Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Orange-flavored Kisses - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
29 maja 2026
55,90
5590 pkt
punktów Virtualo

Orange-flavored Kisses - ebook

Autorka Give Him a Chance powraca z kolejną historią, tym razem z motywem girl & girl!

Tiana West wraz z bliźniakiem Naveenem zaczynają naukę w Santa Monica High School. Początki w liceum miały zwiastować wiele nowych doświadczeń, ale Tiana nie spodziewała się, że zacznie od tych niezbyt przyjemnych. Dziewczyna gubi się na nieznanych korytarzach i w dodatku dowiaduje, że zapisy na wymarzone zajęcia dodatkowe zamknęły się wraz z ostatnim dniem wakacji.

Jednym słowem – klapa.

Błądząc w obcym budynku, w końcu pakuje się w niezłe kłopoty. Przyłapuje na amorach dwie dziewczyny, a jedną z nich okazuje się Casey Brewer, bardzo popularna w szkole kapitanka żeńskiej drużyny koszykówki.

Przestraszona, że sekret się wyda, Casey postanawia odnaleźć nową uczennicę i zaproponować jej układ w zamian za milczenie. Otrzyma ona miejsce w szkolnej drużynie koszykarskiej, jeżeli tylko nie piśnie ani słowa o tym, co zobaczyła.

Tiana nie bardzo rozumie, z jakiego powodu liderka, będąca na językach wszystkich uczniów Samohi, chce ukryć to, z kim się spotyka. Nie wie też, z jakiego powodu dziewczyna tak bardzo ją zaintrygowała.

Co jeśli układ da obu dziewczynom więcej, niż oczekiwały?

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Young Adult
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8418-808-8
Rozmiar pliku: 2,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PLAYLISTA

girl in red – 4am

girl in red – Bad idea!

Current Joys – Blondie

Dove Cameron – Boyfriend

Clairo – Bubble Gum

The Neighbourhood – Compass

Taylor Swift – Cruel Summer

Taylor Swift – Daylight

Taylor Swift – Enchanted

Cigarettes After Sex – Falling in Love

Cavetown ft. Beabadoobee – Fall in Love With a Girl

Taylor Swift – The Fate of Ophelia

girl in red – Forget Her

girl in red – Girls

Gracie Abrams – I Love You, I’m sorry

girl in red – I Need to Be Alone

girl in red – I Wanna Be Your Girlfriend

Eyedress – Jealous

Patrick Watson – Je te laisserai des mots

Taylor Swift – loml

Ellie Goulding – Love Me Like You Do

Sufjan Stevens – Mystery of Love

Fitz and The Tantrums – Out of My League

Olivia Rodrigo – Pretty Isn’t Pretty

Zac Efron, Zendaya – Rewrite The Stars

Gigi Perez – Sailor Song

Clairo – Sofia

Clairo – Softly

Montell Fish – Talk 2 Me

Maye – Tú

Katy Perry – Unconditionally

girl in red – Watch You Sleep

Ariana Grande – We Can’t Be Friends

Rihanna, Calvin Harris – We Found Love

Lorde – A World AlonePROLOG

TIANA

Willy Wonka:

serio, Tia, nie wiem, czym się stresujesz

każdy musiał przez to przejść

z doświadczenia powiem Ci, że dziewiąta klasa wcale nie jest taka straszna

Wzdycham. Willow naprawdę łatwo jest tak mówić. To już jej drugi rok w liceum. Poza tym we wszystkim wspiera ją Zack. Ja nie mogę nawet liczyć na wsparcie od swojego głupiego brata bliźniaka. Okej, rodzice mocno trzymają za mnie kciuki, ale to nie to samo, skoro przeżyli swoje nastoletnie lata już dawno temu i z ich opowieści doskonale wiem, że wspominają te czasy naprawdę dobrze. Co jeśli mnie nie spotka to samo? Nie mam nawet żadnych stałych zainteresowań, ulubionych rzeczy, a w dodatku wyglądam dosyć nudno. Matko. Czuję się taka… bezbarwna.

– Tia! Autobus nie będzie na nas czekał! – krzyczy Naveen, a ja najchętniej rzuciłabym w niego jednym ze swoich pluszowych kapci-krokodyli.

Zazdroszczę mu, bo wiem, że szybko się zaadaptuje. Chłopacy znacznie łatwiej zawierają znajomości. Jednego dnia mijają się bez słowa na korytarzu, a drugiego zbijają piątkę i gadają tak, jakby od dawna łączyła ich przyjacielska więź.

– Już schodzę! – odpowiadam wściekła. Wysyłam do Willow ostatnie wiadomości.

Ja:

Muszę lecieć, bo Nav się niecierpliwi.

Trzymaj kciuki.

Napiszę, jeśli nikogo nie poznam i będę siedzieć w samotności.

(Lepiej przygotuj się na serię mojego markotnego narzekania, bo na pewno tak będzie)

Przyjaciółka reaguje na ostatni tekst emotką czaszki. Przewracam oczami, zarzucam ciemnozielony plecak na jedno ramię i zbiegam na dół. Rodzice już stoją przy drzwiach, by sprzedać nam kopniaki na szczęście.

– Chciałabym wiedzieć, kiedy staliście się tacy duzi – mówi wzruszona mama.

Patrzy na naszą dwójkę z malującymi się na twarzy najróżniejszymi emocjami. Mogłaby się nie odezwać, a i tak wiedzielibyśmy, co w danej chwili czuje.

Tata obejmuje ją ramieniem, co sprawia, że uśmiech sam wkrada mi się na usta. To, jaką darzą się miłością, nieustannie wprawia mnie w zachwyt. Są chodzącym przykładem udanego małżeństwa. Mimo upływu lat wciąż wyglądają jak para zakochanych nastolatków. Coś pięknego. Jeśli miałabym doświadczyć kiedykolwiek miłości, to tylko takiej jak państwo West.

– Utulcie staruszków. – Tata brzmi tak, jakby za chwilę miał wybuchnąć płaczem. Nie wiem, czy spowodowanym tym, że widzi w nas jakieś swoje własne licealne odbicie, czy raczej tym, że czas za szybko pędzi. Nieważne, bo po krótkiej chwili wszyscy czworo zamykamy się w czułym, rodzinnym uścisku. – Trzymamy za was kciuki. No i mamy nadzieję, że odpowiednio was do wszystkiego przygotowaliśmy.

Wtulam się w klatkę piersiową mężczyzny jeszcze mocniej. Naveen trzyma dystans, zresztą jak zawsze. Nie lubi bliskości i raczej zbyt szybko się na nią nie otworzy. Próbowałam rozmawiać z nim na ten temat, ale zawsze odpowiadał krzykiem, jakby wstydził się własnych uczuć.

Rodzice sprzedają nam obiecane kopniaki na szczęście i przytulają nas jeszcze z osobna. Mój brat dość szybko ulatnia się na zewnątrz. Chcę podążyć jego śladami i wyjść na chodnik przed domem w oczekiwaniu na szkolny autobus, jednak zatrzymuje mnie mama. Nawet nie wiem, w której chwili podchodzi bliżej, ponownie zamyka mnie w uścisku i szepcze mi do ucha:

– Powodzenia, moja mała Ti. Wierzę w to, że ze wszystkim, co zaplanowało dla ciebie liceum, doskonale sobie poradzisz.

Wychodzę delikatnie podniesiona na duchu. Tępym wzrokiem patrzę na to, jak duży, żółto-czarny pojazd zatrzymuje się blisko krawężnika. Przez jego okna widać najróżniejsze osoby. W przedniej części autobusu siedzi jakaś dziewczyna, opiera głowę o szybę i wygląda tak, jakby była czymś zmęczona. Za nią natomiast miejsce zajął ktoś, kto zaburza jej spokój. Właściwie nieznajoma sprawia wrażenie tak zmarnowanej, że może denerwować ją każdy w pobliżu. Może nawet ja zacznę, gdy już wsiądę.

A co, jeśli będę zmuszona się do kogoś dosiąść? Co, jeśli tym kimś okaże się ta dziewczyna i totalnie zrujnuję jej dzień? O mój…

– Wsiadasz, dzieciaku? – Z głębokich rozmyślań wyrywa mnie męski głos.

Od razu się orientuję, że należy do zniecierpliwionego kierowcy. Wyłapuję plakietkę, którą ma przyczepioną do kamizelki odblaskowej. Ma na imię Stanley.

Przenoszę spojrzenie z powrotem na szyby autobusu. Kilka osób, które zajmują już miejsca w środku, zainteresowały się reakcją kierowcy. Patrzą na mnie jak na kretynkę, więc motywuję się do tego, by w końcu wejść po metalowych schodkach. Zżera mnie stres.

Jeszcze dwa tygodnie temu, podczas wakacji, naprawdę podobał mi się pomysł, że autobus zabierze wszystkich pierwszaków spod domu, by ułatwić wstępną organizację. Teraz, gdy powoli przechodzę między fotelami i czuję na sobie ciekawskie spojrzenia, cieszę się, że to pierwszy i ostatni raz, gdy będę nim jechać.

W przeciwieństwie do brata, który zdążył już zająć miejsce i tylko przewraca na mnie oczami, przeżywam istny koszmar. Moje wnętrze wprost płonie ze zdenerwowania.

Siadam w porę, nim ruszamy. Całe szczęście natrafiłam na wolne siedzenie, więc by się odstresować, zakładam słuchawki i opieram głowę o szybę z zamiarem obserwowania mijanej panoramy miasta. Santa Monica nie jest najpiękniejsza, ale przyglądanie się jej ulicom przez szyby autobusu będzie zdecydowanie lepsze niż przypadkowe nawiązanie kontaktu wzrokowego z nieznajomą osobą.

Dam radę. Na pewno nie wpakuję się w żadne kłopoty. Wszystko przebiegnie gładko i nie zrobię z siebie durnia czy pokraki. Zero szans na to, że poślizgnę się z tacką pełną jedzenia na środku stołówki na skórce od banana. Takie sytuacje zdarzają się tylko w kreskówkach.

Zdążyłam wspomnieć, że moje życie to kreskówka?

Nawet nie rejestruję, kiedy poziom mojego stresu wzrasta. Wystarczy, że czuję, jak autobus zaczyna zwalniać, a potem wyostrzam spojrzenie, dotychczas wbite w jakiś martwy punkt, by zobaczyć budynek nowej szkoły. Moje nogi właśnie straciły jakąkolwiek stabilność. Nie mogę obiecać, że za moment ktoś nie zostanie zmuszony do wyprowadzenia mnie na zewnątrz, bo nie będę w stanie oderwać ich z zajmowanego dotychczas miejsca.

Wstaję z fotela jako jedna z ostatnich. Nie spieszę się ze schowaniem słuchawek do etui ładującego, a następnie do plecaka. Robię wszystko powoli, by zachować jak największą ostrożność. Nie mam pojęcia, czy mnie to nie zgubi, ale wolę działać rozsądnie pod wpływem zdenerwowania, niż nieumiejętnie udawać, że cała ta sytuacja jest czymś, do czego mogłabym podejść na luzie. Nowe miejsce, nowi ludzie i nowa… ja. Chociaż z tym jeszcze zobaczymy.

Moje nogi trzęsą się przy każdym kroku stawianym na metalowych schodkach. Skupiam spojrzenie właśnie na nich, by przypadkiem zaraz nie polecieć twarzą na chodnik. Kiedy już stoję na przystanku autobusowym, przed liceum, mam kolejne zmartwienie. Wszyscy zdążyli zebrać się w kupce, blisko przydzielonego nam przewodnika – jednego z uczniów Santa Monica High School. Nie chcę się przepychać naprzód, więc będę musiała słuchać zdecydowanie uważniej i z nadzieją, że nikt nie zagłuszy mi ważniejszych informacji.

Pierwszą lekcję zaczynamy już za około godzinę, toteż od samego początku nie mogę liczyć na to, że wycieczka organizacyjna po całym obiekcie okaże się naprawdę dokładna. Jestem prawie pewna, że domyślenie się wielu rzeczy przyjdzie mi dość łatwo. Może ewentualnie zgubię się pierwszego dnia i spotkam kogoś z podobnym problemem.

Jasne. Już widzę osobę tak samo nieporadną jak ja. To dość mało prawdopodobne.

Staję bliżej, by choć wyrywkowo usłyszeć nieznanego chłopaka. Buja się na palcach i piętach pośrodku niewielkiego tłumu. Może dzisiaj Naveen wyjątkowo skupi uwagę na tym, co trzeba, i będę mogła zwrócić się do niego po pomoc, jeśli coś mnie ominie.

– Cześć wszystkim, jestem Carter i właśnie zacząłem jedenastą klasę. Zostałem wybrany na waszego przewodnika, ponieważ aktywnie udzielam się w wielu organizowanych przez szkołę programach. Znam absolutnie każde oblicze Samohi – zapewnia, a przynajmniej taką wersję słyszę. Być może powiedział coś innego. – Cała nasza społeczność niezmiernie się cieszy, że do nas dołączycie. Zresztą chodźcie za mną, a na końcu naszej wycieczki sami się o tym przekonacie.

Carter wykonuje ręką gest, który ma zachęcić nas do wejścia na teren liceum. Ja nie czuję się zachęcona, jednak wiem, że muszę przekroczyć jego próg. Naprawdę wolałabym dalej rozpuszczać się na tym asfalcie, w siedemdziesięciu siedmiu stopniach Fahrenheita, lecz wiem, że nie mogę.

Głęboki wdech, Ti, przecież każdy musiał przez to przejść, tak jak mówiła Willow. A teraz stawiaj krok za krokiem ku schodom prowadzącym do nowej teraźniejszości.

Mijamy kilka osobnych budynków tworzących cały kampus Samohi. Po krótkim spacerze, podczas którego przewodnik opowiadał nam historię samotnej, drewnianej ławki z widokiem na stołówkę, w końcu stajemy na głównym dziedzińcu. Na jego środku postawiono wysoki maszt z flagą reprezentującą barwy oraz maskotkę szkoły – żółty obrys wikinga na ciemnoniebieskim tle.

Wpatruję się w balony rozwieszone na szklanych drzwiach obiektu przed nami oraz wielki baner z napisem: „Witamy!”.

– Przed sobą macie budynek administracji. Właśnie tutaj będziecie mogli przyjść, by zadzwonić do rodziców, jak zaboli paluszek czy główka – informuje i puszcza nam wszystkim oczko. Jako jedyna nie wybucham głośnym śmiechem, tylko prycham pod nosem. – Oczywiście żartuję. Nie ma wymówek, by opuścić choćby dzień w Samohi. Możecie mi nie wierzyć, ale nauka tutaj będzie najlepszym czasem w calutkim waszym życiu. To właśnie w tym miejscu rodzą się przyjaźnie i miłości na zawsze. A wspominałem już, że uczył się tu słynny Robert Downey Jr.? Sam Iron Man – podkreśla dumnie.

Mama chyba by oszalała, gdyby to usłyszała. Podobnie jak dziadek Richard.

Kiedy dowiedziałam się od babci o ich bójce w kuchni, gdy mama była jeszcze nastolatką, sama postanowiłam zagłębić się w produkcje Marvela. I śmiało mogę powiedzieć, że rozumiem i podzielam ich miłość do tych filmów, chociaż może nie jest tak samo silna.

Dostrzegam, jak czyjaś ręka się unosi. Carter otwiera szerzej oczy, najpewniej zdziwiony takim ruchem. Podziwiam za odwagę.

– Tak, słucham?

– A czy RDJ skończył szkołę? – Dziewczęcy głos przebija się przez lekko stłumiony gwar jeżdżących po mieście aut.

Chłopak zaciska wargi. Przez kilka sekund otacza nas absolutna cisza.

– Nie, nie skończył. Rzucił szkołę, ale bez superinteligencji nie szedłbym w jego ślady – odpowiada niezwykle szybko. Podoba mi się nawiązanie do postaci Tony’ego Starka z uniwersum Marvela. Znowu wśród całej naszej grupy wybrzmiewa śmiech. – Wracając, dla tych, którzy jeszcze nie odpłynęli z nadzieją, że osiągną taki sam sukces jak RDJ, po prawej jest budynek zwany salą Barnuma. Lepiej wygooglujcie sobie to nazwisko, bo nie przedstawię wam go odpowiednio.

Słyszę chichot kilku dziewczyn, który powoduje, że biorę głęboki wdech. Chyba Carter naprawdę im się spodobał, bo na pierwszy rzut oka widać, że wyjątkowo się do niego wdzięczą.

– Natomiast po lewej mamy stołówkę, czyli moim skromnym zdaniem najlepsze miejsce w całej naszej szkole. No bo niby kto nie lubi sobie poplotkować przy lunchu?

W dalszej części oprowadzania zostają nam przedstawione inne budynki. Niestety ciągłe żarty rzucane przez przewodnika i śmiechy grupy spowodowały, że straciłam koncentrację, więc nie pamiętam, co gdzie się dokładnie znajduje. Pozostała mi tylko nadzieja na to, że intuicja mnie nie zawiedzie. Lub to, że mapka całego obiektu, którą dostaniemy na końcu wycieczki, rozwiąże mój problem.

Dochodzimy do miejsc rekreacji i sportu, a dokładniej boiska do futbolu, wokół którego znajdują się bieżnia oraz korty do tenisa ziemnego i boiska do piłki nożnej, łączone z koszami do koszykówki. Towarzyszy mi dziwne wrażenie, że właśnie coś związanego z tą rywalizacją drużynową wzbudziło takie reakcje wśród otaczających mnie osób.

Nagłe szmery powodują ból uszu, a spojrzenia wbite w coś, czego widok przysłaniają mi głowy osób z grupy, rozbudzają moją ciekawość. Wyłapuję z szeptów jedynie imię i nazwisko. Nie mam bladego pojęcia, kim jest Casey Brewer, ale gorące plotki między wszystkimi, którym zaczęłam uważniej się przysłuchiwać, sprawiają, że włoski na rękach stają mi dęba.

No i oczywiście niepostrzeżenie wymijam absolutnie wszystkich, którzy blokowali mi możliwość ujrzenia, co wywołało taką sensację. Robię to chyba tylko po to, aby dziewczyna, o której wszyscy zaczęli żywo rozmawiać, obdarowała mnie najbardziej nieprzyjemnym, oceniającym i pełnym pogardy spojrzeniem, na jakie mogła się wysilić.

Potraktuję je jako ostrzeżenie.

Nieważne, co by się działo, będę omijać Casey Brewer szerokim łukiem. Czuję, że mocno ułatwi mi to pobyt w liceum.

– Strzałka, Casey! – krzyczy Carter, na którego nieznajoma zdążyła przenieść swoją uwagę. Może jej chamskie wpatrywanie się we mnie wcale nie trwało tak długo, jak sądziłam.

– Hej – odpowiada krótko, jakby nie miała najmniejszej ochoty na konwersację z chłopakiem.

Jej wyraz twarzy jest nieziemsko nieprzyjemny i myślę, że przewodnik odnosi takie samo wrażenie, skoro odwraca się do nas ze speszonym uśmieszkiem.

– To właśnie jedna ze sportowych gwiazd naszej szkoły, kapitanka damskiej drużyny koszykówki Samohi Valkyries, która odnosi naprawdę spore sukcesy.

Kątem oka dostrzegam, że Casey przewraca oczami. Chyba nie lubi być wychwalana na forum. A może Carter delikatnie zlekceważył jej osiągnięcia kapitanki, nazywając je jedynie „sporymi sukcesami”?

Dopiero po krótkiej chwili wpatrywania się w ćwiczącą Brewer dociera do mnie, że grupa ruszyła już do następnego punktu. Przyspieszam kroku i daję sobie mentalnego plaskacza, bo na pewno pominęłam już kilka istotnych szczegółów. Nie wiem, ile czasu wpatrywałam się w dziewczynę, lecz trwało to zdecydowanie za długo. W ogóle nie powinnam była zwracać na nią uwagi. To tylko nastolatka, jak każda inna. Taka jak ja.

Nie, to raczej złe porównanie. Ma na barkach całą drużynę koszykówki, plotkują o niej wszyscy w każdym zakamarku szkoły i otacza ją jakaś aura tajemniczości, podczas gdy ja… po prostu istnieję.

Chyba niczego nie pragnę bardziej niż tego, by liceum nadało mi więcej barw.

Oprowadzanie kończy się w budynku administracyjnym. Przed wejściem Carter dyskretnie się pochwalił, że będzie kandydował na przewodniczącego szkoły w tegorocznych wyborach, i powiedział, że liczy na nasze głosy.

Potem przejął nas dyrektor. Oglądanie prezentacji na temat historii placówki nie było aż tak nudne, jak sądziłam, a przynajmniej dla mnie. Ze środkowego rzędu dało się jednak zaobserwować częste ziewanie zebranych w sali osób. Może i nie wyglądało to jak szczyt kinematografii, ale przyjemnie było zobaczyć, jak z latami zwiększały się standardy tej szkoły.

Poza tym przygotowano dla nas mały poczęstunek, w którym zaserwowano moje ulubione słodkości. Co prawda niczego nie zjadłam, bo nie przełknęłabym żadnego jedzenia w momencie, w którym towarzyszyło mi wrażenie, że mój żołądek zwinął się w ciasny kłębek, ale i tak poczułam się ciepło powitana.

Przechodzimy do sekretariatu, gdzie pani Gladys ma przekazać nam plany lekcji oraz mapki, które pomogą w odnalezieniu odpowiednich sal zajęć. Carter wspomniał, że będą nam one potrzebne przynajmniej przez tydzień, ponieważ cała szkoła jest naprawdę duża i sam, mimo dwóch pełnych lat już tutaj spędzonych, potrafi czasami się zgubić.

Staję w grupie i czekam na wyczytanie swojego nazwiska z uporządkowanej alfabetycznie listy. Postanawiam rozejrzeć się w poszukiwaniu Naveena, a raczej spróbować nawiązać z nim kontakt wzrokowy. Przekazałabym mu w ten sposób, żeby poczekał na mnie przed budynkiem, bo doskonale wie, że mam słabą orientację w terenie. Jak na złość jednak chłopak, z którym brat zdążył złapać wspólny język, zyskał całą jego uwagę.

Wzdycham z rezygnacją. Przenoszę spojrzenie na biurko, przy którym stoi sekretarka. Grupa z każdą chwilą się zmniejsza. Stres pożera mnie całkowicie, kiedy Naveen zostaje wymieniony, a po nim ktoś inny, a nie ja. Finalnie zostaję sama na środku sekretariatu, a pani Gladys lustruje moją sylwetkę ze zmieszanym wyrazem twarzy.

– Jak się nazywasz? – pyta nagle, a tym samym przerywa pełną napięcia ciszę.

Odpowiedź nie opuszcza moich ust automatycznie, tylko z kilkusekundowym opóźnieniem, przez ogromną gulę w gardle.

– West. Tiana West.

Kobieta marszczy brwi. Drapie się po skroni, a jednocześnie wertuje jakieś kartki. Stawiam kilka kroków w kierunku biurka.

– Momencik – mówi, a potem znika za monitorem. Jest naprawdę niska, dlatego trudno byłoby dostrzec jej obecność z większej odległości. Wygląda to tak, jakby ukrywała się za komputerem. – Przepraszam najmocniej, ze zmęczenia musiałam cię pominąć i nie wydrukować twojego planu. Natomiast przez ten błąd źle obliczyłam liczbę potrzebnych mapek, a nie zrobiłam żadnego zapasu. Tak to jest, gdy wykonuje się swoją pracę na ostatnią chwilę, późnym wieczorem. – Na jej usta wpełza delikatny uśmiech, który zapewne miał mnie rozluźnić. Nie wyszło. – Zaraz temu zaradzimy – zapewnia.

Potakuję głową, bo wiem, że trudno mi będzie wypowiedzieć jakiekolwiek słowo. Splatam dłonie blisko brzucha i delikatnie się bujam, chcąc uspokoić nerwy. Zerkam na wskazówki zegara, powieszonego na ścianie blisko drukarki, która przed chwilą wydała z siebie jakiś dźwięk. Za około minutę zaczną się lekcje.

Świetnie. Spóźnię się na zajęcia, a ledwo zdążyłam przekroczyć próg nowej szkoły.

Czy taki pech naprawdę musiał spotkać mnie? Nie było do wyboru nikogo innego?

Ciśnienie wzrasta mi z każdą sekundą, która ucieka od czasu oczekiwania na szkolny dzwonek. Moja głowa pulsuje, a dźwięki stały się o wiele bardziej drażliwe. Naveen z pewnością zdążył już pójść do odpowiedniej sali. Zresztą wszyscy to zrobili. Tylko ja tutaj tkwię niczym ostatni ciołek. Czasami zastanawiam się, czy przy narodzinach nie rzucono na mnie jakiejś klątwy, bo tylko w ten sposób mogłabym zrozumieć, dlaczego to zawsze mnie, spośród tylu ludzi na caluśkim świecie, musi trafić się najgorszy scenariusz.

– Tiano, naprawdę mi przykro, ale zupełnie nic ze mną dzisiaj nie współpracuje – oznajmia rozżalona kobieta gdy rozbrzmiewa sygnał wzywający na zajęcia. – Może chciałabyś…

– W porządku. Jakoś dotrę. Dziękuję i do widzenia. – Właściwie odpowiadają za mnie ostatnie pracujące szare komórki mojego mózgu.

Nie pozwoliłam pani Gladys nawet dokończyć myśli. Wystrzeliłam z sekretariatu oraz całego budynku administracyjnego, pozostawiając ją w absolutnej konsternacji.

Okej. Nie wiem, czym zaczynam poniedziałkowe poranki, więc pozostaje mi napisać do brata. Mamy całkiem podobnie dobrane przedmioty, dlatego warto spróbować.

Ja:

Nav, wyślesz mi zdjęcie swojego planu?

Nie dostaję wiadomości zwrotnej od razu, przez co nerwowe tupanie nogą uaktywnia się machinalnie, by choć trochę mnie uspokoić. Kiedy czuję w dłoniach wibrację, aż spada ze mnie jakiś ciężar.

Nav:

sorry, Tia. Mam lekcję organizacyjną na sali gimnastycznej

odpiszę potem, bo wolałbym polubić się z wuefistą

Zawsze mogę na niego liczyć – myślę.

Przygryzam drżącą wargę i zaciskam dłonie w pięści.

Sala gimnastyczna to moja ostatnia nadzieja.

Kroczę między budynkiem administracyjnym a stołówką. Od razu dostrzegam grecki amfiteatr, co zapala jakąś lampkę z tyłu głowy. Przechodziliśmy tędy dzisiaj. Intuicja podpowiada mi, by pójść w lewo, i tym razem nie zawodzi. Sala gimnastyczna, nazwana Gold Gym, wydaje się z zewnątrz naprawdę ogromna. Na tyle, że wchodzę do niej dość niepewnie.

Powinnam raczej odłożyć dziwnie ciężki plecak w szatni. I tak nie mam w nim jeszcze Chromebooka, którego otrzymamy od szkoły, ani żadnych ważnych rzeczy. Jedynie wodę, małą kosmetyczkę, szczotkę do włosów, chusteczki, tabletki przeciwbólowe, flakonik małych perfum, koszulkę na przebranie, bluzę… No dobra. Może wcale nie wydawało mi się, że jest ciężki, a po prostu po takim czasie dźwigania go zauważyłam, że rzeczywiście swoje waży. Szkoda, że kody do szafek otrzymamy dopiero jutro, bo nie widzi mi się tachać tych wszystkich pierdółek drugi raz.

Rozglądam się po kilkunastu wejściach prowadzących w nieznane, stojąc pośrodku szerokiego korytarza. Gdzieś powinna być damska szatnia. Szukaj jakiejś podpowiedzi, Ti…

Zawieszam wzrok na jedynych delikatnie uchylonych drzwiach. Z zawahaniem podchodzę do nich, a następnie popycham je do środka. Widok, jaki zastaję, powoduje suszę w gardle i szersze otwarcie oczu.

Wcześniej poznana Casey Brewer oraz druga dziewczyna, która również mogła być na zewnętrznym boisku, nie zauważają mnie w tym samym momencie, co ja je. Nie przestąpiłam nawet progu, a w moją twarz zdążyło buchnąć pełne napięcia powietrze. Chociaż czuję, że przeszkadzam, trudno mi oderwać stopy od podłogi.

Kapitanka damskiej drużyny koszykówki obejmuje rękami talię nieznajomej, ubranej w koszulkę o tych samych barwach, w dość intymny sposób. Z daleka czuję występującą między nimi chemię. Ze stresu i poczucia niezręczności odchrząkuję. Dziewczyny odrywają się od siebie ekspresowo. Stawiam kilka kroków w tył, jakby dało mi to możliwość szybszego rozpłynięcia się w powietrzu.

Pragnienie ucieczki rośnie, gdy ponownie zostaję obdarzona tak samo nieprzyjemnym spojrzeniem Casey, co w pobliżu boiska. Chociaż tym razem dostrzegam w nim domieszkę wstydu. Czuję, że nie powinnam tutaj być.

A po wyrazach ich twarzy wiem, że mam rację.

Z perspektywy osoby trzeciej musi to wyglądać komicznie. Zwłaszcza w momencie, w którym zaczynam biec do wyjścia, jakby w grę wchodziło moje życie, a za mną, po ścianach korytarza, odbija się wypuszczony z ust ścigającej mnie Casey krzyk:

– Zaczekaj!
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij