-
nowość
-
promocja
Opus Dei - ebook
Opus Dei - ebook
Porywające śledztwo, które pokazuje, jak członkowie Opus Dei – ultrakonserwatywnej sekty katolickiej – forsowali swój radykalny program wewnątrz Kościoła i na całym świecie, wykorzystując miliardy dolarów wyprowadzonych z jednego z największych banków.
Przez ponad pół wieku hiszpański Banco Popular był jednym z najbardziej dochodowych banków świata – aż do 2017 roku, gdy nagle, z dnia na dzień, upadł. Kiedy dziennikarz śledczy Gareth Gore został wysłany, by opisać tę historię, spodziewał się znaleźć kolejny przypadek nieokiełznanych kapitalistycznych ambicji zakończonych finansową katastrofą. Zamiast tego odkrył oszustwa, które skrywały jeden z najbardziej niesłychanych przypadków korporacyjnej kradzieży w historii – dokonywanej przez grupę mężczyzn zwanych numerariuszami, żyjących w celibacie i umartwiających się, którzy potajemnie kontrolowali Banco Popular i nadużywali swoich stanowisk, by pomóc rozszerzać wpływy Opus Dei.
Korzystając z dostępu do dokumentów bankowych i relacji osób z wewnątrz oraz wypowiedzi sygnalistów z samego Opus Dei, Gore ujawnia, jak pieniądze z banku wykorzystywano do budowania potęgi organizacji i w jaki sposób z kobiet z biednych środowisk robiono darmową siłę roboczą, służącą numerariuszom. Śledzi także wzrost znaczenia Opus Dei w Stanach Zjednoczonych, pokazując jego rolę w finansowaniu wielu prawicowych inicjatyw.
Gore opowiada wstrząsającą historię pieniędzy i władzy, rozciągającą się na dekady i kontynenty. Dokumentując po raz pierwszy tajemną historię Opus Dei, ten porywający reportaż śledczy stawia ważne pytania o mroczne siły kształtujące nasze społeczeństwo.
Gareth Gore jest brytyjskim dziennikarzem finansowym z niemal dwudziestoletnim doświadczeniem. Pracował dla Bloomberga, Thomson Reuters i International Financing Review.
| Kategoria: | Biografie |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8444-559-4 |
| Rozmiar pliku: | 683 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Gdy nad ranem 7 czerwca 2017 roku poinformowano o upadku Banco Popular, nie mogło nie dojść do poruszenia1. Opinia publiczna żywo zainteresowała się wydarzeniem, które uznano potem za jedno z największych bankowych bankructw w Europie. Hiszpańska telewizja pokazywała klientów gromadzących się przed zamkniętymi placówkami na terenie całego kraju. Rozwścieczeni ludzie wymachiwali transparentami i domagali się wyjaśnień – oraz kar więzienia dla osób odpowiedzialnych za ten kryzys. Reporterzy przeprowadzali wywiady z zapłakanymi emerytami, którzy na skutek bankructwa banku stracili wszystkie oszczędności. Na antenach wypowiadali się starsi ludzie, którzy cały dorobek życia zdeponowali na kontach niegdyś jednego z najpotężniejszych i najlepiej prosperujących banków na świecie2. Prasa finansowa skupiała się na innym aspekcie sprawy: analizowała decyzje rzekomo wiarygodnych funduszy, takich jak Pimco czy Anchorage Capital, które z dnia na dzień zanotowały straty wynoszące setki milionów dolarów3. Ludzie na całym świecie zadawali sobie to samo pytanie: jak to możliwe, że hiszpańska instytucja finansowa dumnie powołująca się na dziewięćdziesięcioletnią tradycję – a przy tym będąca właścicielem innego banku w Stanach Zjednoczonych i prowadząca działalność w różnych odległych miejscach, między innymi w Szanghaju, Dubaju czy Rio de Janeiro – po prostu z dnia na dzień przestała istnieć?
Jakkolwiek głośno się o tej sprawie zrobiło, o największym poszkodowanym w tym kryzysie nikt nie wspomniał nawet słowem. Od ponad sześćdziesięciu lat bank znajdował się w rękach trzymającej się w cieniu grupy ludzi, którzy przysięgali wieść życie w czystości i duchu umartwiania, ale wykorzystywali wszelkie możliwości, aby wyprowadzić z instytucji miliardy dolarów. To wstęp do historii, której nikt dotąd nie opowiadał. Jej bohaterami są ci, którzy przejęli kontrolę nad Banco Popular i przeobrazili go w maszynę do zarabiania pieniędzy dla Opus Dei, swojej kontrowersyjnej sekty religijnej. To dzięki nim nieduży i funkcjonujący w tajemnicy przed światem ruch religijny stał się jedną z największych potęg w łonie Kościoła katolickiego. To oni wsparli finansowo powstanie rozległej sieci rekrutacyjnej skupiającej uwagę na dzieciach i podatnych na wpływy nastolatkach. W ten sposób zapewnili sobie przyczółek w świecie amerykańskiej polityki, a swojej organizacji status mrocznej, ale wpływowej siły, która wspiera dokonujący się na naszych oczach regres praw reprodukcyjnych oraz innych wolności obywatelskich. Sukces QAnon i popularność tematu Grupy Bilderberg niezbicie świadczą o tym, że nasz świat oszalał na punkcie teorii spiskowych. Pora przeciwstawić im prawdziwą historię nadużyć, manipulacji i chciwości ukrywającej się pod płaszczykiem pobożności.
Należałem do grona dziennikarzy, którzy relacjonowali sprawę upadku Banco Popular. Jak – najwyraźniej – wszyscy inni, również i ja nie zwróciłem wtedy uwagi na najważniejszy aspekt tej historii. Przez poprzednie dziesięć lat opisywałem kolejne upadki banków, które przetaczały się przez Europę po globalnym kryzysie finansowym w 2008 roku. Dziennikarski nos zaprowadził mnie do Francji, Niemiec, Grecji, Włoch, Portugalii, Rosji, Hiszpanii, Szwecji i Turcji, ponieważ wszędzie tam działo się coś, o czym chciałem pisać. Rozmawiałem wtedy z ludźmi, którzy tymi bankami kierowali. Zbierałem spostrzeżenia od instytucji, które kontrolowały funkcjonowanie banku. Prowadziłem wywiady z przedstawicielami banków centralnych, prawnikami, inwestorami i zwykłymi ludźmi. Historię Banco Popular budowałem pierwotnie według tego samego schematu. Z początku wydawało się, że nie ma w niej nic nadzwyczajnego. Ot, kolejna opowieść o nieposkromionej ambicji i pełnym pychy przekonaniu o całkowitej kontroli nad wszelkim ryzykiem. Kolejna historia ciągu błędnych decyzji i ślepego trwania przy własnych opiniach. Im bardziej się jednak zagłębiałem w ten splot zdarzeń, tym bardziej wydawał mi się on bezsensowny. Choć miałem już spore doświadczenie jako reporter finansowy, nie potrafiłem dostrzec w tej historii żadnej logiki. Z czasem doszedłem więc do przekonania, że w tej układance czegoś brakuje.
Postanowiłem bliżej przyjrzeć się sprawie i w tym celu przeprowadziłem się do Madrytu. Mieszkałem tam przed dziesięcioma laty, gdy jako korespondent Bloomberga relacjonowałem na potrzeby jego czytelników spektakularny wzlot i upadek Hiszpanii. Pomimo upływu całej dekady miasto w zasadzie się nie zmieniło. Z jednym tylko wyjątkiem. Z krajobrazu zniknęły szyldy Banco Popular, które widywało się wcześniej na każdym kroku. Bank miał swego czasu ponad dwa tysiące placówek w całym kraju, w tym trzysta w samym Madrycie. Podczas każdego spaceru od jednego stołecznego barrio do drugiego napotykało się prędzej czy później logo dobrze znane milionom Hiszpanów. Choć jednak nazwa „Popular” zniknęła z ulic, nadal często widywało się ją na łamach prasy. Upadek banku rozkręcił potężną machinę prawną. Do sądów spłynęło ponad sto pozwów4, w większości dotyczących zaspokojenia roszczeń trzystu tysięcy akcjonariuszy, których inwestycje z dnia na dzień wyparowały5. Swoich praw dochodzili także wierzyciele, którym bank był winien miliardy. Spotykałem się po kolei z przedstawicielami pokrzywdzonych grup. Z pozyskiwaniem opinii nie miałem trudności. Wychodząc z założenia, że rozgłos – zwłaszcza w prasie zagranicznej – przysłuży się ich sprawie, właściwie wszyscy chętnie ze mną rozmawiali.
Lub prawie wszyscy, ponieważ w te deliberacje nie angażował się podmiot, który ucierpiał na tym kryzysie najbardziej. Głosu nie zabierał największy z akcjonariuszy banku, enigmatyczny Syndykat, którego historia sięgała dżentelmeńskiej umowy zawartej w latach czterdziestych ubiegłego wieku6. W momencie upadku Banco Popular w rękach Syndykatu znajdowało się blisko 10 procent jego akcji7, w szczytowym okresie wartych ponad 2 miliardy dolarów8. Z jakiegoś powodu w ciągu zaledwie kilku tygodni od upadku banku firma stanowiąca trzon Syndykatu bez rozgłosu poinformowała władze, że wkrótce ulegnie rozwiązaniu9. Podczas gdy pozostali akcjonariusze banku walczyli na oczach całego kraju o odzyskanie pieniędzy, tajemnicza grupa niegdyś kontrolująca poczynania Banco Popular starała się po cichu zniknąć ze sceny. Tak mnie to zaintrygowało, że zacząłem zgłębiać temat i wkrótce ustaliłem, że Syndykat skrywa bardzo wiele tajemnic. Trzon konsorcjum tworzyła firma o niewiele mówiącej nazwie Europejska Unia Inwestycyjna. Jak się okazało, przypominała ona matrioszkę, w której ukrywali się sprytnie prawdziwi beneficjenci gigantycznego holdingu. Kolejne laleczki nosiły niewinnie brzmiące nazwy, takie jak Fundusz Działań Społecznych, Instytut Edukacji i Badań, Fundusz Rozwoju Międzynarodowego i Współpracy, Fundusz Współpracy Społecznej. Wystarczyło jednak te laleczki powyjmować i ustawić obok siebie, żeby dostrzec intrygujące podobieństwa między nimi. Przede wszystkim wiele spośród nich miało tych samych akcjonariuszy, a ich działalnością kierowali ludzie, którzy zdawali się tworzyć jedną grupę i tylko raz po raz zamieniali się stanowiskami. Do tej sieci powiązań trafiało z banku nawet 100 milionów dolarów rocznie10. Stopniowo zaczynałem rozumieć, dlaczego Syndykatowi tak bardzo zależało na zachowaniu dyskrecji i dlaczego stojąca za nim firma – zamiast domagać się zadośćuczynienia za doznane krzywdy – postanowiła się rozwiązać: ponieważ nie chciała, żeby świat poznał jej tajemnice.
Moje reporterskie śledztwo zawiodło mnie następnie do niewielkiego szwajcarskiego miasteczka Crans-Montana, luksusowego alpejskiego ośrodka narciarskiego, w którym mieszkają tylko bardzo bogaci ludzie. Wybrałem się tam, żeby porozmawiać z Javierem Vallsem-Tabernerem, który przez ponad czterdzieści lat pracował w Banco Popular i który przez piętnaście lat zarządzał nim wspólnie ze starszym bratem Luisem11. Uznałem, że to właśnie on może mnie pokierować do sedna tajemnicy, którą pragnąłem zgłębić. Javier powitał mnie w drzwiach swojej alpejskiej rezydencji promiennym uśmiechem i życzliwym uściskiem dłoni. Kilka miesięcy wcześniej mieliśmy okazję zamienić kilka słów w Madrycie, a teraz mój gospodarz wydawał się mi szczerze wdzięczny za to, że przebyłem tak długą drogę, żeby z nim porozmawiać. Zgodził się poświęcić mi trzy dni i przez ten czas odpowiadać na moje pytania na temat jego pracy w banku.
Od samego początku było dla mnie jasne, że darzył bezgranicznym uwielbieniem swojego brata Luisa, który zmarł kilka lat wcześniej. W naszych rozmowach chętnie wracał do czasów ich wspólnej młodości, kiedy przebrani za wieśniaków uciekli z targanej wojną Barcelony, a potem tułali się po Włoszech. Opowiadał o śmierci ich ojca, powszechnie szanowanego polityka. Osiemdziesięciodziewięcioletni Javier mówił już z trudem. W głosie było słychać, że zdiagnozowana niedawno rzadka choroba krwi mocno nadwątliła jego zdrowie. Nadal jednak z błyskiem oku wspominał, jak niemrawy niegdyś regionalny bank z zaledwie kilkoma placówkami przekształcili wspólnie z bratem w gracza liczącego się na arenie światowej. Bracia bardzo się od siebie różnili. Luis był gorliwym członkiem konserwatywnej katolickiej sekty Opus Dei i przysięgał wieść życie w czystości, ubóstwie i posłuszeństwie. Javier dał się zaś poznać w konserwatywnym madryckim światku bankowym jako miłośnik uciech wszelakich, w szczególności zaś podróży, dobrego jedzenia, dobrego wina i dobrej zabawy. Chichocząc, powiedział: „Mówili na nas Opus Dei i Opus Noc”12.
Ponownie spotkaliśmy się następnego dnia z samego rana i od razu przystąpiliśmy do pracy. Chciałem się przede wszystkim dowiedzieć, czym tak naprawdę jest Syndykat. Zapytałem więc o to wprost.
– No cóż – odparł Javier. – To była wielka zasłona dymna. Wcześniej istniał prawdziwy Syndykat, ale pozbawiliśmy go jakiegokolwiek statusu prawnego. Później w jego skład mógł wchodzić każdy, kto miał akcje i chciał do niego należeć. Jedynym warunkiem było to, że musiał głosować zgodnie ze wskazaniami zarządu. Sporo nas tam było. Cały zaś dowcip polegał na tym, że głosy członków Syndykatu liczyły się podwójnie. Brali w tym udział wszyscy co ważniejsi akcjonariusze (…) których liczyło się po raz pierwszy jako indywidualnych inwestorów, a po raz drugi jako członków Syndykatu.
Javier opisał mi proceder, który należało ocenić jako oszustwo na gigantyczną skalę. Oto bowiem grupa inwestorów systematycznie głosowała razem, aby doprowadzić do podjęcia przez bank pewnych konkretnych decyzji, a jednocześnie rozmyć kwestię odpowiedzialności za zarządzanie Banco Popular. Dlaczego się na to zdecydował? Podupadający na zdrowiu stary człowiek bez większych oporów przyznawał się do jawnych nadużyć. Być może robił to po to, aby wyrównać rachunki, ponieważ jeszcze w 2006 roku, zaledwie kilka dni po śmierci starszego brata, został bezceremonialnie usunięty ze stanowiska13. Po czterdziestu latach na czele Banco Popular Opus Noc najwyraźniej przestał być potrzebny tym, który sprawowali w banku realną władzę.
Wypchnięcie Javiera ze sceny zbiegło się w czasie z powołaniem do życia Europejskiej Unii Inwestycyjnej, tej samej enigmatycznej firmy, od której dla mnie cała ta przygoda się zaczęła.
– Syndykat zaczął się rozpadać, kiedy byliśmy z Luisem źle traktowani. Wtedy sporo ludzi postanowiło się wycofać – opowiadał Javier. – Założyli oni wtedy podmiot o nazwie Europejska Unia Inwestycyjna.
– Chwileczkę – wtrąciłem. – A kto to właściwie są oni?
– To w stu procentach Opus Dei. Ostatecznie zajęli miejsce Syndykatu, który zresztą nie był prawdziwym syndykatem.
Potem Javier wrócił myślami do ostatnich dni swojego brata.
– Gdy Luis ciężko zachorował i trafił do szpitala, próbowali mi uniemożliwić odwiedzanie go – wspominał ze łzami w oczach. – Próbowali mnie trzymać z dala, dopóki jeszcze żył, bo, tak w każdym razie myślę, w Opus Dei był już wtedy jakiś taki plan, żeby się mnie pozbyć zaraz po śmierci Luisa.
– Ale dlaczego nie chcieli, żeby go pan odwiedzał?
– Bo go kontrolowali. Nie chcieli, żebym mu coś powiedział. Albo żeby on mi coś powiedział. Już wcześniej, w poprzednich dwóch latach… doszedłem do wniosku… że to już jest postanowione… że Opus Dei ma plan. Wszystko kontrolowali, tak mniej więcej. Moim zdaniem postanowili sobie, że jak tylko jego już nie będzie, to oni wszystko zagarną dla siebie.
– A myśli pan, że Luis wiedział, co się dzieje?
– Nie wiem, czy wiedział… Może wiedział, ale nie mógł nic powiedzieć.
Wspomnienia ostatnich dni brata – oraz usunięcia z posady z banku – bardzo poruszyły Javiera. Opowiedział mi o tym, jak nie mógł się wówczas uwolnić od myśli o Roberto Calvim, włoskim bankierze zamordowanym na początku lat osiemdziesiątych, jeśli wierzyć legendzie, właśnie przez Opus Dei. Obawiając się o bezpieczeństwo rodziny, Javier podjął decyzję o opuszczeniu Hiszpanii, gęsto oplecionej mackami organizacji, i przeniesieniu się do Szwajcarii. Od tamtej pory z domu w Alpach obserwował – z pewnym smutkiem, ale i nie bez satysfakcji – jak bank wyniesiony kiedyś przez niego i jego brata na szczyt popada w ruinę i jak ciągnie za sobą na dno sieć Opus Dei, które lata wcześniej wbiło mu nóż w plecy.
Mój ojciec dorastał w katolickim domu – jego dziadkowie pochodzili z Irlandii, a on sam znaczną część dzieciństwa spędził w sanatorium dla dzieci pod opieką sióstr zakonnych – ale z biegiem lat z coraz większą niechęcią wspominał o tym, że Kościół mówi cały czas tylko o winie. Dzieci postanowił wychowywać w przekonaniu, że każdy ma prawo do własnych moralnych sądów o świecie. Skutek był taki, że gdy rozpoczynałem dziennikarskie śledztwo w sprawie upadku Banco Popular, nie wiedziałem zupełnie nic nie tylko o Opus Dei, ale nawet o Kościele katolickim. Wszystkie te braki miałem jednak wkrótce nadrobić. Pochłaniałem lekturę za lekturą, rozmawiałem też z obecnymi i byłymi członkami Opus Dei, żeby zyskać pełniejszy obraz tej organizacji. Przyznam, że początkowo czułem się trochę zbity z tropu. Najpierw poznałem opowieści Javiera o ludziach, którzy pracowali i mieszkali z Luisem Vallsem-Tabernerem. Nasłuchałem się o tym, jak manipulowali nim podczas choroby brata i jak wykorzystali jego śmierć, żeby pozbyć się z banku niewygodnego prezesa. Potem zaś poznałem ludzi życzliwych, otwartych i szczerze ucieszonych tym, że dziennikarz z Anglii zainteresował się postacią zmarłego bankiera, którego oni darzyli wielkim uznaniem.
W pewnym momencie jednak zwróciłem uwagę na dość nietypową rzecz. Doszedłem mianowicie do wniosku, że każda rozmowa zaczyna się w taki sam sposób: członek Opus Dei na wstępie zapewnia, że wszyscy w organizacji mają całkowitą swobodę działania i cokolwiek robią – czy to w biznesie albo polityce, czy w ogóle – należy poczytywać za ich własną inicjatywę, ponieważ nie ma to żadnego związku z Opus Dei. Po czwartym czy piątym wysłuchaniu tego samego zapewnienia zacząłem się zastanawiać, czy mam do czynienia z jakąś gotową formułką, którą każdy członek ma obowiązek wygłosić. Dziwne jednak było w tym wszystkim to, że moi rozmówcy – nieodmiennie mężczyźni – wypowiadali tego typu oświadczenie bez żadnej inspiracji z mojej strony, zanim w ogóle zaczęliśmy mówić o życiu i dorobku Luisa Vallsa-Tabernera. Z czego mogła wynikać ta ich potrzeba poprzedzania naszej rozmowy – i pierwszego mojego pytania – takim wstępem? Wtedy jeszcze nie mogłem wiedzieć, że tych kilka słów będzie się powtarzać niczym refren we wszystkich rozmowach, które przez kolejne lata przeprowadziłem z członkami Opus Dei.
Zdążyłem już nabrać podejrzliwości wobec wszystkiego, co się wiązało z Opus Dei, gdy moją uwagę przykuł artykuł opublikowany przez Associated Press na temat grupy czterdziestu dwóch kobiet z Argentyny, które miały zostać w młodości zrekrutowane przez organizację do w zasadzie niewolniczej pracy14. Z materiału wynikało, że kazano im gotować, sprzątać i czyścić toalety bez żadnego wynagrodzenia. Dopiero po latach złożyły skargę do Watykanu, mówiąc o wyzysku w pracy, nadużywaniu władzy – oraz o nadużyciach duchowych. Domagały się rekompensaty finansowej, a także uznania swojego cierpienia, wyciągnięcia konsekwencji dyscyplinarnych wobec odpowiedzialnych za to osób oraz oficjalnych przeprosin od Opus Dei. Historia ta, choć oczywiście wzbudziła we mnie współczucie, wydawała się początkowo nie mieć nic wspólnego z moim śledztwem. Zdanie zmieniłem dopiero podczas późniejszej wizyty w archiwach Banco Popular, które po jego upadku wraz ze wszystkimi innymi składnikami majątku tegoż przeszły w ręce jego dotychczasowego konkurenta15. Od chwili uzyskania dostępu w poprzednim roku to była moja trzecia wizyta w archiwum, zlokalizowanym na terenie parku biznesowego położonego nieopodal autostrady prowadzącej wzdłuż wybrzeża północnej Hiszpanii. Tym razem podczas wertowania zawartości kolejnych pudeł trafiłem na „nieoficjalne” archiwum, które przechowywano poza resztą zbioru. Przewieziono je tu z posiadłości należącej niegdyś do banku, a konkretnie z rezydencji położonej w górach na obrzeżach Madrytu, z której korzystał swego czasu Luis Valls-Taberner. Dowiedziałem się, że jeden z archiwistów został tam wysłany, aby przygotować do transportu „zabłąkaną” część materiałów. Na miejscu stwierdził jednak, że ktoś go ubiegł i zdążył w dużej mierze opróżnić tajemniczą skrytkę16. Ponieważ jednak się przy tym spieszył, istniało przypuszczenie, że pośród stert pozornie nieuporządkowanych dokumentów może znajdować się coś, co mnie zainteresuje.
Przeglądałem te pudła przez trzy dni. Ostatniego dnia – na wieczór miałem zaplanowany lot powrotny do Londynu – trafiłem na gruby plik dokumentów opisanych jako „Bilans współpracy międzynarodowej”17. Raport wskazywał na powiązania banku z ponad sześćdziesięcioma pozornie całkiem niewinnymi firmami z całego świata, w tym również tą łączącą się z rzekomym niewoleniem czterdziestu dwóch Argentynek18. Pod koniec lat osiemdziesiątych i na początku dziewięćdziesiątych posłano w świat dziesiątki milionów dolarów, a informacje na temat tych transakcji przechowywano z dala od oficjalnych archiwów Banco Popular – po czym ci, którzy po te dokumenty przyszli, tę ich część rzekomo przegapili. Zacząłem przeglądać listy odbiorców tych przelewów. Wiele firm – w krajach takich jak Australia, Kamerun, Irlandia, Nigeria czy Filipiny – prowadziło „szkoły zawodowe” o profilu podobnym do placówki zamieszanej w skandal w Argentynie. Te szkoły aktywnie werbowały młode dziewczęta z najbiedniejszych krajów świata do życia w niewoli. Przypadkiem trafiłem więc na ślad potężnej operacji mającej na celu zwabienie tych młodych dziewcząt, a następnie sprzedanie ich do pracy na rzecz Opus Dei w różnych miejscach na całym świecie. A wszystko to za pieniądze z Banco Popular. Podczas kolejnych wizyt odkryłem dalsze elementy tej układanki. Były to dane potwierdzające przekazywanie milionów dolarów przez jedną ze szwajcarskich filii na konta w Panamie, Liechtensteinie i Curacao, czyli do krajów umożliwiających zachowanie pewnych spraw w tajemnicy i sprawne pranie brudnych pieniędzy19. Bezpośrednią kontrolę nad tymi kontami sprawowali prominentni przedstawiciele Opus Dei ze Stanów Zjednoczonych, Meksyku i innych krajów. Szybko doszedłem do wniosku, że piszę historię bynajmniej nie tylko hiszpańskiego banku. Oto odkryłem niewiarygodnie rozległą sieć, która zapewniła Opus Dei status globalnego gracza. Sięgała ona zarówno głęboko do Watykanu, jak i do świata amerykańskiej polityki, a swoje korzenie miała w historii człowieka, który zaginął nagle pięćdziesiąt lat wcześniej.
Rankiem 20 maja 2023 roku ojciec Charles Trullols z dumą prowadził wiernych z Katolickiego Centrum Informacyjnego ulicami Waszyngtonu. Liczył, że w ten sposób zdoła zapoczątkować doroczną tradycję procesji eucharystycznych w sercu stolicy kraju20. Hiszpański duchowny w bogato zdobionym stroju, przeznaczonym na uroczystości kościelne, wpatrywał się w skupieniu w złotą monstrancję, którą niósł przed sobą po K Street obsypanej płatkami kwiatów21. Wokół niego kroczyli księża i ministranci, trzymający nad jego głową baldachim. Trullols zorganizował tę procesję jako demonstrację wiary, żeby przypomnieć wszystkim – nawet mieszkańcom tego bezbożnego miasta – o obecności Boga wśród ludzi. „Niezłomnie wierzę, że dzięki prawdziwej obecności Chrystusa na ulicach Waszyngtonu Bóg udzieli temu krajowi swoich licznych łask”, powiedział. „Ta procesja stanie się wyrazem naszej wiary w to, że kroczy z nami Jezus i że ofiarowuje nam wszystkim swoją miłość i pomoc”22.
Wielu stałych uczestników mszy odprawianej codziennie w południe w Katolickim Centrum Informacyjnym – polityków, prawników i lobbystów, którzy w przerwie na lunch przychodzili przyjąć komunię – wzięło sobie do serca słowa ojca Charlesa. Blisko pięćset osób zdecydowało się poświęcić część weekendu, żeby uczestniczyć w tym wyjątkowym wydarzeniu23. Przemierzyli mniej więcej półtora kilometra, idąc Siedemnastą Ulicą i Aleją Connecticut aż pod Biały Dom. Maszerowali w nabożnej ciszy, dwukrotnie zatrzymując się po drodze, żeby uklęknąć przed ołtarzem. Ojciec Charles przewodził modlitwom, prosząc Boga, by przyszedł z pomocą Ameryce.
W ten sposób Opus Dei pokazywało swoje oficjalne, życzliwe oblicze, które mogło zapewnić organizacji powszechną akceptację. Ojciec Charles miał za zadanie budować taki właśnie jej wizerunek wśród polityków, prawników i lobbystów, którzy codziennie przybywali do jego ośrodka. W najpotężniejszym mieście świata Opus Dei reprezentowały niepozorna kaplica i księgarnia działające w samym centrum miasta, przedstawiające się na niebieskim szyldzie jako świątynia położona najbliżej Białego Domu. Katolickie Centrum Informacyjne od trzydziestu lat posyłało w świat ten sam niekontrowersyjny przekaz, który niezmiennie ściągał w jego progi niezliczonych mieszkańców miasta. Ten przekaz – że katolik najlepiej służy Bogu wtedy, gdy w każdym swoim działaniu dąży do świętości, gdy ofiarowuje mu swoją codzienną pracę i gdy w życiu zawodowym dąży do doskonałości – padał na podatny grunt wśród waszyngtońskich wiernych, często poszukujących odpowiedzi na pytanie, jak żyć zgodnie z nakazami wiary w mieście tak na wskroś interesownym i pozbawionym skrupułów. To proste przesłanie przez lata przemawiało do członków Kongresu, sędziów Sądu Najwyższego, a także rzesz prominentnych finansistów, prawników i dziennikarzy. To dzięki niemu metropolia waszyngtońska stała się domem największej amerykańskiej społeczności Opus Dei, liczącej ośmiuset członków i niezliczonych sympatyków24.
Czy w Kolumbii, czy w Japonii, czy w Nigerii, czy na Sri Lance, wszędzie Opus Dei stara się pokazywać światu to samo oblicze. Kreuje się na zrzeszenie zwykłych katolików, wśród których zdecydowaną większość stanowią lekarze, prawnicy i nauczyciele, mający żony i dzieci i starający się w codziennym życiu dawać świadectwo wiary. Działając pod egidą Kościoła katolickiego – w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku papież Jan Paweł II przyznał organizacji status prałatury personalnej, a dwie dekady później jej założyciel, hiszpański ksiądz Josemaría Escrivá, został wyniesiony na ołtarze i ogłoszony „świętym spraw codziennych” – Opus Dei stara się występować publicznie w roli najzwyklejszego w świecie przewodnika duchowego dla tych wiernych, którzy chcą służyć Bogu w codziennym życiu. Organizacja działa w siedemdziesięciu dwóch krajach25. Na swoich stronach internetowych, jak również w literaturze udostępnianej w Katolickim Centrum Informacyjnym oraz setkach innych ośrodków na całym świecie publikuje świadectwa swoich członków, w których przewija się niezmiennie to samo przesłanie o tym, jak to organizacja i nauka Escrivy pomagają im żyć w wierze. „Opus Dei mówi o Dziele jako o integralnym elemencie Kościoła, sam Kościół zaś przedstawia jako rodzinę i Matkę”, tłumaczy jeden z wysoko postawionych członków organizacji z Brazylii. „Święty Josemaría mówił o wielkiej rodzinie Dzieła. Ja staram się myśleć o Dziele jako o rodzinie rodzin”26. Opus Dei chwali się tym, że blisko dziewięćdziesiąt tysięcy ludzi – wywodzących się z różnych środowisk, reprezentujących różne kultury i mówiących różnymi językami – zdecydowało się podążać ścieżką, którą Bóg miał objawić założycielowi organizacji podczas rekolekcji w Madrycie w październiku 1928 roku. Niektórzy opowiadają, że święty Josemaría interweniuje w ich codzienne życie: pomaga im rozwiązywać problemy, leczy choroby i inspiruje do bardziej katolickiego życia.
Za tą fasadą głębokiej wiary i inspiracji kryje się mroczna prawda, do której mało kto – nawet spośród najbardziej lojalnych członków organizacji – ma dostęp. Jak się bowiem okazuje, podczas gdy trzy czwarte członków Opus Dei wiedzie tradycyjne chrześcijańskie życie rodzinne i na co dzień stara się jak najpełniej realizować nakazy wiary, jądro organizacji tworzy elitarna grupa tych, których egzystencja jest podporządkowana ścisłym rygorom27. Członkowie tej elitarnej grupy deklarują czystość, ubóstwo i posłuszeństwo, a następnie rozpoczynają życie według dystopijnych zasad. Realizują iście Orwellowski schemat rzeczywistości społecznej nakreślony przez założyciela organizacji, ale ukrywany przed władzami Watykanu. Dokumenty opisujące tę regułę trzyma się pod kluczem w miejscach, w których mieszkają razem członkowie zobowiązani do zachowania celibatu. Szeregowi członkowie Opus Dei nie mają do nich dostępu. Z ich treścią mogą zapoznawać się tylko przełożeni zaprzysiężonych, którzy zresztą często nadużywają potem władzy wobec ludzi sobie podległych. Tysiące członków Opus Dei wiedzie życie zgodne ze ścisłymi nakazami modlitewnymi i przy stałej indoktrynacji28. W zasadzie każdy ich ruch jest ściśle zdefiniowany i nadzorowany. Ogranicza im się kontakty z rodziną i przyjaciółmi, a ich życie osobiste i zawodowe zostaje całkowicie podporządkowane kaprysom i interesom ruchu.
Ci ludzie żyją w zamkniętych społecznościach i funkcjonują jako tajne komórki niemal we wszystkich dużych miastach na całym świecie. W tym gronie obowiązuje skrupulatna procedura rekrutacyjna ustanowiona przez założyciela organizacji, a wszystko jest podporządkowane jednemu tylko celowi – poszerzaniu wpływów ruchu pośród możnych i bogatych tego świata. Członkowie tego elitarnego grona starają się – zgodnie z naciskami przełożonych – wzbudzać wokół siebie kolejne „powołania”. Realizują w tym zakresie dość typowy scenariusz kultu religijnego, który zakłada krzewienie posłannictwa i pozyskiwanie nowych wiernych. W ten sposób przyczyniają się do wzmacniania władzy i zakresu działania Opus Dei. Kandydatów na nowych członków rozpoznaje się już wśród dzieci, które potem zachęca się do nawiązywania przyjaźni z obecnymi członkami. Po uprzednim „bombardowaniu miłością” zbiera się i przekazuje dane, które mogą się następnie przydać w celu wywołania „kryzysu powołania” i wepchnięcia człowieka w szeregi organizacji. Kandydat, który wpada w tryby tej machiny, zostaje odcięty od rodziny, a jego życie poddaje się ścisłej kontroli do momentu, w którym staje się całkowicie podatny na wpływy i podporządkowuje się organizacji. Wtedy można mu już powierzyć misję rekrutowania kolejnych członków.
Ten elitarny korpus korzysta ze wsparcia sieci fundacji i firm (kiedyś zaliczał się do nich Banco Popular), które w skali świata przeznaczają miliony dolarów na różne działania umożliwiające Opus Dei pozyskiwanie nowych członków i poszerzanie zakresu wpływów organizacji na rzeczywistość społeczną. Opus Dei zaprzecza, jakoby miało jakąkolwiek kontrolę nad tą siecią, to jednak fikcja prawna, która ma chronić organizację przed skandalami i aferami. W ten sposób unika wszelkiej odpowiedzialności wobec tysięcy osób, których życie kontroluje i wobec których dopuszcza się nadużyć. Ta ukryta sieć powiązań finansowych, których większość w jakimś stopniu wynikała z życzliwych stosunków między Opus Dei a hiszpańskim dyktatorem Francisco Franco, umożliwiła organizacji zdobywanie władzy i wpływów na sześciu kontynentach – od Santiago po Sztokholm, od Los Angeles po Lagos, od miasta Meksyk po Manilę. Oficjalnie Opus Dei ma powiązania z 19 uczelniami w randze uniwersytetów, 12 szkołami biznesu, 275 szkołami podstawowymi i średnimi, 160 szkołami technicznymi i hotelarskimi, 228 domami studenckimi oraz niezliczonymi klubami młodzieżowymi i obozami letnimi29. Nieoficjalnie jego macki sięgają znacznie głębiej. Wnikają w samą strukturę rzekomo świeckiego społeczeństwa obywatelskiego.
Opus Dei cieszy się przywilejami, na jakie nie może liczyć żadna inna grupa działająca w łonie Kościoła katolickiego, który od lat godzi się na to, aby jedna z jego organizacji funkcjonowała w zasadzie poza standardowymi strukturami hierarchicznymi. Opus Dei odpowiada jedynie przed papieżem, co zapewnia mu bezprecedensową swobodę działania w dowolnym miejscu. Takie specjalne uprawnienia przyznano organizacji na początku lat osiemdziesiątych, gdy Watykan borykał się z poważnymi trudnościami natury finansowej. Mówiło się wtedy, że Stolicy Apostolskiej udało się z nich wybrnąć właśnie dzięki pomocy Opus Dei. Uzyskane wówczas przywileje zapewniły organizacji szybki awans na wysokie miejsce w Kościele, uwiarygodniły ją w oczach wiernych i bardzo istotnie wsparły ją w pozyskiwaniu nowych członków. Ułatwiły też drogę do kanonizacji założyciela.
Od lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku Opus Dei na wszelkie możliwe sposoby wykorzystuje swój status, aby umacniać pozycję w konserwatywnych kręgach kościelnych, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Dzięki temu mogło nawiązać kontakty z miliarderami i zyskać dostęp do niekoniecznie czystych pieniędzy, które w ostatnich latach – zwłaszcza po upadku Banco Popular w 2017 roku – odgrywają zasadniczą rolę w podtrzymywaniu ukrytej przed światem sieci organizacji. A choć jej przedstawiciele dużo mówią o podleganiu władzy Watykanu, zasadom Kościoła i naukom Jezusa Chrystusa, w praktyce nie przeszkadza im to wspierać najróżniejszych konserwatywnych sił amerykańskich, które ustawiają się otwarcie w opozycji do papieża, a nawet starają się podważać jego autorytet czy przeciwko niemu spiskować. Opus Dei deklaruje przywiązanie do doktryny kościelnej i pokazuje się w roli duchowego przewodnika dla katolików pragnących żyć zgodnie z zasadami wiary. W rzeczywistości jednak jest to maska na wskroś fałszywa. Zasadniczą regułą obowiązującą w Opus Dei jest bowiem ślepe uwielbienie dla jego założyciela i bezkrytyczne dążenie do wzmacniania organizacji. Metody i praktyki stosowane w tym celu wpływają nawet na samych przywódców, którzy od dłuższego czasu już nie chcą – ale też nie mogą – niczego w tym zakresie zmienić, mimo że na jaw wychodzą niepodważalne dowody nadużyć i stosowania przymusu w jej szeregach. Opus Dei jako organizacja stanowi więc zagrożenie dla samej siebie, dla swoich członków, dla Kościoła i dla świata.
Przez dziesięciolecia wydawało się, że Opus Dei może działać całkowicie bezkarnie, ostatnio jednak zbierają się nad nim ciemne chmury. W lipcu 2022 roku papież Franciszek podjął pierwszą próbę zapanowania nad organizacją. Wydał w tym celu motu proprio, czyli swego rodzaju dekret, na mocy którego zdegradował Opus Dei w hierarchii kościelnej i nakazał „zaktualizowanie” jego statutów30. Wtedy mało kto zdawał sobie z tego sprawę, ale tym aktem papież w istocie starał się przywołać Opus Dei do porządku. Ponieważ jego apel pozostał bez echa, Franciszek wydał drugi motu proprio, tym razem zwalniający członków organizacji z obowiązku podporządkowania się jej nakazom i otwierający Watykanowi drogę do interwencji w razie dalszego braku reakcji ze strony Opus Dei31. Zapowiadało się na to, że między postępowymi siłami w Kościele a Opus Dei dojdzie wkrótce do ostrego starcia.
Niniejsza książka sięga do korzeni tej tajemnej sekty religijnej. Rzuca nowe światło na jej historię i bezpośrednio łączy wzrost jej potęgi z przejęciem kontroli nad Banco Popular. Zasadniczą rolę w tej opowieści odgrywa postać Luisa Vallsa-Tabernera, prominentnego hiszpańskiego finansisty do dziś uznawanego za jednego z najwybitniejszych bankierów swoich czasów. Valls-Taberner stał na czele Banco Popular przez blisko pięćdziesiąt lat, do śmierci w 2006 roku. Uważa się, że to właśnie dzięki niemu bank przeistoczył się z niewiele znaczącej instytucji obsługującej zaledwie kilka oddziałów w globalną potęgę cieszącą się powszechnym poważaniem w branży. Valls-Taberner prowadził jednak podwójne życie. Za dnia pielęgnował swój wizerunek potentata i podejmował w eleganckim gabinecie polityków i grube ryby biznesu. Wieczorami zaszywał się jednak w skromnym pokoiku w domu Opus Dei na obrzeżach Madrytu, gdzie zamiast garnituru narzucał na siebie codzienne ubrania, a na udzie zawiązywał sobie drobny, kolczasty łańcuszek, który miał mu przypominać o cierpieniu Chrystusa. To właśnie wtedy snuł plany defraudacji środków banku i akcjonariuszy, którym rzekomo służył, i organizował funkcjonowanie firm, które przekazywały miliardy z Hiszpanii na działalność Opus Dei na całym świecie albo przelewały je na zagraniczne konta.
W tej książce przyjrzymy się, jak to wszystko działało. Zapoznamy się z drapieżnymi technikami rekrutacyjnymi. Poznamy mechanizmy psychologicznego znęcania się nad członkami organizacji i reguły narzucane im w celu kontrolowania ich codziennego życia. Na tych kartach opowiem o średniowiecznych praktykach umartwiania się poprzez samookaleczanie, którego Opus Dei oczekuje od swoich członków. Opiszę także obowiązujące do dziś codzienne zwyczaje i rytuały – począwszy od zimnych pryszniców, a skończywszy na spaniu na gołej desce. Postaram się także rzucić nowe światło na pospieszną kanonizację założyciela organizacji, do której doszło pomimo silnego oporu w samym Kościele.
Ta opowieść dotyczy jednak nie tylko przeszłości. W książce pokazane zostało rozległe imperium, nad którym Opus Dei do dziś sprawuje kontrolę. W Nowym Jorku, na rogu Alei Lexington i Trzydziestej Czwartej Ulicy, stoi wysoki na siedemnaście pięter budynek znany jako Murray Hill Place. Na ścianach z cegły i wapienia na próżno by jednak szukać jakiegokolwiek szyldu. Do wnętrza prowadzi dyskretne wejście od każdej z ulic. Jedno jest przeznaczone dla kobiet, drugie dla mężczyzn. W środku przedstawiciele obu płci nie mają ze sobą kontaktu. W murach mało charakterystycznego budynku działa dobrze naoliwiona maszyna indoktrynacyjna. Dziesiątki młodych ludzi odcina się tam od rodzin i narzuca się im rygorystyczny schemat modlitw, introspekcji i fizycznego umartwiania. Rekrutów po studiach zachęca się następnie do poszukiwania dobrze płatnej pracy w dziedzinie prawa lub finansów i przekazywania zarobków na cele organizacji. Zwykle nie przyjmuje się do niej mężczyzn gorzej wykształconych, aktywnie werbuje się tylko słabiej wykształcone kobiety, niekiedy nawet nastolatki, którym pisane jest w zasadzie niewolnicze życie, upływające na piętnastogodzinnej pracy przy sprzątaniu i gotowaniu. Ten sam scenariusz powtarza się w wielu miejscach na całym świecie: w Londynie, Nairobi, Sydney, Tokio i innych miastach. Mieszkańców domów werbuje się zaś w szkołach i na uczelniach, w których nastolatki mają dostęp wyłącznie do podręczników zatwierdzonych przez księży z Opus Dei i skąd konsekwentnie usuwa się wszelkie „nieodpowiednie” gazety i czasopisma (cenzuruje się również telewizję). Tymczasem w Rzymie przywódcy tego ruchu opływają w dostatki w pałacu znanym jako Villa Tevere, gdzie codziennie zbierają się w południe i modlą przed doczesnymi szczątkami św. Josemaríi.
Książka stawia wreszcie ważne pytania o to, jakie siły kształtują tak naprawdę nasze życie społeczne. Próbuje wyprowadzić na pierwszy plan zakulisowych aktorów tej gry. Opus Dei będzie wkrótce obchodzić setną rocznicę powstania. To dobra okazja, aby na nowo przyjrzeć się tej organizacji i pokazać światu kult, który stoi za tym całkiem prawdziwym spiskiem.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
------------------------------------------------------------------------
1.
1 Gareth Gore, Rushed Popular Resolution Casts Long Shadow over Europe’s Banks, „International Financing Review”, 7 czerwca 2019, https://www.ifre.com/story/1586009/rushed-popular-resolution-casts-long-shadow-over-europes-banks-53fvxp7lqv, dostęp: 13 stycznia 2024.
2.
2 Banco Popular na początku lat dziewięćdziesiątych trzykrotnie znalazł się na pierwszym miejscu listy największych banków na świecie według „Euromoney”.
3.
3 Christopher Spink, Santander Pressed by Pimco over Banco Popular Sale, „International Financing Review”, 4 kwietnia 2018, https://www.ifre.com/story/1494960/santander-pressed-by-pimco-over-banco-popular-sale-2gr14v6f3p, dostęp: 13 stycznia 2024.
4.
4 Gore, Rushed Popular Resolution.
5.
5 Według dokumentów banku na koniec 2016 roku Banco Popular miał 303 251 inwestorów indywidualnych. Por. Informe Anual 2016, Banco Popular Español, Madrid 2017, s. 138.
6.
6 Gabriel Tortella, José María Ortiz-Villajos, José Luis García Ruiz, Historia del Banco Popular: La lucha por la independencia, Marcial Pons, Madrid 2011, 131.
7.
7 Według dokumentów banku na koniec poprzedniego pełnego roku rozliczeniowego Sindicatura de Accionistas del Banco Popular Español była właścicielem 9,55 procent wyemitowanego kapitału akcyjnego banku. Por. Informe Anual 2016, s. 139.
8.
8 W kwietniu 2007 roku cena akcji Banco Popular przekroczyła 16 euro. W tamtym momencie Sindicatura de Accionistas del Banco Popular Español posiadała ponad 100 milionów akcji banku. Por. Informe Anual 2006, Banco Popular Español, Madrid 2007, s. 65–69.
9.
9 Union Europea de Inversiones, dokumentacja giełdowa, 27 lipca 2017, https://www.cnmv.es/webservices/verdocumento/ver?e=W0hG9W7Lw%2f0H%2fVpi8oFxjbojc5caDaczWitwUsYwRmRQSRh0dt1K2vXNhAR3mLSV, dostęp: 16 lutego 2024.
10.
10 Obejmuje to również kwoty wypłacone w formie dywidend na rzecz Union Europea de Inversiones, datki charytatywne przekazane stowarzyszonym organizacjom oraz czynsz płacony innej fundacji, będącej właścicielem budynku mieszczącego siedzibę Banco Popular. Szczegółowe informacje na ten temat zamieszczam w rozdziale 10 tej książki.
11.
11 Javier Valls-Taberner podjął pracę w banku w 1966 roku, a w 1989 roku awansowano go na stanowisko współprezesa, drugim współprezesem był jego brat Luis. Stanowisko to Javier zajmował do 2006 roku, gdy został zmuszony do odejścia z banku.
12.
12 Rozmowa autora z Javierem Vallsem-Tabernerem, listopad 2019.
13.
13 Luis zmarł 25 lutego 2006 roku. Niecały miesiąc później jego brat Javier został zmuszony do odejścia z banku. Por. Banco Popular, dokumentacja giełdowa, 22 marca 2006, https://www.cnmv.es/webservices/verdocumento/ver?e=%2bZFQU0BFTyaGJsR6EyGsv3oVWDfesgkpo6eZDnmbdpma3phc%2fKDdGHMm7I9fO0VE, dostęp: 16 lutego 2024.
14.
14 Débora Rey, Women in Argentina Claim Labor Exploitation by Opus Dei, Associated Press, 12 listopada 2021, https://apnews.com/article/business-paraguay-europe-argentina-uruguay-43b48ed43c2f7ddebf05ec6203b12d8d, dostęp: 6 września 2023.
15.
15 Gareth Gore, Santander Considered Bidding €1.6bn for Popular Weeks Before Collapse, „International Financing Review”, 17 maja 2019, https://www.ifre.com/story/1592384/santander-considered-bidding-16bn-for-popular-weeks-before-collapse-vqwz9ywt2c, dostęp: 16 lutego 2024.
16.
16 Rozmowa autora z José Antonio Gutiérrezem Sebaresem (archiwistą w Solares), czerwiec 2022.
17.
17 Por. raport Balance de Cooperación Internacional, ze szczególnym uwzględnieniem wydatków w marcu 1995 roku, AHBPE.
18.
18 Fundación del Plata, fundacja prowadzącą szkoły hotelarskie i kilka domów Opus Dei, których dotyczył skandal, znalazła się na początku lat dziewięćdziesiątych na szczycie listy beneficjentów sieci powiązanej z bankiem. Pieniądze z tych samych źródeł otrzymywała także Asociación para el Fomento de la Cultura, również zamieszana w ten skandal. Raport Balance de Cooperación International.
19.
19 Por. rozdział 6.
20.
20 Kurt Jensen, New Eucharistic Procession Aims to Bring Christ into the U.S. Capital’s Public Square, „Our Sunday Visitor”, 2 maja 2023, https://www.oursundayvisitor.com/new-eucharistic-procession-aims-to-bring-christ-into-the-u-s-capitals-public-square/, dostęp: 16 lutego 2024.
21.
21 2023 CIC Eucharistic Procession, wideo, 20 maja 2023, https://www.youtube.com/watch?v=hBXR4YMSdDw, dostęp: 16 lutego 2024.
22.
22 Eucharistic Procession in Downtown DC, „Arlington Catholic Herald”, 11 maja 2023, https://www.catholicherald.com/article/local/eucharistic-procession-in-downtown-dc/, dostęp: 16 lutego 2024.
23.
23 William Murray, CIC Hosts its First Eucharistic Procession in Downtown Washington, „Catholic Standard”, 25 maja 2023, https://cathstan.org/news/local/cic-hosts-its-first-eucharistic-procession-in-downtown-washington, dostęp: 16 lutego 2024.
24.
24 Rozmowa autora z Darylem Glickiem (dyrektorem jednej z rezydencji Opus Dei w mieście), luty 2023.
25.
25 W pierwszym wydaniu książki była mowa o sześćdziesięciu sześciu krajach. Informacja pochodziła z oficjalnych danych podawanych wówczas na stronie Opus Dei. Później organizacja poinformowała, że prowadzi działalność w siedemdziesięciu dwóch krajach. Por. Opus Dei Communications Office, Clarifications and fact-checking of the book Opus by Gareth Gore, 13 stycznia 2025, s. 104, https://opusdei.org/en-uk/article/opus-gareth-gore-fact-check-clarifications/, dostęp: 20 stycznia 2025.
26.
26 Fernanda Lopes, I Like to Think of Opus Dei as a Family of Families, 13 lipca 2022, https://opusdei.org/en-uk/article/i-like-to-think-of-opus-dei-as-a-family-of-families/, dostęp: 16 lutego 2024.
27.
27 Kiedyś Opus Dei utrzymywało, że supernumerariusze stanowią 90 procent członków organizacji. W komentarzu do pierwszego wydania książki pojawiła się natomiast informacja, że spośród 100 tysięcy osób należących do Opus Dei 25 tysięcy żyje w celibacie z uwagi na status numerariusza lub kapłaństwo. Por. Clarifications and fact-checking, s. 11.
28.
28 Clarifications and fact-checking, s. 11.
29.
29 Korespondencja e-mailowa z Marco Carroggio (głównym rzecznikiem prasowym Opus Dei na całym świecie), luty 2024.
30.
30 Por. Apostolic Letter Issued ‘Motu Proprio’ of the Supreme Pontiff Francis ‘Ad Charisma Tuendum’, 22 lipca 2022, https://press.vatican.va/content/salastampa/en/bollettino/pubblico/2022/07/22/220722a.html, dostęp: 21 września 2023.
31.
31 Por. Lettera Apostolica in Forma di ‘Motu Proprio’ del Sommo Pontefice Francesco con La Quale Vengono Modificati i Cann. 295–296 Relativi Alle Prelature Personali, 8 sierpnia 2023, https://www.vatican.va/content/francesco/it/motu_proprio/documents/20230808-motu-proprio-prelature-personali.html, dostęp: 20 września 2023.