Ojcobajki - ebook
„OjcoBajki” to zbiór poruszających, baśniowo-symbolicznych opowiadań o ojcostwie, relacjach rodzinnych i ludzkich emocjach. Jakub Półtorak prowadzi czytelnika przez historie ojców zagubionych, kochających, niedoskonałych i próbujących odnaleźć bliskość z dziećmi w świecie pełnym lęku, samotności i codziennych dramatów. Realizm miesza się tu z metaforą, groteską i poetycką narracją, tworząc literacką podróż przez współczesne rodziny, wspomnienia i duchowe poszukiwania. To książka o miłości, winie, przebaczeniu i potrzebie bycia ważnym dla drugiego człowieka. „OjcoBajki” skłaniają do refleksji, wzruszają i pozostają w pamięci na długo po zakończeniu lektury.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Opowiadania |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 110 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
OJCOBAJKI
Jakub Półtorak
Wstęp autora do "OjcoBajek"
Drogi Czytelniku,
Ojcowie bywają różni. Jedni są codziennymi bohaterami swoich dzieci, inni skrywają się w cieniu, nie wiedząc, jaką rolę powinni odegrać. Niektórzy budują mosty porozumienia, inni burzą je nieświadomie. Każda z tych historii, którtrzymasz teraz w dłoniach, opowiada o ojcostwie – nie idealnym, nie zawsze pełnym wzniosłości, ale takim, które jest prawdziwe, pełne emocji, błędów, i nadziei.
„OjcoBajki” to podróż przez świat, w którym ojcowie stają się postaciami baśniowymi, metaforami ludzkiej niedoskonałości i nieskończonej miłości. Znajdziesz tu ojców walczących ze swoimi demonami, próbujących odkupić winy, budujących relacje w najdziwniejszych okolicznościach, czasem z własnymi dziećmi, a czasem z ich symbolicznymi odpowiednikami – zwierzętami, przygodami, czy nawet własnymi cieniami.
Dlaczego napisałem te bajki? Bo sam jestem ojcem. Bo wiem, że bycie ojcem to nie tylko obowiązek – to przygoda. Przygoda pełna śmiechu, łez, upadków i wzlotów. Każda z tych opowieści to fragment tej przygody, ubrany w baśniową formę, by łatwiej było dostrzec w niej to, co uniwersalne – ludzkie pragnienie kochania i bycia kochanym, niezależnie od popełnionych błędów.
Niektóre z tych historii będą smutne, inne rozbawią Cię do łez. Ale każda z nich ma jedno wspólne przesłanie: ojcostwo to nie perfekcja. To próba, ciągłe staranie, by być choć trochę lepszym.
Zapraszam Cię do tego świata – świata, gdzie każda bajka jest małym lustrem, w którym możesz dostrzec swoje odbicie, swoją relację z ojcem, dzieckiem, czy z samym sobą. Niech te opowieści będą dla Ciebie inspiracją, chwilą refleksji lub po prostu piękną podróżą.
Życzę Ci wspaniałej lektury!
Jakub PółtorakBAJKA O KRÓLU CIENIA
W moim domu królował cień. Wszędzie, gdzie byłam, czułam jego ciężki oddech, jakby ciemne chmury przywarły do sufitu i nie chciały się oderwać. Król cienia – tak nazywałam ojca w swoich myślach, choć nigdy nie powiedziałam tego na głos. Jego gniew był jak sztorm, nieprzewidywalny i niszczycielski. Na Grochowie, w naszym bloku, ściany często drżały od jego krzyków, a serce od chłodu, który roztaczał wokół siebie. Ojciec nie lubił ciszy, a jednak to ona była jego towarzyszką. Kiedy nie krzyczał, milczał jak zamknięty w klatce zwierzak, który obmyśla, kiedy znów zaatakuje. Mama się go bała, choć nie przyznawała tego otwarcie, a ja? Ja... z początku po prostu chciałam, żeby mnie zauważył. Z czasem przestałam, a jego obecność stała się ciężarem, który niosłam codziennie ze szkoły do domu. Zawsze w milczeniu. Byliśmy trojgiem w jednym mieszkaniu, a ja często czułam, że jestem tylko gościem w ich wojnie. Ojciec i mama walczyli o wszystko – o to, jak ugotować ziemniaki, o sposób składania ręczników, o to, kto zmyje naczynia. Każda pierdoła mogła wywołać u niego furię, a kiedy zionął gniewem, wydawało mi się, że całe mieszkanie się kurczy. Był jak smok, który pożera przestrzeń. Czasem rzucał przedmiotami, niszczył je, jakby były odpowiedzialne za jego gniew. Zdarzało się, że rzucał je we mnie albo w mamę, choć nigdy nas nie uderzył. Ale wystarczyły jego słowa, byśmy poczuły się, jakbyśmy były mniejsze niż pył. Najgorsza była ta jego cisza. Nieraz, gdy jeździliśmy na wspólne grzybobranie albo wędkowanie, siedzieliśmy obok siebie jak obcy. Milczał, a ja gadałam jak nakręcona, próbując wypełnić pustkę, która między nami narastała. Czasem nawet zdarzało się coś miłego – kiedy strzygłam mu włosy, czułam tę cichą, ukrytą bliskość. Albo kiedy wyciskałam mu wągry na plecach. W takich momentach wydawał się mniej straszny, jakby mój dotyk odbierał mu zbroję, którą nosił cały czas. Ale to były krótkie chwile. Szybko wracał do swojego mrocznego, zaciśniętego świata, a ja znowu stawałam się niewidzialna. Z wiekiem przestałam go szukać. Im bardziej dorastałam, tym bardziej oddalałam się od niego. Wiedziałam, że nie da się go zmienić. Czasami, gdy szliśmy na cmentarz na Bródno, wypatrywałam dat na nagrobkach, obliczając, ile jeszcze może żyć. To okrutne, wiem. Ale w tamtych chwilach marzyłam, żeby odszedł. Żeby cień wreszcie opuścił nasze mieszkanie, bym mogła odetchnąć. A potem czułam się winna, bo wiedziałam, że nawet to pragnienie nie przyniesie mi spokoju. W końcu ojciec poszedł na emeryturę, a życie stało się jeszcze cięższe. Popadał w skrajną depresję, jakby jego smocza natura przestała mieć cokolwiek do pożerania. Siedział w fotelu, milcząc całymi dniami, alienując się od nas jeszcze bardziej. Nakręcał się na bzdury, a mama coraz częściej wychodziła z domu, żeby nie być świadkiem jego upadku. Pewnego dnia, na imprezie, poczułam dziwny niepokój. Wiedziałam, że coś jest nie tak. Przerwałam zabawę i pobiegłam do domu. Kiedy otworzyłam drzwi, mieszkanie było przeraźliwie ciche. Znalazłam ojca leżącego na podłodze. Jego ciało było jak cień – nieruchome, wyblakłe, prawie martwe. Ale coś w nim wciąż tliło się jak resztki ognia w popiele. Zabrali go do szpitala. Leżał tam kilka dni, a ja patrzyłam, jak jego życie powoli gaśnie. I choć powinnam była czuć ulgę, bo cień wreszcie odchodził, czułam tylko pustkę. Taką samą, jaką czułam przez całe życie obok niego. W końcu zmarł. Smutek przyszedł, ale nie taki, jakiego się spodziewałam. Nie było to uczucie straty, bardziej jakby coś ciężkiego zdjęto mi z ramion. A jednak brakowało mi jego cienia. Bo choć jego gniew i milczenie były dla mnie więzieniem, były też wszystkim, co znałam. Ojciec był królem cienia. Zawsze w sobie zamknięty, zawsze ukrywający coś, co nigdy nie zostało wypowiedziane. A ja, choć go nie rozumiałam, zawsze czułam, że pod tym gniewem kryła się jakaś nieznana tajemnica. Tajemnica, której już nigdy nie odkryję.BAJKA O KALKULATORZE CZASU
Było lato, a w Bieszczadach czas płynął inaczej. Leszek, tata Stasia, zabrał syna na wakacje, które miały być niezapomniane. Tak jak co roku – wspólny wyjazd, który miał wynagrodzić miesiące rozłąki. Bo Leszek, chociaż oddalony od syna, starał się być najlepszym, wakacyjnym tatą. Nie takim codziennym, przy którym jest się zawsze. Wakacyjnym, który pokazuje światy inne, pełne przygód i śmiechu, by zrekompensować swoją nieobecność.
W te wakacje Leszek zorganizował mnóstwo atrakcji. Staś i on pływali po Solinie, jeździli wąskotorówką, wspinali się po połoninach, zwiedzali miasta i wioski, a wieczorami ojciec opowiadał synowi o swoich młodzieńczych wypadach, z czasów, gdy sam był chłopcem. Staś patrzył na niego z zaciekawieniem, chłonąc te historie, jakby próbował złapać wspomnienia z przeszłości, której nigdy nie znał. Leszek opowiadał o tym, jak sam kiedyś wspinał się po górach, nieświadomy jeszcze, że pewnego dnia jego życie tak bardzo się zmieni.
Dni mijały szybko, a wycieczki były coraz bardziej wyczerpujące. Leszek starał się nadążyć za młodym Stasiem, ale zmęczenie zaczynało brać górę. Po tygodniu pełnym wrażeń, wsiedli do samochodu, aby wrócić do Warszawy. Słońce chyliło się ku zachodowi, a Leszek prowadził auto w ciszy, spoglądając na syna siedzącego obok. Staś wpatrywał się w ekran telefonu, ale w jego oczach widać było coś więcej niż tylko zainteresowanie grą czy wiadomościami. Zastanawiał się nad czymś głębiej.
— Tato, ile właściwie jesteście po rozwodzie? — zapytał Staś nagle, przerywając milczenie.
Leszek, zaskoczony pytaniem, zmarszczył brwi. Rozwód... to słowo, które tak rzadko padało w ich rozmowach. Zbyt trudne, zbyt obciążone poczuciem winy.
— Hm... — zaczął niepewnie, próbując złożyć lata w głowie. — To już będzie... chyba sześć lat? Albo siedem?
— Rozpiszę to na kalkulatorze — rzucił Staś, wyciągając telefon, jakby matematyka miała rozwiać wszelkie wątpliwości.
I wtedy to się stało. W tej jednej chwili, w której oczy Leszka odwróciły się na ułamek sekundy, nie zauważył nadjeżdżającego busa. Z impetem wjechał w bok ich auta, prosto od strony ojca. Czas nagle przestał płynąć, a może przyspieszył – Leszek nie wiedział. Staś poczuł tylko potężny huk, odgłos pękającego szkła, walające się wokół rzeczy. W jednej chwili jego świat runął. Poduszki powietrzne wystrzeliły, dusząc ich w fałdach sztucznej materii.
— Tato?! — krzyknął Staś, próbując wyczołgać się z samochodu. Spojrzał na ojca. Leszek żył, ale nie mógł się ruszyć. Wyglądał, jakby ktoś wcisnął go w fotel, jakby auto połknęło go i nie chciało wypuścić.
— Żyję... ale... nie mogę... — wyszeptał Leszek, oddychając ciężko.
Staś poczuł zimny pot na plecach. Ból przeszył jego żebra, ale to nie miało teraz znaczenia. Wyskoczył z auta, a wokół nich pojawił się tłum gapiów. Kierowca busa krzyczał coś, groził palcem, ale Staś go nie słuchał. Ludzie się gapili, nie pomagali, tylko patrzyli, jakby czekali na finał jakiejś upiornej sceny.
Wreszcie przyjechała straż pożarna. Wyciągnęli ojca z samochodu, delikatnie jakby podnosili rozbite naczynie. Leszka umieszczono na noszach, a Staś patrzył, jak jego ojciec znika w karetce, zupełnie bezradny. Policja zabrała go za karetką do szpitala. Przez całą drogę nie potrafił zebrać myśli. Tylko ból w klatce piersiowej, od nacisku pasa, przypominał mu, że wszystko to naprawdę się stało.
W szpitalu lekarze szybko poinformowali go, że ojciec miał złamaną miednicę. Będzie żył, ale czeka go długa rehabilitacja, i nawet gdy stanie na nogi, nie będzie to już ten sam Leszek, który biegał z nim po połoninach.