Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Orpheon - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 lutego 2026
10,10
1010 pkt
punktów Virtualo

Orpheon - ebook

ORPHEON — To liturgia ciała. Horror uczuć i zagadka pragnienia, co nie można rozwiązać. Piszę o monumencie krwi i bólu, o rytuale uzdrowienia i zatracenia, o wiecznej frustracji, o niemożności wyzwolenia, o punkcie, w którym człowiek dotyka boskości i zarazem potworności. Proza w moich rękach jest skalpelem sztuki. Rozcinam nią tabu, badam mięśnie wstydu i kości pożądania. Używam jej jak narzędzia sekcyjnego, by wydobyć to, co ukryte: lęk, samotność, obsesję, namiętność… — Uwaga! Dla osób od 18+

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-564-2
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

„Niczego nie czuję, ale czuję się dobrze.” — Samuel Serwata

„Nie wiem, stary, po prostu… po prostu piję krew, stary” — Death Grips — The Fear (Year Of The Snitch, 2018)

Kocopoły — słowo o kilku znaczeniach, zależnych od kontekstu i regionu: 1. Regionalnie: Tradycyjne kluski ziemniaczane, z farszem lub bez, lokalna odmiana potraw znanych także jako kacapoły lub klęgle. 2. Potocznie: Bzdury, brednie, głupstwa, wypowiedzi pozbawione sensu lub logicznego uzasadnienia; synonim dyrdymałów, farmazonów. 3. Slangowo: Ręcznie skręcane papierosy z gorszej jakości tytoniu.

Ancymon — osoba (najczęściej dziecko) psotna i niesforna, dokuczająca lub dokomplikowująca rzeczywistość w sposób żartobliwy i często sympatyczny; potrafi udawać niewiniątko, choć sprawia kłopoty. Synonimy: urwis, łobuziak, gagatek, ziółko, nicpoń, rozrabiaka, huncwot.

Szaleństwo — stan lub sposób zachowania o różnym stopniu nasilenia: 1. Hulanka, zabawa, gwałtowne oddanie się przyjemnościom lub emocjom. 2. Postępowanie wykraczające poza przeciętne normy społeczne, obyczajowe lub kulturowe; działanie niekonwencjonalne. 3. Stan psychiczny człowieka tracącego kontrolę nad sobą, emocjami lub działaniami. 4. Choroba umysłowa, zaburzenie psychiczne prowadzące do dezorganizacji myślenia i zachowania.I. Orpheon

I. Spalony Most.

Dawno, dawno temu. Za siedmioma górami, za sześcioma lasami i za pięcioma rzekami. Pewnego razu. W odległym kraju, zwanym Somnivor, w jakiej to krainie, której nie znajdziesz na żadnej mapie, bo ta sama decyduje, kiedy istnieć. Nie było to miejsce, w którym rozsądek czuł się swobodnie. Był sobie raz. Pewien ktoś, imieniem Soren.

Każda historia zaczyna się pytaniem. Ta zaś od odpowiedzi. Świat nie był jeszcze pewien, kim chce być, kiedy ta opowieść postanowiła się wydarzyć. Zanim świat nauczył się mówić, ktoś szeptał w ciemności pewną historię. Miasto dopiero wstawało, a już wiedziało, że dzisiaj będzie miało kłopoty. Wszystko zaczęło się od jednego, zupełnie niepotrzebnego pomysłu. Na dworcu pachniało deszczem i kłopotami – co dawało idealny klimat i warunki do rozpoczęcia opowieści. Ta działa się w mieście Synaps.

W miejscu, gdzie ludzie nie zaglądają z własnej woli, ktoś od dawna czekał na czyjeś potknięcie. W miasteczku tym, stojącym na jednej, lewej nodze, w marzeniu pewnego zegara. Kiedy w którym zabrakło czasu, mieszkańcy postanowili pożyczyć go od snów. Tego dnia słońce uparło się świecić w kolorze fiołkowym. A gdy drzewa zaczęły przemawiać w liczbie mnogiej, wszystko stało się możliwe.

Gdy pierwszy śnieg przykrył jeszcze letnie ślady, zaczęła się przygoda, o której nikt nie powinien pamiętać. Rodząc się tam, gdzie dzień dotyka nocy jak skrzydło wody. W chwili, gdy wiatr zatrzymał się pomiędzy dwoma różnymi oddechami. Zaczęło się wtedy, gdy noc złamała jedno ze swoich praw. Zanim cokolwiek zrozumiał, jego cień zrozumiał swojego właściciela, pewna prawda zdążyła uciec. Nikt nie wiedział, kto pierwszy usłyszał ten dźwięk, ale od tego momentu wszystko zaczęło się psuć.

W chwili, gdy neon zgasł po raz pierwszy od trzydziestu siedmiu lat, ktoś poczuł, że to znak. I wówczas wydarzyło się coś niezwykłego. Soren stojący przed Kat odzyskał głos:

– Żaden widok czegokolwiek na świecie, nie może się równać z twoim pięknem, jakiego obecność odbiera mi mowę bardziej, niż jakikolwiek cud natury i świata. A każdy jeden dzień bez Ciebie, zamieniłbym choćby na minutę z tobą. – Kat uśmiechnęła się i palcem wskazała miejsce za nim, za którym nie było już niczego, oprócz ostatniego spalonego mostu; trawiony wiecznym ogniem.

...

II. Stalowe Serce.

Na długo przed tym, jak Soren odzyskał głos, stracił serce, a wraz z nim wszelkie emocje, chęci, jak również głos. Było to szesnaście lat temu. Pół roku temu, 19 maja przywieziono go do kliniki sztuki biologicznej, jako kwalifikującego się do projektu "Żywe Płótno." Nie były to rzeźby, ani obrazy. To były ciała uformowane z mięsa, tkanek i nerwów, które odpowiadały na dotyk, temperaturę i emocje człowieka. Niektóre wyglądały jak ludzie stojący w półcieniu, inne jak postacie nierozwinięte, jakby zatrzymane w połowie gestu narodzin. Gdy ktoś przechodził obok, drżały lekko, jak skwiercząca w piecu pieczeń.

Soren i Kat rozpoznali się, pomimo upływu lat. Lecz nie rozmawiali inaczej niż poprzez spojrzenia. Soren od początku patrzył na Kat tak, jakby przyniosła mu ostatni fragment sensu. Była tak anielsko nieskalaną, dobrą i niewinną istotą, że trudno było uwierzyć, że była tylko człowiekiem. Gdy się na nią patrzyło, i przebywało w jej obecności, czuło się tchnienie wyższej istoty magicznej, boskiej, która zesłała ją specjalnie dla niego. I choć oboje milczeli, ich emocje wypełniały pomieszczenie tak gęsto, jakby można je było chwycić w dłonie. Zazdrość wyrastała z niego jak cierń. Strach wpełzał jej pod skórę, choć udawała, że nie czuje nic poza profesjonalnym chłodem.

Jego serce rozpadało się na pozomie struktury, jakby każdy jego impuls był wykrzyknikiem, po którym nie miało nastąpić następne zdanie. Kat natychmiast zrozumiała, że nie ma wiele czasu. Mimo to podłączyła go do systemu żywego laboratorium, pozwalając głodnym płótnom słuchać jego nastrojów. To był błąd. Kolejny po błędach miłości i młodości. Żywe płótna zaczęły te emocje gromadzić. Reagowały skurczami mięśni, które napinały je, skręcały się i drżały. Szmer przesuwał się po sali jak oddech, który próbuje udawać jęk. Kat ignorowała te sygnały. Soren także. Ale żywe płótna nie ignorowały niczego. Przejmowały ich zazdrość, ich lęk, ich ciche, ukryte myśli. A uczucia, które nie znajdują ujścia, zawsze przekształcają się w agresję.

Postacie z tkanek zaczęły napinać się jak do walki. Jakby chciały rozerwać własne granice. Sygnały na monitorach drżały, aparatura szumiała jak nieustępliwa, niekończąca się burza. Soren próbował coś powiedzieć, ale jego puls zaczął rosnąć nienaturalnie. Mamrotał bezgłośnie, a po policzkach ciekły mu łzy. Implant serca, który miał podtrzymać jego funkcje, reagował na przepełnienie emocjami żywych płócien. Nakładały się one na dane medyczne, w panicznym natężeniu migocząc kawalkadami rozświetlonych punktów. Kat wskazała palcem na jeden z ekranów przy oknie. W jednej sekundzie serce Sorena zaczęło świecić na monitorach jak czerwony, rozżarzony księżyc. W następnej — eksplodowało w jego klatce piersiowej, cicho, niemal bezgłośnie i łagodnie, jakby kończyło się ostatnie zdanie.

...

III. Głodne Płótno.

I po ostatnim grzmocie burza ucichła. Żywe płótna zastygły jak posągi, które nagle utraciły świadomość. Kat pochyliła się nad nieruchomym ciałem. Jej głos był suchy, bezbarwny, jakby go traciła. Oznajmiła fakt, czas zgonu: 25 listopada, godzina 21:37 – Powtarzała to w myślach, próbując nadać światu strukturę, choćby cienką jak nić chirurgiczna. Oczy Sorena były nadal otwarte. Patrzył mokrymi od łez oczami, na pejzaż płonącego mostu za oknem, próbując go nimi ugasić. Opuścił ciało i uniósł się wraz z dymem wysoko, ponad pomarańczową poświatę.

Gdy Soren odwrócił się z powrotem twarzą do Kat, ona pozostawiła po sobie tylko dymiącą, pustą przestrzeń, jakim było to płótno bezludnego pejzażu miasta. A on sam pozostał uwięziony w swoim sercu z samą duszą w ciele, co nie rzucało cienia. Miasto po katastrofie wyglądało jak skóra, którą ktoś zbyt gwałtownie zdjął z czaszki świata. W centrum wyludnionych ruin, stała w ciszy pustka, a w niej on. Zagubiony człowiek, którego życie wydawało się bezwartościowe, jałowe, pełne nieistotności. Jakiekolwiek podjęte przez niego działanie wydawało się być bez znaczenia. Każdy oddech bezproduktywny, a całe jego istnienie zostało zredukowane do marności. Tkwił gdzieś, gdzie nie było niczego do uchwycenia, ani niczego do zatrzymania i posiadania.

Sens istnienia na horyzoncie, znikał w dotyku bezcelowości. Pomimo całej tej bezcelowości, próbował wykrzesać z siebie iskrę oporu. By dokonać decyzji nieodwołalnej, czy się przedrzeć przez nieznane przed nim, czy też pozostać w letargu własnej marności. Każdy gest ulegał nieubłaganej degradacji, rozpadał się w entropii świata, który był mu obojętny, tak jak on był dla niego. Miał już wszystkiego dość. Był bezsilny i słaby i bez znaczenia. Nie chciał już niczego chcieć, ani nie chcieć. Poza tym, że chciał tylko, żeby to wszystko w końcu się skończyło. Soren nie wiedział jednak, że już dawno temu było po wszystkim. Nie istniał już nikt, kto mógłby go pamiętać. Stał się echem własnego serca, odbitym w wypłowiałej duszy.

...

IV. Pradawny Świadek.

Gdy ostatni neon miasta zgasł, światła miasta zgasły w nim ostatni raz. Najnowocześniejsze, najszybciej rozwijające się technologicznie miasto świata, zgasło i zamilkło, jakby ktoś zdmuchnął sztuczne słońce cywilizacji, jednym znudzonym wydechem. Również cała planeta zmęczona ciągłym obracaniem się, wypalona od środka, jak najstarszy pracownik zmiany. Zatrzymała się, rozdzielając dzień i noc na dwie półkule. Rozpoczęły się wędrówki ludów, chcących żyć wśród światła, bądź ciemności. Rozdzirlieni przemierzali lądy i się osiedlali albo w chmurach gór, albo w skrzydle wody Oceanu. Jak i też na stałym lądzie lub w podziemiach, w których budowali miasta schrony ci, co złowróżnbe mieli bardziej jeszcze podejrzenia o tym, co z odległych gwiazd może przywlec się coś gorszego jeszcze.

Wracał stary porządek świata, w którym rządziła odrodzona nowa Matka Natura, nadające nowe prawa w których drzewa oddychały i się przemieszczały. Zwierzęta się komunikowały pomiędzy gatunkami, wyrabiając mowę ogólną, uniwersalną dla wszystkich. A cienie odklejały się od świateł promieni. Jednocześnie wyczuwało się, że coś najbardziej będę dawnego, wybudzało się uśpiony od tysięcy lat. Coś, co pamiętam najstarsze dzieje świata. Pewnie tylko po to, by być świadkiem dziejów ostatnich. Kroki jako pierwszego wypatrywały, pozasiadane na kablach i dachach, jak widzowie próbujący dostrzec lub wypatrzeć jakiś zwiastun lub manifestacje inną jego obecności niezaprzeczalnej. Nie panikowały, ani nie wznosiły fałszywych alarmów, wiedząc, że gdy ten się pojawi, będą pewnie tego, że nadchodzi. A ten miał nadejście wraz z gęsto mgłą, co nie opadała, ani się nie rozwiewała.

Mgła unosiła okręt niezwykły, stalowy. Płynął w oceanie z rdzy, z którego fal zardzewiałego oceanu wychodziły martwe dzieci, próbujące go powstrzymać. Kto je przytulił, stawał się częścią rdzy, a jego ciało rozpuszczało się w metalicznej cieczy. Statkiem tym płynęła pradawna istota Orpheon, która jadła sny ludzi. Będąca świadkiem początku swiata. Przebudzona została, by tym razem być świadkiem jego końca. Każde zjedzone marzenie i sen, stawało się częścią jego twarzy. Jego oczy były cudzymi wspomnieniami, usta sekretami. Płynął w księżycowej nocy poświacie, opierając się falom czasu, niewzruszony i niedościgniony.

Podróżował z zegarmistrzem, który w swej kabinie trzymał zegary różnego typu, z całego świata i z różnych czasów. Każdy z nich był fragmentem skóry kogoś, kto kiedyś się spóźnił. Kiedy zegar wybijał godzinę, właściciel skóry budził się w nowym ciele, które musiało powtórzyć swoje życie w nieskończoność, tracąc własną tożsamość. Zegar sam zaczął liczyć sekundy ludzi, a czas stał się krwią, która ściekała po maszcie statku zrobionego z pajęczyny skradzionego czasu. Było też lustro, w którym odbiciu każdy, kto się w nim oglądał, widział siebie w innym wcieleniu. Lustro nie odbijało, lecz pożerało duszę i ciało powoli, zastępując je odbiciem. Idealnym, hipnotycznym, nienaruszonym.

...

V. Poetyka Krwi.

Wilki, żyjące dotąd na obrzeżach ludzkiego strachu, podniosły pyski ku zimnej gwieździe, która zapłonęła nad miastem Synaps, jak oko bogini sprzed epoki rozumu. I nawet drzewa, te najstarsze i najbardziej zmęczone betonem, prostowały pnie, jakby wreszcie mogły odetchnąć. Rosły one w lesie, które pamiętały każde złamane serce, w czasach, gdy opętane, przez te martwe serca zimnych dusz, drzewa jadły ludzi. Zamieniając swoje wnętrza drewniane, ukryte pod skórą z kory, na żyjącą, mięsną tkankę, z ludzkich pozostałości, co je ożywiały wyruchome, w wynaturzone, podłe, i mściwe istoty. Co z tymi mackami, gałęziami, pochwytywały każdego, co wędrował pośród nich, niezależnie kim ten ktoś był, i robiąc to o każdej porze roku, i o każdej porze dnia i nocy.

Z przeklętego lasu, wydostała się w nieświadomości, lekarka Kat Astrofia, mająca jeszcze rok temu własne życie, wspomnienia, i własną klinikę, zniszczoną w dniu, gdy podpalony został ostatni most. Została pozbawiona czasu, przez zegarmistrza zwanego Maranox. Stanęła naprzeciw niezwykłego lustra, którego odbicie przywróciło jej tożsamość, i pamięć o tym, kim jest, czy raczej była. Utożsamiając ją w świadomości o tym, że minął rok. Wówczas, próbując sobie przypomnieć, skąd zna to lustro, wyciągnęła w stronę jego tafli dłoń, i przeszła na drugą stronę, za którym znajdowało się miejsce, wzgórze we mgle, z bezlistnymi drzewami, i do którego każdego, przywiązany był, na szubienicy, wisielec. Jednym z nich był Soren. Lecz on, dyndając na gałęzi, pomimo samobójstwa, wciąż pozostawał w pewnym sensie żywy. Spojrzał na nią i wyciągnął szpony dłoni krzycząc:

– Teraz twoja kolej!

A gdy ją pochwycił, przeszedł na drugą stronę lustra, wracając do miasta Synaps, a przynajmniej tego, co z niego zostało. I choć minęło już trochę czasu, to pomimo, iż powrócił z zaświatów, i wciąż był martwym trupem, to był w pewnym sensie żywy, a będąc w tym stanie, nie było dla niego istotne, gdzie się znalazł, i co działo się w upadłym mieście i na świecie. Ponieważ i tak cokolwiek, co go czekało tutaj, i tak było lepsze niż to, cokolwiek, co miał po tamtej stronie. A nie było tam niczego. A myślenie teraz o tym, co to było i czym się stało, prowadziło go dalej, określając to, czym się stał, gdy to się skończyło. A żeby to sobie uświadomić, musiał przywołać w pamięci, od początku wszystko. Lecz to, co pozostawił, i kim się stał obecnie, nie było już tym, co dalej może być, lecz tym, czym nowym się stało. W odbiciu siebie, oddalającego się tyłem, jak najdalej, od przeklętego lustra, jakim był Seraphante. O którym chciał tak bardzo zapomnieć, jak tam, teraz Kat, chcąca się dowiedzieć, czym jest.

Będąc na wzgórzu samobójców, we mgle, błądziła, nie widząc wokół niczego, nikogo żywego. Lustro zniknęło wraz z Sorenem, i czasem, w jakim myślała błądząc, próbując sobie przypomnieć, od czego się to zaczęło. Było to rok temu, pierwszej nocy, kończącej wszystko, jej karierę, jej miasto, życie, jej pacjenta, jego czas, jej czas. Jej ostatni dzień, i ostatnia noc, którą pamiętała, A o której wtedy pragnęła zapomnieć, i się jej udało, aż do teraz. Pamiętała, że udało się jej wtedy usnąć dopiero przed świtem. Ostatni most spłonął. Płomienie lizały rzekę, a ta nie chciała ich ugasić. Co więcej serce, co tykało, niczym bomba przed wybuchem, jakie we śnie nie następowało. Tykanie nie należało do zegara, lecz do samego czasu świata, jakim było ciało, pod skórą, której tętni życiem. Stała w pomieszczeniu bez ścian, w której podłoga pulsowała w miarowym tempie oddechu. Nad nią wisiały zwłoki zegarów: wahadła z kości, sprężyny z ludzkich włosów, tarcze wykonane z wyschniętej skóry, z wytartymi imionami. Głos rozbrzmiał, z żadnej strony określonej, innej niż z otchłani straconego czasu. – Spóźniłaś się!

...

VI. Katedra Cieni.

Miejsce, w którym rozpływała się nieskończoności mgła, ta była rzeką, po której płynął statek Orpheona, zwany Katedrą Cieni. W odczuciu Sorena, minęło tysiąc lat, od podpalenia ostatniego mostu w mieście Synaps. Wydarzenia, które ostatecznie doprowadziło do zagłady tego miejsca. Tysiąc lat od dnia, w którym serce Sorena eksplodowało w piersi, kończąc jego rozpaczliwą, długotrwałą mękę. Jego udręczona dusza została wtedy wchłonięta przez otchłań bezdennie wygłodniałego płótna, które więziło go w nieskończonym głodzie obrazów i wspomnień.

Zatracił się w nim tak głęboko, że nie zauważył chwili, w której gęsta mgła zaczęła wypełniać przestrzeń wokół, powoli go zatapiając. A mgła ta była zwiastunem czegoś tak potężnego, że granice między światami — jego dawnym i tym, który opuścił — rozmyły się niczym farba na zbyt mokrym papierze. To ona przeniosła go z powrotem do miasta, w którym zakończył swoje życie. Jednak po tylu stuleciach nie był już sobą. Nie pamiętał imienia, nie rozpoznawał swojej twarzy w lustrze, ani nie pamiętał nawet bólu, który rozdarł mu serce. Powrócił jako nieumarły. Nie jako człowiek, lecz jako bestia, demon utkany z czystej rozpaczy.

Wylądował na pustych ulicach miasta jako ktoś zupełnie nowy. Jako istota, która w świecie śmierci zapomniała o tym, kim była, a ożywiona teraz, nie pamiętała, jaką egzystencję wiodła w świecie, z którego została wyrwana. Nie pamiętała, jak miasto ucichło. Neony gasły jeden po drugim, a latarnie gasły w jego obecności. Nie dramatycznie, tylko tak, jak gasną oczy kogoś, kto już dawno zmęczył się patrzeniem na ludzi. Ulice wypełnił zapach starej rdzy, mokrej ziemi i czegoś jeszcze… czegoś, co nie powinno mieć zapachu, a jednak pachniało ciemnością. I jedyne co miał do powiedzenia temu komuś, kto przyszedł, to słowa: Teraz twoja kolej. Twoja kolej by cierpieć.

I od teraz Kat błąkała się bezwładnie, po spojrzeniu w lustro Seraphanta, co odebrało jej zmysły. Była w miejscu, gdzie ludzie wymieniali swoje ciała jak ubrania. Każdy dotyk był hipnotyczny, a mięśnie i skóra zamieniały się w ciecz, która wnikała w innych. Aż któregoś razu odkryła, że jej ciało stało się pustką, a wszystko, co dotykała, istnieje tylko dzięki niej, a ona sama nie istnieje. Miasto wydało z siebie jeden z ostatnich oddechów. Ten był tym razem wyraźnie mocniejszy. Jakby ktoś ogromny kładł się na powierzchni świata i szykował do tego, żeby odplynać. W Mieście Szklanych Cieni, nazwane kiedyś Synaps, powoli topiło się w kwasie deszczu, ludzie chodzili po ulicach pokrytych szkłem.

Każdy krok łamał własny cień, który odrastał z innego kąta załamanego światła. W sklepie z oddechami sprzedawano wspomnienia, a ten kto nie kupił, znikał w smudze zapomnienia, pozostawiając krzyk zaklęty w szkle. Następnie ulice same zaczęły pożerać mieszkańców, a miasto śmiało się ich głosem, którego nikt nie mógł zapomnieć. W uliczce stalowych wież, gdzie powietrze było gęste od chemii, ludzie wymieniali swoje oddechy w transakcji, która miała zapewnić wieczne życie. Każdy wdech cudzy sprawiał, że ciało stawało się obcym, mięso pulsowało nie swoim rytmem, a oczy zaczynały świecić cudzymi wspomnieniemi, będącymi sumą ciał innych.

...

VII. Wyginięte Głosy.

Maranox, Zegarmistrz, spoglądał na świat zza kurtyny mgły, z oczu którym kapała rdza i czas. Każdy jego krok pozostawiał po sobie echo cudzych sekund — życia, które były teraz jego paliwem. Światła miasta Synaps zgasły w jego obecności, bo on odcinał czas jak żyły z ciała. Jego zegary wybijały nie godziny, lecz uliczne cierpienie. Każdy dźwięk, każda wskazówka, każdy szelest sprężyny był koszmarem, który Maranox przerzucał na ludzi, aby sam nie cierpiał głodu snu.

– Czas jest moją krwią – szepnął do siebie, i w tej sekundzie z setek sennych umysłów wyssał energię. – Jeśli nie karmię go, zjedzie mnie własna noc.

Z każdą ofiarą powstawała mgła, a w niej pojawiały się halucynacje i prorocze sny, które ostrzegały wybranych: nadchodzi, i nie ma ucieczki. Niektórzy widzieli zwierzęta mówiące ludzkim głosem, inni – własne odbicia w lustrze, które krzyczały ich tajemnice. Kat czuła już na sobie jego dotyk, choć jeszcze go nie widziała; jej ciało i myśli drżały, reagując na rezonans, który Maranox tworzył w całym mieście.

Soren, choć martwy, pozostawał w cieniu świata żywych płócien, wciąż przesiąknięty energią Kat. Jego obecność blokowała nieco wpływ zegarmistrza, jakby serce, które wybuchło, pozostawiło po sobie rezonator, chroniący fragment życia.

Kat zrozumiała, że aby przeciwstawić się Maranoxowi, musi odtworzyć historię Sorena — nie tylko jego życia, ale też śmierci i chwili, gdy jej dotyk wywołał eksplozję serca. Każda pamięć była teraz kluczem do powstrzymania Zegarmistrza, każda emocja mogła wzmocnić lub zniszczyć jej siłę. Przypomniała sobie lustro Seraphante — portal między światem żywych i martwych. Zrozumiała, że Orpheon, pradawna istota pożerająca sny, jest w równowadze z Maranoxem. – Jeśli chcę go zatrzymać… muszę przejść przez lustro ponownie – pomyślała. – Ale tym razem nie sama. – W tym samym czasie Soren, dyndając na szubienicy, nad miastem Synaps, choć martwy, odczuwał impuls nowego działania. Jego ciało bez cienia, jego serce złożone z energii żywych płócien, reagowało na obecność Maranoxa. Soren mógł teraz przewodzić emocjom, które przeżywała Kat, stając się żywym pomostem między światem ludzi a krainą snów i koszmarów.

Mgła zagęściła się tak bardzo, że prawie nie widać było rdzy na falach oceanu. Tam, gdzie kiedyś płonął ostatni most, teraz stał stalowy okręt Orpheona, a jego kadłub lśnił odbiciami tysiąca twarzy zjedzonych marzeń. Kat znalazła się na jego pokładzie, Soren u jej boku, choć w postaci eterycznej, półmartwej. Maranox pojawił się nagle, wszystkie jego zegary rozbłysły w jednej chwili, a świat wokół nich wygiął się jak skóra, którą ktoś zdjął z czaszki czasu.

– Spóźniłaś się – wysyczał Maranox, a jego głos rozbił ciszę miasta, wywołując halucynacje w umysłach Kat i Sorena. – Ale jeszcze nie wszystko stracone. – Kat zrozumiała, że jedyną bronią przeciwko niemu jest rezonans Sorena i jej własnych wspomnień. Musiała przekazać swoje sny Orpheonowi, by ten zneutralizował Maranoxa, ale nie pozwolić, by sny zostały pochłonięte bezpowrotnie.

– Sorenie… teraz musimy zrobić coś niemożliwego – powiedziała. – Połączmy nasze marzenia, zanim on wchłonie je wszystkie.

...

VIII. Rezerwat Zmiennokształtnych.

Las narodził się bez zapowiedzi. Nie wyrósł — zaistniał. Drzewa nie miały jednego kształtu. Każde było w połowie czymś innym: pnie przechodziły w kręgosłupy, korzenie pulsowały jak żyły, liście szeptały cudzymi głosami. Światło sączyło się z góry jak mętna krew przez skórę. Kat Astrofia szła boso, choć nie pamiętała, by zdjęła buty. Ziemia była ciepła. Oddychała. Wysoko, tam gdzie gałęzie splatały się w sklepienie przypominające klatkę piersiową olbrzyma, znajdowały się gniazda. Nie ptasie. Zbudowane z poroża, kości i skóry. W nich — nowo narodzeni. Byli zmiennokształtni. Ich ciała nie były ustalone. Dziecko o twarzy jelenia, którego oczy na moment stawały się ludzkie. Istota o skrzydłach, które po chwili zmieniały się w ramiona. Skóra falowała, jakby wciąż wybierała, kim chce być. Las rodził ich sam. A potem przychodzili oni — myśliwi, których twarze były zakryte maskami z drewna i piór. Nie nosili broni znanej Kat. Poruszali się cicho, jakby las ich akceptował, ale nie ufał. Zabierali młode z gniazd ostrożnie, niemal czule. Nie mordowali.

— Jeszcze nie — wyszeptał ktoś z drzew. – Kat zrozumiała nagle prawdę: to nie był sen o narodzinach. To był sen o selekcji. Nie wszyscy przeżywali dojrzewanie. Ci, którzy nie potrafili utrzymać jednej tożsamości, wracali do lasu — rozpuszczali się w nim, stając się nowymi drzewami, nowymi gniazdami, nowymi snami. I wtedy usłyszała muzykę. Cichą. Metaliczną. Pozytywkę. Melodia była nie na miejscu — dziecięca, okrutna w swojej prostocie. Dochodziła z daleka, spoza granicy lasu. Każda nuta była jak pociągnięcie nicią. Kat szła za nią. Szła długo. Czas przestał istnieć. Kiedy wreszcie wyszła z lasu, świat był inny. Powietrze pachniało starością. Jej ciało było słabsze, a oczy cięższe. Minął rok.

Upadła na kolana, nie wiedząc, kim była przez te dwanaście miesięcy. Muzyka ucichła. Zostało tylko tykanie — już nie w niej, lecz obok. W trawie leżała pozytywka. Otwarta. Pusta. W wypolerowanym wnętrzu ktoś wyrył drobnymi literami: „One też były spóźnione.” - Kat zrozumiała nagle. Las. Zmiennokształtni. Myśliwi. To nie był obcy mit. To była kolejna forma głodu Maranoxa. Czas dojrzewania. Czas wyboru. Czas odebrany — i wypity. I gdzieś bardzo blisko ktoś właśnie nakręcał mechanizm.Kat podniosła pozytywkę. W chwili, gdy dotknęła metalu, czas pękł. Nie wizja — przypomnienie. Las nie był miejscem, do którego weszła. Las był miejscem, z którego wyszła dawno temu. Ziemia pod nią zadrżała, a drzewa — miejskie, przydrożne — na ułamek sekundy przybrały tamte kształty: kości w korze, gniazda w koronach, pióra w liściach. Ludzie obok niczego nie zauważyli. To nie był ich sen. Pozytywka znów zagrała. Kat zobaczyła siebie. Nie jako kobietę. Jako dziecko bez formy, leżące wysoko w gnieździe, ciało zmieniało się nieustannie: raz miała zbyt wiele palców, raz oczy po bokach głowy, raz skórę cienką jak liść. Płakała — nie dźwiękiem, lecz zmianą kształtu. Myśliwi przyszli po nią nocą. Jeden z nich wziął ją na ręce:

— Ta przetrwa. Zbyt długo się waha.

Dojrzewała wśród nich. Uczyła się jednej rzeczy ponad wszystko: utrzymać formę mimo bólu. To dlatego została lekarką. To dlatego ratowała innych ciałem, nie duszą. To dlatego strata Sorena Eldritcha złamała coś, co powinno było być już dawno złamane. Bo Soren… nie był tylko pacjentem. Był przerzuconym koszmarem, jednym z wielu, które Maranox wysyłał, by karmić swoje zegary i głód czasu. Maranox pojawił się za jej plecami, odbity w wypolerowanej blasze pozytywki. Nie był monstrum, lecz zegarmistrzem w fartuchu, posiadajacym ręce spokojne, niemal czułe.

— Myślałaś, że wyszłaś z lasu — powiedział. — A ty tylko zatrzymałaś się w jednym kształcie. – I Kat poczuła, jak jej skóra swędzi od środka. Jakby coś chciało się przypomnieć mięśniom. Jak przy nadciągającym ataku uczulenia, który atakuje najpierw odbyt potem pachy, podeszwy stóp, a następnie zatyka gardło i nos.

— Po co ten sen? — wysyczała. — Po co mi to pokazałeś?

Maranox nakręcił pozytywkę kluczykiem wykonanym z kręgosłupa zegarka.

— Bo znowu jesteś spóźniona — odpowiedział. — A ja głodny. – Miasto bez mostów zaczęło się zmieniać. Cienie ludzi rozciągały się nienaturalnie, ich sny wyciekały przez oczy jak dym. Zmiennokształtni — ci, którzy nie utrzymali formy — budzili się w ciałach zwykłych ludzi. Las wracał.— Masz wybór, Kat Astrofio — powiedział Maranox. — Albo przerzucisz koszmary dalej… albo wrócisz do lasu i znów staniesz się tym, czym byłaś naprawdę. – Pozytywka zatrzymała się. Cisza była gorsza niż tykanie. Kat uśmiechnęła się pierwszy raz od bardzo dawna. — Źle mnie zrozumiałeś — powiedziała. — Ja już umiem zmieniać kształt.

Jej cień poruszył się niezgodnie z ciałem. A las, gdzieś bardzo blisko… czekał.

...Cień poruszył się niezgodnie z ciałem Kat. Las, gdzieś bardzo blisko, czekał. Ale zanim mogła się ruszyć, pokój wokół niej zmienił się w lustro. Nie zwykłe lustro — lecz w coś, zwane Seraphantem. Jego pierwsze spojrzenie odebrało jej tożsamość. Nie poczuła strachu — poczuła, że znika. Jej ciało było tu, oczy widziały, ale dusza dryfowała w cieniu własnej pamięci. Wszystko, co wiedziała o sobie, rozmyło się, a odbicie w lustrze stało się jedyną prawdą. Migocząca sylwetka przesunęła się po krawędziach pokoju. Była obca, a zarazem znajoma — jak cień osoby, której nigdy nie spotkała, a mimo to pamiętała. Zimny wiatr przewalił się przez pomieszczenie, gasząc światło. Każdy przedmiot rzucił złudzenie: krzesło zaczęło się przesuwać, ściany znikły w półcieniu, a podłoga falowała jak tafla wody.

Kat wiedziała już, gdzie jest. Świadomość przyszła nie jak olśnienie, lecz jak zmęczenie, które w końcu przestaje udawać, że ma jeszcze siłę. Wzgórze samobójców nie było miejscem kary ani próby. Było poczekalnią. Koszmarem zapętlonym tak długo, aż ktoś z zewnątrz zdecyduje się otworzyć drzwi. A ona nie mogła ich otworzyć sama. Mgła snuła się nisko, ciężka i lepka, jakby była myślą, która zapomniała, po co powstała. Kat chodziła bez celu, choć każdy krok wydawał się jej znajomy, jakby była tu już raz, wiele razy, zawsze. Widziała pnie drzew wykręcone w nienaturalnych pozach, jak ciała próbujące uciec z własnej skóry. Widziała szubienice – jedne zajęte, inne puste – wszystkie jednakowo cierpliwe. Nie było tu czasu. Było tylko oczekiwanie. Wiedziała, że musi czekać. Na kogo – nie wiedziała. Na co – tym bardziej. Ale wiedziała jedno: sama nie wyjdzie.

Każdy dźwięk był stłumiony, jakby świat oddychał przez mokrą tkaninę. Pozytywka ucichła. To było najgorsze. Cisza nie przynosiła ulgi – była zapowiedzią, że nikt nie przychodzi. Że Orpheon odwrócił wzrok. Że Seraphante milczy. Że Maranox liczy cudze sekundy gdzieś indziej. Kat błądziła długo, aż w końcu dotarła do drzewa. Jednego. Zawsze jednego. Było inne niż pozostałe – proste, stare, jakby pamiętało czasy sprzed sznurów. A pod nim stała pusta szubienica. Bez ciała. Bez imienia. Bez historii. Czekająca. Stanęła przed nią na długo. Tak długo, aż myśl przestała być myślą, a stała się ciężarem.

– To nie jest śmierć – powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do miejsca. – To tylko zakończenie czekania.

Jej ciało było zmęczone bardziej, niż kiedykolwiek pozwoliła sobie przyznać. Rok w lesie. Rok bez czasu. Rok, w którym była obiektem, nie człowiekiem. A teraz to – świadomość bez sprawczości, pamięć bez przyszłości. Spojrzała na pustą pętlę. Nie kołysała się. Jakby wiedziała, że Kat jeszcze nie podjęła decyzji.

– Jeśli nikt mnie nie uwolni… – zaczęła, lecz zdanie nie chciało się dokończyć.

Prawda była prostsza i bardziej okrutna: nie chodziło o to, że chciała umrzeć. Chodziło o to, że nie mogła już dłużej istnieć w zawieszeniu. Bycie świadomą w koszmarze było gorsze niż niewiedza. Wiedzieć, że ktoś może przyjść, ale nie przychodzi. Wiedzieć, że ratunek istnieje, ale nie teraz. Dotknęła sznura. Był chłodny. Prawdziwy. Realniejszy niż mgła, niż drzewa, niż ona sama.

– Jeśli to zrobię – pomyślała – ktoś w końcu będzie musiał zareagować.

Bo wzgórze nie było miejscem śmierci. Było miejscem decyzji nieodwracalnych. Stanęła na pniu, który służył tu za stopień od zawsze. Drzewo nie protestowało. Mgła zgęstniała, jakby świat wstrzymał oddech. I wtedy zrozumiała coś jeszcze. Szubienica była pusta nie dlatego, że nikt tu nie umierał. Była pusta, bo czekała na nią. Kat zamknęła oczy. Nie z rozpaczy. Z wyczerpania.

– Jeżeli ktoś ma mnie uwolnić – wyszeptała w przestrzeń, w sen, w koszmar – niech się wreszcie zdecyduje.

Sznur musnął jej szyję. Świat zadrżał. A gdzieś bardzo daleko, po drugiej stronie snu, coś się poruszyło.

...

IX. Wzgórze Samobójców.

Soren był przy niej, choć martwy, a jego obecność nie przynosiła pocieszenia. Widział Seraphanta, a jednak nie mógł go dotknąć. Byt balansował między snem a jawą, a oni byli jego ofiarami. Każdy oddech Kat rezonował z lustrem, przyciągając jego uwagę.

— Myślałaś, że opanowałaś zmiennokształtność — wysyczał głos, który brzmiał jak echo wielu głosów w jednym. — Ale nie nauczyłaś się jeszcze rozróżniać siebie od odbicia.

Kat poczuła nagły ból w skórze, jakby jej ciało próbowało uciec od samego siebie. Seraphant połykał dusze, zastępując je odbiciami. Ale tym razem Kat była przygotowana. Jej umysł połączył się z Sorenem, rezonując jak żywe płótno, którego impulsy znała jeszcze z laboratorium.

Zamknęła oczy i pozwoliła, by wspomnienia z Lasu Zmiennokształtnych przepłynęły przez jej ciało. Dzieci zmiennokształtne, myśliwi, gniazda, selekcja — wszystkie obrazy splotły się w jednym punkcie świadomości. Odbicie w lustrze zadrżało. Seraphant zaczął wciągać własne światło, migocząc w rytm pamięci Kat, nie w rytm własnej woli.

— To ty jesteś teraz autorem swojej formy — wyszeptała Kat, a jej cień rozciągnął się, przełamując złudzenie Seraphanta. — A ja decyduję, kiedy przestajesz istnieć. – Lustro zadrżało i zatrzeszczało, a w jego tafli pojawiły się odbicia wielu wcieleń Kat: dziecka w gnieździe, lekarki w pustym laboratorium, kobiety stojącej nad spalonym mostem. Każde odbicie wracało z pamięcią i tożsamością, tworząc spiralę siły, która zaczęła ciągnąć Seraphanta w przeciwnym kierunku.

Soren, choć eteryczny, wyciągnął rękę przez nierealną taflę, łącząc energię Kat z własnym pulsem. Zegarmistrz Maranox był teraz obecny po ich bokach, ale Seraphant nie mógł już żerować ani na nim, ani na nich — lustro zaczęło połykać własne odbicia, próbując zachować równowagę.

— To dopiero początek — wyszeptał Soren. — Ale teraz wiemy, że można walczyć, nawet gdy nie masz ciała.

Kat otworzyła oczy. Pokój wrócił do normalnych kształtów, światło znów stało w miejscu. Pozytywka milczała, lecz tykanie Maranoxa rezonowało w oddali, jak echo lasu i zmian, które wciąż wracały do miasta.

— Spóźniłam się? — zapytała Kat, bardziej do siebie niż do kogokolwiek.

— Nigdy — odpowiedział Soren, a cień jego uśmiechu był pewniejszy niż kiedykolwiek.

A gdzieś w tle, w cieniu miasta Synaps, las wracał do życia, a zmiennokształtni, którzy przeżyli swoje próby, obserwowali świat z oczekiwaniem. Ich czas jeszcze się nie skończył.

Pozytywka nie była mechanizmem. Jej melodia nie pochodziła z metalu, lecz z powierzchni, z której odbijało się światło. Kat nie wiedziała wtedy, że prowadziła ją w głąb, a nie do przodu.W ruinach dawnej stacji kolejowej stała tafla szkła — zbyt czysta, zbyt nienaruszona. Zimny wiatr przewalił się przez pomieszczenie, gasząc światło, a pozytywka zagrała, jakby sama wzywała ją do wejścia. Kat spojrzała w lustro. Zobaczyła siebie, ale nie tę, którą znała. Tamta miała inne oczy — starsze, zmęczone latami, które nie zdarzyły się w jej świecie. Jej ciało wydawało się zdecydowane, jakby samo wybrało formę, którą miało przybrać. Ulga trwała krótko. Seraphant dotknął jej — nie fizycznie, ale w najgłębszej warstwie jej świadomości. Odebrał jej imię. Lustro zadrżało, a odbicie uśmiechnęło się z opóźnieniem. Kat poczuła pustkę tam, gdzie wcześniej była ciągłość. Tożsamość rozpadła się jak szkło wrzucone do wody.

— Dlatego przez rok nie pamiętałaś — wyszeptał Seraphant. — Dlatego Maranox mógł cię znaleźć. – Bo Kat była nigdzie, dryfując między snem a jawą. Ale teraz miasto nie było celem. Było przejściem.

Soren Eldritch, już nie do końca człowiek, został uwięziony w wnętrzu Orpheona — statku-istoty, który pożerał sny, marzenia i niewinność. Orpheon był mgłą, procesem, wnikał wszędzie, gdzie istniały najczystsze pragnienia. Im więcej szczęścia pochłaniał, tym bardziej stawał się potężny, rozdarty i osobliwie nieludzki. Jego oczy były cudzymi wspomnieniami; usta — sekretami, których nikt nie wypowiedział.

Kat weszła w mgłę na Wzgórzu Samobójców. Nie spała, nie była przytomna w ludzki sposób. Mgła zgęstniała, a świat rozpuścił się do postaci snu. Orpheon wnikał w nią przez nozdrza, przez pory, przez pamięć. Była medium, przestrzenią, w której inni mogli się wydarzać — a ona sama nie istniała w tradycyjnym sensie. Po raz pierwszy Orpheon pożarł sen, który nie miał właściciela. Kat nie należała do żadnej rzeczywistości — była tym, co zostaje, gdy sen znika. Mgła zaczęła się cofać, a Wzgórze Samobójców przestało zatrzymywać przechodniów.

— Jestem tylko świadkiem — wyszeptał Orpheon. — Zawsze byłem.

Wtedy pozytywka zagrała po raz kolejny — wezwanie, które przecięło mgłę jak nić przez skórę snu. Świat zadrżał, a Kat została rozłożona na fragmenty i zszyta z powrotem gdzie indziej.

Las. Ten sam, choć inny. Gniazda były puste, ptaki nie wracały. Ziemia była cięższa, chłodniejsza, jakby pamiętała, że Kat wróciła świadomie. Błądziła przez czas, który nie miał jednostki. Pamiętała wszystko — kim była, kim była w mgle, kim stała się dzięki Seraphantowi i Maranoxowi. Wiedziała jedno: nie mogła wyjść sama. Las nie był labiryntem, był oczekiwaniem. Aż znalazła drzewo — puste w środku, wydrążone przez coś, co kiedyś próbowało tam schować się samo. Kat użyła drzewa. Nie z rozpaczy, lecz decyzji. Świadomie wzięła formę, której las nie przewidział. Gniazda zadrżały. Korzenie napięły się, próbując cofnąć ruch, cojuż się wydarzył. Pozytywka ucichła w połowie nuty. I nagle — nic.

Tylko echo, rozchodzące się przez sen, mgłę i lustra:

— Ktoś jednak po nią przyjdzie.

Las zmiennokształtnych nie zatrzymuje tych, którzy sami wybrali koniec. I gdzieś bardzo daleko ktoś właśnie zrozumiał, że Kat Astrofia zniknęła naprawdę.

Mgła nie opadała. Wprost przeciwnie — gęstniała, wijąc się pomiędzy ruinami miasta niczym żywy oddech samej pamięci. Z niej powoli, ostrożnie, wyłaniała się istota, której obecność była starsza niż cokolwiek, co pamiętała sama planeta. Nie miała kształtu, który dałoby się uchwycić wzrokiem, a jednak w jej obecności każde drzewo, każde zwierzę, każda powłoka powietrza zdawała się czuć jej wzrok — jakby widziała nie tylko teraźniejszość, lecz wszystkie przeszłe i przyszłe oddechy świata naraz.

Była świadkiem pierwszych dziejów, strażnikiem pamięci wszechświata, przybyła jednak nie po to, by wtrącać się w ludzkie sprawy, lecz by obserwować. Jej oczy — jeśli można je tak nazwać — spoglądały beznamiętnie, a jednocześnie z przenikliwością, jakby mogły odczytać każde pragnienie, każde zapomniane cierpienie. Mgła, która ją otaczała, zagrywała granice pomiędzy światem snu i śmierci, a rzeczywistością, tworząc zawieszoną przestrzeń, w której przeszłość i teraźniejszość splatały się w jedno.

Z mgły wyłonił się także Soren, ale nie był już człowiekiem. Nieumarła bestia rozpaczy, którą stał się przez swoją śmierć i tysiącletnie cierpienie, pojawiła się w tym samym momencie. Miasto Jawy przyjęło go z ciszą, jakby wiedziało, że w jego obecności nie ma miejsca na dźwięk ani ruch. Istota pradawna spojrzała na niego, nie wyrażając słowem ani gestem swojego sądu. A jednak wszystko w przestrzeni wokół wibrowało z pytaniem: czy Soren został tu sprowadzony celowo, czy przypadkowo?

„Nieprzypadkowo,” pomyślał Soren, choć nie pamiętał, kto był nim kiedyś, ani po co kiedykolwiek cierpiał. „Ta mgła, ten świat… to nie przypadek. Jest tu coś, co czekało na mnie.”

Pradawna istota była świadkiem końca wszystkiego — świadkiem upadku gwiazd, rozpadania się światów, rozpadu materii i myśli. Przybyła, by patrzeć, a jej cel był prosty i niezmienny: obserwować, nie ingerować, być jedynie kronikarzem końca. Soren jednak nie był świadkiem. On był ciosem końca — manifestacją rozpaczy, która nie znała współczucia ani litości. W jego wnętrzu pulsowała pamięć bólu, który zamienił go w demona zdolnego unicestwić całą planetę i jej mieszkańców.

„Po co mnie tu sprowadziła?” — myśl kłębiła się w Sorenie, gdy jego cienie rozlały się po ulicach. „Czy to ona mnie przywołała, czy ja sam z własnej woli przekroczyłem granicę śmierci?”

Pradawna istota nie odpowiedziała. Nie musiała. Soren czuł, że jej obecność wyznacza reguły gry: ona zna wszystkie odpowiedzi, wszystkie prawdy świata, ale nie wtrąca się w decyzje tych, którzy mają moc kształtować koniec. A on — demon rozpaczy — miał moc, której sama istota mogła tylko się przyglądać. Mgła zacierała granice między rzeczywistością a snem, a Soren — bestia, która kiedyś była człowiekiem — poczuł w sobie impuls: nieświadomy celu, niepamiętający dawnego życia, wiedział jedno: miał zakończyć wszystko, co żywe, wszystko, co pulsowało nadzieją. Świat Jawy był sceną, a on aktorem, który powrócił, by odegrać rolę unicestwienia. – A pradawna istota? Była tu, by patrzeć. By być świadkiem finalu. Ale w jej milczeniu kryło się ostrzeżenie: choć Soren był narzędziem zniszczenia, jej obecność mogła stać się zaklęciem, które zmieni trajektorię jego gniewu — jeśli potrafiłby zobaczyć, kim był naprawdę, zanim rozdarł świat na strzępy.



X. Requiem dla Martwego Miasta.

Miasto od dawna było martwe – choć nikt nie potrafił wskazać momentu jego śmierci. Mgła pojawiła się niespodziewanie, ciężka jak smoła, lepka jak niedopowiedziane wspomnienia. Wypełniała ulice z taką gęstością, że światło latarni tonęło w niej jak w ropie. Pachniała stęchlizną zapomnianych historii, gnijącymi snami i czymś jeszcze… jak oddech czegoś, co dopiero miało się narodzić. Mgła oplatała miasto jak żywa tkanina – rdza we krwi, pulsująca każdym oddechem. Ulice wciągały budynki, a budynki – ludzi, którzy stawali się częścią nierozróżnialnej, półpłynnej substancji.

W centrum miasta, tam gdzie kiedyś stał stary szpital psychiatryczny – czarna plama na mapie, budowla z wypalonymi drzwiami i pustymi oknami – coś zaczęło się dziać. Nikt nie pamiętał, kiedy powstał, ani kto w jego murach zginął, a kto uciekł. Wiedzieli jedno: tutaj śmierć nigdy nie była końcem. Szpital od lat niszczał, lecz teraz wyglądał inaczej. Jakby oddychał. Jakby w jego wnętrzu coś rosło, budziło się i rozpychało ściany z niemej rozkoszy istnienia. Korytarze falowały, ściany pulsowały rytmem chaosu; każdy korytarz był tunelem do innego wymiaru. Wciągał mutanty z lustrzanych odbić, zombie ciągnące za sobą strzępy snów, wilkołaki o sierści jak druty kolczaste, Wendigo zmieniające kształt ofiar, kosmitów migoczących jak błędne hologramy, zmutowanych nazistów eksperymentujących na duchach i hybrydach, oraz zmiennokształtnych przybierających postacie najgorszych traum.

Soren przesuwał się przez tunele, stapiając ciało z tynkiem, kamieniem i stalą. Jego mięśnie pulsowały jak splątane włókna, oczy odbijały wszystkie warstwy przeszłości: mutanty, hybrydy, wilkołaki, wampiry, duchy przodków, Wendigo i zmiennokształtne cienie. Mgła nad miastem falowała, pulsowała – jak oddech czegoś nienarodzonego. Blade twarze przodków przesuwały się nad ulicami, śpiewając stare zaklęcia, deformując budynki, zmieniając ściany w falującą tkankę. Mgła spłynęła z nieba i zmieszała się z krwią ulic. Puste wieżowce oddychały, jakby dopiero zaczynały prawdziwe życie. Mury drgały, pękały, rosły – nie były już budowlami, były tkankami. Szpital pękł jak kokon, a z jego wnętrza wyrósł nowy byt.

W centrum miasta powstała Katedra Cieni. Jej struktura łączyła metalowe żebra, organiczne membrany, świetliste neurony, betonowe wspomnienia i pulsujące żyły. Korytarze były snami, zakręty – rytuałami, sale – wyrwami w rzeczywistości. Soren wszedł w nią jak do domu, którego zawsze pragnął. Jego ciało – już nie ludzkie, nie ghulowe, lecz przemysłowo-organiczne – poruszało się lekko po językowatych posadzkach, które lizały jego stopy z czułością wiernego psa zrodzonego z rozkładu. Był częścią tego świata. I ten świat rodził się z niego. Katedra Cieni stała się jego królestwem. Miasto Mgły – jego terytorium. A mgła… mgła była teraz jego oddechem.

Pośród korytarzy pełnych ciemności czołgał się Soren – istota zszyta z mięśni, blizn i obcych wspomnień. Jego oczy świeciły zielenią zgnilizny, jak pochodnie zrobione z truchła. Od lat żywił się duszami zmarłych, przesiąkał nimi; ciała, które kiedyś należały do ludzi, stapiały się z nim jak elementy potwornego patchworku. Korytarze oddawały mu cześć – stary tynk łuszczył się i zsuwał pod jego dotykiem, ściany drżały jak tkanka nerwowa, jakby chciały wniknąć w jego ciało i stać się jego częścią.

Na pierwszym piętrze odbywał się sabat. Czerwone światło pulsowało jak bicie serca, powietrze było ciężkie od feromonów, dymu i starożytnej energii. Istoty o świecących oczach splatały swoje ciała z mutantami, hybrydami, wampirami i wilkołakami, deformując rytuał w machinę transformacji. Duchy przodków wykrzykiwały zaklęcia, deformując czas i przestrzeń, a kosmici wprowadzali wibracje wywołujące halucynacje i paranoję. Ciała rozpadały się i sklejały na nowo, wciąż i wciąż, jakby sama materia traciła stabilność. Soren napotkał ofiary w kostiumach Wendigo – ich ciała jednocześnie martwe i żywe, pulsowały krwią, mieszały się z cieniem, a jęki stawały się muzyką rytuału. Hybrydy stapiały się z energią, umysły wnikały w psychikę obserwujących, przekształcając ich w marionetki.

W podziemiach odkrył laboratoria, w których mutanty pożerały własne klony, zombie splatały się z hybrydami, a Soren wchodził w rytuały szamanistyczne przywołujące duchy i demony. Sufity i ściany falowały w rytm krzyków, a czas sam zginął, tworząc niekończącą się pętlę przemocy, pożądania i transformacji. Na szczycie sabatu, gdy krzyki i jęki zlewały się w piekielną symfonię, istoty prowadziły rytuał zwany Ofiarą dla Chaosu. Wampiry tańczyły z hybrydami, wilkołaki stapiały się z demonami, ghule pożerały własne odbicia, Wendigo deformowały przestrzeń, a kosmici rozciągali ciała jak glinę. Duchy przodków deformowały rzeczywistość samym dźwiękiem. Soren poczuł absolutną wolność. Jego ciało stapiało się z kamieniem i tynkiem, mięśnie pulsowały jak stalowe włókna, skóra ciągnęła się niczym lateks nasączony krwią. W jego oczach odbijało się wszystko, co kiedykolwiek zginęło w tym miejscu.

W centrum Katedry – Sali Tronowej – siedział Orpheon, ulepiony z mutantów, Wendigo, zombie, wampirów i hybryd. Obok niego stała Astrofiа, hybryda duchów przodków, cyfrowych kodów, mutacji i zmysłowych deformacji. Ich ciała były erotyką, śmiercią i renesansem jednocześnie. Katedra Cieni uświadomiła sobie własną egzystencję. Stała się świadomą narracją. Ściany szeptały:

— Śmierć i życie to tylko sen. A teraz ty śnisz mnie.

W tym chaosie poczuł wolność absolutną. Synaps uspokoiło się, lecz Soren poczuł, że nie może już odejść. Kto raz zrozumiał mechanizm, stawał się jego częścią. Horror potrzebował świadków bardziej niż ofiar. Bo tu nie chodziło o koniec. Chodziło o uczestnictwo. Soren zamknął kronikę i zrozumiał, że Synaps nie chce być ocalony. Potwory nie zniknęły. Cofnęły się tylko o krok — tyle, ile pozwalała jego świadomość. Kapsuły nad miastem zawisły nieruchomo, jakby czekały. Strach osłabł, ale nie umarł. Nigdy nie umiera. Kat spojrzała na niego bez cienia litości. — Teraz widzisz — powiedziała. — I właśnie za to zapłacisz.

...

XI. Powrót Stamtąd.

Nie zapisano, kiedy to się stało. Czas w tej księdze kończy się wcześniej niż słowa. Gdy zgasł ostatni sen, nie było już nikogo, kto mógłby to zauważyć. Świat nie wydał dźwięku. Nie pękł. Nie zapadł się w sobie. Po prostu nie odpowiedział. Orpheon zatrzymał się na granicy mgły, gdzie wcześniej kończyły się morza, a później kończyły się imiona. Trzymał w sobie wszystkie sny, które zjadł, wszystkie twarze, które stały się jego twarzą, wszystkie wspomnienia, które nie chciały odejść. I po raz pierwszy nie potrafił zrobić z nimi nic więcej. Ostatni sen, nie był obrazem. Nie był pragnieniem. Nie był nadzieją. Był zgodą.

Orpheon spróbował go przyjąć, jak przyjmował wszystkie inne. Sen nie stawiał oporu. Nie krzyczał. Nie uciekał. A jednak nie dawał się zatrzymać. Przenikał go, nie zostawiając śladu, jakby nie należał ani do świata, ani do pamięci. Wtedy Orpheon zrozumiał, że nie został powołany, by pamiętać wszystko. Został powołany tylko po to, by nie dopuścić do kłamstwa. A kłamstwem byłoby istnienie po tym, co się skończyło.

Z okrętu zrobionego z rdzy zaczęły odpadać fragmenty czasu. Zegary w kabinie zegarmistrza stanęły jednocześnie. Skóry, z których były wykonane, nie obudziły się w nowych ciałach. Po raz pierwszy nikt nie musiał powtarzać swojego życia. Lustro pękło bez dźwięku. Nie odbiło niczego. Nie pożarło niczego. Pozostało puste. Miasto Synaps nie zostało zniszczone. Zostało zapomniane przez samo siebie. Ulice nie prowadziły już donikąd. Cienie nie miały do czego wracać. Drzewa, które nauczyły się mówić, zamilkły, bo nie było już słuchaczy.

Soren nie odszedł. Nie został. Echo, którym był, rozproszyło się, gdy nie było już serca, od którego mogłoby się odbić. Kat nie zniknęła — bo żeby zniknąć, trzeba najpierw istnieć. Gdy Orpheon przestał być świadkiem, nie było już komu kończyć świata. To nie był nowy początek. To nie była pustka, z której coś mogłoby się narodzić. To było miejsce, w którym nic nie musiało się już wydarzyć. Na ostatniej zachowanej stronie nie ma znaku, ani imienia, ani daty. Jest tylko przerwa w tekście, tak długa, że nie da się jej przeczytać. I to jest wszystko, co pozostało...

...Pomiędzy życiem a jego pojęciem. W stanie przejścia do świadomości świata, poza geografem świata, który wie, że umiera, dlatego zaczął opowiadać sam siebie. Pomimo iż czas był złamany kropka Bo ten przestaje czuć i znika wymazany zanim się skończy. Bo miłość nie ratuje, gdy emocje nie znajdują, ujścia w sztuce która pożera przestając być.

- Powiedz, co dalej? miałeś chronić.

- Nie wiem, ty mi powiedz! A ty miałeś łamać.

Lecz niekomfortowy ból, pozostał pod powieką czując tą stratę, nie chciał jej rozumieć. Byłaby to zdrada. Ten świat nie potrzebuje ratunku, bohaterów. Już od dawna był martwy, teraz tylko dogorywał, kończąc się przez utraconą zdolność w jej konsekwencjach. Bo ten świat zasłużył na koniec. Lecz nie w oczekiwaniu na kluczowe wydarzenie. Nie było nie było bitwy, tylko pęknięcie. Nie było wygranych i przegranych, tylko ofiary, który już nie miały marzeń. Oddając się pustce, tym samym zgodziły na koniec. Przestając istnieć, w uczciwej ciszy, bez obietnic, beznadziei, a nawet raz patrzy w poczuciu odejścia świata bez kłamstwa, udawania, że jest inaczej, bo było to nieuniknione.

Wszyscy wiedzieli, że na to zasłużyli.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij