Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Ofiara - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
15 grudnia 2025
2804 pkt
punktów Virtualo

Ofiara - ebook

Czy odważyć się zaufać swojemu szóstemu zmysłowi?

Szesnastoletnia Wilma wyjeżdża na roczną wymianę do słonecznej Florydy. Czeka tam na nią wszystko, o czym marzyła – złote plaże, ogromny dom z basenem, amerykańska szkoła średnia i imprezy, które do tej pory znała tylko z filmów. To miał być najlepszy rok jej życia. Jednak rzeczywistość szybko okazuje się inna niż w kolorowych broszurach turystycznych. W miasteczku znika dziewczyna, a Wilma zaczyna podejrzewać, że w jej cieniu kryje się ktoś bardzo niebezpieczny. Dziewczyna ma dziwne przeczucia….ale czy to tylko wyobraźnia, czy naprawdę drapieżnik czai się bliżej, niż sądzi?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Young Adult
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-291-0213-1
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1. STONEROWIE

_– Zachowuj się grzecznie – powiedziała mi rok temu mama, kiedy rozstawałyśmy się na lotnisku._

_– I rób, co ci każą – dodałam._

_Uśmiechnęłyśmy się do siebie z pewnym zażenowaniem, ale myślę o tym od tamtej pory. Myślę o tym też teraz, siedząc tu i czekając w pokoiku bez okien._

_„Zachowuj się grzecznie”._

_„Rób, co ci każą”._

_Teraz robię to, co mi każą. Właściwie nie mam wyboru. Zachowuję się grzecznie i odpowiadam: „Yes ma’am” i „No ma’am”, kiedy ktoś mnie o coś pyta. Ale tak naprawdę to nie moja natura. Przywykłam do tego, że jestem silna, że mam własne zdanie, że ufam swoim instynktom i ocenie._

_Gdy wczoraj zdzwoniłyśmy się z mamą, ona płakała. Szlochała. Od wielu lat nie słyszałam jej płaczu. W sumie od śmierci ojczyma._

_– Kiedy ty w ogóle wrócisz do domu? – spytała._

_Wyobraziłam sobie dzielące nas osiem tysięcy kilometrów jako długi, postrzępiony sznur, który wkrótce się zerwie. Powiedziałam jej, by się nie martwiła. Że wszystko się jakoś ułoży._

_– Ale kiedy? – spytała tuż przed tym, jak połączenie przerwano. – Jak?!_

I tyle. Chciałabym móc to wyjaśnić, żeby i ona, i wszyscy inni wszystko zrozumieli. Spróbuję to teraz zrobić.

Nie chcę kłamać: w dniu, w którym przyleciałam do Miami, nie przeczuwałam żadnego niebezpieczeństwa. Byłam ciekawa, niemal w euforii. Wreszcie stoję u wrót świata większego niż małe, zachodniozelandzkie miasteczko, w którym się wychowałam.

Jeśli zamkniesz oczy, na pewno to sobie wyobrazisz: motyle w brzuchu, szum samolotu, unoszący się na jego pokładzie zapach kawy i stewardzi oraz stewardesy kręcący się wśród pasażerów ze swoimi wózkami. Rozmowy obcych ludzi w rzędach przede mną i za mną. Moja twarz, przyciśnięta do okna samolotu, i ja, wyglądająca na wszystko to, o czym marzyłam: lazurowobłękitne morze, złotą linię brzegową, pas neonowozielonych palm. A za nimi wieżowce – wielkie i mieniące się jak diamenty.

Obok mnie siedzi starsza, siwowłosa pani. Zasnęła, gdy startowaliśmy z lotniska JFK, ale teraz już nie śpi i pyta mnie, czy podróżuję sama.

– Wyglądasz na bardzo młodziutką.

Odpowiadam jej, że mam prawie siedemnaście lat i że będę chodzić do szkoły i mieszkać u amerykańskiej rodziny w małym miasteczku na wybrzeżu.

– _Oh my! _– wykrzykuje. – Jaka przygoda! Cóż za odwaga! – A potem się śmieje, a ja śmieję się z nią i myślę: „Tak! To będzie właśnie długa przygoda”.

– Jesteś Szwedką? – pyta.

– Pochodzę z Danii.

– Ach, no tak, teraz widzę – odpowiada. – Rude włosy. Wikińska krew!

Potem marszczy czoło.

– Dlaczego jedziesz aż na Florydę? Myślałam, że Wikingowie czują się najlepiej na chłodnej północy.

– W sumie lubimy wyruszać w świat, żeby plądrować i zabijać.

Moja odpowiedź sprawia, że kobieta wytrzeszcza małe, bladoniebieskie oczy i wybucha głośnym śmiechem.

– Ojej, aleś ty groźna!

Kapitan informuje przez głośnik, że podchodzimy do lądowania. Nawija dalej, że na Florydzie odnotowano trzydzieści siedem słonecznych dni z rzędu i że dziś jest kolejny z nich. Wzdłuż rzędów siedzeń przechodzą stewardesy, zbierając puste kubeczki po kawie i paczki po słodyczach.

– Proszę zapiąć pas – upomina mnie jedna, wskazując na mój brzuch.

Robię to, o co mnie prosi. Pas startowy pojawia się pośród krajobrazu jak długi, szary język. To już. Zaraz nas pochłonie.

Po opuszczeniu samolotu zaczyna się długa wędrówka do strefy z taśmami bagażowymi. Gdy włączam telefon, przychodzi wiadomość od Benedicte. Benedicte jest duńskoamerykańską pośredniczką dla wszystkich uczniów z wymiany z Danii. Poznałam ją na spotkaniu informacyjnym o wymianach ze Stanami Zjednoczonymi. A potem spotkałam znów podczas obozu przygotowawczego w Nowym Jorku. Jej zadaniem jest upewnienie się, że wszyscy bezpiecznie trafimy do nowych rodzin. Jesteśmy jak stadko małych, popiskujących kurczaczków, które Benedicte rozdziela po gniazdach w całych Stanach. Dla kogoś takiego jak ona to praca idealna. Benedicte ma blisko czterdzieści lat, jest energiczna i zachowuje się jak kierowniczka obozu bejsbolowego dla sierot: przytula nas, pokrzykuje i udziela nam życiowych rad. Benedicte jest kwoką w najlepszym znaczeniu tego słowa.

Nie potrafię się powstrzymać od porównywania ludzi do zwierząt. Istnieje około dwóch milionów gatunków zwierząt, więc jest z czego wybierać. Ja na przykład urodziłam się jako kot: jestem odrobinę nieśmiała, nawet wobec ludzi, których dobrze znam, i nieco zbyt niezależna jak na gust niektórych. Moja mama jest labradorem: dominuje u niej ufność. Ale dobrze nam się żyło razem – psu z kotem – przez ostatnich szesnaście lat. Tata jest przezroczystą meduzą w bezkresnym oceanie. Nigdy go nie poznałam, bo dał nogę przed moim urodzeniem. Mój ojczym był hieną, ale to już inna historia. Zachowamy ją na później.

„Mam nadzieję, że lot udany – pisze Benedicte. – Zgodnie z umową, nowa rodzina czeka na Ciebie w hali przylotów. Mają dużą tabliczkę z Twoim imieniem. _No worries,_ z łatwością się znajdziecie!”.

Wysyłam Benedicte uniesiony kciuk.

Przed wyjazdem wymieniłam kilka mejli z córką gospodarzy. Ma na imię Rebecca i jest w moim wieku. Jeden jedyny raz udało jej się też zebrać całą moją nową rodzinę na spotkanie na Skypie. Czworo członków rodziny Stonerów stłoczyło się przed kamerką i wlepiło wzrok w obiektyw z nieporuszoną koncentracją, jakby znajdowali się u fotografa i pozowali do zdjęć paszportowych.

Rebecca i jej mama są wysokie, opalone i silne. Wyglądają jak eleganckie gazele, jedna duża, druga trochę mniejsza. Widzę je w biegu – w sprincie. Nigdy nie byłabym w stanie za nimi nadążyć.

Mój nowy tymczasowy tata, pan Stoner, trzymał czapkę z daszkiem, której używał do wachlowania twarzy, ilekroć pot zaczynał spływać mu po skroniach. Nie potrafiłam odgadnąć, jakim jest zwierzęciem. Próbowałam nawet wyobrażać sobie różne gatunki zwierząt, podczas gdy on opowiadał, że tego dnia jest u nich osiemdziesiąt pięć stopni Fahrenheita. Może jest gorylem? Lwem? Nie. Ale mówił z akcentem, jakby wychował się w Teksasie.

Rebecca napisała w jednym z mejli, że mój tymczasowy tata jest strażnikiem w rezerwacie przyrody. I rzeczywiście wygląda na kogoś, kto bez problemu potrafi posługiwać się piłą łańcuchową.

Mój tymczasowy brat musiał się trochę schylić, żeby znaleźć się na ekranie. Gdy się dowiedziałam, że będę mieszkać z osiemnastoletnim, amerykańskim facetem o imieniu Jamie, od razu wyobraziłam sobie głupiego, dobrze zbudowanego futbolistę. Albo może kogoś w typie surfera z jasnymi od słońca włosami i lśniącymi, niebieskimi oczami. Ale prawdziwy Jamie był ciemnowłosy i tyczkowaty, wręcz chuderlawy, a fryzurę miał rozwichrzoną – i to nie w fajnym sensie. Jego włosy wyglądały, jakby nie chciało mu się ich ułożyć. Był panterą, co do tego nie miałam wątpliwości. Ale taką szczególną: bladą jak brzuch ryby, co, jeśli mieszka się w słonecznym stanie, musiało wymagać trwającej wiele godzin zabawy w chowanego ze słońcem.

_Tamtego dnia pierwszy raz spojrzałam w oczy Jamiego. Były ciemne i smutnawe, ale to nie wszystko. Widziałam w nich coś, czego wtedy nie potrafiłam nazwać. Spotkać to spojrzenie to jak zostać zahipnotyzowaną, by zrobić coś bardzo niebezpiecznego. Na przykład stanąć na moście i wpatrywać się w nieokiełznany nurt rzeki, pędzącej głęboko pod tobą i nagle nabrać ochoty, by się do niej rzucić. Na główkę. Bez kamizelki ratunkowej. Ale zanim zdążyliśmy się do siebie odezwać, Jamie zniknął z pola widzenia kamerki i pospiesznie się oddalił._

Odbieram walizkę na kółkach z jednej z licznych taśm bagażowych. Bardzo tu tłumnie, ale w przeciwieństwie do Nowego Jorku, gdzie wszyscy się spieszą i są elegancko ubrani, tutaj panuje luz, zarówno w stroju, jak i w tempie życia. Większość przechadza się w klapkach i szortach, jakby dopiero wrócili z wakacji. Nawet głos w głośniku brzmi leniwie i ospale, ogłaszając swoje: „Ostatnie wezwanie dla państwa Wilson na lot 705 na Hawaje”.

Po opuszczeniu strefy bagażowej, minięciu odprawy celnej i wyjściu przez duże szklane drzwi od razu dostrzegam tabliczkę ze swoim imieniem, którą Rebecca i moja tymczasowa mama trzymają między sobą. Tabliczka podskakuje w górę i w dół oraz na boki, jakby były ulicznymi sprzedawcami lub cheerleaderkami. Przez chwilę kręci mi się w głowie od patrzenia na roztańczone literki, układające się w moje imię oraz słowa:

WELCOME WILMA - OUR NEW DAUGHTER & SISTER!

Rebecca ubrana jest na sportowo; nosi kredowobiałe tenisówki i różowy T-shirt z napisem _Go Girls!_ włożony do środka dżinsowej spódniczki. Pani Stoner ma na sobie białą sukienkę bez rękawów, która wygląda na zarazem praktyczną i elegancką. W ich obecności czuję się pomięta i brudna w swoich obciętych dżinsowych szortach i T-shircie śmierdzącym w wyniku wielogodzinnej podróży. Splątane włosy zebrałam w węzeł, ale i tak czuję pot spływający mi po karku, gdy ciągnę w ich stronę walizkę.

– Cześć, nowa siostro! – Rebecca ściska mnie mocno, jakby postanowiła zignorować fakt, że jesteśmy sobie zupełnie obce i że śmierdzę.

– Twoja nowa mama też chciałaby cię uściskać – mówi pani Stoner. – Możesz się do mnie zwracać po prostu Marianna.

– Marianna – powtarzam, podczas gdy się obejmujemy – szybko i uprzejmie; obie pachną czysto i delikatnie – kokosem.

– Mój mąż jest w pracy, więc poznasz go dopiero w domu – oznajmia Marianna.

– A Jamiego po prostu nie ma – dodaje Rebecca. – Nikt nie wie dlaczego.

– Skąd, dobrze to wiemy. Jamie jest na zajęciach teatralnych – poprawia ją Marianna, a Rebecca przewraca oczami, patrząc na mnie.

– Ty też na pewno znajdziesz sobie ciekawe zajęcia po szkole – ciągnie pani Stoner. – Można wybierać między cheerleadingiem, siatkówką, lekkoatletyką… i szachami.

– Szachami? Mamo, błagam – mówi Rebecca.

– No to klubem dyskusyjnym.

– Mamo, daj spokój. Niech Wilma wybierze sama.

– Klub dyskusyjny brzmi bardzo ciekawie – stwierdzam.

Marianna się śmieje i szczypie córkę w talii.

– Sama widzisz, kochanie, że mama wie, o czym mówi.

Tuż przy wyjściu mijamy KFC. Bucha stamtąd zapach frytury i Marianna przystaje i kładzie mi rękę na ramieniu.

– Wilmo, jesteś głodna?

– Nie, dziękuję. Jadłam w samolocie. – Po chwili wahania dodaję: – Poza tym nie przepadam za mięsem.

– Nie przepadasz za mięsem? – Pani Stoner mruga oszołomiona.

– Właściwie staram się go nie jeść.

– Czyli jesteś wegetarianką?

– Chyba można tak powiedzieć.

– Zdaje się, że tego nie było w twoich papierach?!

Marianna sprawia wrażenie roztrzęsionej, co, prawdę mówiąc, wydaje mi się przesadą. Przecież to tylko jedzenie – bez mięsa.

Wychodzimy na parking, gdzie gorący powiew powietrza uderza w nas jak podmuch z suszarki do włosów. Niebo jest intensywnie niebieskie; spoglądam w górę, wciągam suche, gorące powietrze wielkimi haustami i łykam je, jakby było darmowym shakiem mlecznym. Wsiadamy do kombi Marianny i opuszczamy teren lotniska. Siedzę z Rebeccą na tylnym siedzeniu. Wymieniamy się numerami telefonów, a ona od razu zaczyna mi wysyłać krótkie wiadomości, choć siedzimy obok siebie.

„Masz naprawdę rude włosy!”.

„Podoba mi się twój akcent”.

„Czy w Nowym Jorku byli jacyś przystojni faceci?”.

Czytam je, nie odpowiadając. Rebecca się śmieje i spogląda na mnie zagadkowo, więc zaczynam wątpić, czy naprawdę jest taka, czy tylko żartuje. Marianna włącza klimatyzację na pełny regulator i zaczyna mnie wypytywać o podróż, więc opowiadam o dniach spędzonych na obozie przygotowawczym. Potem pyta, czy kupiłam w Nowym Jorku coś fajnego.

– Nie, ale ja prawie nigdy nie chodzę na zakupy.

– Dlaczego? – wtrąca się Rebecca.

– Nigdy nie interesowały mnie ciuchy.

Wzrok Rebekki przesuwa się po moim ciele, dokonując oględzin T-shirtu i postrzępionych szortów. Gdy spotyka moje spojrzenie, pospiesznie się uśmiecha.

– Dałaś znać mamie, że wylądowałaś? – Marianna spogląda na mnie w lusterku wstecznym.

– Jeszcze nie.

– Wilmo – mówi z lekkim wyrzutem w głosie. – Wprawdzie tu jesteśmy twoją rodziną, ale nie chcemy, by twoja mama w Danii się niepokoiła, prawda?

– Oczywiście – mówię i zabieram się do pisania wiadomości do mamy, choć umówiłyśmy się, że spróbujemy nie kontaktować się zbyt często, bo to część koncepcji mojego roku w Stanach: mam stanąć na własnych nogach.

Mama ma zrobić to samo. Wypowiedziałyśmy nawet naszą umowę na głos: spróbujemy przez cały czas się o siebie nie zamartwiać.

Podczas dwugodzinnej jazdy musiałam się zdrzemnąć, bo budzę się, gdy Rebecca mnie szturcha, wskazując palcem na zewnątrz i mówiąc:

– Jesteśmy na miejscu!

Prostuję się i miga mi za oknem tablica z nazwą miejscowości Neptune Beach. Na początku za oknem widać tylko pola, żółte i obfite w zboże, rozciągające się nieskończenie po horyzont. Po chwili przekraczamy tory kolejowe na przejeździe z migającymi światłami, a potem wjeżdżamy do eleganckiej dzielnicy. Na chodnikach widać joggerów, spacerowiczów z psami i dzieci w towarzystwie rodziców lub opiekunek.

Wszystko wygląda dokładnie tak, jak w katalogu, który przeglądałam zeszłego lata, kiedy musieliśmy zdecydować, który stan i okolica ma znaleźć się na naszej liście życzeń.

„Tam!” – powiedziałam wtedy do mamy, kładąc palec pośrodku strony. Przez dłuższy czas oglądała zdjęcia i czytała pełen obietnic tekst w nagłówku „Złote Wybrzeże Florydy”: piaszczyste plaże rozciągające się na ponad tysiąc dwieście kilometrów. Średnia temperatura dwadzieścia sześć stopni. Dobre szkoły, przyjaźnie na całe życie, wspaniałe parki przyrody, bogata fauna, dobrobyt społeczny i ekonomiczny. Innymi słowy: optymalne warunki do szczęśliwego życia.

„Jesteś pewna, że nie wolałabyś czegoś bliżej polityki?” – spytała mama, ponownie proponując Waszyngton.

W jej spojrzeniu dostrzegłam jakąś bezsilność. Ukłucie żalu lub smutku, że na Florydzie miałabym wszystko to, czego ona nie mogła mi dać.

„Tak – odpowiedziałam. – Jestem całkowicie pewna”.

Dom rodziny Stonerów znajduje się na Oak Street. Czuję, że w pewnym sensie już znam tę okolicę. Byłam tu wiele razy z małym żółtym ludzikiem z Google Street View. Po obu stronach ulicy rozciągają się duże wille, jedno- i dwupiętrowe, wszystkie z trawnikami tak soczyście zielonymi, że można by pomyśleć, że trawa została pofarbowana natryskowo. Na wielu z nich z okapu powiewa amerykańska flaga.

– Witaj w domu, Wilmo – mówi Marianna, gdy skręcamy na podjazd dużej, białej willi.

Gdy siedziałam w domu przed komputerem, czułam się, jakbym poruszała się po sterylnym planie filmowym. Ale przeżycie tego na żywo jest czymś zupełnie innym: wysiadam z samochodu i mrużę oczy w ostrym słońcu. Ciepły wiaterek pieści moje odkryte ramiona. Powietrze pachnie świeżo skoszoną trawą, a na werandzie domu znajduje się huśtawka, która porusza się delikatnie na wietrze, skrzypiąc. Wyobrażam sobie, jak na niej leżę, pijąc pepsi z puszki i wymachując nogami. Na trawniku włączony jest zraszacz, wydając dźwięk _czyk-czykczyk_ i rozpraszając krople wody w kolorach tęczy. Na podjeździe stoi już jeden samochód; to duży, czarny land rover z napisem WILD COW ISLAND – STRAŻ. Koła oblepione są błotem. To jedyne brudne auto w okolicy.

– Tata wrócił! – wykrzykuje Rebecca, puszcza się biegiem do drzwi i znika w domu.

Marianna i ja razem wyjmujemy torbę i walizkę. Kobieta obdarza mnie uśmiechem, gdy pokonujemy kilka schodów na werandę.

– Mam ogromną nadzieję, że będziesz miała dobry wpływ na Rebeccę – mówi i waha się przez chwilę, po czym dodaje: – Właściwie na nas wszystkich.

Nigdy nie zapomnę spojrzenia, którym obdarzyła mnie Marianna, wypowiadając te słowa. Patrzyła na mnie, jakbym była lekiem na nieuleczalną chorobę. Właśnie wtedy pierwszy raz poczułam ukłucie niepokoju. Przeczucie, że może nie wszystko jest takie piękne, jak na lśniących obrazkach z katalogu.

Na ścianach korytarza prowadzącego do salonu wisi mnóstwo rodzinnych zdjęć. Gdy je mijam, wpatrują się we mnie wszystkie twarze. Rebecca i Jamie jako dzieci z brakującymi jedynkami i niemowlęta o łysych główkach. Zdjęcie ślubne pani i pana Stonerów. Wygląda na to, że nie mieli więcej niż dwadzieścia lat, gdy mówili sobie „tak”. Po prostu para zakochanych licealistów wystrojonych w eleganckie ubrania. Jest tu też kilka zdjęć pana Stonera w pełnym stroju futbolowym – ogromnych naramiennikach, kasku – i z kolanem wspartym na zielonej murawie. Obok zdjęcie młodziutkiej Marianny noszącej tiarę i szeroką, liliową suknię bezę. Przez pierś przewieszoną ma niebieską szarfę z napisem „KRÓLOWA BALU”.

Marianna podąża za moim wzrokiem i śmieje się, lekko zażenowana.

– Tak, tak, dawne czasy!

W salonie, na podłokietniku fotela siedzi Rebecca, odwrócona do nas tyłem. Widzę za nią swojego tymczasowego tatę. Nosi czapkę z daszkiem, dostrzegam też w przelocie silne ramiona, gdy klepie Rebeccę po udzie, jakby mówił: „Dzięki za pogawędkę, córeczko”. Potem wstaje i rusza mi na spotkanie.

Od razu odnotowuję jego charakterystyczny zapach. Bardzo dyskretny, wręcz ulotny, ale go czuję. Pot i coś jeszcze, korzennego i dość ostrego. Wciąż nie doszłam do tego, jakim jest zwierzęciem, i zaczyna mnie to męczyć.

– Witaj w rodzinie, Wilmo.

– Dziękuję.

Wyciągam rękę, kiedy dzieli nas jeszcze kilka metrów. Nie przepadam za obejmowaniem się z obcymi mężczyznami i wolę się zabezpieczyć przed zakusami pana Stonera. Przez chwilę spogląda z zaskoczeniem na moją dłoń, po czym ją ściska.

– Możesz się do mnie zwracać Joseph – mówi. – Albo po prostu Joe, jeśli wolisz.

– Okej, Joe – odpowiadam, a on się uśmiecha.

Marianna staje na palcach i cmoka męża w policzek.

– Co zrobiłeś z Jamiem?

– Jeszcze nie wrócił.

Wymieniają spojrzenia, dłuższe niżby należało.

– Aha. Ale pewnie wkrótce przyjdzie!

Czuję, że Marianna wypowiada te słowa wyłącznie ze względu na mnie. Następnie proponuje, że oprowadzi mnie po domu i ogrodzie, a potem pójdziemy do kuchni zrobić kolację. Gdy Marianna zaczyna mnie oprowadzać, Rebecca znika na górze. Zaczynamy od ogrodu za domem, gdzie białe, wysokie sztachety osłaniają basen, grilla i taras z płytek.

– Rebecca i ja zaczynamy każdy dzień kąpielą – oznajmia. – Zachęcam cię do dołączenia do nas, spotykamy się przy basenie o wpół do siódmej.

– Chyba wolę dłużej pospać.

Marianna się śmieje.

– Podoba mi się twoja szczerość!

Wracamy do domu. Na parterze mieszczą się salon, kuchnia i toaleta. W korytarzu znajdują się również drzwi prowadzące bezpośrednio do dużego garażu, którego, jak informuje pani domu, Joseph używa jako warsztatu. Marianna uchyla drzwi; w środku panuje ciemność, ale i tak widzę zarys kilku regałów i wyczuwam ostry zapach, może amoniaku. Gdy zapala światło i pokój staje się widoczny, przeszywa mnie dreszcz. Z sufitu zwieszają się cztery masywne, lśniące srebrno haki, a pod nimi mieści się duża, kwadratowa kratka. Wzdłuż jednej ze ścian, tam, gdzie nie ma regałów, stoi podłużny stół z ciemnymi, nierównymi plamami: krew.

To nie jest warsztat.

To jest rzeźnia.

Czuję, jak Marianna podąża za moim wzrokiem.

– Joseph czasami poluje… – wyjaśnia niepewnie. – Ale niezbyt często.

Na górze pokazuje mi dużą łazienkę z wanną i różowymi kafelkami oraz cztery pokoje, mieszczące się obok siebie na długim korytarzu: najpierw otwiera drzwi do pokoju Jamiego, potem Rebekki, a na końcu do mojego – pokoju gościnnego. Ostatnich drzwi nie otwiera, tylko stuka w drewno paznokciami i uśmiecha się.

– Tutaj śpimy Joseph i ja.

O wpół do szóstej zaczynamy przygotowywać posiłek. Czuję się do reszty wyczerpana i najchętniej bym zasnęła lub spędziła kilka godzin sama, żeby przetrawić wszystkie nowe wrażenia. Ale pomimo całej tej gadki o rodzinie dobrze wiem, że wciąż jestem tu tylko gościem. A od gości się oczekuje, że będą się zachowywać w określony sposób. Przynajmniej dopóki nie poznamy się lepiej.

Przygotowujemy danie, które Marianna nazywa _buffalo chicken_. Składa się ono ze skrzydełek kurczaka unurzanych w roztopionym maśle i pieprzu cayenne, a do tego podaje się dip z sera pleśniowego i ziemniaczane purée z cheddarem.

– Mamy też kukurydzę i ogórki – mówi Marianna. – I… eee, kalafior.

Sprawia wrażenie nieco zdezorientowanej, gdy wyciąga produkty z lodówki.

– Szkoda, że mnie nie uprzedziłaś, że nie jesz mięsa. Mielibyśmy w domu jakąś alternatywę – mówi.

– Ależ ja nie potrzebuję żadnego specjalnego jedzenia – odpowiadam szybko. – Jem wszystko oprócz mięsa.

– Tak, ale chcielibyśmy ci sprawić przyjemność, bo to przecież twoja kolacja powitalna.

W głosie Marianny pobrzmiewa pretensja i dobrze ją rozumiem. Właśnie dlatego nie zaznaczyłam pola „specjalne wymagania dietetyczne” w kwestionariuszu z biura. Można było wybrać „koszerne, wegetariańskie, halal, bezglutenowe, nietolerancja laktozy”. Ale wydawało mi się, że jeśli coś takiego zaznaczę, to mogę nie zostać wybrana, bo to zbyt kłopotliwe. A ja chciałam zostać wybrana.

O wpół do siódmej siadamy do kolacji. Joseph mości się u szczytu stołu, a ja obok Rebekki, ale miejsce naprzeciw mnie, to koło Marianny, jest puste. Miejsce Jamiego. Do stołu nakrywała Rebecca; postawiła na tym miejscu talerz, ale bez szklanki na wodę i sztućców, jakby chciała zademonstrować, jak żałosne jest nakrywanie dla kogoś, kto i tak nie zamierza się pojawić.

– W naszym domu przed posiłkiem odmawiamy modlitwę – wyjaśnia Marianna. – Czy twoja mama i ty też to robicie?

– Nie.

– Na pewno z czasem się nauczysz. Zawsze się wymieniamy przy dziękczynieniu, dziś kolej Rebekki. Rebecco?

Wszyscy troje schylają głowy, brodą niemal dotykając klatki piersiowej. Potem splatają ręce i kładą przed sobą na stole. Ja też skłaniam głowę, ale nie potrafię się przemóc, żeby złożyć ręce i dziękować jakiemuś Bogu, w którego nie wierzę. Wprawdzie na spotkaniu informacyjnym przygotowano nas, że praktycznie wszystkie rodziny są wierzące i aktywne w Kościele, ale słyszeć to jedno, a doświadczyć czegoś przy kolacji to jednak coś innego.

Rebecca zaczyna szeptać: _Bless us Lord and these, Thy gifts which we are about to receive, through Thy bounty, through Christ our Lord we pray. Amen._*

– Amen – mówią jednocześnie Marianna i Joseph.

Rebecca spogląda na mnie, wciąż ze schyloną głową, po czym kopie mnie pod stołem.

– Amen – dodaję pospiesznie.

Wszyscy podnoszą głowy. Marianna prosi, żebym nałożyła sobie jedzenia. Pieczone purée ziemniaczane i warzywa smakują dobrze. Jest też bagietka czosnkowa z masłem, które spływa po palcach, gdy się ją je. Pozostali zatapiają zęby w skrzydełkach kurczaka. Prawie zapomniałam już, jak brzmi odgłos mięsa odrywanego od kości. Kojarzy mi się z odgłosem odrywania z rany starego plastra, który przykleja się do skóry.

– Wielka szkoda, że nie jesz mięsa – oznajmia Rebecca. Trzyma obiema rękami kawałek kurczaka, a jej małe palce sterczą w powietrzu. – Mama robi najlepszy _buffalo chicken_ na świecie. Na pewno nie chcesz spróbować? Może kawałeczek? – Uśmiecha się do mnie, a potem odgryza spory kęs kurczaka.

– Rebecco – upomina ją Marianna. – Wilma dokonała wyboru, który my oczywiście uszanujemy.

Zauważam, że ona i Joseph na siebie zerkają.

– Nie jesz mięsa? – pyta on w sposób, który pozwala mi się zorientować, że Marianna już mu się o to poskarżyła.

Potwierdzam i połykam nieco purée.

– Dlaczego?

– Moja mama jest weterynarzem, pewnie to zaważyło.

– Czyli obie jesteście wegetariankami? I ty, i mama?

Joseph rzuca obgryzioną kość na stertę na swoim talerzu. Rozlega się głuchy dźwięk, gdy kurczęcy gnat uderza o pozostałe.

W tej chwili poczułam, jak wszystkie spojrzenia skupiają się na mnie.

– Właściwie nie myślimy o sobie w ten sposób – tłumaczę. – Po prostu unikamy mięsa. Wydaje mi się to całkiem naturalne, bo przecież można jeść mnóstwo innych rzeczy.

– Czy to jakaś babska rzecz? – Ojciec rodziny się uśmiecha. – Wspieracie się nawzajem, żeby trzymać linię?

– Nie – odpowiadam. – W ogóle nie o to chodzi.

– A o co?

– Prawdę mówiąc, o ideologię.

– Ideologię, powiadasz?

– Tak…

Joseph zauważa moje wahanie i wykonuje zachęcający gest uniesionym w górę widelcem.

– Nie krępuj się, opowiedz nam o swojej… ideologii.

– Chodzi o kwestie moralne i etyczne – odpowiadam. – Zwierzęta nie chcą zabić mnie, więc ja też ich nie zabijam.

– Ależ chcą! – mówi Joseph. – Gdybyś nie była chroniona murami i ścianami, toby cię zabiły. To zwierzęcy instynkt.

Serce zaczyna mi bić nieco szybciej. Nie mam ochoty wdawać się w dyskusję, a już na pewno nie pierwszego wieczoru, ale nie mogę też dać za wygraną.

– Przecież krowa nie ma instynktu zabijania – oznajmiam. – Kurczak też nie.

Gdy wypowiadam ostatnie słowa, Rebecca przestaje żuć i zastyga, patrząc na mnie.

Powinnam trzymać język za zębami, ale nakręciłam się rozmową.

– Zwierzęta czują strach i ból dokładnie tak, jak ludzie, więc uważam, że jedzenie kogoś, kto czuje to samo, co ja, jest po prostu niewłaściwe.

– Aha. – Joseph bierze kolejne skrzydełko z półmiska i żuje przez pół minuty, po czym najwyraźniej znajduje odpowiedź. – Cóż, czuję, że twoim zdaniem człowiek w tym układzie jest łajdakiem.

– A niby kto? – pytam. – Ludzie są odpowiedzialni za zabójstwa, rasizm, kapitalizm i globalne ocieplenie, a zwierzęta po prostu istnieją. One były tu pierwsze.

– Takie poglądy można mieć tylko wtedy, gdy ma się szesnaście lat – mówi Joseph, ale już ostrzejszym głosem. Nie bardzo, ale troszeczkę.

– Jak pewnie słyszysz, Wilma zastanawia się nad dołączeniem do klubu dyskusyjnego – odzywa się Marianna ze śmiechem; najwyraźniej nawykła do łagodzenia sytuacji w rodzinie.

– Tak, wygląda na to, że w naszym domu zamieszkała mała dyskutantka. – Joseph się do mnie uśmiecha.

Odwzajemniam jego uśmiech, pozwalając mu mieć ostatnie słowo.

Mężczyźni, którzy tracą twarz, potrafią być niebezpieczni.

Po kolacji Marianna, Rebecca i ja sprzątamy ze stołu. Joseph zaś rozsiada się w fotelu, włącza sport w telewizji i podkręca dźwięk na pełen regulator. Do posiłku piliśmy herbatę mrożoną, ale teraz Marianna wyjmuje z lodówki piwo, nalewa je do dużej szklanki i ostrożnie zdejmuje piankę nożem. Potem wchodzi do salonu i podaje je mężowi na tacce wraz z miseczką orzeszków. Joseph nie spogląda na żonę, gdy ta stawia przy nim tacę, nie mówi też „dziękuję”. Po prostu podnosi szklankę do ust i bierze z niej duży łyk piwa.

– Wiem, że masz za sobą długi dzień pełen wielu nowych wrażeń – mówi Marianna po powrocie do kuchni – ale chciałabym wyjaśnić kilka zasad, Wilmo.

– Które dotyczą wszystkich oprócz Jamiego – dodaje Rebecca, zanim zabierze się za płukanie talerzy.

– Które dotyczą wszystkich, Jamiego też – mówi Marianna z naciskiem. Potem zwraca się do mnie: – Dobrze, posłuchaj. – Podnosi rękę i przy każdej regule prostuje kolejny palec. – Absolutnie żadnych papierosów. Absolutnie żadnego piwa i alkoholu. Absolutnie żadnej trawki. Absolutnie żadnych nocnych wycieczek. Żadnego zapraszania chłopców do pokoju… – Teraz już wszystkie pięć palców jest wyprostowanych. – Chyba że ustalimy wspólnie, że odwiedzi cię kolega.

– Kolega – przedrzeźnia Rebecca.

– Rozumiem – mówię.

Wszystkie wyliczone przez Mariannę reguły musiałam podpisać, będąc jeszcze w Danii. Plus kilka dodatkowych: nie wolno mi prowadzić samochodu, uprawiać seksu ani nocować u kogoś niezaaprobowanego przez rodziców goszczących. Nie wolno mi też oszukiwać na testach w szkole ani kłamać o miejscu swojego pobytu. Pogwałcenie choćby jednej z zasad może skutkować odesłaniem mnie do domu. Ale wyobrażam sobie, że wszystko dzieje się jak na amerykańskich filmach: wszyscy palą, rżną się i kupują piwo na podrobione dokumenty. Byleby nie dać się złapać.

– Mama jest superdetektywem – mówi Rebecca, jakby czytała mi w myślach. – Możesz zapomnieć o sekrecikach.

– Nie w tym rzecz, że nie można mieć własnych spraw – wyjaśnia Marianna. – Oczywiście, że można. Chodzi raczej o to, że dopóki mieszkasz pod naszym dachem, odpowiedzialność za ciebie spoczywa na nas. I to, młoda damo, nie podlega dyskusji – dodaje z uśmieszkiem.

Rebecca i ja idziemy na górę. Ściany w moim nowym pokoju pomalowano na przydymiony róż, który kojarzy mi się ze starymi domkami letniskowymi. Łóżko jest wąskie, a kołdra lekko odstaje w bok. Jest ewidentnie przeznaczone dla jednej osoby, niemal jakby zaprojektowano je tak, by dwie nigdy nie mogły się w nim położyć jednocześnie.

– Kiedy Jamie wróci do domu? – pytam, stając przy otwartym oknie wychodzącym na ulicę; zasłona powiewa od lekkiej bryzy, a przez moje ciało przechodzi nagły dreszcz.

– Bóg jeden wie. – Rebecca opada na moje łóżko z westchnieniem. – Cały czas przesiaduje w Wonderwood z innymi ćpunami ze szkoły.

– Wonderwood? – powtarzam, smakując to słowo. – Brzmi magicznie.

– Wierz mi, nie ma w tym miejscu nic magicznego. To stary, obleśny obóz z kilkoma szałasami, od dawna nieużywany. Ludzie jeżdżą tam tylko po to, by się naćpać i uprawiać seks.

– Byłaś tam?

– Nie, po prostu wiem, że to tam mój brat zawsze jeździ ze swoimi kumplami przegrywami. Obóz leży w lesie, tuż obok Wild Cow Island, bardzo blisko miejsca, gdzie pracuje tata. Słyszałam, jak mówił mamie, że już kilka razy widział tam samochód Jamiego. Nie powinni tam przesiadywać, bo hałas, który robią, szkodzi zwierzętom w rezerwacie.

– Czyli po powrocie do domu dostaje ochrzan?

– Nie. Mówią, że obowiązują nas te same zasady, ale to nieprawda. Ja, zanim gdzieś wyjdę, zawsze muszę usłyszeć wykład o statystykach gwałtów. Jamie słyszy tylko, że za nic w świecie nie może żadnej dziewczynie zrobić dziecka.

– Wow! To chore!

– Tak. I całkowicie zbędne. Nikt nie chciałby się przespać z takim dziwakiem, nie używając pięćdziesięciu gumek naraz.

Rebecca rozgląda się po pustych ścianach.

– Co myślisz o pokoju?

– Jest w porządku.

– Jest meganudny!

– No, dobra, jest nudny – przyznaję, a potem wybuchamy śmiechem.

– Musisz też wiedzieć jeszcze jedno – mówi Rebecca. – Nie da się tu zaprosić gości ani wymknąć się gdzieś w nocy. Wszystko słychać. – Puka knykciem w ścianę. – Raz miałam zaplanowaną wizytę, wiesz, chłopaka, który… Zresztą nieważne… Wspiął się po rynnie na dach, żeby dotrzeć do mojego okna. Ale tata coś usłyszał i myślał, że to złodziej. Albo morderca. – Rebecca robi superdramatyczną pauzę.

– I co się stało? – pytam. – Twój tata go wyrzucił?

– Ojej, ale z ciebie słodziak – mówi Rebecca. – Nie, poszedł po pistolet i paralizator, a potem sam wczołgał się na dach i podszedł do tego kolesia, który majstrował właśnie przy moim oknie, i…

– Pistolet? – przerywam jej. – Poszedł po pistolet? I paralizator? Macie w domu takie rzeczy?

– Oczywiście.

Wiem, że zgodnie z przepisami wszyscy praworządni amerykańscy obywatele mogą zdobyć pozwolenie na broń oraz samą broń, ale prawdę mówiąc, sądziłam, że dotyczy to głównie wielkich, nękanych przestępczością miast, a nie małych, spokojnych, nadmorskich miasteczek. Sama myśl, że w domu, w którym mam spędzić najbliższe dziesięć miesięcy, znajduje się coś, czym można kogoś zabić, wywołuje w moim ciele dziwne uczucie.

– W każdym razie ojciec razi gościa prądem, co nie? – ciągnie Rebecca. – A tamten spada z dachu. A potem tata woła do mamy, żeby zadzwoniła na policję, a tymczasem on sam gramoli się do tego chłopaka, przystawia mu pistolet do głowy i mówi, że ma leżeć nieruchomo, dopóki nie przyjedzie policja. Musiałam biec na dół i wszystko tacie wyjaśnić, a potem miałam szlaban przez dwa miesiące. – Rebecca z klaśnięciem zasłania oczy dłońmi. – _Oh my God,_ jakie to było żenujące. Wszyscy w szkole o tym wiedzieli!

– Czy zazwyczaj nie próbuje się z kimś porozmawiać, zanim porazi się go prądem?

– Nie, jeśli jest gwałcicielem lub mordercą. – Rebecca się śmieje. – Ale to tylko ostrzeżenie. Nie pozwalaj obcym chłopakom zakradać się do ciebie nocą po dachu. _Just don’t._

– Zaprosiłabym ich drzwiami.

– Ta, akurat! – Rebecca przesyła mi buziaka w powietrzu, po czym wychodzi z pokoju.

Gdy zostaję sama, podchodzę do okna, żeby je przymknąć. Po drugiej stronie ulicy dostrzegam sąsiada palącego na swojej werandzie. Jest bardzo tęgi i ma na sobie niebieskie ogrodniczki. Nie potrafię zdecydować, czy jest nosorożcem czy hipopotamem. W każdym razie wygląda na kogoś, kto w każdej chwili może ruszyć do ataku i ma siłę, by staranować mnie na śmierć. Wzrok ma utkwiony w owczarku niemieckim, który biega po trawniku. Pies się dziwnie zachowuje – wykonuje osobliwe podskoki, jakby miał pchły i od ich ugryzień swędziało go w miejscu, do którego nie może sięgnąć.

Nagle na podjazd wjeżdża stara, ciemnoczerwona toyota i parkuje tuż przy land roverze Josepha. To Jamie. Gdy wysiada z samochodu, jego włosy lśnią w blasku księżyca – gładkie i czarne jak futro pantery. Jamie podnosi głowę i nawiązujemy kontakt wzrokowy.

– Hej. – Chłopak unosi dwa palce i zabawnie salutuje.

– Hej. – Uśmiecham się mimowolnie, wyobrażając sobie, jak muszę wyglądać z dołu z rudymi, długimi włosami jak u Roszpunki.

Jamie wchodzi do środka, trzaskając za sobą drzwiami. Chwilę potem na korytarzu rozlegają się podekscytowane głosy. Podchodzę do drzwi i je uchylam. Jamie stoi kilka stopni niżej, a Marianna na szczycie schodów, ubrana w białą, satynową piżamę; ręce ma splecione na piersi.

– Nie życzymy sobie, żebyś tam jeździł z tymi ludźmi. Po prostu się na to nie zgadzamy!

– Wcale tego nie robię.

– Nie okłamuj mnie. Przecież czuję! Ognisko i… Bóg wie, co jeszcze!

Jamie wchodzi o stopień wyżej i próbuje przecisnąć się obok Marianny.

– Jamie! – mówi jego matka ostrym, a zarazem nieszczęśliwym tonem.

– Dobranoc, mamo.

Chłopak przepycha się koło niej, a Marianna nie rusza się z miejsca. Potem nagle odwraca się w stronę moich drzwi.

Odsuwam się od nich z nadzieją, że nie zdążyła mnie zobaczyć.

Tak wyglądała moja pierwsza noc w domu rodziny Stonerów. Leżałam, nasłuchując intensywnie, jak to się zawsze robi w obcym miejscu. Ale było cicho, poza usypiającym brzęczeniem cykad wpadającym do środka przez okno. A potem nawet i one ucichły, gdy zgasły ostatnie światła dnia. Zapanowała ciężka, nienaturalna cisza, jakby ktoś nakrył nią dom jak kocem tłumiącym wszelkie dźwięki. Chwilę potem jednak coś usłyszałam: głęboki, przerażający jęk drewna, jakby ktoś wiercił nożem w trzewiach domu, a on cierpiał w ciemności. Rozszczekał się pies sąsiada; ujadał głośno i ostrzegawczo. Nagle zapiszczał i umilkł na dobre. Uniosłam się na łóżku, wpatrując się w ciemność i nasłuchując. Ogarnęło mnie złe przeczucie, pulsując w mojej duszy. Ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, co takiego próbuje mi powiedzieć mój szósty zmysł.

* Pobłogosław nas, Panie, i te dary, które z Twojej hojności mamy otrzymać, przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij