Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • Empik Go W empik go

Operacja Dżannah - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
15 kwietnia 2021
Ebook
38,00 zł
Audiobook
24,99 zł
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Operacja Dżannah - ebook

Kiedy trzeba wszystko postawić na jedną kartę

Fala uchodźców zalewa Europę. Nikt nie jest gotowy na największą od tysiąclecia wędrówkę ludów: społeczeństwa Zachodu obawiają się obcych, rządzący podejmują chaotyczne, nieskuteczne działania. Media donoszą o kolejnych incydentach na granicach i plażach oraz nasilających się konfliktach w zachodnich miastach. Prawicowe radykalne ugrupowania rosną w siłę na fali społecznego niezadowolenia.

Ale nikt nie zna nawet części prawdy o mechanizmach tej emigracji, pozornie tylko spontanicznej…

Walker otrzymuje zadanie najtrudniejsze z możliwych. Ma uchronić świat przed tym armagedonem. Zbiera grupę straceńców, takich jak on sam, i rzuca się w samo oko cyklonu. Czy pozna okrutną prawdę? Kto będzie jego najbardziej niespodziewanym sojusznikiem? Czy dokona kolejnej rzeczy niemożliwej? I znów okaże się niezastąpiony w tym, co robi najlepiej: zbawianiu ludzkości?

Trzecia część przygód byłego oficera jednostek specjalnych Walkera

Adam Ubertowski – pisarz, psycholog biznesu, mieszkaniec Sopotu. Wydał między innymi powieści Sopocki rajd, Kolekcja Ringelmanna, Syndykat oraz Trzecia wyspa.

Kategoria: Sensacja
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-66899-45-2
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1
JÄGERMEISTER Z RED BULLEM

Tym razem nie było nawet telefonu, maila, gołębia pocztowego.

Żadnej zapowiedzi.

Yost wkroczył po prostu do sopockiego SPATiF-u, starannie domknął za sobą drzwi, przeszedł wolnym krokiem wzdłuż szeregu pustych stołków stojących przy barze i usiadł obok Walkera.

Był czwartek, wczesne popołudnie.

Klub tętnił życiem w weekendowe wieczory. W piątek i w sobotę po północy zwykle pękał w szwach i wówczas wielu chętnych – nawet dobrze ubranych i na oko zasobnych – było odprawianych z kwitkiem przez selekcjonerów bezradnie rozkładających ręce. Ale w środku tygodnia, zwłaszcza o tak wczesnej porze, było zupełnie pusto.

Tylko oni dwaj i barman, odwrócony do nich plecami i zajęty liczeniem alkoholi.

– Postawi mi pan drinka? – zapytał Yost bez cienia zażenowania w głosie. – Zapomniałem wziąć portfel…

Walker przyjrzał mu się z uwagą.

Starszy mężczyzna był przemyślany w każdym calu, każdy siwy włos był ułożony idealnie na jego głowie. Części garderoby były starannie dobrane, szczególnie pod względem koloru. Ten człowiek nie robił żadnych zbędnych ruchów, nie wypowiadał słów bez znaczenia. Niemożliwe, żeby zapomniał o czymkolwiek – a już na pewno nie o portfelu.

– Jägermeister z red bullem. Najlepiej.

I jeszcze ten drink?

Pasował raczej do złotej młodzieży bawiącej się do rana w okolicznych klubach, ale nie do pana, któremu bliżej do górnej granicy wieku średniego.

– Wiesz Pan, co mówią u was w Anglii? Że nie ma darmowych obiadów – mruknął Walker w odpowiedzi na jego prośbę.

Tamten nawet się nie poruszył.

– Nie jestem Anglikiem – odparł sucho.

Faktycznie. Nie miał na to dowodów. To było tylko… daleko posunięte domniemanie.

– Tak czy inaczej w tej części świata obowiązuje zasada wzajemności.

Yost skinął zamaszyście głową. Miał już przygotowaną odpowiedź.

– Odwzajemnię się. I to z odsetkami.

Walker przywołał wzrokiem zaprzyjaźnionego barmana.

– Wojtek, dla mnie jeszcze raz to samo. A dla tego dżentelmena jägermeister z red bullem.

Barman spojrzał na starszego mężczyznę z lekkim zdziwieniem, potem wzruszył ramionami.

Taki pan – takiego drinka?

Dziwaczne, ale w końcu, co mnie to obchodzi, zdawał się myśleć.

– To już nie będę się więcej bawił w detektywa? – spytał Walker, mając na myśli swoje poprzednie zadanie.

– Kto wie? Może przy okazji. Zawsze są jakieś zagadki do rozwikłania. Ale to zupełnie inna sprawa, inna skala.

Walker patrzył na zręczne ruchy barmana. Przypomniał sobie, że Wojtka nazywano „artystą baru” i „najlepszym barmanem w Polsce”. Niczym iluzjonista potrafił rozmawiać z gośćmi, patrzyć im w oczy, a jednocześnie z aptekarską precyzją przelewać alkohol do szklanek.

Był tu od zawsze, można było nawet pomyśleć, że był tutaj, zanim otwarto ten legendarny bar, zanim powstał tu modny kurort, na długo przedtem, nim pewien emerytowany napoleoński lekarz wojskowy wpadł na pomysł, by tu wybudować miejscowość uzdrowiskową. W umysłach stałych bywalców Wojtek był ważniejszy nawet od prezydentów miasta, bo oni przychodzili i odchodzili, a on trwał na stanowisku. Kiedy więc jego zabraknie, miasto upadnie jak Kartagina, Pompeje czy Detroit.

Jak nazwano by moją specjalność, pomyślał Walker.

Artystyczne wyrywanie chwastów?

Po chwili drinki stały już na barze. Stuknęli się szklankami, patrząc sobie w oczy zgodnie z niepisanymi zasadami obowiązującymi w takich sytuacjach.

– Kiedy zaczynam? – spytał Walker.

Yost wypił pierwszy łyk z nieskrywaną zachłannością, jakby to był sok albo woda niegazowana. Czyżby naprawdę był spragniony, naprawdę nie miał przy sobie pieniędzy? On, dysponujący budżetem bez granic?

– Teraz – odparł. – Zaczynamy tu i teraz.

Walker wybuchnął śmiechem. Dopiero wrócił do domu, nie zdążył jeszcze rozpakować walizki, wyciągnąć się wygodnie na swojej ulubionej sofie.

Ile to minęło? Trzy, nie, cztery dni. I miałby tak od razu wsiąść znów do samolotu i gnać na drugi koniec świata?

Czy Syndykat naprawdę nie miał innych ludzi na liście płac, a on był jego jedynym pracownikiem operacyjnym?

– Mogę się chociaż rozpakować? Dopiero wróciłem…

Yost wypił drinka niemal duszkiem.

– Po co? – spojrzał mu ponownie głęboko w oczy

– No, miałem na myśli opróżnienie walizki w znaczeniu… nieco metaforycznym. Potrzebuję zrobić pranie, nabrać sił, wyleczyć rany… wyspać się… pozbierać się mentalnie…

– Kupimy panu nowe rzeczy. Nie ma pan żadnych ran. Jest pan piekielnie mocny i ma mentalność z betonu. A wyśpi się pan po drodze.

On chyba nie żartował.

Walker miał prosto stąd zabrać się z nim w nieznane.

Stracił ochotę na dalsze spieranie się. A nawet poczuł, że zaczyna być ciekawy, co takiego pilnego wymagało jego i tylko jego udziału.

– Co ma pan dla mnie? – zapytał, bo dalszy opór nie miał sensu.

– To. Co pan lubi. Najbardziej – powiedział Yost, akcentując każde słowo.

– Czyli?

Walker lubił naprawdę mnóstwo rzeczy. Miałby zacząć zgadywać? To może chociaż mała podpowiedź, jaka dziedzina? Kulinaria? Sport? Podróże?

Yost wzruszył ramionami, jakby chodziło o rzecz oczywistą. Dopił swojego drinka i ostrożnie odstawił pustą szklankę.

Spojrzał mu w oczy i z pełną powagą powiedział te słowa:

– Znów będziesz zbawiał świat, Walker.ROZDZIAŁ 2
SZNYCEL WIEDEŃSKI

Naprzeciwko baru, u wylotu ulicy Królowej Jadwigi, czekała limuzyna z tym samym co zwykle olbrzymim, milczącym kierowcą. Yost usiadł tradycyjnie obok szofera. Walker z tyłu, wygodnie, od razu ułożył się do snu.

– Spokojnie, obudzę Pana, jak dotrzemy na miejsce – powiedział Yost, widząc jego znużenie. – To potrwa dobrych kilka godzin…

Walker zasnął przy ostatnim słowie.

Podobnie jak podczas wszystkich poprzednich nocy, znów śniła mu się Kinga, dokładnie taka, jaką chciał zapamiętać. Ciągle ta sama scena. To był chyba poranek, on przy stole, pustym jeszcze, ona w jego koszuli, za dużej, zasłaniającej jej nagie ciało aż do bioder. Śpiewała cicho do siebie, rozlewając kawę do dwóch filiżanek, podchodziła do niego roztańczonym krokiem, całowała w usta, siadała obok, opowiadała o czymś kompletnie nieistotnym, jednak chciał to koniecznie usłyszeć i zrozumieć. Mówiła z niezwykłym przejęciem, jakby chodziło o kwestię przetrwania, choć było niemal oczywiste, że to jakaś błahostka. Chciał ją zrozumieć, jednak nie docierało do niego ani jedno słowo, ani jeden zrozumiały dźwięk…

Obudził się w kompletnych ciemnościach. Jak w lochu, kanale podziemnym, w zatrzaśniętej trumnie. Nie pamiętał gdzie się znajduje, z kim, dlaczego…

Jadący z naprzeciwka samochód oświetlił profile kierowcy i Yosta siedzących na przednich fotelach.

Bar.

Jägermeister.

Zbawianie świata.

Przypomniał sobie.

Zamknął oczy. Chciał powrócić do utraconego snu, tego nieodczytanego dialogu, był pewien, że Kinga chce mu coś powiedzieć, coś bardzo ważnego. W pewnym momencie był już blisko powrotu, dotykał niemal tamtej przestrzeni, czuł zapach kawy i jej nieprzebudzonego jeszcze ciała…

– Walker, dojeżdżamy – usłyszał.

Otworzył oczy i wyprostował się na siedzeniu, żegnając się na zawsze z tym snem. Byli w centrum dużego środkowoeuropejskiego miasta, którego nie rozpoznawał. Warszawa? Berlin? Praga?

Już miał o to zapytać, gdy dostrzegł znany sobie budynek, potem cały znajomy fragment.

Wiedeń.

Nie był tu od lat.

„Najlepsze sznycle są na Graben”, mawiał kiedyś. Lubił tu bywać, spacerować w milczeniu pośród majestatycznych kamienic. Zawsze zasiadał w ogródku restauracji Chattanooga, niedaleko katedry św. Szczepana i zamawiał ten sam zestaw: _Kartoffelsalat_ i _Schnitzel Wiener Art_. Nie oryginalny _Wiener Schnitzel_ z cielęciny, tylko tańszą wersję, z wieprzowiny, ta smakowała mu wyjątkowo. Na czym polegała tajemnica tego niepowtarzalnego smaku? Zawsze go to zastanawiało. Czy chodziło o niezwykłą złotawą posypkę?

– Tutaj zaparkuj – Yost wskazał kierowcy miejsce przed wejściem do eleganckiego bogato zdobionego budynku z minionej epoki. – Jesteśmy na miejscu – rzucił do Walkera, spoglądając w tylne lusterko.

Yost wysiadł z samochodu z energią trzydziestolatka i chwilę potem zniknął za szklanymi drzwiami. Walker podążył za nim. Usłyszał za sobą pisk opon ruszającego gwałtownie samochodu.

Hotel Ambassador przylegał do reprezentacyjnej Kärntner Strasse, ale wejście znajdowało się też przy Neuer Markt. Walker kiedyś tutaj nocował, choć nie był pewien. Może tylko zamierzał się tu zatrzymać? Za dużo było tych hoteli.

Yost szedł szybkim krokiem, co chwilę oglądał się za siebie, czy Walker idzie za nim.

W nieco bizantyjskim wnętrzu nie było nikogo, nawet recepcjonisty czy boya hotelowego, którzy powinni przecież stać na swoich stanowiskach w hotelu tej klasy. Rozłożysty żyrandol w lobby zdawał się wisieć wbrew prawom fizyki. Minęli recepcję po lewej stronie, winda jakby czekała na nich. Gdy wsiedli, ruszyła szybko, przebijając się przez kolejne poziomy kolumnad wewnętrznej, bogato zdobionej studni. Piąte piętro – także kompletnie opustoszałe.

Stare sztuczki Syndykatu, pomyślał Walker. Pozory wszechwładności. Zdążył się już do tego przyzwyczaić.

Długi, słabo oświetlony korytarz. Drzwi na samym końcu. Weszli do przestronnego pomieszczenia, w którym panował półmrok i chłód. Dopiero po chwili, gdy wzrok przyzwyczaił się do tak oszczędnego oświetlenia, można było rozpoznać kilka postaci, siedzących nieruchomo przy okrągłym stole.

Po kilku dalszych krokach rozpoznali ich twarze.

Brewster. Członek zarządu Syndykatu. Jego obecność tutaj była oczywistością.

Ivo – Walker aż przystanął z zaskoczenia na widok przyjaciela z minionych czasów.

I jeden tylko mężczyzna, którego nie znał.

– Panowie raczą zająć miejsca – odezwał się ten trzeci i wyprostowaną ręką wskazał przeznaczone dla nich fotele. – Tu są drobne przekąski, pewnie trochę panowie zgłodnieli po drodze. Czego się panowie napiją?

Whisky z lodem, singel malt, chciał odpowiedzieć Walker, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język.

– Dla mnie woda gazowana z cytryną, kostką lodu i podwójne espresso – powiedział.

– Dla mnie to samo – dodał Yost.

Zapadła cisza. Siedzieli sztywno, jakby znaleźli się na uroczystej okolicznościowej mszy w pobliskiej katedrze.

– Pan mnie nie zna, panie Walker – zaczął nieznajomy – i jeśli pan pozwoli, wolałbym, by tak pozostało. Jeśli pan chce, może mnie pan nazywać Schmidt. Albo Smith. Albo, jeśli pan preferuje ojczyste klimaty, Kowalski lub Nowak. Zresztą Walker to też nie jest pana prawdziwe nazwisko, prawda? – Zacisnął dłonie i zachrzęścił nieprzyjemnie palcami. – Powód całej tej tajemniczości jest prosty, to spotkanie ma charakter bardzo, powiedziałbym… najbardziej jak to możliwe, nieoficjalny. Ono właściwie…

– …nie odbyło się. – Walker wszedł mu w słowo. – Nigdy się nie spotkaliśmy, ja nie znam pana, pan nie zna mnie i nie ma pan nic wspólnego z tym wszystkim, co dalej się wydarzy, czy tak?

Nieznajomy uśmiechnął się szeroko.

– Cieszę się, że rozumiemy się bez słów – powiedział. – Referencje, jakie panu wystawiono, faktycznie nie były przesadzone.

– Miło mi – mruknął w odpowiedzi Walker, a w jego tonie pobrzmiewało wyzywające „Powiedz mi coś, czego nie wiem”.

– Skoro mamy to już za sobą, zaraz pan zrozumie, że ta teatralna tajemniczość nie jest sztuką dla sztuki. Otóż… reprezentuję rządy grupy krajów, zwanych potocznie Unią Europejską. Mam wszelkie niezbędne pełnomocnictwa, by w ich imieniu rozmawiać z panem…

Walker poczuł napięcie na ramionach, po chwili wzdłuż pleców przebiegł mu silny prąd, a skóra na dłoniach stała się wilgotna. „Będziesz zbawiał świat”, przypomniał sobie. Czyżby to nie były wyłącznie słowa? Tylko zapowiedź czegoś, na co czekał całe życie?

– Jesteśmy prawdopodobnie najsprawniejszą organizacją państwową w całej historii ludzkości. Potrafimy budować przyjaźnie pomiędzy najbardziej skłóconymi krajami, o przeciwstawnych zdawałoby się interesach… Możemy bez trudu zatrzymywać fuzje wszechmocnych z pozoru korporacji. Kazaliśmy nawet swego czasu wyprostować nieco banany, bo ich krzywizna nie odpowiadała przyjętym przez nas normom – dodał nieco lżejszym tonem, po czym szybko spoważniał. – Ale sprawa, z którą zwracam się do pana, zwyczajnie nas przerosła. I, że się tak wyrażę, wymaga działań, które wykraczają poza nasze kompetencje, wykraczają poza kompetencje nawet naszych najbardziej tajnych służb.

Ivo skinął głową, potwierdzając prawdziwość ostatniego zdania.

– Próbowaliśmy dosłownie wszystkiego – kontynuował nieznajomy. – Poruszaliśmy się od ściany do ściany, doszło do tego, że… nazwijmy to po imieniu… daliśmy sowite łapówki ludziom nie do końca miłym i sympatycznym. Wreszcie musieliśmy spojrzeć prawdzie w oczy i wypowiedzieć to głośno. Że sami nie damy sobie z tym rady. Potrzebujemy pomocy kogoś, kto ma niezwykłe umiejętności i, jakby to określić, nie jest skrępowany literą prawa.

– Wasze służby są czymkolwiek skrępowane? – Walker zaśmiał się głośno. – Tego nie wiedziałem.

– Wbrew powszechnemu wyobrażeniu… są mocno ograniczone licznymi regulaminami. Oczywiście czasem przekraczają te granice, ale no właśnie… przekraczają granice i to nierzadko kończy się katastrofą jeśli nie rzeczywistą, to medialną. Wiele takich spraw było wywlekanych na światło dzienne i tego chcielibyśmy uniknąć. Zresztą, po co ryzykować? Skoro istnieje Syndykat, stworzony przecież do takich zadań, i skoro Syndykat ma w swoich szeregach takich ludzi, jak pan…

Ja? Walker słuchał w kompletnym bezruchu. Problem, z którym nie poradziła sobie najsprawniejsza struktura państwowa, ma rozwiązać on… I dlaczego właśnie on?

– Opowiem panu pewną historię – powiedział nieznajomy, dostrzegając nieme zdziwienie w jego oczach.

– Zamieniam się w słuch – mruknął Walker

– Otóż całkiem jeszcze niedawno, bo zaledwie kilka lat temu, potężną plagą w rejonie Rogu Afryki były ataki somalijskich piratów na statki handlowe z zasady nieposiadające żadnej ochrony, czyli kompletnie bezbronne w sytuacji prawdziwego zagrożenia. Nie potrafiliśmy sobie z tym poradzić. Wysyłaliśmy patrole na te wody, mniejsze i większe jednostki, ale oni zawsze byli od nas szybsi, zaskakiwali nas, byli krok przed nami. Groziło to całkowitym zdezorganizowaniem transportu morskiego w tym regionie. Poważnie rozważano uzbrojenie załóg statków, ale na szczęście ktoś rozsądny przekonał autorów tego pomysłu, że doprowadziłoby to do prawdziwych krwawych tragedii. Więc w praktyce potajemnie płacono piratom okupy za uwolnienie jednostek… i tak to działało przez lata. Piraci porywali statki, my płaciliśmy, statki wracały do nas. Aż do czasu, gdy kilka piekielnie szybkich somalijskich motorówek otoczyło pewien rosyjski tankowiec. Załodze udało się zabarykadować w maszynowni i wezwać na pomoc legendarną Grupę Alfa. Zdecydowano się wysłać ją na statek. Jednak był drobny problem: to grupa specjalna szkolona do akcji na lądzie, kompletnie bez doświadczenia w działaniach morskich. Rosjanie zwrócili się więc o pomoc do nas. Z racji „bliskości kulturowej” i znajomości języka, przydzielono im do pomocy polskiego oficera. To on w praktyce opracował plan ataku i dowodził akcją. Uwolniono wszystkich członków załogi, zabito kilku porywaczy, resztę pojmano. – Zawiesił na moment głos. – I teraz zaczyna się najlepsze. Z uwagi na, jak to określono, „niedoskonałości prawa międzynarodowego” i brak możliwości osądzenia więźniów, nieokreślonej do końca narodowości i przynależności państwowej, ten polski oficer zdecydował o tym, że pozostali przy życiu porywacze zostali umieszczeni w jednej ze swoich łodzi. Zabrano im broń, urządzenia nawigacyjne, żywność i wodę pitną, skazując tym samym na straszliwą powolną śmierć w męczarniach pośrodku bezmiaru słonej wody, kompletnie bez ochrony przed morderczymi promieniami słońca. Miał to być jasny komunikat dla kolejnych porywaczy: koniec zabawy na waszych warunkach, od teraz z piratami będziemy walczyć tak jak piraci. Zasada Napoleona: z partyzantami trzeba walczyć po partyzancku. I faktycznie od tej pory liczba napaści na statki w tym rejonie znacząco spadła, nie muszę wspominać o tym, że nikt już nie ośmielił się zaatakować żadnej rosyjskiej jednostki…

– Dlaczego pan mi to opowiada? – spytał Walker lekko znużonym tonem.

Mężczyzna w garniturze potrząsnął głową, jakby odpowiedź była oczywista.

– Ponieważ, ponieważ tym polskim oficerem… był pan.

Zapadło kompletne milczenie.

Wszyscy zamarli, w pół ruchu i pół oddechu, czekając na reakcję Walkera.

Słychać było wyraźnie czyjeś przełknięcie śliny i pulsujący narkotycznie dźwięk, jakby zwielokrotnione bicie potężnego serca.

Czas spowolnił, zdawało się, że ten bezruch będzie trwał bez końca.

– Udowodnił pan więc – nieznajomy pierwszy przerwał milczenie – że potrafi pan działać zdecydowanie i, jakby to ująć, na tyle bezwzględnie, na ile wymagają tego okoliczności. Uznaliśmy więc, że jest pan najbardziej odpowiednią osobą do wypełnienia tej misji. A ponieważ jakiś czas temu związał się pan z Syndykatem, to ułatwiło sprawę. Syndykat to nasz wieloletni sprawdzony partner. Na dzisiejszym spotkaniu mieli być także panowie Carter i Fairfax, ale z ważnych powodów nie mogli przybyć…

O ile w ogóle istnieją, zaśmiał się w duchu Walker.

Bo może Carter to Brewster? A Yost to Fairfax. Albo odwrotnie.

– …nie ma to zresztą większego znaczenia, ponieważ obaj nieobecni panowie, a także panowie Brewster i Yost potwierdzili nasze przekonanie. Wskazali pana jako osobę najbardziej odpowiednią do wykonania tego zadania…

A kogo niby mieli wskazać? Walker pokręcił głową z uśmiechem. Czy nie jestem przypadkiem jedynym operacyjnym pracownikiem Syndykatu? Cała reszta to wsparcie, pracownicy biurowi. I kilkuosobowy zarząd.

Wszystko na to wskazuje…

– Czy mogę zadać jedno krótkie pytanie? – przerwał nieznajomemu.

– Oczywiście – odparł tamten.

Walker rozłożył szeroko ręce.

– Ale właściwie to o co panu chodzi?

Nieznajomy spojrzał na Iva, Ivo na Brewstera, ten na Yosta, ten zaś na nieznajomego.

Ich twarze zdawały się mówić: przecież to oczywiste, czy to nie zostało wypowiedziane niemal wprost? Mężczyzna w ciemnym garniturze chrząknął wymownie. Pochylił się, jakby chciał zaznaczyć, że zaraz wypowie coś niezwykle tajemniczego, coś, co stanowi esencję tajemniczości.

Jest tajemnicą tajemnic.

Wypowiedział to szeptem.

Tak cicho, jak to tylko możliwe.

– Chodzi… chodzi o uchodźców.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: