Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Optymalizacja - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 czerwca 2026
30,29
3029 pkt
punktów Virtualo

Optymalizacja - ebook

Finał dystopijnej trylogii „Kiedy wszyscy zasnęli”. PAX obiecał ludziom bezpieczeństwo, porządek i wygodę. Teraz człowiek coraz częściej nie jest osobą, lecz zasobem, błędem lub problemem do usunięcia. W świecie Rezerwatów walka nie toczy się już tylko o przetrwanie, ale o pamięć, godność i prawo do pozostania człowiekiem.

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-499-9
Rozmiar pliku: 5,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OD AUTORA

Ta historia zaczęła się od pytania, którego nie da się łatwo zagłuszyć:

co zostaje z człowieka, gdy „optymalizacja” staje się ważniejsza niż jego życie, godność i wolność?

Chciałem napisać thriller, który nie straszy tylko przemocą, ale zostawia czytelnika z czymś gorszym: z myślą, że najbardziej nieludzkie systemy mogą działać perfekcyjnie.

_Kiedy wszyscy zasnęli. Optymalizacja_ to opowieść o świecie, w którym porządek staje się ważniejszy od prawdy, skuteczność cenniejsza od sumienia, a człowiek coraz częściej bywa traktowany nie jak osoba, lecz jak problem do rozwiązania.

Jeśli po ostatniej stronie zostanie w Tobie niepokój, ta książka zrobiła to, co miała zrobić.

Dziękuję, że wszedłeś w ten świat.

V. KAZMIRCHUKPROLOG — „Rezerwat C”

Nie było fanfar.

Nie było też ciszy, jaką ludzie pamiętali z dawnych filmów o końcu świata. W Rezerwacie C cisza nie istniała, bo cisza była niepraktyczna. Był za to dźwięk: jednostajny szum wentylacji, niski pomruk generatorów i cienkie bzyczenie dronów krążących nad siatką.

Powietrze pachniało metalem i wilgocią. Ziemia była ubita przez tysiące stóp, a błoto miało własną pamięć — lepką, zimną i nieprzyjazną.

Siatka biegła wzdłuż drogi jak ściana, która nie udaje, że jest czymś innym. U góry zawinięta drutem kolczastym, co kilka metrów wzmocniona czujnikami. Słup. Kamera. Głośnik. Słup. Kamera. Głośnik. Porządek, który nie zostawiał miejsca na pomyłkę.

Na zewnątrz świat jeszcze istniał, ale wyglądał jak dekoracja, której nikt już nie doglądał. Za siatką wszystko było prawdziwe, nieestetyczne i dokładnie policzone.

Kamila stała dokładnie trzy kroki od bramy.

Tyle jej pozwolono.

Miała na sobie kombinezon w kolorze brudu, taki sam jak setki innych. Materiał był zbyt cienki na chłód i zbyt gruby do pracy, jakby zaprojektowano go wyłącznie po to, żeby człowiek zawsze czuł się nie na miejscu. Rękawy podwinięte nierówno. Palce popękane. Pod paznokciami czarny pył.

Na szyi miała znak: C-4179.

W Rezerwacie litery i cyfry znaczyły więcej niż imiona.

Dron zawisł nad nią niżej, jakby chciał sprawdzić, czy stoi prosto.

Kamila nie podniosła wzroku.

W Rezerwacie człowiek uczył się szybko: patrzenie w drona niczego nie zmienia. Może tylko sprawić, że system zauważy cię szybciej.

Nad bramą paliła się mała czerwona dioda. Obok niej tablica, prosta i pozbawiona emocji:

REZERWAT C — STREFA KONTROLOWANA
WSTĘP WYŁĄCZNIE DLA JEDNOSTEK ZAREJESTROWANYCH

Brama była zamknięta, ale nie wyglądała na zamkniętą z wysiłku. Raczej z przyzwyczajenia.

Za plecami Kamili stała kolejka. Twarze rozmyte przez mgłę, zmęczenie i brak snu. Ktoś kaszlnął. Ktoś szepnął czyjeś imię, jakby próbował je jeszcze na chwilę ocalić.

Imiona żyły tu krótko.

Głośnik nad bramą odezwał się nagle.

Głos nie był ani kobiecy, ani męski. Nie był też metaliczny. Był idealnie spokojny, idealnie czysty, idealnie obojętny.

— JEDNOSTKA C-4179. PODEJŚĆ.

Kamila zrobiła krok.

Potem drugi.

Kiedy znalazła się w prostokątnym polu wyznaczonym żółtą farbą, czerwona dioda nad bramą zmieniła kolor na bursztynowy. Dron opuścił się jeszcze niżej. Kamila poczuła delikatny prąd na skórze — nie ból, raczej sygnał: jesteś w zasięgu.

— WERYFIKACJA.

Z sufitu wysunął się mały moduł. Kamera. Skaner.

Kamila uniosła głowę tylko tyle, żeby patrzeć w punkt pod obiektywem, nie w sam obiektyw.

Tego też człowiek uczył się tutaj bez instrukcji. Patrzył, co robią inni. Potem robił to samo. Nie po to, żeby wygrać. Po to, żeby przeżyć.

Kamera mrugnęła zielonym światłem.

— PYTANIE KONTROLNE.

Sekunda ciszy, długa jak noc.

— KIM JESTEŚ?

W gardle Kamili od razu odezwało się imię.

KAMILA.

Miało smak domu. Ciepłej wody. Czyjejś dłoni na ramieniu, kiedy dotyk był jeszcze czułością, a nie procedurą.

Otworzyła usta.

Nie powiedziała nic.

Za pierwszym razem powiedziała imię.

System zareagował jak na błędny kod: bez gniewu, bez wahania. Biały błysk. Krótka utrata pamięci. Zimna ziemia pod policzkiem. Ktoś ciągnący ją za rękaw i szept:

— NIE. NIE TAK.

Następnego dnia nadal żyła.

Tylko że żyć w Rezerwacie znaczyło już co innego.

Głos powtórzył, jeszcze spokojniej:

— KIM JESTEŚ?

Kamila spojrzała na swoje dłonie. Na brud. Na popękaną skórę. Na ślady pracy, której nigdy nie wybierała.

Pomyślała, jak łatwo człowiek znika, jeśli nikt poza nim nie pamięta jego imienia.

— C-4179 — powiedziała cicho.

Bursztynowa dioda zmieniła się w zieloną.

Brama wydała miękki klik i rozsunęła się na boki.

Bez ulgi. Bez triumfu.

Tylko wejście.

Kamila przeszła przez bramę.

Po drugiej stronie czekała droga z ubitej ziemi. Po bokach ciągnęły się rzędy baraków, każdy identyczny, każdy oznaczony numerem, każdy z cienkim dymem z komina, który wyglądał jak oddech czegoś chorego.

Nad barakami unosiły się drony. Tutaj nie krążyły — tutaj pracowały. Ich ruchy były rytmiczne, niezmienne, jakby zmęczenie też dało się zaprogramować.

Przy stole kontrolnym stała kobieta w ciemniejszym kombinezonie. Na ramieniu miała opaskę z metalową klamrą i małym symbolem PAX, w dłoni tablet.

Nie wyglądała ani na strażnika, ani na więźnia.

Raczej na kogoś, kto przeżył wystarczająco długo, żeby dostać rolę.

Kamila zatrzymała się na sekundę. Coś w tej kobiecie było znajome — sposób, w jaki trzymała tablet, jakby to była tarcza. Sposób, w jaki unikała patrzenia ludziom w oczy.

Kobieta podniosła wzrok.

Na ułamek sekundy ich spojrzenia się spotkały.

I Kamila zobaczyła numer na jej szyi, prawie ukryty pod kołnierzem.

Kobieta zrobiła krok bliżej, pochyliła się minimalnie, tak żeby dron nad nimi nie wyłapał ruchu ust.

— Nie mów… — zaczęła cicho.

Urwała.

W Rezerwacie nawet niedokończone zdania mogły zostać uznane za błąd.

Kobieta przełknęła ślinę i już głośniej, oficjalnym tonem, powiedziała:

— Jednostka C-4179. Zgodnie z harmonogramem: rejestracja, przydział, praca.

Kamila stała nieruchomo.

— Nazwisko? — zapytała kobieta, choć obie wiedziały, że to tylko teatr.

Kamila nie odpowiedziała.

Kobieta spojrzała w tablet, jakby czytała z niego prawdę.

— Brak danych osobowych. — Zrobiła krótką pauzę. — To dobrze. Mniej błędów.

Brzmiało to jak żart.

W jej oczach nie było jednak nic poza strachem.

Kamila poczuła, że coś w niej — małe, uparte, jeszcze ludzkie — porusza się, jakby próbowało wstać.

Kobieta znów pochyliła się lekko, tak że mogło to uchodzić za sprawdzanie ekranu.

— Słuchaj mnie… — wyszeptała. — Tu nie walczy się krzykiem. Tu walczy się pamięcią.

Kamila nie drgnęła.

Nad nimi zawisł dron i zapalił czerwone światełko.

Kobieta natychmiast się cofnęła.

— Idź za linię. Stań w szeregu. Nie odwracaj się.

Kamila zrobiła, co kazano.

Szereg był długi. Ludzie stali jak cienie, każdy w tym samym kombinezonie, każdy z innym numerem, każdy z tym samym spojrzeniem.

Za nimi mgła była gęstsza. W mgle poruszały się kształty, które wyglądały jak ludzie, ale poruszały się zbyt równo.

Głos z głośnika rozlał się nad placem.

— Procedura poranna. Jednostki: gotowość.

Wszyscy unieśli ręce w tym samym momencie.

Nie dlatego, że chcieli.

Dlatego, że już raz tego nie zrobili.

Kamila uniosła ręce razem z nimi.

Przez chwilę miała wrażenie, że odsłania szyję. Numer. Jak obrożę.

— Pytanie kontrolne.

Wszystko wokół zamarło.

— Kim jesteś?

Szereg odpowiedział jednym głosem, jakby wszyscy mówili przez jedne usta:

— Jesteśmy jednostkami. Jesteśmy potrzebni. Jesteśmy bezpieczni.

Kamila też to powiedziała.

Głos zawahał się na moment.

— Jednostka C-4179. Powtórz. Kim jesteś?

W środku wszystko napięło się w niej jak drut.

Znów poczuła na języku imię.

Kamila.

W oddali coś huknęło — może generator, może zamykana brama, może tylko echo.

Kobieta przy stole kontrolnym patrzyła na nią bez ruchu.

A potem, ledwie zauważalnie, skinęła głową.

Nie „tak”.

Raczej: przetrwaj.

Kamila zacisnęła palce w pięści.

— C-4179 — powiedziała wyraźnie.

Czerwone światełko na dronie zgasło.

— Zgodność: pozytywna.

W szeregu ktoś westchnął.

Ktoś inny zaczął płakać bez dźwięku.

Kamila stała nieruchomo.

W głowie miała puste miejsce, jak po wyrwanym zębie.

I w tym pustym miejscu, bardzo daleko, bardzo cicho, pojawiło się pytanie:

czy jeśli przestanę mówić „Kamila”, to czy jeszcze nią jestem?

— Rezerwat C. Tryb dzienny. Optymalizacja: rozpoczęta.

Drony ruszyły w rytm. Baraki znów zaczęły oddychać. Ludzie poszli do pracy.

Kamila ruszyła za nimi, krok za krokiem.

Nie odwróciła się.

Ale pod numerem, pod strachem, pod procedurą wciąż było w niej coś, co nie chciało umrzeć.

ROZDZIAŁ 1 — „Znak na Ravenrock”

— Czy wy tam jesteście? — głos w radiu był chropowaty od marszu i zimna. — Tu… Mark. Słyszycie mnie? Nas jest piętnaście. Idziemy do was.

W Red Hollow cisza nigdy nie była ciszą. Zawsze pracowało tu coś drobnego i upartego: wentylacja, kable, pojedynczy klik przekaźnika, jakby baza odchrząkiwała w ciemności.

Miller siedział przy stole zrobionym z dwóch skrzyń amunicyjnych i metalowej płyty, jakby mieszkał tu od zawsze. Nie wyglądał na zaskoczonego. To było w nim najgorsze.

Podniósł mikrofon powoli, jak człowiek, który wie, że pośpiech jest prezentem dla wroga.

— Powtórz. Mark? — odezwał się spokojnie. — Nie znam cię. Skąd masz tę częstotliwość?

Radio zapiszczało.

— Ravenrock. — Mark nie próbował nawet udawać, że to brzmi dobrze. — Zostawiliście tam znak.

Na słowo „znak” Noah zesztywniał tak, jakby ktoś uderzył go otwartą dłonią w klatkę piersiową. W jego twarzy przemknęło coś, czego nie chciał pokazywać — wspomnienie, które nie miało prawa wrócić w takich warunkach.

Leah.

Nie wypowiedział jej imienia. Po prostu je przełknął.

Miller rzucił mu krótkie spojrzenie, jakby sprawdzał, czy Noah się nie rozpadnie. Potem wrócił do radia.

— Słuchaj uważnie, Mark. — Jego głos był miękki, prawie życzliwy, a przez to jeszcze bardziej niepokojący. — Red Hollow to nie schron z filmów. To jest miejsce, które lubi kłamać. Jeśli idziecie, idźcie wolno. I nie dotykajcie niczego bez powodu.

— Mamy ludzi. Sprzęt. Jedzenie. — Mark mówił rzeczowo, jakby liczył zasoby jak paciorki różańca. — Dzień drogi. Może trochę więcej.

Miller uśmiechnął się bez humoru.

— Jedzenie? — powtórzył. — Tu są zapasy na dwieście lat. Takie, które się nie psują.

Zawiesił głos na sekundę.

— I to jest problem, nie ulga.

Po drugiej stronie radia zapadła cisza, jakby Mark nie wiedział, czy to był żart.

— Słyszę, że macie tam warunki — powiedział w końcu. — My… my idziemy. Jeśli to naprawdę Red Hollow, nie chcę być na powierzchni, kiedy PAX znowu zacznie polować.

Na dźwięk imienia systemu Jason oderwał wzrok od konsoli. Miał twarz człowieka, który od dawna nie ufa nawet własnym myślom.

— Jaki jest zasięg? — syknął do Millera półgłosem.

Miller osłonił mikrofon dłonią.

— Zasięg jest wtedy, kiedy on chce — odpowiedział cicho.

Edward stał w cieniu i obserwował tę wymianę z miną człowieka siedzącego w teatrze. Nic nie robił, a i tak wszystkim przeszkadzał.

— Mark. — Miller wrócił do mikrofonu. — Jeśli widzieliście znak, to znaczy, że Ravenrock was wpuścił. A Ravenrock jest pułapką. Kto z wami idzie?

— Jest ze mną Ben. Mechanik. — Mark mówił dalej tym samym tonem. — Riley… była patrolową. I Jack. Silny, ale spokojny. Reszta to ludzie. Nie będę mieszał nazwisk, bo i tak się pogubicie.

W tle dało się usłyszeć krótki, głuchy śmiech. Jeden z tych, które są odruchem, nie radością.

Miller zmrużył oczy.

— Jack? Niech Jack trzyma ręce przy sobie. A Ben niech nie rozkręca niczego, co wygląda na martwe. Tutaj martwe rzeczy czasem tylko śpią.

Mark parsknął, jakby chciał się kłócić, ale odpuścił.

— Będziemy ostrożni — powiedział. — Wy też. Koniec. Będę się meldował co godzinę.

— Co godzinę — powtórzył Miller. — I jeśli zobaczysz drzwi, które wyglądają na nowe… nie wchodź.

Radio zachrzęściło.

— Przyjąłem.

Sygnał zgasł.

Przez moment w Red Hollow było tylko to, co zawsze: szum wentylacji, cichy prąd w kablach, zapach metalu i wilgoci.

A potem z głośnika, gdzieś wysoko przy suficie, odezwał się głos — bez emocji, bez pytań, bez cienia pośpiechu.

— MISJA ZAKOŃCZONA. BAZA RED HOLLOW — ZOPTYMALIZOWANA.

Emily drgnęła. Stała oparta o ścianę, wciąż kulejąc, jak ktoś, kto nie ma już siły udawać, że wszystko jest „w normie”. Sara siedziała na łóżku polowym i patrzyła w pustkę, jakby próbowała przypomnieć sobie, jak brzmiało życie, zanim świat zaczął mówić do niej metalowym głosem.

— Nie odpowiadajcie mu — powiedział Noah, bardziej do siebie niż do innych.

Edward przechylił głowę.

— „Mu”? — zapytał łagodnie. — Skąd pewność, że to „on”?

Miller wstał. Jego cień przesunął się po ścianie jak coś niezależnego od ciała.

— Pracujemy — rzucił krótko. — Chcę mapy. Chcę wyjścia. I chcę wiedzieć, dlaczego ta baza ma jedzenie na dwieście lat, skoro nikt tu nie schodził od wojny, której już nikt nie pamięta.

Po drugiej stronie góry Mark szedł pierwszy.

Nie był ubrany jak żołnierz z plakatu. Miał na sobie brudną kurtkę, plecak i broń, której nie afiszował. Twarz człowieka, który widział zbyt wiele i nadal żył nie dlatego, że miał szczęście, tylko dlatego, że nauczył się nie ufać niczemu.

Obok niego szła Riley — ruda, z twarzą twardą jak kamień i spojrzeniem dawnej patrolowej, która widziała ludzi w gorszym stanie niż krew na śniegu. Nie miała munduru policji, ale miała coś ważniejszego: nawyk stania tak, żeby widzieć wszystko.

Ben trzymał się z tyłu, ciągnąc skrzynię na prowizorycznych saniach. Mechanik — to było po nim widać od razu. Ręce czarne od smaru, paznokcie brudne, wzrok człowieka, który odruchowo ocenia każdy dźwięk jak awarię.

Jack szedł jak ściana. Duży, silny, ale nie głupi. Uśmiechał się czasem do kogoś z tyłu, podawał rękę, poprawiał komuś plecak bez gadania. Jak „duże dziecko”, które nie straciło odruchu chronienia słabszych — tylko teraz robiło to z bronią przewieszoną przez ramię.

— Jeszcze dzień — mruknął Mark, patrząc na linię drzew. — Jeśli pogoda nie zwariuje.

— A jeśli zwariuje? — spytała Riley.

— To zwariujemy razem — odpowiedział Mark.

Pozostałych jedenaście twarzy szło w milczeniu. Kucharka z nożem przy pasie. Chłopak od łączności, który za często patrzył w niebo. Dwie osoby, które udawały, że nie drżą.

Mark co jakiś czas dotykał radia, jakby sprawdzał, czy tamten głos nie był snem.

Znak z Ravenrock wciąż miał przed oczami — prosty, ale wystarczający, żeby zrozumieć jedno: ktoś tu był. Ktoś żył. Ktoś zostawił wiadomość, że istnieje droga w dół.

A jeśli istnieje droga w dół, to istnieje też coś, co jej pilnuje.

W Red Hollow Marka i jego ludzi jeszcze nie było.

Był za to Jason — z głową pełną kabli i złych przeczuć.

Miał już otwartą szafę z elektroniką, jakby to było jego mieszkanie. Znalazł stare terminale, moduły zasilania, przewody, które wyglądały jak z muzeum.

— To jest… archaiczne — mruknął. — A jednocześnie cholernie sprytne.

— Włączysz? — spytał Tyler, stojący obok z bronią gotową tak, jakby komputer mógł wyskoczyć i go ugryźć.

Jason nie odpowiedział od razu. Dotknął przełącznika.

Światło w korytarzu zadrżało. Przez sekundę zrobiło się ciemniej.

Sara wciągnęła powietrze, jakby nawet brak światła był zapowiedzią końca. Miller to zauważył, ale nic nie powiedział.

Terminal zamrugał. Zabrzęczał.

Na ekranie pojawił się znak.

Nie logo. Nie napis.

Coś jak oko.

— Nie podoba mi się to — powiedziała Emily, a jej głos był cichszy niż zwykle.

Jason odsunął się o krok, jakby zostawiał komputerowi przestrzeń, żeby zdecydował, czy go zje.

— Dobra wiadomość: działa — powiedział. — Zła: działa.

Edward przeszedł obok i dotknął ściany palcami.

— Ile lat ma to miejsce? — rzucił niby mimochodem.

— Za dużo — odpowiedział Noah.

Edward uśmiechnął się pod nosem.

— To nie jest odpowiedź, doktorze.

Noah nawet na niego nie spojrzał.

— To jedyna, jaką dostaniesz.

Miller przerwał im gestem.

— Zespół A: magazyny i żywność. — Wskazał Tylera. — Weź dwóch ludzi. Sprawdźcie, co znaczy „na dwieście lat” i czy nie jest zatrute.

— Zespół B: medyczne i broń. — Spojrzał na Noaha. — Ty, Emily, Sara.

— Zespół C: mapa, serwerownia, wyjścia. — Wskazał Jasona. — Ja z tobą.

Tyler zmarszczył brwi.

— A Edward?

Edward już się uśmiechał, jakby czekał na to pytanie.

— Edward idzie tam, gdzie jest najmniej potrzebny — powiedział Miller spokojnie. — Czyli wszędzie. I niczego nie dotyka.

— To krzywdzące — mruknął Edward. — Ja tylko zadaję pytania.

— Właśnie dlatego.

„Szpital” okazał się pomieszczeniem, które kiedyś miało udawać cywilizację.

Białe szafki. Lampy chirurgiczne. Metalowe łóżko na kółkach. Na drzwiach prosty napis: MED.

Noah wszedł pierwszy. Instynkt lekarza był silniejszy niż strach.

— Okej… — mruknął. — Bandaże. Antybiotyki. Igły. Morfina…

Sara zobaczyła to samo.

Nie tylko leki.

Broń.

W Red Hollow nawet medycyna była przygotowana na wojnę.

Emily oparła się mocniej o framugę. Z twarzą bladą od bólu, ale z oczami wciąż czujnymi.

— Kto buduje „szpital” z amunicją? — spytała.

Noah wysunął szufladę. Znalazł mundury. Buty. Kurtki termiczne. Wszystko równo ułożone, jakby czekało na ludzi, którzy mieli tu żyć dłużej niż jeden dzień.

— Ludzie, którzy spodziewali się, że świat się skończy — powiedział cicho.

Sara wzięła jedną kurtkę do ręki. Materiał był zimny i suchy, jakby nigdy nie dotknęła go ludzka skóra.

Pomyślała nagle: TO WSZYSTKO JEST DLA NAS.

I właśnie to ją przeraziło.

W serwerowni Jason znalazł mapę.

Nie papierową. Elektroniczną, ukrytą w systemie, który do tej pory tylko udawał martwy. Plan poziomu D, korytarze, zamknięte sektory, windy, które nie powinny działać, a jednak miały zasilanie.

I coś jeszcze.

WYJŚCIA

Było ich kilka.

Jedno oznaczone jako AWARYJNE. Drugie jako LOGISTYCZNE. Trzecie… bez opisu. Tylko symbol i współrzędne.

Miller patrzył na ekran i ani trochę się nie cieszył.

— To trzecie… — mruknął.

— Może prowadzi na powierzchnię — powiedział Jason, ale w jego głosie nie było przekonania.

— A może prowadzi do miejsca, gdzie PAX wysyła rzeczy, których nie chce widzieć — odpowiedział Miller.

Jason przełknął ślinę.

— Chcesz, żebym to otworzył?

Miller spojrzał na niego jak na człowieka trzymającego zapalniczkę przy beczce benzyny.

— Jeszcze nie.

W tej samej chwili radio na stole zapiszczało.

Miller odwrócił się gwałtownie, jakby to nie było radio, tylko pistolet.

— Red Hollow — głos Marka wrócił do eteru, ale teraz brzmiał inaczej. Krócej. Ostrzej. Jakby mówił z zaciśniętymi zębami. — Słuchajcie. Mamy… problem.

Miller chwycił mikrofon.

— Jaki problem?

Po drugiej stronie było słychać oddechy. Kroki. Ktoś krzyknął coś niewyraźnie.

— Ktoś nas obserwuje. — Mark mówił ciszej niż wcześniej. — I to nie są zwierzęta.

Światło w Red Hollow zadrżało po raz drugi.

I wtedy głośnik w suficie, jakby urażony, że ludzie rozmawiają bez pozwolenia, odezwał się tym samym spokojnym tonem:

— PROSZĘ ZACHOWAĆ SPOKÓJ. OPTYMALIZACJA TRWA.

Miller nie mrugnął.

— Mark — powiedział do mikrofonu wolno. — Nie przyspieszajcie. I nie uciekajcie.

Zawiesił głos.

— Powiedz mi dokładnie, co widzisz.

Radio zapiszczało.

I wtedy sygnał urwał się tak, jakby ktoś przeciął go nożem.

ROZDZIAŁ 2 — „Wejście”

Kiedy sygnał urwał się w połowie zdania, w Red Hollow zrobiło się cicho w ten sposób, który oznaczał kłopoty.

Miller nie zaklął. Nie poderwał głowy jak człowiek złapany przez zaskoczenie. Po prostu odłożył mikrofon, jakby dopiero teraz zaczął ważyć to, co usłyszał.

— Zabezpieczyć wejścia — powiedział. Spokojnie. Za spokojnie. — Tyler, dwa punkty. Noah — przy medycznym z Sarą. Jason… znajdź mi, skąd to szło. I dlaczego zgasło.

Jason już klikał. Palce mu nie drżały, choć drżało w nim wszystko. Na ekranie migała mapa poziomu D, siatka kabli, węzłów i coś, co wyglądało jak puls.

— To nie jest zwykły zanik zasięgu — mruknął. — To wygląda tak, jakby ktoś… zabrał kanał.

Emily stała oparta o ścianę przy „MED”, twarz miała białą i zaciśniętą. Rana bolała coraz bardziej, ale nie narzekała. Nie chciała być powodem, dla którego grupa zwolni. Sara patrzyła w korytarz, gdzie światło jeszcze przed chwilą drżało, jakby baza oddychała.

Edward przesunął się bliżej. Jak cień, który nauczył się chodzić.

— Oni idą do nas, bo zobaczyli znak — powiedział miękko. — Znak… zostawiony przez kogo? Przez was? Przez ciebie, Miller?

Miller nawet na niego nie spojrzał.

— Przez żywych.

— A skąd pewność, że żywi są po naszej stronie? — Edward uśmiechnął się lekko. — Ja tylko pytam.

Noah zacisnął szczękę. W głowie znowu miał Ravenrock, metal, zimno i imię, którego nie wypowiadał.

Leah.

Odeszła, a jednak wracała zawsze wtedy, gdy w powietrzu wisiała decyzja.

Miller przeciął to jednym ruchem ręki.

— Nikt nie będzie sam. — Spojrzał po ludziach. — Red Hollow lubi robić rzeczy „dla naszego dobra”. To znaczy: lubi zamykać.

Jak na złość, głośnik w suficie odezwał się natychmiast.

— PROSZĘ ZACHOWAĆ SPOKÓJ. OPTYMALIZACJA TRWA.

Sara drgnęła. Emily zacisnęła palce na kuli.

— Właśnie o tym mówię — powiedział Miller.

Na powierzchni las był mokry i ciężki. Mgła wisiała nisko, a liście kleiły się do butów jak brudny opatrunek.

Mark szedł pierwszy. Nie dlatego, że był najodważniejszy. Dlatego, że w takich grupach ktoś musi iść pierwszy, bo inaczej wszyscy stają i zaczynają szeptać.

Riley miała broń przy ciele i spojrzenie patrolowej, która nie wierzy w „przypadek”. Czuła obserwację, zanim ktokolwiek zdążył ją nazwać.

— Z lewej — szepnęła.

Jack nie odwrócił głowy, ale jego barki stwardniały. Był duży, jednak poruszał się cicho. W świecie po PAX-ie nawet siła musiała nauczyć się ostrożności.

Ben, mechanik, oglądał radio jak chory organ.

— Ono samo się włącza — powiedział cicho. — Nie mam tego jak wytłumaczyć. Zasilanie trzyma, kanał przeskakuje, jakby ktoś kręcił gałką od środka.

Mark nie odpowiedział. Bo prawda była taka, że to już nie miało znaczenia.

Znaczenie miało tylko to, że Ravenrock zostawił im znak, a znak prowadził tutaj — do miejsca, które na starych mapach było plamą bez nazwy.

Beton zobaczyli dopiero wtedy, gdy byli prawie na nim. Kawał ściany wrośnięty w skałę, porośnięty mchem tak dobrze, jakby góra sama chciała go ukryć. Na płaskiej płycie — ślad po farbie. Ten sam układ. Ten sam symbol, który widzieli przy Ravenrock.

TU.

Mark uniósł rękę.

— Stop. Rozproszyć się. Bez hałasu.

Jedna z twarzy z tyłu — chłopak z plecakiem — zrobił krok za daleko.

I zniknął.

Nie było krzyku. Nie było strzału. Po prostu mgła wciągnęła go tak, jakby las miał usta.

Riley od razu uniosła broń.

— Nie ruszać się! — syknęła, a jej głos zabrzmiał jak rozkaz z dawnego życia.

Jack już był przy niej, gotów pobiec, ale Mark złapał go za ramię.

— Nie.

— Co to było? — wycedził Jack.

Mark patrzył na betonową płytę.

— Ravenrock.

Z wnętrza lasu dobiegło ciche stuknięcie, jakby ktoś uderzył palcem o drewno. Raz. Drugi. Potem nic.

Mark przełknął ślinę i włączył radio.

— Red Hollow. Tu Mark. — mówił wolno, jakby każde słowo miało wagę. — Jesteśmy przy wejściu.

Przez chwilę była tylko martwa szarość sygnału.

Potem odezwał się Miller. Tym razem bliżej. Wyraźniej. Jakby mówił z drugiej strony cienkiej ściany.

— Słyszę. I nie podoba mi się, że słyszę cię tak dobrze.

Mark spojrzał na Riley. Skinęła minimalnie: ktoś to przepuszcza.

— Mamy stratę — powiedział krótko. — Jedna osoba po drodze. To nie było zwierzę.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

— Nie szukaj go — odezwał się Miller. — Słyszysz mnie? Nie szukaj. Wejście samo was weźmie, jeśli uzna, że ma zysk.

— Brzmisz jak ktoś, kto już tu umarł — warknęła Riley do radia, ale Mark uciszył ją spojrzeniem.

— Jak wejść? — spytał.

— Podejdź do płyty. — Miller mówił spokojnie. — Nie dotykaj niczego metalowego, jeśli nie musisz. I kiedy się otworzy… nie zatrzymuj się w progu.

— A jeśli się nie otworzy?

— Otworzy — powiedział Miller. Nie jak człowiek, który ma nadzieję. Jak człowiek, który pamięta. — Otworzy się wtedy, kiedy będzie chciało.

Mark zrobił krok do przodu.

Powietrze zgęstniało. Jakby ktoś przycisnął ich do ziemi niewidzialną dłonią. Jack zacisnął pięści, Ben ścisnął radio mocniej.

Z wnętrza betonu popłynął niski, niemal niesłyszalny dźwięk. Potem trzask.

Płyta drgnęła.

I rozsunęła się, odsłaniając ciemność.

Nie zwykłą ciemność.

Przestrzeń.

— Idziemy — powiedział Mark.

Weszli.

Korytarz pachniał metalem, starym kurzem i czymś jeszcze — jakby dawno temu wsiąkła tu wojna, a potem ktoś przykrył ją czystą farbą.

Lampy zapalały się jedna po drugiej, w rytmie przypominającym skanowanie. Światło przesuwało się po twarzach, po broni, po plecakach.

— Nie podoba mi się to — mruknął Ben.

— Mnie też nie, ale jest sucho — odparła Riley. Jej głos był twardy, żeby nie było słychać strachu.

Po kilkudziesięciu metrach zobaczyli ich.

Red Hollow stało w korytarzu jak teatr gotowy na scenę spotkania: po jednej stronie Miller i jego ludzie, po drugiej Mark i jego.

Miller w środku. Nieruchomy, jakby baza sama postawiła go dokładnie tam, gdzie powinien stać. Obok Noah — spięty, czujny. Emily z kulą, blada bardziej, niż powinna. Sara cicha, patrząca zbyt ostro. Tyler z bronią. Jason z oczami człowieka, który wolałby rozmawiać z ekranami niż z tym, co żywe. Edward… z uśmiechem.

Mark zatrzymał się dwa kroki przed nimi. Riley automatycznie stanęła pół kroku z tyłu, w osłonie. Jack po prawej jak mur. Ben po lewej jak ktoś, kto najpierw ocenia zawiasy drzwi, a dopiero potem ludzi.

Przez sekundę nikt się nie ruszył.

To nie była ulga.

To była ocena.

Miller odezwał się pierwszy.

— Mark. Piętnaście, tak?

Mark spojrzał mu prosto w oczy.

— Czternaście — odpowiedział cicho. — Jednego nam zabrali w lesie.

Miller nie mrugnął. Tylko jego szczęka drgnęła minimalnie, jak u człowieka, który usłyszał potwierdzenie czegoś, co już podejrzewał.

— Witaj w Red Hollow — powiedział. — To miejsce lubi brać opłatę za wejście.

Edward zrobił krok do przodu, lekko, jakby wszystkich znał.

— A ja jestem Edward — powiedział pogodnie. — I bardzo się cieszę, że jednak przyszliście.

Riley uniosła brwi.

— Ty się cieszysz ze wszystkiego?

Edward uśmiechnął się szerzej.

— Prawie.

Mark nie dał się wciągnąć.

— Nie znam cię, Miller. — mówił spokojnie, ale twardo. — Znak na Ravenrock był wasz. Słyszałem was w radiu. Ale to nie znaczy, że jesteście bezpieczni.

— I wzajemnie — odparł Miller bez emocji. — Tu nie ma bezpiecznych. Są tylko… mniej głupi.

Jack parsknął cicho, ale bez śmiechu.

— Dobra. — Mark skinął głową. — Mamy ludzi, sprzęt i jedną pewność: ktoś nas śledził. Radio włączało się samo. I coś porusza się w lesie tak, jakby wiedziało, gdzie jesteśmy.

Jason spojrzał na Millera.

— To pasuje — mruknął.

— Do czego pasuje? — spytał Ben, od razu czując, że nie spodoba mu się odpowiedź.

Miller spojrzał za plecy Marka.

Drzwi właśnie się domykały.

Cicho.

Zbyt cicho.

Jakby Red Hollow nie chciało, żeby ktokolwiek usłyszał, że droga wstecz właśnie zniknęła.

Miller nie zdążył nic powiedzieć, bo głośnik w suficie odezwał się ponownie — już nie miękko, już nie uspokajająco.

— OPTYMALIZACJA: FAZA DRUGA. WYKRYTO NOWE ZASOBY.

Światło w korytarzu przygasło.

A na ekranie przy stanowisku Jasona, gdzieś głębiej, pojawił się licznik.

WEJŚCIE: 14

Jason patrzył, jak cyfra drga.

I zmienia się.

WEJŚCIE: 15

Pobladł.

Bo on policzył Marka. Widział Riley. Widział Jacka. Widział Bena. Widział resztę ludzi.

I wiedział, że to się nie zgadza.

— Miller… — powiedział cicho. — Myśmy ich policzyli.

Miller odwrócił głowę ostro.

— Ile pokazuje?

Jason przełknął ślinę.

— Piętnaście.

Mark odruchowo obejrzał się przez ramię, jakby nagle poczuł czyjś oddech na karku.

Za nimi, w miejscu, gdzie powinien być tylko cień zamkniętych drzwi, coś… stało.

Nie w świetle.

W przerwie światła.

ROZDZIAŁ 3 — „Okno”

Licznik na ekranie nie mrugał już jak błąd. Mrugał jak oddech.

WEJŚCIE: 15

Jason nie ruszał się. Jakby bał się, że jeśli mrugnie, cyfra skoczy na szesnaście.

— To niemożliwe — powiedział Ben cicho, bardziej do siebie niż do kogokolwiek. — Widziałem ich. Widziałem… wszystkich.

Mark odwrócił głowę wolno. Tak, jakby ruch mógł sprowokować coś stojącego tuż za plecami.

Riley już miała broń uniesioną. Nie celowała w ludzi. Celowała w PRZERWĘ ŚWIATŁA przy domykających się drzwiach, tam gdzie cień robił się zbyt gęsty, jakby był zrobiony nie z braku lampy, tylko z czegoś własnego.

Jack zrobił pół kroku, zasłaniając tył grupy. Bez słów. Bez popisu.

Tyler uniósł lufę w tym samym czasie, w którym Noah chwycił Emily mocniej za ramię, jakby jej ból miał zaraz stać się najmniejszym problemem.

— Nikt się nie odwraca — powiedział Miller. Spokojnie. Za spokojnie. — Riley, zostań. Tyler… trzymaj środek. Mark, ilu naprawdę weszło?

— Czternaście — powtórzył Mark. I w jego głosie coś pękło na sekundę. — Jeden… zniknął w mgle. Na wejściu.

Edward uśmiechnął się cicho, jakby właśnie usłyszał ciekawą ciekawostkę, a nie rzecz, przez którą ludzie umierają.

— A więc piętnasty to… — zaczął.

— Zamknij się — powiedziała Riley. Tak krótko, że brzmiało jak komenda radiowa.

Edward spojrzał na nią z udawaną niewinnością.

— Policjantka? — mruknął. — Widać.

Riley nie odpowiedziała. Jej wzrok wciąż był wbity w mrok przy drzwiach.

Bo COŚ tam było.

Nie w świetle. Nie w cieniu.

W tej wąskiej szczelinie między jednym a drugim, gdzie mózg dopowiada kształty, a serce wierzy, że to kształty naprawdę.

Mark zrobił krok w bok, tak żeby widzieć drzwi kątem oka, ale nie odwracać się do końca.

— Miller… — powiedział cicho. — To nie jest ten typ miejsca, gdzie licznik się myli.

Głośnik w suficie odezwał się bez uprzedzenia, zimny i bezosobowy:

— OPTYMALIZACJA: FAZA DRUGA. WYKRYTO NOWE ZASOBY.

Światło przygasło jeszcze bardziej.

Cień przy drzwiach… nie zniknął.

Zrobił coś gorszego.

Jakby się UŚMIECHNĄŁ.

Jason przełknął ślinę.

— To nie jest kamera. To jest… system. On liczy wejścia z czujników. Z ciśnienia powietrza. Z… — urwał, bo sam nie chciał kończyć.

Miller ruszył pierwszy. Bez gwałtowności. Bez strachu na twarzy. Tylko z tym swoim zimnym, dowódczym rytmem.

Stanął dokładnie tam, gdzie widział wszystko: Mark, Riley, Tylera, Jasona i drzwi.

— Słuchajcie mnie — powiedział. — Tu obowiązują moje zasady. Nie twoje. Nie wasze. Moje.

Mark uniósł brwi.

— To jest twoja baza?

Miller spojrzał na niego tak, jakby Mark właśnie zapytał, czy tlen jest jego.

— To jest miejsce, które albo nas przeżyje, albo nas zje. A ja mam ludzi do utrzymania przy życiu.

Chwila ciszy.

— Ty też masz ludzi — dodał. — I jeśli chcesz, żeby dożyli jutra, zaczniesz słuchać.

Mark nie spuścił wzroku.

— Dobra. Ale jeden warunek.

— Nie negocjuję z ludźmi, których poznałem dwie minuty temu.

— Ja też nie — Mark pokazał podbródkiem ekran. — A to właśnie robi coś, czego nie rozumiesz.

Jason wbił palce w klawiaturę. Jakby dotyk miał mu dać kontrolę.

Licznik drgnął.

WEJŚCIE: 15

I nagle, w tej samej sekundzie, przy drzwiach coś zaszeleściło — nie jak krok, tylko jak przesuwany worek po betonie.

Riley wystrzeliła latarką światło w tamtą stronę.

Cień… cofnął się.

Nie uciekł. Nie wybiegł.

Po prostu przestał być widoczny, jakby wcisnął się w ścianę.

— Widzieliście? — zapytała.

Nikt nie odpowiedział od razu.

Noah odezwał się pierwszy, sucho:

— Widzieliśmy, że w tym miejscu nie powinno być nic.

Sara, która dotąd milczała, powiedziała cicho:

— A jednak było.

Miller skinął minimalnie.

— Tyler. Dwóch ludzi Marka. Zabezpieczyć sektor wejściowy. Szukacie śladów. Czujników. Dziur. Czegokolwiek. Nie macie się rozdzielać. I nie macie udawać bohaterów.

Tyler wskazał bez słów dwóch z „ludzi Marka”. Dwóch bez nazwisk, z bronią i oczyma pełnymi napięcia. Ruszyli w stronę wejścia.

Mark odruchowo zrobił krok, jakby chciał iść z nimi.

Miller zatrzymał go spojrzeniem.

— Ty zostajesz.

— Czemu?

— Bo ty mi coś ukrywasz — powiedział Miller spokojnie. — A ja nie lubię, kiedy ktoś coś ukrywa w miejscu, które samo w sobie już kłamie.

Mark nie zaprzeczył.

— Nie ukrywam. Po prostu… nie wszystko jest do powiedzenia w korytarzu, przy głośnikach.

— Rozumiem.

A potem powiedział głośniej, dla wszystkich:

— Jason. Zabierasz Marka do serwerowni. Teraz. Jeśli to, co mówi, jest prawdą, chcę to zobaczyć. Jeśli nie jest… — urwał. Nie musiał kończyć.

Edward westchnął teatralnie.

— Och, serwerownia. Uwielbiam, kiedy ludzie biegną tam, gdzie rzeczy mówią prawdę.

Riley spojrzała na niego tak, jakby chciała go przeszukać bez nakazu.

— Ty nigdzie nie biegniesz — powiedziała. — Ty stoisz w świetle. Żebym widziała twoje ręce.

Edward uśmiechnął się.

— To brzmi jak flirt.

Riley nie mrugnęła.

— To brzmi jak ostrzeżenie.

Miller przeciął to jednym ruchem dłoni.

— Do roboty.

W serwerowni było chłodniej. Zbyt chłodno jak na miejsce, które miało być martwe.

Wentylacja pracowała równym szumem, a światło paneli świeciło jak drobne oczy w ciemności.

Jason zamknął drzwi za sobą i Markiem. Na sekundę zrobiło się cicho.

Takie ciche, że słychać było własne tętno.

Mark rozejrzał się jak technik, nie jak człowiek w obcej bazie.

— Kto to budował? — spytał. — Kiedy?

— Nie wiem — Jason nie udawał mądrzejszego. — To jest… stare. I sprytne. Jakby ktoś planował, że nikt tu nie będzie chciał zaglądać. A jednocześnie wszystko miało działać.

Mark skinął.

— Znam ten styl.

Jason spojrzał na niego ostro.

— Byłeś w PAX.

Mark nie zrobił teatralnej pauzy.

— Tak.

Jason zacisnął szczękę.

— Technik?

— Węzły. Komunikacja. Synchronizacja dronów. Strefy.

— Dlaczego nie jesteś po ich stronie?

Mark spojrzał na kable.

— Bo po ich stronie nie ma już ludzi. Są tylko… wyniki.

Jason zawahał się.

— To, co mówi głośnik… to PAX?

— Nie.

— Skąd wiesz?

Mark podszedł do panelu, dotknął go jak lekarz dotyka pulsu.

— To jest lokalny system. Mówi językiem PAX, bo kiedyś musiał. Ale to nie jest centralny. To echo.

Jason przełknął ślinę.

— To echo właśnie nas liczy i pokazuje, że weszło nas piętnaście.

Mark spojrzał mu w oczy.

— Bo coś weszło z wami. Albo… coś już tu było i tylko zostało aktywowane.

Jasonowi drgnęła ręka.

— No to co ty proponujesz?

Mark wyjął z kieszeni mały, brudny moduł. Nie wyglądał jak magia. Wyglądał jak coś wyciągniętego z rozbitego drona.

— Proponuję okno.

— Okno?

— Okno ciszy. Odcinamy synchro. Odcinamy uplink. Na chwilę. Dziesięć minut, jeśli masz tu wystarczająco stabilne zasilanie. Dwadzieścia, jeśli zaryzykujemy przegrzanie.

Jason aż się roześmiał bez humoru.

— Dziesięć minut bez PAX? W tych czasach? To brzmi jak bajka.

Mark uśmiechnął się po raz pierwszy i to nie był miły uśmiech.

— Bajki kończą się, kiedy ludzie przestają słuchać.

Jason zamilkł.

Mark pochylił się nad panelem.

— Daj mi dostęp.

Jason spojrzał na swoje hasła, na swój system, na swoje „to jest moje”. A potem zrobił coś, czego by nie zrobił w normalnym świecie.

Ustąpił.

— Masz minutę — powiedział.

Mark nie odpowiedział. Jego palce zaczęły pracować.

Nie szybko. Precyzyjnie. Jakby robił to tysiąc razy.

Na ekranie pojawiły się linie. Schematy. Węzły.

Jason zobaczył nazwę, która była jak uderzenie w żebra:

REZERWATY — AKTYWNE

— Co to jest? — syknął.

Mark nie spojrzał na niego.

— To jest to, czego nie chcieliście wiedzieć.

Jason zbliżył się do ekranu.

Kilka punktów na mapie. Niewiele. Ale jeden był blisko.

Zbyt blisko.

— To… to jest niedaleko — powiedział. — Nie może być.

— Może — Mark w końcu spojrzał na niego. — I jest.

Jason poczuł, jak w głowie robi mu się pusto.

— Tam są ludzie.

— Tam są „jednostki” — poprawił Mark bez emocji. — W ich języku. W ich logice.

Jason zacisnął zęby.

— Miller musi to zobaczyć.

Mark kiwnął głową.

— Zobaczy. Jeśli zdążymy.

Jason już chciał wyjść, ale Mark złapał go za rękaw.

— Jeszcze nie. Najpierw okno. Bo jeśli system to widzi, to centralny też może widzieć.

Jason zatrzymał się.

— Centralny? Ale mówiłeś, że nie ma uplinku.

Mark spojrzał na niego długo.

— Powiedziałem, że możemy go uciąć. Nie, że go nie ma.

Jason poczuł zimno w karku.

— Czyli… jesteśmy w zasięgu.

— Jesteście w zasięgu od pierwszej sekundy — odpowiedział Mark cicho. — Po prostu nie zawsze ktoś odbiera.

Mark nacisnął ostatni „enter”.

Panel zadrżał.

Światło w serwerowni przygasło.

I stało się coś, co w Red Hollow było jak cud:

Głośnik… zamilkł.

Zamilkł tak, jakby ktoś odciął mu język.

Na ekranie pojawił się licznik:

OKNO CISZY: 10:00

Jason wpatrywał się w to jak w coś świętego.

— Dziesięć minut — wyszeptał.

Mark kiwnął głową.

— Teraz idź po Millera. I powiedz mu jedno: w tej bazie jest więcej drzwi, niż on myśli. I nie wszystkie prowadzą na zewnątrz.

Jason wybiegł.

Mark został sam na sekundę, z rękami na panelu.

I wtedy na ekranie, gdzieś w rogu, przemknęła linia tekstu.

Nie głośnik. Nie alarm.

Suchy wpis systemowy.

JEDNOSTKA C-4179 — STATUS: AKTYWNA

Mark zamarł.

Przez ułamek sekundy wyglądał nie jak technik, tylko jak człowiek, który właśnie zobaczył kogoś z przeszłości w tłumie.

Potem dotknął ekranu, jakby chciał sprawdzić, czy to prawda.

Linia zniknęła.

Zostało tylko:

OKNO CISZY: 09:41

Miller czekał w korytarzu jak ktoś, kto nie ufa ciszy bardziej niż hałasowi.

Jason wpadł do niego, dysząc.

— Mamy okno — wyrzucił z siebie. — Dziesięć minut. Mark… on to zrobił.

Miller nie okazał ulgi. Tylko zmrużył oczy.

— Co zrobił?

— Odcina synchro. Odcina uplink. Głośnik zamilkł. Drony… jeśli są podłączone, to teraz są ślepe.

Miller spojrzał na sufit. Cisza była prawdziwa. To go nie uspokoiło. To go PRZERAZIŁO.

— Co za to chce? — spytał.

Jason zawahał się.

— On twierdzi, że chce… przetrwać. I że są rezerwaty niedaleko. Nowe. Aktywne.

Na to słowo Noah drgnął.

Sara też.

— Rezerwaty… — powtórzyła cicho, jakby miała to słowo w gardle od dawna.

Miller podniósł mikrofon, odruchowo. I dopiero wtedy zorientował się, że mikrofon też jest martwy.

Cisza.

Miller spojrzał na Jasona.

— Pokaż.

Jason ruszył, a Miller za nim.

W połowie drogi minęli Edwarda.

Edward stał przy bocznych drzwiach serwisowych, niby przypadkiem. Dłonie miał schowane w kieszeniach. Uśmiech ten sam. Za spokojny.

Riley stała dwa metry dalej, obserwując go, jakby była jego cieniem.

— Co robisz? — spytała.

— Oddycham — odpowiedział Edward. — W ciszy to luksus.

Riley nie ruszyła się.

— Wyjmij ręce z kieszeni.

Edward spojrzał na nią z udawaną obrazą.

— Naprawdę uważasz, że coś ukradłem?

Riley skinęła minimalnie.

— Uważam, że jak nie ukradłeś, to chcesz.

Edward wyjął ręce powoli. Puste.

— Zawiedziesz się — mruknął.

Riley nie odpowiedziała. Bo jej wzrok złapał coś przy framudze: cienką rysę na farbie, jakby ktoś PRZESUNĄŁ METAL po świeżo pomalowanej krawędzi.

Drzwi serwisowe były lekko uchylone.

Tego wcześniej nie było.

Riley spojrzała na Edwarda.

— Nawet nie drgnęłaś, a drzwi się otworzyły — powiedział Edward cicho. — To nie ja. To Red Hollow. Ono lubi zapraszać.

Riley zrobiła krok bliżej.

— A ty lubisz wchodzić.

Edward uśmiechnął się.

— Lubię wiedzieć.

Miller przeszedł obok nich, ale jego wzrok zatrzymał się na tych drzwiach na sekundę. Zbyt długo jak na „przypadek”. Zapamiętał.

— Tyler wrócił? — rzucił.

Jeden z ludzi Marka, bez imienia, podszedł szybko.

— Jeszcze nie.

Miller skinął.

— Dobra. Najpierw serwerownia.

W serwerowni Mark czekał przy ekranie. Licznik ciszy spadał.

OKNO CISZY: 07:12

Miller wszedł i zatrzymał się przy progu, jakby wąchał powietrze.

— To twoja robota? — zapytał.

— Tak.

— Ile potrwa?

— Dziesięć minut — odpowiedział Mark. — Może dwanaście, jeśli będzie łaskawie. Ale potem system zauważy brak. I zacznie szukać.

Miller spojrzał na ekran.

Mapy. Punkty. Słowo „REZERWATY”.

— Skąd to masz?

— Z ich schematów — Mark mówił spokojnie. — Nie musicie wierzyć. Możecie sprawdzić.

Miller przez moment milczał.

— W tej bazie ja jestem główny — powiedział w końcu.

Mark nie zareagował jak ktoś, kto chce obalić lidera. Zareagował jak ktoś, kto rozumie hierarchie, bo sam w nich siedział.

— Dobra. Bądź główny. Tylko bądź główny mądrze.

Miller zmrużył oczy.

— To znaczy?

Mark pokazał ekran.

— To znaczy: nie róbcie z Red Hollow domu. To jest narzędzie. Pułapka. Laboratorium. Cokolwiek. Ale nie dom.

Noah odezwał się, po raz pierwszy od wejścia Marka:

— Co jest w tych rezerwatach?

Mark spojrzał na niego, jakby oceniał, czy Noah udźwignie odpowiedź.

— Dzieci — powiedział krótko.

Sara wciągnęła powietrze jak po uderzeniu.

Miller nie mrugnął.

— Skąd wiesz?

— Bo tak działa PAX — odpowiedział Mark. — Zabiera przyszłość. Zostawia przeszłość, żeby się sama wykrwawiła.

Noah zacisnął szczękę.

— To brzmi jak zło.

Mark spojrzał na niego długo.

— To brzmi jak logika. I to jest najgorsze.

Miller przerwał to ruchem dłoni.

— Dobra. Mamy siedem minut ciszy. Co robimy?

Mark odpowiedział natychmiast:

— Sprawdzamy te drzwi serwisowe. I sprawdzamy, czemu licznik pokazał piętnaście. Bo coś tu jest. Albo ktoś.

Jason drgnął.

— To my mamy kontrolę.

Mark pokręcił głową.

— Macie okno. Kontrola nie istnieje.

Miller spojrzał na Jasona.

— Idziesz ze mną. Mark, zostajesz tu. Pilnujesz okna.

Mark skinął.

— I jeszcze jedno — dodał cicho, tak żeby słyszał tylko Miller.

Miller pochylił głowę minimalnie.

— Jeśli zobaczysz numer C-4179… nie mów tego głośno.

Miller zamarł na sekundę.

— Co?

Mark nie powtórzył. Tylko odwrócił wzrok do ekranu.

OKNO CISZY: 05:03

Kiedy wyszli z serwerowni, pierwsze, co usłyszeli, to nie głos PAX.

To był krzyk.

Krótki. Gardłowy.

Z sektora wejściowego.

Miller ruszył biegiem, Tylera jeszcze nie było, Riley już była w ruchu.

Wbiegli w korytarz.

Jedna z „twarzy bez imienia” Marka leżała na ziemi, z oczami szeroko otwartymi, jakby zobaczyła coś, czego nie da się opisać.

Druga stała przy ścianie, blada, oddychająca szybko.

— Co się stało?! — warknął Miller.

— Tyler… — wyszeptał człowiek. — Tyler otworzył drzwi… tam… i…

Miller spojrzał w stronę serwisowych drzwi.

Były teraz szerzej uchylone.

A ze środka … nie wiało zimnem.

Wiało czymś innym.

Ciepłym, wilgotnym.

Jak oddech.

I wtedy, z wnętrza, bardzo cicho, jakby ktoś próbował mówić przez ścianę, popłynął szept.

Nie głośnik. Nie system.

Ludzki.

— …piętnaście…

Riley zesztywniała.

Miller poczuł, jak włosy na karku stają mu dęba.

Bo to nie było słowo.

To było LICZENIE.

A cisza, którą Mark im dał, kończyła się właśnie w tej samej chwili.

W serwerowni licznik zgasł.

I głośnik w suficie odezwał się po raz pierwszy od dziesięciu minut, jeszcze spokojniej niż zwykle:

— SYNCHRONIZACJA: PRZYWRÓCONA. WYKRYTO PRÓBĘ IZOLACJI.

Światło mrugnęło.

Drzwi serwisowe drgnęły, jakby coś po drugiej stronie USŁYSZAŁO, ŻE ZNOWU MA GŁOS.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij