On, pasierb - ebook
Jerzy Zwierzykowski – ur. 1946 r., emerytowany marynarz, który w życiu próbował wielu dróg. Doświadczenie zdobywał zarówno na powierzchni ziemi czy pod ziemią, jak i w powietrzu, na wodzie oraz pod wodą. Dopiero w dojrzałym wieku spełnił swoje ciche marzenie – napisał książkę.
„On, pasierb” i inne opowiadania to zbiór autentycznych historii wyrastających z codzienności – nie są zmyślone, lecz inspirowane rzeczywistością. Autor przedstawia poruszające opowieści o ludziach, którzy kochają, tracą, błądzą i odnajdują sens w najmniej spodziewanych miejscach. Historie te, pełne emocji, czasem gorzkie, innym razem niosące nadzieję, odsłaniają kruchość ludzkiego losu oraz siłę wspomnień i gestów.
Osadzone w różnych realiach – od kujawskiego miasteczka lat pięćdziesiątych XX wieku po zapach morskiej wody – ukazują uniwersalność ludzkiego doświadczenia. To literatura szczera i skłaniająca do refleksji, idealna dla każdego, kto ceni piękno prostych, prawdziwych obrazów przelanych na papier.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Opowiadania |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8308-883-9 |
| Rozmiar pliku: | 755 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Jest rok 1954. Leżące na skraju Równiny Kujawskiej miasteczko A… było ubogie, jak cała Polska z mozołem podnoszące się z pożogi wojennej.
Chłopiec siedmio-, może ośmioletni szedł w kierunku centrum miasta wzdłuż okazałego budynku stacyjnego. Był odziany w krótkie spodenki, spod których wystawały dwie gumy zakończone metalowymi zapinkami, podtrzymujące bawełniane, koloru kawy z mlekiem pończochy. Zapinki owe już dawno straciły gumową część wkładaną pod pończochę i zastąpiły je kawałki gazetowego papieru, niezgrabnym zgrubieniem przechodząc przez metalowe uszko. Trochę zbyt duże pończochy nierówno spływały w buty nieokreślonego koloru, noszące ślady chłopięcej, kipiącej energią fantazji. Sprana, szara koszula z długimi rękawami zawiniętymi tuż nad nadgarstkami, wciśnięta w spodnie, dopełniała stroju.
Zapowiadał się ciepły, słoneczny dzień. Chłopiec rozejrzał się dookoła, bo wszystko było takie ciekawe, mimo że widział to już tyle razy. Zielone tuje pyszniły się swymi kształtami, beztroskie dzieciaki buszowały w pobliskim parku, a pociągi wjeżdżały na stację i ją opuszczały…
Jego oczy kryły w sobie smutek. Włosy, ze względów higienicznych, zostały obcięte tuż przy skórze, pozostawiono tylko krótką grzywkę z przodu, w której czasami przynosił ze szkoły pasożyty zaliczane do owadów wtórnie bezskrzydłych.
W ręku trzymał banknot dwudziestozłotowy, z niebieskawym rysunkiem na żółtawym tle. Z rysunku, z uśmiechem zapożyczonym od Mony Lisy, spoglądała w świetlaną, peerelowską przyszłość twarz dojrzałej kobiety w narzuconej na gładko uczesane włosy zawiązanej pod brodą chuście. Banknot wręczyła mu macocha z przykazaniem, by nie zgubił pieniędzy, dokonał zakupu czegoś tam i przyniósł do domu przeliczoną resztę.
Musiał przejść przez przejazd kolejowy, którego szlabany właśnie dróżnik opuszczał. Przejechał jeden pociąg, potem drugi i następnie eszelon, najbardziej ciekawy pod względem niecodzienności. Czego tam nie było?! Czołgi, samochody ciężarowe, armaty i wagony pełne wesołych żołnierzy. Siedzieli w otwartych, przesuwnych drzwiach z opuszczonymi na zewnątrz nogami, palili papierosy, przyjaźnie machali rękami do przechodniów… Eszelon przetaczano powoli, tak jakby ktoś pragnął, aby oczekujący na podniesienie barier napatrzyli się do woli. Skoczna melodia z obudzonego akordeonu, ożywiona wprawnymi palcami muzyka, przeplatała się ze zgrzytem kół, uderzeniami zderzaków, szarpnięciami sapiącej, gwiżdżącej lokomotywy i sygnałem trąbki nastawniczego wekslującego na odpowiedni tor ten specjalny pociąg.
W końcu manewry się zakończyły i można było przejść na drugą stronę torowiska. Nadjechał barwny tabor cygański. Piękne, wypasione konie ciągnęły kolorowe, mieszkalne wozy, mieszczące cały dobytek i liczną rodzinę. Długie, powłóczyste, różnokolorowe suknie szczelnie zakrywały śniade ciała Cyganek. Można by rzec, że umajone kwieciem kujawskie pola i łąki zleciały do A… by swym pięknem uraczyć oczy mieszkańców. Żelazne koła taborowych wozów majestatycznie turkotały po kocich łbach miejskiej ulicy, by po chwili zniknąć w oddali, pozostawiając za sobą schnący w słońcu koński nawóz i tęsknotę za większą liczbą barwnych zdarzeń.
Sklep był tuż, tuż, przypomniał więc sobie, po co go wysłano, i wtedy zauważył, że niedomyta ręka trzymająca banknot jest najzwyczajniej w świecie pusta. W pośpiechu sprawdził dziurawe kieszenie w spodenkach, ale przecież były dziurawe i dlatego nie schował tam pieniędzy. W najbliższym otoczeniu nigdzie nie było zguby. Zrozumiał, że banknot przepadł na zawsze. Niepokój rysował się na twarzy grymasem bezgranicznej niemocy. Oczy omal nie wyszły z orbit i rozbiegały się na wszystkie strony. Wyobraził sobie powrót do domu i reakcję macochy, jej wyzwiska, bicie gdzie popadnie i czym popadnie… Z każdą mijającą sekundą stawał się sam dla siebie mniej wartościowy, głębiej wdeptany w ziemię od najbardziej nikczemnej istoty, jaką kiedykolwiek Matka Ziemia nosiła. Panika ustąpiła miejsca rozpaczy – czarnej, wszechogarniającej, jakby los postanowił go doświadczyć w najbardziej okrutny sposób.
Sam był na świecie jak przysłowiowy kołek w płocie i miał pewność, że nikt nie rozwiąże za niego zaistniałego problemu. Przytłoczony, wręcz zmiażdżony zdarzeniem, zapadł się w sobie, a tragizm sytuacji wyraził w jeden jedyny możliwy w tej chwili sposób.
Zrazu cichy płacz przeobraził się w szloch oskarżający nieczuły los. Łzy spływały po policzkach, żłobiąc ślad w osiadłym miejskim kurzu. Jego całym małym ciałem targał ból płynący z głębin przepełnionego goryczą serca.
Wzdrygnął się, gdy czyjaś ręka spoczęła na jego głowie. Podniósł zaszklone, bezsilnością zasnute oczy. Przy nim stała kobieta w wieku jego niedawno zmarłej matki.
– Dlaczego płaczesz? – spytała.
Jej jedwabny, czuły, spokojny głos rozrzewnił go jeszcze bardziej. Szloch targnął wątłym ciałem z podwójną siłą, wypełniając każdą komórkę spazmem o mocy potężnego trzęsienia ziemi. Delikatny jak muśnięcie skrzydeł motyla dotyk tej pani, dotyk niebiański, przypominający aksamit matczynej pieszczoty, zadziałał usunięciem wszelkich zabezpieczeń, potęgując żal do całego świata. Topił go we łzach i ciepłych dłoniach obejmujących jego skołataną głowę, dłoniach niosących ulgę, dających oparcie, udzielających bezpiecznego schronienia.
Minęła pierwsza… a potem kolejna minuta. Przestały płynąć łzy i tylko konwulsyjne drgawki potrząsały nim jeszcze. Kucnęła obok. Pięknie pachnącą chusteczką osuszyła spuchnięte oczy, wytarła nieprzyzwoicie mokry nos. Wydobył w końcu głos ze ściśniętego nadal gardła i opowiedział o przyczynie swej rozpaczy.
Poszli razem do sklepu. Jak dobra wróżka spełniająca marzenia dokonała zakupu w jego imieniu oraz wręczyła resztę z dwudziestu złotych. Odmieniła zły los w jednej krótkiej chwili. Podała pomocną dłoń, dłoń Anioła.
Dziś nie ma dziur w kieszeniach, a buty są określonego koloru, mimo że fantazji i energii nadal mu nie brakuje. Łzy wyschły dawno, dawno temu, tylko oczy są ciągle trochę smutne. Eszelony i tabory cygańskie zniknęły z codzienności, usuwając się w zakamarki pamięci. Pozostało uczucie dotyku ciepłych rąk Anioła odmieniającego los. Dotyk ten zaszczepił w nim empatyczny stosunek do bliźniego.
To jedno spotkanie nauczyło go, że czasem wystarczy jeden gest, by odmienić czyjś los.DWANAŚCIE GROSZY
Jesienny poranek w Osowej Górze. Słońce rozjaśniło starym złotem posmutniałe brakiem wody liście orzecha włoskiego, którego dojrzałe owoce prawem grawitacji leżały w przywiędłej trawie, oczekując na konsumenta. Kawki w poszarzałych habitach różańcem obsiadły pobliską napowietrzną linię telefoniczną.
Osiedlową drogą przemknęło kilka samochodów, rowerzysta i parę osób śpieszących do środków komunikacji miejskiej. Ot, taka zwykła uliczna krzątanina. Jedynie kot dachowiec rozciągnął swe ciało w jaśniejącej plamie słońca i chłonąc namiętnie spływające nań resztki tegorocznego ciepła, manifestował swoją obojętność i pogardę dla tych, co to wydali mnóstwo pieniędzy na wczasy w Egipcie, na Lazurowym Wybrzeżu, Wyspach Kanaryjskich czy też swojskim Helu.
Kilka dni temu powróciłem z dalekiej podróży i dla szybkiej integracji z rodziną i otoczeniem żona zleciła mi zaopatrzyć lodówkę w artykuły śniadaniowe. Raźnym krokiem zmierzałem do pobliskiego sklepu, uzbrojony w życzliwość dla wszystkich i wszystkiego.
W Domu Chleba pieczywo w rumianych skórkach emitowało zapach smakowitej świeżości. Młody człowiek poprosił o dwie słodkie bułki z serem. Miła ekspedientka nie miała w kasie na tyle zasobów, by wydać resztę ze stu złotych. Do drobnych, wysupłanych z kieszeni przez amatora słodkich bułek z serem zabrakło do pełnej sumy dwunastu groszy.
– Odda pan później – zaproponowała sprzedawczyni.
– Jestem nietutejszy i nie będę mógł pani oddać – padła szczera odpowiedź.
– Nie szkodzi – rzekła pani za ladą. – Proszę się nie przejmować, życzę smacznego.
– Dorzucę brakującą kwotę – zaproponowałem.
Młody człowiek schował bułki do niewielkiego plecaka i wyraźnie adresując słowa, burknął pod nosem:
– Nie trzeba, poradzę sobie.
Szczerze mówiąc, nie pierwszy raz zdarzało mi się wychodzić naprzeciw potrzebom bliźniego, ale po raz pierwszy ta pomoc spotkała się z tak wyraźnie zaakcentowaną niechęcią.
Młody mężczyzna wyszedł z pieczywem w plecaku i odpinał zabezpieczenie przy rowerze. Zapakowałem pokrojony chleb bydgoski do reklamówki, uiściłem opłatę wraz z zadeklarowanymi wcześniej dwunastoma groszami i wymieniłem grzeczności z obsługującą panią.
Przed sklepem młodzieniec jeszcze się mocował z plecakiem i rowerem.
– Przepraszam… – zacząłem – chyba niepotrzebnie się wtrąciłem?
Spojrzał na mnie chłodno.
– Nie pańska sprawa. Proszę się nie mieszać.
Nie odpowiedziałem. Po prostu ruszyłem dalej swoją drogą. Ruch na osiedlu się wzmógł. Kot tym razem na drugim boku nadal wylegiwał się na słońcu. Kawki w poszarzałych habitach pofrunęły w inne, ciekawsze dla nich miejsce. Słońce starym złotem nadal jesienią barwiło szatę drzew. Piękny dzień. Mimo że dostałem po nosie, nic oraz nikt nie był dziś w stanie zmienić mego życzliwego nastawienia do wszystkich i wszystkiego.
Mam nadzieję, że nadchodzące zmiany w naszym Ojczystym Domu utrwalą w mym sercu to uczucie i spowodują, że większość z nas będzie dostrzegać drugiego człowieka przez pryzmat jego potrzeb, chociaż potrzebujący okazują czasem nieufność lub wręcz niechęć powodowaną im tylko wiadomym powodom.