Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Ogień w ampułkach - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 lutego 2026
Audiobook
12,99 zł
1104 pkt
punktów Virtualo

Ogień w ampułkach - ebook

Po kampanii wrześniowej władze w Wielkopolsce szybko przejęła administracja III Rzeszy z Arturem Greiserem na czele. Fanatyczny nazista prowadził bezwzględną politykę terroru i eksterminacji Polaków. Książka ukazuje losy tych, którzy nie podporządkowali się okupantowi i podjęli walkę konspiracyjną, m.in. członków poznańskiego Związku Odwetu dowodzonego przez Franciszka Witaszka.

Kategoria: Historia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-11-18732-0
Rozmiar pliku: 1,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

AUSROTTEN – WYTĘPIĆ!

Druga wojna świa­towa dla ogółu Wiel­ko­po­lan nie była zasko­cze­niem. Ludzie tutaj, przy daw­nej zachod­niej gra­nicy Pol­ski, zawsze mieli czuj­nie skie­ro­wany wzrok na Rze­szę. Tra­giczne doświad­cze­nia wielu set lat wyostrzyły instynkt czuj­no­ści wobec nie­bez­pie­czeń­stwa ger­mań­skiego. Żadne dymne zasłony, zabiegi dyplo­ma­tyczne ani pro­pa­gan­dowe nie były w sta­nie zagłu­szyć zło­wróżb­nych sygna­łów alar­mo­wych.

Nie wybuch wojny 1 wrze­śnia 1939 roku był zasko­cze­niem, lecz to, co po tym dniu nastą­piło.

Oto jak, w dużym skró­cie, dzia­łały tryby nie­miec­kiej machiny ter­roru, mordu i znisz­cze­nia w Wiel­ko­pol­sce.

Bar­dzo szybko, bo już w czwar­tek 26 paź­dzier­nika 1939 roku, admi­ni­stra­cja III Rze­szy prze­jęła w Wiel­ko­pol­sce cał­ko­wi­cie wła­dzę od Wehr­machtu. Na czele nie­miec­kich władz admi­ni­stra­cyj­nych sta­nął gau­le­iter i reichs­stat­thal­ter – Artur Gre­iser. Był on jed­nym z naj­bar­dziej fana­tycz­nych i zacie­kłych pola­ko­żer­ców. Gre­iser uzna­wał tylko jedną formę roz­wią­za­nia sprawy pol­skiej: _ausrot­ten_ – wytę­pić. Tę zasadę sto­so­wał w Wiel­ko­pol­sce z żela­zną, bez­li­to­sną kon­se­kwen­cją. Niem­com, Gre­ise­rowi szcze­gól­nie, dobrze znana była bez­kom­pro­mi­sowa postawa spo­łe­czeń­stwa Wiel­ko­pol­ski, które w cza­sie osła­wio­nego bismarc­kow­skiego „Kul­tur­kampfu” wyka­zało ogromną deter­mi­na­cję w walce o pol­skość. Potwier­dziło tę postawę powsta­nie 1918 roku. Wiele, bar­dzo wiele, świad­czyło rów­nież o tym, że w okre­sie przed II wojną świa­tową spo­łe­czeń­stwo Wiel­ko­pol­ski zacho­wy­wało szcze­gólną czuj­ność w sto­sunku do III Rze­szy i jej wro­gich zamia­rów. Dla­tego też Gre­iser, który od 1934 roku był – po Her­ma­nie Rau­sch­ningu – pre­zy­den­tem Senatu Wol­nego Mia­sta Gdań­ska i jed­nym z naj­bar­dziej gor­li­wych Niem­ców i ger­ma­ni­za­to­rów, sprze­ci­wiał się naj­drob­niej­szym prze­ja­wom ludz­kiego trak­to­wa­nia Pola­ków i wraz z dobraną grupą współ­pra­cow­ni­ków – gestapo, poli­cją i całym apa­ra­tem admi­ni­stra­cyj­nym – zor­ga­ni­zo­wał sys­tem bez­względ­nego ter­roru.

Natych­miast po wkro­cze­niu do Wiel­ko­pol­ski, w czę­ści jesz­cze w cza­sie dzia­łań wojen­nych, Wehr­macht i zor­ga­ni­zo­wane jed­nostki apa­ratu nie­miec­kiego roz­strze­lały masowo kilka tysięcy Pola­ków. Nazwi­ska wielu z nich znaj­do­wały się na listach spo­rzą­dzo­nych przed wojną przez volks­deut­schów i dzia­ła­jące ofi­cjal­nie na tych tere­nach orga­ni­za­cje nie­miec­kie. Listy takie pro­wa­dzili Niemcy zresztą dalej, umiesz­cza­jąc na nich nazwi­ska mło­dych Pola­ków, któ­rzy wyróż­niali się inte­li­gen­cją, umie­jęt­no­ściami zawo­do­wymi i orga­ni­za­cyj­nymi. Był to z ich punktu widze­nia naj­nie­bez­piecz­niej­szy ele­ment, odra­dza­jący pol­skość i mogący zapew­nić jej prze­trwa­nie mimo sza­le­ją­cego ter­roru.

W pierw­szych mie­sią­cach oku­pa­cji, w wielu mia­stach i mia­stecz­kach wiel­ko­pol­skich, na ryn­kach lub więk­szych pla­cach, w obec­no­ści spę­dza­nych z miesz­kań ludzi, Selb­st­schutz, skła­da­jący się z samych volks­deut­schów, Ord­nung­spo­li­zei lub Feld­gen­dar­me­rie roz­strze­li­wały Pola­ków – nie­jed­no­krot­nie zupeł­nie bez sądów lub nawet ich pozo­rów. Zebrani z oko­licy volks­deut­sche usta­lali listę tych Pola­ków, któ­rzy mieli być roz­strze­lani. Wystar­czało, aby jeden z volks­deut­schów zażą­dał śmierci Polaka, a los jego był prze­są­dzony.

Dobór tra­co­nych był bar­dzo cha­rak­te­ry­styczny. Odby­wał się on w okre­ślo­nym kie­runku: znisz­czyć wszyst­kich, bez róż­nicy prze­ko­nań i poglą­dów poli­tycz­nych, któ­rzy w jaki­kol­wiek spo­sób kie­ro­wali pol­skim spo­łe­czeń­stwem, któ­rzy wyróż­niali się inte­li­gen­cją i ini­cja­tywą.

W Pozna­niu te masowe egze­ku­cje odby­wały się w For­cie VII, w Lasku Dębiń­skim, na Soła­czu, w wię­zie­niu przy ulicy Młyń­skiej, w sie­dzi­bie gestapo przy ulicy Rataj­czaka. Pierw­sza krwawa masa­kra, bar­dzo sta­ran­nie przy­go­to­wana i pro­wa­dzona w opar­ciu o listy spo­rzą­dzone jesz­cze przed wojną, roz­po­częła się w pierw­szych dniach wrze­śnia i trwała aż do grud­nia 1939 roku. Masowa eks­ter­mi­na­cja Pola­ków nastą­piła w Wiel­ko­pol­sce znacz­nie wcze­śniej niż w innych regio­nach naszego kraju. Póź­niej egze­ku­cje odby­wały się prze­waż­nie w lasach i miej­scach bar­dziej odda­lo­nych od mia­ste­czek i wsi, ale były one jesz­cze bar­dziej masowe.

Bez prze­rwy sza­lał ter­ror w sto­sunku do Pola­ków. W więk­szo­ści mia­ste­czek Polacy musieli zdej­mo­wać nakry­cie głowy przed każ­dym Niem­cem i scho­dzić z chod­nika na jezd­nię. Były wypadki ska­zy­wa­nia na śmierć Pola­ków, któ­rzy nie zasto­so­wali się do tych poni­ża­ją­cych god­ność czło­wieka zarzą­dzeń. Każdy cień samo­obrony był dla Niem­ców pre­tek­stem do mor­do­wa­nia Pola­ków.

Oto kilka przy­kła­dów: w Pozna­niu, przy Rynku Wil­dec­kim, sto­jącą przed pie­kar­nią Polkę jeden z żan­dar­mów bru­tal­nie ude­rzył. Gdy mąż zasło­nił ją wła­snym cia­łem przed dal­szymi cio­sami, został aresz­to­wany i w ciągu kilku dni ska­zany na śmierć.

Na wąskiej i ruchli­wej ulicy Pół­wiej­skiej Polka nie­chcący potrą­ciła Niemkę nio­sącą mleko. Nie­winna kobieta, jako wróg III Rze­szy, została zamor­do­wana w wię­zie­niu przy ulicy Młyń­skiej. W pią­tek, 27 grud­nia 1940 roku, w rocz­nicę Powsta­nia Wiel­ko­pol­skiego, spe­cjal­nie anty­pol­sko szko­leni chłopcy z Hitler­ju­gend prze­cią­gali uli­cami Pozna­nia, znę­ca­jąc się i bijąc Pola­ków. W nie­sio­nych na kijach pusz­kach pło­nęła łatwo­palna masa. Na oczach dzie­siąt­ków doro­słych Niem­ców, woj­sko­wych i poli­cji, na placu Sapie­żyń­skich jeden z człon­ków tej orga­ni­za­cji wylał pło­nącą masę na dwu­na­sto­let­nią dziew­czynkę – Polkę, która żyw­cem spło­nęła. Pola­ków siłą zatrzy­my­wano, a żaden z doro­słych Niem­ców nie pospie­szył na ratu­nek nie­szczę­snej dziew­czynce. Nikt z nich nie zdo­był się nawet na gest pro­te­stu.

Takich i podob­nych przy­kła­dów można by przy­to­czyć bar­dzo wiele.

Masowo, szcze­gól­nie w pierw­szych latach oku­pa­cji, sto­so­wano tutaj łapanki. Na sku­tek tych akcji i aresz­to­wań już w ciągu pierw­szych dwóch lat oku­pa­cji nie­miec­kiej kil­ka­dzie­siąt tysięcy Pola­ków zna­la­zło się w wię­zie­niach i obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych. W tym cza­sie wywie­ziono tysiące ludzi na przy­mu­sowe roboty do Rze­szy. W latach 1940–1943 na tere­nie War­the­gau gestapo dzien­nie aresz­to­wało nie­kiedy pra­wie dwa tysiące osób, a w samym Pozna­niu w katow­niach tej zbrod­ni­czej insty­tu­cji nie­miec­kiej jed­nego dnia zamknięto około sze­ściu­set osób.

Polacy – więź­nio­wie, prze­by­wa­jący w cza­sie oku­pa­cji w poznań­skim wię­zie­niu przy ulicy Młyń­skiej, ujaw­nili po wyzwo­le­niu dal­sze szcze­góły strasz­li­wych zbrodni. W latach 1940–1943 nie­któ­rzy więź­nio­wie, będąc w celach w pobliżu miej­sca stra­ceń, nie mogli spać z powodu nie­ustan­nego łoskotu ude­rzeń sie­dem­dzie­się­cio­ki­lo­gra­mo­wego noża gilo­tyny. W tych latach egze­ku­cje odby­wały się w każdą noc, z wyjąt­kiem nocy z soboty na nie­dzielę i z nie­dzieli na ponie­dzia­łek.

Wymowne są nie­które dane licz­bowe. W Wiel­ko­pol­sce znaj­do­wało się dwa­dzie­ścia osiem wiel­kich wię­zień, trzy wiel­kie obozy prze­sie­dleń­cze, dwa wiel­kie obozy karno-śled­cze, sześć­dzie­siąt sie­dem obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych, cztery filie obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych, osiem gett, jeden obóz szyb­kiej zagłady. Ten ostatni – strasz­liwy młyn śmierci – znaj­do­wał się w Cheł­mie nad Nerem. Hitle­rowcy zamor­do­wali tam około 330 tysięcy ludzi. Był to pierw­szy tego rodzaju obóz na tere­nie Pol­ski. Powstał z ini­cja­tywy Gre­isera i dzia­łał do 8 grud­nia 1941 roku. Był on wizy­to­wany przez Him­m­lera, Eich­manna i Gre­isera. To tutaj czer­pał wzory mor­do­wa­nia i pale­nia zwłok oraz budowy kre­ma­to­riów ponu­rej sławy Höss – komen­dant obozu w Oświę­ci­miu. Poza tym przy wielu wiel­kich fabry­kach ist­niały „pod­ręczne” wię­zie­nia lub obozy.

W paź­dzier­niku 1939 roku oku­pant zaczął masowo wyrzu­cać Pola­ków z miesz­kań i gospo­darstw rol­nych, nie­jed­no­krot­nie bez jakie­go­kol­wiek bagażu oso­bi­stego, nawet w trzy­dzie­sto­stop­niowy mróz. W pierw­szych latach oku­pa­cji wysie­dlono z Pozna­nia do Gene­ral­nej Guberni około 150–200 tysięcy miesz­kańców. W miesz­ka­niach i w gospo­darstwach rol­nych Pola­ków osie­dlano Niem­ców z kra­jów bał­tyc­kich, Woły­nia i Besa­ra­bii. Z samej tylko Łotwy Niemcy ścią­gnęli do Wiel­ko­pol­ski ponad 50 tysięcy Niem­ców. Z tego 27 000 zajęło miesz­ka­nia Pola­ków w Pozna­niu. W ten spo­sób w mie­ście tym pra­wie nie było kamie­nicy, a na pro­win­cji wsi, gdzie nie byłoby cho­ciaż kilku Niem­ców. Tajne zarzą­dze­nie nie­miec­kie pole­cało tak roz­lo­ko­wy­wać Niem­ców, aby mogli obser­wo­wać wszystko, co się dzieje w kamie­nicy. Wszel­kie przed­się­bior­stwa, sklepy i warsz­taty rze­mieśl­ni­cze zabrano Pola­kom.

Dzia­ła­nia ruchu oporu na tere­nie Wiel­ko­pol­ski były utrud­nione i z tego jesz­cze względu, że jest ona poprze­ci­nana gęstą sie­cią dosko­na­łych dróg, a nie ma wiel­kich kom­plek­sów leśnych mogą­cych ukryć par­ty­zan­tów. Nie mogli oni tam zna­leźć odpo­wied­niego opar­cia, a jest to waru­nek ist­nie­nia i dzia­ła­nia par­ty­zantki we wsiach. W każ­dej bowiem znaj­do­wały się dobrze zor­ga­ni­zo­wane, zazwy­czaj uzbro­jone, sku­pi­ska Niem­ców.

Nic więc dziw­nego, że pierw­sze próby zor­ga­ni­zo­wa­nia ruchu oporu, zaini­cjo­wane we wrze­śniu 1939 roku w spo­sób, jaki obser­wo­wa­li­śmy w Gene­ral­nej Guberni, skoń­czyły się nie tylko roz­bi­ciem poszcze­gól­nych orga­ni­za­cji, ale wręcz cał­ko­wi­tym wynisz­cze­niem ich człon­ków. Wcale nie nale­żało do wyjąt­ków, że na przy­kład z trzy­dzie­sto­oso­bo­wej grupy kon­spi­ra­cyj­nej – dwa­dzie­ścia dzie­więć osób zostało ścię­tych.

Ocenę sytu­acji ruchu oporu w Wiel­ko­pol­sce daje mię­dzy innymi Józef Garas, który w „Woj­sko­wym Prze­glą­dzie Histo­rycz­nym” (nr 1 z 1962 r.) pisze: „Wymiar spra­wie­dli­wo­ści w sto­sunku do lud­no­ści pol­skiej nosił wszel­kie cechy legal­nego ter­roru. Sądy nie­miec­kie wyda­wały cięż­kie wyroki za wszyst­kie, nawet naj­bar­dziej błahe, prze­stęp­stwa. Kara śmierci gro­ziła za pota­jemny ubój sztuki bydła, nawet na wła­sne potrzeby, za prze­no­co­wa­nie obcego, a w nie­któ­rych wypad­kach za nie­przy­by­cie do pracy”.

„Po czte­rech latach akcji kolo­ni­za­cyj­nej w Wiel­ko­pol­sce w posia­da­niu chło­pów pol­skich była tylko jedna trze­cia grun­tów użyt­ko­wych. Zwę­ziła się więc ogrom­nie baza tere­nowa, która na innych obsza­rach kraju sta­no­wiła opar­cie dla pro­wa­dze­nia walki wyzwo­leń­czej”.

„Pol­ski ruch kon­spi­ra­cyjny w Poznań­skiem napo­tkał na szcze­gólne trud­no­ści. W mia­stach i wsiach tej dziel­nicy Pol­ski zamiesz­ki­wała pewna ilość Niem­ców, daw­niej tu osia­dłych, zna­ją­cych teren i ludzi. Żywioł nie­miecki wzmoc­nił się jesz­cze wsku­tek napływu prze­sie­dleń­ców w okre­sie wojny. Współ­dzia­ła­nie licz­nych Niem­ców cywil­nych z żan­dar­me­rią, poli­cją i orga­ni­za­cjami hitle­row­skimi spra­wiło, że każdy Polak mógł być łatwo inwi­gi­lo­wany przez oku­panta”.

Pod­zie­mie pol­skie zna­la­zło się więc w sytu­acji szcze­gól­nej, która zmu­siła je do roz­wi­nię­cia takich form, któ­rych zasto­so­wa­nie roko­wa­łoby powo­dze­nie w walce z prze­ciw­ni­kiem bez skru­pu­łów nisz­czą­cym lud­ność pol­ską. Się­gnąć musiano nie­jed­no­krot­nie po tego rodzaju broń, jak środki che­miczne.

Już na prze­ło­mie 1939–1940 roku w Poznań­skiem zaczęły powsta­wać różne orga­ni­za­cje i ugru­po­wa­nia pod­ziemne sku­pia­jące ludzi, któ­rzy chcieli czyn­nie prze­ciw­sta­wić się sza­le­ją­cemu ter­ro­rowi. Żaden ośro­dek cen­tralny nie koor­dy­no­wał wów­czas tej dzia­łal­no­ści i w isto­cie nawet go nie było. Klę­ska wrze­śniowa zro­dziła nie­uf­ność do sił obar­czo­nych odpo­wie­dzial­no­ścią za nie­dawną kata­strofę. Nowego pro­gramu wałki, który mógłby być bez wahań przy­jęty w sze­ro­kich krę­gach spo­łe­czeń­stwa, nikt wtedy jesz­cze nie ogła­szał. Liczne orga­ni­za­cje kon­spi­ra­cyjne powsta­wały więc samo­rzut­nie, szu­ka­jąc dopiero wspól­nej plat­formy poro­zu­mie­nia. .

Jedną z nich była grupa ludzi utrzy­mu­ją­cych bli­skie kon­takty z dr. Fran­cisz­kiem Witasz­kiem – mło­dym i ener­gicz­nym leka­rzem poznań­skim. Od jego nazwi­ska nazwano ich póź­niej „witasz­kow­cami”.

Człon­ko­wie tej grupy, dostrze­ga­jąc niczym nie­ha­mo­waną dzia­łal­ność Niem­ców zmie­rza­ją­cych do cał­ko­wi­tego uni­ce­stwie­nia pol­sko­ści w każ­dej postaci posta­no­wili na miarę wła­snych, sto­sun­kowo nie­wiel­kich moż­li­wo­ści ude­rzyć we wroga, się­ga­jąc po broń szcze­gól­nego rodzaju – che­miczne środki tru­jące i zapa­la­jące. Spo­dzie­wano się, że ich uży­cie nie tylko przy­nie­sie Niem­com straty, lecz także – co nie było bez zna­cze­nia w dzia­łal­no­ści kon­spi­ra­cyj­nej – utrudni wykry­cie rze­czy­wi­stych przy­czyn nagłych zgo­nów czy poża­rów.

Pro­wa­dze­nie walki przy pomocy środ­ków che­micz­nych wyma­gało wszech­stron­nej wie­dzy i doświad­cze­nia. Dla­tego orga­ni­za­cja musiała zgro­ma­dzić wokół sie­bie odpo­wied­nich ludzi. Pomocą, radą i kon­sul­ta­cją słu­żyło jej grono naukow­ców poznań­skich.

W sytu­acji cał­ko­wi­tego zagro­że­nia życia i egzy­sten­cji narodu pol­skiego oraz bio­rąc pod uwagę to, że Niemcy uży­wali wszel­kich, naj­bar­dziej okrut­nych metod w maso­wym mor­do­wa­niu Pola­ków, zasto­so­wa­nie tych form walki nie mogło wzbu­dzać żad­nych wąt­pli­wo­ści wśród „witasz­kow­ców”. Był to prze­cież okres naj­cięż­szej próby w naszych dzie­jach, gdy wróg wcale nie ukry­wał swych ludo­bój­czych pla­nów. Naród sta­nął przed groźbą bio­lo­gicz­nej zagłady, stawką w pod­ję­tej walce była war­tość naj­wyż­sza – życie.

Grupa „witasz­kow­ców” stop­niowo zaczęła się roz­wi­jać, orga­ni­zu­jąc zakon­spi­ro­wane komórki w róż­nych miej­sco­wo­ściach Wiel­ko­pol­ski, a nawet wła­sne tajne pra­cow­nie, gdzie badano i przy­go­to­wy­wano środki che­miczne. Jej dzia­łal­ność pole­ga­jąca począt­kowo na utrzy­my­wa­niu wza­jem­nych kon­tak­tów i wysu­wa­niu pla­nów walki przy­brała bar­dziej kon­kretne formy od czasu nie­miec­kiej napa­ści na Zwią­zek Radziecki, gdy Wiel­ko­pol­ska stała się zaple­czem frontu wschod­niego i obsza­rem, przez który prze­bie­gały naj­krót­sze połą­cze­nia komu­ni­ka­cyjne Nie­miec z nowym teatrem wojny. Tutaj wróg roz­bu­do­wał zespoły maga­zy­nów i warsz­taty napraw­cze sprzętu woj­sko­wego. Te wła­śnie obiekty stały się wkrótce celem ata­ków pol­skiego pod­zie­mia.WEJŚCIE W MROK

Kim był ten lekarz, czło­wiek o spo­koj­nej twa­rzy, w któ­rej błysz­czały żywe, zawsze pełne bla­sku, oczy. Dr Fran­ci­szek Józef Wita­szek uro­dził się 8 wrze­śnia 1908 roku w Śmi­glu, małym, wiel­ko­pol­skim mia­steczku.

W kwiet­niu 1914 roku zaczął uczęsz­czać do Miej­skiej Wyż­szej Szkoły Chłop­ców i Dziew­cząt. W 1919 roku prze­szedł do gim­na­zjum w Ostro­wie Wiel­ko­pol­skim, w któ­rym też koń­czy liceum. Maturę zda­wał w dniach 27 kwiet­nia do 18 maja 1925 roku.

Prace matu­ralne dr. Witaszka nie zacho­wały się. Znamy jed­nak tematy, które wybrał do egza­minu pisem­nego na matu­rze. Ten sie­dem­na­sto­letni wów­czas czło­wiek już wtedy, wybo­rem tema­tów, odkrył swą głę­boko ludzką, pełną roman­ty­zmu i filo­zo­ficz­nej głębi świa­do­mość.

Całym swym póź­niej­szym życiem – wybo­rem pięk­nego zawodu lekar­skiego, postawą, goto­wo­ścią do ofiar­no­ści dla bliź­nich, chę­cią dzia­ła­nia na rzecz każ­dej dobrej sprawy – potwier­dził to.

Po ukoń­cze­niu stu­diów lekar­skich przyj­muje asy­sten­turę w Zakła­dzie Higieny i Medy­cyny Spo­łecz­nej. W jego bowiem poję­ciu zawód leka­rza zobo­wią­zuje nie tylko do dba­nia o zdro­wie powie­rzo­nych pacjen­tów, ale przede wszyst­kim zapo­bie­ga­nia cho­ro­bom.

Nie roz­staje się jed­nak z pracą naukową. Jako asy­stent w Zakła­dzie Mikro­bio­lo­gii Lekar­skiej Uni­wer­sy­tetu Poznań­skiego wiele czasu i trudu poświęca bada­niom bak­te­rio­lo­gicz­nym. I znów z myślą o dobru ludzi opra­co­wał metodę kon­ser­wa­cji świe­żych prze­two­rów owo­co­wych i warzyw­ni­czych. Jego dosko­nały śro­dek, który nazwał „Cla­ro­vac”, budził nie tylko wśród fachow­ców w Pol­sce, ale i na świe­cie bar­dzo duże zain­te­re­so­wa­nie. W opi­nii wielu labo­ra­to­riów fabryk warzyw­nych „Cla­ro­vac” był znacz­nie lep­szy niż środki ame­ry­kań­skie i naj­po­pu­lar­niej­szy wów­czas nie­miecki „Fitra­gol”.

Był także pio­nie­rem w innej dzie­dzi­nie swego zawodu. Opra­co­wał wła­sną metodę pro­duk­cji strun chi­rur­gicz­nych do szy­cia ran poope­ra­cyj­nych. Z uciu­ła­nych pie­nię­dzy i poży­czek zakłada małą fabryczkę tych strun, nazy­wa­jąc ją „Cat­gut Pol­ski”. Jest to pierw­sza tego rodzaju pro­duk­cja w Pol­sce. Dotych­czas spro­wa­dzano struny chi­rur­giczne z zagra­nicy, prak­tycz­nie z Nie­miec. Była to więc pro­duk­cja nie tylko, jak­by­śmy ją dziś nazwali, anty­im­por­towa, ale – wobec zbli­ża­ją­cej się wojny – nie­sły­cha­nie ważna dla całej pol­skiej służby zdro­wia.

Uzy­skane z tej pro­duk­cji pie­nią­dze pozwa­lają leka­rzowi nie tylko na polep­sze­nie sytu­acji mate­rial­nej jego i licz­nej rodziny, ale stwa­rzają moż­li­wo­ści jesz­cze więk­szego roz­wi­nię­cia pracy badaw­czej.

Dr Wita­szek jest ogrom­nie ruchliwy, pełen ener­gii, wiary w war­to­ści, jakie nie­sie pozy­tywne, dobre dzia­ła­nie. Udziela się także w orga­ni­za­cji lekar­skiej.

Tę roz­wi­ja­jącą się dzia­łal­ność dr. Witaszka prze­rywa wybuch II wojny świa­to­wej. Jak wielu pozna­nia­ków, leka­rzy, ewa­ku­uje się z rodziną, wie­rząc, że za Wisłą front okrzep­nie, że gdzieś tam będzie wypeł­niał swój obo­wią­zek leka­rza i Polaka. Rze­czy­wi­stość oka­zuje się gor­sza niż naj­czar­niej­sze przy­pusz­cze­nia. Po kilku tygo­dniach wraca do Pozna­nia.

Maleńka, nikomu pra­wie nie­znana fabryczka, zatrud­nia­jąca zale­d­wie kilka osób, jest jedną z pierw­szych, którą przej­mują Niemcy. Pole­cają natych­miast wzno­wić pro­duk­cję, a dr. Witasz­kowi ofe­rują dal­szą pracę jako fachow­cowi mają­cemu nad­zo­ro­wać jakość wyro­bów. Sytu­acja jest dla niego bar­dzo trudna. Kil­koro dzieci na utrzy­ma­niu, żona w ostat­nich dniach ciąży. Co będzie dalej? Z czego będą żyć? Mimo to dr Wita­szek sta­now­czo odma­wia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij