Opowieść jednej nocy - ebook
To baśń o świecie, który zamarł między snem a jawą. O człowieku, który budzi się w krainie utkanej ze wspomnień, śniegu i oddechu nocy. Nie pamięta kim był, ale czuje, że ktoś na niego czeka. Ten świat nosi w sobie echa dawnych historii, zapomnianych mitów i nieznanych cieni. To opowieść o powrocie — nie tylko do miejsca, ale też do samego siebie. Bo świat nie kończy się, gdy zapada ciemność. Świat trwa, dopóki bije serce. Publikacja została utworzona przy pomocy AI.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Opowiadania |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-208-5 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Zima przyszła tego roku szybciej niż zwykle, choć trwała tu i tak dłużej niż gdziekolwiek indziej. Mróz ścierał barwy świata, ale tej nocy wszystko znów nabrało blasku. Na rynku w dolinie tętniło życie. Światła lamp i girland odbijały się w śniegu jak w szkle. Powietrze pachniało cynamonem, pomarańczami i drewnem tlącym się w małych ulicznych paleniskach. Dzieci turlały się po zaspach, a dorośli śmiali się nad kubkami grzanego wina. Gdzieś przy fontannie, przystrojonej gałązkami świerku, starszy mężczyzna grał na skrzypcach. Dźwięk unosił się nad rynkiem, mieszając się z głosami ludzi, tworząc melodię, której nikt nie próbował zagłuszyć. Świat się śmiał. Z oddali wszystko wyglądało jak sen — miękki, barwny, nierealny.
Na wzgórzu, w cieniu ośnieżonych sosen, stał mężczyzna. Nie był stary — najwyżej trzydzieści pięć lat — ale w jego spojrzeniu kryło się coś, co sugerowało, że widział więcej, niż chciał. Jasne włosy, rozświetlone księżycowym blaskiem, opadały mu na czoło w nieładzie, który wydawał się zamierzony. Twarz o wyraźnych rysach przecinał lekki, starannie przystrzyżony zarost, który nie był wynikiem zmęczenia, lecz świadomego wyboru. Płaszcz, ciężki i wełniany, przypominał te noszone przez górskich przewodników — nie z elegancji, lecz z potrzeby. W dłoniach trzymał rękawice, a mimo mrozu nie zakładał ich, jakby chłód był mu bliższy niż ciepło. Patrzył w dół na dolinę: na gęsto rozwieszone lampki, które drżały jak świetliki, na ruch ludzi, na parę z ust unoszącą się w powietrzu. Patrzył tak, jak patrzy się na wspomnienie, które wraca po latach — znajome, ale niepewne, jakby rozmyte przez czas. Na jego twarzy nie było uśmiechu, ale też nie było bólu. Tylko cisza. Cisza człowieka, który już dawno przestał pytać „dlaczego”. Wiatr musnął jego płaszcz, niosąc ze sobą muzykę i śmiech z dołu. Nathan stał długo, nie poruszając się. Nie wiedział, jak długo już tak patrzy. Może chwilę, może godzinę. Śnieg spadał powoli, osiadając na jego ramionach, wplątując się we włosy. Każdy płatek rozpuszczał się jak oddech. W końcu przymknął powieki, jakby chciał zatrzymać w sobie ten obraz — ludzi, którzy śmieją się, nie wiedząc, że kiedyś to miejsce zamarzło. Nie wiedzieli, że czas potrafi się zatrzymać. Śnieg sypał gęściej. Na placu zapalały się nowe lampki, muzyka nabierała rytmu. Nathan wciągnął głęboko zimne powietrze, czując jego smak — ostry, prawdziwy. I wtedy jego spojrzenie zatrzymało się na latarniach, z których powoli topniał lód. Na chwilę zmrużył oczy. Tak, to tutaj. Tu wszystko się zaczęło. Ludzie tańczyli w dolinie, a on milczał, stojąc na wzgórzu w świetle gwiazd. Noc gęstniała, a śnieg padał coraz mocniej, jakby chciał przykryć wszystko — drogi, wspomnienia, myśli. Świat uspokajał się powoli, aż została tylko cisza — głęboka, miękka, jak prawdziwy oddech zimy.
Nathan zamknął oczy tylko na chwilę. Nie wiedział, czy śni, czy naprawdę znów stał pośród bieli. W dolinie wciąż migotały lampki, jakby ktoś rozsypał garść iskier po mrozie. Światło wzywało go — cicho, nieuchwytnie, jak wspomnienie, które trzeba odnaleźć. On jednak nie mógł ulec urokowi widoku — świat na niego czekał.Rozdział 2 — Zamarznięte światła
Zmierzch spływał po stokach, jak leniwe srebro. Powietrze stawało się coraz cięższe i zimniejsze, a niebo, choć czyste, nabierało głębokiego granatu, w którym zaczynały migotać pierwsze gwiazdy — zapowiedź nocy i siarczystego mrozu. Poniżej, między ośnieżonymi szczytami, rozciągało się miasteczko. Z daleka wyglądało jak świąteczna pocztówka — kolorowe lampki na dachach, dym z kominów, ciepłe światła w oknach. Każdy dom zdawał się być zaproszeniem, obietnicą spokoju. A jednak… coś nie grało. Ulice były puste. Nie słychać było rozmów, śmiechu ani kroków. Wszystko zastygło w bezruchu, jakby ktoś wstrzymał oddech świata. Z drogi prowadzącej w dół doliny widać było ciąg samochodów — długi, nieruchomy sznur świateł, który ciągnął się w nieskończoność. Silniki dawno zgasły, a ich metalowe karoserie odbijały zimne błyski księżyca. Tu i ówdzie widać było zaparowane szyby, ślady dłoni na szkle, przysypane śniegiem lusterka. W kilku kabinach migały świetlne komunikatory bladym światłem, podkreślając zarysy twarzy. Nathan zwolnił chwilę na zboczu. Szedł powoli w ciszy, słuchając, jak śnieg skrzypi pod jego butami. Obok niego kilku wędrowców poprawiało plecaki i naciągało kaptury. Ktoś otrzepał ramiona, ktoś inny zacisnął dłonie w rękawicach. Mroźne powietrze pachniało żywicą i dymem, ale był w nim też inny zapach — czujność, której nie dało się nazwać.
— Ciekawe… — mruknął ktoś. — Czemu nikt nie wysiada?
— Może czekają, aż odśnieżą drogę — odparł ktoś inny. Ale nikt nie był pewien. Nathan przyglądał się rzędom aut, w których migotały blade światełka wyświetlaczy i refleksy zamarzniętych szyb. W środku siedzieli ludzie — nieruchomi, jakby czekali na coś, czego sami nie rozumieli. Niektórzy mieli twarze oświetlone ekranami, inni patrzyli w pustkę. Nikt nie wychodził. Nikt nie szukał pomocy. Z daleka zabudowania błyszczały jak cukrowe domki z bajki. Ale Nathan czuł, że coś w tym obrazie jest fałszywe — jakby piękna powłoka kryła w sobie coś martwego. Jakby światło przykrywało milczenie. I choć nie potrafił tego wyjaśnić, przeszedł go dreszcz.
— Chodźmy — odezwała się Arden, rzucając mu lekkie spojrzenie przez ramię. — Nasz kominek czeka.
— Tak — odparł po chwili. — Kominek… i może trochę odpowiedzi.
Ruszyli dalej, w stronę miasteczka, które w świetle gwiazd wyglądało jak uśpiona baśń. Śnieg skrzypiał coraz głośniej pod ich butami, gdy schodzili wąską drogą między ośnieżonymi drzewami. W oddali słychać było cichy dźwięk dzwonka — może z ozdób jednego z domów, może od jakichś sań. Powietrze pachniało dymem i zimą.
— Jeszcze kawałek — odezwała się Arden, zerkając na światła w dole. — Widzicie? Tam, przy mostku, ten drewniany domek. To nasza kwatera.
Nathan kiwnął głową. Lyra szła obok, milcząca, z oczami spuszczonymi w śnieg. Oddech unosił się z jej ust jak delikatna mgła.
— Dziwnie cicho — powiedziała w końcu. — Nie słychać żadnych psów, żadnych głosów.
— Może wszyscy śpią — rzuciła Arden, uśmiechając się półgębkiem. — Albo może w tych górach noc naprawdę potrafi zatrzymać czas.
Kiedy dotarli na miejsce, drzwi domku ustąpiły z lekkim skrzypnięciem. W środku było ciepło — kominek płonął jasno, a na stole stał dzban z półprzezroczystego materiału, w którym gorący napar świecił jak zamknięta gwiazda. Drewniane ściany pachniały żywicą, a pod sufitem wisiały suszone zioła i wianki. Na belce kołysały się lampy, rzucając w pomieszczeniu miękkie cienie. W rogu stał stary, rzeźbiony kufer, na którym ktoś położył futrzany pled.
— Nieźle jak na górską gospodę — mruknął Nathan, zdejmując grubą puchową kurtkę. Mokry śnieg zsunął się z materiału i stopił w drobne kropelki na deskach podłogi.
— Mówiłam, że będzie przytulnie — odparła Arden, rozcierając dłonie nad ogniem. Na jej policzkach pojawiły się ciepłe plamy od żaru i płomienia, który lśnił jak płynne złoto — niemal jak jej kolor włosów.
— Przytulnie, ale… — Lyra rozejrzała się, jakby coś ją zaniepokoiło. — Nie słyszę wiatru.
Rzeczywiście, cisza była zbyt głęboka. Nawet drewno w kominku paliło się bez trzasku, jakby ogień bał się zakłócić spokój. Z zewnątrz dochodził tylko cichy szept śniegu zsuwającego się z gałęzi. Nathan usiadł przy stole.
— Może po prostu te góry tak działają — powiedział cicho. — Piękne i obojętne.
Arden wzruszyła ramionami.
— Albo ktoś w tych górach czeka, aż je obudzimy — rzuciła z uśmiechem. Nathan uniósł wzrok. Jej słowa zabrzmiały jak żart, ale w jego spojrzeniu pojawił się błysk niepokoju, którego sam nie potrafił wytłumaczyć. Złapał kubek z naparem; ciepło przeszło mu przez palce do wnętrza dłoni. Z pary uniósł się zapach miodu i goździków. Usiadł w fotelu naprzeciwko okna, wpatrując się w miasteczko. Zza szyby widział dachy przykryte śniegiem, błyski lampek i światła domów odbijające się w bieli. Widok był spokojny, wręcz nieruchomy, a jednak coś go niepokoiło. W dolinie, za rzeką, wciąż ciągnął się ten sam sznur samochodów. Setki świateł tkwiły w miejscu, jakby czas dla nich przestał istnieć. Niektóre reflektory jeszcze się tliły, inne dawno zgasły. Nikt nie wysiadał. Nikt się nie ruszał. Patrzył długo, w milczeniu. Zza jego pleców dobiegał cichy śmiech Arden, która przeczytała coś zabawnego w zapiskach wędrownych świateł. Lyra siedziała przy kominku, trzymając kubek z herbatą i notując coś w kajecie. W pokoju panowało ciepło i spokój, które tylko potęgowały jego niepokój.
Wieczór toczył się leniwie. Na piętrze panował półmrok, ale z dołu — z sali wspólnej — przetaczały się fale rozmów, śmiechu i stukotu szkła. Ktoś grał na gitarze, ktoś inny opowiadał historię o duchu, który błąkał się po górach i prowadził wędrowców na manowce — nikt nie uwierzył, ale wszyscy słuchali. Gwar mieszał się z zapachem grzanego wina i cynamonu, tworząc atmosferę, która mogłaby być przyjemna — gdyby nie ta cisza za oknem.
— Na dole wszyscy wyglądają, jakby świat był w porządku — powiedział Nathan cicho, jakby sam do siebie.
— Bo chyba jest — odparła Arden, nie podnosząc wzroku. Uśmiechnęła się lekko i wzięła łyk herbaty.
— Nie wiem — mruknął po chwili. — Może tylko tak się wydaje.
Arden spojrzała na niego z lekkim zniecierpliwieniem, ale w jej oczach było też ciepło.
— Nathan, jesteś przemęczony. Jutro ruszamy dalej, do doliny. Wypocznij.
Skinął głową, choć wiedział, że nie zaśnie. Znowu zerknął przez okno. Na drodze wciąż stały samochody jak przedtem. Światło gwiazd odbijało się w śniegu, tworząc wrażenie, że czas naprawdę się zatrzymał.
— Chodźmy na dół — zaproponowała Arden, wstając z łóżka. — Słychać, że jest tam dobra zabawa.
— Idźcie, zaraz przyjdę — odpowiedział Nathan.
— Znowu się zamyślasz — uśmiechnęła się Lyra, mijając go w drzwiach. — Daj spokój, dziś naprawdę nic nie trzeba rozwiązywać.
Kiedy drzwi się zamknęły, w pokoju zapadła cisza. Nathan został sam. Podniósł się z fotela i spojrzał w dół na miasteczko. Dachy pokryte śniegiem wciąż błyszczały w blasku gwiazd, a światła w oknach tliły się spokojnie, jakby wszystko było w porządku. Tylko w oddali, tam, gdzie znajdowała się główna ulica, wciąż stały samochody. Ten sam nieruchomy, oświetlony wąż, ten sam martwy ruch, jakby ludzie w środku zapomnieli, że mogą wyjść. Nathan oparł głowę o szybę. Mróz natychmiast ukłuł go w policzek. Z dołu ponownie dobiegł śmiech, szczęk szkła, melodia gitary. A on wciąż patrzył w to samo miejsce, nie wiedząc dlaczego. Czuł, że coś tam jest. Coś, czego jeszcze nie umiał nazwać. Przez chwilę wydało mu się, że między autami coś się poruszyło — cień, mignięcie, jakby ktoś przeszedł wzdłuż rzędu pojazdów. Mrugnął, ale już nic tam nie było. Westchnął cicho, przetarł dłonią oczy i odwrócił wzrok od okna.
— Zwykła zima — powiedział półgłosem. — Zwykła noc.
Jednak sen i tak nie przyszedł. Nie wytrzymał. Zrzucił z siebie koc, zarzucił kurtkę i zszedł na dół. W gospodzie panował gwar. Kilkoro osób grało w karty, inni śmiali się przy stole. Nad ogniem bulgotał garnek z zupą, a zapach przypraw i warzyw wypełniał pomieszczenie. Gospodarz — krępy mężczyzna o rumianych policzkach — dolewał komuś gorącego napoju. Pies leżał tuż przy drzwiach i tylko jednym okiem zerknął na Nathana.
— Nathan, coś się stało? — Lyra zauważyła go przy wejściu.
— Nie wiem — odpowiedział. — Ale tam, na drodze… oni wciąż tam są. W samochodach.
Nikt nie wysiadł, nikt nie ruszył. Nie wygląda to dobrze.
— Pewnie czekają na pomoc drogową. To jak czekać na cud, który nigdy nie nadejdzie — zaśmiała się kobieta siedząca obok. — Po co się przejmować obcymi?
— Bo może ktoś marznie — odpowiedział spokojnie Nathan. — Może ktoś potrzebuje pomocy. Może ci, którzy zainteresują się ich losem, są właśnie tym cudem.
W sali zapadła cisza. Kilkoro osób spojrzało po sobie, jakby po raz pierwszy usłyszało własne sumienia. Ktoś odchrząknął, ktoś inny odstawił kufel.
— Ja idę — powiedział po chwili. — Nie zasnę, jeśli nic nie zrobię.
Arden odłożyła kubek i wstała bez słowa. Chwilę później Lyra też.
— Nie pójdziesz sam — powiedziała krótko.
Trójka przyjaciół opuściła gospodę. Powietrze było gęste od mrozu, a śnieg sypał drobnymi płatkami, które kleiły się do rzęs i brwi. Każdy oddech znikał w ciemności. Schodzili, mijając ogrodzenia przysypane śniegiem, latarnie obleczone cienkim lodem. Gdzieś na podwórku wisiała lina z dziecięcymi rękawiczkami — wszystkie sztywne od mrozu. Pierwszy samochód, do którego podszedł, stał przy zakręcie. W środku starsza kobieta tuliła dłonie przy ustach, próbując ogrzać palce. Mężczyzna obok niej trzymał termos, ale był pusty.
— Wszystko w porządku? — zapytał Nathan, stukając w szybę. Potem pokazał gestem: „proszę otworzyć”. Mężczyzna uchylił okno.
— Paliwo się prawie skończyło. Czekamy, aż droga się ruszy… — jego głos był cichy, zachrypnięty. — Jest bardzo zimno.
— Postaram się państwu jakoś pomóc, proszę o cierpliwość — powiedział tonem, który brzmiał jak koc i kubek herbaty w jednym. Kobieta otworzyła drzwi. Z jej oczu popłynęły łzy.
— Nie chcemy przeszkadzać… — szepnęła. — Jedziemy do córki na święto zimy i nie spodziewaliśmy się, że zastanie nas taka śnieżyca. Nic tego nie zapowiadało…
— Jest mi bardzo przykro z powodu sytuacji. Nie muszą się państwo tłumaczyć. Nie zrobiliście nic złego. Będzie mi bardzo miło, jeśli będę w stanie choć trochę wam pomóc.
Nathan ruszył dalej. W kolejnym aucie siedział młody chłopak, obcokrajowiec. Mówił szybko, nerwowo, w języku, którego Lyra nie rozumiała. Nathan odpowiedział bez wahania. Słowa same płynęły. Nie wiedział, skąd — może z pamięci, może z serca — ale wiedział, co mówić. Uspokoił chłopaka, oddając mu swoje rękawice. W następnym pojeździe siedziało młode małżeństwo. Kobieta tuliła do siebie niemowlę, starając się je rozgrzać. Płakało już bez głosu. Nathan, niewiele myśląc, ściągnął swój gruby szal i podarował go maluchowi, owijając delikatnie wokół ciała. Gładził dziecko po policzku przez sekundę, aż uspokoiło się i tylko pociągało noskiem. Gdy odwrócił się, ujrzał przed sobą znajomą grupę biesiadników z gospody. Najwyraźniej krótka wypowiedź Nathana naprawdę wybudziła ich z letargu i poruszyła uśpione sumienie. Mężczyzna z czerwonym nosem i rękami w kieszeniach zapytał cicho:
— Co mamy robić?
Nathan uśmiechnął się i bez zastanowienia wydał polecenia, jakby był doświadczonym przewodnikiem z planem w głowie.
— Wy zbieracie koce i termosy. Sprawdźcie u gospodarza. Ty — spojrzał na chłopaka z gitarą — biegnij do kawiarni na rynku, poproś o czajniki i kubki. Powiedz, że to dla ludzi na drodze. Ty i ty — zwrócił się do dwóch mężczyzn w grubych kurtkach — rozstawcie przy rzece dwie barykady z desek, zrobimy osłonę od wiatru. Ktoś ma latarki? Dobrze. Idziemy.
Po chwili pojawili się pierwsi mieszkańcy. Ktoś niósł pojemniki z jedzeniem, ktoś termosy, ktoś przyniósł cały wór koców. Dziewczynka w czerwonej czapce taszczyła chleb w koszu prosto z piekarni. W krótkim czasie cała droga rozświetliła się ciepłem — nie elektrycznym, tylko ludzkim. Ktoś podciągnął długie przedłużacze z werandy, ktoś inny postawił lampion w słoiku. Ktoś rozlał ciepłe picie, ktoś podał rękawiczki, ktoś przykrył ramiona obcej osoby własnym szalem. Zamarznięty kordon samochodów ożył. Drzwi zaczęły się otwierać. Ludzie wychodzili z pojazdów, otuleni w szaliki i rękawice. Dzieci dostawały kubki z herbatą, w których pływały plasterki pomarańczy. Nad drogą unosił się zapach chleba i dymu. Ktoś przyniósł mały palnik i gar zupy, ktoś zorganizował pudełko z ciepłymi skarpetami, ktoś rozdał ogrzewacze do rąk. Nathan przechodził od auta do auta, pytając, czy ktoś czegoś potrzebuje. W wielu oczach widział ten sam wyraz — nie tylko ulgi, ale i zdziwienia, że ktoś zapukał w szybę. „Dziękuję” brzmiało w tylu językach, że stworzyło jedno wspólne słowo. Arden roześmiała się cicho, kiedy minął ją w śniegu, obładowany kocami.
— Patrz, Nathan. Zrobiłeś coś niemożliwego.
— Nie ja — odparł. — Po prostu przypomniałem im, że nie są sami.
Na poboczu ktoś z sąsiadów przyniósł metalową beczkę i rozpalił w niej ogień; iskry posypywały się w niebo jak drobne gwiazdy. Dwie starsze kobiety ustawiły stolik i kroiły chleb. Chłopak z gitarą zagrał cicho melodię; dzieci zaczęły klaskać, ale szybko przestały, jakby bały się zbudzić noc. Śnieg wciąż padał, ale teraz wydawał się miękki, przyjazny. Cała dolina tętniła ciepłem, choć mróz był ten sam. Światła domów nie były już tylko dekoracją; zdawało się, że wychodzą na ulicę, że rozlewają się po śniegu, że przychodzą tam, gdzie są ludzie. Nathan zatrzymał się na chwilę, żeby zaczerpnąć oddech. Miał czerwone dłonie i spięte ramiona, ale w środku zrobiło mu się lżej. Czasem wystarczyło odsunąć czyjąś rękę od zamarzniętej szyby, podać kubek i powiedzieć „jestem” — i to już zmieniało klimat.
Gdy wszystko uspokoiło się na tyle, by można było odetchnąć, jeszcze raz przeszedł między autami. Sprawdzał, czy ktoś nie został w środku, czy ktoś nie boi się wyjść. Starszy pan podziękował, ściskając jego dłoń obiema swoimi. Młoda mama uśmiechnęła się przez łzy; niemowlę spało, owinięte w jego szal. Chłopak-cudzoziemiec podał mu rękawice z powrotem, ale Nathan tylko pokręcił głową: „Zatrzymaj”. Chłopak zrozumiał bez słów. Wreszcie, gdy napoje w termosach się skończyły, a wiatr ucichł do szeptu, ludzie zaczęli wracać do aut — nie po to, by znów marznąć, ale by odpocząć, wiedząc, że jeśli będą chcieli, mogą wyjść, a ktoś poda im kolejny kubek z ciepłym napojem. Ktoś zostawił karteczki ze swoim numerem telefonu, ktoś inny zorganizował dyżury przy ognisku. Miasteczko budziło się do życia — prawdziwego, w drobnych gestach, w gotowości do pomocy, w obecności.
Kiedy Nathan wrócił do gospody, ręce miał sztywne z zimna, a uszy i twarz czerwone jak jego szczere serce. W oczach odbijał się blask ognia. Gospodarz skinął mu głową z uznaniem, nie mówiąc ani słowa; nalał mu gorącego wina z rumem. Pies przy drzwiach wstał, przeciągnął się i położył z powrotem, jakby sprawę uznał za załatwioną. Nathan usiadł w fotelu i spojrzał w płomień. Ogień mrugał do niego spokojnie, równym rytmem. Po raz pierwszy tej nocy poczuł, że wszystko jest na swoim miejscu.
„Zawsze znajdzie się ktoś, kto marznie — pomyślał — bo świat bywa zajęty sobą. Dobrze, że są drzwi, w które można zapukać”.
Arden przeszła obok ze zmęczonym uśmiechem na ustach.
— Dobry wieczór, panie komendancie — rzuciła półżartem, półserio.
— Bez przesady — odparł. — Po prostu trzeba było zacząć.
— Właśnie — przytaknęła cicho. I na sekundę ich spojrzenia spotkały się tak naturalnie, jakby zawsze miały się spotykać w takich momentach. Nie było w tym nic więcej — tylko cisza i zrozumienie.
Za oknem nadal padał śnieg. Ale we wnętrzu ludzi wszystko było już inne. Śmiali się, rozmawiali, pomagali sobie nawzajem. Ktoś odśpiewał krótką pieśń, a ktoś inny parsknął śmiechem, myląc słowa. Ktoś zaproponował, że o świcie zorganizują sanki dla dzieci utkwionych w drodze — skoro noc jest długa, niech chociaż będzie dobra. Nathan dopił wino. Ciepło rozlało mu się po brzuchu, aż po palce u rąk i stóp. Zdjął buty, postawił je przy kominku, żeby przeschły. Koc, który wcześniej zsunął z ramion, czekał na fotelu. Położył go na łóżku. W pokoju wreszcie panowała cisza. Kominek tlił się równo, a płomień na moment przypominał kształtem skrzydło ptaka. Nathan uśmiechnął się do tej myśli, nie wiedząc czemu. Może dlatego, że człowiek zawsze szuka znaków, kiedy wreszcie się uspokoi. Położył się i zamknął oczy. Z daleka dobiegały jeszcze pojedyncze głosy, ale gasły jeden po drugim, jak światełka w oknach. Tym razem sen przyszedł od razu — cichy i prosty jak świeży śnieg.Rozdział 4 — Festyn w dolinie
Wieczór spłynął na miasteczko miękko, jak gdyby niebo zapomniało, że powinno być ciemne. Światło układało się w drobnych smugach nad dachami, a śnieg połyskiwał jak srebrny pył. Pociąg odjechał, zostawiając po sobie jedynie echo kół i delikatne drżenie torów — to krótkie, charakterystyczne westchnienie, jakie wydaje świat, gdy coś właśnie się kończy. Nathan stał jeszcze przez chwilę na peronie, wpatrując się w śnieg, jakby tam miała zostać odpowiedź, której nie zdążył wypowiedzieć. Dopiero po kilku oddechach odwrócił się i ruszył za dziewczynami. Ich kroki skrzypiały rytmicznie, zlewając się z oddechem i dalekim dźwiękiem dzwonków.
Ścieżka ze stacji prowadziła w dół, między domkami, których okna lśniły ciepłym blaskiem. Im dalej szli, tym więcej światła pojawiało się wokół — lampy w oknach, latarnie z mosiężnymi kloszami, girlandy rozwieszone między dachami jak sznury gwiazd. Z oddali słychać było muzykę, a powietrze pachniało cynamonem, prażonymi orzechami i czymś słodkim — jakby wspomnieniem dzieciństwa, do którego nie ma już drogi powrotnej.
— Co to za miejsce… — szepnęła Lyra, rozglądając się z zachwytem.
— Jak sen, który ktoś zapomniał obudzić — odparła Arden, choć w jej głosie brzmiała cicha nuta podziwu. Kiedy dotarli na rynek, światło otoczyło ich z każdej strony. Był tam tłum — ludzie w grubych płaszczach, dzieci z watą cukrową, sprzedawcy pierników i kramy z miodem, z których unosiła się gęsta para jak z kotłów pełnych magii. Na środku placu stała ogromna choinka, przystrojona ręcznie robionymi ozdobami, orzechami, suszonymi pomarańczami, kawałkami jabłek i cienkimi wstążkami z materiału. Po jednej stronie, za szeregiem domków, rozłożono małe lodowisko — sztuczne, ale urokliwe. Lód trzeszczał cicho, a z głośników płynęły stare pieśni, te same, które pewnie śpiewano tu od pokoleń. Śnieg padał powoli, drobny i gęsty, odbijając się od lampek i lampionów jak złoty pył. Arden przystanęła, zapatrzona w ludzi tańczących przy jednym ze stoisk. Lyra chwyciła ją za rękę. Nathan też się zatrzymał. Miał wrażenie, że zna to miejsce. Nie z mapy, nie z opowieści — z pamięci. Jakby już kiedyś tędy przechodził, choć nie potrafił powiedzieć kiedy. W drewnianej budce z ciepłym światłem siedziała starsza kobieta w czerwonym szaliku. Przed nią parowały kubki z trunkami, a wokół unosił się zapach malin i imbiru. Na jej widok Nathan odruchowo zwolnił. Odwzajemniła spojrzenie, po czym uśmiechnęła się tak, jak uśmiecha się ktoś, kto czekał bardzo długo.
— Jak miło, że znowu nas odwiedziłeś — powiedziała cicho, jakby bała się przerwać ciszę między nimi.
— Przepraszam… my się znamy? — zapytał zaskoczony.
— Dawno cię tu nie było — odparła, jakby mówiła ze środka wspomnienia. — Nie pamiętasz mnie?
Zanim zdążył odpowiedzieć, podała mu kubek z parującym napojem.
— Na rozgrzewkę. Z imbirem i malinami. Jak zwykle.
Spojrzał na nią zdezorientowany, ale wziął kubek. Pierwszy łyk przypomniał mu coś — smak, którego nie potrafił umiejscowić, ciepło dawnych zim, zapach, który rozbił w nim coś, czego nawet nie wiedział, że było zamarznięte. Na moment poczuł, jakby w środku siebie otworzył drzwi, o których istnieniu zapomniał.
— Zawsze chodziłeś z książką w kieszeni. Nawet z nią tańczyłeś — kobieta zaśmiała się lekko, z nostalgią. — A teraz, proszę, taki poważny mężczyzna.
— Pewnie pomyliła mnie pani z kimś… — odpowiedział zmieszany.
— Mój drogi Nathanku, twoich oczu nie da się pomylić z żadnymi innymi — odparła z ciepłym uśmiechem.
— Dziękuję za napój, naprawdę przepyszny — powiedział cicho, nie odrywając od niej wzroku.
— Nathan? — głos Arden zabrzmiał z boku. — Coś się stało?
— Nie… tylko to miejsce … sam nie wiem.
Arden skinęła głową, choć wyglądała na zaniepokojoną.
— Albo wszyscy tu mają zbiorową halucynację, albo ty coś ukrywasz — rzuciła półżartem. — Naprawdę nic ci się nie kojarzy? Ani cień, ani iskra?
Uśmiechnęła się krzywo.
— Dobrze, chodźmy. Znajdziemy coś do zjedzenia.
Ruszyli dalej przez rynek. Światło lampionów odbijało się w śniegu, jak w rozsypanym szkle. Dźwięki muzyki były coraz głośniejsze, ale w dziwny sposób łagodne — jak gdyby nie płynęły z głośników, tylko z samego serca miasteczka, które biło równym, spokojnym rytmem. W centrum placu, pod ogromną choinką, ludzie tańczyli w kręgu. Ich ruchy były miękkie, zsynchronizowane, a śmiechy mieszały się z dźwiękiem dzwonków. Kiedy przechodzili obok, dziewczynka w zielonej czapce podała Lyrze jabłko w karmelu.
— Dla szczęścia — powiedziała z uśmiechem, po czym zniknęła w tłumie. Nathan spojrzał na Arden.
— Nie powiesz, że to miejsce nie jest… inne, prawda?
— Inne jak wszystko, co ci się śniło, a potem okazało się prawdą — odparła, zerkając na niego spod kaptura. — Myślisz, że to sen?
— Nie wiem… ale jeśli tak, to niech trwa jeszcze chwilę.
Śnieg osiadał im we włosach, a światło lampionów drgało na twarzach, jak sen, który nie chciał się skończyć. Zatrzymywali się co kilka kroków. Śnieg skrzypiał pod butami, a ulice zdawały się prowadzić ich same, jakby miasto znało kierunek lepiej niż oni. Przy jednym z domków Nathan wiedział, że po lewej będzie piekarnia, zanim jeszcze zobaczył szyld. Przy następnym skrzyżowaniu skręcił odruchowo w boczną uliczkę.
— Tędy — powiedział, nie zastanawiając się.
— Skąd wiesz? — zapytała Lyra.
— Nie wiem. Po prostu… wiem.
I rzeczywiście — po chwili dotarli do małego placyku, gdzie między dwiema kamienicami stał kiosk z ciepłym pieczywem. Sprzedawczyni uśmiechnęła się, jakby widziała go wczoraj.
— Jak zawsze dwie bułeczki? — zapytała, sięgając po papierowe torebki. Nathan zamarł.
— Słucham?
— Dwie ciepłe bułeczki? — powtórzyła i roześmiała się miękko. — Pan zawsze żartował tak samo.
Arden spojrzała na niego z ukosa.
— No, przynajmniej masz tu kredyt zaufania i kolejną fankę — mruknęła.
— Albo dług, o którym nic nie wiem — mruknął. — Czemu fankę?
— Bo zapamiętała cię z powodu bułeczek — odpowiedziała z lekką ironią.
— Ha, ha, bardzo zabawne — odparł, nie domyślając się, dlaczego Arden mu dogryza.
— Przestań mu robić te wyrzuty, bo brzmią jak scena zazdrości — szepnęła Lyra z uśmiechem.
Ruszyli mijając kolorowe wystawy. Miasto pulsowało życiem — dźwiękiem skrzypiec, śmiechem dzieci, zapachem pomarańczy. A mimo to Nathan czuł, że coś tu jest… zbyt ciche. Jakby za tą radością kryło się coś, czego nikt nie mówi na głos. Kiedy mijali sklep z zabawkami, zatrzymał się nagle. W witrynie stała stara karuzela — miniatura z korbką. Obracała się powoli, choć nikt jej nie nakręcał.
— Ta karuzela… — powiedział półgłosem. — Miałem taką. Dokładnie taką.
— Może podobną — zasugerowała Arden.
— Nie. Z tą samą rysą na koniku.
Dotknął szyby, a figurki na karuzeli, jak gdyby na chwilę przystanęły. Z głośnika popłynęła melodia — ta sama, którą słyszał, gdy był dzieckiem. Lyra spojrzała na niego z niepokojem.
— Nathan, co to znaczy?
— Nie wiem — odparł, a jego głos był miękki jak para na szybie. — Ale mam wrażenie, że ten festyn nie jest dla turystów.
Wiatr przeszedł przez uliczkę, unosząc płatki śniegu i echo melodii. Światło przygasło na moment, jakby samo miasto wstrzymało oddech. Nathan zamknął oczy. Widział błysk — siebie, młodszego, biegnącego przez ten sam rynek z książką w ręku. Śmiech, zapach grzanego wina, dzwonki przy sankach… Potem pustka. Otworzył oczy i zobaczył, że Arden i Lyra patrzą na niego w milczeniu.
— Wszystko dobrze? — zapytała Arden cicho.
— Tak… tylko mam wrażenie, że wróciłem do miejsca, z którego nigdy nie powinienem był odejść.
W oddali rozległ się dźwięk dzwonów — głęboki, powolny, niosący się po dolinie jak echo wspomnienia. Ludzie na rynku zatrzymali się na moment, jakby słuchali czegoś, co słychać tylko raz w roku. Nathan uniósł głowę.
— Ten dźwięk… — szepnął. — Wiem, że już go słyszałem.
— W snach? — spytała Arden.
— Nie. W życiu. Tylko nie wiem, kiedy.
Zatrzymali się przy moście prowadzącym na drugą stronę miasta. Pod nimi płynął wąski strumień, a jego tafla odbijała światła, które wyglądały jak setki rozbitych gwiazd. Z drugiej strony mostu stała dziewczyna w białym płaszczu. Miała jasne włosy, które mieniły się w blasku lampionów, i trzymała w dłoniach księgę z pożółkłymi kartkami. Nathan poczuł, jak serce mu przyspiesza. Nie dlatego, że ją poznał — tylko dlatego, że wiedział, że powinien. Dziewczyna uniosła wzrok i lekko się uśmiechnęła — tak, jak ktoś, kto widzi kogoś po bardzo długim czasie.
— Jesteś — powiedziała cicho. — Wróciłeś, choć nie pamiętasz drogi.
Nathan zamarł.
— Kim… kim jesteś?
— Tą, która czeka, aż przypomnisz sobie…
Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, rozległ się głośniejszy dźwięk dzwonów. Tłum się poruszył, a dziewczyna zniknęła między ludźmi — jakby rozpłynęła się w śniegu. Nathan stał jeszcze chwilę, próbując ją dostrzec, ale zostało tylko echo jej słów i ciepło w miejscu, gdzie przez moment patrzyła mu w oczy.
— Nathan…? — Lyra dotknęła jego ramienia.
— Widziałyście ją? — zapytał, nie odrywając wzroku od mostu.
— Kogo? — zapytała Arden.
— Dziewczynę z księgą. Stała tu przed chwilą.
— Nikogo tu nie było — odparła spokojnie Arden, choć w jej głosie zabrzmiała nuta niepokoju.
Nathan milczał. Spojrzał na swoje dłonie. Na palcach miał ślady po czymś, co przypominało kurz z papieru. Z rynku znów popłynęła muzyka — ta sama melodia, którą nucił jako chłopiec. Jak gdyby miasto naprawdę pamiętało. Tłum powoli się rozchodził. Światła przygasały, a muzyka stawała się coraz cichsza, jakby ktoś delikatnie przyciszał wspomnienia. Nathan rozejrzał się jeszcze raz — wszystko wyglądało jak sen, który nie chciał się skończyć, ale z każdą minutą stawał się coraz bardziej prawdziwy.
— Chodźmy — powiedział cicho. — Trzeba znaleźć nocleg.
Wąska uliczka prowadziła w górę, między drewnianymi domami, których dachy tonęły w śniegu. Na końcu wisiał stary szyld z wyblakłą lipą i napisem: „Karczma pod Lipą”. W oknach świeciły kolorowe lampy, a zza szyb dobiegał zapach pieczonego jabłka i wanilii. Wewnątrz było ciepło — tak ciepło, jak w miejscu, które czeka. Za ladą stała kobieta w grubym, wełnianym szalu. Gdy tylko spojrzała na Nathana, jej twarz rozjaśnił uśmiech.
— Witam! — zawołała z entuzjazmem. — Myślałam, że już pan tu nigdy nie wróci.
— Słucham? — zapytał zaskoczony.
— Tyle lat minęło. Ale człowiek się nie zmienił — ten sam uśmiech, tylko płaszcz wymieniony na kurtkę.
Arden spojrzała na niego z uniesioną brwią.
— Cóż, wygląda na to, że nawet twoja garderoba ma tu wspomnienia — mruknęła półgłosem.
— Proszę, pokój na piętrze, ten sam co dawniej. — Kobieta sięgnęła po klucz z mosiężnym numerkiem siedem. — Wiem, że to pana ulubiony.
Nathan odebrał klucz niepewnie.
— Ja… nie sądzę, żebyśmy się znali — powiedział, ale jej uśmiech nie zniknął.
— Może to pan nie pamięta — odparła łagodnie. — Ale miło znów widzieć znajomą twarz.
Schody skrzypiały pod nogami, gdy szedł na górę. Pokój był prosty, ale ciepły — jedno szerokie łóżko, dwa fotele, stolik i duże okno z widokiem na rynek. Zrzucił kurtkę i stanął przy szybie. Z dołu wciąż dochodziły echa muzyki i śmiech dzieci, a światła lampionów odbijały się w jego oczach.
— Dziwne miejsce — powiedziała Arden, odkładając torbę. — Wszyscy się cieszą, jakbyś wrócił z wojny.
— A ja nawet nie wiem, że z niej wyszedłem — odparł półgłosem. Uśmiechnęła się lekko, choć w jej oczach czaił się niepokój.
— Chodź, połóż się. Jutro może coś sobie przypomnisz.
Nathan skinął głową. Został jednak przy oknie jeszcze przez chwilę. Patrzył, jak śnieg tańczy w świetle latarni, jak miasteczko powoli zasypia, jak ktoś na rynku gasi kolejne światła. Zamrugał. Przez moment wydawało mu się, że przy ostatnim stoliku przed kawiarnią ktoś jeszcze stoi. Sylwetka mężczyzny w ciemnym płaszczu — lekko pochylona, jakby czekała właśnie na niego. Gdy Nathan zbliżył się do szyby, tamten uniósł głowę, uśmiechnął się z ledwie widocznym spokojem i pomachał mu czymś małym. Po chwili położył przedmiot na stoliku i odszedł, znikając w tańczącym śniegu. Nathan odruchowo złapał za klamkę.
— Nathan? — zawołała Arden z łóżka. — Co ty robisz?
— Zaraz wrócę — rzucił tylko i wybiegł. Zbiegł po schodach tak szybko, że ledwie słyszał skrzypienie desek pod nogami. Ulica była opustoszała, ale przedmiot wciąż leżał tam, gdzie mężczyzna go zostawił. Podszedł ostrożnie i wziął go do ręki. To był stary notes w skórzanej oprawie, przetartej na rogach. Otworzył go powoli. Na pierwszej stronie widniał wyblakły napis:
„Wróć. Dolina zawsze tęskni za tobą.”
Stał bez ruchu. Litery wyglądały jak jego własne pismo. Przesunął po nich palcami, jak gdyby chciał sprawdzić, czy to sen. Czuł, że coś w nim drgnęło — nie wspomnienie, jeszcze nie, raczej echo. Stał chwilę w milczeniu, aż poczuł mroźny powiew na plecach. Dopiero wtedy zorientował się, że jest bez butów i w samej koszuli. Wrócił w ciszy i skupieniu, trzęsąc się z zimna.
— Nathan, czy tobie całkiem odbiło?! — Arden rzuciła się do niego z kocem. — Trzęsiesz się jak osika! Ściągaj te skarpety, bo się rozchorujesz! Nathan?! Słyszysz mnie?!
Dopiero po chwili zauważyła jego kamienną twarz i puste spojrzenie.
— Nathan, wszystko w porządku?
— Nic się nie dzieje — wyszeptał. — Muszę się tylko położyć.
Próbował się odwrócić, ale Arden chwyciła go za rękę.
— O nie, mój drogi. Po takiej wyprawie musisz się wygrzać. Widziałam w łazience wannę, zaraz naleję ci gorącej wody z eukaliptusem i solą morską.
Nie czekała na odpowiedź, już zniknęła w łazience. Po chwili wróciła i pociągnęła go za sobą.
— Chodź, gotowe. Rozbierz się, przecież nie będę cię rozbierać. Co to w ogóle trzymasz w ręce?
Wyjęła mu notes z dłoni. Skóra była twarda od zimna, a jednak w dotyku ciepła — jakby przechowywała czyjeś wspomnienie.
— Co to jest? — zapytała, oglądając okładkę. — Skąd to masz?
— Leżał na stoliku przy kawiarni — odpowiedział. — Ten mężczyzna zostawił go tam i…
— Jaki mężczyzna? — przerwała, marszcząc brwi. — Na ulicy nikogo nie było, widziałam przez okno.
Spojrzał na dłonie. Skóra pod paznokciami była sina, palce drżały.
— Wiem, ale… on tam był — wyszeptał. — Stał przy kawiarni. Miał ciemny płaszcz, a kiedy na mnie spojrzał…
— To postanowiłeś wybiec na mróz półnagi? — w jej głosie zabrzmiała mieszanina gniewu i troski. — Nathan, masz szczęście, że w ogóle wróciłeś o własnych siłach.
Odebrała mu notes. Przez moment milczeli. Z sąsiedniego pokoju dochodziło tylko spokojne oddychanie Lyry.
— Naprawdę go tam znalazłem — powiedział po chwili. — I ten napis…
Arden spojrzała na niego poważnie.
— Jaki napis?
Nathan otworzył notes i przesunął palcem po wyblakłych słowach:
„Wróć, dolina zawsze tęskni za tobą.”
Arden zamilkła. Po jej twarzy przemknął cień niepokoju.
— Co to znaczy? Kto to napisał?
— Nie wiem — odparł, wpatrując się w litery. — Ale wygląda, jakbym to ja napisał.
Cisza rozlała się po pokoju. Tylko wiatr szeleścił za oknem. Arden położyła mu dłoń na ramieniu.
— Nie myśl teraz o tym. Wchodź do wanny, póki nie zamarzłeś do reszty — powiedziała łagodniej, wypychając go w stronę łazienki. — I zostaw ten notes.
Nathan odłożył go na stolik i poszedł. Kiedy po chwili woda z sykiem wypełniła wannę, Arden podeszła bliżej i spojrzała na skórzaną okładkę. Na rogu, w świetle lampki, dostrzegła wytłoczony drobnym pismem napis, którego wcześniej nie było widać:
„Nathan ex stirpe Tiliae.”
Przeszedł ją dreszcz. Spojrzała w stronę łazienki, gdzie słychać było chlupot wody.
— Nathan… — wyszeptała, ale nie dokończyła. Tymczasem Nathan siedział w wannie już długo. Ciepła woda koiła jego zmarznięte ciało, ale nie potrafiła uciszyć myśli. Spoglądał na parę unoszącą się nad taflą i czuł, że jego głowa jest cięższa niż cała reszta świata. Jak gdyby każda wspomniana przez ludzi chwila, której nie pamiętał, zaczynała wracać do niego w postaci cienia. Zanurzył dłonie w wodzie, a potem powoli zanurzył też głowę. Na moment zapadła cisza — inna niż wszystkie. Ciepła, głęboka, gęsta. Pod wodą nie było muzyki z rynku, nie było głosów. Tylko jego własny oddech, który gasł w pianie.
— Nathan? — zawołała Arden zza drzwi. — Słyszysz mnie?
Nie odpowiedział.
— Nathan! — powtórzyła głośniej.
Usłyszała tylko plusk wody. Drzwi otworzyły się z trzaskiem. Arden wpadła do środka, blada jak ściana. Zobaczyła go z głową zanurzoną w pianie.
Bez namysłu podbiegła, złapała go za włosy i pociągnęła do góry.
— Na litość boską! — krzyknęła, drżąc. — Najpierw chcesz zamarznąć, teraz się utopić?! Co ty wyprawiasz, człowieku?!
Nathan gwałtownie nabrał powietrza. Krople spływały mu po twarzy, oczy miał puste jak tafla wody.
— Nie chciałem… — wyszeptał. — Przysięgam…
— To, co chciałeś? Przestać myśleć? — jej głos drżał, ale był ciepły. — Nie waż się. Nie pozwolę ci.
Milczał chwilę, po czym tylko skinął głową.
— Przepraszam. Straciłem poczucie, gdzie jestem.
Arden westchnęła i podała mu ręcznik.
— Wychodź. Zaraz przyniosę ci coś suchego.
Kiedy wrócił do pokoju, światło było już przygaszone. Arden siedziała na brzegu łóżka, z kocem przewieszonym przez ramiona.
— Nie będziesz sam — oznajmiła. — Nie po tym wszystkim.
Uśmiechnął się słabo.
— Naprawdę nie musisz…
— Muszę — przerwała. — Bo jeśli znów coś ci przyjdzie do głowy, zdążę cię złapać za włosy po raz drugi.
Położył się obok niej, a ona przykryła ich jednym kocem. Leżała blisko, z dłonią opartą na jego plecach. Oddychali spokojnie, niemal równo.
— Arden? — wyszeptał po chwili.
— Hm?
— Dziękuję, że jesteś.
— Podziękuj jutro, jak się nie pochorujesz — mruknęła, wtulając twarz w jego ramię.
Świat za oknem przycichł. Światła na rynku gasły jedno po drugim, a śnieg sypał miękko, jak gdyby nie chciał im przeszkadzać. Nathan zamknął oczy. Po raz pierwszy od dawna zasypiał spokojnie. A jednak tuż przed snem zobaczył coś: dziedziniec ośnieżonego zamku, chłopca biegnącego z książką pod pachą, śmiech odbijający się od murów, zapach gorącego chleba i dzwonki, które brzmiały jak echo dawnych świąt. I ten sam głos, który kiedyś szeptał mu do ucha:
„Nie zapomnij wrócić.”
Drgnął, otworzył oczy. Pokój był ciepły, spokojny, a Arden oddychała równo tuż za jego plecami. Podniósł się i spojrzał w okno. Na rynku paliła się tylko jedna latarnia. I przez krótką chwilę wydawało mu się, że pod nią ktoś stoi — ta sama sylwetka, którą widział wcześniej przy kawiarni. Mrugnął. Ulica była pusta. Tylko śnieg. Położył się z powrotem. Świat powoli rozpływał się w sen, a ostatnim, co poczuł, była miękka dłoń Arden na jego plecach. Kraina snów przyjęła go ponownie.Rozdział 9 — Ci, którzy pamiętają drogę
Świt wpełzał przez szyby nieśmiało, jakby bał się obudzić to wszystko, co noc schowała w kątach. Ogień w palenisku dogasał, zostawiając w popiele czerwone oko żaru. Gdzieś w głębi sali chrapał ktoś przykryty baranicą, przy drzwiach kołysała się niespiesznie latarnia, a od wejścia ciągnęło zimnym powietrzem, w którym pachniało wilgocią śniegu. Nathan otworzył oczy powoli. Najpierw zobaczył sufit — belki pociemniałe od dymu. Potem usłyszał czyjś przytłumiony szept, stuk łyżki o gliniany brzeg, zgrzyt łańcucha przy żurawiu kominka. Ciepło obok. Arden spała z policzkiem opartym o jego ramię, jedna dłoń zwinięta w pięść przy jego piersi, jakby nawet we śnie nie chciała puścić. Lyra, zawinięta w koc, siedziała już pod ścianą, notując coś na rogu starej kartki. Mara i Eli leżeli w nogach, jak dzieci po zbyt długim dniu zabawy — Mara z włosami w nieładzie na kołdrze, Eli z futrzanym czepcem zjechanym na oczy. Jonas chrapał najgłośniej; za każdym razem, gdy oddech ugrzązł mu w gardle, drgnął cały stół. Drzwi od zaplecza skrzypnęły. Wyszła przez nie gospodyni z tacą — chleb, masło, garnek czegoś parującego. Nathan uniósł się na łokciu. Światło, choć blade, od razu ukłuło go w oczy. Wtedy ich zobaczył. Siedzieli przy długim stole pod oknem — kobieta i mężczyzna. Nie pasowali do poranka, jakby pojawili się tu z innego czasu. Mężczyzna miał ciemne, lekko posiwiałe na skroniach włosy spięte w krótki kuc, twarz pogodną, ale nos zarysowany ostrą kreską, na której zatrzymało się parę dawnych mrozów. Kobieta wyglądała na nieco młodszą, ze szramą pod lewym okiem — cienką jak pęknięcie na lodzie. Oboje jedli wolno, jakby każdy kęs był ceremonią. I oboje… patrzyli na Nathana. Nie nachalnie, nie natarczywie. Po prostu tak, jak się patrzy na kogoś, kogo długo nie było.
— W końcu obudziłeś się — powiedział mężczyzna, odkładając łyżkę. — Wyglądałeś jak stwór z innej planety.
— Peter? Kira? — Nathan wymówił ich imiona z ulgą, jakby sprawdzał, czy wciąż należą do tego świata. Kira uśmiechnęła się półgębkiem, poprawiając szalik na ramionach.
— Jeszcze wczoraj byłeś blady jak ściana — rzuciła. — Myśleliśmy, że nie dotrwasz rana.
— A jednak — odparł, próbując się uśmiechnąć. — Widocznie ktoś pilnował ognia.
— Ja tylko dorzucałam drewna — odparła cicho. — Resztę zrobiło ciepło.
Gospodyni, przechodząc obok z dzbanem, zatrzymała się na moment. Zacisnęła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale zrezygnowała. W sali zrobiło się nagle zbyt cicho.
— Lepiej nie żartować z gorączki — mruknęła w końcu spod oka. — Od paru dni ludzie budzą się dziwni. Nie pamiętają, co śnili, a i oczy mają obce.
Nikt nie odpowiedział. Nawet ogień jakby przygasł na chwilę.
— Gorączka spada szybko, a potem nic — powiedziała Kira po chwili, zniżając głos. — Tyle że oczy zostają dziwne. Jakby człowiek wciąż patrzył na coś, co zostało daleko.
Zapadła krótka cisza. Nathan przełknął ciepły, maślany kęs i poczuł, jak żołądek przypomina mu o całej nocy. Odwrócił kubek, dopił resztę herbaty. Ogień w kominku prychnął i wysypał garść iskier. Za oknem śnieg zwisał z dachu jak gruba zasłona, ale wiatr ucichł — cisza miała teraz w sobie napięcie, jak lina przed przeciąganiem.
— Pójdziemy dziś dalej — powiedział w końcu Nathan i słowa zabrzmiały tak, jakby ktoś je w nim wcześniej zapisał. — Zanim śnieg znów się podniesie. Idziecie z nami?
Peter pokiwał głową.
— Nie ma sensu siedzieć dłużej. Śnieg tylko czeka, żeby nas przykryć.
— Jakby mu było mało — mruknął Eli i naciągnął czapkę głębiej na uszy.
Kira wstała, podwinęła rękawy i zaczęła wiązać pas. Każdy jej ruch był cichy, ale zdecydowany. Lyra zamknęła notes, stukając o blat piórem, a Mara, ziewając, poprawiła włosy i spojrzała na Nathana z przekornym półuśmiechem.
— A ty? Nadal chcesz prowadzić, czy dziś udajesz, że nie pamiętasz drogi?
— Droga pamięta nas — odparł, wstając. — Wystarczy iść.
Jonas roześmiał się krótko, z tą swoją chropowatą ironią.
— Jasne. A jak znów się zgubimy, to będziemy mówić, że to droga się pogubiła.
— Albo że zamek zmienił miejsce — dodała Mara, wkładając rękawice.
— Zamek nigdy nie zmienia miejsca — wtrąciła Kira spokojnie. — Tylko ci, co odchodzą, zapominają, jak się do niego wraca.
Przy tych słowach spojrzała na Nathana, jakby to do niego mówiła.
— Wychodzimy? — zapytała cicho.
— Tak. Im szybciej ruszymy, tym lepiej — odpowiedział Nathan, patrząc w kierunku okien, gdzie świt rozlewał się nieśmiało po szybach.
Drzwi skrzypnęły, a powietrze uderzyło w nich chłodem. Za progiem świat wyglądał inaczej niż wczoraj — śnieg był miękki i gęsty, a wszystko wydawało się odrobinę przesunięte, jakby noc przestawiła rzeczy na swoje miejsca. Gdy odeszli kilka kroków od karczmy, Nathan odwrócił się jeszcze, jakby coś go ciągnęło z powrotem. W oknie, tuż przy palenisku, zobaczył tę samą zamgloną plamę na szybie, którą widział w nocy. Teraz jednak ślad był wyraźniejszy — jakby ktoś przycisnął do szkła czoło i rękę. Nie, dwie ręce. Palce rozwarte, zziębnięte. Nim zdążył zawołać, gospodyni przeciągnęła od wewnątrz ścierką po szybie i wszystko znikło. Po chwili zajezdnia za nimi wyglądała już jak latarnia wśród mgły. Kiedy przeszli kolejnych kilkadziesiąt kroków, światło zgasło, jakby ktoś zgasił wspomnienie. Ścieżka prowadziła w dół, przez rzadki las, gdzie gałęzie uginały się pod ciężarem białego puchu. Niebo nie było jeszcze jasne — miało kolor popiołu, w którym ledwie tlił się błękit. Najpierw było łatwo. Śnieg, choć wysoki, był ubity w wąskim korytarzu zostawionym przez sanie i ciężkie buty. Kira szła pierwsza, wąska, szybka, jakby słyszała w śniegu słowa; Peter trzymał tempo Nathana. Mara i Arden — ramię w ramię — czasem wymieniały półzdania, czasem milczały. Eli z Jonasem zmieniali się w prowadzeniu sanek z ekwipunkiem. Lyra szła pośrodku i liczyła w myślach kroki do setek, żeby nie słyszeć własnego strachu. Na skraju brzeziny zaczęła się mgła. Nie taka, co wisi i czeka, tylko ta, która snuje się nisko przy ziemi i próbuje wejść do butów. Świat stępiał, krawędzie rzeczy stały się miękkie. Czasem wydawało się, że między dwiema brzozami stoi ktoś jeszcze — wysoki, cienki — ale to był tylko cień pnia, a może nie.
— Zatrzymajmy się na moment — poprosiła Arden. — Łapię oddech, jakby ktoś mi go zabierał.
— Mgła — Kira obejrzała się przez ramię. — Wchodzi w gardło. To minie za chwilę. Pij.
Arden wzięła łyk z manierki i rzeczywiście — ból w piersiach rozszedł się jak lód topniejący od środka. Kiedy ruszyli, Nathan zauważył, że Kira dotyka po drodze pni — czasem palcem, czasem wnętrzem dłoni, jakby czegoś słuchała.
— Co robisz? — zapytał wreszcie.
— Liczę — odpowiedziała. — Te drzewa rosną, jak chciał wiatr. Tu wiatr był zawsze z północy. Jeśli przestanie — znaczy, że zamek postanowił nas obejść.
— Zamek „postanowi”? — powtórzyła Lyra. — Co on, żyje?
— A ty nie czujesz, że wszystko tu żyje? — Kira nie odwróciła się, ale Nathan widział, że uśmiecha się półgębkiem. — Dolina (i to, co nad nią) oddycha jak człowiek, tylko wolniej. Rzeczywiście — kiedy weszli między sosny skręcone wiatrem, powietrze zaczęło rytmicznie uciszać się i gęstnieć, jakby ktoś oddychał przez zasłonę. Zatrzymali się przy głazie oblepionym lodem. Peter podał wszystkim po kawałku chleba.
— Pół godziny — zdecydował. — Potem dalej.
Nathan oparł się o pień i przymknął oczy. Nie spał, ale nic nie widział — był tylko dźwięk krwi w skroniach i trzask drobnego lodu w koronach, gdy słońce podpalało kryształki. I nagle — jak otwarta w środku książka — obraz. Nie jego, a jednak jego: ta sama droga, tylko bez śniegu. Ławeczka z wyżłobionego bala. Dziewczyna o jasnych włosach siedzi na oparciu i macha nogami, recytując coś z pamięci, a on, młodszy, z książką w dłoni, udaje, że nie słyszy, choć wie każde słowo — bo uczył się razem z nią.
— Nathan? — głos Petra przeciął obraz jak nóż. — Nie odlatuj teraz.
— Pamiętam ławkę — wyszeptał. — Bez śniegu.
— Dobrze — powiedział Peter. — Dobrze, że pamiętasz. Źle, jeżeli się wzruszasz. Idziemy.
Mgła zagęściła się tuż przed nimi. Płatki śniegu zaczęły wirować jak drobne światła, które ktoś wypuścił z dłoni. Gdy weszli na otwarty garb, wiatr uderzył ich jak fala. Nathan poczuł, jak dźwięk zwija mu się w uszach. Kira kazała wszystkim iść gęsiego, wbiła czekan w nawianą nawierzchnię i sprawdzała każdy krok. Raz, drugi, trzeci. W połowie trawersu głos Jonasa znikł w wietrze. Odwrócili się — stał, jakby go coś przytrzymało za nogi.
— Cienki lód! — krzyknęła Kira. — Nie ruszaj się, zaraz puści!
Peter położył się na śniegu, rozsunął ciężar, podpełzł do Jonasa i jednym ruchem przepchnął mu pętlę liny pod pachy.
— Na trzy — syknął. — Raz. Dwa. Trzy.
Jonas wyskoczył z miękkiego puchu, w którym lód rozpadł się w chrzęście jak tłuczone szkło. Wszyscy przez chwilę tylko szeptali przekleństwa, jak modlitwy. Nathan czuł, jak ręce mu drżą — nie ze strachu, z gniewu do samego siebie, że jego ciało pamięta, jak stawiać kroki, a jego głowa musi się tego uczyć na nowo.
— Dobrze — powiedział Peter po chwili zgryźliwym głosem, jakby wypluwał coś twardego. — To był sygnał. Idziemy wolniej.
— Zamek lubi sprawdzać — mruknął Eli, sapnąwszy.
— Zamek nie musi — Kira spojrzała w górę. — Droga to robi za niego.
Przeszli. Ostatni odcinek zawiał im wiatr drobnym lodem po twarzach tak, że łzy zamarzały w rzęsach, ale kiedy zeszli za załom skały, nagle ucichło. Jakby ktoś odciął ich od pogoni. Za wąwozem czekał las — gęsty, ciemny, z tych, które o zimie mówią szeptem.