest widać nie­celny bądź pan­cerz czołgu zbyt silny. W pew­nym momen­cie czołg znie­ru­cho­miał. Pode­szły do niego dwa następne, wyglą­dało na to, że chcą wziąć go na hol, ale osta­tecz­nie nie odwa­żyły się wyjść pod ogień pol­skich strzel­ców. Wyco­fały się, a ten nie­ru­chomy zaprze­stał ognia. Po bitwie oka­zało się, że wszyst­kie strzały z kara­binu były celne, poci­ski bez trudu prze­bi­jały pan­cerną bla­chę, zaś cała nie­miecka załoga została wybita.

Z lewej strony, tam gdzie bro­nił się 3 szwa­dron, teren był pofał­do­wany. Tutaj także poja­wiły się czołgi, i to od razu bar­dzo bli­sko. W oba­wie przed kaemami pol­scy strzelcy roz­pierz­chli się mię­dzy spa­lo­nymi budyn­kami. Dwa wozy wto­czyły się w labi­rynt wiej­skich podwó­rek w poszu­ki­wa­niu celu. Zda­rzyło się wów­czas coś nie­praw­do­po­dob­nego, jak z przy­go­do­wego filmu. We fra­mu­dze, gdzie nie­gdyś były drzwi teraz na wpół wypa­lo­nego muro­wa­nego domku, przy­czaił się pod­cho­rąży Sta­ni­sław Tay­lor z kil­koma strzel­cami. Strzelcy uzbro­jeni w gra­naty, Tay­lor z pisto­le­tem w dłoni. Wprost na nich z chrzę­stem gąsie­nic sunął jeden z czoł­gów. Zatrzy­mał się tuż przy fra­mu­dze. Powoli unio­sła się pokrywa i wychy­nął dowódca, chcąc zorien­to­wać się w poło­że­niu. Ostat­nie, co ujrzał w życiu, to była sku­piona twarz pod­cho­rą­żego, który wła­do­wał w niego kilka poci­sków z Visa. Przez uchy­lony właz strzelcy wrzu­cili gra­naty ręczne. Z załogi oca­lało dwóch czoł­gi­stów, jeden był ranny. Ran­nego wła­do­wano na plecy zdro­wemu i ode­słano do nie­woli. Drugi wóz skrył się spiesz­nie za fałdą tere­nową. Ści­gani ogniem arty­le­rii nie­mieccy pan­cer­niacy wyco­fali się razem z pie­chotą.

Przy­szedł czas na chwilę odde­chu. Puł­kow­nik Kró­licki i rot­mistrz Sza­cher­ski pod murami kościoła zebrali ran­nych. Leżeli tutaj przy­nie­sieni wcze­śniej pod­po­rucz­nik Buko­wiecki i dwaj celow­ni­czo­wie. Miały po nich przy­je­chać taczanki. Zanim to jed­nak nastą­piło, Buko­wiecki sko­nał, wkrótce póź­niej zmarł star­szy strze­lec Bazyli Motłuk. Kró­licki roz­ka­zał wyko­pać dla nich grób tuż pod murami kościoła.

– Nie­chaj spo­czną w tej ziemi, któ­rej tak boha­ter­sko bro­nili…

W pogrze­bie, mimo trwa­ją­cego ostrzału, wzięło udział kil­ka­na­ście osób: poczet dowódcy pułku i obsługa Bofor­sów. Póź­niej, w cza­sie walk w głębi pusz­czy, na taki luk­sus nie można już było sobie pozwo­lić.

Walka wyga­sała. Nad­cho­dził wie­czór. Puł­kow­nik Kró­licki roz­ka­zał szwa­dro­nom, by na noc wyco­fały się za Bzurę. W Bro­cho­wie pozo­sta­wiono dwie pla­cówki na new­ral­gicz­nych kie­run­kach, przy dro­dze na Konary i na Janó­wek. Miały czer­woną rakietą sygna­li­zo­wać natar­cie nie­przy­ja­ciela, nie­bie­ską – wyco­fy­wa­nie się. Zda­wało się, że tego dnia Niemcy już nie podejmą walki. Dobo­rowe oddziały nie­miec­kie otrzy­mały wszak nie­złą nauczkę. Przy­znali to zresztą sami Niemcy. Dowo­dzący wów­czas kom­pa­nią w Leib­stan­darte „Adolf Hitler” póź­niej­szy gene­rał major Waf­fen-SS Kurt Meyer pisał: „Polacy ata­kują z wiel­kim upo­rem i dają zawsze od nowa dowód, że umieją umie­rać. Byłoby nie­zgodne z prawdą, gdy­by­śmy chcieli odmó­wić męstwa tym jed­nost­kom pol­skim. Walki nad Bzurą pro­wa­dzone są z wielką zawzię­to­ścią i roz­pa­czą. Naj­lep­sza krew pol­ska zmie­szała się z wodami rzeki”.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij