-
nowość
Ona, Wilk i Lisica. Kroniki Bursztynowego Płynu. Tom 2 - ebook
Ona, Wilk i Lisica. Kroniki Bursztynowego Płynu. Tom 2 - ebook
Maja walczy o przetrwanie w obliczu admirała, który pragnie jej wiedzy i ciała. Jej jedyną nadzieją jest Kieł – wilk, który nie spocznie, póki nie odzyska swojej kobiety. Jednak powrót na morze przynosi nowe niebezpieczeństwo: spotkanie z Sorszą, egzotyczną, rudą kitsune. Rywalka do serca Kła budzi w Mai emocje, o jakie nigdy by się nie podejrzewała. Kontynuacja mrocznej i namiętnej opowieści, w której granica między nienawiścią a pożądaniem zaciera się w blasku dwóch słońc. Ciąg dalszy sagi, która pali zmysły mocniej niż czysty spirytus. Tagi: #darkRomance, #romantasy, #isekai, #namiętność, #loveTriangle, #piraci. Przy tworzeniu niniejszej treści oraz materiałów towarzyszących wykorzystano narzędzia sztucznej inteligencji. Strona autorska: kossowski.eu
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 1,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Sala Siedmiu Masek była największym pomieszczeniem, w jakim kiedykolwiek się znalazła. Poza salą balową, oczywiście. Stała na środku, bosymi stopami dotykając lodowatego marmuru, w pośpiechu nie zdążyła nawet założyć butów. Wezwanie przyszło tak nagle. Nad głową miała złotą kopułę, z której zwisały kryształowe żyrandole wielkości małych łodzi. W każdej chwili mogły spaść i roztrzaskać ją na kawałki. Czuła się, jakby już to zrobiły.
Siedem wysokich foteli stało na podwyższeniu, ustawionych w półkole. W każdym z nich siedział mężczyzna w złotej masce.
– Skąd pochodzisz?
– Kim jesteś?
– Dlaczego nasi magowie przywołali właśnie ciebie?
– Mówiłam już – odparła, zaciskając pięści pod fałdami jedwabnej sukni – prezentem od Valeriusa. Złotej. Za ciężkiej. Za gorącej. Za bardzo przypominającej kajdany. – Jestem alchemiczką z południowych wysp. Uczyłam się od… od wędrownego mistrza.
Kłamstwo było cienkie jak pajęczyna. Maja wiedziała, że oni to wiedzą.
Maska pośrodku – ta ze złotym smokiem wytłoczonym na czole – pochyliła się lekko do przodu.
– Na południu nie ma alchemików. Są tylko plantatorzy trzciny i niewolnicy.
– Mój mistrz był… podróżnikiem. Z daleka. Zza Wielkiej Wody.
– Wielka Woda nie ma końca – odpowiedział inny głos, cieńszy, starszy. Maska Orła. – A jeśli nie ma końca, to nie ma też drugiego brzegu. A jeśli nie ma drugiego brzegu, to nie ma skąd przybyć.
Maja poczuła, jak robi jej się słabo. To była pułapka – pytanie o geografię, której nie znała. W Polsce uczyła się o kontynentach, oceanach, prądach morskich. Tutaj nie było Europy, Afryki, Ameryk. Był tylko Archipelag Tysiąca Wysp, które pływały, gdzie chciały, i bezkresna woda wokół.
– Skoro wiecie, że zostałam tu sprowadzona z innego świata, wbrew swej woli… – dodała z przekąsem – to dlaczego pytacie? Moja wiedza… pochodzi od moich przodków. – dodała w końcu. – Mój ojciec znał ją od swego dziadka. A ten od swego. I tak dalej, i dalej, aż… do naszego praprzodka.
W Sali zapadła cisza tak gęsta, że można ją było kroić nożem i odkładać do pudełka. Siedem masek patrzyło na nią przez całą wieczność.
A potem Maska Smoka zaśmiała się.
– Cudowna. Zupełnie cudowna – starzec klasnął w dłonie, ale dźwięk był głuchy, jakby bił w deski, nie w ręce. – Chcesz powiedzieć, że twoim praprzodkiem był Mistrz Płynu? Ona kłamie lepiej niż połowa naszej Rady. Valerius, przyjacielu, twoja nowa zabawka ma talent.
Maja odwróciła głowę. Valerius stał w cieniu kolumny przy wejściu do Sali, ubrany w swój wieczny biały płaszcz z peleryną z lisich ogonów. Uśmiechał się. Tym swoim uśmiechem, który sprawiał, że jej żołądek wywracał się do góry nogami.
– Nie jest zabawką, lordowie – odparł Valerius, stawiając krok do przodu. Jego buty dźwięczały o marmur. – Jest kluczem. Do czegoś, czego nie widzieliście od stuleci. Ona robi trunki, które…
– Wiemy, co robi – przerwała Maska Smoka. – Archimedes testował jej bimber. Trzydzieści procent czystego ognia. Starzec widział wyspy jak za młodych lat. Po jednym łyku. Zresztą, my też próbowaliśmy tego cuda.
– Po jednym łyku – powtórzył Maska Orła. – Wyobraźcie sobie, co by się stało, gdyby nasi nawigatorzy mieli takie trunki na co dzień. Imperium mogłoby kontrolować cały archipelag. Co noc. Co dzień. Bez przerwy.
Maja poczuła, jak wzrasta jej tętno. O to im chodzi. Nie o nią. O jej wiedzę. O jej umiejętności. Była surowcem, tak samo jak trzcina cukrowa na południu. Wydobywa się, przetwarza, wykorzystuje.
– Dlatego – ciągnął Maska Smoka – proponujemy, by… nasza droga alchemiczka… znalazła się w bardziej bezpiecznym miejscu. Na stałe. Z własnym laboratorium. Z własnymi uczniami. Z dala od pokus tego świata.
Słowo „bezpieczeństwo” zabrzmiało jak groźba.
Maja zacisnęła zęby.
– A jeśli nie chcę?
Cisza. Długa. Głucha. Aż do bólu.
Maska Orła powiedziała w końcu:
– W Imperium nie ma takiego słowa jak „nie chcę”. Są tylko rozkazy i obowiązki. A twój obowiązek, alchemiczko, jest prosty. Będziesz produkować dla nas trunki. A my będziemy cię chronić. Przed piratami. Przed głupotami. Przed… tobą samą, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Maja poczuła, jak ogarnia ją zimno. Nie pochodzące z marmuru pod stopami, lecz z jej wnętrza.
– Lordowie – odezwał się Valerius, stając obok niej. Jego dłoń opadła na jej ramię. Ciężka. Władcza. I… znacząca terytorium. – Pozwólcie, że przedstawię alternatywę. Moja, przepraszam, nasza alchemiczka potrzebuje czasu. I spokoju. Aby produkować coraz mocniejsze trunki. Bimber to dopiero początek. W jej głowie jest… więcej pomysłów. Wiem to.
„Skąd do cholery wie” – pomyślała Maja. „Nic mu nie mówiłam o spirytusie. Nic o kolumnie rektyfikacyjnej. Nic o 95 procentach.”
– Proponuję – ciągnął Valerius, uśmiechając się do Rady – by nadal pozostawała pod moją opieką. W pałacu nad zatoką. Będzie produkować. Będzie eksperymentować. A gdy osiągnie… odpowiedni poziom… wtedy przedstawimy jej waszą ofertę. Na nowo. Tym razem bez… presji.
Maska Smoka zamilkła na chwilę.
– Masz tydzień, admirale. Tydzień, by dać nam mocniejszy trunek. Albo twoja alchemiczka trafi do podziemnych laboratoriów. Gdzie… warunki są mniej komfortowe.
Valerius skinął głową.
– Tydzień wystarczy.
Maja nic nie powiedziała. Bo gdyby otworzyła usta, krzyknęłaby. Albo zwymiotowała. Albo jedno i drugie.
Audiencja dobiegła końca równie nagle, jak się zaczęła. Korytarze pałacu były długie, białe i puste. Valerius szedł przed nią, jego peleryna z lisich ogonów ocierała się o ściany, zostawiając na nich cienkie smugi. Maja szła za nim, bosa, a każdy krok odbijał się echem.
– Dobrze ci poszło – rzucił Valerius przez ramię.
– Nie kłamałam dla przyjemności.
– Wiem. Kłamałaś, by przeżyć. To mi się podoba.
Skręcili w lewo, potem w prawo, potem w dół po marmurowych schodach. Pałac był labiryntem. Maja od tygodnia próbowała zapamiętać układ, ale za każdym razem coś się zmieniało – drzwi, które były zamknięte, nagle stawały otworem, okna przesuwały się jak żywe.
– Kim jesteś? – zapytał Valerius, zwalniając.
– Mówiłam. Alchemiczką.
– Nie. Prawdziwe imię. Prawdziwe pochodzenie. Nie wierzę w bajki o wędrownych mistrzach zza Wielkiej Wody czy praprzodkach z przeszłości.
Maja zamilkła. Valerius odwrócił się i stanął tak, że zablokował jej drogę. Był wyższy od niej o głowę. Jego niebieskie oczy patrzyły z góry, spokojne, ciekawskie, ale też niebezpieczne – jak wzrok kota, który bawi się myszą, zanim ją zje.
– Nie ufasz mi – stwierdził.
– A powinnam?
– Uratowałem cię od Rady. Na razie.
– Na razie.
Uśmiechnął się, odsłaniając zęby. Proste. Białe. Idealne.
– Masz rację. Na razie. Ale gdyby nie ja, już byś leżała na stole w podziemnym laboratorium z rozciętym brzuchem, a lordowie grzebali by w twoich flakach w poszukiwaniu sekretów alchemii.
Maja poczuła, jak robi jej się zimno. Wiedziała, że nie żartuje. W tym świecie takie rzeczy się działy. Widziała to w oczach niewolników na targu. W bliznach na plecach Amthira. W tym, jak Pip pił, żeby zapomnieć.
– Czego ode mnie chcesz? – zapytała, starając się, by głos nie drżał.
Valerius pochylił się. Jego twarz znalazła się centymetry od jej twarzy. Pachniał anyżem i solą.
– Żebyś zrobiła to, co potrafisz najlepiej. Produkowała. Eksperymentowała. Zaskakiwała. A ja będę cię chronił. Będę ci dawał wszystko, czego zapragniesz. Jedwabie. Złoto. Książki. Szkło laboratoryjne. Miedź. Cokolwiek.
– A w zamian?
– W zamian? – odsunął się, uśmiechając szerzej. – W zamian nic. Nie teraz. Może nigdy. A może… wszystko.
Odwrócił się i poszedł dalej.
Maja stała przez chwilę, oddychając głęboko. „Nie ufaj mu”, powtarzała sobie w myślach. „Nie ufaj mu. On nie jest twoim przyjacielem. On nie jest twoim wybawcą. On jest twoim więzieniem”.
Potem ruszyła za nim.
Jej komnata znajdowała się tam, gdzie zawsze. Na piętrze, z oknami wychodzącymi na zatokę. Kowalska weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi. Oparła się o nie czołem, zamykając oczy. Suknia była za ciężka, koronki za szorstkie, całe to złoto – zbyt fałszywe.
– Pani Maju? – odezwał się cichy głos.
Podniosła wzrok. Mira stała przy łóżku, składając prześcieradła. Była młoda – może osiemnaście lat – z ciemnymi włosami i piegami na nosie. Patrzyła na Maję z niepokojem.
– Co się stało na przesłuchaniu?
– Nic dobrego – Maja odkleiła się od drzwi i podeszła do okna. Za szybą widać było port. Statki. Maszty. Żagle. I morze. Błękitne, bezkresne, wolne. – Chcą, żebym produkowała dla nich mocniejsze trunki. Dają mi tydzień. Potem… laboratoria w podziemiach.
Mira zbladła.
– W podziemiach? To… to nie jest dobre miejsce. Słyszałam historie. Ludzie tam wchodzą, ale nie wychodzą. Albo wychodzą… inni.
– Wiem.
Maja oparła dłonie o szybę. Szkło było zimne. Na dole, przy nabrzeżu, cumował okręt wojenny Imperium – złoty smok na purpurowym żaglu. Flagowiec Valeriusa.
– Mira – powiedziała, nie odwracając się. – Czy znasz kogoś, kto mógłby mi pomóc? Kogoś, kto nie jest szczególnie lojalny?
Cisza.
– Nie wiem, o co pani pyta.
– Wiesz.
Maja odwróciła się. Mira patrzyła w podłogę, jej dłonie zacisnęły się na prześcieradle.
– W Imperium nie ma ludzi nielojalnych – powiedziała służąca cicho. – Kto nie jest lojalny, ten jest martwy. Albo gorzej.
– A ty? Jesteś lojalna?
Mira podniosła wzrok. Jej oczy były brązowe, ciepłe, ale zmęczone. Jak oczy kogoś, kto widział za dużo jak na swój wiek.
– Służę admirałowi, a przez niego Radzie, bo muszę. Bo moi rodzice służyli. Bo ich rodzice też. Ale… – zawahała się. – Ale jeśli pani szuka sposobu, by stąd wyjść… na przykład na spacer…
– Mów.
Mira podeszła bliżej. Jej głos spadł do szeptu.
– Za trzy dni Rada organizuje kolejny bal. Uroczystość Admirałów. Wszyscy lordowie będą w Sali Złotych Smoków. Straże będą odstawione przy wejściach, ale… podobno jest tunel. Stary. Pod pałacem. Który prowadzi do portu. Służący czasem go używają, by przemycać… rzeczy.
– Jakie rzeczy?
– Nie ważne – Mira ugryzła się w język. – Ważne, że istnieje. I że można nim uciec. Jeśli ktoś zna wejście.
– A ty znasz?
Mira skinęła głową.
– Pokażę pani. Ale nie teraz. Teraz musi pani produkować. Udawać, że wszystko jest w porządku. Inaczej strażnicy zaczną coś podejrzewać.
Maja podeszła do łóżka i usiadła na jedwabnej kołdrze. Jej nogi drżały ze zmęczenia. Przesłuchanie, marsz przez korytarze, rozmowa z Valeriusem – wszystko to nagle na nią spadło, ciężkie jak grad.
– Mira – powiedziała. – Dlaczego mi pomagasz?
Służąca zamilkła na chwilę. Potem usiadła obok niej na łóżku, wbrew konwenansom, wbrew sobie, i spojrzała jej prosto w oczy.
– Bo moja starsza siostra też była alchemiczką. Gnała ją ciekawość. Chciała się uczyć, robić nowe rzeczy. I uczyła się u wędrownego mistrza. Lordowie zabrali ją do podziemi trzy lata temu. Nie wyszła nigdy.
Maja poczuła, jak ściska ją w gardle.
– Przykro mi.
– Mnie też – Mira otarła łzę, która nie zdążyła nawet spłynąć po policzku. – Ale jej już nie mogę pomóc. Za późno. Pani mogę. Jeśli pani się stąd wyrwie, to… to może jej śmierć nie będzie całkiem bezsensowna.
Maja wzięła ją za rękę. Dłoń służącej była ciepła, chociaż szorstka od pracy.
– Wyjdę – powiedziała. – I ty też. Obiecuję.
Mira uśmiechnęła się, ale w jej oczach wciąż był smutek.
– Niech pani nie obiecuje. Nie w tym świecie.
Laboratorium Valeriusa znajdowało się w podziemiach pałacu, ale nie w tych, o których mówiła Mira. Te były jasne, przestronne, pełne powietrza i światła z okien pod sufitem, wychodzących na wewnętrzny dziedziniec.
Maja stała przy swoim stanowisku i patrzyła na alembik.
Naczynie było nowe, większe niż poprzednie. Miedź lśniła, rurki były czyste, chłodnica – ogromna, cała z mosiądzu, z kranikiem do spuszczania wody. Valerius nie szczędził pieniędzy.
– Jesteś pewna, że dasz radę w tydzień? – zapytał.
Siedział na krześle w rogu laboratorium, z nogą założoną na nogę, w ręce trzymając kielich z winem – słabym, bo nie miał daru widzenia, nie potrzebował więc mocnego stymulantu. Od czasu pamiętnego balu nie chciał też kolejny raz stracić kontroli nad sobą. Już nigdy więcej.
Wyglądał, jakby był w domu. Bo był.
– Dam – odpowiedziała Maja, podgrzewając kocioł. W środku już bulgotał zacier z pszenicy, którą przywieźli z północnych wysp. Dodała do niego drożdże – swoje własne, które hodowała od tygodnia w słoiku pod łóżkiem. – Potrzebuję tylko spokoju.
– Będziesz go miała.
– I miedzi. Do budowy większego aparatu.
– Cokolwiek zechcesz.
Maja odwróciła się i spojrzała na niego. Valerius uśmiechał się tym swoim uśmiechem, który sprawiał, że chciało się go uderzyć. Albo uciec. Albo jedno i drugie.
– Dlaczego mi pomagasz? – zapytała. Bezpośrednio. Bez owijania.
Valerius uniósł brew.
– Pomagam, bo cię potrzebuję. Potrzebuję twojej wiedzy. Twoich trunków. Twoich umiejętności.
– A potem?
– A potem? – wstał i podszedł do niej. Jego cień padł na jej twarz. – A potem zobaczymy. Może zostaniesz moją nadworną alchemiczką. Może moją żoną. Może… czymś więcej.
Maja cofnęła się o krok.
– Nie chcę być niczyją żoną. A już na pewno twoją.
– Nikt nie mówił o chceniu – Valerius podszedł, wyciągnął rękę i dotknął jej włosów. Jego palce były zimne. – W tym świecie, droga Majeńko, nie ma miejsca na chcenie. Jest tylko miejsce na… układ.
Odwrócił się i wyszedł z laboratorium, trzaskając drzwiami.
Maja stała nieruchomo przez długą chwilę. Potem usiadła na stołku pod ścianą, twarzą do aparatury, i wybuchnęła płaczem.
Nie głośnym. Nie histerycznym. Cichym, zmęczonym, takim, który nie przynosi ulgi, tylko jeszcze większy ciężar.
– Tydzień – szepnęła do siebie. – Za tydzień wyprodukuję wódkę. Udowodnię, że jestem użyteczna. A potem ucieknę. Tylko nie wiem, jak.
Spojrzała na swój dziennik, który leżał na parapecie. Był mały, skórzany, z napisem „Przepisy” na okładce – w środku miała opisaną całą swoją wiedzę. Jak budować alembik. Jak destylować frakcyjnie. Jak odróżniać metanol od etanolu. Jak osiągnąć 95 procent. A także, na ostatnich stronach, kilka zdań zapisanych drobnym, nerwowym pismem. Wszystko po polsku, by nikt nie potrafił przeczytać:
„Kieł nie zginął. Gdziekolwiek jest – wróci po mnie”.
Dziewczyna zamknęła dziennik i wróciła do pracy.
Za oknem zachodziło drugie słońce, mniejsze, pomarańczowe. Pierwsze już zaszło godzinę temu.
Zaczynała się pierwsza noc ostatniego tygodnia.
Tik, tak. Tik, tak. Tik…Bomby
Laboratorium o trzeciej nad ranem pachniało metanolem, potem i strachem.
Maja pracowała przy blaszanym stole, otoczona szklanymi gąsiorkami, miedzianymi rurami i pękami suszonych ziół zwisających z sufitu. Nad głową paliła się pojedyncza lampa naftowa, rzucająca żółte, migoczące światło, które tańczyło na ścianach jak upiory.
Jej ręce drżały. Ale nie ze strachu.
Ze skupienia.
– Cukier – szeptała, przesuwając palcem po liście przepisów. – Siarka. Popiół. Węgiel drzewny. Saletra. Wystarczy.
W Polsce robiła bomby dymne raz, na pierwszym roku studiów. Żart żaków na urodziny profesora – wpuścili różowy dym do auli, wykład został odwołany, a ona dostała naganę z warunkiem. Nagana wygasła po semestrze. Wiedza pozostała.
Nie wiedziała wtedy, że uratuje jej życie.
Zrezygnowała z bomb w słoikach. Tych ciśnieniowych. Jeśli imperium groziło jej życiu, nie zamierzała się powstrzymywać. W każdym razie, nie aż tak. Zmieniła koncepcję. Nie miała dostępu do zbrojowni, więc postanowiła zrobić własny proch dymny. Odmierzyła składniki. Cukier – tego miała pełno, bo był głównym składnikiem jej przepisów. Siarka – ze skrzynki aptekarza, którą „pożyczyła”, gdy ten spał. Węgiel z kominka – rozkruszony moździerzem na drobny pył. Mieszała wszystko w glinianym garnku, dodając wody, aż powstała gęsta, czarna pasta.
– Teraz tylko formować – mruknęła, biorąc garść masy i lepiąc z niej kulkę wielkości pięści.
Wysuszy ją przy ogniu. Zawinie w płótno lub papier. Doda lont z lnianego sznurka nasączonego spirytusem. Kiedyś działało. Zadziała i teraz.
Zrobiła trzy takie kule. Jak chińskie sztuczne ognie.
Potem zrobiła jeszcze dwie.
Potem jeszcze trzy. I jeszcze.
Potem gęsty syrop cukrowy zmieszany z saletrą, który po wyschnięciu będzie palić się wolno, dając dużo dymu, mało ognia. Nie chciała spalić pałacu. Chciała tylko wywołać chaos. Wystarczająco dużo chaosu, by zniknąć w tłumie.
Zegar w korytarzu wybił czwartą. Za oknami zaczynało szarzeć.
– Jeszcze tylko jeden – szepnęła, sięgając po garnek z pozostałą pastą.
I wtedy usłyszała kroki.
Zamarła.
Kroki były ciężkie, miarowe. Ktoś szedł korytarzem od strony głównej klatki schodowej. Buty dźwięczały o marmur – metalowe obcasy. Straż? Valerius? Ktoś gorszy?
Maja rzuciła okiem wokół siebie. Garnek z pastą. Osiem gotowych kul zawiniętych w płótno. Dwie suszące się przy ogniu. Sznurki. Spirytus. Szklane gąsiorki z wodą. Za dużo rzeczy. Nie zdąży schować.
Kroki ucichły. Tuż za drzwiami.
Maja wzięła głęboki oddech, zgarnęła kule do worka na pranie, który trzymała pod stołem, i przykryła go brudną szmatą. Garnek z pastą wsunęła do szafki pod ścianą. Sznurki wcisnęła za rurę chłodnicy.
Drzwi otworzyły się bez pukania.
– Nie śpisz? – zapytał Valerius.
Stał w progu w białej koszuli nocnej, bez peleryny, bez butów. Jego włosy, zwykle związane w koński ogon, opadały luźno na ramiona. W świetle lampy wyglądał… prawie ludzko.
Niebezpiecznie ludzko.
– Praca – odpowiedziała Maja, opierając się o stół tak, by zasłonić worek z bombami. – Tydzień to nie jest dużo czasu.
– Wiem – wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi. – Dlatego przyszedłem. Chciałem zobaczyć, jak ci idzie.
Jego wzrok wędrował po laboratorium – po alembiku, po gąsiorkach, po półkach pełnych ziół i proszków. Maja modliła się, by nie spojrzał pod stół.
– Idzie dobrze – powiedziała szybko. – Zacier fermentuje. Za dwa dni będę mogła destylować. 40 procent. Może więcej.
– Więcej? – Valerius uniósł brew. – Archimedes mówił, że 40 procent to już cud. Jesteś w stanie zrobić więcej?
Maja ugryzła się w język. Za dużo powiedziała.
– Może – odparła wymijająco. – Potrzebuję tylko... czasu. I spokoju.
Valerius uśmiechnął się. Tym uśmiechem, który sprawiał, że jej żołądek ściskał się jak pięść.
– Spokoju? W tym pałacu? – podszedł bliżej. Jego bose stopy stąpały cicho po kamiennej posadzce. – Jesteś tutaj już tak długo, Maju. Czy ktokolwiek cię niepokoił? Czy ktokolwiek cię skrzywdził?
– Strażnicy. Nie dają mi wyjść do ogrodu.
– Strażnicy pełnią swoją funkcję. Chronią cię.
– Chronią, czy pilnują?
Valerius zatrzymał się tuż przed nią. Pachniał anyżem i czymś jeszcze – czymś słodkim, co przypominało jej migdały. Trucizna.
– Jedno i drugie – odparł. – Ale to dla twojego dobra. Świat jest niebezpieczny. Piraci, których spotkałaś na początku... oni nie są twoimi przyjaciółmi. Ten wilk... on cię kupił. Jak towar.
Maja zacisnęła pięści za plecami.
– A ty? Ty mnie nie kupiłeś?
– Ja cię uratowałem.
– Od czego? Od twojej własnej Rady?
Valerius zaśmiał się cicho. Położył dłoń na jej ramieniu. Palce miał zimne.
– Masz cięty język. To mi się podoba. Ale pamiętaj dziewczyno, w Imperium cięty język łatwo skaleczyć. Zwłaszcza gdy wypowiada słowa, których nie powinien.
Odwrócił się i podszedł do alembika. Prześlizgnął palcami po miedzianej powierzchni, badając spojenia jakby znał się na rzeczy.
– Dostałem wiadomość od lordów – rzucił od niechcenia. – Są zadowoleni z twoich postępów. Ale chcą gwarancji.
– Jakiej gwarancji?
– Że nie uciekniesz.
Maja poczuła, jak serce podskakuje jej do gardła.
– Po co miałabym uciekać? Mam tutaj wszystko. Laboratorium. Jedwabie. Świeże owoce. – Głos jej nie drżał. Była z siebie dumna. – W porównaniu z tym, co miałam na statku piratów... to jest raj.
Valerius odwrócił się i spojrzał jej prosto w oczy.
– Dlatego właśnie ci nie ufam – powiedział cicho. – Bo nikt normalny nie nazywa złotej klatki rajem.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Maja czuła, jak jego wzrok wierci w niej dziurę. Szuka. Analizuje. Porównuje to, co widzi, z tym, co słyszy.
W końcu Valerius skinął głową.
– Rób swoje, Maju. Za sześć dni lordowie będą chcieli degustacji. Nie zawiedź mnie.
Wyszedł, nie zamykając drzwi.
Maja stała nieruchomo, słuchając, jak jego kroki oddalają się korytarzem. Potem opadła na stołek, opierając głowę o zimną miedzianą rurę alembika.
– Za sześć dni – wyszeptała. – Za sześć dni będę daleko stąd. Albo martwa.
Wzięła głęboki oddech, wstała i wróciła do pracy.
Kiedy skończyła, było już południe.
Osiem bomb. Dwie dodatkowe, większe, do rozpalenia w strategicznych miejscach. Sznurki nasączone spirytusem do szybkiej akcji i te z saletą, jak zapalniki czasowe. Wszystko zapakowane w worek na pranie, przewiązane skórzanym rzemieniem.
Maja schowała worek w szafie w swojej sypialni, między jedwabnymi prześcieradłami a lnianymi ręcznikami. Nikt tam nie zaglądał. Służba nie miała prawa dotykać rzeczy osobistych. Mira sprzątała tylko to, co leżało na wierzchu.
– Pani Maju – Mira weszła do sypialni z tacą pełną owoców i chleba. – Nie jadła pani śniadania. Kolacji też nie. To niezdrowo.
– Nie jestem głodna.
– Nie jest pani głodna, ale musi pani jeść. Inaczej straci siły. A straciwszy siły, nie będzie pani w stanie... – Mira urwała, rzucając okiem na drzwi. – ...iść na spacer.
Maja uśmiechnęła się blado.
– Jesteś odważna.
– Jestem zmęczona udawaniem – Mira postawiła tacę na stole i usiadła na brzegu łóżka. – Słyszałam, co lordowie mówili o pani na posiedzeniu. Byłam za ścianą, podawałam wino.
– I?
– I... chcą, żeby pani zniknęła. Po wyprodukowaniu wystarczającej ilości wódki. Albo w podziemiach, albo... w morzu. Z kamieniem u szyi.
Maja poczuła, jak robi jej się zimno.
– Kiedy?
– Za trzy dni. Po balu. Valerius ma wydać panią strażnikom Rady. Mówił, że to dla pani dobra – że w ten sposób będzie mógł... odwiedzać panią w podziemiach. Że dostanie klucze.
Krew zalała policzki Mai. Najpierw gorącem. Potem lodem.
– To sukinsyn – wyszeptała. – Jednak dziwne, że zgodzi się mnie im oddać.
– Nie ma wyboru. Rada postanowiła. A Valerius... Valerius zawsze wybiera siebie.
Maja wstała i podeszła do okna. Za szybą rozciągał się port – statki, nabrzeża, woda lśniąca w popołudniowym słońcu. Wolność. Tak blisko, a jednak tak daleko.
– Pokaż mi ten tunel – powiedziała, odwracając się do Miry. – Jutro wieczorem uciekam. Muszę znać drogę. Muszę wiedzieć, czy dam radę sama.
– Jutro? – Mira zbladła. – Ale bal jest pojutrze. Strażnicy będą wszędzie, będą pilnować...
– Właśnie dlatego. W noc balu pałac jest pełen gości, służby, chaosu. Strażnicy będą zajęci pilnowaniem lordów, nie mnie. A jeśli wcześniej poznam trasę... jeśli przejdę ją dziś, zapamiętam każdy zakręt... jutro nie będę się wahać.
Mira patrzyła na nią przez chwilę, ważąc słowa.
– Pani Maju... to niebezpieczne. Jeśli ktoś nas zobaczy...
– Nikt nie zobaczy. Zdejmę złotą suknię. Włożę to, co mi przygotowałaś. Włosy schowam pod chustę. Będę wyglądać jak służąca. Ty poprowadzisz. Udawaj, że pokazujesz mi drogę do piwnicy po wino.
Zdjęła jedwabną szatę i wcisnęła się w lnianą, szarą, którą przygotowała dla niej Mira. Chusta na głowę. Kaftan roboczy. Buty bez obcasów. Spojrzała w lustro. Złotowłosa alchemiczka zniknęła. Została tylko dziewczyna z bliznami na duszy i workiem pełnym prowiantu i drobiazgów – suchary, manierka z wodą, nóż, który podarował jej Truk. Na pojutrze.
– Prowadź – powiedziała do Miry.
Szły korytarzami.
Pałac za dnia był inny niż nocą – pełen służby, krzątających się kucharzy, strażników zmieniających się na wachtach. Nikt nie zwracał uwagi na dwie kobiety w szarych kaftanach. Jedna niosła kosz z bielizną do prania. Druga – pusty dzbanek po winie.
Maja starała się zapamiętywać każdy szczegół. Skręt w lewo za wielkim dywanem. Przejście przez kuchnię, gdzie tłusto pachniało pieczonym mięsem. Wąskie schody w dół, kamienne, wyślizgane stopami tylu pokoleń służby.
– Uważaj – szepnęła Mira. – Trzeci stopień jest luźny. Można skręcić kostkę.
Maja ominęła go, licząc w myślach. Osiemnaście stopni. Drzwi na lewo. Potem jeszcze dwadzieścia trzy prowadzące w dół, do piwnic.
Piwnice pałacu były chłodne, wilgotne i nieskończenie długie.
Mira szła pierwsza, niosąc latarnię. Maja tuż za nią. Nie starała się zapamiętać każdego skrętu – wiedziała, że nie zamierza wracać, a w dniu ucieczki będzie poruszać się w ciemnościach. Chciała wyczuć kierunek. Północ. Port był na północy. Jeśli będzie trzymać się prosto, w końcu dotrze do wody.
Korytarze skręcały w lewo i prawo, czasem rozwidlały się, czasem prowadziły do ślepych zaułków pełnych starych skrzyń i spróchniałych beczek.
Tu i tam stały straże. Mira miała na to sposób – pukała w ścianę trzy razy, raz długo, dwa krótko, i strażnicy ustępowali, nie zadając pytań.
– Skąd znasz te hasła? – zapytała Maja.
– Mój ojciec był nocnym strażnikiem. Znał wszystkie przejścia. I wszystkie słabości pałacu. – Mira uśmiechnęła się smutno. – Potem Rada uznała, że wie za dużo. Zniknął. Zaraz po tym, jak zniknęła moja siostra.
Maja nie odpowiedziała. Wiedziała, że słowa nie pomogą. W tym świecie słowa były tanie. Działania – droższe. Położyła dłoń na ramieniu Miry na sekundę – tyle, by dziewczyna wiedziała, że nie jest sama.
– Chodźmy – powiedziała. – Pokaż mi resztę.
Szły jeszcze przez chwilę, aż w końcu zatrzymały się przed niskimi, żelaznymi drzwiami, pokrytymi rdzą.
– Tunel zaczyna się tutaj – powiedziała Mira, dotykając zamka. – Prowadzi do starego magazynu w porcie. Czterysta metrów pod ziemią. Strażnicy tam nie zaglądają, bo podobno straszy.
– Bzdury.
– Nie wiem. Nigdy nie odważyłam się wejść sama.
Maja położyła dłoń na zimnym metalu. Czuła wilgoć, która skraplała się na powierzchni. Powietrze wokół drzwi było inne – cięższe, starsze, jakby nie wietrzone od dekad.
– Chcesz wejść? – zapytała Mira.
– Muszę. Jeśli jutro mam uciekać tędy, muszę wiedzieć, co czeka mnie w środku. Czy droga jest prosta. Czy nie ma w niej pułapek. Czy w ogóle da się nią przejść.
Mira skinęła głową i pchnęła drzwi.
Zaskrzypiały, otwierając się na ciemność gęstą jak smoła. Z wnętrza powiało chłodem i zapachem stęchlizny – ziemi, wilgoci, czegoś, co dawno przestało oddychać.
– Potrzebuję więcej światła – powiedziała Maja.
Mira podała jej swoją latarnię, a sama wyciągnęła z kieszeni mały, przenośny, gliniany kaganek. Oliwka w środku zaskwierczała, gdy przyłożyła do niej iskierkę.
– Zawsze noszę dwie. Ojciec mnie nauczył.
– Mądry człowiek.
– Był. – Głos Miry zadrżał, ale tylko na chwilę. – Idziemy?
Maja skinęła głową i weszła do tunelu.
Powietrze było zimne, wilgotne i ciężkie. Ściany z cegły, miejscami zawilgocone, zacieki na suficie. Grzyby rosły w szczelinach – białe, śliskie, niebezpiecznie wyglądające. Podłoga – kamienna, nierówna, pełna wybojów. Gdzieniegdzie widać było ślady stóp – stare, zakurzone, ale były. Ktoś tędy chodził. Dawno temu. Może kupcy, może przemytnicy, może ci, którzy budowali pałac.
Maja szła przed siebie, licząc kroki. Mira za nią, cicha, skupiona. Ich oddechy odbijały się od ścian echem – powielonym, dziwnym, jakby w tunelu było więcej osób, niż w rzeczywistości.
Trzydzieści. Sześćdziesiąt. Dziewięćdziesiąt.
W sto dwudziestym kroku dotarły do rozwidlenia.