-
nowość
Olivia w labiryncie potwora - ebook
Olivia w labiryncie potwora - ebook
Olivia pojechała. Na Zanzibar. Na casting do reality show. Z walizką kupioną z napiwków i angielskim z Duolingo. Nie było castingu. Był domek z dachówką w kolorze cegły, kierowca z uśmiechem jak z reklamy i chłopak z jej miasteczka . Ten sam, którego dotyk budził w niej obrzydzenie. Ten sam, który okazał się kimś zupełnie innym niż myślała. Na Zanzibarze Olivia straci wszystko - torbę, telefon, kontrolę nad własnym ciałem i pewność, że wie, kim jest. Ale znajdzie coś, czego nie szukała. Coś ciemnego. Coś, co nie ma nazwy. Książka przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich 18+
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Erotyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 651 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Rozdział 1 Lustro z pęknięciem 3
Rozdział 2 Piwnica 8
Rozdział 3 Obserwator 14
Rozdział 4 List 20
Rozdział 5 Dżambo 28
Rozdział 6 MyLoveLivi 36
Rozdział 7 Guziczek 47
Rozdział 8 Sir 57
Rozdział 9 Minotaur 65
Rozdział 10 Pantera 75
Rozdział 11 Piaskowe bloki 84
Rozdział 12 Banany 93
Rozdział 13 Dziesięć procent 102
Rozdział 14 Glista 110
Rozdział 15 0,3 BTC 119
Rozdział 16 Papierowy ręcznik 126
Rozdział 17 Pan i Pani Walczak 135
Rozdział 18 Idź się umyj, prosiaku 142
Rozdział 19 Zemsta na lwie 150
Rozdział 20 Kciuk 157
OD AUTORKI 1631 ROZDZIAŁ 1 LUSTRO Z PĘKNIĘCIEM
Lustro w salonie miało pęknięcie w lewym górnym rogu. Cienką linię, ledwo widoczną, biegnącą ukośnie jak blizna po cięciu. Olivia widziała ją codziennie od trzech lat i codziennie myślała, że trzeba je wymienić. Ale lustro było po babci. Więc zostawała blizna.
Był początek kwietnia i Legionowo wyglądało tak, jak Legionowo wygląda zawsze na początku kwietnia - szaro, z delikatną obietnicą czegoś lepszego w powietrzu. Piłsudskiego, główna ulica, tętniła swoim codziennym rytmem: pizzeria z neonem, który migał od Bożego Narodzenia, sklep obuwniczy z wieczną wyprzedażą i salon sukien ślubnych, w którego witrynie manekiny uśmiechały się do przechodniów z tym samym pustym optymizmem od dwóch sezonów.
A między nimi - *Hair Studio Legionowo*. Nie, nie Olivia wymyśliła tę nazwę.
Salon miał dwa fotele do strzyżenia ustawione przed lustrem babci, kanapę dla klientów obciągniętą szarą ekoskórą (Kinga twierdziła, że wygląda jak ze studia tatuażu, i był to jedyny komplement, jaki kiedykolwiek temu meblowi złożyła), oraz fotel do mycia głowy pod drugą ścianą. Na blacie pod lustrem stał rząd lakierów do włosów, prostownica, dwie szczotki okrągłe i kubek z napisem *Boss Lady*, który Olivia dostała od Kingi na dwudzieste pierwsze urodziny. W kubku były nożyczki.
Olivia stanęła przed lustrem i poprawiła sweter. Obcisły. Czarny. Może odrobinę za obcisły, ale Kinga powiedziała rano, że wygląda w nim „zajebiście", a Kinga nie rzucała takich słów na wiatr. Znaczy - rzucała. Rzucała je wszędzie. Ale akurat tym razem zabrzmiało to szczerze.
Dwadzieścia jeden lat. Metr sześćdziesiąt pięć. Sześćdziesiąt dwa kilo - o czym wiedziała, bo ważyła się rano, a potem żałowała, bo zawsze ważyła się rano i zawsze żałowała. Blond włosy do łopatek, krzywy uśmiech, który babcia nazywała „paryskim", i tatuaż na wewnętrznej stronie nadgarstka - mały, delikatny, zrobiony w dniu osiemnastych urodzin w studio na Pradze, o którym potem wolała nie pamiętać, ale sam tatuaż przetrwał i wyglądał dobrze. Bransoletka z przywieszkami pobrzękiwała przy każdym ruchu: serduszko i Wodnik.
Patrzyła na siebie w lustrze z pęknięciem i widziała to, co widziała każdego dnia - dziewczynę, która strzygła za dobrze jak na swoje ambicje. Drugi rok marketingu i zarządzania. Marzenie o banku. O biurku. O garsonkach i spotkaniach z klientami, gdzie nikt nie mówi „troszeczkę rozjaśnić odrosty".
- Livi, ziom! - Kinga wyłoniła się z zaplecza z kubkiem kawy w dłoni i papierosem za uchem, którego „na pewno nie zamierzała palić w pracy". - Która godzina?
- Dziewiąta dwanaście.
- Kurwa, za wcześnie na życie.
Kinga miała trzydzieści dwa lata i energię nastolatki po trzech RedBullach. Rude włosy - w tym tygodniu - ścięte na ostrą asymetrię, tatuaże na obu przedramionach (kwiaty, czaszka, cytat z Bukowskiego, który okazał się nie być cytatem z Bukowskiego), krótka skórzana spódniczka, rajstopy w siatkę i top, który definiował pojęcie „wyzywający". Kinga wyglądała jak ktoś, kto prowadzi salon tatuażu albo śpiewa w zespole punkowym. A tymczasem robiła najlepsze balayage w powiecie legionowskim.
- Dzisiaj mam przeczucie - powiedziała Kinga, siadając na kanapie i zakładając nogę na nogę. - Że będzie piękny dzień.
- Mówisz tak co drugi dzień.
- Bo co drugi dzień mam rację.
Telewizor zamontowany w rogu pod sufitem był włączony na TVN7. Leciał *Hotel Paradise*, powtórka z poprzedniego wieczoru. Na ekranie dziewczyna z biustem, który rzucał wyzwanie prawom fizyki, płakała, opowiadając drugiej dziewczynie - o biuście rzucającym wyzwanie prawom fizyki w *inny* sposób - że jej chłopak z pokoju jest „graczem". Że nie tworzy z nią pary naprawdę, że chce wygrać sto tysięcy złotych i na pewno rzuci kulą.
Olivia zerknęła na ekran, potem wróciła do układania nożyczek.
Dzwonek przy drzwiach brzęknął.
Olivia podniosła wzrok.
I wtedy wszedł Kuba.
***
Kuba miał sto siedemdziesiąt jeden centymetrów wzrostu. Tak przynajmniej mówił wszystkim, łącznie z Tinderem, dowodem osobistym (tam akurat tak było napisane, bo mierzyli go w butach) i własnym odbiciem w lustrze. W rzeczywistości miał sto sześćdziesiąt dziewięć. Te dwa centymetry były jego najdłużej utrzymywanym sekretem.
Dwadzieścia dwa lata. Informatyk - student, czwarty rok, ale kto liczył. Długie ciemne włosy zebrane w kitkę, która potrzebowała szamponu dwa dni temu. Bluza trzy rozmiary za duża, dresowe spodnie, które wisiały na biodrach w sposób sugerujący nie tyle luz, co rezygnację. Na twarzy ślady trądziku, który w liceum był koszmarem, a teraz był „tylko trochę". Pod bluzą - czego nikt nie widział i prawdopodobnie w najbliższym czasie nie zobaczy - napakowane ramiona i zarys klatki piersiowej, efekt trzech lat siłowni, o której nikomu nie mówił, bo jakoś się wstydził.
Stanął w drzwiach salonu jak ktoś, kto wchodzi do dentysty.
- O, dzień dobry! - Kinga odstawiła kubek kawy i rozpromieniła się tak, że Olivia momentalnie wiedziała, co zaraz usłyszy. - Przystojniaku, jak dziś strzyżemy?
Kuba zrobił się czerwony. Nie trochę. Bardzo. Od szyi po czubki uszu, w sposób, który sugerował, że jego układ krwionośny właśnie podjął autonomiczną decyzję o ewakuacji całej krwi do głowy.
- Dz-dzień d-dobry - powiedział. - Ja tylko... chciałem... podciąć. Końcówkę. Kitki. Żeby... za dużo nie urosła. Znaczy - żeby za długa nie była. Znaczy - podciąć.
Kinga otworzyła usta, żeby odpowiedzieć - i w tym momencie drzwi salonu otworzyły się z impetem.
***
Weszła jak królowa wchodząca na pokład okrętu. Albo raczej jak królowa, która jest przekonana, że okręt należy do niej, załoga jest niekompetentna, a morze - za mokre.
Stała klientka. Olivia nie pamiętała jej nazwiska. Kinga nazywała ją „Madame Tapir" - ze względu na fryzurę, monumentalną konstrukcję z blond włosów, która wyglądała jak coś między Brigitte Bardot a cumulonimbusem. Szacunkowo siedemdziesiąt lat, dwa liftingi i zero tolerancji dla kolejek.
Madame Tapir nie powiedziała dzień dobry.
Madame Tapir nawet nie spojrzała na Kubę.
Madame Tapir podeszła do fotela Kingi, usiadła - bez zaproszenia, bez pytania, z godnością osoby, która uważa, że umawianie się na wizytę jest poniżej jej statusu - i powiedziała:
- Pani Kingo. Poproszę podciąć końcówki i trochę rozjaśnić odrosty.
To nie było pytanie. To nie była prośba. To był dekret.
Kinga zrobiła minę. Tę minę. Tę jedną, specjalną, zarezerwowaną dla sytuacji, w których chciała powiedzieć siedemnaście wulgarnych rzeczy, ale powstrzymywała się, bo klientka płaciła gotówką i dawała napiwek. Spojrzała na Olivię ponad głową Madame Tapir. Olivia przygryzła wargę, żeby się nie uśmiechnąć.
- Oczywiście, pani Halinko - powiedziała Kinga głosem tak słodkim, że mógłby wywołać cukrzycę. - Już się robi.
Kuba stał nadal przy drzwiach, kompletnie pominięty, ze swoją kitką, pryszczami i dwoma brakującymi centymetrami wzrostu.
- Proszę - Olivia wskazała mu fotel. Jej uśmiech był ciepły, profesjonalny i całkowicie nieszczery w tej jednej, ukrytej warstwie, do której Kuba nie miał dostępu. - Proszę usiąść.
Kuba usiadł.
Olivia stanęła za nim. Widziała jego twarz w lustrze z pęknięciem. Widziała pryszcze na czole, tłuste kosmyki przy skroniach, czerwień na policzkach. Sięgnęła do gumki i rozwiązała mu kitkę. Włosy opadły na ramiona - cienkie, proste, potrzebujące czegoś więcej niż podcięcia.
- Jak chciałby pan podciąć? - zapytała, lekko dotykając końcówek. Profesjonalnie. Z uśmiechem.
I z odrobiną obrzydzenia, kiedy jej palce musnęły jego czoło.
Kinga - zza Madame Tapir - posłała jej oczko.
Kuba nic nie widział. Kuba widział tylko Olivię. Jej twarz w lustrze, ciepły uśmiech, blond włosy, delikatne palce przy jego głowie. Poczuł zapach jej perfum - coś lekkiego, kwiatowego, za drogiego na pensję w salonie fryzjerskim (prezent od mamy na gwiazdkę).
Pomyślał: *Podoba mi się*.
Pomyślał: *Chyba jej się podobam*.
Pomyślał: *Muszę coś powiedzieć, bo będzie niezręcznie*.
Na ekranie telewizora dziewczyna z *Hotelu Paradise* płakała dalej. Jej chłopak-gracz właśnie powiedział w pokoju zwierzeń, że „gra o kasę, a nie o miłość". Tekst wyświetlił się na pasku u dołu ekranu.
- Ale ci ludzie są... - zaczął Kuba, wskazując głową telewizor. Chciał powiedzieć „żałośni". Albo „głupi". Albo cokolwiek, co brzmiałoby inteligentnie i ironicznie.
- ...fajni - dokończyła Olivia.
Kuba zamrugał.
- Chciałabym pomieszkać w takim hotelu - powiedziała Olivia, podcinając mu końcówki z precyzją chirurga. - Pożyć. Poopalać się. Fajny program.
Powiedziała to lekko, jakby nic. Jakby nie zauważyła, że właśnie zniszczyła jego jedyną strategię konwersacyjną.
- Aa... tak - Kuba przytaknął. - Fajni. Na pewno.
Cisza.
Nożyczki strzygły.
Telewizor gadał.
I wtedy, z fotela obok, Madame Tapir odezwała się głosem, który nie znosił sprzeciwu - głosem, który prawdopodobnie nie znosił niczego, łącznie z demokracją, wegetarianizmem i kolejkami w Biedronce:
- Proszę przełączyć na TVN24. Ma być przemówienie premiera Tuska.
To nie była prośba.
Kinga sięgnęła po pilota.
*Hotel Paradise* zniknął. Na ekranie pojawił się studio TVN24, niebieskie tło, poważne twarze.
Olivia podcięła ostatni kosmyk i uśmiechnęła się do Kuby w lustrze.
- Gotowe - powiedziała.
Kuba patrzył na nią i myślał, że to jest *ta* dziewczyna. Ta jedyna. Ta, z którą mógłby...
Olivia myślała o tym, że za dwie godziny ma wykład z mikroekonomii i że powinna powtórzyć elastyczność popytu.
***
Kuba zapłacił. Trzydzieści pięć złotych. Zostawił dziesięć złotych napiwku, co było absurdalne, biorąc pod uwagę, że podcięcie kitki trwało osiem minut. Olivia podziękowała. Uśmiechnęła się. Tym samym uśmiechem, który był ciepły, profesjonalny i całkowicie nieszczery w tej jednej, ukrytej warstwie, do której Kuba nie miał dostępu.
Kuba wyszedł na Piłsudskiego.
Wiatr był zimny, ale on tego nie czuł.
*Podoba mi się*, pomyślał.
*Wrócę tu za dwa tygodnie*, pomyślał.
*Następnym razem powiem coś mądrego*, pomyślał.
Po drugiej stronie szyby Olivia już o nim zapomniała.
Kinga podeszła do niej, kiedy drzwi się zamknęły.
- Widziałaś, jak się na ciebie gapił?
- Mhm.
- Biedny chłopak.
- Mhm.
- Ale te pryszcze, Livi. Jezu.
Olivia wzruszyła ramionami. Zdjęła włosy Kuby z fotela. Wyrzuciła je do kosza. Poprawiła bransoletką na nadgarstku - serduszko i Wodnik pobrzękiwały cicho.
Za oknem Legionowo wyglądało tak, jak Legionowo wygląda zawsze na początku kwietnia.
Szaro.
Z delikatną obietnicą czegoś lepszego w powietrzu.2 ROZDZIAŁ 2 PIWNICA
Ekran monitora był jedynym źródłem światła w pokoju.
Trzydzieści dwa cale. Samsung. Na ekranie - Linux Mint, ciemnozielony pulpit, terminal otwarty w lewym rogu, menedżer plików na całą resztę. Kuba siedział w fotelu Diablo - jedynym meblu w tym mieszkaniu, który kosztował więcej niż tysiąc złotych - i garbił się tak, jakby kręgosłup podjął decyzję o kapitulacji gdzieś w okolicach drugiego roku studiów i od tamtej pory konsekwentnie się jej trzymał.
Mieszkanie na parterze bloku z wielkiej płyty. Legionowo, osiedle Sobieskiego. Okna na parking, parking na blok, blok na kolejny parking. Meble z BRW - regał Billy, którego instrukcja montażu była chyba pisana przez kogoś, kto nienawidził ludzi, komoda z szufladą, która się zacinała, i biurko narożne, na którym stał monitor, stacja kart, klawiatura mechaniczna i butelka coli z Biedronki. Półtoralitrowa. Ciepła. Otwarta od rana.
Obok butelki - pudełko po pizzy. Otworzone. W środku dwa kawałki z wczoraj. Ser stwardniał i przybrał kolor, który trudno było sklasyfikować - ani żółty, ani szary, raczej coś pomiędzy rezygnacją a zaniedbaniem.
Kuba wziął kawałek. Odgryzł. Żuł powoli, patrząc na ekran.
Na jego czole, dokładnie między brwiami, pryszcz dojrzewał jak mała, wściekła planeta. Czerwona podstawa, biały czubek, napięta skóra wokół - wyglądał, jakby zamierzał pęknąć z dnia na dzień. Albo z godziny na godzinę. Kuba dotknął go odruchowo palcem - tym samym, którym przed chwilą trzymał pizzę - i skrzywił się.
Włosy miał rozpuszczone. Bez gumki zwisały wzdłuż twarzy jak dwie tłuste zasłony, których nikt nie prał od tygodnia.
Przełknął pizzę. Wziął łyk coli. Sięgnął po okulary leżące na biurku.
Zwykłe. Czarne oprawki. Prostokątne. Takie, w których wyglądał - jak mu się wydawało - trochę poważniej. Trochę jak ktoś, kto czyta książki. Albo przynajmniej trochę jak ktoś, kto mógłby czytać książki, gdyby nie spędzał całego czasu przy komputerze.
Kuba przekręcił okulary w dłoniach. Podważył maleńki zatrzask w zausznika. W środku - szczelina nie większa niż paznokieć. Kuba wsunął paznokieć i wyciągnął kartę microSD. Maleńką. Czarną. Trzydzieści dwa gigabajty.
Włożył ją do stacji kart.
Terminal mrugnął. Kuba wpisał komendę. Menedżer plików otworzył nowy katalog.
Zdjęcia zaczęły się kopiować.
Jedno. Pięć. Dwanaście. Dwadzieścia sześć. Czterdzieści jeden. Pasek postępu pełzł. Kuba odgryzł drugi kęs pizzy i patrzył.
Pierwsze zdjęcia były nieostre. Kąt z poziomu oczu, lekkie przechylenie, ruch. Salon fryzjerski. Lustro z pęknięciem. Blat z lakierami. Fotel. Kanapka szarej ekoskóry. Napis *Hair Studio Legionowo* na ścianie za ladą.
Potem Kinga. Kilka ujęć - przypadkowych, bo Kinga akurat tam stała. Rude włosy. Skórzana spódniczka. Tatuaże na przedramieniu. Na jednym zdjęciu Kinga patrzyła prawie w obiektyw - jakby prawie, nie do końca, nie wiedząc - z tym swoim drapieżnym uśmiechem. Przypadek. Szum. Kuba przewinął dalej.
Olivia witająca go przy drzwiach. Lekki uśmiech, głowa przechylona, ręka wskazująca fotel. Bransoletka pobrzękuje - na zdjęciu tego nie widać, ale Kuba słyszał ten dźwięk w głowie, kiedy patrzył.
Olivia stojąca za fotelem. Nożyczki w dłoni. Sweter - ten obcisły, czarny. Włosy opadające na ramię, kiedy pochylała się, żeby sprawdzić długość.
Olivia w lustrze. Odbicie. Jej twarz patrząca na jego włosy, skoncentrowana, z tym krzywym uśmiechem, który babcia nazywała paryskim - ale tego Kuba nie wiedział, widział tylko uśmiech i myślał, że jest dla niego.
Olivia żegnająca go przy drzwiach. Ręka uniesiona na pożegnanie. Bransoletka. Serduszko i Wodnik.
Kuba klikał. Zdjęcie za zdjęciem. Powiększał. Przycinał. Powiększał znowu. Twarz Olivii wypełniała trzydziestodwucalowy ekran. Jej oczy. Jej usta. Piksele jej uśmiechu.
Pryszcz na jego czole pulsował lekko.
Cola była ciepła.
Pizza była zimna.
A Kuba siedział w ciemnym pokoju na parterze bloku z wielkiej płyty i wpatrywał się w dziewczynę, która - gdyby wiedziała - nigdy więcej nie wpuściłaby go do salonu.
***
- Livi, otwórz okno, bo zdechnę.
- To może nie pal w salonie?
- A gdzie mam palić? Na dworze? Jak bezdomna?
Kinga zaciągnęła się papierosem z takim oddaniem, jakby to był ostatni papieros na świecie. Dym poszedł do góry, zakręcił się pod sufitem, popłynął w stronę telewizora. Trzymała papierosa między palcami - wskazującym i środkowym, prosto, jak mężczyźni w starych filmach - i strzepywała popiół do pustego kubka po kawie.
Olivia otworzyła okno.
Nie powiedziała nic więcej. Mogła powiedzieć: „Kinga, nie pal w salonie, jest zakaz, klientki poczują". Mogła. Nie powiedziała. Bo Kinga paliła w salonie od trzech lat i jedyną osobą, która mogła jej tego zabronić, była ona sama. A Olivia - Olivia nie lubiła konfrontacji. Nie lubiła podnosić głosu. Nie lubiła mówić ludziom, że robią coś źle. Otwierała okno. To było jej rozwiązanie. Na papierosy Kingi, na perfumy Madame Tapir, na cały świat, który czasem za bardzo cuchnął.
Godzina przed zamknięciem. Żadnych klientów. Piątek. Za oknem Legionowo robiło się granatowe. Na Piłsudskiego neon pizzerii migał z uporem godnym lepszej sprawy.
Na ekranie telewizora leciał nagrany *Hotel Paradise*. Nowy odcinek. Uczestnicy - dziewczyny z ustami jak poduszki i chłopcy z brzuchami jak deski do prasowania - stali w dwóch rzędach przed prowadzącą. Quiz. Tablice suchościeralne. Markery.
- Uwaga, pytanie - powiedziała prowadząca. - Co to był Hołd Pruski?
Olivia podniosła wzrok znad telefonu.
Na ekranie chłopak - wysoki, opalony, z mięśniami, które sugerowały, że białko jest ważniejszą grupą żywieniową niż wiedza ogólna - marszczył brwi i pisał na tablicy. Dziewczyna obok - długie ciemne włosy, brązowe oczy, biust, który prowadził własne życie niezależne od reszty ciała - pisała coś drugą ręką.
- Odkrywamy odpowiedzi! - prowadząca uśmiechnęła się. - Mateusz?
Mateusz odwrócił tablicę.
*To była taka książka o II wojnie światowej.*
- Okej... - prowadząca dyplomatycznie. - Natalia?
Natalia odwróciła tablicę.
*To był obraz.*
- O! Ciepło, ciepło. A co ten obraz przedstawiał?
Natalia uśmiechnęła się z nadzieją.
- Jakąś bitwę w Prusach? - powiedziała. - To koło Olsztyna, nie?
Olivia wybuchnęła śmiechem.
Nie uśmiechem. Nie chichotem. Śmiechem - głośnym, nagłym, który wyrwał się z niej jak korek z butelki. Złożyła się wpół na kanapie, zakryła usta dłonią, bransoletka zabrzęczała.
Kinga odwróciła się od paznokcia, który właśnie piłowała, i spojrzała na Olivię z mieszaniną zdziwienia i rozrywki.
- Z czego się śmiejesz?
- No... - Olivia złapała oddech. - Jakie głąby. Nie wiedzą, co to Hołd Pruski.
Kinga uśmiechnęła się.
Szeroko.
Ciepło.
Nie mając absolutnie żadnego pojęcia, co to był Hołd Pruski.
- No, totalne głąby - powiedziała Kinga i wróciła do paznokcia.
Cisza. Dym papierosowy leniwie wypływał przez otwarte okno. Na ekranie prowadząca tłumaczyła uczestnikom, że Hołd Pruski to nie była książka, nie była bitwa i nie był koło Olsztyna.
- Olivia - powiedziała Kinga, nie podnosząc wzroku. - A może byś się zgłosiła do tego programu?
Powiedziała to lekko. Jakby nic. Jakby pytała o pogodę.
Olivia poczuła, jak robi się jej gorąco. Od szyi do policzków, powoli, nieuchronnie, jak fala. Wiedziała, że się rumieni. Wiedziała, że Kinga to widzi. Wiedziała, że Kinga specjalnie nie patrzy, żeby udawać, że nie widzi.
- Ja się nie nadaję - powiedziała Olivia.
- Mhm.
- Przecież nie jestem taka ładna.
Kinga odłożyła pilnik.
Kinga odłożyła papierosa.
Kinga odwróciła się na kanapie i spojrzała na Olivię z miną, która sugerowała, że właśnie usłyszała najbardziej absurdalną rzecz w swoim trzydziestodwuletnim życiu. A Kinga słyszała absurdalne rzeczy regularnie - sama większość z nich wypowiadała.
- Weź nie pierdol, Livi - powiedziała. - Jesteś laska, jak się patrzy.
- Kinga...
- Nie „Kinguj" mi tu. - Wskazała palcem na ekran. - Widzisz tę, co teraz odpowiadała? Tę Natalię? „To koło Olsztyna"? - Kinga prychnęła. - Brzydsza od ciebie. I na dodatek głupsza. A stoi tam w telewizji, na basenie, w bikini, i jakiś Mateusz, który myśli, że Hołd Pruski to książka, klei się do niej jak mucha do gówna.
Olivia uśmiechnęła się.
Nie powiedziała nic. Ale uśmiech był prawdziwy. I gdzieś w środku, w tym miejscu, w którym od kilku miesięcy rosła myśl - cicha, wstydliwa, absurdalna - ta myśl urosła odrobinę bardziej.
*Hotel Paradise.*
*A może...*
- Dobra, zmiana tematu - powiedziała Kinga, zapalając nowego papierosa od niedopałka. - Był dziś znowu ten pryszczaty.
Olivia parsknęła.
- Za często podcina tę kitkę - dodała Kinga.
- Może za często. Ale napiwek zostawia.
- Dziesięć złotych napiwku za osiem minut strzyżenia. To albo hojność, albo desperacja.
- Desperacja.
- Wiadomo, że desperacja. - Kinga zaciągnęła się. - Ale masz rację. Te pryszcze to mógłby wycisnąć u kosmetyczki.
- No. - Olivia kiwnęła głową. - Albo chociaż użyć jakiegoś żelu.
- No i co mu to da? - Kinga wypuściła dym przez nos. Uśmiechnęła się. Ten uśmiech. - Wtedy będzie kurduplem bez pryszczy.
Śmiech. Wulgarny, gardłowy, stuprocentowo Kinga.
Olivia była zdegustowana. Trochę. Odrobinę. Uśmiechnęła się mimo to, bo - no bo Kinga. Bo trudno się nie uśmiechnąć, kiedy Kinga się śmieje, nawet jeśli się nie powinno.
- Ale może - Kinga uniosła palec - ma dużego.
- Kinga, błagam...
- No co? Nie patrz tak na mnie. Czasem tak jest. Mały chłop, duży...
I wtedy Kinga zrobiła *to*.
Wyciągnęła prawą rękę przed siebie. Lewą odciągnęła bluzkę z przedramienia, odsłaniając tatuaż z czaszką i cytatem nie-Bukowskiego. Zacisnęła dłoń w pięść. I zaczęła machać przedramieniem przy kroczu - powoli, ruch wahadłowy, góra-dół, góra-dół - z miną tak poważną, jakby demonstrowała model anatomiczny na wykładzie z biologii. Przedramię Kingi sięgało do kolan.
- Mniej więcej tyle - powiedziała Kinga.
Olivia zakryła twarz dłońmi.
Olivia się zaśmiała.
Szczerze.
Z głębi brzucha, z tego miejsca, z którego śmiech wychodził coraz rzadziej, bo życie w Legionowie, salon fryzjerski, sześćdziesiąt dwa kilo i elastyczność popytu nie zostawiały wiele miejsca na śmiech z głębi brzucha.
Kinga patrzyła na nią i uśmiechała się.
Za oknem Legionowo robiło się ciemne.
Neon pizzerii migał.
A w telewizorze piękni ludzie, którzy nie wiedzieli, co to Hołd Pruski, opalali się przy basenie i szukali miłości za sto tysięcy złotych.
I Olivia pomyślała - bardzo cicho, bardzo krótko, tak żeby myśl nie zdążyła nabrać kształtu:
*A co, jeśli mogłabym tam być?*3 ROZDZIAŁ 3 OBSERWATOR
BMW serii 3 zaparkowało przed salonem z precyzją kogoś, kto ćwiczył parkowanie równoległe tak długo, aż stało się częścią jego osobowości. Dziesięcioletni model, ale błyszczący tak, jakby dopiero co wyjechał z salonu - nie fryzjerskiego, tego drugiego. Czarne. Przyciemniane szyby. Felgi wyczyszczone do lustra. Na lusterku wisiała zawieszka z logo jakiegoś klubu MMA.
Drzwi otworzyły się i wyszedł Grzesiek.
Skórzana kurtka - nie taka elegancka, włoska, tylko taka, w której wygląda się jak ochroniarz w klubie na Pradze. Złoty łańcuch na szyi, gruby, z medalikiem, którego geneza była niejasna - Grzesiek twierdził, że po dziadku, Kinga twierdziła, że z Allegro. Obcisła czarna koszulka, pod którą mięśnie robiły to, co mięśnie w obcisłych czarnych koszulkach robią - informowały otoczenie o swoim istnieniu. Krótko ostrzyżone włosy, zarost na dwa dni, szerokie barki, wąskie biodra i sposób chodzenia, który sugerował, że chodnik jest za wąski na jednego Grześka.
Wszedł do salonu.
- Cześć - rzucił.
Nie do Olivii. Nie do ścian. Do świata w ogóle, bo Grzesiek mówił „cześć" tak, jak inni ludzie otwierają drzwi - żeby wejść, nie żeby się przywitać.
Podszedł do Kingi, która stała przy blacie i wkładała szczotki do pojemnika z płynem. Kinga odwróciła się z uśmiechem. Grzesiek uniósł rękę i klepnął ją w pośladek. Głośno. Tak głośno, że dźwięk odbił się od ścian małego salonu jak piłka pingpongowa.
- Grzesiek! - Kinga podskoczyła. - Zachowuj się!
Ale się śmiała. Śmiała się tym swoim gardłowym śmiechem, który znaczył, że jest wkurzona i zachwycona jednocześnie, w proporcjach, których sama pewnie nie znała.
Olivia zamiatała włosy.
Był sobotni wieczór. Za chwilę zamykały salon. Resztki dnia - skrawki blondu i brązu - sunęły po podłodze przed miotłą. Olivia pochylała głowę, patrzyła na podłogę i nie patrzyła na Kingę i Grzegorza.
Ale słyszała.
Ukradkiem rzuciła okiem. Grzesiek stał za Kingą. Jego ręka zniknęła pod krótką sukienką Kingi - po prostu, bez pytania, bez wstępu, jakby to było coś tak naturalnego jak oddychanie. Kinga miała przymknięte oczy.
Olivia odwróciła wzrok.
Usłyszała cichy jęk Kingi. Potem śmiech. Potem:
- Grzesiek, poczekaj chwilę...
Grzesiek zaśmiał się. Głośno, rubasznie, tak jak się śmiał zawsze - śmiechem kogoś, kto zajmuje dużo miejsca w każdym pokoju, w którym się znajdzie, i jest z tego zadowolony.
Olivia zamiatała. Dalej zamiatała. Koncentrowała się na ruchach miotły jak ktoś, kto próbuje medytować w strefie wojennej.
- Livi! - Grzesiek odwrócił się do niej, opierając się o blat. Kinga poprawiała sukienkę z uśmiechem. - Jedziemy z Kiną dziś na disko do Warszawy. Może pojedziesz z nami?
Olivia wyprostowała się. Zaskoczona. Miotła zatrzymała się w pół ruchu.
- No ale... tak sama? - powiedziała. - Nie mam chłopaka.
Powiedziała to odruchowo. Nie dlatego, że potrzebowała chłopaka, żeby jechać na disko - ale dlatego, że tak jej się powiedziało. Bo dwudziestojednoletnia dziewczyna z Legionowa, sześćdziesiąt dwa kilo, ze swetrem z Reserved i bransoletką z przywieszkami, wyobrażała sobie disko w Warszawie jako miejsce, do którego jeździ się parami, a nie jako miejsce, do którego jedzie się po to, żeby przestać być sama.
Grzesiek wzruszył ramionami.
- Muszę zapalić.
I wyszedł. Tak po prostu. Zostawił pytanie wiszące w powietrzu jak dym papierosowy Kingi - obecne, ale nikt się do niego nie przyznawał.
Drzwi się zamknęły. Kinga spojrzała na Olivię. Uśmiech Kingi zmienił się - z rozbawionego na ten drugi, ten drapieżny, ten, który oznaczał, że Kinga ma plan i że ten plan będzie zawierał przynajmniej jedno słowo na literę „k".
- No po to byś pojechała - powiedziała Kinga, przysiadając na oparciu fotela. - Znajdę ci takiego, który cię tak przerucha, że nie będziesz mogła siedzieć przez dwa dni.
Olivia poczuła, jak gorąco wchodzi jej na policzki. Nie powoli, nie delikatnie - gwałtownie, od szyi do czoła, jak pożar w suchym lesie. Otworzyła usta. Zamknęła je. Otworzyła znowu. Zamknęła.
Nie wiedziała, co powiedzieć.
Bo co mówisz, kiedy twoja koleżanka - trzydzieści dwa lata, tatuaże, skórzana spódniczka - proponuje ci z absolutną szczerością i bez cienia ironii, że zorganizuje ci seks tak intensywny, że nie usiądziesz przez weekend? Co mówisz? „Dziękuję"? „Nie, dziękuję"? „Kinga, proszę, jestem osobą, która rumieni się na słowo 'przerucha', daj mi chwilę"?
I wtedy drzwi salonu otworzyły się i wszedł Grzesiek. Papieros w buzi, dym lecący za nim jak ogon komety.
- Macie obserwatora - powiedział.
Ton się zmienił. Grzesiek już się nie śmiał. Mówił spokojnie, ale z tą lekką krawędzią w głosie, która pojawiała się, kiedy coś mu nie pasowało - i kiedy coś mu nie pasowało, zazwyczaj miał rację.
- Chodźcie - machnął ręką. - Do okna.
Kinga wstała pierwsza. Podeszła szybko, stanęła obok Grześka. Olivia odłożyła miotłę i dołączyła, stając z drugiej strony.
Piłsudskiego. Sobotni wieczór. Neon pizzerii. Szyld obuwniczego. Manekiny w sukniach ślubnych.
A po drugiej stronie ulicy - stary Golf 3. Ciemnozielony. Matowy lakier, miejscami zeżarty przez rdzę. Szyby zamglone od środka.
- Tam - powiedział Grzesiek. - Stoi tu od kiedy przyjechałem.
W tym momencie Golf drgnął. Światła przednie mrugnęły. Silnik zakaszlał - cicho, z wysiłkiem, jak ktoś, kto budzi się z niechcianej drzemki. Golf wyjechał z miejsca parkingowego, wolno, bardzo wolno, skręcił w prawo i zniknął za rogiem.
- Widziałyście? - Grzesiek zaciągnął się papierosem.
Kinga zmrużyła oczy.
- Ja pierdolę - powiedziała powoli. - To ten pryszczaty. Co mu kitkę podcinasz.
Olivia nie odpowiedziała.
Widziała Golfa. Widziała zieloną farbę, rdzę, zamglone szyby. Ale nie widziała - albo nie chciała widzieć - tego, co Kinga widziała. Tego, co Grzesiek widział. Stała przy oknie i czuła coś w żołądku, coś zimnego i niewygodnego, co próbowała zignorować, bo ignorowanie niewygodnych rzeczy było jedną z jej lepiej rozwiniętych umiejętności.
Grzesiek odwrócił się od okna. Twarz miał poważną. Łańcuch na jego szyi nie błyszczał w przyciemnionym świetle salonu - wyglądał jak coś ciężkiego.
- Livi - powiedział. - Naprzykrza ci się?
- Nie - odpowiedziała Olivia. Szybko. Może za szybko. - Ja mu tylko włosy podcinam.
Kinga prychnęła.
- Tak. Podcinasz. Co dwa tygodnie. O dwa milimetry. - Zaciągnęła się papierosem i wypuściła dym przez nos. - Dziwny trol z tego chłopaka.
- Livi. - Grzesiek patrzył na nią. Nie mrugał. - Jedno słowo, a spuszczę mu łomot.
Powiedział to tak, jak mówił wszystko - prosto, bez ozdobników, z pewnością kogoś, kto spuszcza łomot regularnie i nie uważa tego za coś nadzwyczajnego.
- No ale za co? - Olivia usłyszała własny głos i nie rozpoznała go. Był lekki. Logiczny. Rozsądny. - Przecież może przychodzić podcinać włosy. I może stać na ulicy. To wolny kraj.
*Wolny kraj.* Słowa wypadły z niej jak z podręcznika do WOS-u. Wiedziała, że brzmią fałszywie. Wiedziała, że Kinga i Grzesiek to słyszą. Golf 3 z zamglonymi szybami stojący naprzeciwko salonu przez pół godziny w sobotni wieczór - to nie było „stanie na ulicy w wolnym kraju".
Ale Olivia nie chciała sceny. Nie chciała łomotu. Nie chciała, żeby Grzesiek robił cokolwiek, bo Grzesiek robiąc cokolwiek wyglądał jak ktoś, kto może trafić na komisariat. Więc powiedziała to, co zwykle mówiła, kiedy świat cuchnął - otworzyła okno.
Kinga tylko westchnęła.
Długo. Cicho. Z papierosem między palcami i zmarszczką między brwiami.
- Nie podoba mi się to - powiedziała.
I tym razem nikt się nie zaśmiał.
***
Golf 3 zatrzymał się na parkingu przed blokiem.
Kuba wyłączył silnik. Ręce mu drżały, ale tylko trochę. Tak jak zawsze, kiedy uciekał - a to było uciekanie, nawet jeśli jechał trzydzieści na godzinę i używał kierunkowskazów.
Widzieli go.
Ten facet. Ten z łańcuchem i BMW. Widział go.
Kuba zamknął oczy. Otworzył je. Wziął z siedzenia pasażera małe radio - czarne, plastikowe, analogowe, z korbką i anteną. Taki model, który babcie stawiają na parapetach w kuchni. Kupiony na Allegro za czterdzieści złotych. Zmodyfikowany w jeden wieczór.
Wysiadł z auta. Zamknął Golfa. Ruszył do klatki schodowej.
Klatka pachniała tak, jak klatki schodowe w blokach z wielkiej płyty pachną na wiosnę - wilgocią, starą farbą olejną i czymś nieokreślonym, co mogło być zupą, mogło być pleśnią, a mogło być po prostu latami. Parter. Drzwi po prawej. Klucz.
- Kuba! - Głos z kuchni, zanim zdążył zamknąć drzwi. - Kurwa, zamknij drzwi na klucz!
Kuba się cofnął. Przekręcił zamek. Zasuwka szczęknęła.
- Dobrze, mamo.