Ogień w ampułkach - ebook
Po kampanii wrześniowej władze w Wielkopolsce szybko przejęła administracja III Rzeszy z Arturem Greiserem na czele. Fanatyczny nazista prowadził bezwzględną politykę terroru i eksterminacji Polaków. Książka ukazuje losy tych, którzy nie podporządkowali się okupantowi i podjęli walkę konspiracyjną, m.in. członków poznańskiego Związku Odwetu dowodzonego przez Franciszka Witaszka.
| Kategoria: | Historia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-11-18732-0 |
| Rozmiar pliku: | 1,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Druga wojna światowa dla ogółu Wielkopolan nie była zaskoczeniem. Ludzie tutaj, przy dawnej zachodniej granicy Polski, zawsze mieli czujnie skierowany wzrok na Rzeszę. Tragiczne doświadczenia wielu set lat wyostrzyły instynkt czujności wobec niebezpieczeństwa germańskiego. Żadne dymne zasłony, zabiegi dyplomatyczne ani propagandowe nie były w stanie zagłuszyć złowróżbnych sygnałów alarmowych.
Nie wybuch wojny 1 września 1939 roku był zaskoczeniem, lecz to, co po tym dniu nastąpiło.
Oto jak, w dużym skrócie, działały tryby niemieckiej machiny terroru, mordu i zniszczenia w Wielkopolsce.
Bardzo szybko, bo już w czwartek 26 października 1939 roku, administracja III Rzeszy przejęła w Wielkopolsce całkowicie władzę od Wehrmachtu. Na czele niemieckich władz administracyjnych stanął gauleiter i reichsstatthalter – Artur Greiser. Był on jednym z najbardziej fanatycznych i zaciekłych polakożerców. Greiser uznawał tylko jedną formę rozwiązania sprawy polskiej: _ausrotten_ – wytępić. Tę zasadę stosował w Wielkopolsce z żelazną, bezlitosną konsekwencją. Niemcom, Greiserowi szczególnie, dobrze znana była bezkompromisowa postawa społeczeństwa Wielkopolski, które w czasie osławionego bismarckowskiego „Kulturkampfu” wykazało ogromną determinację w walce o polskość. Potwierdziło tę postawę powstanie 1918 roku. Wiele, bardzo wiele, świadczyło również o tym, że w okresie przed II wojną światową społeczeństwo Wielkopolski zachowywało szczególną czujność w stosunku do III Rzeszy i jej wrogich zamiarów. Dlatego też Greiser, który od 1934 roku był – po Hermanie Rauschningu – prezydentem Senatu Wolnego Miasta Gdańska i jednym z najbardziej gorliwych Niemców i germanizatorów, sprzeciwiał się najdrobniejszym przejawom ludzkiego traktowania Polaków i wraz z dobraną grupą współpracowników – gestapo, policją i całym aparatem administracyjnym – zorganizował system bezwzględnego terroru.
Natychmiast po wkroczeniu do Wielkopolski, w części jeszcze w czasie działań wojennych, Wehrmacht i zorganizowane jednostki aparatu niemieckiego rozstrzelały masowo kilka tysięcy Polaków. Nazwiska wielu z nich znajdowały się na listach sporządzonych przed wojną przez volksdeutschów i działające oficjalnie na tych terenach organizacje niemieckie. Listy takie prowadzili Niemcy zresztą dalej, umieszczając na nich nazwiska młodych Polaków, którzy wyróżniali się inteligencją, umiejętnościami zawodowymi i organizacyjnymi. Był to z ich punktu widzenia najniebezpieczniejszy element, odradzający polskość i mogący zapewnić jej przetrwanie mimo szalejącego terroru.
W pierwszych miesiącach okupacji, w wielu miastach i miasteczkach wielkopolskich, na rynkach lub większych placach, w obecności spędzanych z mieszkań ludzi, Selbstschutz, składający się z samych volksdeutschów, Ordnungspolizei lub Feldgendarmerie rozstrzeliwały Polaków – niejednokrotnie zupełnie bez sądów lub nawet ich pozorów. Zebrani z okolicy volksdeutsche ustalali listę tych Polaków, którzy mieli być rozstrzelani. Wystarczało, aby jeden z volksdeutschów zażądał śmierci Polaka, a los jego był przesądzony.
Dobór traconych był bardzo charakterystyczny. Odbywał się on w określonym kierunku: zniszczyć wszystkich, bez różnicy przekonań i poglądów politycznych, którzy w jakikolwiek sposób kierowali polskim społeczeństwem, którzy wyróżniali się inteligencją i inicjatywą.
W Poznaniu te masowe egzekucje odbywały się w Forcie VII, w Lasku Dębińskim, na Sołaczu, w więzieniu przy ulicy Młyńskiej, w siedzibie gestapo przy ulicy Ratajczaka. Pierwsza krwawa masakra, bardzo starannie przygotowana i prowadzona w oparciu o listy sporządzone jeszcze przed wojną, rozpoczęła się w pierwszych dniach września i trwała aż do grudnia 1939 roku. Masowa eksterminacja Polaków nastąpiła w Wielkopolsce znacznie wcześniej niż w innych regionach naszego kraju. Później egzekucje odbywały się przeważnie w lasach i miejscach bardziej oddalonych od miasteczek i wsi, ale były one jeszcze bardziej masowe.
Bez przerwy szalał terror w stosunku do Polaków. W większości miasteczek Polacy musieli zdejmować nakrycie głowy przed każdym Niemcem i schodzić z chodnika na jezdnię. Były wypadki skazywania na śmierć Polaków, którzy nie zastosowali się do tych poniżających godność człowieka zarządzeń. Każdy cień samoobrony był dla Niemców pretekstem do mordowania Polaków.
Oto kilka przykładów: w Poznaniu, przy Rynku Wildeckim, stojącą przed piekarnią Polkę jeden z żandarmów brutalnie uderzył. Gdy mąż zasłonił ją własnym ciałem przed dalszymi ciosami, został aresztowany i w ciągu kilku dni skazany na śmierć.
Na wąskiej i ruchliwej ulicy Półwiejskiej Polka niechcący potrąciła Niemkę niosącą mleko. Niewinna kobieta, jako wróg III Rzeszy, została zamordowana w więzieniu przy ulicy Młyńskiej. W piątek, 27 grudnia 1940 roku, w rocznicę Powstania Wielkopolskiego, specjalnie antypolsko szkoleni chłopcy z Hitlerjugend przeciągali ulicami Poznania, znęcając się i bijąc Polaków. W niesionych na kijach puszkach płonęła łatwopalna masa. Na oczach dziesiątków dorosłych Niemców, wojskowych i policji, na placu Sapieżyńskich jeden z członków tej organizacji wylał płonącą masę na dwunastoletnią dziewczynkę – Polkę, która żywcem spłonęła. Polaków siłą zatrzymywano, a żaden z dorosłych Niemców nie pospieszył na ratunek nieszczęsnej dziewczynce. Nikt z nich nie zdobył się nawet na gest protestu.
Takich i podobnych przykładów można by przytoczyć bardzo wiele.
Masowo, szczególnie w pierwszych latach okupacji, stosowano tutaj łapanki. Na skutek tych akcji i aresztowań już w ciągu pierwszych dwóch lat okupacji niemieckiej kilkadziesiąt tysięcy Polaków znalazło się w więzieniach i obozach koncentracyjnych. W tym czasie wywieziono tysiące ludzi na przymusowe roboty do Rzeszy. W latach 1940–1943 na terenie Warthegau gestapo dziennie aresztowało niekiedy prawie dwa tysiące osób, a w samym Poznaniu w katowniach tej zbrodniczej instytucji niemieckiej jednego dnia zamknięto około sześciuset osób.
Polacy – więźniowie, przebywający w czasie okupacji w poznańskim więzieniu przy ulicy Młyńskiej, ujawnili po wyzwoleniu dalsze szczegóły straszliwych zbrodni. W latach 1940–1943 niektórzy więźniowie, będąc w celach w pobliżu miejsca straceń, nie mogli spać z powodu nieustannego łoskotu uderzeń siedemdziesięciokilogramowego noża gilotyny. W tych latach egzekucje odbywały się w każdą noc, z wyjątkiem nocy z soboty na niedzielę i z niedzieli na poniedziałek.
Wymowne są niektóre dane liczbowe. W Wielkopolsce znajdowało się dwadzieścia osiem wielkich więzień, trzy wielkie obozy przesiedleńcze, dwa wielkie obozy karno-śledcze, sześćdziesiąt siedem obozów koncentracyjnych, cztery filie obozów koncentracyjnych, osiem gett, jeden obóz szybkiej zagłady. Ten ostatni – straszliwy młyn śmierci – znajdował się w Chełmie nad Nerem. Hitlerowcy zamordowali tam około 330 tysięcy ludzi. Był to pierwszy tego rodzaju obóz na terenie Polski. Powstał z inicjatywy Greisera i działał do 8 grudnia 1941 roku. Był on wizytowany przez Himmlera, Eichmanna i Greisera. To tutaj czerpał wzory mordowania i palenia zwłok oraz budowy krematoriów ponurej sławy Höss – komendant obozu w Oświęcimiu. Poza tym przy wielu wielkich fabrykach istniały „podręczne” więzienia lub obozy.
W październiku 1939 roku okupant zaczął masowo wyrzucać Polaków z mieszkań i gospodarstw rolnych, niejednokrotnie bez jakiegokolwiek bagażu osobistego, nawet w trzydziestostopniowy mróz. W pierwszych latach okupacji wysiedlono z Poznania do Generalnej Guberni około 150–200 tysięcy mieszkańców. W mieszkaniach i w gospodarstwach rolnych Polaków osiedlano Niemców z krajów bałtyckich, Wołynia i Besarabii. Z samej tylko Łotwy Niemcy ściągnęli do Wielkopolski ponad 50 tysięcy Niemców. Z tego 27 000 zajęło mieszkania Polaków w Poznaniu. W ten sposób w mieście tym prawie nie było kamienicy, a na prowincji wsi, gdzie nie byłoby chociaż kilku Niemców. Tajne zarządzenie niemieckie polecało tak rozlokowywać Niemców, aby mogli obserwować wszystko, co się dzieje w kamienicy. Wszelkie przedsiębiorstwa, sklepy i warsztaty rzemieślnicze zabrano Polakom.
Działania ruchu oporu na terenie Wielkopolski były utrudnione i z tego jeszcze względu, że jest ona poprzecinana gęstą siecią doskonałych dróg, a nie ma wielkich kompleksów leśnych mogących ukryć partyzantów. Nie mogli oni tam znaleźć odpowiedniego oparcia, a jest to warunek istnienia i działania partyzantki we wsiach. W każdej bowiem znajdowały się dobrze zorganizowane, zazwyczaj uzbrojone, skupiska Niemców.
Nic więc dziwnego, że pierwsze próby zorganizowania ruchu oporu, zainicjowane we wrześniu 1939 roku w sposób, jaki obserwowaliśmy w Generalnej Guberni, skończyły się nie tylko rozbiciem poszczególnych organizacji, ale wręcz całkowitym wyniszczeniem ich członków. Wcale nie należało do wyjątków, że na przykład z trzydziestoosobowej grupy konspiracyjnej – dwadzieścia dziewięć osób zostało ściętych.
Ocenę sytuacji ruchu oporu w Wielkopolsce daje między innymi Józef Garas, który w „Wojskowym Przeglądzie Historycznym” (nr 1 z 1962 r.) pisze: „Wymiar sprawiedliwości w stosunku do ludności polskiej nosił wszelkie cechy legalnego terroru. Sądy niemieckie wydawały ciężkie wyroki za wszystkie, nawet najbardziej błahe, przestępstwa. Kara śmierci groziła za potajemny ubój sztuki bydła, nawet na własne potrzeby, za przenocowanie obcego, a w niektórych wypadkach za nieprzybycie do pracy”.
„Po czterech latach akcji kolonizacyjnej w Wielkopolsce w posiadaniu chłopów polskich była tylko jedna trzecia gruntów użytkowych. Zwęziła się więc ogromnie baza terenowa, która na innych obszarach kraju stanowiła oparcie dla prowadzenia walki wyzwoleńczej”.
„Polski ruch konspiracyjny w Poznańskiem napotkał na szczególne trudności. W miastach i wsiach tej dzielnicy Polski zamieszkiwała pewna ilość Niemców, dawniej tu osiadłych, znających teren i ludzi. Żywioł niemiecki wzmocnił się jeszcze wskutek napływu przesiedleńców w okresie wojny. Współdziałanie licznych Niemców cywilnych z żandarmerią, policją i organizacjami hitlerowskimi sprawiło, że każdy Polak mógł być łatwo inwigilowany przez okupanta”.
Podziemie polskie znalazło się więc w sytuacji szczególnej, która zmusiła je do rozwinięcia takich form, których zastosowanie rokowałoby powodzenie w walce z przeciwnikiem bez skrupułów niszczącym ludność polską. Sięgnąć musiano niejednokrotnie po tego rodzaju broń, jak środki chemiczne.
Już na przełomie 1939–1940 roku w Poznańskiem zaczęły powstawać różne organizacje i ugrupowania podziemne skupiające ludzi, którzy chcieli czynnie przeciwstawić się szalejącemu terrorowi. Żaden ośrodek centralny nie koordynował wówczas tej działalności i w istocie nawet go nie było. Klęska wrześniowa zrodziła nieufność do sił obarczonych odpowiedzialnością za niedawną katastrofę. Nowego programu wałki, który mógłby być bez wahań przyjęty w szerokich kręgach społeczeństwa, nikt wtedy jeszcze nie ogłaszał. Liczne organizacje konspiracyjne powstawały więc samorzutnie, szukając dopiero wspólnej platformy porozumienia. .
Jedną z nich była grupa ludzi utrzymujących bliskie kontakty z dr. Franciszkiem Witaszkiem – młodym i energicznym lekarzem poznańskim. Od jego nazwiska nazwano ich później „witaszkowcami”.
Członkowie tej grupy, dostrzegając niczym niehamowaną działalność Niemców zmierzających do całkowitego unicestwienia polskości w każdej postaci postanowili na miarę własnych, stosunkowo niewielkich możliwości uderzyć we wroga, sięgając po broń szczególnego rodzaju – chemiczne środki trujące i zapalające. Spodziewano się, że ich użycie nie tylko przyniesie Niemcom straty, lecz także – co nie było bez znaczenia w działalności konspiracyjnej – utrudni wykrycie rzeczywistych przyczyn nagłych zgonów czy pożarów.
Prowadzenie walki przy pomocy środków chemicznych wymagało wszechstronnej wiedzy i doświadczenia. Dlatego organizacja musiała zgromadzić wokół siebie odpowiednich ludzi. Pomocą, radą i konsultacją służyło jej grono naukowców poznańskich.
W sytuacji całkowitego zagrożenia życia i egzystencji narodu polskiego oraz biorąc pod uwagę to, że Niemcy używali wszelkich, najbardziej okrutnych metod w masowym mordowaniu Polaków, zastosowanie tych form walki nie mogło wzbudzać żadnych wątpliwości wśród „witaszkowców”. Był to przecież okres najcięższej próby w naszych dziejach, gdy wróg wcale nie ukrywał swych ludobójczych planów. Naród stanął przed groźbą biologicznej zagłady, stawką w podjętej walce była wartość najwyższa – życie.
Grupa „witaszkowców” stopniowo zaczęła się rozwijać, organizując zakonspirowane komórki w różnych miejscowościach Wielkopolski, a nawet własne tajne pracownie, gdzie badano i przygotowywano środki chemiczne. Jej działalność polegająca początkowo na utrzymywaniu wzajemnych kontaktów i wysuwaniu planów walki przybrała bardziej konkretne formy od czasu niemieckiej napaści na Związek Radziecki, gdy Wielkopolska stała się zapleczem frontu wschodniego i obszarem, przez który przebiegały najkrótsze połączenia komunikacyjne Niemiec z nowym teatrem wojny. Tutaj wróg rozbudował zespoły magazynów i warsztaty naprawcze sprzętu wojskowego. Te właśnie obiekty stały się wkrótce celem ataków polskiego podziemia.WEJŚCIE W MROK
Kim był ten lekarz, człowiek o spokojnej twarzy, w której błyszczały żywe, zawsze pełne blasku, oczy. Dr Franciszek Józef Witaszek urodził się 8 września 1908 roku w Śmiglu, małym, wielkopolskim miasteczku.
W kwietniu 1914 roku zaczął uczęszczać do Miejskiej Wyższej Szkoły Chłopców i Dziewcząt. W 1919 roku przeszedł do gimnazjum w Ostrowie Wielkopolskim, w którym też kończy liceum. Maturę zdawał w dniach 27 kwietnia do 18 maja 1925 roku.
Prace maturalne dr. Witaszka nie zachowały się. Znamy jednak tematy, które wybrał do egzaminu pisemnego na maturze. Ten siedemnastoletni wówczas człowiek już wtedy, wyborem tematów, odkrył swą głęboko ludzką, pełną romantyzmu i filozoficznej głębi świadomość.
Całym swym późniejszym życiem – wyborem pięknego zawodu lekarskiego, postawą, gotowością do ofiarności dla bliźnich, chęcią działania na rzecz każdej dobrej sprawy – potwierdził to.
Po ukończeniu studiów lekarskich przyjmuje asystenturę w Zakładzie Higieny i Medycyny Społecznej. W jego bowiem pojęciu zawód lekarza zobowiązuje nie tylko do dbania o zdrowie powierzonych pacjentów, ale przede wszystkim zapobiegania chorobom.
Nie rozstaje się jednak z pracą naukową. Jako asystent w Zakładzie Mikrobiologii Lekarskiej Uniwersytetu Poznańskiego wiele czasu i trudu poświęca badaniom bakteriologicznym. I znów z myślą o dobru ludzi opracował metodę konserwacji świeżych przetworów owocowych i warzywniczych. Jego doskonały środek, który nazwał „Clarovac”, budził nie tylko wśród fachowców w Polsce, ale i na świecie bardzo duże zainteresowanie. W opinii wielu laboratoriów fabryk warzywnych „Clarovac” był znacznie lepszy niż środki amerykańskie i najpopularniejszy wówczas niemiecki „Fitragol”.
Był także pionierem w innej dziedzinie swego zawodu. Opracował własną metodę produkcji strun chirurgicznych do szycia ran pooperacyjnych. Z uciułanych pieniędzy i pożyczek zakłada małą fabryczkę tych strun, nazywając ją „Catgut Polski”. Jest to pierwsza tego rodzaju produkcja w Polsce. Dotychczas sprowadzano struny chirurgiczne z zagranicy, praktycznie z Niemiec. Była to więc produkcja nie tylko, jakbyśmy ją dziś nazwali, antyimportowa, ale – wobec zbliżającej się wojny – niesłychanie ważna dla całej polskiej służby zdrowia.
Uzyskane z tej produkcji pieniądze pozwalają lekarzowi nie tylko na polepszenie sytuacji materialnej jego i licznej rodziny, ale stwarzają możliwości jeszcze większego rozwinięcia pracy badawczej.
Dr Witaszek jest ogromnie ruchliwy, pełen energii, wiary w wartości, jakie niesie pozytywne, dobre działanie. Udziela się także w organizacji lekarskiej.
Tę rozwijającą się działalność dr. Witaszka przerywa wybuch II wojny światowej. Jak wielu poznaniaków, lekarzy, ewakuuje się z rodziną, wierząc, że za Wisłą front okrzepnie, że gdzieś tam będzie wypełniał swój obowiązek lekarza i Polaka. Rzeczywistość okazuje się gorsza niż najczarniejsze przypuszczenia. Po kilku tygodniach wraca do Poznania.
Maleńka, nikomu prawie nieznana fabryczka, zatrudniająca zaledwie kilka osób, jest jedną z pierwszych, którą przejmują Niemcy. Polecają natychmiast wznowić produkcję, a dr. Witaszkowi oferują dalszą pracę jako fachowcowi mającemu nadzorować jakość wyrobów. Sytuacja jest dla niego bardzo trudna. Kilkoro dzieci na utrzymaniu, żona w ostatnich dniach ciąży. Co będzie dalej? Z czego będą żyć? Mimo to dr Witaszek stanowczo odmawia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki