Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Opiekunowie. Zakazana Góra. Tom 1 - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 maja 2026
3099 pkt
punktów Virtualo

Opiekunowie. Zakazana Góra. Tom 1 - ebook

Nowa epicka przygoda od mistrza fantasy – przygotuj się na świat pełen magii, wyborów i niebezpieczeństw!

 

Brandon Mull, autor bestsellerowych serii takich jak „Baśniobór”, „Smocza Straż” i „Pięć Królestw”, powraca z nowym cyklem „Opiekunowie”!

Nowy cykl fantasy autora „Baśnioboru” Brandona Mulla!

Każde dziecko z Anoranu marzy o dniu, kiedy Wejdzie do Chaty wiązania i połączy się z Opiekunem – swoim duchowym przewodnikiem. Niektórzy połączą się z Orędownikami, którzy zapewnią im wielkość i chwałę. Innych będą kusić Przeklęci, za których wybór grozi kara śmierci. Mako staje przed trudnym wyborem…

Arden na własną rękę próbuje odnaleźć zaginioną przyjaciółkę i infiltruje podziemną siatkę przestępczą. Jej niezwykła umiejętność odróżniania prawdy i kłamstwa sprawia, że Arden trafia w sam środek złowrogiego spisku.

Wkrótce losy Maka i Arden się splatają. Wspólnie muszą stawić czoła wrogom i ogromnym niebezpieczeństwom.

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Dzieci 6-12
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8449-135-5
Rozmiar pliku: 5,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Magren przeszedł pochylony przez zdobny kamienny most, zbyt szybko, żeby poruszać się całkiem bezdźwięcznie. Po drugiej stronie, między dwoma rzędami ozdobnych marmurowych budynków, ciągnęła się pusta ulica. Wrogowie mogliby się ukrywać przed światłem księżyca w głębokich cieniach ulicy, ale dla Magrena wzrok już dawno przestał być najważniejszym zmysłem.

Nawet za dnia wyczuwał miasto Embrill nieporównywalnie bardziej szczegółowo, niż gdyby je tylko oglądał. Oczy nie pozwalały zajrzeć za róg, przez drzwi ani zgłębić kanałów pod ulicami.

Dzięki Latimerowi, swojemu duchowi opiekuńczemu, Magren postrzegał jednak wszystkie fizyczne powierzchnie i przestrzenie w promieniu około półtora kilometra, również w górze, na niebie, oraz w dole, w ziemi. Potrafił dokładnie zmierzyć głębokość wody pod mostem, wychwycić ukradkowe ruchy szczurów w ciasnych szparach, rozpoznać każde pęknięcie i każdy ubytek fasady. Nie potrafił zbadać wszystkich zakamarków jednocześnie, ale jeśli tylko skierował gdzieś uwagę, odkrywał się przed nim każdy szczegół.

I teraz chwilowo droga była wolna.

Czy to nadmiar nadziei, że uda mu się przeżyć tę noc?

Za mostem zaczął się skradać po zacienionej stronie brukowanej ulicy. Budowle w Embrillu były arcydziełami anorańskich rzeźbiarzy i kamieniarzy. Każda kolumna to posąg, w każdym parapecie wytłoczono tajemnicze twarze, każda balustrada została ukształtowana tak, żeby przyciągać uwagę. Magrenowi tylko sześciokrotnie zdarzyło się dostarczać przesyłkę z miasta dalszego niż Embrill, oddalonego od góry Anora o prawie pięćdziesiąt kilometrów. Nie był to oczywisty pierwszy przystanek. Magren jechał tu na złamanie karku na paramondzkim ogierze, a potem spotkał się z Holly, żeby wymienić konie. Nowego wierzchowca zostawił za murami miasta i niezauważony dostał się do środka.

Niedaleko stąd znajdowała się kryjówka, w której czekali Nathan, Finley i Kester – jedni z jego najstarszych i najserdeczniejszych przyjaciół, sprytni i zdolni wojownicy. Stąpając lekko, Magren skręcił w zaułek. Na stosie butwiejących skrzynek poruszył się jakiś wychudzony kot. Jedyni ludzie, jakich Magren wyczuwał, spali na pryczach lub plecionych matach za grubymi kamiennymi murami po obu stronach uliczki. W jakimś pokoju trzy piętra nad nim siedziała cierpiąca na bezsenność kobieta, paliła fajkę i rolowała między palcami kawałek nitki. Znajdowała się z dala od okna, więc Magren nie zwracał na nią uwagi.

Skręcił w następny zaułek. Mijał kolejne solidne drzwi. Karaluchy czmychały w ciemności po wilgotnym bruku. Przed sobą wyczuł te drzwi, które go interesowały.

I gwałtownie się zatrzymał.

W pokoju za tymi drzwiami były trzy kupki pyłu i popiołu. Na podłodze. Obok nich – trzy sterty ubrań. I trzy garście zębów.

Magren przytrzymał się ściany.

Każda z kupek była kiedyś człowiekiem. Rozpoznał sztylet Kestera, ten z różą na głowicy. Finley miał złoty ząb – wśród tych rozsypanych także jeden był złoty. Przyjaciele Magrena nie żyli.

W pokoju czekała tylko jedna żywa osoba. Musiał wytężyć zmysły, by ją wyczuć. Jej postać była śliska, niewyraźna. Percepcji Magrena nie mógł ujść żaden byt fizyczny, ona jednak, gdy jej to odpowiadało, potrafiła stać się prawie niewidzialna. Prawie. Magren nigdy jej nie zdradził, że wyczuwa ją nawet wtedy, kiedy chce pozostać ukryta. Może to dlatego czekała dalej w nadziei, że do niej przyjdzie, wiedziony troską o przyjaciół.

Jak tu dotarła tak szybko? Jak ich znalazła i pozbyła się z taką łatwością, jakby miała do czynienia z trzema amatorami? Kiedy jednym ze swoich mieczy zadawała śmiertelny cios w głowę lub w serce, ofiara obracała się w pył. Nie tylko ginęła – gniła i się rozsypywała. Jak długo ona tu czekała?

Magren nie powinien był mieszać w to przyjaciół. W głębi duszy wiedział, że po dostarczeniu przesyłki nie pożyje długo.

Istnieją jednak takie decyzje, których podjęcie wyklucza większość innych opcji.

Plan Magrena, by przeżyć tę noc, to było zwykłe chciejstwo.

Jednak nawet teraz instynkt nie pozwalał mu się poddać.

Magren wiedział, że gdy tylko oddali się od drzwi, ona ruszy za nim. Wyczuwał jej oddech. Poza tym trwała w bezruchu.

Udawana beztroska w niczym by mu teraz nie pomogła. Obrócił się na pięcie i ruszył biegiem.

Ona rzuciła się w pościg.

Być może powinien pogodzić się z nieuniknionym. Pozwolić, żeby go dopadła. Przed Matriarchinią nie było ucieczki. Ale przynajmniej dostarczył przesyłkę. Tej nocy zginie, lecz jego życie nie poszło na marne.

Nie zamierzał ułatwiać jej zadania. Nadal miał w sobie dość buntu, by sprawić, że będzie musiała się wysilić.

Po prawej stronie zaułka otworzyły się drzwi. Wyszedł z nich uzbrojony mężczyzna. Część śpiących tylko udawała. Magren powinien był poświęcić im więcej uwagi.

Pokręcił głową. W jego dłoni pojawiła się brzytwa. Zanim Matriarchini go zabije, straci paru uczniów.

W mroku zaułka uchylił się przed ciosem miecza i bez mrugnięcia rozciął wrogowi gardło. Dokładnie znał położenie przeciwników, więc w ciemności miał nieuczciwą przewagę. Otworzyły się kolejne drzwi. Na bruk padł kolejny nieprzyjaciel.

Magren wyskoczył z zaułka na szerszą ulicę. Pobiegł w kierunku fontanny na środku najbliższego skrzyżowania. Czy powinien wpaść do jakiegoś budynku? Wyczuwał, że większość drzwi jest zamknięta na zamek bądź zasuwę. Choć nie wszystkie. W jego stronę pędziły kolejne postacie.

Czy wejście do budynku przyniosłoby mu jakąś korzyść? Czy zdołałby dotrzeć na dach? Innym rozwiązaniem byłoby zejście do tuneli ściekowych. Albo zanurkowanie w kanale.

Nic by to nie dało. Matriarchini była od niego szybsza, zdolniejsza i silniejsza. Po dachach poruszała się zwinnie niczym kocur. W tunelach ani w kanale niczego by nie zyskał. Nie w starciu z nią. Ona nie zgubi tropu. On jej nie pokona.

Służba z tobą to był zaszczyt – zakomunikował opiekun Magrena wprost do jego umysłu.

Te słowa zabrzmiały doniośle. Latimer prawie nigdy się nie odzywał. Odkąd się związali, sumiennie i w milczeniu ulepszał jego percepcję i przyśpieszał refleks. Był cichym towarzyszem, który czasem zwracał uwagę Magrena na istotne szczegóły, ale nigdy nie wdawał się w rozmowy.

Ta wiadomość była pożegnaniem.

I wyrokiem śmierci.

W swoim pośpiechu Magren nie wyczuł, jak ona na niego spada, dopóki ostrze nie rozorało mu ramienia i pleców. Runął na ziemię u podnóża fontanny i zdyszany odwrócił się do Matriarchini. Brzytwa wypadła z jego bezwładnej dłoni.

Matriarchini stała nad nim. W rękach trzymała dwa wąskie miecze.

Usiłował nie myśleć o przesyłce. Wiedział, że ona często umie dostrzec jego myśli.

– Wiem, co zrobiłeś, Magrenie – szepnęła.

– Czyli wiesz, że się spóźniłaś – odparł.

Uśmiechnęła się.

– Spisałeś się dokładnie tak, jak chciałam.

Patrzył na nią z przerażeniem.

– Blefujesz.

– Wraz z tym aktem zdrady twoja przydatność dobiegła końca – wyszeptała. – Pragnęłam, aby on się tam znalazł. Gdybym umieściła go tam sama, jego aura mogłaby ulec splamieniu. Najwrażliwsi spośród nich mogliby wyczuć moje złe intencje. Ale ty znalazłeś niemowlęciu schronienie w dobrej wierze.

Magren próbował wstać. Czy to prawda? Czy sprzedał życie za nic? Czy dopuszczając się zdrady, przysłużył się celom Matriarchini? Możliwe.

Ale jakie szanse miałby ten chłopiec, gdyby dorastał pod jej pieczą?

Absolutnie żadnych.

Bez względu na to, jakie Matriarchini miała plany, wychowanie przez Anoran dawało dziecku iskierkę nadziei.

To musiało być coś warte.

Magren wiedział, co go czeka. Matriarchini pozbawiła życia setki ludzi, w tym jego przyjaciół. Jego śmierć będzie taka sama.

W gardle zabulgotał mu płyn. Magren raz jeszcze spróbował się odezwać.

– Nigdy bym…

Jej ostrze błysnęło tak szybko, że nie nadążył wzrokiem. I cięło równo.Rozdział 1
Jeszcze trzy dni

Mako uniósł jim do ust i ułożył palce nad otworami. Trzy kryształowe piszczałki były chłodne w dotyku. Pozostała czwórka dzieci siedziała przy swoich stołach roboczych pod opieką starszego Fitcha, drobnego staruszka o słabym wzroku, odzianego w grube szaty nawet w ciepłe dni. Zaawansowane strojenie było przedmiotem dla wybranych, zarezerwowanym dla tych nielicznych uczniów, którzy naprawdę wykazywali uzdolnienia w zakresie muzyki lub wibracji.

Dwuwarstwowe ściany sali lekcyjnej wypełniono materiałem dźwiękochłonnym. Szkło w czterech niewielkich oknach zastąpiono kryształem, który przepuszczał światło, ale zniekształcał i rozmywał widok. Wysoki, płaski sufit również mocno wygłuszono. Do sali prowadziły tylko jedne wzmocnione drzwi.

Pozostali uczniowie pracowali z instrumentami, które wybrali. Janie miała harfę ręczną, Argus preferował czarki, a reszta grała na dzwonkach. Rozgrzewanie żelaza dzwonkami Mako zdążył już opanować. Gdyby zdołał to samo zrobić jimem, zaliczyłby zaawansowane strojenie z wyróżnieniem.

Żelazny dysk leżał przed nim na ceramicznym stole roboczym. Mako chętnie obyłby się bez zakłóceń dźwiękowych powodowanych przez innych uczniów, ale przypuszczał, że element lekkiego chaosu to również część wyzwania. Musiał wydobyć z instrumentu ściśle określone dźwięki, które rozgrzeją żelazo na tyle, żeby podpalić skrawek papieru.

Kojarzył, że w niektórych regionach Cesarstwa Tinvalskiego papier to towar rzadki i cenny. Na górze Anora produkowano jednak papier niezrównanej jakości. Jego skrawki otrzymywały w darze różne szkoły, ale pomimo sporych zapasów rzadko kiedy się palił.

Wiele osób potrafiło zagwizdać na jimie prostą melodyjkę, ale mało kto umiał tchnąć w ten instrument życie i wydobyć z niego czyste, zniuansowane tony. Makowi gra na jimie zawsze wydawała się intuicyjna: kształt i ułożenie warg na ustniku, równy dopływ powietrza, lekki chwyt, precyzyjne palcowanie. Z trzech równoległych piszczałek z dymnego szarego kryształu chłopak był w stanie wydobyć pięć oktaw dźwięków.

Pochylił się, żeby zbliżyć jim do dysku, i zaczął od niskiego dźwięku, z początku cicho, potem stopniowo głośniej. Skoncentrował wolę na rozgrzaniu żelaza. Lekkie drżenie dysku i towarzyszące mu delikatne mrowienie w zębach świadczyły o tym, że dźwięk jest odpowiedni.

Do rozgrzania dysku na tyle, żeby papier się zapalił, potrzebne były trzy dźwięki. Dzięki pierwszemu chłodne żelazo robiło się ciepłe, dzięki drugiemu – gorące, a dzięki trzeciemu – zaczynało parzyć. Czwarty dźwięk mógłby je niemal stopić, ale to już uważano za zbyt niebezpieczne i nie było dziś potrzebne. Ćwicząc w domu, na piachu, Mako już parę razy osiągnął ten efekt, żeby zaimponować bratu.

Dzisiaj musiało mu się udać. Zbliżał się do końca regularnej nauki szkolnej, kiedy to opuści sale lekcyjne i zacznie praktyki. O przyszłości każdego Anoranina decydowały dwa główne czynniki: jaki opiekun zostanie jego towarzyszem oraz na jaką praktykę zasłuży. Otrzymanie dobrego opiekuna zależało od decyzji Maka w Chacie Wiązania – przede wszystkim od tego, jak sobie poradzi z nauką.

Mako przeszedł do drugiego dźwięku. Był słodszy niż pierwszy i przyjemniejszy dla ucha. Kątem oka dostrzegł jakiś ruch i podniósł wzrok znad delikatnie wibrującego dysku. Przez zamglone okno naprzeciwko zaglądały dwie postacie i obie machały. Po budowie ciała poznał, że to Tuck i Ila.

Czy robili mu kawał? Próbowali go zdekoncentrować?

Tuck opierał się o szybę, osłaniając oczy dłońmi. Przez grube kryształowe tafle łatwiej dało się wyjrzeć na zewnątrz, gdzie był jasny dzień, niż zajrzeć do ciemnej sali lekcyjnej. Tuck i Ila nerwowo machali na znak, żeby Mako do nich wyszedł.

Mako ponownie skupił się na dysku. Jeśli wibracje miały odnieść skutek, musiał utrzymać wolę podgrzania żelaza. Jeśli zbyt wcześnie podejmie trzeci dźwięk, przegapi moment przejścia i metal ostygnie. W sytuacji naprawdę wyjątkowej Tuck i Ila zapukaliby do drzwi, a więc chodziło im o coś, o czym starszy Fitch nie powinien się dowiedzieć.

Mako przeniósł wargi na inny ustnik i zbliżył podstawę jimu do żelaznego dysku. Mocno wydmuchując powietrze, zagrał wyższą, ostrzejszą nutę. Dysk wciąż drżał. Żelazo na pewno było już niebezpiecznie gorące w dotyku.

Choć Ila i Tuck nadal dawali znaki, Mako oparł się pokusie działania w pośpiechu. Najszybciej wyjdzie z lekcji, jeżeli zrobi to jak trzeba.

Na razie starszy Fitch nie zauważył dwojga gestykulujących dzieci za oknem. Reszta uczniów skupiała się na egzaminie. Janie i Argus pracowali nad najniższymi nutami. Dwójka grająca na dzwonkach przeszła do środkowych.

Starszy Fitch przyczłapał do Maka.

– Doskonale – powiedział, mrużąc oczy. – Już wyczuwam blask. Niewiele ci brakuje. Szybko się uporałeś.

Mako patrzył na coraz mocniej rozżarzony dysk. Utrzymując przeszywającą nutę, przyłożył do żelaza skrawek papieru. Z dotkniętego miejsca uniosły się smużki dymu, a potem papier zapłonął, zwinął się i poczerniał, w miarę jak ogień się rozchodził.

– Wzorowo – rzekł z zachwytem starszy Fitch, opierając dłoń o ceramiczny blat.

Mako przestał dmuchać w instrument.

– Mogę już iść? Przypomniało mi się, że mam coś do zrobienia.

– Najpierw zgaś ogień, a potem nie widzę przeciwwskazań, żebyś wyszedł wcześniej. Dobra robota, Mako. Już od ponad dekady nie widziałem, jak ktoś wznieca ogień jimem.

– Dziękuję, starszy – odpowiedział Mako.

Pochwała przyniosła mu ulgę. Co prawda umiejętność strojenia nie przybliżała go do wymarzonej praktyki u elitarnego wojownika, ale udowodnienie wybitności w dowolnej dziedzinie ogólnie zwiększało jego szanse. Z miski stojącej obok Mako wziął garść drobnego piasku i posypał nim papier, żeby stłumić płomień.

Starszy Fitch podreptał w kierunku Janie. Mako zeskrobał piasek i zwęglony papier do śmietniczki, a potem pognał do drzwi. Wychodząc na światło dnia, widział zazdrosne spojrzenia pozostałych uczniów.

Powietrze wypełniała woń kwiecia. Był jeden z najcieplejszych dni tej wiosny. Gdyby nie grube warstwy śniegu na wyższych zboczach Anory, mogłoby się wydawać, że jest już lato. Nurt słodkowodnych strumieni spływających ze szczytu nabierał tempa, ale wędrówka do źródła na skalistym wierzchołku jeszcze przez miesiąc lub dwa nie wchodziła w grę.

Na powitanie Tuck i Ila stuknęli się z Makiem przedramionami. Tuck był rosły i barczysty jak na swój wiek, dużo tęższy od przyjaciela i prawie o głowę wyższy. W całym roczniku nikt nie chciał się z nim siłować. Jego ojciec był zielarzem, więc w rodzinnej posiadłości mieli mnóstwo szklarni. Mimo postury osiłka Tuck w nauce skupiał się na uzdrawianiu.

– Co tu robicie? – zapytał Mako.

– Zane ma kłopoty – odparła Ila.

W tym wieku, w którym dziewczyny stają się jeszcze bardziej tajemnicze, Mako rzadko myślał o Ili inaczej niż o przyjaciółce, z którą się bawił, odkąd tylko pamiętał. Była od niego nieco wyższa, drobna, wybijała się w łucznictwie.

– Jak to? – spytał Mako.

– Z zaawansowanego oręża jest dzisiaj niezapowiedziany egzamin – wyjaśnił Tuck. – Zabójczy. Ja na swojej lekcji już go napisałem. No a Zane… Sam wiesz, jaki on jest.

Brat Maka niesamowicie radził sobie z mieczem, nie lubił natomiast lektur i wypracowań. Prokrastynacja była jego religią.

– Nie przygotował się na egzamin? – zapytał Mako.

– W ogóle – odpowiedział Tuck.

– A niedługo selekcja – dodała Ila.

Mako kiwnął głową. Nie trzeba mu było o tym przypominać – od tygodni o niczym innym nie myślał. Za trzy dni uczennice i uczniowie kończący w tym roku czternaście lat mieli stanąć przed szansą związania się z duchowymi opiekunami. Stowarzyszenie się z nimi miało w nieprzewidywalny sposób zwiększyć naturalne zdolności uczniów. Miesiąc później uczniowie mogli zostać wybrani na praktyki z wielu różnych dziedzin, od ogrodnictwa przez budowlankę aż po malarstwo.

O przyszłym sukcesie danego ucznia czy uczennicy w dużym stopniu decydowało to, z jakim opiekunem się zwiąże i jakie odbierze szkolenie, kiedy wyruszy z domu na praktyki. Ścieżka życiowa Maka najprawdopodobniej wiązała się w jakiś sposób ze strojeniem lub muzyką, ale dzięki odpowiedniemu opiekunowi mógłby wszystkich zaskoczyć, zostając czeladnikiem u wojmistrza.

Odkąd tylko pamiętał, marzył, żeby bronić cesarstwa i naprawiać krzywdy, wpisać się w tradycję legendarnych anorańskich bohaterów. W miarę jak zbliżało się związanie, codziennie budził się pełen nerwowej energii, rozmyślając o tym, jaki okaże się jego opiekun i czy pomoże mu zostać wojownikiem.

Zane się tym nie martwił. Nawet bez opiekuna już teraz walczył tak dobrze, że mógł trafić na praktyki do czołowego wojmistrza. Kiepskie wyniki pisemnych egzaminów zaszkodziłyby jednak jego perspektywom. Większość dzieci, począwszy od dziesiątego roku życia, zaczynała specjalizować się w dyscyplinach odpowiednich do swoich zdolności i zainteresowań. Zane jako urodzony szermierz na lekcjach zaawansowanego oręża nie miał sobie równych pod względem fizycznym, ale części pisemne napawały go niepokojem.

– Chcecie, żebym zadzwonił miejskim dzwonem zegarowym? – zapytał Mako.

– Słońce już wysoko – odrzekła Ila. – Może dźwięk dzwonów południowych o pół godziny za wcześnie wywoła dostateczne zamieszanie, żeby wypuścili uczniów na obiad i przełożyli egzamin.

– Robiłem to już rok temu – powiedział Mako. – Myślicie, że znów się nabiorą?

Tuck wzruszył ramionami.

– Przynajmniej damy Zane’owi szansę. Masz swoją procę?

– Zawsze mam. Ale nie planowałem dzwonić dzwonami zegarowymi z odległości. Potrzebne mi dobre kamienie. Małe, ciężkie i okrągłe.

Ila na wyciągniętej dłoni podała Makowi pięć kamieni. Jeden był trochę za lekki, drugi nieco krzywy, ale trzy pozostałe nadawały się nieźle. Tyle wystarczyło. Mako był pod wrażeniem. Ludzie rzadko korzystający z procy zwykle dobierają kamienie niedbale.

– Czas ucieka – powiedział Tuck. – Jeżeli jeszcze trochę poczekamy, to będzie za późno.

Kompleks budynków szkolnych ulokowano niedaleko centrum miasteczka. Na zboczach Anory znajdowało się wiele osad, wszystkie jednak były nieduże. Nawet na tak olbrzymiej górze do zamieszkania nadawały się tylko niewielkie enklawy. Paradin, przycupnięty wysoko na północno-zachodnim zboczu, ustępował rozmiarami większości innych osiedli. Dzwonnica przylegała do Siedziby Rady, w której zbierali się starsi. W pobliżu mieściły się również Karczma pod Paleniskiem, Skład Wielobranżowy, kuźnia, szpital, Stanica Świętości – gdzie mieszkali bardzo starzy ludzie – oraz kilka innych drobnych biznesów.

Mako, Tuck i Ila pobiegli w stronę centrum miasteczka. Ila poruszała się lekko, za to Tuck sapał jak byk udający konia wyścigowego. Po drodze spotkali niewiele osób. Większość była teraz w pracy albo w szkole.

– Jak udało wam się wyrwać z lekcji? – zapytał Mako.

– Standardowa wymówka o tej porze roku – wydyszał Tuck. – Szykujemy się do ceremonii związania.

– Zależy od niej cała nasza przyszłość – dodała Ila. – Nauczyciele rozumieją, że myślimy tylko o tym. Oboje z Tuckiem mamy teraz historię Anory. Dziś nie było egzaminu, tylko przygotowania. Ale to kiepski moment, żeby narobić sobie kłopotów.

– No właśnie – powiedział Tuck. – Zane to świetny gość, ale nie zmarnuję dla niego swojej przyszłości.

Mako się zawahał. Sprawność Zane’a w posługiwaniu się mieczem powinna przykryć większość kłopotów z wynikami w lekcjach. Czy uratowanie brata przed sprawdzianem warte było ryzyka, że ktoś ich przyłapie? Mako zmarszczył brwi i skarcił sam siebie. Ryzyko jest przecież minimalne – już wcześniej zadzwonił dzwonem zegarowym bez problemów.

– Nie powinno być trudno – stwierdził. – Zane zrobiłby dla nas to samo.

– Idziemy do Składu Wielobranżowego? – zapytał Tuck.

– Tak. Na dachu będę mógł wycelować pod odpowiednim kątem.

W zeszłym roku Mako zadzwonił dzwonem zegarowym, ponieważ założył się z Zane’em, że zakończy dzień lekcyjny dziesięć minut przed czasem. Wiedział, że aby sztuka się powiodła, potrzebne będą ciężkie kamienie, którymi trafi prosto w cel dla uzyskania odpowiedniego dźwięku. Udało mu się jednak idealnie odtworzyć trzy uderzenia zwiastujące nadejście trzeciej po południu i został anonimowym bohaterem wielu uczniów, których wypuszczono wcześniej ze szkoły.

– Jak wejdziemy na dach? – zapytał Tuck.

– Po rynnach z tyłu – odparł Mako.

– Wytrzymają pod moim ciężarem? Wiewiórką to ja nie jestem.

– Wyglądają porządnie. Kiedy się po nich wspinałem, nawet nie drgnęły. Ale nie musisz tam wchodzić.

– Chyba nie myślisz, że to przegapię.

Dwie solidne rynny za budynkiem składu przymocowano do ściany obejmami rozmieszczonymi w około metrowych odstępach. Pierwsza znajdowała się jakieś dwa i pół metra nad ziemią, ale po dotarciu do niej dalsza wspinaczka była już prosta.

Do jednej z rynien Tuck i Mako przyciągnęli dwie porzucone skrzynie. Ila postawiła na nich jeszcze jedną. Po wspięciu się na tę prowizoryczną piramidę Mako podciągnął się do pierwszej obejmy. Potem z łatwością piął się po kolejnych, przytrzymując się rury. Budynek miał trzy kondygnacje: na dwóch poziomach był sklep, a na ostatnim – magazyn. Większość budowli w miasteczku miała spadziste dachy, żeby nie zbierał się na nich śnieg, ale dach składu był płaski. Właściciele wykorzystywali go jako dodatkową przestrzeń magazynową, ale w miesiącach zimowych sami musieli go odśnieżać.

Mako dźwignął się na dach przez niski murek, a zaraz za nim weszła Ila. Większość przestrzeni zajmowały równe rzędy skrzyń, beczek i baryłek poustawianych na paletach. W najgłębszym cieniu majaczyły brudne grudy topniejącego śniegu – ostatnia pozostałość po zimie. W najmniej uporządkowanym rogu dachu leżały rozmontowane regały i porzucone worki. Tuck zaczął się wspinać, dopiero gdy oni skończyli, więc czekając na niego, Mako wyciągnął procę i ostrożnie zajął pozycję.

Majestatyczna dzwonnica wznosiła się po drugiej stronie ulicy, odrobinę na lewo. Wysoko położone wąskie okna wydawały się odległe.

– Trafiasz stąd w dzwon z procy? – odezwała się Ila. – Wątpię, czy ja trafiłabym z łuku!

– A na dodatek zostawiłabyś ślad w postaci strzały – odparł Mako. – Kamień mniej rzuca się w oczy. Poza tym strzała raczej nie wytworzyłaby właściwego dźwięku.

– No ale trzy razy z rzędu?

Mako się uśmiechnął.

– Znasz mnie. Ja nie pudłuję.

Gdyby tylko taką smykałkę jak do procy miał do miecza i łuku… Może wtedy nie musiałby liczyć na związanie z właściwym opiekunem, żeby trafić do wojska.

Tuck zbliżył się i zagwizdał cicho.

– To stąd trafiłeś w zeszłym roku?

– On nie pudłuje – oznajmiła Ila.

– Jasne, ale okna są trzy piętra nad nami, do tego po drugiej stronie ulicy. A przecież trzeba w nie trafić i uderzyć prosto w dzwon. Byłbym pod wrażeniem, gdybyś trafiał raz na dwadzieścia prób. Jeżeli potrafisz to robić na zawołanie, powinieneś sprzedawać bilety.

– Nie ma sensu czekać – szepnął Mako.

Stanął wyprostowany metr od krawędzi dachu. W jednej ręce trzymał gotową procę, a kciukiem drugiej powiódł po ciemnej, gładkiej powierzchni kamienia. Jedna strona była trochę bardziej płaska niż druga, ale ogólnie był on dobrze wyważony i miał idealny ciężar.

Mako widział w myślach właściwy tor pocisku. Zamierzał wystrzelić go po takim łuku, żeby mimo różnicy poziomów wleciał przez okno równolegle do ziemi. Wiedział, jak mocno zamachnąć się procą i kiedy wypuścić kamień.

Czuł, że Tuck i Ila wątpią, czy trafi choć raz, a co dopiero trzy razy. Zamierzał im pokazać, że są w błędzie. Odetchnął powoli. Cała sztuka polegała na tym, by słuchać instynktu. Kiedy Mako za dużo myślał, naturalna czynność strzelania z procy zaczynała mu się wydawać obca i tracił wiarę w swoją celność. Już dawno się przekonał, że najlepiej wyobrazić sobie po prostu tor pocisku, a potem dopasować ruchy do tej wizji.

Powietrze było nieruchome, na dachu panował spokój. Lepszej okazji nie będzie.

Mako szybko zakręcił procą nad głową i mocno wypuścił pocisk. Jeszcze zanim pierwszy kamień brzęknął w cel, już szykował następny. Proca zawirowała ponownie, drugi pocisk pofrunął po właściwym torze i wydobył z dzwonu głośny dźwięk, który słyszeli wszyscy.

Chłopak bez chwili namysłu załadował i wystrzelił jeszcze jeden kamień. Dzwon wybrzmiał po raz trzeci. Łącznie wszystkie trzy nuty idealnie naśladowały sygnał zwiastujący południe.

Mako padł na płask za jakieś beczki. Ila i Tuck przykucnęli nieopodal.

– Widziałem, słyszałem, ale wciąż nie wierzę – powiedział Tuck cicho.

– Kto to? – zapytała nerwowym szeptem Ila.

Odwróciwszy się, Mako kilka kroków dalej zobaczył czyjąś zdziwioną twarz spoglądającą na nich zza skrzyń. Była to twarz żylastego mężczyzny, brudnego i nieogolonego, z ustami wykrzywionymi w grymasie, który odsłaniał żółte zęby. Mężczyzna przeskoczył skrzynie, chwycił Ilę i przyłożył jej nóż do gardła.

– Nie zbliżać się – wysyczał do chłopaków z dzikim spojrzeniem.

Ila się szarpała, ale nieznajomy ścisnął mocniej, naprężając dobrze zarysowane mięśnie. Przycisnął krawędź noża do szyi dziewczyny.

– Nie ruszaj się, bo będzie po tobie – rozkazał.

– Nie rób jej krzywdy! – zawołał Mako.

Serce waliło mu jak szalone. Wystarczył drobny ruch, żeby ten brudny człowiek poderżnął Ili gardło. Mako przez całe życie słuchał ostrzeżeń przed tym, jak groźny bywa świat, a teraz one nagle się ziszczały, tutaj, na dachu, w teoretycznie bezpiecznym Paradinie.

Ila, dysząc ciężko, przestała się opierać.

– Czego chcesz? – zapytał drżącym głosem Tuck.

Mężczyzna parsknął i przygryzł dolną wargę. Wzrok miał rozbiegany.

– Spokoju, nic więcej.

– W takim razie wyciągnięcie noża to raczej kiepski pomysł – wypalił Mako.

Natychmiast się wzdrygnął, bo zrozumiał, że to nie czas na pyskowanie. Przez swój niewyparzony język ciągle pakował się w kłopoty.

– Nie cwaniakuj mi tu – ostrzegł mężczyzna. Jego nóż drżał.

– On nie ma aury – odezwała się Ila. – To nie Anoranin.

– Przestań gadać – warknął nieznajomy i potrząsnął dziewczyną.

Mako kiepsko sobie radził z wyczuwaniem aur, więc nie mógł zweryfikować stwierdzenia przyjaciółki. Wiedział jednak, że każdy Anoranin ma aurę wyczuwalną dla osób o określonej wrażliwości. A tego człowieka nigdy wcześniej nie widział.

– Co robisz na naszej górze? – zapytał Tuck.

– To moja sprawa – odparł nieznajomy.

– Halo! – zawołał ktoś z przeciwnej strony ulicy. – Co tam się dzieje?

Mako podniósł wzrok i zobaczył, że z okna dzwonnicy patrzy na nich jakaś kobieta.

– Ratunku! Nizinnik nas atakuje! – krzyknął Tuck.

Kobieta natychmiast zniknęła w oknie.

Mężczyzna warknął gardłowo. Na czole nabrzmiały mu żyły.

– Napytaliście sobie biedy, chłopcy – wycedził. – Wynocha z tego dachu!

– Nie ruszymy się bez Ili – odparł Mako.

– No to będziecie odpowiadali za jej śmierć. Nie oddam jej. Muszę mieć jak się wydostać z tej przeklętej góry.

– Rozumiem – powiedział Mako.

Wstęp na górę mieli tylko Anoranie. Wtargnięcie karano śmiercią. Mako próbował powstrzymać gonitwę myśli. Tyle razy wyobrażał sobie, że jest wielkim wojownikiem, marzył o zostaniu drugim Kexnerem Hale’em, a teraz po raz pierwszy naprawdę znalazł się w niebezpieczeństwie. Jeszcze się nawet nie związał z opiekunem – nie był gotowy na coś takiego! Ale czy Kexnera Hale’a by to powstrzymało?

– Weź mnie zamiast niej – zażądał Mako, bardzo się starając, żeby jego głos brzmiał pewnie i stanowczo.

– Mako, nie! – powiedziała Ila.

– Albo mnie – włączył się Tuck.

Nieznajomy pokręcił głową.

– Nie ma mowy, żebym szarpał się z tym dużym.

– No to mnie – nie ustępował Mako.

Mężczyzna się zawahał.

– Odłóż procę.

Mako oddał broń Tuckowi. Nieznajomy kiwnął głową na drugiego z chłopaków.

– Niech duży zejdzie na dół tak, jak przyszedł.

– Idź – poprosił Mako.

Tuck spojrzał na przyjaciela.

– Jesteś pewien?

Czy Mako rzeczywiście był pewien? Całe jego ciało dosłownie pulsowało ze strachu. Co w takiej sytuacji zrobiłby jego ojciec? Jaką decyzję podjąłby Kexner Hale? Czy jakiś wojownik był kiedykolwiek równie przestraszony przed podjęciem działania? Pewnie nie. Ale Mako nie mógł pozwolić, żeby ten człowiek skrzywdził Ilę. O siebie samego mógł się martwić później.

– Tak – potwierdził. – Idź.

Tuck zrobił parę kroków wstecz, a potem się odwrócił i ruszył na tył budynku.

– Na ziemię, młody – polecił nieznajomy. – Twarzą w dół.

– Mam na imię Mako – powiedział chłopak, kładąc się na dachu.

– Ręce do tyłu, Mako. I się nie ruszaj.

Mężczyzna pociągnął Ilę w stronę chłopaka, a potem ją puścił i odepchnął. Przykucnął, złapał Maka za włosy i przyłożył mu nóż do gardła.

– Nie rób tego, Mako – powiedziała Ila.

– Uciekaj – odparł chłopak. – Szybko.

– Chcesz pomóc koledze? – rzucił do niej mężczyzna. – To powiedz starszyźnie, że potrzebny mi wóz, który mnie zwiezie z góry. Wypuszczę Maka, kiedy się stąd wydostanę.

Ila się zawahała.

– Idź – poprosił Mako.

Dziewczyna pobiegła w stronę rynny.

Nieznajomy mocniej ścisnął chłopaka, wbijając mu kolano w plecy.

– Żadnych numerów, młody – powiedział cicho. – Jak chcesz wyjść z tego z życiem, to pomóż mi przeżyć.

– Rozumiem – odparł Mako. – Dziękuję, że wypuściłeś Ilę.

– Daruj sobie podziękowania. Przed nami długi dzień.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij