Oko Dajana. Pingpongista - ebook
Czerwiec 1967 – marzec 1968. Partia Gomułki i Moczara rozpętuje haniebną kampanię antysemicką. (Nazywając ją walką z „syjonistami”). Józef Hen reaguje jak na pisarza przystało: publikuje w paryskiej „Kulturze” pod pseudonimem „Korab” wysokiej klasy opowiadania z cyklu Oko Dajana (1969–1972). „Korab” odnosi sukces, jest przekładany na francuski, włoski, niemiecki, angielski i często cytowany. Autor wpisany na czarną listę, z zakazem wyjazdów za granicę.
Czterdzieści jeden lat później, w 2008 roku, Józef Hen pisze wstrząsającą powieść Pingpongista. Miasteczko, w którym podczas okupacji dokonała się zbrodnia, nazywa się tu Cheremiec, ale nie ma wątpliwości, że inspiracją literacką była tragedia Żydów spalonych w Jedwabnem. Narratorem jest przybyły na uroczystości rocznicowe sędzia z Brooklynu, Mike (znany mieszkańcom jako Michaś). Usiłował wtedy uratować życie swojemu rówieśnikowi, znakomitemu pingpongiście, któremu obiecał rewanż. Bezskutecznie.
Minęło sześćdziesiąt lat, Mike wdziera się w sumienia świadków zbrodni, także i kilku wciąż żyjących uczestników. Wśród nich znajduje się ksiądz, który wyznaje Mike’owi, że dręczą go podjęte wtedy decyzje. Żałuje, że nie wykonał wówczas księżowskiego zadania, nie przeciwstawił się zbrodni.
Obie książki połączono w jeden zbór, który porusza bolesny temat antysemityzmu.
| Kategoria: | New Age |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8110-819-5 |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Jeszcze nie wiem, czym to się wszystko skończy. Może wybiegnę nago na ulicę i będę wrzeszczeć aż do zachrypnięcia. A może na największym placu Europy obleję się benzyną i zamienię się w pochodnię. A może kogoś zaduszę. Coś zrobić trzeba. Wszystko musi spełnić się do końca. Najbardziej kusi, żeby po prostu dać komuś w mordę. Nawet wiedziałbym komu. Żałuję, że w młodości zaniedbałem ćwiczenia fizyczne, wyrosłem na cherlaka z chudymi i wiotkimi ramionami. Niestety, niestety, mowy nie ma, żebym potrafił rozkwasić komuś gębę. Co najwyżej we śnie. O Boże, co się ze mną dzieje! We śnie biję, kopię, opluwam, krzyczę. Budzę się z tym krzykiem, mokry od potu, a moja czujna żona, nie otwierając oczu, mamrocze: „Dominiku, boję się o twoje płuca”. Ostatnio kładę na nocnym stoliku Ewangelię otwartą na stronie, gdzie powiedziano: „Miłujcie nieprzyjacioły wasze”, ale niewiele mi to, grzesznemu, pomaga, kiepski ze mnie chrześcijanin, coraz gorszy.
Kiedy na zebraniu trzeba było podnieść rękę, ja przeglądałem „Express Wieczorny”. Większość obecnych robiła to samo i to mnie zmyliło, bo kiedy trzeba było mieć ręce opuszczone, ja podniosłem swoją. Było nas sześcioro, tych z podniesionymi w niewłaściwym momencie rękami. Pozostali wciąż byli zagłębieni w „Expressie Wieczornym”. Prawdę mówiąc, nie wiem, jak w takiej maleńkiej gazetce znajdowali tyle tak ich pochłaniającej lektury. Raptem całego czytania jest na dziesięć minut, a nasze zebranie trwało ponad dwie godziny.
– Czyś pan zwariował? – wybuchnął nazajutrz dyrektor. – Po diabła pan w ogóle polazł na to zebranie? Nie zgadza się pan ze słuszną linią, no to nie, siedź pan w domu i nie dawaj wyrazu. A jeśli już pan tam jest, to reprezentuje pan nasze liceum, jego tradycje, dobre imię…
– Właśnie tak sobie pomyślałem – powiedziałem niepewnie.
– Dobre imię szkoły polega na tym, żeby go nie szargać! Rozumie pan? Żeby nikt nam tu nie wtykał nosa! A pan… – Dyrektor podszedł do drzwi, uchylił je i krzyknął: – Nie ma mnie dla nikogo! – Potem przez chwilę milczał. – Pan jest zagrożony – powiedział sapiąc. – I ja w niczym nie mogę panu pomóc.
– Dziękuję, panie dyrektorze, ale ja naprawdę nie wymagam…
– Wie pan, kto by mógł panu pomóc? „Dłubak”. Idź pan do niego, padnij mu do kolan, powiedz pan, że podniósł pan rękę przez gapiostwo – zrób pan coś! Działaj pan!
– Dziękuję, panie dyrektorze – powiedziałem – nie zrobię tego.
Spostrzegłem, że stary, skołowacony dyrektor patrzy na mnie jak na gościa z innej planety. Zresztą on nie tylko mnie nie rozumie, on w ogóle przestał rozumieć, co się wokół niego dzieje – dom wariatów, za którym nie można nadążyć – rozumie tylko, że należy być pozytywnym, że należy stosować się do uchwał, okólników i zarządzeń. Ukształtował się po pierwszej wojnie, był zamiłowanym społecznikiem, pracował niejako w innym języku, tego dzisiejszego w ogóle nie rozumie. Jest poczciwy, pełen dobrej woli, ugodowości, czuje się niepełnowartościowy i usiłuje to pokryć gadulstwem, niezręcznym i anachronicznym. Kopałem go kiedyś pod stołem, kiedy na radzie pedagogicznej uznał, że należy ustosunkować się do kraju, który ostatnio znalazł się w naszej prasie w charakterze worka treningowego. Mówił z pół godziny i przez ten czas, zanim wydusił z siebie potępienie agresorów, zdążył ich obsypać tyloma komplementami, że Dłubak nie był w stanie zapamiętać. Dłubak to przezwisko nauczyciela historii. Jest ono znane w całej Europie, bo podobno nawet na Łuku Triumfalnym w Paryżu mieście jakiś jego pamiętliwy uczeń napisał węglem: „Dłubak – ch…”. Wszyscy go tak nazywają. Nie pochwalam tego sposobu wyrażania dezaprobaty, ale przezwisko – i to na ogół ze wzmiankowanym dodatkiem – przyjęło się i posługują się nim nawet przełożeni mojego szanownego kolegi z drugiego ministerstwa, w którym okazjonalnie pracuje.
– Mam się spodziewać przeniesienia? – spytałem.
– Może da się jeszcze coś zrobić – odparł stary, nie patrząc mi w oczy. – Gdyby pan doktor napisał oświadczenie, że w rzeczywistości popiera… Warto, panie doktorze…
– Nie zrobię tego – powiedziałem stanowczo. Przestąpiłem z nogi na nogę, bo mój chory, znerwicowany pęcherz odezwał się.
– Dlaczego nie? Parę słów.
– Nie wiem sam. Ale nie zrobię.
– To może pana drogo kosztować, trzeba zapobiec…
– Trudno. Gotów jestem ponieść konsekwencje. – Wciągnąłem powietrze, pomogło, pęcherz jakby posłuchał perswazji.
– Nie boi się pan? – spytał dyrektor.
– Nie – oświadczyłem i poczułem, że jestem bliski szczęścia. Wydawało mi się, że moja biedna, wąska klatka piersiowa wzdyma się i rozrasta. – Nie boję się.
Dyrektor przez chwilę milczał. Potem otworzył szufladę i wyjął z niej pobrudzoną kartkę w jedną linię. Drukowanymi i koślawymi zarazem literami nagryzmolono na niej zdanie wyrażające na coś tam niezgodę.
– Co pan o tym sądzi? – spytał dyrektor.
– Znowu ktoś się męczył lewą ręką – stwierdziłem. – Nie myśli pan dyrektor, że to sprawka ucznia?
– Znaleziono to w ubikacji nauczycielskiej – odpowiedział, przyglądając się kartce.
– Wyhodowaliśmy żmiję na własnym łonie – podsunąłem.
– Ja tego nie powiedziałem – żachnął się stary. – Ktoś jest dziecinny i nieostrożny. – Po chwili dodał, nie patrząc na mnie: – Do matury zostaje sześć tygodni… Niech pan oszczędza nas i siebie…
Ach, więc on mnie podejrzewa… Pomilczałem chwilę, żeby nie od razu zaprzeczyć, znowu czułem, jak wzbiera fala szczęścia, a potem oświadczyłem:
– To nie ja, panie dyrektorze.
Dyrektor nie odpowiedział i możliwe, że wcale mi nie uwierzył. Spostrzegł, że przestępuję z nogi na nogę, bo mruknął:
– No to niech pan już idzie.
Podreptałem do ubikacji. Przesiedziałem tam kilka minut, a kiedy wychodziłem, spojrzałem na napis wyskrobany nad rolką papieru higienicznego, były to trzy litery i wykrzyknik. Spojrzałem i pomyślałem: a więc On działa!
Ten ktoś był nieustraszony, konsekwentny i nieuchwytny. Uprawiał swoją kłopotliwą działalność od pół roku, a więc zaczął, zanim tamci przystąpili w marcu do szturmu, śmiało można powiedzieć, że On zaczął pierwszy. Buntownicy zawsze zaczynają pierwsi!
Jego obecność ujawniła się po raz pierwszy na jakiejś konferencji, na której Dłubak referował sprawy międzynarodowe. Zanudzał ze trzy kwadranse, potem nastąpiła przerwa na papierosa, a kiedy wróciliśmy do sali, Dłubak znalazł na stole prezydialnym, naprzeciwko swojego krzesła, kartkę z napisem BZDURY. Tylko tyle. Widzieliśmy, jak odczytując to, poczerwieniał. Powiódł szybkim, wylęknionym spojrzeniem po sali i zmiął kartkę. Głos zabrała łacinistka. Mówiła z kwadrans o wysokim poczuciu moralnym Rzymian, o wierności państwu, o Skale Tarpejskiej i tu regere imperio Wergilego. Dłubak tymczasem rozmiął kartkę i starannie ją wygładził. Potem widziałem, że wyjął chusteczkę i otarł pot z czoła. A potem kawałkiem irchy długo przecierał zamglone okulary.
Odtąd napisy pojawiały się częściej. Na kartkach, na tablicy, w ubikacji. Zawsze krótkie, dosadne: NIE! – BZDURY – KŁAMSTWA – HAŃBA etc. Protestujący musiał być człowiekiem eleganckim, bo nigdy nie używał wyrażeń trywialnych, choć słówko merde w tych okolicznościach napraszało się. Dłubak usiłował zachować spokój. Zwiększył tylko jakby grubość szkieł, stał się niezwykle czujny, wydawało się, że nie chodzi, tylko podkrada się, mimo zażywnej postaci, jak kot.
A myśmy się bawili. Próbowaliśmy odgadnąć, kto jest tym siewcą anarchii i propagatorem obcej ideologii. „Jakaś kobieta – twierdziła pani Ina, siedemdziesięcioletnia nauczycielka, która w roku tysiąc dziewięćset piątym brała udział w strajku szkolnym. – Tylko kobieta może prowadzić taką kampanię, powstrzymując się od wulgarnych słów”. „To pani nie zna dzisiejszych kobiet – odpowiedział jej geograf, młody kędzierzawy brunet z latynoskim wąsikiem. – Wszystkie są perwersyjne, a będąc zakonspirowane, dałyby upust zamiłowaniom, które obracają się wokół jednej rzeczy”. Pani Ina oburzyła się: „Syneczku, pan nie zna kobiet! Pan ma tylko zepsutą wyobraźnię!”. Geograf, który nigdy o nic się nie obrażał, odparł z uśmiechem: „Niech pani sama powie, droga koleżanko, czy nasz świątobliwy doktor nie jest tu odpowiedniejszym kandydatem?”. I wskazując na mnie, zwrócił się do Dłubaka: „Na pana miejscu zająłbym się osobą kolegi Dominika. To jest ptaszek. Ścichapęk”. „Nie ma ptaszków ścichapęków” – oświadczyła zoologica, młoda dziewczyna, rok po studiach. Na ostatnim balu maturalnym zjawiła się z doklejonymi rzęsami, a łacinistka przestała ją odtąd zauważać. Roześmiałem się skwapliwie, podczas gdy Dłubak tłumaczył spłoszony: „Koleżanki! Koledzy! O co chodzi? Jakieś głupie żarty. To na pewno robi uczeń”. Ja na to: „Nie lekceważyłbym tego, panie profesorze. – Czułem, że muszę jakoś podeprzeć znaczenie tego, co się u nas dzieje. – To bardzo podstępna robota – ciągnąłem, podczas gdy pęcherz cisnął mnie w podbrzuszu. – Podkopuje monolit naszej jedności – zasuwałem bełkot. – To wprowadza ironiczny nawias, perskie oko. Uziemia wszelką wzniosłość. Jednym słowem: psuje”. Pani Ina do mnie: „Czy pan nie przesadza?”. Kiedy milczałem, powiedziała z niewinną minką, od której nagle odmłodniała o dwadzieścia lat: „Mnie, odkąd te kartki się u nas pojawiły, życie bardziej bawi. To ekscytujące”.
O tych napisach mówił na radzie pedagogicznej dyrektor. Najpierw mówił o tradycjach walki o wolność, potem stwierdził, że te napisy to dziecinada, którą należy potępić, ale to potępienie oplótł taką ilością zastrzeżeń i usprawiedliwień, że omal nie wyszedł z tego panegiryk na cześć nieuchwytnego sprawcy. Dyrektorowi trochę głos drżał ze zdenerwowania, mylił czasy i przypadki, za to Dłubak, do którego dyrektor właściwie się zwracał, nadal zachowywał spokój. Ale stracił go wreszcie! Po jakiejś mówce na radzie pedagogicznej, kiedy pochyliwszy głowę, przecierał zadowolony z siebie szkła, dostał nagle papierową kulką w czoło. Wszyscy zrozumieli, że sprawca jest blisko, że siedzi wśród nas, słucha i reaguje. Pani Ina dotknęła mojej ręki drżącą dłonią i szepnęła: „Boże, co to będzie”… A Dłubak pośpiesznie nałożył okulary, rozwinął papierową kulkę – i spąsowiał. „Bez… bezczelność!” – wybuchnął. Wołaliśmy, żeby przeczytał głośno, Dłubak wzdragał się, ale beztroski geograf podbiegł, wyrwał mu kartkę i wybuchnął śmiechem. „CZYŻBY – przekazał nam. – CZYŻBY ze znakiem zapytania!” Wszyscy zrozumieli, że cały wykład Dłubaka został raptem podważony. Ironiczne zapytanko, porozumiewawcze, przyjazne niemal odwołanie się do świata realnego, zdruzgotało tamtego za jednym zamachem. „Ja na to nie pozwolę! – charknął. – Ja sobie wypraszam! Ktoś tu pożałuje! Ja wyciągnę konsekwencje! Obniżenie autorytetu władz! – I dodał groźnie: – Niech sprawca nie myśli, że ja nie wiem. Ja wiem!” Wiedział czy nie wiedział, jedno było pewne: ten cios wreszcie odczuł.
Na mój widok w pokoju nauczycielskim wszyscy umilkli. Łacinistka wyjęła grzebień i zaczęła przeczesywać swoją szpakowatą rzednącą czuprynę. Geograf poczęstował zoologicę carmenem i przyjął od niej ogień. Pani Ina uśmiechnęła się do mnie i spytała:
– Po burzy?
– Wyładowania trwają – odpowiedziałem. Zbliżyłem się do Dłubaka i oznajmiłem: – Chciałbym najuprzejmiej donieść, że tajemniczy agent wznowił działalność. Widziałem w ubikacji duże NIE z wykrzyknikiem. Wyskrobane paznokciem.
– Kiedy pan widział? – spytał wyraźnie zaskoczony.
– Przed chwilą.
– Ja też tam byłem przed chwilą i nic nie widziałem. Dziwne, jakoś tak nagle zdążyło się wyskrobać.
– Nie ma w tym nic dziwnego – mówiłem. – Wróg jest szybki.
– No, teraz wróg się nie ukryje, sam się zdemaskował – mruknął Dłubak. – Nadchodzi moment i każdy się samookreśla. Nawiasem, uprzedzam pana, że niezależnie od tego, jak postąpi dyrektor, ja, po wczorajszym pańskim wyczynie, będę musiał zająć stanowisko.
Przypatrywałem mu się i myślałem, skąd ja znam ten mięsisty nos? Taki nos widziałem u kogoś sympatycznego i uczciwego – i to wydało mi się upokarzające. Ludzie powinni mieć na twarzy znamiona swojej podłości. Może wprowadzić odznaki? „Za podłość”, „Za donos”, „Za oszczerstwo”. Noszone w klapie po prawej stronie marynarki. W święta państwowe traktowane ulgowo, noszenie nieobowiązujące.
– Nie rozumiem, skąd to wzburzenie, panie profesorze – powiedziałem spokojnie. – Czy miła pańskiemu sercu rezolucja nie została uchwalona? Jeśli rezolucja miała zbawić Polskę, to wszystko jest w porządku, żadnego wstrząsu nie ma, ponieważ nie obowiązuje u nas liberum veto. Niech pan nie zapomina, przecież jest pan historykiem i tak dalej, że kult jednomyślności zgubił Polskę. – Mówiłem i słyszałem trwożliwy chichot kilkorga obecnych. – Nie ma pan pojęcia, co to za ulga, można powiedzieć „nie” ze świadomością, że od tego żaden sejm nie będzie zerwany. Zwycięży opinia większości, a ona jest, sądząc z głosowania, po stronie pana przyjaciół. Mój sprzeciw nie miał żadnego znaczenia. Ot, taki sobie gest. A pan, kolego, przecież nie jest żadnym szlachetką, tylko zdrowym kmieciem, skąd u pana te saskie naleciałości?
Zoologica roześmiała się i zaraz umilkła. Pani Ina zaszeleściła gazetą:
– Wie pan, doktorze, kiedy czytam te bzdury, sama mam ochotę coś na ścianie napisać.
– A może to pani? – zażartował geograf i pogroził jej palcem.
Zoologica zbliżyła się do Dłubaka i poprawiwszy mu krawat, powiedziała miękko:
– Dłubak, pan jako kolega powinien pomóc Dominikowi, wyciągnąć go z tej kabały, pan przecież dużo może.
Dłubak rozanielił się:
– Czy pani myśli, że ja nie zrobiłbym tego? Ja chętnie. Jeśli kolega powiada, że to był gest bez znaczenia… To jest podstawa, możemy się tego trzymać. Pan doktor sporządzi pisemko, że podniósł dłoń na skutek roztargnienia. Albo że nie dosłyszał. Że nie miał pan zamiaru się przeciwstawiać, ponieważ… i tak dalej… coś o lojalności.
– Tak, niech pan to zrobi – namawiała mnie łacinistka. – Oczywiście, że to roztargnienie! Wszyscy możemy poświadczyć, że pan doktor jest roztargniony.
Zawsze uważałem ją za Pierwszą Sprawiedliwą, za Niezdolną Do, w każdym razie za kogoś z dużej litery. Teraz jej gotowość poświadczenia, że jestem tuman, uderzyła mnie nieprzyjemnie. W ustach czułem przykry smak, jakbym rozgryzł cierpki kartofel.
– Nie jestem bynajmniej roztargniony – powiedziałem, prostując się.
Wziąłem dziennik i czując nierówne, lękliwe bicie serca, poszedłem do klasy maturalnej. Mówiliśmy o współczesnej literaturze. Mówiliśmy o niej tak, jak gdyby nie istniał Dłubak, wymysły w prasie i te wszystkie pijackie pogróżki, które biedni linotypiści zmuszeni są potem składać. Zakończyłem lekcję pięć minut przed dzwonkiem, bo zapiekło w okolicach pęcherza. Dwaj chłopcy wyszli za mną na korytarz, chyba chcieli mi coś powiedzieć, ale się nie odważyli. Za nimi sunęła cichutko Irka Łapińska, porcelanowa, jasnowłosa, najbardziej aryjska dziewczyna w klasie. Zatrzymałem się i pomachałem im ręką. Chłopcy ukłonili się pośpiesznie, a Irka dygnęła. Chwilę tak przyglądaliśmy się sobie w przyjaznym, porozumiewawczym milczeniu.
Na ulicy złapał mnie geograf. Wyszczerzył w uśmiechu rząd białych zębów.
– I po co panu to było? Co panu z tego przyjdzie? Uratował pan coś?
Spytałem:
– Pan też jest za jednomyślnością?
– Głową muru nie przebijesz. Odwołaj pan swoje „nie” i będzie spokój. Nie widzi pan, że wszyscy są przeciw panu?
– Właśnie dlatego nie mogę odwołać. Właśnie dlatego –
powtórzyłem.
Geograf nie zrozumiał. Wyszczerzył jeszcze raz zęby i stanął w stumetrowej kolejce do autobusu.
Zaraz potem miałem jeszcze jedną rozmowę, krótką. Stara nauczycielka, pani Ina, ściskając mi dłoń, szepnęła jedno słowo:
– Gratuluję.
Długo czułem dotyk jej drżących, pomarszczonych palców. Wkrótce ma przejść na emeryturę.
Bałem się trochę spotkania z żoną, ale wszystko poszło gładko. Może nawet nazbyt gładko. Opowiadałem o wszystkim z takim ożywieniem, byłem taki ironiczny i pewny siebie, że mimo woli zmieniłem proporcje. Obawiam się, że Henryka poddała się nastrojowi podniecenia i została w przekonaniu, że znajduję się u progu jakiegoś niezwykłego sukcesu.
– Dobrze zrobiłeś – pochwaliła mnie. – Twoja postawa zmusi ich do zastanowienia. Zawsze mówili, że jesteś neutralny i uczciwy. Twoje pochodzenie jest poza wszelkimi podejrzeniami. Jeśli więc taki człowiek jak ty, nawet ty…! Ostatecznie, kim jest w porównaniu z tobą Dłubak? Nie krępuj się, powiedz to głośno! Na najbliższym zebraniu wstań i wygarnij wszystko.
Kiedy ją poznałem, miała zieloną koszulę, czerwony krawat, nietwarzowe okulary i była bardzo przejęta sprawami swojej organizacji. Ja nie odciągałem jej od tego, nie, ale nasze małżeństwo, ciąża, potem narodziny Pawła, pieluszki, koklusz, odra, choroba praczki, złamanie kija od szczotki, nabycie froterki elektrycznej, moje niedomagania… Uciekło mi gdzieś orzeczenie. Jednak rzecz nie w pięknie zbudowanych zdaniach (o które, ku zgorszeniu moich uczniów, nie dbam należycie), ale w tym, że Henryka zapomniała jakoś o swojej organizacji. W głębi duszy zachowała wiarę, że mogłaby wywrzeć wpływ na losy kraju. A cóż dopiero ja, z moim doktoratem. Gdybym tylko zechciał! „Idź i wygarnij im!” I wyobrażała sobie, że ja wstaję, wygarniam, i od razu wszyscy są zdruzgotani logiką i szlachetnością moich argumentów, dyrektor i minister oświaty całują mnie po rękach, a Dłubak płacze ze wzruszenia i błaga o przyjaźń.
Zdjąłem z półki mało znany w Warszawie tomik Camusa i położyłem go na nocnym stoliku obok Ewangelii. Potem powiedziałem:
– Dyrektor uprzedził, że mogę wylecieć.
– Proszę bardzo – zareagowała moja żona wojowniczo. – Proszę bardzo. Jeśli chcą zwalniać najlepsze siły, proszę bardzo, zobaczymy, do czego ich to doprowadzi. Będziesz mógł sobie nareszcie odpocząć – mówiła z ożywieniem. – Ostatecznie znajdziemy coś do sprzedania. Książki, roczniki, aparat fotograficzny – wyliczała. O tym, że pracuje w bibliotece, nie wspomniała, dostawała śmiesznie niskie wynagrodzenie, przeznaczaliśmy je na pokrycie czynszu i świadczeń lokalowych. – Nie martw się, kochanie, jakoś to będzie. Takie szaleństwo nie może długo potrwać!
Otworzyłem Camusa i przeczytałem podkreślone przeze mnie zdanie: „Jeżeli zbuntowany bluźni, to w nadziei nowego Boga”. Posłałem Pawła po butelkę gamzy i słone paluszki. Stało się bowiem coś, co należało opić. Henryka wypiła pół szklanki wina i zrobiła się ociężała, milcząca i czuła. Jej ciemne oczy są wciąż piękne. Paweł domyślił się, że nastrój jest odświętny, i poprosił o wino. Dałem mu trochę, wyjątkowo. Od kilku miesięcy zarywa basem i chwilami wydaje mi się, że ktoś mi zamienił syna.
Inne podkreślone zdanie: „Konformizm może być szaleńczy i przez to niezwykły. W samym sercu grzechu kryje się nostalgia za cnotą i życiem uporządkowanym”. Teraz bym tego nie podkreślił. Teraz postawiłbym duży znak zapytania. Albo napisał: CZYŻBY?
Wszystko to, co moja żona nazwała szaleństwem, trwało, ale wciąż jakby nie dotyczyło mnie. Dyrektor milczał i Dłubak milczał. Czułem się upokorzony. „Gest bez znaczenia” – powtarzałem sobie, pierwsze „nie” w moim życiu przeszło niemal niezauważone. Nie uznali we mnie przeciwnika, ponieważ byłem nikim. Przez dwanaście lat zgadzałem się potulnie na wszystko, unikałem tarć, unikałem gwałtownych wystąpień i wydawało się, że tak będzie do końca moich dni, że na łożu śmierci zaleję się gorzkimi łzami, wspominając swoje nieustanne tchórzostwo. Trzydziestego kwietnia dostałem pensję jak zwykle.
Miałem skruszoną minę, kiedy wręczałem żonie pieniądze. Ułożyliśmy majowy budżet i postanowiliśmy, że Henryka ze swojej pensji kupi materiał na sukienkę. Pod koniec maja, w trzecim dniu egzaminów maturalnych, wezwał mnie do swojego gabinetu dyrektor. Zamknął starannie drzwi i zaprowadził na drugi koniec pokoju, pod samo okno.
Kiedy położył mi ciepłą dłoń na ramieniu, zrozumiałem, że jest niedobrze.
– A więc, drogi kolego, nic nie dało się zrobić. Niestety, musimy się rozstać. – Spojrzał na mnie i dodał: – Czy pan się źle czuje? Może pan siądzie?
Zdobyłem się na uśmiech.
– Bicie serca – tłumaczyłem. – Bądź co bądź emocja.
– Pójdzie pan teraz do wydziału oświaty, tam panu powiedzą, co dalej. Ja, oczywiście, wystawię koledze najlepsze świadectwo, ale proszę nie zapominać, że Dłubak też je podpisuje. Może się więc zdarzyć…
– Mniejsza – przerwałem mu. – Co do tych napisów, to mam tylko tę nadzieję, że z moim odejściem się nie urwą.
– Więc to pan – stwierdził dyrektor z wyraźną ulgą.
– Nie ma co ukrywać: ja.
Dyrektor zatrzepotał rękami.
– Ja nic nie słyszałem, nic, nic. Niech pan zaraz tam idzie. Nie zwlekając. – Odprowadził mnie do drzwi. – Zadzwonię do pana. Tu, oczywiście, nie ma pan po co się zjawiać. Wszystkie sprawy między nami może załatwiać poczta. – Szepnął: – To szaleństwo musi się kiedyś skończyć.
Dyrektorskie drzwi były wysokie, ciężkie, i kiedy zamykały się za mną, miałem uczucie, jakby zatrzasnęły się podwoje twierdzy, do której wrzucano buntowszczyków. Szedłem korytarzem z podniesioną głową, nie odpowiadając na ukłony uczniów. Wolałem ich nie widzieć, krtań mi uciskało i pod powiekami piekło. Dwanaście lat pracowałem w tej szkole! W pokoju nauczycielskim nie było nikogo, nie musiałem nic nikomu wyjaśniać, zdjąłem z wieszaka kapelusz i pomachałem nim milczącym ścianom. Wychodząc ze szkoły, uśmiechnąłem się do woźnej i zaraz pożałowałem, bo jej spojrzenie było nieprzyjazne, a na moje „do widzenia” tylko coś odburknęła.
Szedłem ulicą bez pośpiechu. Dzień był słoneczny, pociłem się w swoim ciemnym garniturze, który włożyłem z okazji matury, wokół mnie ulica z lekka się kołysała. Tak, to wtedy po raz pierwszy odniosłem wrażenie, że warszawskie domy sobie nieco podpiły. Przeszedłem na cienistą stronę ulicy, tutaj kamienice były trzeźwiejsze, niewątpliwie.
Ten pan w wydziale oświaty wydał mi się także lekko podchmielony, jego krzesło, biurko, portrety, wszystko na bańce. Przywitał mnie sztywno, ponuro, chociaż nie bez formalnej uprzejmości. Wskazał krzesło. Ja siedziałem, gapiąc się na portret łysego pana wiszący tu od niepamiętnych czasów, a on, urzędnik, przeglądał papiery. Wreszcie, wciąż ze wzrokiem utkwionym w tych papierach, powiedział:
– Aha, znalazłem. Jest decyzja. Jest – powtórzył. – Trochę to tylko będzie daleko – zmartwił się. – Za miastem. Chociaż w obrębie wielkiej Warszawy – dodał szybko.
– Co to jest? – spytałem.
– Szkoła podstawowa.
Wymienił numer. Wstałem.
– Degradacja? – spytałem, a w głosie moim zabrzmiał gniew. Oparłem się o biurko i zauważyłem, że to mu się bardzo nie spodobało, nie mój gniew, tylko moje heretyckie dłonie na jego prawomyślnym biurku. – Jestem profesorem liceum i pragmatyka przewiduje…! – podniosłem głos, czując, że za chwilę zacznę krzyczeć.
– Proszę się uspokoić i nie powoływać ani na pragmatykę, ani na konstytucję – powiedział, marszcząc czoło. – Może pan złożyć odwołanie, ale wydaje mi się, że to niewiele pomoże. To nie jest nasza decyzja. Otrzymaliśmy ją z zewnątrz, na piśmie.
– Ale panów obowiązkiem jest zaprotestować – krzyknąłem.
– My tu nie protestujemy – odparł sucho. Spojrzał na mnie, skądś znałem to nieprzyjemne spojrzenie, słuchając go, zastanawiałem się skąd, i nagle sobie przypomniałem: to woźna popatrzyła na mnie dzisiaj w ten sposób. – My tutaj spełniamy rozporządzenia władz. – Chwilę milczał, potem spytał: – Więc jak?
– Dziękuję, nie skorzystam – powiedziałem.
– Jak pan chce. Może się pan namyślać do końca sierpnia.
– Już się namyśliłem – odparłem dumnie i wyszedłem.
Na korytarzu spotkałem tych pięcioro, którzy wraz ze mną podnieśli wtedy dłonie. Wymieniliśmy porozumiewawcze uśmiechy: „Albowiem gdzie są dwaj albo trzej zgromadzeni w imię moje, tamem jest – pośrodku nich”. Na ulicy wszystko było w porządku, domy na miejscu, sztywno i obojętnie, ludzie zajęci swoimi sprawami. Szedłem w tłumie, z kapeluszem w ręku, ogłuszony, osamotniony, z tą tylko myślą, że w tym tłumie może tylko ja jeden jestem postacią historyczną.
– Przenieśli mnie karnie do podstawówki – powiedziałem żonie.
Znieruchomiała.
– Zgodziłeś się? – spytała wreszcie.
– Nie.
– To dobrze. – Objęła mnie i przytuliła twarz do mojej twarzy. – Mamy czas, zaczekamy, aż zmądrzeją. A na razie… damy sobie jakoś radę.
Na obiad były żołądki z moją ulubioną kaszą perłową. Wydobyłem butelkę wódki i samotnie wypiłem kielicha pod te żołądki. Nic Henryce nie powiedziałem o tym kołysaniu się domów. Wieczorem słuchaliśmy razem radia. Mówili o naszych sprawach. Mówili o aresztowanych. O nauczycielach usuniętych z pracy ani słowa. Wymieniali w kółko te same nazwiska – oni też mieli swoich faworytów. Moje nazwisko nie padło.
Czekałem na tę chwilę dwanaście lat. Tak, bądźmy szczerzy, czekałem na cios, może nie z utęsknieniem, ale dziwiąc się, że nie następuje. To, że moje życie toczyło się monotonnie, bez wstrząsów, zawsze wydawało mi się trochę nienormalne. Dwanaście lat temu, kiedy po raz pierwszy przekroczyłem próg liceum, zastanawiałem się już, jak będzie wyglądało rozstanie. Nastąpi jakaś katastrofa, byłem tego pewny, chociaż nie miałem pojęcia jaka.
W domu było półtoraroczne dziecko i żona, która przerwała studia i miała uczęszczać na kurs bibliotekarski. A w szafie wisiała niepotrzebna już zielona koszula z czerwonym krawatem. Pod koniec miesiąca brałem pensję, potem doszła do tego pensja żony, potem premie, czasem małe honoraria, zarobki z korepetycji. Żyliśmy oszczędnie. Kupowaliśmy meble, książki, zaprenumerowaliśmy Wielką Encyklopedię Powszechną. Henryce spodobał się raz stary turecki fotel, czarny, inkrustowany masą perłową, i chociaż był nam zupełnie niepotrzebny, kupiliśmy go, żeby nadał blasku naszemu mieszkaniu. Kupiliśmy też telewizor, ale od kilku tygodni, od kiedy zaczęło się pełne nienawiści ujadanie, stoi bezczynnie, przykryty pokrowcem. Z wycieczki zagranicznej przywiozłem aparat fotograficzny, zrobiłem potem masę zdjęć Pawłowi i Henryce. Lubiłem odwiedzać antykwariaty. Czasem przynosiłem do domu jakiś stary rocznik, raz nabyłem dziewiętnastowieczną encyklopedię Orgelbranda. Jeszcze była srebrna papierośnica z wygrawerowaną dedykacją dla mnie, podarunek brata Henryki. A marki pocztowe? Nazbierało się ich setki, miałem nadzieję, że któregoś dnia Paweł się tym zajmie i je posegreguje. Olejny obraz na ścianie pędzla nieznanego malarza liczył chyba z lat osiemdziesiąt i może nie był bez wartości. Teraz wszystko to, cały dorobek, powinno nas ratować.
Próbowałem obliczyć wartość tego wszystkiego, ale szło mi nietęgo. Nie miałem pojęcia, ile za co można uzyskać. Podczas okupacji orientowałem się lepiej. Ale wtedy nie mieliśmy z mamą co sprzedawać. Spotykałem ludzi, którzy z wrześniowej pożogi wynieśli meble, dywany, porcelanę, ubrania, skóry, futra, czasem nawet kosztowności. Zazdrościłem im aż do grzechu, do nienawiści. My z mamą nie mieliśmy nic. Tylko przed zaśnięciem, myśląc o czasach, które nastąpią, marzyłem, że ja też będę miał futra i dywany, dobre buty i garnitur na zmianę, ceniony zawód w ręku, no i trochę więcej niż te okropne piętnaście lat (bo młodość to była podczas okupacji wada najgorsza, śmiertelna), będę więc uczony, dojrzały i zamożny, i potem, kiedy znów będzie okupacja (bo okupacja wciąż i wciąż musi powracać), już mnie nic nie zaskoczy, puszczę w ruch całe nabyte latami doświadczenie. Możliwe, że głodowe majaczenia nigdy nie zniknęły z mojej podświadomości i one to sprawiły, że wciąż czułem pewność katastrofy. Wrócił do mnie ten zawzięty, głodny chłopak, rozglądał się pożądliwym wzrokiem po mieszkaniu i mówił: no, gdybym ja to wszystko miał wtedy…! A ja czułem się wobec niego trochę nie w porządku. Jak syty burżuj.
Dwanaście lat pracy! – myślałem, rozglądając się po naszym mieszkaniu. Dorobek w tych ścianach powinien być niemały. Człowiek po dwunastu latach harówy chyba się czegoś dorobił? Jak to wszystko sprzedać? Oczywiście wszystko prócz mieszkania, bo mieszkać gdzieś trzeba. Jest nas troje, musimy więc według danych statystycznych wydawać na utrzymanie sześć tysięcy złotych miesięcznie. To znaczy rocznie? Powiedzmy sześćdziesiąt pięć tysięcy. Odliczmy to, co wnosi Henryka. Potrzeba więc będzie wyciągnąć z wyprzedaży pięćdziesiąt tysięcy rocznie. Załóżmy, że mój strajk potrwa dwa lata. Z grubsza potrzeba mi stu tysięcy.
Rozglądam się po mieszkaniu. Aparat. Fotel. A książki? Mam chyba z osiemset sztuk. Prawda, że wiele poniszczonych. Pawełek, czytając, obrywa koniuszki kartek, lubi żuć kawałki papieru, a ja w swoich ulubionych książkach chętnie podkreślam i zapisuję marginesy – w porządku, przecież ulubionych książek i tak nie sprzedam, bez nich czułbym się dopiero fatalnie. Powiedzmy więc pięćset egzemplarzy na sprzedaż. Po dziesięć złotych każdy. Nie, przyjmijmy piętnaście za sztukę. Liczę: siedem i pół tysiąca. Nie wierzę własnym oczom, dwadzieścia lat skrzętnej zbieraniny, od studenckich czasów po dzień katastrofy, i raptem na jeden miesiąc życia. Nie może być! Musiałem popełnić jakiś błąd.
Robimy z Henryką próbną inwentaryzację. Liczymy i liczymy – fotel, aparat, obraz, telewizor – podwajamy przyjętą wartość posiadanych rzeczy, ale w żaden sposób nie możemy dobić do tych stu tysięcy. Widocznie liczymy źle. Mam jeszcze książeczkę samochodową i cztery tysiące na oszczędnościowej. Wychodzi jednak na jaw, że czeka nas mnóstwo wydatków: kołdry drą się, w tapczanie trzeba zmienić sprężyny, ja nie mam palta na zimę, talerze wszystkie wytłuczone, Pawełek wyrósł z marynarki, piec gazowy wymaga nowej nagrzewnicy. Ale są jeszcze znaczki pocztowe. Niektóre serie dochodzą do grubych tysięcy.
„Nie potrzebują zdrowi lekarza, ale ci, co się źle mają; nie przyszedłem wzywać sprawiedliwych, ale grzesznych do pokuty”. Czy grzesznik wie, że jest grzesznikiem? Może uważa się za wzór cnoty? Przeczytałem przemówienie działacza, z którym mamy wspólnego patrona. Przyszedł mi do głowy pewien pomysł. O trzeciej, w porze obiadowej, zadzwoniłem z budki telefonicznej do mego imiennika. Przewidywałem prawidłowo: zastałem go w domu, sam odebrał telefon i życzliwym barytonem powiedział: „hallo”.
– Czy towarzysz Dominik? – zapytałem.
– Słucham – odpowiedział uprzejmy baryton.
– Mówi Dominik. Właśnie w tej sprawie dzwonię. Chciałem zapytać, czy sprawiłaby panu trudność zmiana imienia. Trochę mi wstyd, że noszę to samo imię. Znajomi się śmieją i wyzywają od łajdaków.
Słyszałem, jak rzucił słuchawkę na widełki. Zrobiłem swoje, pomyślałem. Mój protest jest sztubacki, ale j e s t, i w ten sposób rehabilituje nasze potulności, przyzwolenia, schlebiania i rezygnacje. Gdyby wiedzieli, jak drogo mnie kosztował! Kiedy wyszedłem z budki, na ulicy zakołysały się domy. Oparłem się o drzewo. Dwaj przechodzący milicjanci – oni teraz przeważnie chodzą parami – ci dwaj obrzucili mnie nieufnym spojrzeniem. Chodnik pod moimi nogami się spiętrzył i poruszył jak podczas trzęsienia ziemi. Miałem spuchniętą głowę, za dużą i za ciężką w stosunku do reszty ciała. „Duch-ci jest ochotny, ale ciało mdłe”, przypomniałem sobie.
– Wymówili mi – powiedziała żona.
Paweł w sąsiednim pokoju dosłyszał, wyłączył radio i przyszedł do nas.
– Dlaczego? – spytałem.
– Uznali, że zamawiałam dla biblioteki niewłaściwe książki. Pomijałam jedne nazwiska i lansowałam inne. Broniłam się, że zamawiałam właśnie te książki, które zalecano odgórnie, siedem wydań pamiętników generała Moczara na przykład. To tylko alibi, powiedziano mi, oni wiedzą, że kupowałam generalskie pamiętniki bardzo niechętnie, a co do odgórnych zaleceń, to należało mieć własne rozeznanie, bo tamte odgórne osobistości zostały właśnie zdemaskowane, a ja zdemaskowanym szłam na rękę, nie wykazałam czujności Polki patriotki.
– Wygarnęłaś im? – spytałem, nie mogąc się powstrzymać od złośliwości.
Uśmiechnęła się smutno.
– Chciałam. Ale kiedy zapytali mnie, czy to prawda, że mój mąż został karnie przeniesiony do szkoły podstawowej, zrozumiałam, że nie chodzi o mnie, tylko o ciebie. I postanowiłam nie pogarszać sprawy.
– Nie martw się – mruknąłem. Znowu tuliliśmy się do siebie policzkami. – Zajmiesz się domem. Wszyscy na tym skorzystamy. A może byśmy poszli razem do kina?
Osunęła się w swój turecki fotel. Mówiła:
– Trzeba będzie przemyśleć trochę wydatki na dom. Kupować tańsze gatunki mięsa. Zresztą Paweł lubi salceson i kaszankę, tylko nie zawsze można dostać.
– Chodźmy do kina – upierałem się. – Na western. To dobra zabawa: jeden facet załatwia całą bandę.
– Nie, trzeba oszczędzać. Nie pojedziesz, synku, w góry. Bilety drogie i nie bardzo masz w czym.
Widziałem, że Pawełkowi zaszkliły się podejrzanie oczy.
– Obiecałem kolegom – szepnął. – Jeszcze się chwaliłem, że zabiorę ze sobą aparat i będziemy fotografować góry.
Henryka była nieubłagana.
– Musielibyśmy podjąć z książeczki, a tego nie wolno ruszać.
– No to z samochodowej – podpowiedział Paweł.
– Z samochodowej! Zastanów się! Niedługo ciągnienie, możemy wygrać.
Paweł zacisnął szczękę i wyszedł bez słowa. Zdjąłem z półki encyklopedię Orgelbranda. Potem odkurzyłem „Tygodnik Ilustrowany” z roku tysiąc dziewięćset trzynastego. Dorzuciłem do tego jeszcze parotomową historię literatury Chmielowskiego. Drżałem z podniecenia. Nareszcie się to zaczyna. Puste miejsca na półkach łatwo będzie zapełnić, rozsuwając książki, ale mnie na tym nie zależało. Wytarłem tylko kurz i nagle deski zalśniły.
– Sprzedam to – powiedziałem. – Niech chłopak jedzie. Należy mu się.
– To może podjąć z książeczki? – zaproponowała nieśmiało Henryka. – Tak się boję wyprzedawania.
– Na odwrót, należy coś włożyć na książeczkę. – Objąłem ją i powiedziałem: – Nie rozumiesz, że bank wypłaca procenty? Gdybyśmy mieli w banku kilka milionów złotych, moglibyśmy żyć z samych procentów.
– Zimno mi – powiedziała moja żona.
Pogłaskałem ją po włosach.
– Nie bój się. Powiedz synkowi, że pojedzie w góry.
Zapomniałem na śmierć, że w mojej encyklopedii Orgelbranda brak ostatniego tomu. Byłem jeszcze studentem, kiedy szperając w antykwariacie pana Kowalewskiego, małej mrocznej klitce na Marszałkowskiej w pobliżu Wilczej, gdzie można było znaleźć cuda, natrafiłem na to wydawnictwo. Kupiłem je dla siebie, chciałem wykorzystać niektóre ciekawostki historyczne i nie przejąłem się tym, że mój skarb urywa się na literze „S”. Teraz to, że brak czegoś do całości, okazało się przeszkodą. Cena katalogowa, w ogóle niewysoka, wyznaczona była za całość. Ten pan w antykwariacie zwrócił mi te tomy, wziął zaś „Tygodnik” i Chmielowskiego. „Wie pan – próbowałem zwierzyć się kierownikowi – żal mi tego Chmielowskiego, przydawał mi się, wie pan, w pracy, jestem polonistą, uczyłem w liceum, ale ostatnio, na wiadomym tle, mnie zwolniono”. Starszy pan w szarym kitlu obliczał spokojnie moją należność. Potrącił trzydzieści pięć procent od ceny sprzedażnej i dał mi kwitek do kasy na czterysta pięćdziesiąt złotych. Dużo mniej, niż się spodziewałem. W kasie siedział inny starszy pan, także w szarym kitlu. „Jestem polonistą – powiedziałem – kiedyś kupowałem książki, teraz muszę je sprzedawać”. „Gdyby pan miał pięćdziesiąt złotych, dałbym panu całą pięćsetkę” – powiedział ten z kasy. „Nie mam” – wykrztusiłem. Byłem bliski łez.
Żeby donieść te książki, przyjechałem do antykwariatu taksówką. Wracałem piechotą, z głową chwiejącą się jak dynia zatknięta na tyce, a nieprzyjęte tomy encyklopedii Orgelbranda uwierały mnie pod pachą.
Listonosz przyniósł sześćset pięćdziesiąt złotych. Nie wiem za co i nie wiem od kogo. Stempel warszawski, ale brak nadawcy. Henryka popłakała się. Włożyłem pieniądze do szuflady i oświadczyłem, że na razie nie wolno ich ruszać. Napisałem na kartce HAŃBA KŁAMCOM i położyłem ją w budce telefonicznej pod książką. Kiedy wychodziłem z budki, znowu natknąłem się na milicjantów. Podszedłem do nich i spytałem, gdzie jest Dworzec Centralny. Odpowiadali jąkając się, wyraźnie zaniepokojeni. A we mnie tłukło się serce.
– Zawroty głowy? – Lekarkę moją relacja wyraźnie zniecierpliwiła. – Przepracowanie. Trzeba odpocząć.
– Kiedy ja jestem bezrobotny – tłumaczyłem. – A w ogóle to mamy wakacje.
– Może to anemia. Zrobimy morfologię.
– Zrobiłem – mówię i podaję jej kartkę z wynikiem.
Zniecierpliwienie tej pani rosło.
– Tutaj wszystko jest w porządku – mówiła, przyglądając się kartce. Czuła, że jej wiedza zawodzi, i to ją zaniepokoiło. – Jak z apetytem?
– Przeciętny.
– Na wszelki wypadek wzmocnimy pana zastrzykami z glukozy.
– Pani doktor – poprosiłem. – Czy nie mogłaby pani zapisać czegoś na uspokojenie?
Uniosła brew.
– Źle pan sypia?
– Źle.
– Chce pan elenium czy librium?
– Elenium.
– Ile?
– Dużo.
Zasiadła do pisania. Nareszcie wszystko było jasne. Wiedziała, że nie po to tu jest, żeby leczyć, tylko żeby wypisywać recepty dla hipochondryków i narkomanów.
Zażywam elenium. Nie pomaga. Marzę o sprzedaniu tureckiego fotela. Stoi w kącie pokoju, wisi nad nim wycięta z ilustrowanego miesięcznika reprodukcja pięknej bizantyjskiej mozaiki Jezusa z Rawenny, którą dałem kiedyś do oprawienia. Przyglądam się fotelowi i wyobrażam sobie, jak tu będzie wyglądać bez niego. Mozaika na tle pustej ściany tylko zyska. A ja będę miał widomy znak, że nie milczę. Samozniszczenie jest najbardziej pociągającą formą protestu.
Pewnego dnia pół świata popełni samobójstwo. Wszyscy, którzy zdadzą sobie sprawę z pustki i nędzy swojego bytowania. Wszyscy, którzy uświadomią sobie, że żyją ku własnemu cierpieniu a cudzej rozkoszy. Wszyscy, którzy zrozumieją, że byli stale nabierani. Wszyscy, którzy zajrzą w ciemne oko przyszłości i przerażą się, że nic nie widać. Ci, którzy żyją cudzą naiwnością, cudzym posłuszeństwem, zostaną nagle bez gruntu pod nogami. Masowe samobójstwo oszukiwanych pozbawi oszustów wszystkich przywilejów. Wiem, że myśl ta jest niechrześcijańska. Wiem. To obłęd. Ja nie popełnię samobójstwa. Ja nie boję się cierpienia. Znajduję w nim zadowolenie. I dumę. Ktoś może mnie nazwać masochistą, ale byłoby to błędem. Nie mam ochoty na samobiczowanie.
Paweł wrócił z wakacji. Boże, jak wyrósł! Jest opalony, zdrowy, silniejszy, niż był. Całkowicie obdarty. Buty rozleciały się, a zresztą i tak na nogi już mu nie wlezą. Trzeba chłopcu kupić nowe spodnie, koszule może nosić moje. Henryka robi mu na drutach sweter. Materiał, który sobie kupiła, leży w domu. Powiedziałem, żeby zaniosła go do krawcowej. Musimy się trochę ubrać, właśnie teraz, kiedy jeszcze dostajemy pensje. Zaniosłem aparat fotograficzny do komisu. Poszedł ze mną Kwapień, który jest dobrze ze sprzedawcą. Kwapień to mój były uczeń, teraz pracownik aparatu spółdzielni rzemiosł. Zna się na wszystkim. Jest pyzaty, gadatliwy i raczej uczynny. Aparat wyceniono na dwa pięćset, o półtora mniej, niż się spodziewałem. Pieniądze powinny być za kilka dni. Dwadzieścia pięć procent potrąci sobie sklep, a setkę trzeba będzie jeszcze dać w rękę sprzedawcy za to, że tak szybko załatwił, bo tych aparatów to leży tam cała góra.
Poszliśmy potem z Kwapieniem do „Staropolskiej” na lampkę wina. Chciałem, żeby mnie poinformował, jak najlepiej sprzedać znaczki pocztowe. Okazało się, że to cała historia. Można na wagę, jak leci, za grosze. Można na sztuki, ale trzeba najpierw płukać, suszyć, segregować. Też grosze. Lepiej płacą za serie. Ale nie wiem, czy się uzbierają serie. Jednym słowem, na znaczki nie ma co liczyć.
Bardzo dziwne napisy pojawiły się na klatce schodowej i w okolicach naszego domu.
– Miejscowy by tego nie zrobił – powiedział nasz dozorca, którego poprosiłem, by zmienił w kuchni stary kran (znowu wydatek). – Miejscowy by się bał, że go nakryją. To robi gość z zupełnie innej dzielnicy. Jak pan doktor myśli?
– Może tak, a może nie – odpowiedziałem.
– Ano, faktycznie, trafił pan doktor, jak to się mówi, w dziesiątkę: może być różnie. Ale po mojemu to robi obcy. U nas lokatory porządne. – Dozorca umocował kran i puścił wodę. – Proszę, można się moczyć. Ci panowie, co pan wiesz, też powiadają, że to jakiś obcy. Strasznie niespokojnie im się zrobiło, jak zobaczyli te wyrażenia. Mówią: tym razem wrogie siły całkiem nieznane. Hasła takie niezwyczajne – nie wiadomo, o co chodzi. Ale że przeciw – to się czuje. Kto jest za, nie musi po kryjomu mazać po ścianach, może śmiało iść na ulicę. Oni powiadają, że musi działać jakaś nowa organizacja.
– Naprawdę? – ucieszyłem się.
– Tak, panie doktorze. Kto wie, mówili, co się za tym kryje. A jak pan doktor uważa?
– Masoneria – odpowiedziałem, płacąc.
Dozorca chuchnął na pieniądz i zaśmiał się:
– Najważniejsze, że jest na ten kieliszek chleba. Ja sobie równiutko pociągam i mnie nic nie bierze – ani grypa, ani mason. I każdemu radzę.
Nieoczekiwanie odwiedził mnie dyrektor. Wpadł na kwadrans. Henryka zmusiła go, żeby wypił z nami kawę i pochrupał herbatniki. Przyszedł dowiedzieć się, czy wziąłem tamtą posadę (wiedział jaką!). Kiedy mu powiedziałem, że nie, zmienił się na twarzy.
– Ale dlaczego? – pytał. – Dlaczego nie?
– Nie mogę podporządkować się karze, której nie rozumiem. Podniosłem rękę, ponieważ pytano mnie o zdanie. Widocznie uważano, że w omawianej sprawie może być różnica zdań. Jeśli teraz przyszło im na myśl, że nie powinienem wyrażać swojej własnej opinii, to po diabła mnie o nią pytali. Jestem polonistą, a nie cyrkowcem – mówiłem coraz goręcej. – I uważam, że to my sami, godząc się na cyrk, działamy na własną szkodę.
– Z czego pan będzie żył? – spytał dyrektor, nie patrząc na mnie.
– Z tego – powiedziałem, wskazując na półki z książkami.
– Ma pan coś na książeczce?
– Niewiele. Ale mam książeczkę samochodową. Powinienem wygrać – powiedziałem. – Jeśli od wszystkich wymagamy dziś samookreślenia, to tym bardziej możemy żądać tego od Pana Boga.
Dyrektor dopił kawę.
– Pan wie dobrze – powiedział – że ja jestem starym ateistą. Na Pana Boga nie radzę liczyć.
– Liczę na porządek moralny, który wyznacza bieg dziejów.
– Nie zauważyłem żadnego takiego porządku – powiedział cierpko dyrektor. – Gdybym miał kierować się wskazaniami jakiejś księgi, to raczej Księgi dżungli.
– Myślałem, że pan dyrektor jest optymistą – odezwałem się z widocznym rozczarowaniem. – Pan zawsze wierzył w pracę społeczną.
– Panie kochany, społecznictwo to jest kwestia temperamentu, a nie wiary. A zresztą, ja już w nic nie wierzę. – Chwilę siedział milczący. – Pamięta pan tę małą Irkę, taką jasnowłosą?
– Pamiętam. – Omal nie dodałem: lubiłem słuchać jej dźwięcznego głosu, lubiłem się na nią gapić.
– Wyjeżdżają. Ojca rozrobili hunwejbini.
Wiedziałem, że to się tak skończy. Jej ojciec był nazbyt zasadniczy.
Przy drzwiach dyrektor sobie coś przypomniał:
– A Dłubak awansował! Odszedł na dyrektora.
– A więc jest jakaś logika w tym, co się dzieje – powiedziałem. – O, panie dyrektorze, nie podoba mi się pańska rezygnacja. Trzeba czerpać otuchę z historii. Czy wie pan, jaki okres dziejów nowoczesnych uważam za najbardziej krzepiący? Denazyfikację w Niemczech. Nie trwała długo, ale sam fakt jest wystarczająco wymowny, by pokolenia się nad tym zastanowiły. Po każdym szaleństwie musi nastąpić denazyfikacja. To nieuchronne.
Dyrektor pokiwał smętnie głową.
– Pan za dużo rozmyśla. Niech się pan zainteresuje swoją posadą, panie doktorze, odpowiada pan nie tylko za siebie.
Kiedy wyszedł, stałem przez chwilę w mrocznym przedpokoju i myślałem z niesmakiem, że gadałem bzdury po to, żeby pocieszyć jego i siebie. I że mi się to nie udało.
O szarej godzinie Paweł poszedł do „Iluzjonu” na film z braćmi Marks. Zostaliśmy z Henryką we dwoje, ja czytałem Objawienie świętego Jana, a Henryka wykańczała rękaw Pawłowego swetra. Chciałem zapalić lampkę, ale moja żona, która ma wzrok jak żbik, powiedziała, że nie trzeba. „Blisko jest czas” – przeczytałem w Objawieniu i postanowiłem zapisać sobie to sformułowanie. Wyciągnąłem z biurka szufladę, żeby wśród tego całego bałaganu dogrzebać się ołówka, kiedy nareszcie go znalazłem, dobiegło mych uszu mamrotanie Henryki. Spojrzałem, Henryka pruła rękaw, dzisiaj już po raz trzeci. Spytałem:
– Znowu prujesz?
– Mylą mi się oczka.
– Może zapalić lampę?
– Nie, to nie to.
Wiedziałem dobrze, że „to nie to”, ale lampkę zapaliłem. BLISKO JEST CZAS – zobaczyłem wyraźnie w oślepiającym żółtym blasku.
– Nie mogę się zmieścić w tych granicach, któreśmy zakreślili – mówiła żona, prując zawzięcie rękaw. – Ten kran, herbatniki dla dyrektora, buty Pawła, dwa nowe prześcieradła…
– Radio trzeba dać do naprawy – przypomniałem. – Coraz gorzej odbiera…
– Ci twoi statystycy na pewno się mylą, życie jest droższe, niż oni obliczyli. Albo ja nie umiem sobie radzić.
– Pewno oboje nie umiemy – pocieszyłem ją.
– Czy Paweł musi chodzić do kina? – zastanawiała się.
Krzyknąłem:
– Musi! Będzie chodził! Będzie!
Oparłem się o półkę z książkami, bo pokój się zakołysał i sufit nagle się ku mnie przechylił. Henryka spytała:
– A jak sobie radzą inni? Ci, którzy zarabiają poniżej normy statystycznej?
Wciąż opierałem się o półkę. Spokój, nie wolno ci krzyczeć, upominałem siebie. Starałem się myśleć i mówić flegmatycznie.
– To jest właśnie tajemnica – powiedziałem.
Ołówek miał złamany gryfel. Znowu Paweł się do niego dobierał! Przez chwilę kipiała we mnie złość, ale uśmierzyłem ją w sobie, bo dobrze wiedziałem, że to złość niesprawiedliwa, że winna być skierowana w inną stronę. Zapamiętasz ten cytat, powiedziałem sobie – BLISKO JEST CZAS – zapamiętasz go bez notowania.
Nazajutrz pojechałem tramwajem za miasto. Wcale nie miałem zamiaru zgłaszać się do tej szkoły, nie, panowie, nie ze mną sprawa; pomyślałem sobie tylko, że nie szkodzi na nią popatrzeć. Kiedy tramwaj zatoczył koło i zatrzymał się przed białym budynkiem stacyjnym, zdjąłem z głowy kapelusz i ostrożnie zszedłem na żwir torowiska. Zakołysało się pode mną, ale tylko na chwilę, rozkraczyłem się i kołysanie ustało. Przyjemnie tu, pomyślałem, wciągając w płuca świeże powietrze. Było cicho, pachniały lipy. Szedłem wąskim chodnikiem obok sadu, w którym unosiło się brzęczenie pszczół. Chciałem znów pochwalić ciszę i Opatrzność, która dębom dała żołędzie, a pszczołom miód, kiedy naraz rozległ się nieludzki wrzask, trzystu dzikich Zulusów odtańczyło taniec wojenny, misjonarze skowytali w kotłach, bito w tam-tamy, ujadały pistolety maszynowe, zdaje się, że i sputniki brały udział w tym sabacie, bo słychać było jakieś rytmiczne popiskiwanie. Zrozumiałem, że jestem w pobliżu szkoły i że mieszczą się w niej teraz półkolonie letnie.
Ostatecznie, pomyślałem, patrząc na zmagające się zastępy, to nie muszą być moi uczniowie. Budynek szkolny, jasny, lekki, słoneczny, wyglądał wcale pociągająco, moje stare liceum nie mogło się z nim równać. Tylko te szkraby – strasznie to malutkie, chude, guzowate, wrzaskliwe a groźne. Bałem się, że zaraz któryś skoczy na mnie i wczepi mi się zębami w łydkę. Obchodząc dzieciarnię łukiem, ze wzrokiem utkwionym niby to obojętnie przed siebie, dotarłem szczęśliwie do wrót szkoły. Spociłem się trochę, ale spodnie miałem całe, a łydki niepogryzione. Cóż szkodzi zajść?, myślałem. Ostatecznie powinienem wiedzieć, co mi proponowano. I co mnie czeka.
Miałem okazję porozmawiać z kierownikiem. Był to niski, młody i łysawy blondasek o czerwonej twarzy i zadartym nosie. Spod kolorowej koszulki z krótkimi rękawami wystawały muskularne, pokryte piegami ramiona. Musiał być nauczycielem gimnastyki, domyśliłem się. Sam lubił też poćwiczyć, jego gabinet przesycony był ciężkim i kwaśnym zapachem potu.
Przedstawiwszy się, wyraziłem pomieszaną ze zdziwienia radość, że go mimo wakacji zastaję.
– A gdzie ja miałbym się podziać? – Kierownik zaśmiał się i uderzył ciężką dłonią w biurko. – Trzeba pilnować tego, skąd chleb rośnie. Korzystam z wakacji, żeby coś dorobić. Widział pan chłopaków? To ja prowadzę te półkolonie. – Nagle zamilkł. Poczęstował mnie sportem i przez chwilę, milcząc, paliliśmy. – A pan doktor długo się nie zgłaszał – odezwał się z naganą w głosie.