Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

OLAF - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
26 września 2026
18,98 zł
1898 pkt
punktów Virtualo

OLAF - ebook

Dla wszystkich był Olafem. Imię Daniel zachował dla tych, którym naprawdę ufał. Jeden tragiczny błąd ojca odbiera jego rodzinie dotychczasowe życie i zmusza ją do zamieszkania w ciasnym hotelu robotniczym. W świecie pełnym wstydu, biedy i przemilczanych krzywd chłopak próbuje ocalić w sobie dobro. Pomagają mu Lena, jego pierwsza miłość, oraz Saba, porzucona suczka, która staje się dla niego najwierniejszą przyjaciółką i lekarstwem na bolesne wspomnienia. Z czasem Daniel zaczyna wierzyć, że najgorsze pozostało za nim. Jednak pewnego dnia przeszłość powraca pod postacią człowieka, którego twarzy nigdy nie zapomniał. W jednej chwili wszystko, co budował przez lata, zostaje wystawione na próbę. „Olaf” to przejmująca powieść psychologiczno-kryminalna o dorastaniu, miłości, traumie i zemście, która może przynieść sprawiedliwość albo odebrać człowiekowi resztę niewinności.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398347303
Rozmiar pliku: 2,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Szara Nysa

Szara Nysa wyglądała tak, jakby sama nie była pewna, czy dojedzie do końca.

Silnik warczał nierówno, przy każdym większym wzniesieniu samochód tracił trochę siły, a z tyłu coś co chwilę uderzało o metalową ścianę. Raz był to garnek, raz noga od stołu, innym razem karton wypełniony rzeczami, których nikt nie chciał wyrzucić, choć połowa z nich prawdopodobnie nigdy więcej nie miała się przydać.

Rodzina upchnęła do środka niemal wszystko, co posiadała.

Ubrania, pościel, garnki, kilka talerzy owiniętych gazetami, radio, stare zdjęcia, koce, dokumenty, narzędzia ojca. Wszystko, co dało się zabrać z Żukowa i co miało pomóc rozpocząć życie w nowym miejscu.

Daniel siedział z tyłu, wciśnięty między torby a duży karton przewiązany sznurkiem. Co jakiś czas poprawiał nogę, bo drętwiała mu od niewygodnej pozycji.

Patrzył przez szybę.

Nie pytał już, daleko jeszcze.

Na początku pytał.

Potem zrozumiał, że ojca to drażni.

Droga ciągnęła się przed nimi, a widok za oknem zmieniał się powoli. Domy ustępowały polom, pola lasom, później znowu pojawiały się zabudowania.

Matka odwróciła się przez ramię.

– Wszystko dobrze?

Daniel kiwnął głową.

– Dobrze.

– Głodny jesteś?

– Nie.

Był.

Ale wiedział, że kanapki mają wystarczyć wszystkim.

Matka patrzyła na niego jeszcze przez chwilę, jakby doskonale wiedziała, że kłamie, po czym odwróciła się z powrotem.

Ojciec trzymał obie ręce na kierownicy.

– Jeszcze trochę – powiedział.

Daniel nie wiedział, czy mówił to do niego, do żony, czy może sam do siebie.

Oparł czoło o chłodną szybę.

Nie czuł strachu.

Bardziej ciekawość.

Żukowo zostawało za nimi, razem ze wszystkim, co znał. Ulicami, po których chodził. Ludźmi, których kojarzył. Miejscami, w których wiedział, czego się spodziewać.

Tam wszystko miało swoje miejsce.

Tutaj nie znał jeszcze niczego.

Ani szkoły.

Ani dzieciaków.

Ani sąsiadów.

Ani nawet drogi do najbliższego sklepu.

Ale Daniel nie był chłopcem, który długo przejmował się takimi rzeczami.

Jeśli ktoś z nim rozmawiał, rozmawiał z nim normalnie. Jeśli ktoś potrzebował pomocy, pomagał. Jeśli widział kogoś stojącego samotnie, prędzej sam podszedł, niż czekał, aż zrobi to ktoś inny.

Matka często powtarzała, że ma za miękkie serce.

Ojciec mówił, że jeszcze mu życie pokaże.

Daniel nie bardzo rozumiał, co właściwie życie miałoby mu pokazywać.

Miał jeszcze czas, żeby się dowiedzieć.

Dojechali późnym popołudniem.

Ojciec skręcił Nysą między bloki i zwolnił.

Daniel od razu oderwał głowę od szyby.

Nowe osiedle nie wyglądało ani dobrze, ani źle.

Po prostu inaczej.

Bloki stały w pewnym oddaleniu od siebie. Między nimi ciągnęły się chodniki, trawniki i wydeptane przez ludzi ścieżki, które prowadziły tam, gdzie najwyraźniej było szybciej niż oficjalną drogą.

Na trzepaku wisiał dywan.

Obok niego dwie kobiety rozmawiały tak głośno, jakby odległość między nimi wynosiła dwadzieścia metrów, a nie pół.

Kilku chłopaków kopało piłkę między blokami.

Jeden z nich zatrzymał ją podeszwą i zaczął patrzeć na szarą Nysę.

Po chwili patrzyli już wszyscy.

– No to jesteśmy – powiedział ojciec.

Wyłączył silnik.

W samochodzie nagle zrobiło się bardzo cicho.

Po kilku godzinach jednostajnego warczenia cisza aż dzwoniła w uszach.

Matka wypuściła powietrze.

– Nareszcie.

Daniel otworzył boczne drzwi.

Pierwsze, co poczuł, to chłodniejsze powietrze.

Drugie, to własne nogi, które po długiej podróży miały najwyraźniej problem z przypomnieniem sobie, jak się chodzi.

Zeskoczył na ziemię i przeciągnął się.

Jeden z chłopaków stojących przy piłce powiedział coś do drugiego.

Daniel nie usłyszał co.

Spojrzał na nich.

Tamci spojrzeli na niego.

Nikt się nie odezwał.

– Daniel! – zawołała matka. – Nie stój. Pomóż ojcu.

– Już.

Ojciec otworzył tylne drzwi Nysy.

Rzeczy były upchane tak ciasno, że przez moment stali obaj i zastanawiali się, od czego zacząć.

– Ten karton pierwszy – zdecydował ojciec. – Tylko uważaj, bo tam są talerze.

Daniel złapał pudło z jednej strony.

– Ciężkie.

– Dlatego ci mówię, żebyś uważał.

– Dam radę.

Ojciec spojrzał na niego kątem oka.

– Wiem, że dasz.

To wystarczyło.

Daniel poprawił chwyt.

Pudło nagle przestało być aż tak ciężkie.

Rozładowywanie trwało długo.

Za każdym razem, kiedy wydawało się, że samochód jest już prawie pusty, spod koca albo zza mebla wyłaniała się kolejna torba.

Daniel nosił rzeczy bez marudzenia.

Matka układała je w mieszkaniu.

Ojciec kursował między samochodem a klatką.

Po pewnym czasie Daniel zauważył tego samego chłopaka, który wcześniej trzymał piłkę.

Stał kilka metrów dalej.

– Nowy jesteś? – zapytał.

Daniel postawił karton.

– No.

– Skąd?

– Z Żukowa.

Chłopak zmarszczył czoło.

– Daleko?

Daniel wzruszył ramionami.

– Trochę.

– Jak masz na imię?

Daniel miał swoje prawdziwe imię.

Miał je w dokumentach.

Matka wołała do niego Daniel.

Ojciec również.

Tego dnia nie widział jeszcze powodu, żeby je ukrywać.

– Daniel.

– Ja jestem Mirek.

Chłopak wskazał głową pozostałych.

– Tam jest Łysy, Gruby i Przemek.

Daniel spojrzał na chłopca, którego nazwano Grubym.

Wcale nie był gruby.

– Czemu Gruby?

Mirek wzruszył ramionami.

– Bo tak.

Daniel parsknął śmiechem.

Mirek też się uśmiechnął.

– Grasz w piłkę?

– Gram.

– To potem przyjdź.

Daniel spojrzał na Nysę. Została jeszcze połowa rzeczy.

– Jak skończę.

– Dobra.

Mirek odbiegł.

Daniel przez chwilę patrzył za nim.

Nowe miejsce nagle wydawało się trochę mniej obce.

– Kolega już jest? – usłyszał za plecami ojca.

Daniel odwrócił się.

Ojciec wyciągał kolejną torbę.

– Chyba.

– Pięć minut jesteśmy.

– No i?

Ojciec pokręcił głową, ale się uśmiechał.

– Nic. Bierz.

Wieczorem mieszkanie nadal wyglądało jak magazyn.

Kartony stały pod ścianami.

Stół był zastawiony rzeczami, które nie znalazły jeszcze swojego miejsca.

Matka zrobiła herbatę.

Jedli chleb z serem i kiełbasą, siedząc na czym się dało.

Daniel dostał odwróconą skrzynkę.

Ojciec siedział na krześle.

Matka na brzegu łóżka.

Byli zmęczeni.

Ale po raz pierwszy tego dnia nikt się nie spieszył.

– I jak? – zapytała matka.

Daniel przeżuwał kanapkę.

– Co?

– No tutaj.

Wzruszył ramionami.

– Może być.

– Tylko może być?

– Jeszcze nic nie widziałem.

Ojciec prychnął.

– Już kolegów znalazł.

– Jednego.

– Jutro będzie dziesięciu.

Matka uśmiechnęła się.

Daniel wziął kolejny kęs.

– Jest gdzieś las?

Rodzice spojrzeli na niego.

– A po co ci las? – zapytała matka.

– Tak pytam.

Ojciec napił się herbaty.

– Jest. Kawałek dalej.

– Duży?

– Nie wiem. Zobaczysz.

Daniel kiwnął głową.

Nie wiedział wtedy, że ten las będzie kiedyś jednym z najważniejszych miejsc w jego życiu.

Nie wiedział o ścieżce prowadzącej na skróty do szkoły.

Nie wiedział o starych bunkrach ukrytych między drzewami.

Nie wiedział, że niektóre miejsca potrafią podzielić człowiekowi życie na dwie części.

Na to, co było przed.

I na wszystko, co wydarzyło się później.

Tego wieczoru był tylko chłopakiem siedzącym na odwróconej skrzynce, jedzącym kanapkę i słuchającym rodziców.

Kochał ich.

Ufał im.

Wierzył, że wszystko będzie dobrze.

I naprawdę nie miał jeszcze żadnego powodu, żeby myśleć inaczej.ROZDZIAŁ 2

Żukowo

Daniel urodził się w Żukowie.

Przez pierwsze dziesięć lat życia był przekonany, że właśnie tak wygląda cały świat.

Kilka ulic, znajome twarze, pola ciągnące się za ostatnimi zabudowaniami i ludzie, którzy wiedzieli o sobie nawzajem więcej, niż czasem sami chcieli powiedzieć.

Jeżeli ktoś kupił nowy samochód, wiedziało o tym pół wsi.

Jeżeli komuś urodziło się dziecko, wiedzieli wszyscy.

Jeżeli ktoś wrócił do domu pijany i przewrócił się pod własną furtką, następnego dnia również nie musiał nikomu o tym opowiadać.

Żukowo było małe.

Dla dziecka miało to jednak swoje zalety.

Daniel znał wszystkie miejsca, do których wolno mu było chodzić, i przynajmniej połowę tych, do których chodzić nie powinien. Wiedział, gdzie rosną najlepsze jabłka, u którego gospodarza pies tylko szczeka, a u którego lepiej nie wkładać ręki przez płot.

Latem wracał do domu brudny od kurzu.

Zimą z mokrymi nogawkami.

Matka narzekała.

Ojciec udawał, że nie słyszy, bo sam jako dzieciak robił dokładnie to samo.

Dla Daniela życie było proste.

Dla jego rodziców już nie.

Wieś miała jedną wadę, której dziesięcioletni chłopiec nie potrafił jeszcze dostrzec.

Nie dawała wielu możliwości.

Można było pracować na gospodarstwie.

Można było kombinować przy drobnych zajęciach.

Można było szukać szczęścia w pobliskich miejscowościach.

Była też mleczarnia.

Dla wielu ludzi z Żukowa była niemal naturalnym kierunkiem.

Kończyłeś szkołę, potrzebowałeś pieniędzy, szedłeś pytać o pracę.

Nie były to jednak pieniądze, które pozwalały marzyć o czymś więcej.

Wystarczało na życie.

Czasem ledwo.

Ojciec Daniela znał ludzi, którzy przepracowali tam większość dorosłego życia.

Wychodzili rano.

Wracali zmęczeni.

Pierwszego czekali na wypłatę.

Kilka dni później zaczynali liczyć, czy wystarczy do następnej.

Daniel nie rozumiał wtedy, dlaczego ojciec tak często wieczorami siedzi przy stole i patrzy w jeden punkt.

Myślał, że jest po prostu zmęczony.

Pewnego wieczoru Daniel leżał już w łóżku, ale nie spał.

Drzwi do jego pokoju były lekko uchylone.

Z kuchni dochodziły głosy rodziców.

Nie podsłuchiwał specjalnie.

Po prostu w małym domu trudno było czegoś nie słyszeć.

– I co tutaj mamy zrobić? – zapytał ojciec.

Matka odpowiedziała ciszej.

Daniel nie usłyszał.

– No właśnie – powiedział ojciec. – Za rok będzie to samo. Za pięć lat będzie to samo.

Chwila ciszy.

– A jeśli tam będzie gorzej?

– To wrócimy.

– Łatwo ci powiedzieć.

– A co mam powiedzieć? Że mamy tu siedzieć do końca życia, bo się boimy?

Daniel otworzył oczy.

Patrzył w ciemny sufit.

Nie wiedział, o czym dokładnie rozmawiają, ale ton głosu ojca był inny niż zwykle.

Nie zły.

Stanowczy.

Po chwili odezwała się matka.

– Chodzi mi o Daniela.

– Mnie też.

Znowu cisza.

– Właśnie dlatego chcę jechać – powiedział ojciec.

Daniel podniósł głowę z poduszki.

Pierwszy raz usłyszał własne imię.

– Tutaj co go czeka? To samo co nas?

Matka westchnęła.

– Jest jeszcze dzieckiem.

– Właśnie.

Ojciec powiedział to tak, jakby to jedno słowo wyjaśniało wszystko.

Daniel długo jeszcze nie zasypiał.

Następnego dnia nie zapytał o rozmowę.

Rodzice powiedzieli mu kilka dni później.

Siedzieli przy kuchennym stole.

Ojciec mówił.

Matka obserwowała Daniela, jakby bardziej od samej decyzji bała się jego reakcji.

– Wyjedziemy stąd – powiedział ojciec.

Daniel przeżuł kawałek chleba.

– Gdzie?

– W inne miejsce.

– Daleko?

Ojciec uśmiechnął się.

– Dla ciebie wszystko jest daleko.

Daniel spojrzał na matkę.

– Na zawsze?

To pytanie zabolało ją bardziej, niż chciała pokazać.

– Nie wiem, synku.

Ojciec oparł ręce na stole.

– Posłuchaj. Tutaj jest dobrze, bo wszystko znamy. Ale samo to, że coś znamy, nie znaczy, że musimy tu zostać do końca życia.

Daniel milczał.

– Chcemy spróbować czegoś nowego – ciągnął ojciec. – Żeby było nam trochę łatwiej. Żeby kiedyś było łatwiej też tobie.

– A jak będzie źle?

Ojciec spojrzał na żonę.

Potem znowu na syna.

– To będziemy się martwić wtedy.

Daniel zastanowił się chwilę.

– Mogę zabrać swoje rzeczy?

Matka roześmiała się.

Napięcie zniknęło z jej twarzy.

– Oczywiście, że możesz.

– Wszystkie?

Ojciec prychnął.

– Nie. Kamieni z podwórka nie zabierasz.

– To nie są kamienie.

– A co?

– Kolekcja.

– Tym bardziej zostaje.

Daniel spojrzał na matkę.

– Mamo.

– Dogadaj się z ojcem.

– Przecież mam tylko trochę.

– Ostatnio było pół wiadra.

– Bo znalazłem nowe.

Ojciec pokręcił głową.

– I właśnie dlatego potrzebujemy Nysy.

Daniel zaczął się śmiać.

Pakowanie trwało kilka dni.

Dom powoli przestawał wyglądać jak dom.

Znikały rzeczy z półek.

Szafki pustoszały.

Ubrania trafiały do toreb.

Talerze owijano gazetami.

To, co jeszcze tydzień wcześniej stało w określonym miejscu i wydawało się, że będzie stało tam zawsze, nagle lądowało w kartonie.

Daniel po raz pierwszy zrozumiał, że dom nie jest ścianami.

Dom można spakować.

Przynajmniej jego część.

Najtrudniejsze było ostatnie popołudnie.

Wyszedł na zewnątrz i przeszedł się po miejscach, które znał od zawsze.

Nie robił tego świadomie jako pożegnania.

Tak przynajmniej sobie wmawiał.

Przeszedł obok płotu, za którym zwykle szczekał stary pies.

Minął drogę, którą chodził niemal codziennie.

Zatrzymał się przy znajomym drzewie.

Przez chwilę pomyślał nawet o kilku kamieniach ze swojej kolekcji.

Ojciec faktycznie kazał mu większość zostawić.

Daniel wybrał jeden.

Mały, płaski, z białą kreską biegnącą przez środek.

Schował go do kieszeni.

Ojciec nie musiał wiedzieć.

Następnego ranka przed domem stała szara Nysa.

Wyglądała na za małą, żeby pomieścić całe ich życie.

Ojciec udowodnił, że się da.

Układał wszystko jak człowiek rozwiązujący skomplikowaną łamigłówkę.

– Nie tutaj.

Przesunął karton.

– To na dół.

Kolejny.

– Koce na koniec, wciśniemy.

Matka wynosiła rzeczy.

Daniel nosił lżejsze torby.

Kiedy zostało już niewiele, stanął przed domem.

Spojrzał na drzwi.

Nagle poczuł coś dziwnego.

Do tej pory wyjazd był przygodą.

Teraz po raz pierwszy dotarło do niego, że kiedy wsiądzie do samochodu, naprawdę wyjedzie.

Matka podeszła do niego.

– Smutno?

Daniel wzruszył ramionami.

– Trochę.

Objęła go.

– Mnie też.

– To czemu jedziemy?

Spojrzała na niego.

– Bo czasami człowiek musi zostawić coś, co zna, żeby sprawdzić, czy gdzieś nie czeka na niego coś lepszego.

Daniel nie odpowiedział.

Wsadził rękę do kieszeni i zacisnął palce na małym kamieniu.

Ojciec wychylił głowę zza samochodu.

– Jedziemy czy zostajecie?

Matka pocałowała syna w głowę.

– Jedziemy.

Wsiedli.

Ojciec przekręcił kluczyk.

Silnik Nysy zakaszlał, zamilkł, po czym za drugim razem zaskoczył.

Daniel spojrzał przez szybę.

Żukowo zaczęło powoli znikać za samochodem.

Miał dziesięć lat.

Nie wiedział, że za kilka lat oddałby wszystko, żeby największym jego problemem znowu było to, czy ojciec pozwoli mu zabrać kolekcję kamieni.

Na razie jednak patrzył przed siebie.

Tak samo jak jego rodzice.

Wszyscy troje wierzyli, że jadą po coś lepszego.ROZDZIAŁ 3

Osiedle

Pierwsze dni na nowym osiedlu Daniel spędził głównie na chodzeniu.

Chciał wiedzieć, gdzie trafił.

Ojciec śmiał się, że chłopak szybciej pozna wszystkie skróty niż numery bloków, i niewiele się mylił. Daniel nie lubił chodzić dwa razy tą samą drogą, jeśli obok była wydeptana ścieżka prowadząca między trawnikami, garażami albo przez niewielki pas krzaków.

Z ich bloku do przystanku nie było daleko. Jakieś trzysta metrów. Dla Daniela była to odległość, którą można było przebiec, jeśli zaspało się pięć minut, albo przejść spokojnie, kopiąc po drodze kamień i udając, że jest piłką.

Przystanek końcowy stał niemal przy samym lesie.

To właśnie ten szczegół zapamiętał od razu.

Za zatoczką autobusową kończyły się bloki, asfalt i chodnik, a zaczynała ściana drzew. Nie był to las, który wyglądał groźnie. Przynajmniej nie wtedy. Dla dzieci z osiedla był po prostu kolejnym miejscem, w którym można było się ścigać, budować szałasy, palić pierwsze papierosy ukradzione rodzicom i skracać sobie drogę do szkoły.

Całe osiedle sprawiało wrażenie, jakby ktoś wcisnął je pomiędzy las i pola.

Z jednej strony ciągnęły się drzewa.

Z drugiej otwarta przestrzeń, działki spółdzielcze i pola, które latem zmieniały kolor w zależności od tego, co akurat na nich rosło.

Daniel szybko zorientował się, że osiedle jest większe, niż wydawało mu się pierwszego dnia.

Jego blok znajdował się stosunkowo blisko przystanku. Dalej zabudowania ciągnęły się jeszcze długo, aż do ostatnich bloków stojących niemal przy polach.

Tam mieszkała Lena.

Wtedy była dla niego jeszcze po prostu dziewczyną z dalszej części osiedla.

Kojarzył ją z widzenia.

Czasem stała z innymi dziećmi na przystanku. Czasem przechodziła przez boisko. Miała swój świat, swoich znajomych i swoje sprawy. Daniel swoje.

Do jej bloku od przystanku było około półtora kilometra.

Droga prowadziła obok boiska Klubu Sportowego Szerszenie.

Boisko nie należało do tych, które oglądało się w telewizji. Miało nierówną murawę, zwyczajne bramki i ogrodzenie, za którym podczas meczów stali mieszkańcy. Dla dzieci z osiedla było jednak ważniejsze niż niejeden wielki stadion.

Tu się grało.

Tu się kłóciło o faule.

Tu jedni zostawali napastnikami, inni bramkarzami, a ci najmniej chciani stali między kamieniami udającymi drugą bramkę.

Pierwszy raz przyszedł tam z Mirkiem już w pierwszym tygodniu.

Przy ogrodzeniu stało kilku chłopaków, których Daniel wcześniej nie widział. Byli starsi od niego i zachowywali się tak, jakby boisko należało wyłącznie do nich.

Jeden z nich zatrzymał piłkę podeszwą.

– Mirek, kto to?

– Nowy.

– Sam widzę, że nowy.

Chłopak spojrzał na Daniela.

– Jak masz na imię?

Daniel zawahał się.

Pamiętał Żukowo, gdzie wystarczyło podać komuś imię, żeby następnego dnia pół miejscowości wiedziało, czyim jest synem, gdzie mieszka i co wydarzyło się u niego w domu.

Tutaj nikogo jeszcze nie znał.

Nie chciał mówić obcym o sobie więcej, niż musiał.

– Olaf – odpowiedział.

Mirek spojrzał na niego, ale nic nie powiedział.

– Olaf jaki? – zapytał starszy chłopak.

– Po prostu Olaf.

Chłopak wzruszył ramionami.

– Dobra, Olaf. Stajesz na bramce.

Dopiero po meczu Mirek dogonił go przy wyjściu.

– Przecież masz na imię Daniel.

– Wiem.

– To czemu powiedziałeś Olaf?

Daniel spojrzał za siebie. Starsi chłopcy nadal grali.

– Bo ich nie znam.

– Mnie też nie znałeś, a powiedziałeś prawdę.

– To był błąd.

Mirek roześmiał się.

– Dobra, Olaf.

Następnego dnia znało go pod tym imieniem całe boisko.

Kilka dni później używały go dzieci z sąsiednich bloków. Potem również starsi chłopcy i ludzie, którzy kojarzyli go tylko z widzenia.

Daniel nie próbował ich poprawiać.

Na początku Olaf był jedynie pożyczonym imieniem. Krótką odpowiedzią dla obcych, którym nie chciał mówić o sobie zbyt wiele.

W domu nadal był Danielem.

Na osiedlu stawał się Olafem.

Nie wiedział jeszcze, że imię powtarzane przez wystarczająco wielu ludzi może z czasem zacząć przypominać osobną osobę.

– To Szerszenie – powiedział z dumą, jakby właśnie prezentował mu stadion reprezentacji.

Daniel spojrzał na tablicę przy wejściu.

– Klub Sportowy Szerszenie?

– No.

– Gracie tutaj?

– Jak nas nie wygonią.

– Kto?

– Każdy, kto akurat uważa, że boisko jest jego.

Daniel roześmiał się.

Tego dnia wrócili do domu dopiero, kiedy zaczęło się ściemniać.

Matka stała w drzwiach z miną, która nie zapowiadała niczego dobrego.

– Wiesz, która jest godzina?

Daniel zatrzymał się dwa kroki przed nią.

– Mniej więcej.

– To bardzo dobrze. Jutro mniej więcej wrócisz dwie godziny wcześniej.

Ojciec siedzący przy stole odwrócił głowę, żeby ukryć uśmiech.

– Byłem zobaczyć boisko – tłumaczył Daniel.

– Boisko nie ucieknie.

– Ale chłopaki mogli.

Matka popatrzyła na niego chwilę, po czym westchnęła.

– Buty zdejmij. Całe w błocie.

Daniel spojrzał w dół.

Miała rację.

Usiadł przy drzwiach i zaczął je czyścić niemal odruchowo.

Już wtedy nie lubił chodzić w brudnych butach.

Za boiskiem zaczynała się droga prowadząca w stronę dalszych bloków, pól i działek. Każda działka wyglądała trochę inaczej. Na jednej stał drewniany domek pomalowany zieloną farbą, na innej niewielka altanka z dachem pokrytym papą. Gdzieniegdzie widać było gołębniki.

Ludzie sadzili tam wszystko, co potrafili wyhodować.

Ziemniaki.

Cebulę.

Rzodkiewkę.

Marchew.

Na części większego pola rosły szparagi.

Dla dziesięcioletniego Daniela nie było w nich nic interesującego.

Były po prostu kolejnymi roślinami wystającymi z ziemi.

Nie mógł wiedzieć, że kilka lat później będzie chodził na to samo pole do pracy, a obok niego będzie pracowała Lena. Wtedy każde zebrane kilo będzie dla niego oznaczało kilka złotych więcej i kolejny mały krok w stronę życia, którego jeszcze nawet nie umiał sobie wyobrazić.

Na razie bardziej interesował go las.

Pierwszy raz wszedł do niego z Mirkiem i Przemkiem.

Był ciepły dzień. Wracali od przystanku, kiedy Mirek zamiast skręcić w stronę bloków wszedł między drzewa.

– Gdzie idziesz? – zapytał Daniel.

– Skrótem.

– Dokąd?

– Zobaczysz.

Przemek tylko się uśmiechnął i ruszył za nim.

Daniel nie zamierzał zostać sam.

Las od środka wyglądał zupełnie zwyczajnie. Ścieżka była szeroka i wydeptana. Widać było, że chodzi tędy mnóstwo ludzi. Miejscami spod ziemi wystawały korzenie, a między drzewami leżały stare butelki i puszki.

– Tędy można dojść do szkoły – powiedział Mirek.

Daniel spojrzał na niego.

– Do naszej?

– No. Jak autobus ci spierdzieli, to lecisz tędy i zdążysz.

– Ile się idzie?

– Jak idziesz normalnie, to trochę. Jak biegniesz, to szybko.

– Super odpowiedź.

– No co? Nie mierzyłem.

Daniel zapamiętał drogę niemal od razu.

Po kilkunastu minutach Mirek zszedł ze ścieżki.

– Chodźcie.

– Znowu skrót? – zapytał Daniel.

– Nie.

Kilka metrów dalej pomiędzy drzewami pojawił się beton.

Na początku Daniel pomyślał, że to jakieś fundamenty. Dopiero kiedy podeszli bliżej, zobaczył wejście prowadzące w dół.

– Co to jest?

Mirek spojrzał na niego z wyższością człowieka, który posiadał bardzo ważną wiedzę.

– Bunkier.

– Jaki bunkier?

– Niemiecki. Po wojnie został.

Daniel zajrzał do środka.

Z wnętrza uderzył chłód i zapach wilgoci.

– Wchodzicie tam?

Przemek już był w środku.

– No chodź!

Daniel zawahał się może sekundę.

Potem wszedł.

W środku było ciemniej, niż się spodziewał. Betonowe ściany były mokre, pod nogami leżały śmieci, kawałki szkła i stare szmaty. Ktoś wcześniej palił tam ognisko, bo na jednej ze ścian ciągnęła się czarna smuga.

Mirek krzyknął.

Echo odpowiedziało mu kilka razy.

Daniel od razu zrobił to samo.

– Idioci – mruknął Przemek, choć sam po chwili też krzyknął.

Rozbawieni przeszli głębiej.

Coś zaszeleściło przy ścianie.

Daniel stanął.

– Co to było?

– Szczur – powiedział Mirek.

– Pierdolisz.

– Serio. Pełno ich tu czasami.

Daniel podniósł z ziemi niewielki kamień.

– Jak wyjdzie, to go pogonię.

– Jasne. Jak wyjdzie, pierwszy spierdzielisz.

– Chcesz się założyć?

– O co?

– Nie wiem.

Mirek się roześmiał.

Żaden szczur się nie pojawił.

Po kilku minutach chłopcy wyszli drugim otworem po przeciwnej stronie bunkra.

Daniel odwrócił się i spojrzał na betonową konstrukcję.

Nie wzbudzała w nim strachu.

Była ciekawa.

Trochę tajemnicza.

Idealna do zabawy.

– Jest ich więcej? – zapytał.

– Pełno – odpowiedział Mirek. – Dalej też są.

Daniel kiwnął głową.

Tego dnia zapamiętał dwie rzeczy.

Po pierwsze, że przez las naprawdę można dojść do szkoły.

Po drugie, że stare bunkry były znacznie ciekawsze niż plac zabaw pomiędzy blokami.

Przez następne miesiące las stał się dla niego czymś zwyczajnym.

Czasem przechodził jego skrajem.

Czasem wchodził głębiej z kolegami.

Czasem wybierali drogę przez drzewa, kiedy nie chciało im się czekać na autobus.

Nie było w tym nic niezwykłego.

Las był po prostu częścią osiedla.

Tak samo jak boisko Szerszeni, końcowy przystanek, pola, działki i bloki.

Daniel miał dziesięć lat i coraz lepiej znał każdy z tych miejsc.

Niektóre z nich miały wracać do niego przez całe życie.ROZDZIAŁ 4

Trzy lata

Pierwsze miesiące na osiedlu minęły Danielowi szybciej, niż się spodziewał.

Jeszcze niedawno każda klatka schodowa wyglądała tak samo, każdy numer bloku trzeba było sprawdzać, a droga na przystanek wydawała się czymś, co należało zapamiętać. Po kilku tygodniach poruszał się już między budynkami tak, jakby mieszkał tam od zawsze.

Wiedział, gdzie skrócić sobie drogę między garażami. Wiedział, z której strony boiska Klubu Sportowego Szerszenie najłatwiej przejść przez dziurę w ogrodzeniu. Wiedział też, że kiedy autobus odjedzie sprzed nosa, nie warto stać i przeklinać, tylko trzeba ruszać przez las.

Las przestał być odkryciem.

Stał się drogą.

Taką samą jak chodnik, boisko czy ścieżka między blokami.

Daniel chodził nim sam, z Mirkiem, z Przemkiem, czasem z większą grupą dzieciaków. Zdarzało się, że wracając ze szkoły, odbijali od głównej ścieżki i zaglądali do bunkrów. W jednym ktoś przyniósł stary stołek. W innym leżał materac, tak brudny, że nawet dzieci nie miały odwagi na nim usiąść.

Czasem trafiali tam na ślady ludzi, którzy nocowali w środku.

Butelki.

Puszki.

Resztki jedzenia.

Stare ubrania.

Danielowi nie przyszło wtedy do głowy, żeby patrzeć na tych ludzi z pogardą.

Widział w nich raczej kogoś, komu życie zwyczajnie nie wyszło.

Pewnego ranka, niedaleko sklepu przy osiedlu, siedział mężczyzna w brudnej kurtce. Miał siwą brodę i reklamówkę przewieszoną przez nadgarstek. Daniel mijał go już kilka razy. Tego dnia mężczyzna odezwał się pierwszy.

– Młody, masz może coś drobnego?

Daniel zatrzymał się.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij