Oko Uadżet - ebook
“Oko Uadżet” to książka o podróży, która miała być zwykłymi wakacjami, a stała się czymś więcej. O czterdziestolatkach z Konina, którzy wyruszyli nad Nil z plecakami i przewodnikiem, a wrócili z bagażem doświadczeń, który zmienił ich życie. O najdłuższej i najstarszej rzece na świecie. O miejscach, które widziały imperia powstające i upadające, i o ludziach, którzy — jak my — przyjeżdżają, żeby to zobaczyć, i zabrać ze sobą. We wspomnieniach. Książka została utworzona z pomocą AI
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-968-8 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Nazywam się Michał Kalicki i to ja jestem właściwym autorem tej książki, choć gdybym przed rokiem usłyszał, że ktokolwiek będzie ją czytał, parsknąłbym śmiechem w swój kajak, płynąc leniwie Wartą. Jestem z Konina, z miasta, które na turystycznych mapach Polski istnieje głównie dlatego, że leży nad rzeką, która — mówiąc szczerze — nigdy nie miała ambicji, by konkurować z Nilem. Prowadzę stanicę wodną, wypożyczam kajaki, doradzam, który sprzęt lepiej trzyma się na fali. Moja żona Anna uczy angielskiego w liceum. Jesteśmy zwykłymi czterdziestolatkami, którzy myśleli, że największą przygodą życia będzie remont łazienki lub wymiana okien przed zimą.
A jednak ta książka powstała. I powstała nie dlatego, że jestem pisarzem — nie jestem. Nie skończyłem żadnych kursów kreatywnego pisania, nie wygrałem konkursów literackich, nie marzyłem o tym, by moje nazwisko widniało na okładce. Jestem facetem, który w listopadzie 2026 roku wyjechał z żoną na dwa tygodnie do Egiptu i przeżył coś, co do dziś — gdy siadam do pisania tych słów, rok później, w Koninie, przy stole, na którym stoi kubek kawy i figurka ibisa przywieziona z Kairu — wydaje mi się nieprawdopodobne. A jednak wydarzyło się naprawdę.
Gdy wracaliśmy, Anna powiedziała: „Musisz to opisać”. Śmiałem się. Mówiłem, że nie potrafię, że nie mam talentu, że nikt nie będzie chciał czytać o tym, jak facet z Konina jeździł nad Nil i oglądał piramidy. Ale ona nie odpuściła. „Nie chodzi o piramidy”, powiedziała. „Chodzi o ludzi. O to, co się wydarzyło między nimi. O to, czego się nauczyliśmy. O to, że nie ma podróży, która nie zmienia”. I miała rację. Jak zwykle.
Nie jestem pisarzem, ale jestem przewodnikiem. Przez piętnaście lat prowadziłem ludzi po jeziorach Wielkopolski, opowiadałem o historii Konina, o szlakach wodnych, o ptakach, które można spotkać na Warcie. Nauczyłem się, że dobra opowieść potrzebuje dwóch rzeczy: prawdy i serca. Prawdy o miejscu, które się opisuje — nawet jeśli to miejsce jest tak stare, że pamięta faraonów. I serca tego, kto tę opowieść snuje — bo to serce sprawia, że słowa przestają być tylko słowami, a stają się czymś, co może poruszyć drugiego człowieka.
W tej książce znajdziecie zatem prawdę o Egipcie. O piramidach, które są większe, niż można to sobie wyobrazić, patrząc na zdjęcia w podręcznikach. O Nilu, który nie jest tylko rzeką — jest żyłą świata, która od tysięcy lat tętni życiem, niosąc ze sobą nie tylko wodę, ale i nadzieję, i tajemnice, i czasem — jak się okazało — coś, czego nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Znajdziecie opisy miejsc, które odwiedziliśmy — od tętniącego życiem Kairu po pustynne grobowce w Dolinie Królów, od majestatycznych świątyń w Luksorze po urzekającą ciszę Abu Simbel. Każde z tych miejsc jest w książce oddane tak wiernie, jak tylko potrafiłem, bo wierzę, że czytelnik, który sięgnie po tę opowieść, ma prawo poczuć się tak, jakby sam płynął z nami w górę Nilu.
Ale jest w tej książce również prawda innego rodzaju. Prawda o tym, że podróże bywają nieprzewidywalne. Że czasem to, co miało być odpoczynkiem, staje się sprawdzianem. Że ludzie, których spotykamy na swojej drodze — ci milczący, ci gadatliwi, ci, którzy wydają się nam obcy — mogą mieć historie, o jakich nie śniliśmy. I że czasem, zupełnie niespodziewanie, to my stajemy się częścią ich historii.
Nie chcę zdradzać zbyt wiele. Wstęp nie powinien być streszczeniem, a zaproszeniem. Powiem tylko tyle: ta książka jest o podróży, która miała być zwykłymi wakacjami, a stała się czymś więcej. O czterdziestolatkach z Konina, którzy wyruszyli nad Nil z plecakami i przewodnikiem, a wrócili z bagażem doświadczeń, który zmienił ich życie. O rzece, która jest najdłuższą na świecie, ale przede wszystkim — najstarszą. O miejscach, które widziały imperia powstające i upadające, i o ludziach, którzy — jak my — przyjeżdżają, żeby je zobaczyć, i zostają w nich na zawsze, choćby tylko we wspomnieniach.
I jest też w tej książce prawda o tym, że świat nie jest ani czarno-biały, ani podzielony na dobrych i złych. Że ludzkie motywacje bywają skomplikowane, a to, co z pozoru wydaje się oczywiste, w świetle Nilu nabiera innych barw. Że czasem najtrudniej jest zrozumieć nie innych, ale siebie. I że podróż — prawdziwa podróż — kończy się nie wtedy, gdy wracamy do domu, ale wtedy, gdy to, co przeżyliśmy, staje się częścią nas.
Kiedy dziś, rok później, patrzę na mapę Egiptu wiszącą na ścianie mojej stanicy wodnej, widzę nie tylko miejsca, które odwiedziliśmy. Widzę ludzi, których spotkaliśmy. Widzę twarz kapitana Alego Szihe, który opowiadał nam historie, jakich nie znajdziecie w żadnym przewodniku. Widzę Tarka, egiptologa z Kairu, który zarażał nas miłością do swojego kraju. Widzę Jadwigę z Lublina, która była z nami w najtrudniejszych chwilach. I widzę siostrę Emanuel, która — jak się okazało — miała swoją własną, bolesną drogę, i której historia splotła się z naszą w sposób, jakiego nikt z nas nie mógł przewidzieć.
Nie jestem pisarzem. Ale jestem człowiekiem, który wierzy, że warto opowiadać historie. Bo historie — te dobre, te smutne, te, które wydają się nieprawdopodobne — są tym, co nas łączy. Są mostem między Koninem a Kairem, między Wartą a Nilem. Są tym, co sprawia, że dwie rzeki, tak różne, mogą płynąć w naszym sercu obok siebie.
Gdybym miał polecić tę książkę komukolwiek — a tak, jako autor, mam prawo — poleciłbym ją tym, którzy kochają podróże i chcą poznać Egipt nie tylko od strony zabytków, ale przede wszystkim od strony ludzkich historii. Poleciłbym ją tym, którzy wierzą, że każda podróż zmienia, a czasem zmienia w sposób, którego się nie spodziewamy. I poleciłbym ją tym, którzy — jak ja — myśleli, że największe przygody są gdzieś daleko, a potem odkryli, że są tuż obok. Wystarczy tylko wsiąść do kajaka. Albo do samolotu. Albo po prostu otworzyć książkę.
Zanim przewrócicie pierwszą stronę, chciałbym podziękować Annie. Bez niej ta książka by nie powstała — ani ta podróż, ani żadna inna. Dziękuję, że byłaś przy mnie, gdy szukałem, że wierzyłaś, gdy wątpiłem, że tańczyłaś ze mną w cieniu świątyń. Dziękuję Guerowi, który czekał i wybaczył. Dziękuję wszystkim, których spotkaliśmy nad Nilem — tym, którzy zostali z nami, i tym, którzy odeszli. I dziękuję Nilowi, który — mam nadzieję — przyjął ich tak, jak przyjmuje wszystkich, którzy przychodzą do niego z czystym sercem.
A teraz — zapraszam. Statek odpływa.
_Michał Kalicki_
_Konin, październik 2025_Rozdział 1
KAJAKI, KOREPETYCJE I HIEROGLIFY
Deszcz w Koninie padał tak, jakby ktoś na górze postanowił zatopić miasto w ciągu jednego popołudnia. Krople uderzały o blaszany dach stanicy wodnej z uporem młotów pneumatycznych, a wiatr szarpał banderą z napisem „Kajaki u Michała”, która wisiała nad wejściem od dziesięciu lat i jakoś nigdy nikomu nie przyszło mu do głowy, żeby zmienić jej nazwę na coś bardziej wyszukanego.
Michał Kalicki stał za ladą i wbijał wzrok w paragon, który nie chciał się wydrukować. Stara kasa fiskalna, pamiętająca czasy, gdy wypożyczaniem kajaków interesowało się w Koninie może trzech wariatów, postanowiła właśnie dziś wyrazić swój sprzeciw wobec systemu podatkowego. Kopnął ją dyskretnie pod blatem, co było jego standardową metodą naprawczą numer jeden. Kasa zajęczała, ale paragonu nie wydała.
— Panie Michale, to jak z tym sprzętem? Bo ja myślałem, że wezmę to większe, takie niebieskie, ale żona mówi, że…
— Niebieskie jest dobre na Jezioro Góreckie, ale na Wartę bym brał czerwone, ma większą stateczność — odparł z przyzwyczajenia, choć w głowie miał zupełnie co innego.
Klient, mężczyzna w średnim wieku z brzuchem, który zdradzał zamiłowanie do piwa i kiełbasy, pokiwał głową z powagą człowieka, który za chwilę podejmie decyzję o randze życiowej. Jego żona, stojąca w drzwiach z parasolem, który nic nie dawał na tym wietrze, krzyknęła coś, co utonęło w huku deszczu.
— Bierzemy czerwone! — zadecydował klient i wyciągnął portfel.
Michał w końcu wymusił na kasie wydruk paragonu, uderzając ją pięścią w sam środek klawiatury. Kasa wypłuła zwitek papieru, a on odetchnął z ulgą, jakby właśnie wygrał pojedynek z przeciwnikiem klasę wyżej.
— To jutro zwrot, jak zawsze do osiemnastej. Przy ładnej pogodzie dajemy dłużej, ale jutro ma lać dalej, więc bym nie ryzykował.
Klient skinął głową, zapłacił, zabrał czerwony kajak i zniknął w szarej ścianie deszczu, ciągnąc za sobą żonę, która komentowała coś o „szaleństwie pływania w taką pluchę”. Michał został sam.
Stanica wodna była jego królestwem, chociaż ostatnio czuł się w nim coraz bardziej jak zesłaniec. Dziesięć lat temu, gdy odziedziczył ten kawałek brzegu po wuju Zenku, wydawało mu się, że spełnił marzenie. Zostawił pracę w muzeum — bo jak wyżywić rodzinę z pensji asystenta w Muzeum Okręgowym w Koninie? — i zajął się czymś, co przynosiło pieniądze. Tyle że z każdym rokiem wypożyczalnia kajaków stawała się coraz bardziej… jego życiem. A nie bardzo chciał, żeby jego życie polegało na wystukiwaniu paragonów i doradzaniu, który sprzęt lepiej trzyma się na fali.
Przetarł ladę ścierką, która miała już kolor trudny do określenia, i rozejrzał się po stanicy. Ściany obwieszone były wiosłami, kapokami i mapami jezior, które pamiętały czasy, gdy na mapach nie zaznaczało się jeszcze osiedli domków jednorodzinnych. W kącie stała półka z przewodnikami — bo kiedyś Michał myślał, że będzie prowadził też wycieczki kajakowe z opowieściami o historii. Przewodniki po Wielkopolsce, po Koninie, po szlakach wodnych. Kurzyły się od dwóch lat, odkąd ostatni raz otworzył któryś z nich.
Drzwi stanicy otworzyły się z hukiem, wpychając do środka podmuch wiatru i wodną mgłę.
— Michał, nie zamknąłeś garażu od kajaków! — głos Anny przeciął wilgotne powietrze jak nóż.
Stanęła w progu z torbą przewieszoną przez ramię, w przemoczonej kurtce i włosach sklejonych w strąki. Jej okulary zaparowały od nagłej zmiany temperatury, co sprawiało, że wyglądała jak rozdrażniona sowa.
— Zamknąłem — odpowiedział spokojnie, choć nie był pewien.
— Nie zamknąłeś. Właśnie szłam od autobusu i widziałam, że drzwi stoją otworem. Cały sprzęt ci zmoknie.
Michał westchnął. Nie chciało mu się sprzeczać. Ania miała rację — prawie zawsze miała rację, co było jedną z rzeczy, które go w niej irytowały, a jednocześnie sprawiały, że czuł się bezpiecznie. Nie zamknął garażu. Zajęło mu to może trzy minuty, ale gdy wrócił, Anna siedziała już na taborecie za ladą, wyciągnęła z torby stos wypracowań i zagłębiła się w ocenianie angielskich esejów o tym, co uczniowie robili w wakacje.
— Uczcijmy to — powiedział, wyciągając z małej lodówki dwie butelki piwa. — Piątek, koniec sezonu, co tam.
Anna uniosła wzrok znad wypracowania. Przez chwilę patrzyła na butelkę, jakby wahała się, czy alkohol o tej porze to dobry pomysł. Potem westchnęła i wzięła.
— Do pierwszych błędów — powiedziała, stukając się z nim.
Usiadł naprzeciwko niej, na drugim taborecie, i przez chwilę obserwował, jak jej długopis sunie po kartkach. Uczyła angielskiego w liceum od piętnastu lat. Kiedyś żartował, że wygląda jak nauczycielka z reklamy podręczników — zgrabne okulary, ciemne włosy spięte w niski kucyk, spokojny głos, który potrafił zmienić się w lodowaty ton, gdy ktoś nie odrobił pracy domowej. Dziesięć lat małżeństwa sprawiło, że widział w niej więcej niż tę szkolną fasadę. Widział zmęczenie, widział marzenia, które odkładała na później. I widział, że ten deszczowy piątek jest jej tak samo ciężki jak jemu.
— Ilu ich było dzisiaj? — zapytała bez podnoszenia wzroku.
— Trzy grupy. Jedna z Zielonej Góry, jakaś firma z Poznania i dwóch takich… nie wiem, chyba turyści z Niemiec.
— Niemcy? O tej porze?
— No właśnie. Może szukają wrażeń.
Anna pokręciła głową. — Wrażenia to ja miałam dzisiaj. Kowalski na sprawdzianie napisał, że „to be” odmienia się przez przypadki. W trzeciej klasie liceum.
— Może to było celowe? Jakaś awangarda?
— Albo zwykłe lenistwo. — Postawiła piwo i sięgnęła po kolejne wypracowanie. — Słuchaj, mówiłeś coś o tym voucherach, które dostałeś od tego… jak mu tam…
— Marka. Organizatora spływów. — Michał odstawił piwo, czując, że rozmowa zmierza w kierunku, który wolałby ominąć. — Mówiłem. Dwa vouchery na rejs po Nilu. Nie wiem, skąd je wytrzasnął. Mówił, że ma kontakty.
— I co z nimi zrobisz?
Wzruszył ramionami. — Może sprzedam. Albo wymienię na coś.
Anna wreszcie podniosła wzrok. Jej spojrzenie miało to coś, co Michał nazywał „nauczycielskim laserem” — umiała nim wywołać u ucznia uczucie, że zrobił coś złego, nawet jeśli był niewinny.
— Wymienisz na co? Na nowe wiosła?
— No właśnie. Wiosła by się przydały. I te kapoki trzeba wymienić, bo połowa ma nieszczelne szwy.
— Michał. — Odłożyła długopis. — Mamy czterdzieści cztery lata.
— Wiem, ile mamy lat. Byłem na naszym ślubie.
— Nie o to chodzi. — Wstała z taboretu i podeszła do okna, za którym deszcz wciąż smagał szybę. — Chodzi o to, że od dziesięciu lat pracujesz w miejscu, które cię męczy. Ja od piętnastu uczę dzieciaki, które mają w dupie angielski. I dostaliśmy szansę, żeby na dwa tygodnie wyjechać gdzieś, gdzie nie ma kajaków, nie ma wypracowań, nie ma deszczu w Koninie. A ty chcesz wymienić to na wiosła.
Michał nie odpowiedział od razu. Wiedział, że ma rację. Wiedział też, że od lat oboje odkładali podróże na później, przekonani, że najpierw trzeba spłacić kredyt, potem wymienić okna, potem… zawsze było jakieś „potem”. A teraz ta szansa pojawiła się niespodziewanie, jak kamień wbity w nurt rzeki.
— A co z Guerem? — zapytał, bo pies był ostatnim argumentem, jaki mu został.
— Guero pojedzie do twojej matki. Mówiła, że chętnie się nim zajmie.
— Moja matka go rozpuści.
— Twój pies i tak jest już rozpuszczony jak nikt na świecie.
Uśmiechnął się mimo woli. Guero, labrador o inteligencji drzwi obrotowych i sercu wielkim jak Warta w czasie powodzi, rzeczywiście był rozpieszczony ponad wszelką miarę. Kiedyś zjadł całą kuwetę z mąką, a potem przez trzy dni kaszlał białą chmurą. Michał kochał go jak syna, co Ania wykorzystywała bezlitośnie.
— Nie sprzedamy tych voucherów — powiedziała cicho, ale stanowczo.
— Skąd wiesz, że to nie jest jakaś ściema? Marek to taki…
— Marek to twój przyjaciel. A ja sprawdziłam. — Sięgnęła do torby i wyciągnęła wydruk. — To biuro podróży istnieje od dwudziestu lat. Rejs po Nilu, statek nazywa się „Nefretete”, wszystko wliczone w cenę. Wyżywienie, zwiedzanie, bar otwarty przez całą dobę.
— Bar otwarty? — Michał uniósł brew.
— To cię przekonało?
— Nie mówię, że nie.
Anna podeszła do niego, pochyliła się i pocałowała go w czoło. Pachniała deszczem i kawą, którą piła w szkole.
— Masz dwa tygodnie, żeby przygotować stanicę na zimę. Ja dwa tygodnie, żeby przygotować uczniów do poprawy. A potem lecimy.
— Lecimy — powtórzył, jakby sprawdzał, jak to słowo smakuje na języku.
— Lecimy. I nie chcę słyszeć więcej o wymianie na wiosła.
Wróciła na swój taboret, sięgnęła po piwo, które zdążyło już się ogrzać, i wypiła łyk z miną człowieka, który właśnie podjął jedną z ważniejszych decyzji w życiu. Michał patrzył na nią przez chwilę, potem wstał i podszedł do półki z przewodnikami.
Odgarnął kurz z grzbietów. „Wielkopolska z kajaka”, „Szlaki wodne Wielkopolski”, „Przewodnik po Koninie i okolicach”. Odłożył je na bok i sięgnął dalej. Na samym końcu, wtulony w ścianę, leżał przewodnik, którego nie otwierał od lat. „Egipt. Dolina Nilu. Przewodnik turystyczny”.
Kupił go, kiedy brali ślub, z nadzieją, że pojadą tam w podróż poślubną. Nie pojechali. Kredyt na mieszkanie okazał się ważniejszy. A potem była stanica, potem były szkolne reformy, potem… życie.
Otworzył przewodnik na pierwszej stronie. Na wyklejce ktoś — prawdopodobnie on sam — narysował długopisem małego krokodyla.
— Wiesz co? — powiedział głośno, wracając za ladę. — Wczoraj śnił mi się Nil.
Anna uniosła wzrok znad wypracowania, ale nie odpowiedziała. Wiedział, że nie lubi, gdy opowiada sny. Kiedyś przez tydzień opowiadał jej każdy sen po kolei, a ona powiedziała, że jeśli jeszcze raz usłyszy o latającym kajaku i mówiącej rybie, to śpi na kanapie. Ale to był inny sen.
— Śniło mi się, że płynę takim wielkim statkiem, białym. A wokół woda taka… nie taka jak u nas. Brązowa, ciężka. I ktoś mi tłumaczył, że to właśnie Nil.
— To przez Marka, że wam o tym rejsie opowiadał — mruknęła.
— Może. Ale czułem w tym śnie coś… nie wiem. Jakbym już tam był.
Anna odłożyła długopis i spojrzała na niego uważnie. — Michał, nie zaczynaj.
— Czego nie zaczynam?
— Tego. — Wskazała ręką na przewodnik, który trzymał w dłoni. — Tego, że sny coś znaczą, że wszystko jest przeznaczone, że Nil nas woła. Jesteśmy normalnymi ludźmi z Konina, którzy dostali darmowe vouchery na wycieczkę. Nie bohaterami filmu przygodowego.
— A może właśnie dlatego — powiedział cicho — że jesteśmy normalnymi ludźmi z Konina, to ta wycieczka może być czymś więcej?
Nie odpowiedziała. Przez chwilę siedzieli w ciszy, przerywanej tylko stukotem deszczu o dach i szumem wody na rzece. Potem Anna wzięła od niego przewodnik i zaczęła kartkować.
— Piramidy — powiedziała cicho, jakby czytając w myślach. — W Gizie. Muzeum Egipskie. Abu Simbel.
— Ty też o tym myślałaś — stwierdził.
— Myślałam. — Przesunęła palcem po mapie w przewodniku. — Ale bałam się powiedzieć, bo pomyślałam, że powiesz, że to nie czas, że trzeba na coś wydać pieniądze, że…
— Że jestem nudnym kajakarzem, który boi się wyjechać dalej niż nad Jezioro Góreckie?
Spojrzała na niego z lekkim uśmiechem. — Coś w tym stylu.
— Może kiedyś byłem. Ale dzisiaj… — wstał, obszedł ladę i stanął przed nią. — Dzisiaj myślę, że czterdziestka czwórka to dobry wiek, żeby zobaczyć coś więcej niż Wartę z poziomu kajaka.
— Trzydzieści dni — powiedziała. — Za trzydzieści dni wylot.
— Skąd wiesz?
— Sprawdziłam. Rezerwacja jest na nasze nazwiska. Marek zrobił to już miesiąc temu. Czekał tylko, aż dojrzejesz.
Michał poczuł coś, co trudno było nazwać inaczej niż wzruszenie. Marek, z którym pływał kajakami od czasów liceum, organizator spływów, który zawsze mówił, że „trzeba żyć, a nie tylko wiosłować”. Czekał, aż dojrzeje.
— Co ty na to? — zapytał, biorąc Anię za rękę.
— Ja na to — powiedziała powoli — że muszę kupić nowy kostium kąpielowy. I kapelusz z dużym rondem. I nauczyć się kilku zwrotów po arabsku.
— Nie mówisz po arabsku.
— Nauczę się. W końcu jestem poliglotką.
— Uczysz angielskiego w liceum.
— To już coś.
Zaśmiali się oboje, a śmiech w małej stanicy wodnej, wśród wioseł i kapoków, w deszczowy piątek późną jesienią, zabrzmiał tak obco, że Michał prawie się przestraszył. Dawno się tak nie śmiali.
Anna oderwała się od niego i sięgnęła po torebkę. Wyciągnęła z niej telefon i zaczęła coś szybko wpisywać.
— Co robisz?
— Wysyłam maila do dyrektorki. Piszę, że w przyszłym miesiącu biorę dwa tygodnie urlopu. I że zastępstwo dla mnie znajdzie, bo to nie podlega dyskusji.
— Zawsze mówiłaś, że nie możesz sobie pozwolić na taki urlop.
— Zawsze mówiłam, że mamy czas. Ale dzisiaj… — przerwała pisanie i spojrzała na niego poważnie. — Dzisiaj zdałam sobie sprawę, że czasu może być mniej, niż myślimy.
Michał chciał zapytać, co ją do tego skłoniło, ale ugryzł się w język. Wiedział, że Anna czasami tak ma — w najmniej spodziewanym momencie podejmowała decyzje, które zmieniały bieg rzeczy. Wzięli ślub po trzech miesiącach znajomości, bo pewnego dnia powiedziała: „Biorę cię, bo nie mam czasu czekać”. Kupili mieszkanie, bo któregoś ranka oznajmiła: „Dzwoniłam do banku, dają nam kredyt”. A teraz, w deszczowy piątek, oznajmiała, że lecą do Egiptu.
— A co z Guerem? — zapytał, chociaż znał już odpowiedź.
— Dzwonię do twojej matki. — Podniosła słuchawkę. — Cześć, mamo. Tak, wiem, że późno. Słuchaj, masz ochotę na dwa tygodnie z wnukiem? Bo my z Michałem wybieramy się w podróż. Tak, tę, o której mówiliśmy. Świetnie. Dziękujemy.
Rozłączyła się i spojrzała na niego triumfalnie.
— Załatwione.
— A co, jeśli mi się odwidzi?
— Nie odwidzi ci się. — Wstała, podeszła do drzwi i poprawiła klamkę, która od dawna wisiała krzywo. — Bo ja ci nie pozwolę.
Michał oparł się o ladę i patrzył, jak jego żona krząta się po stanicy — zamyka okno, które trzasnęło od wiatru, poprawia krzesła, które stały nierówno, sprawdza, czy kasa fiskalna jest wyłączona. Robiła to wszystko z taką naturalnością, jakby nigdy nie robiła nic innego. I nagle zobaczył w niej nie tylko nauczycielkę angielskiego z liceum, nie tylko żonę, z którą dzielił rachunki i obowiązki. Zobaczył dziewczynę, którą poznał na studiach — tę, która mówiła, że chce zobaczyć świat, że angielski to nie tylko gramatyka, to most do ludzi, do historii, do wszystkiego, co ciekawe.
— Ania — powiedział.
— Mmm?
— Dziękuję.
Odwróciła się od okna, które właśnie zabezpieczyła na noc. — Za co?
— Że nie pozwoliłaś mi zmienić tych voucherów na wiosła.
Uśmiechnęła się, podeszła do niego i oparła głowę na jego ramieniu. Pachniała deszczem i tym swoim szamponem o zapachu wanilii, który lubił od zawsze.
— Wiosła mogą poczekać — szepnęła. — Nil nie będzie czekał wiecznie.
Stali tak przez chwilę, wpatrując się w ciemne okno, za którym deszcz wciąż padał, a Warta niosła swoje brązowe wody dokądś, gdzie kończyła się Wielkopolska, a zaczynał świat.
— To jak — przerwał ciszę Michał — uczymy się tych hieroglifów?
— Hieroglifów? — odsunęła się, patrząc na niego ze zdziwieniem.
— No bo jak będziemy w Egipcie, to trzeba wiedzieć, co się czyta. Żeby nie wpaść w jakąś starożytną pułapkę.
— Michał, w Egipcie są przewodnicy. Mówią po angielsku. A poza tym hieroglifów nie czyta się jak zwykłego tekstu.
— To jak się czyta?
— Nie wiem. — Wzruszyła ramionami. — Może jak wiersze. Albo jak sny.
Michał wyciągnął z szuflady notes — ten, w którym zapisywał, kto wypożyczył kajak i kiedy ma go zwrócić — i otworzył na czystej stronie.
— To co? Zaczynamy?
— Z czym zaczynamy?
— Z listą. Co musimy zrobić przed wyjazdem.
Anna usiadła na taborecie, pomyślała chwilę, po czym zaczęła dyktować:
— Po pierwsze: paszporty. Sprawdzić, czy ważne.
Zapisał. — Są ważne, sprawdzałem w zeszłym tygodniu.
— Po drugie: szczepienia. Podobno w Egipcie trzeba się szczepić na coś tam.
— Żółta febra, dur brzuszny, coś tam jeszcze. Zapytamy w przychodni.
— Po trzecie: twoja matka przyjeżdża po Guera.
— Ona nie przyjeżdża. My go zawieziemy. Bo inaczej będzie płakał w samochodzie.
Anna przewróciła oczami, ale się nie sprzeciwiła. — Po czwarte: nauczyć się kilku słów po arabsku.
— Ile?
— Chociaż tyle, żeby powiedzieć „dziękuję” i „gdzie jest toaleta”.
— Dziękuję, proszę, toaleta. — Próbował zapamiętać. — Łatwizna.
— Po piąte — jej głos stał się cichszy, poważniejszy — po piąte: obiecać sobie, że nie będziemy się kłócić.
Michał podniósł wzrok znad notesu.
— Kłócić się?
— Wiesz, o co mi chodzi. Ciągle się spieramy o głupoty. O to, co gdzie postawić, którą drogą jechać, czy wziąć parasol, czy nie. A to są dwa tygodnie. Chciałabym, żeby to były dobre dwa tygodnie.
— Będą dobre — powiedział z przekonaniem, którego wcale nie czuł.
— Obiecujesz?
— Obiecuję.
Pocałowała go w policzek, jakby podpisywali umowę, a potem spojrzała na zegarek.
— Jest po dwudziestej. Idziemy do domu? Guero czeka.
— Guero śpi na kanapie i ma to gdzieś, czy czekamy, czy nie.
— Idziemy — zdecydowała. — Jutro wczesnym rankiem zaczynam pakowanie.
— Pakowanie? Jutro? Do Egiptu?
— Nie, do Egiptu zaczniemy się pakować za dwa tygodnie. Jutro zaczynamy pakować rzeczy, które oddamy do przechowalni. Bo nie mogę znieść tego bałaganu.
Michał roześmiał się, zgasił światło w stanicy i wyszedł za nią w deszcz. Gdy zamykał drzwi, usłyszał jeszcze, jak woda pluska o brzeg, gdzie stały zaparkowane kajaki. Czerwone, niebieskie, zielone — wszystkie gotowe do wypłynięcia. Ale tym razem to nie one miały go gdzieś zabrać.
W drodze do domu, w samochodzie, Anna milczała, wpatrując się w mokrą nawierzchnię. W pewnym momencie sięgnęła do schowka, wyciągnęła przewodnik po Egipcie, który Michał wziął ze stanicy, i zaczęła go kartkować przy świetle latarni.
— Słuchaj — powiedziała nagle — tu jest coś o „Dolinie Królów”. Piszą, że odkryto tam ponad sześćdziesiąt grobowców. A w jednym z nich podobno jest klątwa.
— Klątwa?
— No, że kto wejdzie do grobowca, ten umrze w ciągu roku.
— To na pewno wymyślone, żeby odstraszać turystów.
— A gdyby nie było? — zapytała z dziwnym uśmiechem.
— To i tak wejdziemy. Nie po to lecimy do Egiptu, żeby bać się klątw.
Schowała przewodnik, a on zerknął na nią z ukosa. W jej oczach, w świetle deszczowej nocy, dostrzegł coś, czego nie widział od lat — ekscytację. Czystą, dziecięcą radość z tego, że zaraz wydarzy się coś nowego, nieznanego.
Zaparkowali przed blokiem. W oknie na drugim piętrze, za firanką, zamajaczyła sylwetka Guera — labrador stał na tylnych łapach, opierając przednie o szybę, i merdał ogonem z taką siłą, że prawdopodobnie strącił już z szafki wszystkie doniczki.
— On wie — powiedział Michał.
— Co wie?
— Że wyjeżdżamy. Psy wyczuwają takie rzeczy.
— Psy wyczuwają, że wracamy do domu, bo jesteśmy głodni.
— Nie. Guero wie, że szykuje się coś wielkiego.
Anna wysiadła z samochodu, poprawiła kurtkę i spojrzała na oświetlone okno, w którym pies wciąż tańczył swoje radosne tango.
— To może Guero też pojedzie do Egiptu? — zapytała żartem.
— Labradory nie przepadają za upałem. Poza tym nie wiem, czy w Egipcie lubią psy.
— W Egipcie psy były bogami. Anubis.
— Anubis to był szakal. A Guero to labrador. Różnica.
— Guero też jest bogiem. Bogiem kanapy i smakołyków.
Wbiegli po schodach, a gdy Michał otworzył drzwi, Guero rzucił się na nich z entuzjazmem, który mógłby rozbroić każdą bombę. Liznął Anię w twarz, potem Michała, potem znowu Anię, po czym pobiegł do kuchni, gdzie stała jego pusta miska, i spojrzał na nich z wyrzutem godnym największych tragików.
— Zaraz, zaraz — powiedział Michał, głaszcząc go po głowie. — Najpierw musimy się nacieszyć sobą.
Guero spojrzał na niego z głębokim sceptycyzmem, po czym położył się przy misce, dając do zrozumienia, że bez jedzenia nie ma mowy o jakiejkolwiek radości.
Anna usiadła na kanapie, wyciągnęła znowu przewodnik i zaczęła czytać na głos:
— „Nil to nie tylko rzeka. To żyła świata, która przez tysiąclecia tętniła życiem, niosąc ze sobą nie tylko wodę, ale i nadzieję. Dla starożytnych Egipcjan Nil był darem bogów, dla współczesnych — mostem między przeszłością a teraźniejszością. Kto raz wypłynie na jego wody, ten już zawsze będzie słyszeć ich szum”.
Michał przestał głaskać psa. W słowach przewodnika usłyszał coś, co poruszyło w nim strunę, o której istnieniu dawno zapomniał.
— To piękne — powiedział cicho.
— Piękne — zgodziła się Anna. — I straszne.
— Dlaczego straszne?
— Bo kto wie, co ta rzeka ze sobą niesie. Poza historią.
Guero podniósł łeb i spojrzał na nich swoimi brązowymi, mądrymi oczami, jakby chciał powiedzieć, że to wszystko jest bardzo interesujące, ale czy mogliby wrócić do kwestii kolacji.
Michał poszedł do kuchni, nasypał psu karmy, a gdy wrócił, Anna wciąż siedziała z przewodnikiem na kolanach, ale nie czytała. Patrzyła w okno, za którym deszcz wreszcie przestał padać, a w chmurach pojawiła się wąska smuga światła.
— Co myślisz? — zapytał.
— Myślę — odpowiedziała powoli — że to będzie najważniejsza podróż naszego życia.
— Albo największa przygoda.
— Albo oba. — Zamknęła przewodnik. — Chodź spać. Jutro czeka nas pakowanie.
— Mówiłaś, że dopiero za dwa tygodnie.
— A jednak zaczniemy jutro. Bo muszę kupić ten kostium.
— Myślałem, że nosisz ten stary, zielony.
— W Egipcie nie będę nosić zielonego kostiumu. Kupię nowy. Czerwony.
— Czerwony? — Michał uśmiechnął się, wyobrażając ją sobie na tle piasków i błękitnej wody. — Czemu czerwony?
— Bo to kolor życia. Kolor krwi. Kolor słońca nad Nilem.
Zgasili światło w salonie. Guero zjadł kolację i już spał na swoim miejscu, chrapiąc cicho w rytm, który kojarzył się Michałowi z pluskiem wioseł. Ale tym razem nie myślał o kajakach. Myślał o rzece, która była dłuższa niż Warta, starsza niż wszystko, co znał, i która czekała na nich gdzieś daleko, w kraju, gdzie hieroglify opowiadały historie zapisane w kamieniu.
Zasypiając, usłyszał jeszcze, jak Anna mówi przez sen: „Woda… taka brązowa… i te łodzie… białe…”.
Uśmiechnął się w ciemności.
Może to jednak nie był zwykły sen. Może to Nil naprawdę ich wołał.Rozdział 4
BENI SUEF I OPOWIEŚĆ O ZAGINIONEJ BIBLIOTECE
Obudził ich głos. Nie dzwonek, nie budzik ustawiony w telefonie, nie szum silników statku, który gdzieś tam, w maszynowni, pracował swoim cichym, monotonnym rytmem. To był głos. Męski, donośny, z akcentem, który sprawiał, że każda sylaba brzmiała jak nuta w starej, dobrze znanej melodii.
— Dzień dobry, dzień dobry! Panie i panowie! Kto jeszcze śpi, niech szybko wstaje, bo Nil nie czeka!
Michał otworzył oczy. Przez iluminator wpadało światło o ostrym, złocistym odcieniu, jakiego nie znał z Polski. Nie było w nim tej rozlanej, mlecznej łagodności jesiennego słońca nad Wartą. To było światło, które ciąłem noża oddzielało cienie od jaskrawej jasności, światło, które nie pytało o zgodę, tylko wypełniało każdą szczelinę, każde okno, każdą szczelinę między powiekami.
— Która godzina? — wymamrotała Anna, przewracając się na drugi bok.
— Nie wiem. — Michał sięgnął po telefon. Siódma rano. Spali może pięć godzin, ale czuł się tak, jakby przespał całą dobę. Powietrze w kajucie było suche, ciepłe, pachniało rzeką i czymś, czego nie umiał nazwać — może kurzem pustyni, który wiatr przyniósł z daleka, może kadzidłem z porannej mszy w jakimś kościele, którego nie widzieli.
Za ścianą ktoś chrząknął głośno, potem rozległ się dźwięk spuszczanej wody, a potem głos, tym razem kobiecy, starszy, z charakterystyczną dla Jadwigi energią:
— Tarek! Na którą godzinę śniadanie?
— Za pół godziny, pani Jadwigo! Ale kto nie zdąży, ten zostanie z głodnym brzuchem na cały dzień!
Michał usiadł na łóżku. Jego koszulka była mokra od potu, mimo że w kajucie działała klimatyzacja. Spojrzał na Annę, która wciąż leżała z zamkniętymi oczami, ale uśmiechała się.
— Śniadanie — powiedziała, jakby to było najpiękniejsze słowo na świecie.
— Śniadanie — potwierdził. — I Beni Suef.
— Co?
— Beni Suef. Dzisiaj jedziemy do Beni Suef. Tarek mówił wczoraj.
Anna otworzyła oczy i spojrzała na niego z tym swoim uważnym, uważnym spojrzeniem. — Ty wszystko zapamiętujesz, co on mówi.
— Bo to ciekawe.
— To znaczy, że ja nie słucham?
— Słuchasz. Ale ty zapamiętujesz, jakie kolczyki miała przewodniczka w Muzeum Egipskim. A ja — jakie było miasto.
— W Muzeum Egipskim nie było przewodniczki. Był przewodnik.
— No właśnie. Widzisz?
Anna rzuciła w niego poduszką.
Śniadanie na statku było wydarzeniem. Nie dlatego, że jedzenie było szczególnie wykwintne — choć było, i to jak — ale dlatego, że po raz pierwszy wszyscy uczestnicy wycieczki zebrali się razem. Osiemdziesiąt osób, które do tej pory widzieli w rozproszeniu, teraz wypełniło całą restaurację na dolnym pokładzie. Szum głosów, brzęk sztućców, zapach kawy, świeżego chleba, jajecznicy, a do tego, z otwartych okien, zapach Nilu — wilgotny, ciężki, inny niż wszystko, co znali.
Michał i Anna usiedli przy stoliku w rogu, blisko okna. Jadwiga dołączyła do nich, niosąc talerz tak przeładowany, że wyglądał jak rzeźba współczesna.
— Tu się człowiek nakarmi, to potem do wieczora nie będzie głodny — oznajmiła, siadając. — Wczoraj mówiłam do siostry Łucji, że w takich podróżach to najważniejsze, żeby nie chorować. A jak się nie najesz, to się rozchorujesz. Logika prosta.
— Siostra Łucja lepiej się czuje? — zapytała Anna.
— Lepiej, lepiej. Była na śniadaniu, ale wzięła tylko jogurt i herbatę. Mówi, że jeszcze nie przywykła. Siostra Emanuel za to jakby się ożywiła. Widziałyście ją dzisiaj?
Michał pokręcił głową.
— Rano była na pokładzie. Stała przy barierce, patrzyła na wschód słońca. Taka blada, taka spokojna. I mówiła coś pod nosem. Myślałam, że się modli, ale nie. Patrzyła na wodę i coś do niej mówiła.
— Do wody? — Michał odłożył widelec.
— Ano, do wody. Albo do tego, co w wodzie. Kto to wie? Zakonnice mają swoje zwyczaje.
— A może po prostu rozmawiała z Bogiem — zasugerowała Anna.
— Nad Nilem? — Jadwiga wzruszyła ramionami. — Bóg jest wszędzie. Ale ja tam wolałam rozmawiać z Bogiem w Licheniu. Bez krokodyli.
Michał uśmiechnął się, ale w myślach wrócił do słów siostry Emanuel z poprzedniego wieczoru. „Nil jest szczególny. On płynie od wieków tym samym korytem, a jednak zawsze jest inny”. I ta melodia, którą słyszał w nocy. Nie powiedział o niej Annie. Bał się, że uzna go za wariata.
— A propos krokodyli — odezwał się nagle głos zza ich pleców.
Odwrócili się. Za nimi stał Tarek, ubrany w białą koszulę i lniane spodnie, z uśmiechem, który zdawał się być jego stałym elementem twarzy.
— Pan mówił o krokodylach? — zapytał, zwracając się do Michała.
— Nie ja. Pani Jadwiga.
— A, krokodyle. — Tarek usiadł na wolnym krześle, nie pytając o pozwolenie, z naturalnością kogoś, kto od lat wiedział, że przy tym stole jest zawsze miejsce. — W starożytnym Egipcie krokodyle były święte. Sobek, bóg o głowie krokodyla, władca wód, pan płodności. W świątyniach trzymano święte krokodyle, ubierano je w złoto, karmiono najlepszym mięsem. A gdy umierały, balsamowano je jak faraonów.
— I co, teraz też są? — zapytała Jadwiga, rozglądając się niespokojnie w stronę okna.
— Teraz? W Asuanie, przy tamie, podobno widziano kilka. Ale na tym odcinku Nilu — bezpiecznie. — Tarek uśmiechnął się szerzej. — A przynajmniej tak mówią.
— Tak mówią? — Michał podniósł brew.
— W Egipcie wiele rzeczy jest tak, jak mówią. A potem okazuje się, że mówili inaczej. — Tarek wstał. — Ale to już nie moja bajka. Moja bajka to Beni Suef. Za godzinę ruszamy. Autokar czeka.
Beni Suef.
Michał powtarzał tę nazwę w myślach, gdy autokar toczył się wąską drogą wzdłuż Nilu. Miasto leżało około stu kilometrów na południe od Kairu, na zachodnim brzegu rzeki, tam gdzie żyzna ziemia Delty spotykała się z pustynią. Tarek opowiadał przez mikrofon, a jego głos, wzmacniany przez głośniki, wypełniał wnętrze pojazdu jak mantra.
— Beni Suef to nie jest miejsce, które znajdziecie w typowych przewodnikach. Nie ma tu wielkich świątyń, nie ma kolumnad, nie ma grobowców faraonów. Beni Suef to miasto żywych. Miasto, które pamięta czasy, gdy Egipt był chrześcijański, zanim przyszedł islam. Tu, w okolicznych klasztorach, mnisi przez wieki przechowywali wiedzę, której nie chcieli oddać.
— Jaką wiedzę? — zapytał ktoś z tyłu.
Tarek odwrócił się, spojrzał po twarzach zgromadzonych i uśmiechnął się w sposób, który Michał zaczął już rozpoznawać — uśmiech, który zapowiadał opowieść.
— Znacie historię Biblioteki Aleksandryjskiej?
— Wielka biblioteka starożytności — powiedział Piotr, lekarz z Warszawy. — Spłonęła. Podobno.
— Podobno — powtórzył Tarek. — Ale co tak naprawdę spłonęło? I co udało się ocalić? Opowieści mówią, że kiedy Cezar podpalił swoją flotę w porcie w Aleksandrii, ogień przeniósł się na miasto i strawił część zbiorów. Ale nie wszystkie. Tysiące zwojów, ksiąg, manuskryptów — one przetrwały. I przez wieki były przenoszone z miejsca na miejsce, chronione przez tych, którzy wierzyli, że wiedza jest ważniejsza niż władza.
— I co się z nimi stało? — Anna pochyliła się do przodu, zainteresowana.
— Nie wiemy. To jedna z wielkich tajemnic Egiptu. Niektórzy mówią, że zbiory trafiły do klasztorów w Górnym Egipcie, do miejsc takich jak Beni Suef, Al-Minya, Asjut. Inni, że zostały wywiezione do Konstantynopola. A jeszcze inni — że wciąż są gdzieś tutaj, ukryte w jaskiniach pustyni, czekające, aż ktoś je odnajdzie.
Michał spojrzał na Annę. W jej oczach zobaczył to samo, co czuł sam — fascynację. Wyobraził sobie stosy papirusów, zapisanych hieroglifami, grecką literaturą, wiedzą, która zaginęła na tysiące lat. I nagle zrozumiał, dlaczego Egipt przyciągał ludzi od wieków. Nie tylko dlatego, że był piękny. Dlatego, że skrywał tajemnice.
Autokar zatrzymał się na obrzeżach Beni Suef, przy niewielkim klasztorze zbudowanym z cegły mułowej. Ściany były koloru piasku, a zza muru wystawały palmy, które rzucały krótkie, ostre cienie na dziedziniec. Gdy weszli przez bramę, Michał poczuł, że temperatura spadła o kilka stopni. Wewnątrz panował półmrok, przerywany tylko smugami światła wpadającego przez wąskie okna.
— Klasztor Świętego Damiana — powiedział Tarek, gdy grupa zebrała się na dziedzińcu. — Zbudowany w V wieku, przebudowany w XII, czynny do dziś. Mieszka w nim siedmiu mnichów. I jeden ogród, w którym rosną zioła używane w starożytnych recepturach.
— Jakich recepturach? — zapytała Jadwiga.
— Leczniczych. Ale też takich, które miały otwierać umysł na tajemnice przeszłości.
Michał odsunął się od grupy i podszedł do ściany, na której wisiała drewniana tablica z napisem w języku arabskim i koptyjskim. Pod spodem, drobnym drukiem, angielskie tłumaczenie: „Tu spoczywają rękopisy, które ocalały z pożogi. Ich treść znana jest tylko Bogu i pustyni”.
— Interesujące, prawda?
Odwrócił się. Za nim stała siostra Emanuel. W habitcie, w cieniu klasztornych murów, wyglądała jak ktoś, kto tu pasuje. Jej jasne oczy patrzyły na tablicę, a potem na niego.
— Czy pan wierzy w zaginioną wiedzę? — zapytała.
— W jaką?
— W taką, która została ukryta, bo była zbyt niebezpieczna dla tych, którzy nie byli gotowi, by ją poznać.
Michał zastanowił się przez chwilę. — Nie wiem. Może. Wierzę, że historia skrywa wiele tajemnic. Ale czy one czekają na odkrycie? Nie jestem pewien.
— Czekają — powiedziała siostra Emanuel, a jej głos stał się cichszy, bardziej intymny. — Niektóre tajemnice czekają na właściwy czas. I na właściwych ludzi.
— I pani myśli, że ten czas nadszedł?
Zanim zdążyła odpowiedzieć, usłyszeli głos Tarka, który wołał grupę do środka klasztoru. Siostra Emanuel uśmiechnęła się, dotknęła krzyżyka na szyi i powiedziała:
— Nil ma swoją pamięć. A czasem pamięć ta budzi się w ludziach, którzy nie spodziewają się niczego więcej niż wakacji.
Odwróciła się i odeszła, zostawiając Michała z uczuciem, które trudno było nazwać inaczej niż niepokój.
Wnętrze klasztoru było chłodne i ciemne. Ściany pokrywały malowidła przedstawiające sceny biblijne, ale namalowane w stylu, który Michał kojarzył z ikonami — płaskie, pełne złota, hieratyczne. W głównej nawie stał drewniany stół, na którym pod szkłem leżały fragmenty papirusów. Były czarne od starości, kruche, ale widoczne były na nich znaki — koptyjskie, greckie, a na jednym, najmniejszym, coś, co wyglądało jak hieroglify.
— To, co państwo widzą — mówił Tarek, stojąc przy stole — to dary dla klasztoru. Niektóre pochodzą z V wieku, inne są znacznie starsze. Ten mały fragment — wskazał na hieroglify — został znaleziony w jaskini dwadzieścia kilometrów stąd. Pochodzi z czasów Ramzesa II.
— I co tam jest napisane? — zapytał ktoś.
— To fragment tekstu pogrzebowego. Opisuje podróż duszy przez zaświaty. Ale jest tam też coś, co uczonych wprawiło w zakłopotanie.
— Co?
— Wzmianka o miejscu, gdzie przechowywane są „słowa bogów, których nie wolno wymawiać wśród żywych”.
W grupie zrobiło się cicho. Michał poczuł, że Anna ściska go za rękę.
— Co to za miejsce? — zapytała.
— Nie wiemy. — Tarek wzruszył ramionami. — Może to tylko metafora. Może opis grobowca, do którego nikt nie miał wstępu. A może coś więcej. Egipt jest pełen takich zagadek. Dlatego przyjeżdżają tu ludzie z całego świata. Nie tylko po to, żeby zobaczyć kamienie. Ale żeby poczuć, że historia nie jest zamknięta.
Po zwiedzaniu klasztoru grupa udała się na krótki spacer po okolicy. Tarek poprowadził ich wąską ścieżką wzdłuż Nilu, gdzie widać było pola uprawne, palmy, a w oddali, na horyzoncie, złotą linię pustyni. Było gorąco, ale sucho, a wiatr niósł zapach kwiatów, które rosły gdzieś wśród drzew.
— Pięknie tu — powiedziała Anna, idąc obok Michała. — Zupełnie inaczej niż w Kairze. Spokojniej.
— Tak. Jakby czas stanął.
— A może to my stanęliśmy?
Michał spojrzał na nią. Szła boso, trzymając sandały w ręku, a jej stopy były białe na tle brązowej ziemi. Wyglądała młodo, swobodnie, inaczej niż w Koninie, gdzie zawsze była spięta, skupiona, gotowa na kolejną lekcję, kolejne sprawdziany, kolejnych uczniów.
— Podoba ci się? — zapytał.
— Bardzo. — Uśmiechnęła się. — Nawet nie wiesz, jak bardzo.
Powrót na statek nastąpił po południu. Michał był zmęczony, ale zadowolony. Wzięli szybki prysznic, a potem, przed kolacją, poszli na drinka do baru „Oaza”. Samir przywitał ich z uśmiechem, podając od razu dwie Sunset on the Nile, jakby pamiętał, co pili poprzedniego wieczoru.
— Dziś będzie opowieść — powiedział, stawiając kieliszki na barze.
— Jaka opowieść? — zapytała Anna.
— Kapitan Sziha opowiada. Co wieczór. O zabytkach, które jutro zobaczymy. Dziś ma opowiadać o Beni Hassan. I o Amarnie.
— O Amarnie? — Michał uniósł brew. — Miasto Echnatona?
— Tak. Kapitan zna wiele historii. Nie tylko te z książek. On zna te, które opowiadają rybacy na Nilu. I te, które szepczą w świątyniach.
— To znaczy jakie? — Michał poczuł, że coś w nim drga.
— Zobaczy pan — Samir uśmiechnął się tajemniczo. — Kapitan Ali Sziha to nie jest zwykły kapitan. On zna Nil jak nikt inny. I czasem… — zniżył głos — czasem mówi rzeczy, których nie ma w podręcznikach.
Kolacja minęła szybko. Michał jadł, ale myślami był już przy opowieści kapitana. Gdy wyszli z restauracji, na górnym pokładzie stały już ustawione krzesła, a przy barierce, w białej galabiji, stał mężczyzna, którego nie widzieli wcześniej. Był wysoki, szczupły, z siwą brodą i oczami, które w świetle księżyca wyglądały jak dwa węgielki. Miał na sobie tradycyjny egipski strój, a na głowie białą chustę, która opadała mu na ramiona.
— Kapitan Ali Sziha — powiedział Tarek, stając obok niego. — Kapitan tego statku. I opowiadacz historii.
Kapitan skinął głową, uśmiechnął się, a w jego uśmiechu było coś, co Michał odebrał jako życzliwość zmieszaną z melancholią.
— Witam państwa na moim statku — powiedział, a jego głos był niski, spokojny, jak szum rzeki. — Dziś opowiem wam o Beni Hassan. Ale nie tylko. Opowiem wam o tym, czego nie ma w przewodnikach. O tym, co Nil skrywa.
Grupa skupiła się wokół niego, a kapitan zaczął mówić. Opowiadał o grobowcach wykutych w skale, o nomarchach, którzy rządzili tym regionem w czasach Średniego Państwa, o malowidłach przedstawiających sceny z życia codziennego — polowania, uczty, tańce. Ale potem, gdy światła na statku przygasły, a księżyc wzniósł się wysoko nad Nilem, jego głos zmienił się. Stał się cichszy, bardziej intymny.