Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Opowiadania najlepsze - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 lutego 2026
4399 pkt
punktów Virtualo

Opowiadania najlepsze - ebook

 

Najsłynniejsze opowiadania mistrza fantastyki, w tym 6 wyróżnionych nagrodą Hugo, 5 – nagrodą Locusa i 3 – nagrodą Nebula.

W tej antologii Harlana Ellisona znajdziecie historie pełne buntu, ironii, poezji i brutalnej szczerości. 8 z 19 zamieszczonych tutaj opowiadań ukazuje się po raz pierwszy po polsku.

To opowiadania, które burzyły konwencje i które wciąż powalają czytelników – od Kajaj się, Arlekinie – rzekł Tiktaktor i Nie mam ust, a muszę krzyczeć po Wszystkie kłamstwa, które są moim życiem. To nie jest zwykła lektura. To okazja do osobistego spotkania z wyjątkowym pisarzem, który nie bał się mówić głośno prawdy, nawet jeśli raniła.

W literaturze amerykańskiej nie było wcześniej – i nigdy już nie będzie – takiego pisarza. Gniewny, zabawny, elokwentny i ogromnie utalentowany. - Stephen King.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8338-648-5
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Nota

Twór­czość Har­lana Elli­sona okre­ślała i kształ­to­wała fan­ta­stykę naukową przez dzie­siątki lat. Opo­wia­da­nia i nowele Elli­sona były inspi­ra­cją dla póź­niej­szych pisa­rzy, a jego wpływ jest wciąż widoczny we współ­cze­snej tele­wi­zji, kul­tu­rze i lite­ra­tu­rze.

Jed­nakże choć te opo­wia­da­nia są pod wie­loma wzglę­dami wyjąt­kowe, mogą zawie­rać ana­chro­niczne kon­cep­cje kul­tu­rowe i język. Pre­zen­tu­jemy je w ich ory­gi­nal­nej for­mie. Mamy nadzieję, że będzie­cie się dobrze bawić, odkry­wa­jąc je po raz pierw­szy lub kolejny.PRZEDMOWA

J. MICHAEL STRA­CZYN­SKI

Hej, ty!

Tak, ty!

Czuję twój ból. Wiem, przez co prze­cho­dzisz.

Myślisz sobie: „Jak to moż­liwe, że ja, podróż­nik po naj­dal­szych krań­cach tego świata, zna­jący tajne hasło wstępu do ukry­tego mia­sta pod Dża­kartą, wie­le­kroć podró­żu­jący z mni­chami i pro­ro­kami z tuzina kra­jów, nad wiek oświe­cony i mądry, co sku­tecz­nie wyko­rzy­sta­łem prze­ciwko zabój­com wysła­nym (na próżno), by zapo­biec roz­po­wszech­nie­niu tej wie­dzy, jak to moż­liwe, że dotych­czas nie sły­sza­łem o Har­la­nie Elli­so­nie?”.

Myślisz sobie: „Jak to moż­liwe, że ja, bon vivant ceniony przez biz­nes­me­nów, duchow­nych i poli­ty­ków, zapra­szany na naj­wspa­nial­sze przy­ję­cia (włącz­nie z tymi, o któ­rych nikt nie powi­nien wie­dzieć) (a szcze­gól­nie te), gdzie sztuka jest ceniona nade wszystko, nie znam dzieł autora, który napi­sał ponad 1700 opo­wia­dań, nowel, sce­na­riu­szy tele­wi­zyj­nych i arty­ku­łów, zdo­by­wa­jąc przy tym wię­cej nagród, i to róż­no­rod­nych, niż któ­ry­kol­wiek inny pisarz, żywy, mar­twy lub zamie­niony w zombi?”.

Myślisz sobie: „Jak ktoś tak poli­tycz­nie i spo­łecz­nie uświa­do­miony jak ja, ocho­czo wal­czący z cen­zurą, mizo­gi­nią, rasi­zmem oraz innymi spo­łeczno-poli­tycz­nymi paskudz­twami, które zbyt długo sta­wiały nas pod ścianą, mógł prze­oczyć opo­wie­ści czło­wieka, który masze­ro­wał z Mar­ti­nem Luthe­rem Kin­giem w Sel­mie, popie­rał sprawę femi­ni­stek, wojo­wał z sie­ciami tele­wi­zyj­nymi i wydaw­cami o cen­zurę, regu­lar­nie poja­wiał się w pro­gra­mach tele­wi­zyj­nych oraz mia­stecz­kach uni­wer­sy­tec­kich, by potę­piać kor­po­ra­cyjną chci­wość, wyzysk arty­stów, korup­cję na naj­wyż­szych szcze­blach wła­dzy, i był na liście wro­gów co naj­mniej jed­nego pre­zy­denta Sta­nów Zjed­no­czo­nych?”.

Jed­nak przede wszyst­kim myślisz sobie: „Czy jest ziarno prawdy w plot­kach, że był ele­gan­tem i pie­kiel­nie dobrym tan­ce­rzem?”.

Tak… jak naj­bar­dziej.

A nie natra­fi­li­ście wcze­śniej na jego nazwi­sko z pew­nego kon­kret­nego powodu.

Har­lan był obra­zo­burcą, wichrzy­cie­lem, pod­że­ga­czem i siłą natury, ale przede wszyst­kim był arty­stą uzbro­jo­nym w bar­dzo kla­rowną wizję tego, w jaki spo­sób jego dzieła mają być publi­ko­wane, od okładki po rodzaj czcionki, jakość papieru i naj­drob­niej­sze niu­anse inter­punk­cji. Cho­ciaż nie­któ­rzy wydawcy godzili się z tą wizją, zawsze wią­zała się z walką, a zwy­cię­stwa były nie­ustan­nie kom­pli­ko­wane przez wydaw­ców, agen­tów oraz przy­pad­ko­wych kopi­stów, któ­rzy nie rozu­mieli lub po pro­stu nie dbali o zacho­wa­nie inte­gral­no­ści dzieł i dla­tego robili, co chcieli. Bata­lie Har­lana o swo­bodę lite­racką, prze­ciwko kor­po­ra­cyj­nej głu­po­cie i zachłan­no­ści, były legen­darne.

Jed­nak także wyczer­pu­jące.

Spró­buj być czem­pio­nem dobra swej epoki. Po pew­nym cza­sie nawet naj­bar­dziej zde­ter­mi­no­wany z nas zechce wziąć wolny dzień, żeby posie­dzieć na słońcu i poczy­tać książkę. (Wpad­nij kie­dyś do mnie, żeby wysłu­chać opo­wie­ści o Har­la­nie, nie­słow­nym wydawcy, mar­twym suśle, 213 cegłach, pape­te­rii Donny’ego Osmonda i litew­skim płat­nym zabójcy).

Zamiast tra­cić czas, ener­gię i zdro­wie na boje z wydaw­cami, czyli mar­no­wać siły, które lepiej byłoby spo­żyt­ko­wać na walkę w słusz­nej spra­wie z cen­zurą i niespra­wiedliwością, Har­lan zaczął wyda­wać swoje dzieła w ogra­ni­czo­nych nakła­dach pozwa­la­ją­cych mu zacho­wać nad nimi cał­ko­witą kon­trolę, od początku do końca. Były tak wspa­niałe i piękne, że ich nie­liczne zacho­wane egzem­pla­rze zwy­kle są sprze­da­wane za tysiące dola­rów.

Jed­nak Har­la­nowi nie cho­dziło o pie­nią­dze. Nie ozna­cza to, że pie­nią­dze są nie­do­bre lub pisa­rzom nie powinno się pła­cić (kolejna nie­ustanna bata­lia), tylko że dla każ­dego arty­sty dzieło powinno mieć pry­mat nad zapłatą. Ponie­waż kiedy się ukaże, nikogo nie obcho­dzi, ile zaro­bi­łeś pie­nię­dzy, jakim jeź­dzisz samo­cho­dem lub jak uro­czo wyglą­dasz w kape­lu­szu bor­sa­lino prze­krzy­wio­nym w zawa­diacki spo­sób. Liczy się jedy­nie jakość dzieła, ponie­waż tylko ono prze­żyje arty­stę.

Widzi­cie, Har­lan był ate­istą. Nie wie­rzył w życie poza­gro­bowe, w któ­rym znaj­dziemy odku­pie­nie lub prze­ba­cze­nie błę­dów i przy­pad­ko­wych okru­cieństw popeł­nio­nych za życia. Wie­rzył, że należy sta­rać się ulep­szać czło­wieka tu i teraz, a nie w nie­zna­nej otchłani po tam­tej stro­nie. W imię tego poświę­cał swoje pie­nią­dze, bez­pie­czeń­stwo, a kil­ka­krot­nie nawet nara­żał życie. Opo­wia­dał się za pra­wami oby­wa­tel­skimi i ogra­ni­cze­niem prawa do posia­da­nia broni wtedy, gdy było to nie­bez­pieczne, w wyniku czego: a) ktoś strze­lił do niego, gdy prze­ma­wiał prze­ciwko aktom prze­mocy z uży­ciem broni, b) z dumą masze­ro­wał u boku Mar­tina Luthera Kinga w Sel­mie. Nie­ustan­nie współ­pra­co­wał ze zwal­cza­jącą cen­zurę na świe­cie PEN Inter­na­tio­nal, za co otrzy­mał Nagrodę Silver Pen.

Har­lan był także zago­rza­łym femi­ni­stą, który usil­nie sta­rał się pod­nieść pozy­cję auto­rek science fic­tion w cza­sach, gdy ten gatu­nek był zdo­mi­no­wany przez męż­czyzn. Jed­nym z przy­kła­dów jest Octa­via Butler. Jed­nak jego zaan­ga­żo­wa­nie znacz­nie wykra­czało poza zwy­kłą obronę i popar­cie. W 1978 roku, w szczy­to­wym momen­cie zma­gań o wpro­wa­dze­nie poprawki doty­czą­cej rów­no­upraw­nie­nia (zma­gań, które, co smutne i nie­wia­ry­godne, trwają do dziś), Har­lan został zapro­szony jako gość hono­rowy na ogromny kon­went SF w Pho­enix w Ari­zo­nie. Gdy Ari­zona zagło­so­wała za odmową raty­fi­ka­cji tej poprawki, a Naro­dowa Orga­ni­za­cja Kobiet ogło­siła boj­kot eko­no­miczny, zamiast nie brać udziału w tym zlo­cie, bo roz­cza­ro­wa­łoby to tysiące fanów, posta­no­wił pod­jąć jed­no­oso­bową akcję pro­te­sta­cyjną, a mia­no­wi­cie nie wydać w Ari­zo­nie ani pensa. Wyna­jął kam­per, zała­do­wał do niego mnó­stwo goto­wych dań i hek­to­li­try butel­ko­wa­nej wody (przez całe życie był abs­ty­nen­tem), po czym poje­chał z Los Ange­les do Pho­enix i zatan­ko­wał przed prze­kro­cze­niem gra­nicy stanu. Odmó­wił sko­rzy­sta­nia z pro­po­no­wa­nego mu na koszt orga­ni­za­to­rów kon­wentu pokoju hote­lo­wego i spę­dził naj­go­ręt­szy tydzień naj­skwar­niej­szego od bar­dzo dawna lata w Pho­enix w maleń­kim kam­perze, przez cały czas ści­śle współ­pra­cu­jąc z Naro­dową Orga­ni­za­cją Kobiet oraz wyja­śnia­jąc pra­sie boj­kot Ari­zony i jego powód.

Dla Har­lana nie liczyło się to, że ktoś mówił, że w coś wie­rzy. Istotne było to, w jakim stop­niu ten ktoś był gotowy się nara­zić, zary­zy­ko­wać dzia­ła­nie, zająć sta­no­wi­sko wtedy, gdy była to naj­trud­niej­sza decy­zja z moż­li­wych. W takich chwi­lach dowia­du­jesz się, kim naprawdę jesteś. Dla­tego prze­ma­wiał prze­ciwko rasi­zmowi i mizo­gi­nii nie tylko w mia­stecz­kach uni­wer­sy­tec­kich, ale na posie­dze­niach kor­po­ra­cji, na uli­cach Selmy i w gabi­ne­tach dyrek­to­rów sieci tele­wi­zyj­nych. Nie­ważne, jeśli w rezul­ta­cie tra­cił zle­ce­nia. To było słuszne, więc to robił. Tę samą zasadę sto­so­wał w pracy. W swo­ich opo­wia­da­niach poru­szał kon­tro­wer­syjne i postę­powe tematy w spo­sób, o jakim przed­tem nikt nawet nie pomy­ślał. Takie podej­ście dopro­wa­dziło do naro­dzin nowo­fa­lo­wej fan­ta­styki nauko­wej, co na zawsze zmie­niło ten gatu­nek lite­ra­tury.

Wszystko to okrężną drogą pro­wa­dzi do odpo­wie­dzi na pyta­nia posta­wione na początku tej przed­mowy. Nie sły­sze­li­ście o Har­la­nie Elli­so­nie, ponie­waż doko­naw­szy tych nie­zwy­kłych rze­czy, ostat­nie trzy dekady swego życia spę­dził na iście salin­ge­row­skim wygna­niu ze świata lite­ra­tury głów­nego nurtu. Wła­śnie w tym cza­sie Har­lan stał się moim przy­ja­cie­lem, cho­ciaż poprzez jego twór­czość zna­łem go od wielu lat, pod­czas któ­rych zupeł­nie nie­świa­do­mie był moim men­to­rem. Jego odwaga i wytrwa­łość doda­wały mi sił, jego mądrość budziła sza­cu­nek, lojal­ność inspi­ro­wała, a eks­cen­trycz­ność iry­to­wała mnie, ale ni­gdy nie zra­żała, ponie­waż zawsze i nie­zmien­nie miał serce we wła­ści­wym miej­scu.

Teraz, po jego nie­daw­nej śmierci, w któ­rej wyniku wyzna­czono mnie zarządcą fun­da­cji Har­lana i Susan Elli­so­nów, czas przy­po­mnieć światu zbiór jego naj­lep­szych, peł­nych życia i czę­sto kon­tro­wer­syj­nych opo­wia­dań, wciąż sta­no­wią­cych wyzwa­nie dla czy­tel­ni­ków i może nawet jesz­cze bar­dziej waż­nych niż kie­dyś.

Są to opo­wia­da­nia o zachwy­cie, utra­cie, miło­ści, tęsk­no­cie, gro­zie i rado­ści, napi­sane z głę­bo­kim prze­ko­na­niem, że możemy i powin­ni­śmy być lepsi, niż jeste­śmy.

Prze­waż­nie są to opo­wia­da­nia z pazu­rem. Nawet te zabawne.

Szcze­gól­nie te zabawne.

Dotych­czas nie sły­sze­li­ście o Har­la­nie Elli­so­nie.

Nic nie szko­dzi.

Ponie­waż podróż do nie­zna­nych świa­tów, które stwo­rzył, znów się zaczyna, już teraz, na następ­nych stro­nach.

Szczę­śli­wej podróży!Kajaj się, Arlekinie — rzekł Tiktaktor

Zawsze są tacy, któ­rzy pytają, o co w tym wszyst­kim cho­dzi. Tym, któ­rzy muszą pytać, któ­rzy potrze­bują kropki nad i oraz chcą wie­dzieć, w czym rzecz, przy­po­mi­nam:

Tak więc ogromna więk­szość ludzi służy pań­stwu raczej nie jako osoby, lecz maszyny mające ciała. Są zbrojną armią, pospo­li­tym rusze­niem, klucz­ni­kami, kon­sta­blami, oddzia­łami pości­go­wymi i tak dalej. Prze­waż­nie nie korzy­stają ze swo­body wyboru w kwe­stii osądu czy moral­no­ści; przez to zrów­nują się pozio­mem z drew­nem, zie­mią i kamie­niami; a zapewne można by pro­du­ko­wać drew­nia­nych ludzi, któ­rzy rów­nie dobrze speł­nia­liby te zada­nia. Tacy nie budzą więk­szego sza­cunku niż ludzie ze słomy lub gliny. Są tyleż samo warci, co konie i psy. Nawet jed­nak oni są uwa­żani za dobrych oby­wa­teli. Inni — w więk­szo­ści usta­wo­dawcy, poli­tycy, praw­nicy, mini­stro­wie i urzęd­nicy — służą pań­stwu głów­nie swo­imi umy­słami, a ponie­waż rzadko mie­wają moralne dyle­maty, rów­nie dobrze mogą nie­świa­do­mie słu­żyć dia­błu, co Bogu. Bar­dzo nie­liczni — herosi, patrioci, męczen­nicy, sze­roko pojęci refor­ma­to­rzy i _ludzie_, służą pań­stwu także swymi sumie­niami, tak więc z koniecz­no­ści sta­wiają mu opór i prze­waż­nie są trak­to­wani prze­zeń jak wro­go­wie.

Henry David Tho­reau

_O oby­wa­tel­skim nie­po­słu­szeń­stwie_

Oto sedno sprawy. Teraz zacznijmy od środka, a póź­niej poznamy począ­tek; koniec sam o sie­bie zadba.

Ponie­waż ten świat był, jaki był, taki, jakiemu pozwo­lili się stać, całymi mie­sią­cami te dzia­ła­nia nie zwró­ciły uwagi i nie zanie­po­ko­iły Tych, Któ­rzy Utrzy­mują Machinę w Ruchu — tych, któ­rzy sma­rują naj­lep­szym sma­ro­wi­dłem mimo­środy i sprę­żyny napę­dowe sys­temu. I dopiero gdy było oczy­wi­ste, że w jakiś nie­wia­domy spo­sób stał się cele­brytą, a może nawet boha­te­rem dla (jak to nie­uchron­nie nazwała Admi­ni­stra­cja) „roz­chwia­nej emo­cjo­nal­nie czę­ści spo­łe­czeń­stwa” — dopiero wtedy prze­ka­zano tę sprawę Tik­tak­to­rowi i jego machi­nie praw­nej. Tylko że wtedy, ponie­waż ten świat był, jaki był, i w żaden spo­sób nie mogli prze­wi­dzieć poja­wie­nia się kogoś takiego — jakby zarazka dawno zwal­czo­nej cho­roby, nie­spo­dzie­wa­nie odro­dzo­nej w orga­ni­zmie, który stra­cił już nań odpor­ność — pozwo­lono mu stać się aż nadto rze­czy­wi­stym. Teraz miał formę i treść.

Stał się oso­bo­wo­ścią, czymś, co odfil­tro­wali z sys­temu kil­ka­dzie­siąt lat temu. A jed­nak poja­wił się i był — bar­dzo kon­kretna i impo­nu­jąca oso­bo­wość. W pew­nych krę­gach — głów­nie klasy śred­niej — uznano to za nie­smaczne. Wul­gar­nie osten­ta­cyjne. Anar­chi­styczne. Haniebne. W innych tylko szy­dzono; w tych krę­gach, w któ­rych myśl jest pod­po­rząd­ko­wana for­mie i rytu­ałowi, niu­an­som i dobrym manie­rom. Ale w niż­szych, na dole, gdzie ludzie zawsze potrze­bo­wali świę­tych i grzesz­ni­ków, chleba i igrzysk, swo­ich boha­te­rów i łotrów, tam uwa­żano go za Bolívara, Robin Hooda, Dicka Bonga (Asa nad Asami), Jezusa lub Jomo Keny­attę.

A na górze — gdzie każdy wstrząs, każde drgnię­cie grozi wywró­ce­niem łodzi i pozba­wie­niem boga­tych wła­dzy — uwa­żano go za wywro­towca, here­tyka, rebe­lianta, nie­go­dziwca, zagro­że­nie. Był powszech­nie znany na wszyst­kich szcze­blach dra­biny spo­łecz­nej, ale istotne były reak­cje tych na górze i tych na dole. Na samym szczy­cie i na samym dnie.

Tak więc jego akta, wraz z chro­no­kartą i kar­dio­płytą, prze­ka­zano do biura Tik­tak­tora.

Tik­tak­tor: mający ponad metr osiem­dzie­siąt wzro­stu, czę­sto mil­czący, cicho mru­czący, gdy wszystko było na czas. Tik­tak­tor.

Nawet w tych gabi­ne­tach hie­rar­chów, gdzie strach gene­ro­wano, a rzadko odczu­wano, nazy­wano go Tik­tak­to­rem. Nikt jed­nak nie ośmie­lał się tak do niego zwra­cać.

Nie zwra­casz się do czło­wieka po imie­niu, któ­rego nie­na­wi­dzi, gdy ten czło­wiek, skryty za swoją maską, może anu­lo­wać minuty, godziny, dni i noce, lata two­jego życia. Tak więc nazy­wano go Naj­wyż­szym Tem­po­ra­to­rem. Tak było bez­piecz­niej.

— Tu jest, czym on jest — rzekł Tik­tak­tor z nie­uda­waną łagod­no­ścią — ale nie kim. Na chro­no­kar­cie, którą trzy­mam w lewej ręce, jest nazwi­sko, lecz ono mówi, czym, a nie kim on jest. Kar­dio­płyta, którą trzy­mam w pra­wej ręce, rów­nież nosi nazwę, lecz nie kogoś, a tylko cze­goś. Zanim będę mógł wyko­nać prze­pi­sowe anu­lo­wa­nie, muszę wie­dzieć, kim to jest.

A do swo­jego per­so­nelu, wszyst­kich tych dono­si­cieli, waze­li­nia­rzy i obi­bo­ków, rzekł:

— Kim jest ten Arle­kin?

Nie pomru­ki­wał łagod­nie. Zazgrzy­tały tryby czasu.

Była to jed­nakże naj­dłuż­sza jed­no­ra­zowa wypo­wiedź, jaką kie­dy­kol­wiek od niego usły­szeli — cały jego per­so­nel: kapu­sie, sie­pa­cze, dono­si­ciele, waze­li­nia­rze, tylko nie obi­boki, bo ci zwy­kle i tak gdzieś się szwen­dali. Ale nawet oni pospie­szyli szu­kać odpo­wie­dzi.

Kim jest ten Arle­kin?

Wysoko nad trze­cim pozio­mem mia­sta przy­cup­nął na skrzy­pią­cej, obu­do­wa­nej alu­mi­nium plat­for­mie łodzi powietrz­nej (Phi! Łódź powietrzna, aku­rat! Tak naprawdę roz­te­le­pany rzęch z przy­mo­co­wa­nym sil­ni­kiem holow­nika) i spoj­rzał na roz­miesz­czone równo jak na obra­zie Mon­driana zabu­do­wa­nia.

Gdzieś w pobliżu roz­brzmie­wało ryt­miczne lewa–prawa–lewa czła­pa­nie teni­só­wek zmiany masze­ru­ją­cej o 14:47 do fabryki łożysk tocz­nych Tim­kina. Dokład­nie minutę póź­niej usły­szał cich­sze prawa–lewa–prawa wra­ca­ją­cej do domów załogi z 5:00.

Na jego ogo­rza­łej twa­rzy poja­wił się figlarny uśmiech, na moment uwi­dacz­nia­jący dołeczki w policz­kach. Następ­nie podra­pał się po pokry­tej strze­chą kasz­ta­no­wych wło­sów gło­wie i poru­szył ramio­nami w swym bła­zeń­skim stroju, jakby przy­go­to­wu­jąc się na to, co miało nadejść, po czym pchnął dżoj­stik i pochy­lił się na wiatr, gdy łódź powietrzna runęła w dół. Prze­śli­znął się nad rucho­mym chod­ni­kiem tak, by zwi­chrzyć kitki mod­ni­siom, a potem wetknął kciuki w swe wiel­kie uszy, wysta­wił język, prze­wró­cił oczami i zapisz­czał jak prze­pra­co­wana maszyna. To była maleńka dywer­sja. Jedna osoba potknęła się i upa­dła, roz­rzu­ca­jąc pakunki na wszyst­kie strony; inna się posi­kała, a jesz­cze inna zemdlała i chod­nik zatrzy­mał się auto­ma­tycz­nie, żeby obsługa mogła ją zre­su­scy­to­wać. To była maleńka dywer­sja.

Potem wykrę­cił, odla­tu­jąc na zbłą­ka­nym podmu­chu wia­tru, i znikł. Hej-ho! Gdy omi­jał gzyms gma­chu Insty­tutu Badań nad Prze­pły­wem Czasu, ujrzał zmianę wcho­dzącą wła­śnie na chod­nik. W wyćwi­czony spo­sób, z ide­alną oszczęd­no­ścią ruchów, weszli na wolny pas i (rzę­dem przy­po­mi­na­ją­cym zespół rewiowy z filmu Busby’ego Ber­ke­leya z przed­po­to­po­wych lat trzy­dzie­stych) ostroż­nie prze­su­nęli się w poprzek pasm, aż dotarli na eks­pre­sowe.

I znów, w prze­wi­dy­wa­niu dal­szego ciągu, poja­wił się ten figlarny uśmiech, który uka­zy­wał brak trzo­nowca po lewej stro­nie. Zanur­ko­wał i śli­zgiem pole­ciał ku nim, a potem, kuląc się w łodzi, wyjął zatyczki klap, zapo­bie­ga­jące przed­wcze­snemu uwol­nie­niu ładunku z pojem­ni­ków domo­wej roboty. Kiedy je wycią­gał, łódź powietrzna prze­la­ty­wała wła­śnie nad robot­ni­kami i na eks­pre­sowy pas spły­nęła kaskada żel­ków warta sto pięć­dzie­siąt tysięcy dola­rów.

Żelki! Miliony i miliardy pur­pu­ro­wych, żół­tych, zie­lo­nych, lukre­cjo­wych, wino­gro­no­wych, mali­no­wych i mię­to­wych kulek, gład­kich i chru­pią­cych z zewnątrz, a mięk­kich i słod­kich w środku, pod­ska­ku­ją­cych, tur­ko­czą­cych, toczą­cych się, grze­cho­czą­cych i stu­ko­czą­cych, spa­dały na głowy i ramiona, na kaski i kom­bi­ne­zony robot­ni­ków Tim­kina, pobrzę­ki­wały na chod­niku, odbi­jały się i tur­lały pod nogami, po dro­dze wypeł­niały niebo wszyst­kimi kolo­rami rado­ści, dzie­ciń­stwa i waka­cji, spa­dały ulew­nym desz­czem, wart­kim poto­kiem barw i słod­ko­ści wprost z nie­bios, wno­siły w ten świat roz­wagi i usta­lo­nego porządku roz­sza­lałą kukuł­czą nowość. Żelki!

Zasy­py­wani nimi robot­nicy buczeli, śmiali się i zła­mali szyk, a żelki dostały się do mecha­ni­zmu rucho­mych chod­ni­ków, po czym roz­legł się potworny pisk jakby miliona paznokci skro­bią­cych ćwierć miliona tablic, póź­niej zgrzyty i trza­ski, a potem wszyst­kie chod­niki gwał­tow­nie się zatrzy­mały i wszy­scy pospa­dali z nich w tę czy tamtą stronę, two­rząc nie­sa­mo­wity gali­ma­tias, wciąż jesz­cze śmie­jąc się i wrzu­ca­jąc do ust drobne perełki żel­ków w paste­lo­wych kolo­rach. To było święto, radość, zupełne sza­leń­stwo, chi­chot. Jed­nak…

Zmiana opóź­niła się o sie­dem minut.

Robot­nicy wró­cili do domów sie­dem minut póź­niej.

Reali­za­cja ogól­nego har­mo­no­gramu prze­su­nęła się o sie­dem minut.

Limity zostały prze­kro­czone z powodu nie­dzia­ła­ją­cych chod­ni­ków o sie­dem minut.

Oba­lił pierw­szą kostkę domina w sze­regu i — klik, klik, klik — wszyst­kie pozo­stałe też się wywró­ciły.

Sys­tem zaro­bił sie­dem minut prze­rwy w funk­cjo­no­wa­niu. Drobna sprawa, nie­warta uwagi, ale w spo­łe­czeń­stwie, któ­rego głów­nymi siłami napę­do­wymi były porzą­dek, jed­ność, rów­ność oraz sprawne i punk­tu­alne dzia­ła­nie, a upły­wowi czasu odda­wano boską cześć, była to praw­dziwa kata­strofa.

Dla­tego kazano mu się sta­wić przed Tik­tak­to­rem. Nadano tę wia­do­mość na wszyst­kich kana­łach sieci. Kazano mu się sta­wić tam o 19:00 — i to cho­ler­nie punk­tu­al­nie. Cze­kali na niego i cze­kali, ale nie poka­zał się do dzie­sią­tej trzy­dzie­ści i dopiero wtedy odśpie­wał krótką pio­senkę o świe­tle księ­życa nad jakimś miej­scem, o któ­rym nikt ni­gdy nie sły­szał, zwa­nym Ver­mon­tem, po czym ponow­nie znik­nął. Ale oni wszy­scy cze­kali na niego od siód­mej, więc dia­bli wzięli ich har­mo­no­gramy. Na­dal więc pozo­sta­wało aktu­alne pyta­nie: kim jest ten Arle­kin?

Jed­nak nie­za­da­nym (i waż­niej­szym) pyta­niem było: jak to się stało, że roze­śmiany, nie­od­po­wie­dzialny, wyga­du­jący bzdury dow­cip­niś był w sta­nie naru­szyć cały nasz kul­tu­ralny i eko­no­miczny ład za pomocą żel­ków za sto pięć­dzie­siąt tysięcy dola­rów…

Na miłość boską, żelki! Czy­ste sza­leń­stwo! Skąd wziął pie­nią­dze na to, by kupić żelki za sto pięć­dzie­siąt tysięcy dola­rów? (Wie­dzieli, że to musiało tyle kosz­to­wać, bo mieli zespół ana­li­ty­ków sytu­acji, któ­rych ode­rwano od innych zadań i skie­ro­wano na miej­sce zda­rze­nia, żeby zebrali i poli­czyli sło­dy­cze oraz sfor­mu­ło­wali wnio­ski, przez co zostały zabu­rzone ich har­mo­no­gramy, a cały ich wydział stra­cił co naj­mniej dzień). Żelki! Żelki? Zacze­kaj­cie chwilę — jedną roz­li­czaną sekundę — prze­cież nikt ich już nie pro­du­kuje od ponad stu lat. Więc skąd on je wziął?

Oto następne dobre pyta­nie. I naj­praw­do­po­dob­niej ni­gdy nie otrzy­mamy na nie w pełni satys­fak­cjo­nu­ją­cej odpo­wie­dzi. No dobrze, ale na ile pytań je otrzy­mu­jemy?

Tak więc zna­cie śro­dek. A oto począ­tek. Zaczyna się tak:

Ter­mi­narz biu­rowy. Dzień po dniu, na każdy kartka. 9:00 — otwo­rzyć pocztę. 9:45 — spo­tka­nie z komi­sją pla­no­wa­nia. 10:30 — omó­wić z J.L. wykresy postę­pów pro­cesu insta­la­cji. 11:45 — modli­twa o deszcz. 12:00 — lunch. I tak dalej.

„Przy­kro mi, panno Grant, lecz czas na roz­mowę był wyzna­czony na 14:30, a teraz jest pra­wie piąta. Przy­kro mi, że pani się spóź­niła, ale takie są zasady. Będzie pani musiała pocze­kać do następ­nego roku, aby zło­żyć poda­nie o przy­ję­cie do col­lege’u”. I tak dalej.

Pod­miej­ski z 10:10 staje w Cre­stha­ven, Gale­sville, Tona­wanda Junc­tion, Selby i Farn­hurst, ale nie w Indiana City, Luca­sville i Col­ton, z wyjąt­kiem nie­dziel. Pospieszny z 10:35 zatrzy­muje się w Gale­sville, Selby i Indiana City, z wyjąt­kiem nie­dziel i świąt, kiedy staje… I tak dalej.

„Nie mogłam cze­kać, Fred. Mia­łam być u Pierre’a Car­ta­ina o 15:00, a ty powie­dzia­łeś, że spo­tkamy się o 14:45 pod zega­rem na sta­cji, ale cię nie było, więc musia­łam iść. Zawsze się spóź­niasz, Fred. Gdy­byś tam był, mogli­by­śmy się zło­żyć, ale skoro tak, to cóż, zamó­wi­łam sama”. I tak dalej.

„Dro­dzy Pań­stwo Atter­ley. Oba­wiam się, że ze względu na noto­ryczne spóź­nie­nia pań­stwa syna, Geralda, będziemy zmu­szeni zawie­sić go w pra­wach ucznia, jeśli nie zosta­nie wpro­wa­dzona inna, sku­tecz­niej­sza metoda gwa­ran­tu­jąca jego punk­tu­alne przy­cho­dze­nie na lek­cje. Przy­znaję, że jest on bar­dzo zdol­nym uczniem i uzy­skuje wyso­kie oceny, lecz usta­wiczne naru­sza­nie przez niego har­mo­no­gramu pod­waża sens jego dal­szego pobytu w szkole, w któ­rej inne dzieci potra­fią sta­wiać się na czas tam, gdzie być powinne…” I tak dalej.

Nie możesz gło­so­wać, jeśli nie sta­wisz się o 8:45.

„Nie obcho­dzi mnie to, czy ten tekst jest _dobry_! Ja go potrze­buję na czwar­tek!”

Koniec pracy o 14:00.

„Spóź­nił się pan. Przy­ję­li­śmy już kogoś na to sta­no­wi­sko. Przy­kro mi”.

„Potrą­cono panu z pen­sji za dwu­dzie­sto­mi­nu­towe spóź­nie­nie”.

„Boże, która to godzina? Muszę lecieć!”

I tak dalej. I tak dalej. I tak dalej. Dalej dalej dalej dalej dalej tik tak tik tak tik tak aż pew­nego dnia już nie czas nam służy, lecz my słu­żymy jemu i jeste­śmy nie­wol­ni­kami har­mo­no­gramu, czci­cie­lami ruchu słońca na nie­bie, ska­za­nymi na życie oparte na restryk­cjach, ponie­waż sys­tem nie mógłby funk­cjo­no­wać, gdy­by­śmy nie prze­strze­gali ści­śle har­mo­no­gra­mów.

Aż wresz­cie spóź­nie­nie staje się czymś wię­cej, niż tylko drobną nie­do­god­no­ścią. Staje się grze­chem. Póź­niej prze­stęp­stwem. A póź­niej zbrod­nią karaną tak:

Od pół­nocy 15 lipca 2389 roku biuro Naj­wyż­szego Tem­po­ra­tora naka­zuje wszyst­kim oby­wa­te­lom przed­ło­żyć chro­no­karty i kar­dio­płyty do moder­ni­za­cji. Zgod­nie z ustawą nr 555-7-SGH-999 regu­lu­jącą zasady anu­lo­wa­nia czasu per capita wszyst­kie kar­dio­płyty zostaną przy­pi­sane ich wła­ści­cie­lom i…

W ten spo­sób wpro­wa­dzono sys­tem regu­la­cji dłu­go­ści życia przy­słu­gu­ją­cego każ­demu oby­wa­te­lowi. Jeśli ktoś spóź­nił się dzie­sięć minut, tra­cił dzie­sięć minut życia. Godzina powo­do­wała pro­por­cjo­nal­nie więk­szą stratę. Jeśli ktoś był usta­wicz­nie spóź­nial­ski, pew­nego nie­dziel­nego wie­czora otrzy­my­wał od Naj­wyż­szego Tem­po­ra­tora zawia­do­mie­nie, że jego czas się skoń­czył i zosta­nie „wyłą­czony” w samo połu­dnie w ponie­dzia­łek, zatem pana, panią lub biseksa upra­sza się o upo­rząd­ko­wa­nie swo­ich spraw.

Tak więc dzięki temu pro­stemu racjo­nal­nemu podej­ściu (przy wyko­rzy­sta­niu pew­nego pro­cesu nauko­wego trzy­ma­nego w ści­słej tajem­nicy przez biuro Tik­tak­tora) sys­tem dzia­łał bez zakłó­ceń. To był jedyny racjo­nalny spo­sób. W końcu tak naka­zy­wał patrio­tyzm. Trzeba było prze­strze­gać har­mo­no­gra­mów. W końcu prze­cież była wojna!

Tylko czy nie trwała ona zawsze?

— Ależ to naprawdę nie­smaczne — powie­dział Arle­kin, gdy Piękna Ali­cja poka­zała mu list goń­czy. — Nie­smaczne i wysoce nie­sto­sowne. Osta­tecz­nie prze­cież to nie Dziki Zachód. List goń­czy!

— Wiesz — zauwa­żyła Ali­cja — że mówiąc tak, prze­gi­nasz.

— Prze­pra­szam — rzekł pokor­nie Arle­kin.

— Nie musisz prze­pra­szać. Wciąż powta­rzasz to swoje „prze­pra­szam”. To naprawdę bar­dzo smutne, że masz takie ogromne poczu­cie winy, Eve­rett.

— Prze­pra­szam — powtó­rzył i zaci­snął wargi tak, że na moment w jego policz­kach poja­wiły się dołki. Wcale nie chciał tego powie­dzieć. — Muszę znów wyjść. Mam coś do zała­twie­nia.

Ali­cja z trza­skiem odsta­wiła kubek z kawą na kon­tuar.

— Eve­rett, na miłość boską! Nie mógł­byś zostać w domu choć przez jeden wie­czór? Musisz cią­gle wycho­dzić w tym upior­nym bła­zeń­skim stroju i włó­czyć się, dener­wu­jąc ludzi?

— Prze… — Urwał i z cichym pobrzę­ki­wa­niem dzwo­necz­ków wci­snął czapkę bła­zna na strze­chę kasz­ta­no­wych wło­sów. Wstał, spłu­kał pod kra­nem kubek po kawie i wsta­wił go na chwilę do suszarki. — Muszę iść.

Nic nie odpo­wie­działa. Wła­śnie zamru­czał faks, więc wyjęła z niego kartkę, prze­czy­tała i rzu­ciła na kon­tuar przed nim.

— To o tobie. Oczy­wi­ście. Jesteś śmieszny.

Szybko prze­czy­tał wia­do­mość. Gło­siła, że Tik­tak­tor pró­buje go zlo­ka­li­zo­wać. Nie prze­jął się tym; wycho­dził, żeby znów się spóź­nić. W drzwiach, szu­ka­jąc jakie­goś cel­nego ostat­niego słowa, rzu­cił jesz­cze ura­żony:

— No cóż, mówiąc tak, ty też prze­gi­nasz!

Piękna Ali­cja unio­sła śliczne oczy ku niebu.

— Jesteś śmieszny.

Arle­kin wyma­sze­ro­wał, pró­bu­jąc trza­snąć drzwiami, lecz te zamknęły się i zary­glo­wały z zale­d­wie cichym wes­tchnie­niem.

Kiedy Piękna Ali­cja usły­szała deli­katne puka­nie, wstała, wzdy­cha­jąc ze znie­cier­pli­wie­niem, i otwo­rzyła drzwi. Stał tam.

— Wrócę około wpół do jede­na­stej, dobrze?

Zro­biła smutną minę.

— Po co mi to mówisz? Po co? Prze­cież wiesz, że się spóź­nisz! Wiesz! Zawsze się spóź­niasz, więc dla­czego mówisz mi takie głu­poty?

Zamknęła drzwi.

Po ich dru­giej stro­nie Arle­kin poki­wał głową. „Ma rację. Zawsze ma rację. Spóź­nię się. Zawsze się spóź­niam. Dla­czego opo­wia­dam jej takie głu­poty?”

Wzru­szył ramio­nami i wyszedł, żeby jesz­cze raz się spóź­nić.

Odpa­lił fajer­werki, które uło­żyły się w napis: Przy­będę na 115 rocz­nicę powo­ła­nia Mię­dzy­na­ro­do­wego Towa­rzy­stwa Medycz­nego punk­tu­al­nie o 20:00. Mam nadzieję, że będzie­cie mogli do mnie się przy­łą­czyć.

Te słowa zapło­nęły na nie­bie i oczy­wi­ście funk­cjo­na­riu­sze cze­kali tam w zasadzce. Natu­ral­nie zało­żyli, że się spóźni. A on przy­był dwa­dzie­ścia minut wcze­śniej, kiedy roz­pi­nali paję­cze sieci, które miały go zła­pać i przy­trzy­mać. Dmąc w wielki róg, tak ich prze­ra­ził i zde­ner­wo­wał, że te lep­kie paję­czyny zamknęły się na nich z mla­śnię­ciem i unio­sły ich wierz­ga­ją­cych i wrzesz­czą­cych nad scenę amfi­te­atru. Arle­kin zaś zano­sił się śmie­chem i wylew­nie ich prze­pra­szał. Sza­cowne kon­klawe medy­ków pękało ze śmie­chu, przyj­mu­jąc prze­pro­siny Arle­kina z teatral­nymi ukło­nami i gestami. I dosko­nale bawili się wszy­scy, któ­rzy uznali Arle­kina za zwy­kłego dow­cip­ni­sia w łacia­tych gat­kach; wszy­scy prócz funk­cjo­na­riu­szy Tik­tak­tora, unie­sio­nych w powie­trzu jak ładu­nek por­to­wego dźwigu, wiszą­cych nad sceną amfi­te­atru w naj­bar­dziej nie­sto­sowny spo­sób.

(W innej czę­ści tego samego mia­sta, w któ­rym Arle­kin pro­wa­dził swoje dzia­ła­nia, nie­jaki Mar­shall Dele­hanty otrzy­mał z biura Tik­tak­tora zawia­do­mie­nie o wyłą­cze­niu, co nie miało abso­lut­nie żad­nego związku z tym, o czym tu mówimy, a jedy­nie ilu­stro­wało zna­cze­nie i potęgę Tik­tak­tora. Żona adre­sata ode­brała to zawia­do­mie­nie od słu­gusa, który dorę­czył je z tra­dy­cyj­nym „wyra­zem smutku” obrzy­dli­wie przy­le­pio­nym do twa­rzy. Wie­działa, co to jest, nawet bez otwie­ra­nia. Sens tego liściku miło­snego był dosko­nale znany każ­demu. Jęk­nęła, trzy­ma­jąc zawia­do­mie­nie tak, jakby było szalką z kolo­nią wąglika, i modląc się, żeby nie było skie­ro­wane do niej. Niech ono będzie do Masha, pomy­ślała bru­tal­nie, lecz reali­stycz­nie, lub do któ­re­goś z dzieci, tylko nie do mnie, pro­szę, dobry Boże, nie do mnie. A potem je otwo­rzyła i rze­czy­wi­ście było do Masha, więc jed­no­cze­śnie poczuła prze­ra­że­nie i ulgę. Następny żoł­nierz w sze­regu padł.

— Mar­shall! — wrza­snęła. — Mar­shall! Anu­la­cja! Mar­shall! O mój Boże, Mar­shall, cóż poczniemy, cóż poczniemy, Mar­shall omój­bo­że­mar­shall…

I tej nocy z ich domu roz­cho­dził się odgłos dar­tego papieru i strach, odór sza­leń­stwa doby­wał się przez komin, a oni nic, abso­lut­nie nic nie mogli na to pora­dzić.

Jed­nak Mar­shall Dele­hanty pró­bo­wał uciec. Wcze­snym ran­kiem następ­nego dnia, gdy nad­szedł czas wyłą­cze­nia, był głę­boko w kana­dyj­skim lesie odle­głym o dwie­ście mil, gdy w biu­rze Tik­tak­tora ska­so­wano jego kar­dio­płytę i ucie­ka­jący Mar­shall Dele­hanty padł; jego serce prze­stało bić, krew zakrze­pła w dro­dze do mózgu i był mar­twy jak głaz. Na mapie jego dziel­nicy w gabi­ne­cie Tik­tak­tora zga­sła jedna lampka, a jed­no­cze­śnie roze­słano fak­sem sto­sowne zawia­do­mie­nie i wpi­sano Geo­r­gette Dele­hanty na listę zasił­ko­bior­ców do czasu ponow­nego zamąż­pój­ścia. Co koń­czy tę dygre­sję i wyja­śnia wszystko, co trzeba, ale nie śmiej­cie się, ponie­waż to samo cze­ka­łoby Arle­kina, gdyby Tik­tak­tor poznał kie­dyś jego praw­dziwe nazwi­sko. To nie jest zabawne.

Han­dlowy poziom mia­sta był zatło­czony czwart­ko­wymi bar­wami kupu­ją­cych. Kobiety miały na sobie kanar­ko­wo­żółte chi­tony, a męż­czyźni pseu­do­ty­rol­skie stroje: zie­lon­kawe, skó­rzane i obci­słe, oprócz bufia­stych spode­nek.

Gdy Arle­kin poja­wił się na dachu jesz­cze nie­ukoń­czo­nego Cen­trum Spraw­nych Zaku­pów, trzy­ma­jąc róg przy­tknięty do swych zawa­diacko uśmiech­nię­tych warg, wszy­scy poka­zy­wali go pal­cami i wytrzesz­czali oczy, a on ich zga­nił:

— Dla­czego pozwa­la­cie im, by wam roz­ka­zy­wali? Dla­czego pozwa­la­cie, by was popę­dzali i poga­niali? Korzy­staj­cie z czasu! Poleń­cie się tro­chę! Ciesz­cie się słoń­cem i wia­trem, pozwól­cie, by życie nio­sło was wła­snym ryt­mem! Nie bądź­cie nie­wol­ni­kami czasu, bo to pie­kielny spo­sób umie­ra­nia, powolny, stop­niowy… Precz z Tik­tak­to­rem!

Co to za świr? — zasta­na­wiała się więk­szość kupu­ją­cych. Co to za świr och spóź­nię się muszę już lecieć…

A ekipa budow­lana Cen­trum otrzy­mała pilne pole­ce­nie z biura Naj­wyż­szego Tem­po­ra­tora; na dachu ich wie­żowca znaj­duje się nie­bez­pieczny prze­stępca znany jako Arle­kin i wyma­gana jest nie­zwłoczna pomoc w jego uję­ciu. Robot­nicy odmó­wili, ponie­waż stra­ci­liby czas i naru­szyli har­mo­no­gram, lecz gdy Tik­tak­tor zdo­łał pocią­gnąć za odpo­wied­nie sznurki rzą­do­wej machiny, otrzy­mali pole­ce­nie rzu­ce­nia roboty i zła­pa­nia tego głupka na dachu. Tak więc ponad tuzin krzep­kich robot­ni­ków wszedł na plat­formy, uru­cho­mił płyty anty­gra­wi­ta­cyjne i wzniósł się w kie­runku Arle­kina.

Po sro­mot­nie prze­gra­nym star­ciu (w któ­rym, dzięki tro­sce Arle­kina o ich bez­pie­czeń­stwo, nikt nie został ciężko ranny) robot­nicy pró­bo­wali jesz­cze się prze­gru­po­wać i zaata­ko­wać go ponow­nie, ale było już za późno. Znik­nął. Jed­nak to zda­rze­nie przy­kuło uwagę spo­rego tłumu i w rezul­ta­cie cykl zaku­pów został poważ­nie zakłó­cony na wiele, wiele godzin. W rezul­ta­cie zapo­trze­bo­wa­nie zma­lało i pod­jęto spe­cjalne dzia­ła­nia przy­spie­sza­jące cykl nabyw­czy przez resztę dnia, lecz ponie­waż sys­tem utknął, a potem został pod­go­niony, sprze­dano zbyt wiele zawo­rów pły­wa­ko­wych, a o wiele za mało koły­sko­wych, co obni­żyło wskaź­nik pla­no­wej sprze­daży i wymu­siło eks­pre­sową dostawę mnó­stwa pojem­ni­ków kasu­ją­cych arty­kuły zwra­cane do skle­pów, które zwy­kle potrze­bo­wały jeden taki co trzy lub cztery godziny. Spie­przyły się dostawy, pokieł­ba­siły się prze­ła­dunki, aż w końcu odczuł to nawet prze­mysł śli­zga­czowy.

— Nie wra­caj­cie, dopóki go nie zła­pie­cie! — powie­dział Tik­tak­tor bar­dzo spo­koj­nie, bar­dzo szcze­rze i nie­zwy­kle groź­nie.

Użyli psów. Użyli dro­nów. Użyli ana­lizy kar­dio­płyt. Użyli pro­wo­ka­to­rów. Użyli prze­kup­stwa. Użyli zna­ko­wa­nia. Użyli zastra­sza­nia. Użyli prze­śla­do­wań. Użyli tor­tur. Użyli kapu­siów. Użyli poli­cji. Użyli inten­syw­nych poszu­ki­wań. Użyli hip­nozy. Użyli sty­mu­la­to­rów. Użyli dak­ty­lo­sko­pii. Użyli antro­po­me­trii Ber­til­lona. Użyli pod­stę­pów. Użyli zdrady. Użyli Raoula Mit­gonga, lecz nie­wiele im pomógł. Użyli fizyki sto­so­wa­nej. Użyli tech­nik kry­mi­no­lo­gicz­nych.

I niech to szlag: zła­pali go.

Oka­zało się, że nazywa się Eve­rett C. Marm i nie jest nikim spe­cjal­nym, tylko czło­wie­kiem, który nie ma poczu­cia czasu.

— Kajaj się, Arle­ki­nie! — rzekł Tik­tak­tor.

— Wypchaj się! — odparł z drwią­cym uśmie­chem Arle­kin.

— W sumie spóź­ni­łeś się o sześć­dzie­siąt trzy lata, pięć mie­sięcy, trzy tygo­dnie, dwa dni, dwa­na­ście godzin, czter­dzie­ści jeden minut, pięć­dzie­siąt dzie­więć sekund i zero prze­ci­nek trzy­dzie­ści sześć tysięcy sto jede­na­ście mikro­se­kund. Zuży­łeś wszystko, co mia­łeś, a nawet wię­cej. Zamie­rzam cię wyłą­czyć.

— Strasz kogoś innego. Wolę umrzeć niż żyć na tak głu­pim świe­cie z takim potwo­rem jak ty.

— To moja praca.

— Ona cię prze­ra­sta. Jesteś tyra­nem. Nie masz prawa roz­ka­zy­wać ludziom i zabi­jać ich, kiedy się spóź­nią.

— Nie umiesz się przy­sto­so­wać. Nie potra­fisz się dopa­so­wać.

— Roz­wiąż mnie, to dopa­suję pięść do two­jej gęby.

— Jesteś non­kon­for­mi­stą.

— To kie­dyś nie było prze­stęp­stwem.

— Teraz jest. Żyjesz w świe­cie, który cię ota­cza.

— Nie­na­wi­dzę go. Jest straszny.

— Nie wszy­scy tak uwa­żają. Więk­szość ludzi lubi porzą­dek.

— Nie ja i więk­szość ludzi, któ­rych znam.

— To nie­prawda. Myślisz, że jak cię zła­pa­li­śmy?

— To mnie nie obcho­dzi.

— Dziew­czyna zwana Piękną Ali­cją powie­działa nam, kim jesteś.

— To kłam­stwo.

— To prawda. Dener­wu­jesz ją. Chce przy­na­le­żeć; chce się dosto­so­wać; ja zamie­rzam cię wyłą­czyć.

— Zatem zrób to i prze­stań się ze mną spie­rać.

— Nie wyłą­czę cię.

— Jesteś idiotą!

— Kajaj się, Arle­ki­nie! — rzekł Tik­tak­tor.

— Wypchaj się!

Tak więc posłali go do Coven­try. A w Coven­try popra­co­wali nad nim. Zro­bili mu to samo co Win­sto­nowi Smi­thowi w _Roku 1984_, któ­rej to książki nikt z nich nie znał, ale te metody są stare jak świat, więc zasto­so­wano je także wobec Eve­retta C. Marma, aż pew­nego dnia, dużo póź­niej, Arle­kin poja­wił się w sieci, pozor­nie zawa­diacki, z doł­kami w policz­kach i jasnymi oczami, i z zupeł­nie nie­wy­pra­nym mózgiem, i powie­dział, że nie miał racji, że jest dobrze, naprawdę bar­dzo dobrze przy­na­le­żeć i być zawsze na czas, bo ina­czej nie ma nas, a wszy­scy widzieli jego obraz na wiel­kich tele­bi­mach roz­miesz­czo­nych w całej dziel­nicy i mówili sobie: No cóż, widzi­cie, a jed­nak był świ­rem, i jeśli nawet ten sys­tem działa w taki spo­sób, to pogódźmy się z tym, bo nie warto wal­czyć z wła­dzą czy w tym wypadku z Tik­tak­to­rem. Tak więc Eve­rett C. Marm został zała­twiony, a szkoda, ze względu na to, co wcze­śniej powie­dział Tho­reau, ale nie można zro­bić omletu bez roz­bi­cia paru jajek i pod­czas każ­dej rewo­lu­cji ginie kilka osób, które nie powinny, a jed­nak muszą zgi­nąć, ponie­waż tak już jest, lecz jeśli rezul­ta­tem jest choć nie­wielka zmiana, wydaje się to opła­calne. Albo, żeby wyra­zić się jaśniej:

— Och, sza­nowny pan wyba­czy… ja… hm… nie wiem, jak… hm… to… hm… powie­dzieć, ale spóź­nił się pan trzy minuty. Har­mo­no­gram jest tro­chę… hm… naru­szony.

Uśmiech­nął się, zakło­po­tany.

— To śmieszne! — mruk­nął Tik­tak­tor za swą maską. — Pro­szę spraw­dzić swój zega­rek.

A potem wszedł do swo­jego gabi­netu, mam­ro­cząc: No, no, no.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij