-
nowość
-
promocja
Opowiadania najlepsze - ebook
Opowiadania najlepsze - ebook
Najsłynniejsze opowiadania mistrza fantastyki, w tym 6 wyróżnionych nagrodą Hugo, 5 – nagrodą Locusa i 3 – nagrodą Nebula.
W tej antologii Harlana Ellisona znajdziecie historie pełne buntu, ironii, poezji i brutalnej szczerości. 8 z 19 zamieszczonych tutaj opowiadań ukazuje się po raz pierwszy po polsku.
To opowiadania, które burzyły konwencje i które wciąż powalają czytelników – od Kajaj się, Arlekinie – rzekł Tiktaktor i Nie mam ust, a muszę krzyczeć po Wszystkie kłamstwa, które są moim życiem. To nie jest zwykła lektura. To okazja do osobistego spotkania z wyjątkowym pisarzem, który nie bał się mówić głośno prawdy, nawet jeśli raniła.
W literaturze amerykańskiej nie było wcześniej – i nigdy już nie będzie – takiego pisarza. Gniewny, zabawny, elokwentny i ogromnie utalentowany. - Stephen King.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8338-648-5 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Twórczość Harlana Ellisona określała i kształtowała fantastykę naukową przez dziesiątki lat. Opowiadania i nowele Ellisona były inspiracją dla późniejszych pisarzy, a jego wpływ jest wciąż widoczny we współczesnej telewizji, kulturze i literaturze.
Jednakże choć te opowiadania są pod wieloma względami wyjątkowe, mogą zawierać anachroniczne koncepcje kulturowe i język. Prezentujemy je w ich oryginalnej formie. Mamy nadzieję, że będziecie się dobrze bawić, odkrywając je po raz pierwszy lub kolejny.PRZEDMOWA
J. MICHAEL STRACZYNSKI
Hej, ty!
Tak, ty!
Czuję twój ból. Wiem, przez co przechodzisz.
Myślisz sobie: „Jak to możliwe, że ja, podróżnik po najdalszych krańcach tego świata, znający tajne hasło wstępu do ukrytego miasta pod Dżakartą, wielekroć podróżujący z mnichami i prorokami z tuzina krajów, nad wiek oświecony i mądry, co skutecznie wykorzystałem przeciwko zabójcom wysłanym (na próżno), by zapobiec rozpowszechnieniu tej wiedzy, jak to możliwe, że dotychczas nie słyszałem o Harlanie Ellisonie?”.
Myślisz sobie: „Jak to możliwe, że ja, bon vivant ceniony przez biznesmenów, duchownych i polityków, zapraszany na najwspanialsze przyjęcia (włącznie z tymi, o których nikt nie powinien wiedzieć) (a szczególnie te), gdzie sztuka jest ceniona nade wszystko, nie znam dzieł autora, który napisał ponad 1700 opowiadań, nowel, scenariuszy telewizyjnych i artykułów, zdobywając przy tym więcej nagród, i to różnorodnych, niż którykolwiek inny pisarz, żywy, martwy lub zamieniony w zombi?”.
Myślisz sobie: „Jak ktoś tak politycznie i społecznie uświadomiony jak ja, ochoczo walczący z cenzurą, mizoginią, rasizmem oraz innymi społeczno-politycznymi paskudztwami, które zbyt długo stawiały nas pod ścianą, mógł przeoczyć opowieści człowieka, który maszerował z Martinem Lutherem Kingiem w Selmie, popierał sprawę feministek, wojował z sieciami telewizyjnymi i wydawcami o cenzurę, regularnie pojawiał się w programach telewizyjnych oraz miasteczkach uniwersyteckich, by potępiać korporacyjną chciwość, wyzysk artystów, korupcję na najwyższych szczeblach władzy, i był na liście wrogów co najmniej jednego prezydenta Stanów Zjednoczonych?”.
Jednak przede wszystkim myślisz sobie: „Czy jest ziarno prawdy w plotkach, że był elegantem i piekielnie dobrym tancerzem?”.
Tak… jak najbardziej.
A nie natrafiliście wcześniej na jego nazwisko z pewnego konkretnego powodu.
Harlan był obrazoburcą, wichrzycielem, podżegaczem i siłą natury, ale przede wszystkim był artystą uzbrojonym w bardzo klarowną wizję tego, w jaki sposób jego dzieła mają być publikowane, od okładki po rodzaj czcionki, jakość papieru i najdrobniejsze niuanse interpunkcji. Chociaż niektórzy wydawcy godzili się z tą wizją, zawsze wiązała się z walką, a zwycięstwa były nieustannie komplikowane przez wydawców, agentów oraz przypadkowych kopistów, którzy nie rozumieli lub po prostu nie dbali o zachowanie integralności dzieł i dlatego robili, co chcieli. Batalie Harlana o swobodę literacką, przeciwko korporacyjnej głupocie i zachłanności, były legendarne.
Jednak także wyczerpujące.
Spróbuj być czempionem dobra swej epoki. Po pewnym czasie nawet najbardziej zdeterminowany z nas zechce wziąć wolny dzień, żeby posiedzieć na słońcu i poczytać książkę. (Wpadnij kiedyś do mnie, żeby wysłuchać opowieści o Harlanie, niesłownym wydawcy, martwym suśle, 213 cegłach, papeterii Donny’ego Osmonda i litewskim płatnym zabójcy).
Zamiast tracić czas, energię i zdrowie na boje z wydawcami, czyli marnować siły, które lepiej byłoby spożytkować na walkę w słusznej sprawie z cenzurą i niesprawiedliwością, Harlan zaczął wydawać swoje dzieła w ograniczonych nakładach pozwalających mu zachować nad nimi całkowitą kontrolę, od początku do końca. Były tak wspaniałe i piękne, że ich nieliczne zachowane egzemplarze zwykle są sprzedawane za tysiące dolarów.
Jednak Harlanowi nie chodziło o pieniądze. Nie oznacza to, że pieniądze są niedobre lub pisarzom nie powinno się płacić (kolejna nieustanna batalia), tylko że dla każdego artysty dzieło powinno mieć prymat nad zapłatą. Ponieważ kiedy się ukaże, nikogo nie obchodzi, ile zarobiłeś pieniędzy, jakim jeździsz samochodem lub jak uroczo wyglądasz w kapeluszu borsalino przekrzywionym w zawadiacki sposób. Liczy się jedynie jakość dzieła, ponieważ tylko ono przeżyje artystę.
Widzicie, Harlan był ateistą. Nie wierzył w życie pozagrobowe, w którym znajdziemy odkupienie lub przebaczenie błędów i przypadkowych okrucieństw popełnionych za życia. Wierzył, że należy starać się ulepszać człowieka tu i teraz, a nie w nieznanej otchłani po tamtej stronie. W imię tego poświęcał swoje pieniądze, bezpieczeństwo, a kilkakrotnie nawet narażał życie. Opowiadał się za prawami obywatelskimi i ograniczeniem prawa do posiadania broni wtedy, gdy było to niebezpieczne, w wyniku czego: a) ktoś strzelił do niego, gdy przemawiał przeciwko aktom przemocy z użyciem broni, b) z dumą maszerował u boku Martina Luthera Kinga w Selmie. Nieustannie współpracował ze zwalczającą cenzurę na świecie PEN International, za co otrzymał Nagrodę Silver Pen.
Harlan był także zagorzałym feministą, który usilnie starał się podnieść pozycję autorek science fiction w czasach, gdy ten gatunek był zdominowany przez mężczyzn. Jednym z przykładów jest Octavia Butler. Jednak jego zaangażowanie znacznie wykraczało poza zwykłą obronę i poparcie. W 1978 roku, w szczytowym momencie zmagań o wprowadzenie poprawki dotyczącej równouprawnienia (zmagań, które, co smutne i niewiarygodne, trwają do dziś), Harlan został zaproszony jako gość honorowy na ogromny konwent SF w Phoenix w Arizonie. Gdy Arizona zagłosowała za odmową ratyfikacji tej poprawki, a Narodowa Organizacja Kobiet ogłosiła bojkot ekonomiczny, zamiast nie brać udziału w tym zlocie, bo rozczarowałoby to tysiące fanów, postanowił podjąć jednoosobową akcję protestacyjną, a mianowicie nie wydać w Arizonie ani pensa. Wynajął kamper, załadował do niego mnóstwo gotowych dań i hektolitry butelkowanej wody (przez całe życie był abstynentem), po czym pojechał z Los Angeles do Phoenix i zatankował przed przekroczeniem granicy stanu. Odmówił skorzystania z proponowanego mu na koszt organizatorów konwentu pokoju hotelowego i spędził najgorętszy tydzień najskwarniejszego od bardzo dawna lata w Phoenix w maleńkim kamperze, przez cały czas ściśle współpracując z Narodową Organizacją Kobiet oraz wyjaśniając prasie bojkot Arizony i jego powód.
Dla Harlana nie liczyło się to, że ktoś mówił, że w coś wierzy. Istotne było to, w jakim stopniu ten ktoś był gotowy się narazić, zaryzykować działanie, zająć stanowisko wtedy, gdy była to najtrudniejsza decyzja z możliwych. W takich chwilach dowiadujesz się, kim naprawdę jesteś. Dlatego przemawiał przeciwko rasizmowi i mizoginii nie tylko w miasteczkach uniwersyteckich, ale na posiedzeniach korporacji, na ulicach Selmy i w gabinetach dyrektorów sieci telewizyjnych. Nieważne, jeśli w rezultacie tracił zlecenia. To było słuszne, więc to robił. Tę samą zasadę stosował w pracy. W swoich opowiadaniach poruszał kontrowersyjne i postępowe tematy w sposób, o jakim przedtem nikt nawet nie pomyślał. Takie podejście doprowadziło do narodzin nowofalowej fantastyki naukowej, co na zawsze zmieniło ten gatunek literatury.
Wszystko to okrężną drogą prowadzi do odpowiedzi na pytania postawione na początku tej przedmowy. Nie słyszeliście o Harlanie Ellisonie, ponieważ dokonawszy tych niezwykłych rzeczy, ostatnie trzy dekady swego życia spędził na iście salingerowskim wygnaniu ze świata literatury głównego nurtu. Właśnie w tym czasie Harlan stał się moim przyjacielem, chociaż poprzez jego twórczość znałem go od wielu lat, podczas których zupełnie nieświadomie był moim mentorem. Jego odwaga i wytrwałość dodawały mi sił, jego mądrość budziła szacunek, lojalność inspirowała, a ekscentryczność irytowała mnie, ale nigdy nie zrażała, ponieważ zawsze i niezmiennie miał serce we właściwym miejscu.
Teraz, po jego niedawnej śmierci, w której wyniku wyznaczono mnie zarządcą fundacji Harlana i Susan Ellisonów, czas przypomnieć światu zbiór jego najlepszych, pełnych życia i często kontrowersyjnych opowiadań, wciąż stanowiących wyzwanie dla czytelników i może nawet jeszcze bardziej ważnych niż kiedyś.
Są to opowiadania o zachwycie, utracie, miłości, tęsknocie, grozie i radości, napisane z głębokim przekonaniem, że możemy i powinniśmy być lepsi, niż jesteśmy.
Przeważnie są to opowiadania z pazurem. Nawet te zabawne.
Szczególnie te zabawne.
Dotychczas nie słyszeliście o Harlanie Ellisonie.
Nic nie szkodzi.
Ponieważ podróż do nieznanych światów, które stworzył, znów się zaczyna, już teraz, na następnych stronach.
Szczęśliwej podróży!Kajaj się, Arlekinie — rzekł Tiktaktor
Zawsze są tacy, którzy pytają, o co w tym wszystkim chodzi. Tym, którzy muszą pytać, którzy potrzebują kropki nad i oraz chcą wiedzieć, w czym rzecz, przypominam:
Tak więc ogromna większość ludzi służy państwu raczej nie jako osoby, lecz maszyny mające ciała. Są zbrojną armią, pospolitym ruszeniem, klucznikami, konstablami, oddziałami pościgowymi i tak dalej. Przeważnie nie korzystają ze swobody wyboru w kwestii osądu czy moralności; przez to zrównują się poziomem z drewnem, ziemią i kamieniami; a zapewne można by produkować drewnianych ludzi, którzy równie dobrze spełnialiby te zadania. Tacy nie budzą większego szacunku niż ludzie ze słomy lub gliny. Są tyleż samo warci, co konie i psy. Nawet jednak oni są uważani za dobrych obywateli. Inni — w większości ustawodawcy, politycy, prawnicy, ministrowie i urzędnicy — służą państwu głównie swoimi umysłami, a ponieważ rzadko miewają moralne dylematy, równie dobrze mogą nieświadomie służyć diabłu, co Bogu. Bardzo nieliczni — herosi, patrioci, męczennicy, szeroko pojęci reformatorzy i _ludzie_, służą państwu także swymi sumieniami, tak więc z konieczności stawiają mu opór i przeważnie są traktowani przezeń jak wrogowie.
Henry David Thoreau
_O obywatelskim nieposłuszeństwie_
Oto sedno sprawy. Teraz zacznijmy od środka, a później poznamy początek; koniec sam o siebie zadba.
Ponieważ ten świat był, jaki był, taki, jakiemu pozwolili się stać, całymi miesiącami te działania nie zwróciły uwagi i nie zaniepokoiły Tych, Którzy Utrzymują Machinę w Ruchu — tych, którzy smarują najlepszym smarowidłem mimośrody i sprężyny napędowe systemu. I dopiero gdy było oczywiste, że w jakiś niewiadomy sposób stał się celebrytą, a może nawet bohaterem dla (jak to nieuchronnie nazwała Administracja) „rozchwianej emocjonalnie części społeczeństwa” — dopiero wtedy przekazano tę sprawę Tiktaktorowi i jego machinie prawnej. Tylko że wtedy, ponieważ ten świat był, jaki był, i w żaden sposób nie mogli przewidzieć pojawienia się kogoś takiego — jakby zarazka dawno zwalczonej choroby, niespodziewanie odrodzonej w organizmie, który stracił już nań odporność — pozwolono mu stać się aż nadto rzeczywistym. Teraz miał formę i treść.
Stał się osobowością, czymś, co odfiltrowali z systemu kilkadziesiąt lat temu. A jednak pojawił się i był — bardzo konkretna i imponująca osobowość. W pewnych kręgach — głównie klasy średniej — uznano to za niesmaczne. Wulgarnie ostentacyjne. Anarchistyczne. Haniebne. W innych tylko szydzono; w tych kręgach, w których myśl jest podporządkowana formie i rytuałowi, niuansom i dobrym manierom. Ale w niższych, na dole, gdzie ludzie zawsze potrzebowali świętych i grzeszników, chleba i igrzysk, swoich bohaterów i łotrów, tam uważano go za Bolívara, Robin Hooda, Dicka Bonga (Asa nad Asami), Jezusa lub Jomo Kenyattę.
A na górze — gdzie każdy wstrząs, każde drgnięcie grozi wywróceniem łodzi i pozbawieniem bogatych władzy — uważano go za wywrotowca, heretyka, rebelianta, niegodziwca, zagrożenie. Był powszechnie znany na wszystkich szczeblach drabiny społecznej, ale istotne były reakcje tych na górze i tych na dole. Na samym szczycie i na samym dnie.
Tak więc jego akta, wraz z chronokartą i kardiopłytą, przekazano do biura Tiktaktora.
Tiktaktor: mający ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, często milczący, cicho mruczący, gdy wszystko było na czas. Tiktaktor.
Nawet w tych gabinetach hierarchów, gdzie strach generowano, a rzadko odczuwano, nazywano go Tiktaktorem. Nikt jednak nie ośmielał się tak do niego zwracać.
Nie zwracasz się do człowieka po imieniu, którego nienawidzi, gdy ten człowiek, skryty za swoją maską, może anulować minuty, godziny, dni i noce, lata twojego życia. Tak więc nazywano go Najwyższym Temporatorem. Tak było bezpieczniej.
— Tu jest, czym on jest — rzekł Tiktaktor z nieudawaną łagodnością — ale nie kim. Na chronokarcie, którą trzymam w lewej ręce, jest nazwisko, lecz ono mówi, czym, a nie kim on jest. Kardiopłyta, którą trzymam w prawej ręce, również nosi nazwę, lecz nie kogoś, a tylko czegoś. Zanim będę mógł wykonać przepisowe anulowanie, muszę wiedzieć, kim to jest.
A do swojego personelu, wszystkich tych donosicieli, wazeliniarzy i obiboków, rzekł:
— Kim jest ten Arlekin?
Nie pomrukiwał łagodnie. Zazgrzytały tryby czasu.
Była to jednakże najdłuższa jednorazowa wypowiedź, jaką kiedykolwiek od niego usłyszeli — cały jego personel: kapusie, siepacze, donosiciele, wazeliniarze, tylko nie obiboki, bo ci zwykle i tak gdzieś się szwendali. Ale nawet oni pospieszyli szukać odpowiedzi.
Kim jest ten Arlekin?
Wysoko nad trzecim poziomem miasta przycupnął na skrzypiącej, obudowanej aluminium platformie łodzi powietrznej (Phi! Łódź powietrzna, akurat! Tak naprawdę roztelepany rzęch z przymocowanym silnikiem holownika) i spojrzał na rozmieszczone równo jak na obrazie Mondriana zabudowania.
Gdzieś w pobliżu rozbrzmiewało rytmiczne lewa–prawa–lewa człapanie tenisówek zmiany maszerującej o 14:47 do fabryki łożysk tocznych Timkina. Dokładnie minutę później usłyszał cichsze prawa–lewa–prawa wracającej do domów załogi z 5:00.
Na jego ogorzałej twarzy pojawił się figlarny uśmiech, na moment uwidaczniający dołeczki w policzkach. Następnie podrapał się po pokrytej strzechą kasztanowych włosów głowie i poruszył ramionami w swym błazeńskim stroju, jakby przygotowując się na to, co miało nadejść, po czym pchnął dżojstik i pochylił się na wiatr, gdy łódź powietrzna runęła w dół. Prześliznął się nad ruchomym chodnikiem tak, by zwichrzyć kitki modnisiom, a potem wetknął kciuki w swe wielkie uszy, wystawił język, przewrócił oczami i zapiszczał jak przepracowana maszyna. To była maleńka dywersja. Jedna osoba potknęła się i upadła, rozrzucając pakunki na wszystkie strony; inna się posikała, a jeszcze inna zemdlała i chodnik zatrzymał się automatycznie, żeby obsługa mogła ją zresuscytować. To była maleńka dywersja.
Potem wykręcił, odlatując na zbłąkanym podmuchu wiatru, i znikł. Hej-ho! Gdy omijał gzyms gmachu Instytutu Badań nad Przepływem Czasu, ujrzał zmianę wchodzącą właśnie na chodnik. W wyćwiczony sposób, z idealną oszczędnością ruchów, weszli na wolny pas i (rzędem przypominającym zespół rewiowy z filmu Busby’ego Berkeleya z przedpotopowych lat trzydziestych) ostrożnie przesunęli się w poprzek pasm, aż dotarli na ekspresowe.
I znów, w przewidywaniu dalszego ciągu, pojawił się ten figlarny uśmiech, który ukazywał brak trzonowca po lewej stronie. Zanurkował i ślizgiem poleciał ku nim, a potem, kuląc się w łodzi, wyjął zatyczki klap, zapobiegające przedwczesnemu uwolnieniu ładunku z pojemników domowej roboty. Kiedy je wyciągał, łódź powietrzna przelatywała właśnie nad robotnikami i na ekspresowy pas spłynęła kaskada żelków warta sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów.
Żelki! Miliony i miliardy purpurowych, żółtych, zielonych, lukrecjowych, winogronowych, malinowych i miętowych kulek, gładkich i chrupiących z zewnątrz, a miękkich i słodkich w środku, podskakujących, turkoczących, toczących się, grzechoczących i stukoczących, spadały na głowy i ramiona, na kaski i kombinezony robotników Timkina, pobrzękiwały na chodniku, odbijały się i turlały pod nogami, po drodze wypełniały niebo wszystkimi kolorami radości, dzieciństwa i wakacji, spadały ulewnym deszczem, wartkim potokiem barw i słodkości wprost z niebios, wnosiły w ten świat rozwagi i ustalonego porządku rozszalałą kukułczą nowość. Żelki!
Zasypywani nimi robotnicy buczeli, śmiali się i złamali szyk, a żelki dostały się do mechanizmu ruchomych chodników, po czym rozległ się potworny pisk jakby miliona paznokci skrobiących ćwierć miliona tablic, później zgrzyty i trzaski, a potem wszystkie chodniki gwałtownie się zatrzymały i wszyscy pospadali z nich w tę czy tamtą stronę, tworząc niesamowity galimatias, wciąż jeszcze śmiejąc się i wrzucając do ust drobne perełki żelków w pastelowych kolorach. To było święto, radość, zupełne szaleństwo, chichot. Jednak…
Zmiana opóźniła się o siedem minut.
Robotnicy wrócili do domów siedem minut później.
Realizacja ogólnego harmonogramu przesunęła się o siedem minut.
Limity zostały przekroczone z powodu niedziałających chodników o siedem minut.
Obalił pierwszą kostkę domina w szeregu i — klik, klik, klik — wszystkie pozostałe też się wywróciły.
System zarobił siedem minut przerwy w funkcjonowaniu. Drobna sprawa, niewarta uwagi, ale w społeczeństwie, którego głównymi siłami napędowymi były porządek, jedność, równość oraz sprawne i punktualne działanie, a upływowi czasu oddawano boską cześć, była to prawdziwa katastrofa.
Dlatego kazano mu się stawić przed Tiktaktorem. Nadano tę wiadomość na wszystkich kanałach sieci. Kazano mu się stawić tam o 19:00 — i to cholernie punktualnie. Czekali na niego i czekali, ale nie pokazał się do dziesiątej trzydzieści i dopiero wtedy odśpiewał krótką piosenkę o świetle księżyca nad jakimś miejscem, o którym nikt nigdy nie słyszał, zwanym Vermontem, po czym ponownie zniknął. Ale oni wszyscy czekali na niego od siódmej, więc diabli wzięli ich harmonogramy. Nadal więc pozostawało aktualne pytanie: kim jest ten Arlekin?
Jednak niezadanym (i ważniejszym) pytaniem było: jak to się stało, że roześmiany, nieodpowiedzialny, wygadujący bzdury dowcipniś był w stanie naruszyć cały nasz kulturalny i ekonomiczny ład za pomocą żelków za sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów…
Na miłość boską, żelki! Czyste szaleństwo! Skąd wziął pieniądze na to, by kupić żelki za sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów? (Wiedzieli, że to musiało tyle kosztować, bo mieli zespół analityków sytuacji, których oderwano od innych zadań i skierowano na miejsce zdarzenia, żeby zebrali i policzyli słodycze oraz sformułowali wnioski, przez co zostały zaburzone ich harmonogramy, a cały ich wydział stracił co najmniej dzień). Żelki! Żelki? Zaczekajcie chwilę — jedną rozliczaną sekundę — przecież nikt ich już nie produkuje od ponad stu lat. Więc skąd on je wziął?
Oto następne dobre pytanie. I najprawdopodobniej nigdy nie otrzymamy na nie w pełni satysfakcjonującej odpowiedzi. No dobrze, ale na ile pytań je otrzymujemy?
Tak więc znacie środek. A oto początek. Zaczyna się tak:
Terminarz biurowy. Dzień po dniu, na każdy kartka. 9:00 — otworzyć pocztę. 9:45 — spotkanie z komisją planowania. 10:30 — omówić z J.L. wykresy postępów procesu instalacji. 11:45 — modlitwa o deszcz. 12:00 — lunch. I tak dalej.
„Przykro mi, panno Grant, lecz czas na rozmowę był wyznaczony na 14:30, a teraz jest prawie piąta. Przykro mi, że pani się spóźniła, ale takie są zasady. Będzie pani musiała poczekać do następnego roku, aby złożyć podanie o przyjęcie do college’u”. I tak dalej.
Podmiejski z 10:10 staje w Cresthaven, Galesville, Tonawanda Junction, Selby i Farnhurst, ale nie w Indiana City, Lucasville i Colton, z wyjątkiem niedziel. Pospieszny z 10:35 zatrzymuje się w Galesville, Selby i Indiana City, z wyjątkiem niedziel i świąt, kiedy staje… I tak dalej.
„Nie mogłam czekać, Fred. Miałam być u Pierre’a Cartaina o 15:00, a ty powiedziałeś, że spotkamy się o 14:45 pod zegarem na stacji, ale cię nie było, więc musiałam iść. Zawsze się spóźniasz, Fred. Gdybyś tam był, moglibyśmy się złożyć, ale skoro tak, to cóż, zamówiłam sama”. I tak dalej.
„Drodzy Państwo Atterley. Obawiam się, że ze względu na notoryczne spóźnienia państwa syna, Geralda, będziemy zmuszeni zawiesić go w prawach ucznia, jeśli nie zostanie wprowadzona inna, skuteczniejsza metoda gwarantująca jego punktualne przychodzenie na lekcje. Przyznaję, że jest on bardzo zdolnym uczniem i uzyskuje wysokie oceny, lecz ustawiczne naruszanie przez niego harmonogramu podważa sens jego dalszego pobytu w szkole, w której inne dzieci potrafią stawiać się na czas tam, gdzie być powinne…” I tak dalej.
Nie możesz głosować, jeśli nie stawisz się o 8:45.
„Nie obchodzi mnie to, czy ten tekst jest _dobry_! Ja go potrzebuję na czwartek!”
Koniec pracy o 14:00.
„Spóźnił się pan. Przyjęliśmy już kogoś na to stanowisko. Przykro mi”.
„Potrącono panu z pensji za dwudziestominutowe spóźnienie”.
„Boże, która to godzina? Muszę lecieć!”
I tak dalej. I tak dalej. I tak dalej. Dalej dalej dalej dalej dalej tik tak tik tak tik tak aż pewnego dnia już nie czas nam służy, lecz my służymy jemu i jesteśmy niewolnikami harmonogramu, czcicielami ruchu słońca na niebie, skazanymi na życie oparte na restrykcjach, ponieważ system nie mógłby funkcjonować, gdybyśmy nie przestrzegali ściśle harmonogramów.
Aż wreszcie spóźnienie staje się czymś więcej, niż tylko drobną niedogodnością. Staje się grzechem. Później przestępstwem. A później zbrodnią karaną tak:
Od północy 15 lipca 2389 roku biuro Najwyższego Temporatora nakazuje wszystkim obywatelom przedłożyć chronokarty i kardiopłyty do modernizacji. Zgodnie z ustawą nr 555-7-SGH-999 regulującą zasady anulowania czasu per capita wszystkie kardiopłyty zostaną przypisane ich właścicielom i…
W ten sposób wprowadzono system regulacji długości życia przysługującego każdemu obywatelowi. Jeśli ktoś spóźnił się dziesięć minut, tracił dziesięć minut życia. Godzina powodowała proporcjonalnie większą stratę. Jeśli ktoś był ustawicznie spóźnialski, pewnego niedzielnego wieczora otrzymywał od Najwyższego Temporatora zawiadomienie, że jego czas się skończył i zostanie „wyłączony” w samo południe w poniedziałek, zatem pana, panią lub biseksa uprasza się o uporządkowanie swoich spraw.
Tak więc dzięki temu prostemu racjonalnemu podejściu (przy wykorzystaniu pewnego procesu naukowego trzymanego w ścisłej tajemnicy przez biuro Tiktaktora) system działał bez zakłóceń. To był jedyny racjonalny sposób. W końcu tak nakazywał patriotyzm. Trzeba było przestrzegać harmonogramów. W końcu przecież była wojna!
Tylko czy nie trwała ona zawsze?
— Ależ to naprawdę niesmaczne — powiedział Arlekin, gdy Piękna Alicja pokazała mu list gończy. — Niesmaczne i wysoce niestosowne. Ostatecznie przecież to nie Dziki Zachód. List gończy!
— Wiesz — zauważyła Alicja — że mówiąc tak, przeginasz.
— Przepraszam — rzekł pokornie Arlekin.
— Nie musisz przepraszać. Wciąż powtarzasz to swoje „przepraszam”. To naprawdę bardzo smutne, że masz takie ogromne poczucie winy, Everett.
— Przepraszam — powtórzył i zacisnął wargi tak, że na moment w jego policzkach pojawiły się dołki. Wcale nie chciał tego powiedzieć. — Muszę znów wyjść. Mam coś do załatwienia.
Alicja z trzaskiem odstawiła kubek z kawą na kontuar.
— Everett, na miłość boską! Nie mógłbyś zostać w domu choć przez jeden wieczór? Musisz ciągle wychodzić w tym upiornym błazeńskim stroju i włóczyć się, denerwując ludzi?
— Prze… — Urwał i z cichym pobrzękiwaniem dzwoneczków wcisnął czapkę błazna na strzechę kasztanowych włosów. Wstał, spłukał pod kranem kubek po kawie i wstawił go na chwilę do suszarki. — Muszę iść.
Nic nie odpowiedziała. Właśnie zamruczał faks, więc wyjęła z niego kartkę, przeczytała i rzuciła na kontuar przed nim.
— To o tobie. Oczywiście. Jesteś śmieszny.
Szybko przeczytał wiadomość. Głosiła, że Tiktaktor próbuje go zlokalizować. Nie przejął się tym; wychodził, żeby znów się spóźnić. W drzwiach, szukając jakiegoś celnego ostatniego słowa, rzucił jeszcze urażony:
— No cóż, mówiąc tak, ty też przeginasz!
Piękna Alicja uniosła śliczne oczy ku niebu.
— Jesteś śmieszny.
Arlekin wymaszerował, próbując trzasnąć drzwiami, lecz te zamknęły się i zaryglowały z zaledwie cichym westchnieniem.
Kiedy Piękna Alicja usłyszała delikatne pukanie, wstała, wzdychając ze zniecierpliwieniem, i otworzyła drzwi. Stał tam.
— Wrócę około wpół do jedenastej, dobrze?
Zrobiła smutną minę.
— Po co mi to mówisz? Po co? Przecież wiesz, że się spóźnisz! Wiesz! Zawsze się spóźniasz, więc dlaczego mówisz mi takie głupoty?
Zamknęła drzwi.
Po ich drugiej stronie Arlekin pokiwał głową. „Ma rację. Zawsze ma rację. Spóźnię się. Zawsze się spóźniam. Dlaczego opowiadam jej takie głupoty?”
Wzruszył ramionami i wyszedł, żeby jeszcze raz się spóźnić.
Odpalił fajerwerki, które ułożyły się w napis: Przybędę na 115 rocznicę powołania Międzynarodowego Towarzystwa Medycznego punktualnie o 20:00. Mam nadzieję, że będziecie mogli do mnie się przyłączyć.
Te słowa zapłonęły na niebie i oczywiście funkcjonariusze czekali tam w zasadzce. Naturalnie założyli, że się spóźni. A on przybył dwadzieścia minut wcześniej, kiedy rozpinali pajęcze sieci, które miały go złapać i przytrzymać. Dmąc w wielki róg, tak ich przeraził i zdenerwował, że te lepkie pajęczyny zamknęły się na nich z mlaśnięciem i uniosły ich wierzgających i wrzeszczących nad scenę amfiteatru. Arlekin zaś zanosił się śmiechem i wylewnie ich przepraszał. Szacowne konklawe medyków pękało ze śmiechu, przyjmując przeprosiny Arlekina z teatralnymi ukłonami i gestami. I doskonale bawili się wszyscy, którzy uznali Arlekina za zwykłego dowcipnisia w łaciatych gatkach; wszyscy prócz funkcjonariuszy Tiktaktora, uniesionych w powietrzu jak ładunek portowego dźwigu, wiszących nad sceną amfiteatru w najbardziej niestosowny sposób.
(W innej części tego samego miasta, w którym Arlekin prowadził swoje działania, niejaki Marshall Delehanty otrzymał z biura Tiktaktora zawiadomienie o wyłączeniu, co nie miało absolutnie żadnego związku z tym, o czym tu mówimy, a jedynie ilustrowało znaczenie i potęgę Tiktaktora. Żona adresata odebrała to zawiadomienie od sługusa, który doręczył je z tradycyjnym „wyrazem smutku” obrzydliwie przylepionym do twarzy. Wiedziała, co to jest, nawet bez otwierania. Sens tego liściku miłosnego był doskonale znany każdemu. Jęknęła, trzymając zawiadomienie tak, jakby było szalką z kolonią wąglika, i modląc się, żeby nie było skierowane do niej. Niech ono będzie do Masha, pomyślała brutalnie, lecz realistycznie, lub do któregoś z dzieci, tylko nie do mnie, proszę, dobry Boże, nie do mnie. A potem je otworzyła i rzeczywiście było do Masha, więc jednocześnie poczuła przerażenie i ulgę. Następny żołnierz w szeregu padł.
— Marshall! — wrzasnęła. — Marshall! Anulacja! Marshall! O mój Boże, Marshall, cóż poczniemy, cóż poczniemy, Marshall omójbożemarshall…
I tej nocy z ich domu rozchodził się odgłos dartego papieru i strach, odór szaleństwa dobywał się przez komin, a oni nic, absolutnie nic nie mogli na to poradzić.
Jednak Marshall Delehanty próbował uciec. Wczesnym rankiem następnego dnia, gdy nadszedł czas wyłączenia, był głęboko w kanadyjskim lesie odległym o dwieście mil, gdy w biurze Tiktaktora skasowano jego kardiopłytę i uciekający Marshall Delehanty padł; jego serce przestało bić, krew zakrzepła w drodze do mózgu i był martwy jak głaz. Na mapie jego dzielnicy w gabinecie Tiktaktora zgasła jedna lampka, a jednocześnie rozesłano faksem stosowne zawiadomienie i wpisano Georgette Delehanty na listę zasiłkobiorców do czasu ponownego zamążpójścia. Co kończy tę dygresję i wyjaśnia wszystko, co trzeba, ale nie śmiejcie się, ponieważ to samo czekałoby Arlekina, gdyby Tiktaktor poznał kiedyś jego prawdziwe nazwisko. To nie jest zabawne.
Handlowy poziom miasta był zatłoczony czwartkowymi barwami kupujących. Kobiety miały na sobie kanarkowożółte chitony, a mężczyźni pseudotyrolskie stroje: zielonkawe, skórzane i obcisłe, oprócz bufiastych spodenek.
Gdy Arlekin pojawił się na dachu jeszcze nieukończonego Centrum Sprawnych Zakupów, trzymając róg przytknięty do swych zawadiacko uśmiechniętych warg, wszyscy pokazywali go palcami i wytrzeszczali oczy, a on ich zganił:
— Dlaczego pozwalacie im, by wam rozkazywali? Dlaczego pozwalacie, by was popędzali i poganiali? Korzystajcie z czasu! Poleńcie się trochę! Cieszcie się słońcem i wiatrem, pozwólcie, by życie niosło was własnym rytmem! Nie bądźcie niewolnikami czasu, bo to piekielny sposób umierania, powolny, stopniowy… Precz z Tiktaktorem!
Co to za świr? — zastanawiała się większość kupujących. Co to za świr och spóźnię się muszę już lecieć…
A ekipa budowlana Centrum otrzymała pilne polecenie z biura Najwyższego Temporatora; na dachu ich wieżowca znajduje się niebezpieczny przestępca znany jako Arlekin i wymagana jest niezwłoczna pomoc w jego ujęciu. Robotnicy odmówili, ponieważ straciliby czas i naruszyli harmonogram, lecz gdy Tiktaktor zdołał pociągnąć za odpowiednie sznurki rządowej machiny, otrzymali polecenie rzucenia roboty i złapania tego głupka na dachu. Tak więc ponad tuzin krzepkich robotników wszedł na platformy, uruchomił płyty antygrawitacyjne i wzniósł się w kierunku Arlekina.
Po sromotnie przegranym starciu (w którym, dzięki trosce Arlekina o ich bezpieczeństwo, nikt nie został ciężko ranny) robotnicy próbowali jeszcze się przegrupować i zaatakować go ponownie, ale było już za późno. Zniknął. Jednak to zdarzenie przykuło uwagę sporego tłumu i w rezultacie cykl zakupów został poważnie zakłócony na wiele, wiele godzin. W rezultacie zapotrzebowanie zmalało i podjęto specjalne działania przyspieszające cykl nabywczy przez resztę dnia, lecz ponieważ system utknął, a potem został podgoniony, sprzedano zbyt wiele zaworów pływakowych, a o wiele za mało kołyskowych, co obniżyło wskaźnik planowej sprzedaży i wymusiło ekspresową dostawę mnóstwa pojemników kasujących artykuły zwracane do sklepów, które zwykle potrzebowały jeden taki co trzy lub cztery godziny. Spieprzyły się dostawy, pokiełbasiły się przeładunki, aż w końcu odczuł to nawet przemysł ślizgaczowy.
— Nie wracajcie, dopóki go nie złapiecie! — powiedział Tiktaktor bardzo spokojnie, bardzo szczerze i niezwykle groźnie.
Użyli psów. Użyli dronów. Użyli analizy kardiopłyt. Użyli prowokatorów. Użyli przekupstwa. Użyli znakowania. Użyli zastraszania. Użyli prześladowań. Użyli tortur. Użyli kapusiów. Użyli policji. Użyli intensywnych poszukiwań. Użyli hipnozy. Użyli stymulatorów. Użyli daktyloskopii. Użyli antropometrii Bertillona. Użyli podstępów. Użyli zdrady. Użyli Raoula Mitgonga, lecz niewiele im pomógł. Użyli fizyki stosowanej. Użyli technik kryminologicznych.
I niech to szlag: złapali go.
Okazało się, że nazywa się Everett C. Marm i nie jest nikim specjalnym, tylko człowiekiem, który nie ma poczucia czasu.
— Kajaj się, Arlekinie! — rzekł Tiktaktor.
— Wypchaj się! — odparł z drwiącym uśmiechem Arlekin.
— W sumie spóźniłeś się o sześćdziesiąt trzy lata, pięć miesięcy, trzy tygodnie, dwa dni, dwanaście godzin, czterdzieści jeden minut, pięćdziesiąt dziewięć sekund i zero przecinek trzydzieści sześć tysięcy sto jedenaście mikrosekund. Zużyłeś wszystko, co miałeś, a nawet więcej. Zamierzam cię wyłączyć.
— Strasz kogoś innego. Wolę umrzeć niż żyć na tak głupim świecie z takim potworem jak ty.
— To moja praca.
— Ona cię przerasta. Jesteś tyranem. Nie masz prawa rozkazywać ludziom i zabijać ich, kiedy się spóźnią.
— Nie umiesz się przystosować. Nie potrafisz się dopasować.
— Rozwiąż mnie, to dopasuję pięść do twojej gęby.
— Jesteś nonkonformistą.
— To kiedyś nie było przestępstwem.
— Teraz jest. Żyjesz w świecie, który cię otacza.
— Nienawidzę go. Jest straszny.
— Nie wszyscy tak uważają. Większość ludzi lubi porządek.
— Nie ja i większość ludzi, których znam.
— To nieprawda. Myślisz, że jak cię złapaliśmy?
— To mnie nie obchodzi.
— Dziewczyna zwana Piękną Alicją powiedziała nam, kim jesteś.
— To kłamstwo.
— To prawda. Denerwujesz ją. Chce przynależeć; chce się dostosować; ja zamierzam cię wyłączyć.
— Zatem zrób to i przestań się ze mną spierać.
— Nie wyłączę cię.
— Jesteś idiotą!
— Kajaj się, Arlekinie! — rzekł Tiktaktor.
— Wypchaj się!
Tak więc posłali go do Coventry. A w Coventry popracowali nad nim. Zrobili mu to samo co Winstonowi Smithowi w _Roku 1984_, której to książki nikt z nich nie znał, ale te metody są stare jak świat, więc zastosowano je także wobec Everetta C. Marma, aż pewnego dnia, dużo później, Arlekin pojawił się w sieci, pozornie zawadiacki, z dołkami w policzkach i jasnymi oczami, i z zupełnie niewypranym mózgiem, i powiedział, że nie miał racji, że jest dobrze, naprawdę bardzo dobrze przynależeć i być zawsze na czas, bo inaczej nie ma nas, a wszyscy widzieli jego obraz na wielkich telebimach rozmieszczonych w całej dzielnicy i mówili sobie: No cóż, widzicie, a jednak był świrem, i jeśli nawet ten system działa w taki sposób, to pogódźmy się z tym, bo nie warto walczyć z władzą czy w tym wypadku z Tiktaktorem. Tak więc Everett C. Marm został załatwiony, a szkoda, ze względu na to, co wcześniej powiedział Thoreau, ale nie można zrobić omletu bez rozbicia paru jajek i podczas każdej rewolucji ginie kilka osób, które nie powinny, a jednak muszą zginąć, ponieważ tak już jest, lecz jeśli rezultatem jest choć niewielka zmiana, wydaje się to opłacalne. Albo, żeby wyrazić się jaśniej:
— Och, szanowny pan wybaczy… ja… hm… nie wiem, jak… hm… to… hm… powiedzieć, ale spóźnił się pan trzy minuty. Harmonogram jest trochę… hm… naruszony.
Uśmiechnął się, zakłopotany.
— To śmieszne! — mruknął Tiktaktor za swą maską. — Proszę sprawdzić swój zegarek.
A potem wszedł do swojego gabinetu, mamrocząc: No, no, no.