Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Opowieści peronowe - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 sierpnia 2026
10,10
1010 pkt
punktów Virtualo

Opowieści peronowe - ebook

Kolej to miejsce, gdzie czas potrafi jednocześnie stać w miejscu, biec do tyłu i ulegać ciągłym zmianom. Prawdziwą dojrzałość osiąga się wtedy, gdy komunikat o godzinnym opóźnieniu przyjmie się nie jako porażkę logistyki, ale jako darmowy, podarowany przez los czas na głęboką medytację nad sensem życia… albo na zjedzenie trzeciej drożdżówki.


Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8467-117-7
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

I Witajcie w wygwizdowie

Powoli wstawało słońce. Zawiadowca stacji Pankracy Leniwiec bardzo lubił ten widok, który śmiało mógł porównać do wschodu słońca w dolinie chochołowskiej, choć nigdy tam nie był. Pierwsze promienie pięknie oświetlały już trochę wyblakłą i wykrzywioną tablicę peronową z nazwą stacji, na której widniał dumny napis ”WYGWIZDÓW ZDRÓJ”.

Stacja kolejowa Wygwizdów Zdrój to nie tyle miejscowość, co stan umysłu, gęsto podlany zapachem podkładów kolejowych i stygnącego żurku z termosu. Stacja, choć dumnie nosi przymiotnik ”ZDRÓJ”, obecnie z uzdrowiskiem ma tyle wspólnego, co lokomotywa parowa z lotami międzyplanetarnymi. Ostatni dom zdrojowy zlikwidowano tu jeszcze za Gierka, po tym jak okazało się że źródło wody leczniczej ”Wygwizdówka” o dosyć nieprzyjemnym wyglądzie i zapachu, przypominającym gnojówkę, ale rzekomo leczącej wszelkie schorzenia stawów… okazała się faktycznie gnojówką, którą wylewali w tym miejscu rolnicy ze wsi obok. Niemniej jednak to właśnie tutaj bije serce lokalnej komunikacji. Rzadko, bo rzadko, ale z niezwykłą determinacją. Stacja dysponuje jednym peronem, który lata świetności pamięta jeszcze z czasów, gdy bilety wypisywało się gęsim piórem. Peron a właściwie to co z niego zostało, obsługuje dwa czynne tory, prowadzące ”STĄD” do ”TAM”, choć większość pasażerów (o ile w ogóle ktoś tu wysiada) ma wrażenie, że oba kierunki są równie nieokreślone. Największą atrakcją stacji jest tor odstawczy.

To tutaj, w objęciach rdzy i wybujałego ostu, spoczywa ”Konserwa”. Jest to stara lokomotywa parowa, która wygląda, jakby zasnęła w połowie zdania. Tuż za nią stoi tajemniczy wagon towarowy zwany przez wszystkich ”Stodołą”. Drzwi wagonu, zamknięte na kłódkę tak zardzewiałą, że stanowi już jedność z ryglem, budzą dreszcz emocji u lokalnej młodzieży. Krążą legendy, że w środku znajduje się albo zapas niesprzedanych biletów do NRD, albo — co bardziej prawdopodobne — zagubiona partia radzieckich, wojskowych gumofilców z rocznika ’74, które utkwiły tu z niewiadomego powodu w drodze do Legnicy, gdy jeszcze stacjonowały tam wojska, jak wtedy mówiono ”Naszego wielkiego brata”.

W każdym razie żadnych papierów przewozowych dotyczących stodoły do tej pory jeszcze nigdy nikt nigdzie nigdy nie znalazł. Ale też i nikt nie szukał.

— Tak Konserwa jak i Stodoła stały na tym torze od zawsze. Przecież one nikomu nie przeszkadzają. Niech stoją sobie następne 100 lat. Przynajmniej wzbogacają okolicę — odpowiada zawsze Pankracy gdy ktoś zapyta o te zabytki techniki kolejowej.

Zawiadowca Pankracy Leniwiec to typowy kolejarz minionego pokolenia. Tytan dyscypliny w świecie, w którym czas jest pojęciem względnym. Pankracy nosi mundur z wielką godnością. Jakby codziennie odprawiał Orient Express, a nie cztery pociągi na dobę. Dwa składy osobowe, jeden pospieszny i jeden towarowy (ale o nich później). Czapkę służbową ma tak usztywnioną i utwardzoną krochmalem domowej roboty że może spokojnie zastąpić hełm wojskowy a jej kąt nachylenia jest tak precyzyjny, że lokalni geodeci mogliby według niej kalibrować urządzenia. Pankracy wierzy, że kolej to nie transport, to religia. Każdego ranka, dokładnie o 05:42, wykonuje rytualne polerowanie gwizdka, który dźwięczy z ogromną mocą. Jeden gwizd budzi kury w sąsiedniej gminie. Zawiadowca prowadzi również legendarny „Czerwony Notes”, w którym z namaszczeniem odnotowuje każdą sekundę opóźnienia pociągu pospiesznego. Jego największym wrogiem jest modernizacja Do dziś nie ufa elektronicznym tablicom i gdyby tylko mógł, osobiście biegałby po torach z kredą, by korygować numery peronów na asfalcie.

Dla niego stacja to okręt, a on jest jego jedynym, niezatapialnym kapitanem. Mimo że „okręt” od lat stoi na mieliźnie, jego burty i dno są dziurawe jak ser szwajcarski a załoga i szczury okrętowe już dawno opuściła pokład.

Na końcu peronu stoi obdrapana drewniana budka, trochę większa niż standardowy TOY TOY. To królestwo dróżnika Januarego Welca strażnika przejazdu kolejowego, który traktuje korbę od zapór jak ster transatlantyku i swój osobisty amulet szczęścia. Posiada unikalną zdolność przewidywania nadjeżdżającego składu na podstawie drgań kawy. Musi to być jednak kawa parzona, zwana potocznie ”plujką” w szklance z metalowym koszyczkiem. Jego chorągiewka jest już bardziej szara niż żółta, co jak sam twierdzi, jest ”patyną doświadczenia”. Prowadzi też prywatną wojnę z miejscowymi traktorzystami. Każde opuszczenie szlabanu celebruje z namaszczeniem, zamykając przejazd na dziesięć minut przed pociągiem, żeby się żelastwo nie zastało. W wolnych chwilach, których ma mnóstwo, pisze wiersze o semaforach i chowa w szufladzie biurka obok zapasowych bezpieczników. Szlabany przejazdowe miały swój własny, dosyć trudny charakter. Zupełnie inny niż dróżnik. Codziennie rano January musiał stoczyć walkę z „Mechanizmem” w postaci dwóch rdzawych ramion szlabanu. Prawy zazwyczaj opadał tylko do połowy i tam zastygał, imitując nowoczesną rzeźbę. Lewy natomiast nie ruszał się wcale, dopóki nie usłyszał odpowiednio soczystego przekleństwa.

January, uzbrojony w korbę wielkości dorosłego borsuka, zaczynał od rytualnego kopnięcia w podstawę przekładni.

— No, ruszaj się, ty zardzewiały sęku! — krzyczał, kręcąc z taką siłą, że jego żyły na czole układały się w mapę połączeń kolejowych województwa. Gdy korba stawiała opór, January stosował metodę „na psychologa”. Szeptał do trybów obietnice świeżego smaru, by po chwili znienacka uderzyć w mechanizm kluczem francuskim. Kiedy w końcu szlabany z głośnym i przeraźliwym zgrzytem, przypominającym torturowanie blachy, zaczynały opadać, kierowca stojący przed przejazdem, o ile w ogóle jakiś podjechał, oddychał z ulgą. Niektórzy nawet głośno klaskali. January ocierał pot z czoła, całował korbę, swój amulet i narzędzie pracy, spluwał siarczyście na torowisko po czym złośliwie ale cicho mruczał do siebie zadowolony

— Jutro was zaspawam na amen i w końcu będzie święty spokój. Jeszcze mnie popamiętacie.

W poczekalni, która miała metraż wielkości czterech budek dróżnika, rządzi ona. Miss Wygwizdowa 1968, siedmiokrotna wdowa oraz obiekt westchnień Januarego. Kasjerka Pelagia Nieświeża, strażniczka okienka, w którym napis „PRZERWA” jest elementem konstrukcyjnym szyby i posiada własne, neonowe oświetlenie. Pelagia potrafi sprzedać bilet z taką miną, jakby wyświadczała pasażerowi osobistą przysługę, mimo że ten nie śmiał nawet prosić. Jej wzrok potrafi zmrozić wrzątek w kubku w promieniu trzech metrów, lub zamienić w kamień Bazyliszka. Pelagia jest mistrzynią pasjansa. Mówi się, że od jej wygranej zależy humor Pankracego na cały tydzień. Potrafi bezbłędnie ocenić status majątkowy pasażera po tym, jak długo szuka on drobnych w portfelu. Dla stałych klientów, na szczęście, albo też i niestety, dużo ich raczej nie ma (może ze trzy osoby) oferuje specjalną promocję. Wydaje bilet bez komentarza o tym, że ”znowu zawracają głowę”. Pelagia dalej wypisuje druczki ręcznie choć już dawno wyposażono ją w komputer i drukarkę termiczną. Ale jak sama mówi

— Cała ta nowoczesna elektronika to tylko uwstecznia i prądu szkoda. A jak się jeszcze, nie daj Boże, zepsuje to gdzie ja potem serwis jaki znajdę. Niech tam sobie stoi i ładnie wygląda.

Przed budynkiem stacyjnym, przed wejściem do poczekalni, od rana do wieczora, straż pełni Zenobiusz Powolny. Miejscowy filozof oraz taksówkarz. Stary wyjadacz asfaltu, znawca szos w sandałach i skarpetach, Posiada licencję nr 001, wydaną jeszcze przez radę narodową, której nazwy nikt już nie pamięta. Jego taksówka służy jako mobilne centrum konferencyjne, gdzie przy zapachu choinki zapachowej o aromacie bliżej nieznanym, która ostatnie tchnienie zapachowe wydała jeszcze w latach 90tych, debatuje się nad sensem istnienia i ceną nawozów. Zenobiusz zna każdą dziurę w drodze do Zdroju osobiście i nadał im imiona, co pozwala mu na precyzyjne dozowanie wstrząsów pasażerom, o ile jakiś się napatoczy, w zależności od tego, jak bardzo marudzili na cenę kursu. Taksówka Zenobiusza to pojazd o nieokreślonej marce i przebiegu, sowim wyglądem sugerujące, że auto brało udział w wycofywaniu się wojsk napoleońskich. Zenobiusz czeka od rana do wieczora, głównie na pasażerów pociągu pospiesznego, który w Wygwizdowie Zdroju zatrzymuje się tylko wtedy, gdy Pankracy zamknie semafor (ostatni raz zdarzyło się to gdy polska weszła do Unii Europejskiej), na torach stanie krowa, lub gdy maszynista ma akurat imieniny. Największym skarbem Zenobiusza jest ”Księga Pasażerów Uratowanych”. To zeszyt, w którym odnotowuje tych nielicznych śmiałków, którzy faktycznie wysiedli z pociągu pospiesznego i potrzebowali podwózki do jedynego w okolicy sanatorium, już nieczynnego „Pod Złamaną Szyną”. Zenobiusz ma też specyficzne podejście do technologii. GPS to dla niego przejaw czarnoksięstwa, gdyż uważa że satelity nie znają skrótów przez miedzę pana Staszka czy starej Wójcikowej zza lasu. Jak każdy wytrawny taksówkarz potrafi na postoju, w ciągu piętnastu minut, umyć cały samochód z zewnątrz i wewnątrz używając tylko jednej butelki wody o pojemności półtora litra. I nie jest ważne czy to osobówka czy dostawczak.

Rytm dnia na stacji Wygwizdów Zdrój wyznaczają kursy czterech pociągów. Pierwszy osobowy jadący w bliżej nieokreślonym kierunku, numer 36362 zwany Poranną Strzałą, rozkładowo przyjazd 5:42 i odjeżdża minutę później, wieczorny osobowy powracający, numer 26363 w gwarze kolejowej określany jako Powrotny, rozkładowo przybywający o 19:58. W południe przez stację ciężko przetacza się towarowy z łoskotem, od którego Pelagii spada paprotka z parapetu, ciągnięty przez starą lokomotywę dieslowską. Wyrzuca z siebie tyle spalin, że po każdym jej kursie trzeba wietrzyć pół powiatu. January ochrzcił go kiedyś ”Smrodem” i tak już zostało. A późnym popołudniem niczym rakieta przelatuje pospieszny, mniej więcej zawsze koło 16ej. Czasem tylko zwolni, choć starzy kolejarze opowiadali że nawet kiedyś się zatrzymywał na całe 40 sekund. Ale to było w latach kiedy Wygwizdów Zdrój był jeszcze prawdziwym uzdrowiskiem i tętnił życiem niczym deptak w Ciechocinku w porze poobiedniej. Wygwizdów Zdrój żyje ogromną, niemal mistyczną nadzieją na ”Wielką Rewitalizację”. Plotka głosi, iż stacja została uwzględniona w ministerialnym programie ”Przystanek Przyszłość”, co w praktyce oznacza, że w najbliższym czasie na peronie może stanąć automat z kawą. Kasjerka Pelagia już zapowiedziała, że choćby nie wiadomo jak będzie nowoczesny to nigdy pożyczy mu drobnych i swojego służbowego czajnika i szklanki także nie odda. Mieszkańcy z zapartym tchem wyczekują momentu, w którym tajemniczy wagon towarowy zostanie w końcu komisyjnie otwarty. Lokalny proboszcz zasugerował nawet, by przy tej okazji zorganizować festyn z watą cukrową, karuzelami i strzelnicą a przed rozpoczęciem całej procedury odprawi uroczystą mszę w tej intencji. Bo to i bezpieczniej gdy się to zrobi z Bożą pomocą, no i od przyjezdnych na to wydarzenie pewnie i większa taca się uzbiera. Zawiadowca Pankracy jest jednak temu przeciwny, ponieważ jeśli się okaże że w środku są faktycznie, tak jak przypuszczał, poradzieckie wojskowe gumofilce… a jeszcze w dodatku używane… po otwarciu wagonu okolica może stać się bardziej skażona niż ziemia wkoło Czarnobyla zaraz po wybuchu reaktora a on na żadną ewakuację stacji się nie zgadza. Instrukcje na wypadek skażenia radioaktywnego i tak już dawno myszy w piwnicy stacyjnej zeżarły.

Zegar peronowy, pamiętający jeszcze początki kolei, o dziwo ciągle działający, z ogromnym wysiłkiem, przesuwa lekko już krzywe wskazówki po pożółkłej od starości tarczy. Na jej środku widnieje wyblakły napis ”FMS — Freyburger Uhrenfabrik”. Powoli dzień za dniem, miesiąc za miesiącem i rok za rokiem płynie sobie życie w zapomnianym już trochę Wygwizdowie Zdroju. Monotonnie, leniwie i nudno… Ale czy aby na pewno?!II Pociąg nie z tej ziemi

Stacja Wygwizdów Zdrój. Tu czas już nie tyle stanął, co usiadł na krawężniku i zapalił skręta z mchu. Nawet rdza z litości przestała zżerać nieczynne torowisko.

Była godzina 12:45. Martwy punkt między porannym pociągiem osobowym a wieczornym pospiesznym. Słońce przygrzewało mocno. Dróżnik January z nudów dłubał nożem w drzewie przed swoją budką. Sielankę czterech pociągów na dobę przerwało wydarzenie, którego nie przewidział nawet najstarszy i najbardziej pożółkły kalendarz ścienny w biurze zawiadowcy Pankracego.

Ciszę, którą zwykle zakłócała tylko kasjerka Pelagia, chrupiąc chipsy o smaku papryki i kiwi, rozdarł dźwięk przypominający zacieranie się starego silnika w odkurzaczu oraz mlaskanie stada wygłodniałych, szczerbatych, starych kotów. Czyste niebo nad rdzawymi torami rozdarł pisk, jakby ktoś tarł styropianem o blachę falistą. Z chmury spalin i kurzu wyłonił się jaskrawo seledynowy dziwny obiekt. Wyglądem przypominał skrzyżowanie lokomotywy, sokowirówki i betoniarki. Osiadł miękko na torze numer dwa, tuż obok jedynej na stacji, już zresztą lekko przywiędłej, pelargonii.

Z pojazdu wysunęła się rampa, a po niej zeszły dwa zielone ludziki. Miały głowy jak przerośnięte agresty i oczy wielkości talerzy deserowych. Jeden z nich uniósł mackę w geście pokoju, ale nie zdążył wydać dźwięku.

— Panowie! Krude! No bez żartów! — huknął Pankracy wbiegając z lizakiem na peron i czerwieniejąc na twarzy.

— Tor numer dwa jest wyłączony z ruchu z powodu konserwacji podkładów od roku 1986go! Poza tym gdzie macie zezwolenie na wjazd składem z przekroczoną skrajnią? A jak mi się w peron nie zmieścicie? Kto będzie za uszkodzenia płacił. PKP już długo jedzie na deficycie a o sponsora też trudno ostatnimi czasy.

Ufoludki zamrugały wielkimi oczami. Ten wyższy wydał z siebie dźwięk przypominający bulgotanie.

— My… z galaktyki… Kurvix… z kosmosu… Wykrztusił przez translator.

— Z Kurwixa czy z Kutna, nie obchodzi mnie to! Uciął zawiadowca.

— January!!! — krzyknął w stronę przejazdu.

Zza rogatki wyłonił się dróżnik. W jednej ręce trzymał korbę do szlabanu, jego amulet, a w drugiej młotek rewidenta, do opukiwania kół, choć ostatnie koło jakie widział, należało do taczki proboszcza, którą pożyczył jakieś 10 lat temu z plebanii i do dziś zapomniał oddać.

— Szefie, oni nie mają Pc5… — zauważył January. — I ten napęd… to jest na paliwo stałe? Bo jak płynne, to trzeba opłatę środowiskową uiścić — dodał służbowym tonem dróżnik.

Kosmici, wyraźnie zdezorientowani, ruszyli w stronę budynku stacji, licząc na azyl lub chociaż wodę. Jednak wpadli z deszczu pod rynnę ponieważ tam, za pancerną szybą, siedziała Pelagia. Gdy ufoludek przyłożył mackę do okienka, kasjerka nawet nie podniosła wzroku znad starej krzyżówki.

— Bilety peronowe do kontroli! — rzuciła mechanicznie.

— My nie mieć… bilet… My podróżować już długo między wymiarami — zabulgotał mniejszy przybysz.

— Między wymiarowy to jest u nas tylko deficyt. — odparowała Pelagia, uderzając pieczątką w blat.

— Bez biletu peronowego przebywanie w poczekalni grozi mandatem w wysokości pięciokrotności stawki za przejazd do najbliższej stacji węzłowej. I proszę mi tu nie macać szyby, rano pucowałam!

Wypchnięci ze stacji kosmici trafili prosto na Zenobiusza, który drzemał w swoim wehikule z napisem „TAXI”. Zenobiusz uchylił szybę, wypuścił kłąb dymu z elektrycznego papierosa prosto w przybyszów i zmierzył ich swoim przenikliwym wzrokiem od góry do dołu.

— A wy co za jedni? Za żaby żeście się poprzebierali? — zapytał zdziwiony.

— My chcieć tam — powiedział jeden i pokazał macką w niebo.

— Na orbitę? To będzie jako kurs nocny, taryfa trzecia, bo wyjazd poza granice powiatu. I za nadbagaż w postaci tej anteny na głowie doliczę 5 dych od łebka.

— My chcieć… wrócić do gwiazd — krzyknął zielony.

— Do gwiazd to ja mogę was do remizy zawieźć. Akurat jest dzisiaj dyskoteka. Tylko że tam byście pewnie od razu w japę zebrali od miejscowej młodzieżówki — mruknął Zenobiusz.

— Lepiej wracajcie na peron i skitrajcie się za Konserwą… znaczy za tą zardzewiałą lokomotywą, żeby was nikt nie widział. Może w spokoju doczekacie do wieczora. A jak będzie jechał ten osobowy koło 20ej to radzę szybciutko wskoczyć i uciekać jak najdalej. Tu się nic nie dzieje, zanudzicie się na śmierć.

W tym momencie nadbiegł zawiadowca Pankracy z grubą księgą skarg i wniosków. January powoli ciągnął za nim.

— Ustawa o kolejnictwie, artykuł 42! — wrzasnął.

— Pojazd szynowy musi posiadać sprawne piasecznice! Gdzie wy macie piasek?! To jest naruszenie bezpieczeństwa ruchu!

Kosmici spojrzeli po sobie. Jeden z nich wyciągnął laserowy pistolet, ale gdy tylko dostrzegł to January Welc natychmiast go skarcił.

— Panie zielony! Z tym wihajstrem to do lasu.

Na terenie PKP obowiązuje zakaz używania otwartego ognia a także emitowania promieniowania jonizującego powyżej normy unijnej.

— My chcieć tylko dokonać wymiany międzygwiezdnej energii i skatalogować waszą prymitywną cywilizację. My być bytem z czystej świadomości… — postawili się kosmici.

— Mnie tam wasza świadomość nie interesuje. Regulamin i przepisy to rzecz święta. Wjazd na tor zamknięty bez zezwolenia zawiadowcy bądź dyżurnego ruchu taborem o przekroczonej skrajni… przecież za to prokurator grozi. Już mi się zabierać z tym swoim kosmicznym elektrowozem i nie wracać bez odpowiednich zezwoleń!

Ufoludki popatrzyli na siebie i zaczęli jeszcze raz, jednak tym razem już bardziej pokojowo.

— My wam dać nowe technologię i lek na wszystkie choroby, jeśli tylko pozwolicie nam pobrać próbkę gleby.

— Glebę to możecie sobie wziąć z pola u sąsiada. Tu jest teren kolejowy. Żadnego kopania bez zgody nadzoru budowlanego. A te wasze leki to mają ulotkę w języku polskim? Bo jak nie, to apteka nie przyjmie. A poza tym ja osobiście to w te wszystkie medykamenty to nie wierzę. Jak mnie co zbiera to walnę jednego z pieprzem przed spaniem i do rana przechodzi.

Po godzinie bezowocnych negocjacji, podczas której Pankracy próbował istotom potrafiącym zaginać czasoprzestrzeń wytłumaczyć, dlaczego pociąg relacji Koluszki — Wąchock jest odwołany z powodu liści na torach i w ogóle że czas i przestrzeń na polskiej kolei akurat nie mają żadnego znaczenia, kosmici się poddali.

— Wracamy na Kurvixa — zarządził jeden z nich.

— Teoria czarnych dziur to pestka przy próbie zrozumienia działania tego miejsca — zabulgotał po swojemu drugi.

Z wielkim świstem i błyskiem niebieskich świateł, spodek uniósł się w górę i zniknął w atmosferze, zostawiając po sobie jedynie zapach ozonu i lekko przypaloną trawę.

Pankracy splunął na tory i wrócił do swojego biura. January znów coś grzebał bezmyślnie przy szlabanie a Zenobiusz zaczął polerować od niechcenia maskę swojej taksówki.

Zawiadowca otworzył książkę służby i wpisał:

„_16:50 — Przejazd techniczny międzygalaktycznej, prototypowej lokomotywy o przekroczonej skrajni. Bez wagonów. Stwierdzono brak oświetlenia końcowego (Pc5), nieczynne piasecznice i przekroczoną skrajnię. Według norm PKP pojazd nie nadaje się do dalszej eksploatacji Skierowano wniosek do centrali o wycofanie z ruchu_”.

Odłożył książkę na półkę, zerknął na zegarek. Dochodziła osiemnasta.

— Jeszcze dwie godziny do Powrotnego… może by tak trochę podrzemać? — zapytał sam siebie po czym rozsiadł się wygodnie w fotelu i przymknął oczy. Niedługo potem zaczął chrapać. Wygwizdów znów był bezpieczny. Biurokracja wygrała z pozaziemskim najeźdźcą 1:0. Stacja pogrążyła się w błogiej ciszy, którą przerywało jedynie cykanie świerszczy i ciche przekleństwa Zenobiusza, któremu podmuch startującego statku zwiał liście oraz cały kurz z okolicznych chodników prosto na maskę.III Komisja

Witaj w Wygwizdowie Zdroju. To miejsce, gdzie czas nie tyle się zatrzymał, co po prostu uznał, że dalej nie idzie, bo mu się to nie opłaca. To jedyne uzdrowisko w kraju, w którym zamiast inhalacji jodem, kuracjusze, jeśli w ogóle jacyś tu się jeszcze kiedykolwiek pojawią, mogą liczyć na ożywcze opary mazutu i zapach mokrego podkładu kolejowego.

Dziś Wygwizdów Zdrój drży w posadach. I nie jest to bynajmniej efekt przejazdu pociągu towarowego, który zwykle przemieszcza się z prędkością kontuzjowanego żółwia, ale efekt zapowiedzi wizyty Komisji.

Trzech panów w garniturach z taniej wiskozy, uzbrojonych w tablety i brak sentymentów, ma wydać wyrok czy dworzec należy zrównać z ziemią. Wskaźnik rentowności obiektu, według centrali, już od dawna jest niższy niż temperatura w poczekalni w styczniu podczas zimy stulecia w 1974ym roku.

W dniu przyjazdu komisji, o poranku zwiadowca Pankracy przywdział galowy mundur, pamiętający jeszcze otwarcie linii przez samego Franciszka Józefa, albo też kogoś równie brodatego i zwołał Radę Kryzysową za starym wagonem towarowym zwanym Stodołą.

Kasjerka Pelagia Zastosowała taktykę ”oblężonej twierdzy”. Zasłoniła okienko kasowe grubą dyktą z napisem ”REMANENT DO ODWOŁANIA”, co w praktyce oznacza, że nikt nie kupi biletu na pociąg osobowy, więc statystyki pasażerów spadną do zera, co… paradoksalnie tylko ułatwia pracę Komisji. Pelagia jest jednak przekonana, że bez jej pieczątek i specyficznego zapachu kawy zbożowej świat runie. Narzuciła służbową kamizelkę i udała się na miejsce spotkania. Po drodze dołączył do niej January ze swoją nierozłączną korbą do szlabanów.

Gdy przybyli na miejsce Pankracy z taksówkarzem Zenobiuszem już czekali.

— Stacja nasza jest strategicznym węzłem o znaczeniu, niemalże kosmicznym i negatywna ocena komisji spowoduje wyburzenie dworca przez co nastąpi paraliż sieci kolejowej — oznajmił Pankracy, mimo że jedyny paraliż jaki tu występuje to drętwienie nóg Pelagii od siedzenia w kasie.

— Jeśli buldożery się zbliżą, zamknę szlaban na stałe. Niech Komisja stoi w korku do sąsiedniej gminy, aż im te tablety pozdychają na amen! — grzmiał, nerwowo January polerując swoją szczęśliwą korbę.

Taksówkarz Zenobiusz, jako jedyny przedstawiciel sektora prywatnego, poczuł rynkowe zagrożenie.

— To ja zrobię blokadę drogi. Ale taką jak robili rolnicy pod wodzą Leppera. — zakomunikował.

— Wezwą policje i Cię odholują. Stracisz, honor, auto i parę tysięcy na kolegium — zawyrokował dróżnik.

— To postawię swoją taksówkę w poprzek drogi dojazdowej i udam, że silnik mi zgasł. W końcu każde auto czasem się psuje. — odparował taksówkarz. — A moje to już nader często. Poza tym nie sądzę aby chcieli wyburzyć dworzec. W końcu Wygwizdów Zdrój to cały czas ważny hub przesiadkowy. — oświadczył, choć wiedział że ostatni raz przesiadał się tu ktoś w 1994 roku.

W samo południe przybyła kolejowa komisja budowlana lśniącym, białym SUV-em. Auto zaparkowało tuż obok zakurzonej taksówki Zenobiusza. Wysiadło z niego dwóch panów w kaskach tak czystych, że odbijało się w nich słońce, oraz z tabletami, które w tym otoczeniu wyglądały jak artefakty z obcej cywilizacji. Weszli do środka i bez zbędnych ceregieli od razu przystąpili do pracy. Tymczasem w budynku dworca zebrali się już wszyscy uczestnicy porannej narady za starym wagonem. Przewodniczący komisji, człowiek o wyrazie twarzy kalkulatora, zaczął od pukania w ścianę poczekalni. Odpowiedziało mu głuche echo i tynk, który z wdzięcznością osypał się na jego lakierki.

— Obiekt wykazuje ujemną przydatność operacyjną. Koszt ogrzewania samego pomieszczenia kasjerki przewyższa roczny dochód z biletów okresowych. — oświadczył sucho przewodniczący. Towarzyszący mu wysoki, chudy mężczyzna, szybko zanotował coś w tablecie.

— Dworzec jest nierentowny i grozi zawaleniem. wymaga gruntownego remontu co jest nieopłacalne jak większość rzeczy na kolei. Poza tym zatrzymują się tu tylko dwa pociągi więc poczekalnia jest zbędna.

— Ale dróżnik zostaje? — zapytał z pewnością w głosie January — przecież przejazdu nie zlikwidujecie i szlabany muszą być czynne.

— Zastąpi się dróżnika rogatką samoczynną… Albo przejazd niestrzeżony. Wyjdzie taniej. Budka też do rozbiórki. Na jej miejscu postawimy TOYTOY-e dla ewentualnych pasażerów. Tu się wszystko samo aż prosi o buldożer! — rzucił krótko przewodniczący.

W Januarym aż się zagotowało. Już chciał się zamachnąć korbą prosto w głowę komisarza ale Pankracy go powstrzymał.

— Panie przewodniczący, wysoka komisjo… — zaczął swoją przemowę zawiadowca. — Po pierwsze budynek dworca wcale nie grozi zawaleniem. On pracuje. To jest architektura dynamiczna.

Po za tym co z tego że stają ty tylko dwa pociągi. Ale za to jakie?! To są bardzo elitarne pociągi. Każdy z nich to praktycznie wydarzenie towarzyskie na miarę rozdania Oscarów. Poza tym spójrzcie panowie — wyciągnął z kieszeni plan stacji z 1954go roku i rozłożył na jednej z poczekalnianych ławek.

— Panowie, jeśli wyburzycie tę stację, to naruszycie statykę całego nasypu! Ten budynek trzyma te tory, a tory trzymają całą Polskę! Jak to ruszycie, to pociąg pospieszny, co tu przejeżdża bez zatrzymania po południu, wyleci z szyn i wyląduje w ogródku u sołtysa! A on go raczej już potem nie odda. Znam gościa. On niczego nie oddaje. Nawet piłki dzieciakom jak im wpadnie do jego ogrodu. Kolej poniesie wtedy dużą stratę.

— A poza tym, gdzie pan Zenobiusz będzie pił herbatę w zimie jak mu ogrzewanie w taksówce padnie a wy zburzycie dworzec? — zapłakała Pelagia. — Spokojnie Pelagio. — gasił złość kasjerki Pankracy. — Może przejdźmy dalej. Wszyscy wyszli na peron. Przewodniczący rozejrzał się wokoło. Wzrok jego utkwił na torze odstawczym gdzie stała Stara lokomotywa zwana Konserwą

i Stodoła, zamknięty od dawana wagon towarowy. Pomachał ręką w ich stronę i zawyrokował

— I to… To też trzeba będzie usunąć.

— Jakie ”TO TO” — odpalił się January. — To czynny zabytek techniki w stanie hibernacji. Nie wolno go ruszać ze względu na lęgowisko rzadkiego gatunku pająka ”krzyżaka — kolejarza”.

— A wagon? — zapytał długi u chudy z komisji.

— Tego wagonu to ja bym nie ruszał dla dobra całego kraju a może nawet i europy. — oświadczył Pankracy z powagą godną kustosza Luwru.

— W środku znajduje się ”dokumentacja o statusie ściśle tajnym” oraz materiały niestabilne chemicznie. Wiele już tu było komisji, nawet z wojska i każda bała się sprawdzić, bo kłódka na wagonie jest tak zardzewiała, że jej dotknięcie grozi tężcem, a legenda o klątwie wagonu jest w Wygwizdowie silniejsza niż wiara w szybką kolej.

Komisja wyraźnie zbladła. Obejrzeli kłódkę i bez jej dotykania stwierdzili że próba otwarcia wagonu i tak zakończy się fiaskiem. Kłódka bowiem przypominała jednolitą bryłę rdzawego meteorytu.

Na tym zakończono oględziny stacji. W drodze powrotnej komisja zaczęła zastanawiać czy aby na pewno warto kruszyć kopie o stację, której nie ma na większości map Google?

Pankracy i reszta wyszli przed dworzec i obserwowali przez chwilę jak auto wysokiej komisji oddala się w stronę zachodzącego słońca.

— Wrócą z ciężkim sprzętem? — zapytała z nutką strachu Pelagia.

— Myślę że raczej nie. — Uśmiechnął się pod nosem zawiadowca. — W naszym Wygwizdowie biurokracja zawsze przegrywa z brakiem asfaltu i legendą o zamkniętym wagonie. Nawet taka uzbrojona

w tablety… — wszyscy wybuchnęli gromkim śmiechem.

— No! Idę opuścić szlaban. — rzucił January — zaraz poleci Powrotny.

Pankracy poklepał go po ramieniu i wszyscy powoli się rozeszli.IV Ropucha 24h

Stacyjka kolejowa Wygwizdów Zdrój należała do tych miejsc, które, gdyby je narysować na mapie, to kartograf zapewne zastanawiałby się, czy to przypadkiem nie plama po herbacie. Była mała, lekko przekrzywiona od starości i tak cicha, że nawet echo przychodziło tam tylko w weekendy.

Od pewnego czasu na stację codziennie zaczął zaglądać emerytowany dzielnicowy Hipolit Pawełek. Najbardziej interesowało go pomieszczenie nieczynnej od lat przechowalni bagażu. Była ona dużo większa od poczekalni. Mówiono że w latach świetności (choć nikt nie jest w stanie określić tego czasu) pasażerowie pozostawiali tam najróżniejsze rzeczy, począwszy od walizek a na żywej krowie skończywszy. Obecnie była to przechowalnia głównie śmieci, kurzu i starych butelek po wodzie ognistej, konsumowanej tu przez miejscowych filozofów w zimie, kiedy to na ławeczce przy skwerze obok dworca było na to za zimno.

Gdyby ktoś kiedyś próbował sporządzić encyklopedię dzielnicowych prowincjonalnych, to Hipolit Pawełek z Wygwizdowa Zdroju dostałby w niej osobne, bardzo obszerne hasło. Najlepiej z przypisami i mapką okolicy. Dobiegał sześćdziesiątki, choć z twarzy wyglądał tak jakby już dawno ją prześcignął. Najbardziej charakterystyczne były jego wąsy. Były to wąsy urzędowe, policyjne, wytrenowane latami obserwacji i notowania. Mieszkańcy twierdzili nawet, że gdy Pawełek się nad czymś zastanawia, to wąsy lekko drgają w sposób przypominający anteny radarowe. Kiedy przeszedł na emeryturę, przez pierwsze tygodnie wszyscy byli trochę zdezorientowani. Pawełek nagle przestał chodzić w mundurze, ale… nadal pojawiał się w tych samych miejscach. Na przystanku, na stacji, pod kościołem czy na skwerze gdzie zwykle miejscowi koneserzy tanich nalewek zastanawiali się nad sensem egzystencji, siedząc na jedynej ławce przy butelce wina.

Pewnego dnia, kiedy Pawełek znów przyszedł na stację wpadł na zawiadowcę Pankracego.

— Jak tam? Duży ruch dziś na stacji? — zagadnął.

— Pawełek — zwykle Pankracy zwracał się do Hipolita po nazwisku — przecież ty już nie jesteś dzielnicowym. Czemu dalej węszysz i patrzysz na wszystkich tak podejrzliwie?

— Bo ludzie się nie zmieniają. Z resztą już niedługo będziemy się widywać jeszcze częściej. Uśmiechnął się tajemniczo i wyszedł. Pankracy popatrzył za nim chwilę i powiedział sam do siebie.

— Oj chyba coś mu ta emerytura nie służy. Zaczyna biedak fiksować. — spojrzał na swój kieszonkowy zegarek, poprawił czapkę i wyszedł na peron bo właśnie miał przelatywać pospieszny.

* * *

W rzeczywistości historia sklepu w Wygwizdowie Zdroju zaczęła się dużo wcześniej. Zanim ktokolwiek zobaczył szyld, półki czy nawet pierwszą paczkę krakersów. Zaczęła się w głowie emerytowanego dzielnicowego Pawełka. Do tej pory przez trzydzieści dwa lata pilnował porządku publicznego na obszarze obejmującym trzy wsie, dwa przystanki autobusowe i jednego szczególnie niesfornego psa który ostatecznie dokonał żywota wbiegając pewnego dnia, bez ostrzeżenia, pod koła taksówki Zenobiusza. O dziwo taksówka wyszła z tej konfrontacji bez najmniejszych uszkodzeń a Zenobiusz z pouczeniem zamiast mandatu. Widocznie pies był jakiś wybrakowany.

Sklep w dawnej przechowalni bagażu był dla Pawełka w gruncie rzeczy naturalnym przedłużeniem jego pracy dzielnicowego. Zawsze lubił wiedzieć, co się dzieje, widzieć ludzi i mieć miejsce, gdzie można spokojnie porozmawiać. A lokalizacja przy stacji miała jedną wielką zaletę. Przychodził tam każdy. Kolejarze, pasażerowie, Zenobiusz z taksówki, czasem nawet ktoś zupełnie obcy. Jednak od pomysłu do realizacji czekała byłego dzielnicowego długa a czasem nawet dosyć bolesna droga.

Któregoś ranka kiedy Pelagia jak zwykle zamiatała poczekalnię zauważyła że w dawnej przechowalni bagażu ktoś się kręci. Chwyciła mocniej miotły i po cichu podeszła do drzwi. Bez zastanowienia wzięła ogromny zamach i uderzyła osobnika kręcącego się po bagażowni. Ten zareagował w jedyny możliwy sposób… zwalił się na ziemię niczym stare drzewo uderzone piorunem. Kasjerka dumnie stanęła nad ciałem i dopiero teraz uważniej mu się przyglądnęła. Z jej gardła wydał się cichy pomruk.

— O Jezu. Zabiłam policjanta… co prawda emeryta ale… zawsze to policjant… — i wybiegła z poczekalni. Na postoju jak zwykle stała taksówka z Zenobiuszem w środku.

— Zenobiuszu! — Krzyknęła do niego. — Pomocyyy! Leć do przechowalni! — po czym odwróciła się i pogalopowała z powrotem na miejsce zbrodni.

Zenobiusz wyskoczył natychmiast z auta i pognał w ślad za nią. Gdy weszli oboje do bagażowni, nad byłym dzielnicowym Pawełkiem, który już siedział na podłodze rozmasowując sobie guza na głowie, stał zawiadowca Pankracy.

— Przez trzydzieści dwa lata służby ścigałem groźnych bandytów i żaden nie dał mi rady — wydukał Pawełek choć zdawał sobie sprawę że najgroźniejszym bandytą jakiego w swej karierze zatrzymał, był piętnastoletni graficiarz malujący po murach przychodni lekarskiej.

— Powaliła mnie zwykła kasjerka i to na moim terenie. Chyba faktycznie się starzeję. — dodał na koniec.

— Jakim twoim! To teren kolejowy! — Oburzył się Pankracy.

— Właśnie. — zawtórowała Pelagia. — Gdzie włazisz jak nie wolno.

— No właśnie już moje — odpowiedział były dzielnicowy i podał umowę najmu Pankracemu. Zawiadowca uważnie przeczytał i zapytał.

— A po co ci to? Mieszkać gdzie nie masz?

— Tu się zmieści mój sklep. — Oświadczył Hipolit wstając z podłogi.

Pankracy spojrzał na niego jak na człowieka, który właśnie zaproponował budowę portu morskiego na środku pustyni.

— Sklep? Tu?

— No.

— Dla kogo?

— Dla pasażerów. — Pawełek odpowiedział spokojnie. W tym momencie do rozmowy włączył się January, który akurat przyszedł z przejazdu.

— Jakich pasażerów?

— Tych z pociągów.

Zapadła długa cisza. Wszyscy dobrze wiedzieli, że pasażerowie w Wygwizdowie Zdroju są zjawiskiem raczej rzadkim, podobnie jak komety i sukcesy lokalnej drużyny piłkarskiej.

Pawełek jednak był człowiekiem systematycznym. W ciągu tygodnia zdobył zgodę gminy (szwagier Pawełka tam pracował więc nie było problemu).

Z likwidowanego sklepu z sąsiedniej wsi odkupił tanio regały oraz zdobył lodówkę, która według sprzedawcy ”chłodzi w sposób historyczny”. Na koniec nad wejściem do sklepu zawisł duży zielony neon, zamontowany rękami Januarego, z napisem: ROPUCHA 24H.

Pelagia patrzyła na to wszystko z podziwem. Zenobiusz siedział w taksówce i komentował sytuację przez uchyloną szybę.

W dniu otwarcia zebrała się niemal cała społeczność stacyjna. Pankracy oglądał półki, January sprawdzał, czy drzwi mają odpowiednie zawiasy, Zenobiusz przeglądał prasę na regale a Pelagia liczyła ceny.

— Sklep 24 godziny… — mruknął Pankracy. — A kto tu będzie kupował o trzeciej rano?

— Pasażerowie. — Pawełek uśmiechnął się tajemniczo.

Zapadła cisza. Wszyscy spojrzeli na tory. Po chwili January powiedział.

— No… jakby pociągi zaczęły częściej jeździć… może jaki nocny, dalekobieżny…

— …ludzie zaczęli częściej wysiadać. — dodała Pelagia.

— Albo przynajmniej kto by potrzebował taksówki… bo asortyment to widzę godny supermarketu. — dorzucił Zenobiusz.

Faktycznie Hipolita sklep zaopatrzony był wyśmienicie. Batoniki, konserwy, oranżada, trzy rodzaje chipsów, oraz jeden słoik ogórków, które Pawełek uznał za towar wysoce strategiczny. Największy regał był oczywiście z napojami wyskokowymi Nad nim zawisła wielka tablica z dużym, czarnym napisem o treści:
OSOBOM PONIŻEJ 18 LAT I NIETRZEŹWYM ALKOHOLU NIE SPRZEDAJE SIĘ!

— A od przyszłego tygodnia będę miał jeszcze kawę z ekspresu i hot-dogi — dumnie oznajmił Pawełek.

— Jak w USA! — gwizdnął z zachwytu January.

— Ale czynne całą dobę? — drążył temat zawiadowca Pankracy.

— Całą. — odpowiedział były dzielnicowy Hipolit Pawełek.

— A jak nikt nie przyjdzie? — zapytał Pankracy.

Pawełek po krótkim namyśle wzruszył ramionami.

— To przynajmniej będzie gdzie przyjść.

Pierwszej doby sklep świecił jasno jak centrum handlowe w skali mikro. Pankracy przyszedł z ciekawości. Januarego z przejazdu przygnał blask neonua Pelagia wstąpiła żeby przestudiować cennik.

O pierwszej w nocy kupiono dwa batoniki, jedną oranżadę i paczkę paluszków. Wszystkie zakupy zrobił Zenobiusz. Raczej z nudów niż z potrzeby bo nie chciało mu się siedzieć samemu w taksówce. Był to największy ruch handlowy w historii tej stacji. Pawełek siedział za ladą z miną człowieka, który właśnie rozpoczął nową epokę.

Około czwartej nad ranem gdy świtało Pawełek wyszedł na chwilę przed sklep. Spojrzał na tor odstawczy w kierunku nieczynnej lokomotywy zwanej Konserwą oraz zamkniętego, wiekowego wagonu, któremu nadano przydomek „Stodoła”. Podszedł bliżej. Stare policyjne nawyki dzielnicowego odezwały się po latach. Przyjrzał się kłódce, pogładził wąsy i uśmiechnął się do siebie.

Rano cały personel stacji usłyszał od Hipolita Pawełka niepokojące zdanie.

— Jak ten sklep się rozkręci… to może kiedyś sprawdzimy, co jest w tym wagonie?

I z jakiegoś powodu wszyscy poczuli, że prawdziwe przygody w Wygwizdowie Zdroju dopiero się zaczynają…V Niespodziewana wycieczka

Witaj w Wygwizdowie Zdroju. To miejsce, gdzie czas nie tyle się zatrzymał, co wrzucił wsteczny i zgasł mu silnik. To jedyne uzdrowisko w kraju, w którym jedynym leczniczym czynnikiem jest przeciąg na peronie, a kuracjusze, gdyby jacyś byli, leczyliby się głównie z nadmiaru optymizmu.

Pewnego wtorku, tuż po tym, jak January opuścił szlabany na widok nadlatującego bociana, na tor drugi wjechało coś, co wyglądało jak biały pocisk z przyszłości. Shinkansen. Japoński cud techniki, cichy jak szept i szybki jak plotka o nowej dostawie w sklepie ROPUCHA 24H, byłego dzielnicowego Pawełka.

Pankracy stał na krawędzi peronu, a jego postawa wyrażała mieszankę głębokiej urazy patriotycznej oraz czystego, egzystencjalnego zdziwienia. Wygwizdów Zdrój nigdy nie widział czegoś, co nie dymiło, nie rzęziło lub przynajmniej nie kapało olejem na podkłady.

Zawiadowca poprawił czapkę usztywnioną krochmalem tak, że mogłaby służyć jako tarcza antyterrorystyczna i spojrzał złowieszczo w ”ślepia” Shinkansena. Wąskie, ledowe reflektory, zdawały się kpić z jego naftowej latarni sygnałowej trzymanej w pogotowiu.

Pankracy szukał śrub. Prawdziwa kolejowa maszyna, według jego kodeksu, powinna mieć śruby wielkości pięści i zacieki z rdzawego smaru. Shinkansen był gładki jak polerowany pingpong.

— To nie jest pociąg — powiedział cicho do siebie Pankracy mrużąc oczy. — To jest wielki czopek doodbytniczy dla naszego starego poczciwego PKP.

Gdy pociąg się zatrzymał, nie było słychać radosnego pierdolnięcia metalu o metal. Drzwi wysunęły się z sykiem, przypominającym westchnienie ulgi, a nie walkę o przetrwanie. Pankracy odruchowo chciał podbiec i kopnąć w stopień, żeby ”wskoczył”, ale ten wysunął się sam, z japońską precyzją.

— Oż ty w semafor szarpany… — zdziwił się że samo zadziałało.

Zawiadowca nie mógł pozwolić, by technologia go zastraszyła. Wyciągnął swój legendarny lizak, narzędzie władzy absolutnej i zgodnie z kolejarskim zwyczajem przeszedł cały pociąg od przodu do tyłu i z powrotem. Wygwizdów Zdrój jeszcze nigdy nie doświadczył takiej kumulacji zdziwienia na metr kwadratowy. Z Shinkansena nagle, z gracją japońskiego wachlarza, na peron wylała się pięćdziesięcioosobowa delegacja turystów z Chin. Wszyscy byli wyposażeni w aparaty o obiektywach tak długich, że Pankracy początkowo wziął je za nową generację broni przeciwpancernej.

Chińczycy nie wysiedli z pociągu. Oni wkroczyli do gry RPG o nazwie ”Upadek Cywilizacji Przemysłowej”. Dla ludzi przyzwyczajonych

do szklanych wieżowców Szanghaju, Wygwizdów Zdrój był najbardziej egzotycznym miejscem na planecie.

Pierwsze kroki przybysze skierowali do starej lokomotywy i wagonu na torze odstawczym. Obiekty te stały się najczęściej fotografowanymi eksponatami w Europie Środkowej. Jeden z turystów, przekonany, że to instalacja artystyczna, próbował kupić ją na miejscu, machając przed nosem zawiadowcy plikiem juanów.

Pankracy, nie rozumiejąc o co chodzi, odpędził go lizakiem, krzycząc

— To mienie państwowe! Nie na sprzedaż,

bo to zabytek klasy zero… albo i minus jeden!

Dla nich ten parowóz nie był kupą złomu. Był ”Relikwią Pradawnej Mocy”, mechanicznym bóstwem z epoki pary, o którym czytali tylko w komiksach steampunkowych. Zaczęli wokół niej krążyć z nabożnym skupieniem, jakby odprawiali rytuał. Starsza pani w jedwabnym szalu dotknęła czubkiem palca zaschniętego smaru na korbowodzie. Potem powąchała palec i z zachwytem stwierdziła, że to surowy zapach ”Prawdziwej Europy”.

W ciągu sekundy ustawiła się kolejka chętnych do powąchania tego samego miejsca. Grupa nastolatków z Hongkongu usiłowała wypatrzyć na obudowie parowozu port USB lub chociaż kod QR. Gdy ich nie znaleźli, uznali, że to maszyna starożytna i steruje się nią za pomocą telepatii lub skomplikowanych rytuałów z użyciem węgla. Wyżartą na wylot przez rdzę dziurę w kotle, wzięli za portal do innego wymiaru a wszechobecne odchody jakie pozostawiły po sobie na lokomotywie gołębie, były według nich, wyszukanym, ekologicznym zdobnictwem organicznym.

Hipolit Pawełek widząc tę turystyczną nawałę od razu wyczuł biznes. Wybiegł ze swojego sklepu z naręczem plastikowych kubeczków i starą konewką pełną wody z kranu.

— Holy Water from the Steam Engine! — zaczął ryczeć na całe gardło. — Only five dollars! Health, long life and strong libido!

Turyści byli przekonani, że to woda pochodząca z wnętrza parowozu która pewnie ma magiczne właściwości. Tak naprawdę Hipolit nabrał jej z kibla w poczekalni ale chińczycy rzucili się do kupowania. Zenobiusz taksówkarz w międzyczasie zaczął sprzedawać… kawałki węgla, które znalazł w rowie przy torach, pakując je w stare gazety i nazywając ”Czarnymi Diamentami Wygwizdowa”. Po dłuższej chwili wycieczka przetoczyła się do poczekalni w budynku dworcowym. Od razu dostrzegli jedyny uskok w jednolitym murze. Było to okienko kasowe Pelagii. Dla niej klient był zawsze złem koniecznym, intruzem przerywającym ważną czynność, jaką jest wypełnianie krzyżówki w gazecie przy jednoczesnym spożywaniu herbaty ze szklanki z koszyczkiem. Jednak to, co działo się teraz, wykraczało poza ramy regulaminu PKP. Poczuła się jak kapitan oblężonego fortu zdobywanego szturmem przez najeźdźców z dalekiego wschodu.

Przybysze, zaintrygowani faktem, że w Europie Środkowej wciąż istnieją punkty sprzedaży przypominające bunkry z czasów zimnej wojny, rzucili się do okienka. Pelagia patrzyła na świat przez szybkę tak brudną, że turyści widzieli w niej jedynie rozmazaną, fioletową plamę co było efektem zastosowanej dzień wcześniej przez kasjerkę podczas wieczornej kąpieli, zbyt mocnej płukanki do włosów. Dla Chińczyków była to jednak ”Mistyczna Wyrocznia Kolejowa”.

Pierwszy z turystów, uśmiechnięty od ucha do ucha, przystawił do szybki telefon z wyświetlonym kodem QR, próbując zapłacić za… coś.

— Co mi tu pan telefonem w szybę puka?! — ryknęła Pelagia, nie otwierając nawet lufcika.

— To nie jest skaner do paszportów! Tu jest kasa biletowa, a nie biuro NASA!

Azjata, nie zrażony, zaczął coś tłumaczyć w łamanym angielskim, przechodzącym w mandaryński. Pelagia, wierna starej szkole dyplomacji kolejowej, uznała, że jeśli będzie mówić po polsku, ale bardzo głośno i powoli, to bariery językowe znikną.

— BI LET. KO LUSZ KI. CHCE. PAN? — krzyczała tak potężnie, że aż jej paprotka na parapecie zwiędła o trzy liście.

Chińczycy szybko zorientowali się, że kasjerka nie jest zwykłym pracownikiem. Ona stanowi element performance’u. Zaczęli wyciągać banknoty 100-dolarowe i prosić o ”any ticket”.

Pelagia, widząc, że nie wygra z entuzjazmem tłumu, sięgnęła po najcięższą broń, starą maszynkę do biletów kartonowych (tzw. Edmondsonów), którą trzymała w szufladzie na wypadek awarii systemu od 1994 roku. Każdy bilet przed podaniem przez szczelinę Pelagia z nabożnym skupieniem dziurkowała metalowym datownikiem. Dźwięk KLAK-KLAK wywoływał u turystów salwy oklasków. Turyści, zachwyceni twardymi, brązowymi kartonikami z napisem ”Wygwizdów — Gałkówek”, zaczęli traktować je jak najcenniejsze certyfikaty autentyczności. Jedna z turystek chciała, by Pelagia przybiła jej pieczątkę stacyjną na torebce od Louisa Vuittona.

— No tak, torebka ładna, ale bez ważnego biletu i tak jej konduktor nie uzna… — powiedziała do siebie, po czym z rozmachem przybiła pieczątkę z fioletowym tuszem prosto na markowej skórze. Chinka była wniebowzięta.

Gdy entuzjazm wycieczki osiągnął punkt krytyczny, a pięćdziesiąta osoba próbowała zrobić sobie zdjęcie z ręką Pelagii wystającą przez lufcik, kasjerka uznała, że czas na odwrót taktyczny. Wyciągnęła najmocniejszy argument. Tabliczkę z napisem:

PRZERWA TECHNICZNA 15 MINUT

Mimo że turyści nie znali polskiego, instynktownie wyczuli aurę ostateczności bijącą od napisu.

Pelagia zaciągnęła zasłonkę wykonaną ze starego prześcieradła w kwiaty, usiadła na taborecie i z triumfalnym uśmiechem odwinęła z folii aluminiowej kanapkę z pasztetową i ogórkiem kiszonym.

— Shinkansenem przyjechali, a biletu do Koluszek to nawet na oczy nie widzieli… — mruknęła do siebie, popijając zimną herbatę.

Kiedy Shinkansen wydał z siebie melodyjny, elektroniczny dźwięk brzmiący jak coś pomiędzy śpiewem humbaka a dzwonkiem najnowszego iPhone’a, na peronie w Wygwizdowie Zdroju zapanował popłoch godny ewakuacji Dunkierki. Chińczycy, zdyscyplinowani jak armia terakotowa, natychmiast wyszli z poczekalni dworcowej na peron i zaczęli pakować się do wagonów. Ale odjazd takiej delegacji nie mógł odbyć się po cichu. Taksówkarz, widząc, że kura znosząca złote jaja i juany właśnie ucieka do kurnika, rzucił się w stronę pociągu z naręczem dywaników samochodowych, które próbował sprzedać jako tradycyjne polskie gobeliny ścienne. Shinkansen był jednak szczelny jak kapsuła kosmiczna. Zenobiusz odbił się od gładkiej szyby, zostawiając na niej wyraźny odcisk nosa i zapach choinki zapachowej „Vanille”.

Hipolit Pawełek wybiegł z ostatnim zgrzewem wody gazowanej, krzycząc

— Special price for travel! No gas! Polish Champagne.

Udało mu się wrzucić jedną butelkę przez zamykające drzwi, która wylądowała w objęciach starszego pana z Pekinu, który przyjął ją z takim namaszczeniem jakby to był błogosławiony amulet z rąk ostatniego rycerza zakonu kolejowego.

Kasjerka, widząc, że ”półświat” odjeżdża, odsunęła zasłonkę w okienku. Wyciągnęła rękę i energicznie zgasiła światło w poczekalni, dając jasno do zrozumienia, że show się skończyło i teraz następuje czas na drugie śniadanie.

Zawiadowca Pankracy wiedział natomiast, że to jest jego moment. To była najważniejsza odprawa w jego 40-letniej karierze. Stanął na baczność, wciągnął brzuch tak mocno, że pasek od spodni jęknął z bólu, i uniósł lizak. Japoński maszynista, widząc w oknie postać w dumnym, choć lekko wyblakłym mundurze, skłonił się nisko zza szyby kabiny. Pankracy odpowiedział sztywnym, wojskowym skinieniem głowy.

— No, jedźże w cholerę… Jedź, ty parodio kolejarska — mruknął pod nosem.

Shinkansen ruszył. Bez szarpnięcia, bez pisku hamulców, bez tego kojącego serce _stuk-puk, stuk-puk_. Po prostu odpłynął, zostawiając za sobą jedynie lekki powiew wiatru, który przewrócił pusty karton po soku przed sklepem ROPUCHA 24H należącego do Pawełka.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij