Oskarżony rak. Śledztwo kryminalne - ebook
Oskarżony rak. Śledztwo kryminalne - ebook
Napisałem tę książkę po to, żebyś już nigdy nie bał się raka.
O raku pisano dotąd na dwa sposoby: o dietach i trybie życia, które pomagają w walce z nowotworem oraz w inspirujących biografiach osób, które tę walkę wygrały.
TA KSIĄŻKA JEST INNA: Napisana przyjaźnie, przystępnie, a nawet z humorem przez światowy autorytet w dziedzinie onkologii, po to, żebyśmy zrozumieli i nigdy już nie bali się raka.
Profesor Khayat traktuje raka jak potencjalnego mordercę.
Wszczyna śledztwo kryminalne i krok po kroku przedstawia profil zabójcy, miejsce zbrodni, sposób działania, narzędzie zbrodni oraz nasze słabe i silne punkty.
„Rozpoczynamy policyjne śledztwo. Nie daj się zwieść, rak to kryminalista. To potencjalny morderca, który niestety, jeśli nie zostanie zatrzymany na czas, zrealizuje swój plan: zbrodnię na niewinnej ofierze. Wspólnie, niczym detektywi, ruszymy tropem podejrzanego, aby zrozumieć, jakie czynniki prowokują rozwój raka. A wszystko to dzięki nowym wskazówkom. Bywa, że niektóre z nich mamy tuż pod nosem, ale nie potrafimy ich dostrzec! Domyślamy się, odgadujemy rolę pewnych czynników, niekoniecznie natomiast zdajemy sobie sprawę, że to one są narzędziem zbrodni! Każdemu z nas intuicja podpowiadała nieraz, że emocje mogą wpływać na nasze zdrowie. Nie zawsze jednak potrafiliśmy ogarnąć ogrom ich prawdziwego znaczenia. Bo, jak twierdzę, emocje rzeczywiście mogą przyczynić się do rozwoju złośliwej choroby. Pytanie brzmi: jak i dlaczego! Rozwiązaniem właśnie tej zagadki zajmiemy się w naszym śledztwie.”
„Ta książka na nowo definiuje najstraszliwszą chorobę współczesności – raka.
Zmienia fundamenty naszego rozumowania, pozwalając zaplanować walkę z silniejszym dotąd przeciwnikiem. Udowadnia, że emocje odgrywają rolę w nowotworzeniu i że nie jest to już tylko nowinka modowa. Zostajemy wprowadzeni w tajniki psychoonkologii raka, najnowszej koncepcji powstawania nowotworów. Zajrzyjcie do środka.
Bo to nie jest książka o raku, to książka, jak się przed nim bronić.”
Dr hab. n. med. LUCJAN WYRWICZ, prof. nadzw.
onkolog kliniczny
„Dziś wszyscy „walczą z rakiem”.
Ale ile osób tak naprawdę wie, co to znaczy?
Z tej książki dowiadujemy się, jak powstaje i rozwija się rak. Poznajemy wroga. Już starożytni mawiali „Poznaj dobrze wroga (…) a w stu bitwach nie doznasz klęski”. Gdy dowiadujemy się, że – jak dowodzi autor, a i my przeczuwaliśmy to od dawna – przyczyną raka są nasze negatywne emocje, cierpienie i stres, jeszcze nie podejrzewamy podstępu. Tym większe jest nasze zaskoczenie, że kiedy cierpimy my, to cierpią nasze komórki, które próbując popełnić samobójstwo, ostatecznie wywołują raka. Czy to oznacza, że tak naprawdę trzeba by walczyć z samym sobą?
Wybitny onkolog podsuwa nam propozycje radzenia sobie ze stresem. Każde wprowadzenie ich w życie to nasze małe zwycięstwo. A przecież „osiągnąć sto zwycięstw w stu bitwach nie jest szczytem umiejętności. Szczytem umiejętności jest pokonanie przeciwnika bez walki”: sami jesteśmy swoim najlepszym lekiem na stres, a co za tym idzie swoim najlepszym środkiem antyrakowym.”
Dr n. med. ANNA PIETRZAK
Klinika Gastroenterologii, Hepatologii i Onkologii Klinicznej
Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego,
Klinika Gastroenterologii Onkologicznej Centrum Onkologii-Instytutu im. Marii Skłodowskiej-Curie
Profesor DAVID KHAYAT, światowej sławy onkolog, wybitny i wybitnie empatyczny lekarz i naukowiec, prowadzi wojnę z rakiem na wszystkich polach i na całym świecie.
Kieruje oddziałem onkologii szpitala Pitié-Salpetriêre w Paryżu, jest wykładowcą Uniwersytetu Piotra i Marii Curie i MD Anderson Cancer Center w Houston. W 2000 roku zorganizował Światowy Szczyt Walki z Rakiem pod auspicjami prezydenta Francji i dyrektora generalnego UNESCO. Zainicjował powołanie paryskiej Izby do Walki z Rakiem. W latach 2004-2006 kierował Francuskim Narodowym Instytutem Raka (INCa) i jest jego honorowym przewodniczącym. Jest założycielem i przewodniczącym Fundacji AVEC, organizacji non profit, której celem jest poprawa jakości życia pacjentów onkologicznych i finansowanie programów badawczych. Od 2013 zasiada w zarządzie American Society of Clinical Oncology. Prowadzi wykłady na całym świecie – od USA po Japonię i Chiny. Jest twórcą narodowego programu edukacyjnego dla młodych lekarzy – „Master of Excellence in Medicine in Oncology" oraz założycielem Francuskiej Federacji Lekarzy Onkologów (FFOM). Zasiada w wielu francuskich i międzynarodowych organizacjach i komitetach, m.in. World Alliance of Cancer Research Organizations.
Jest laureatem wielu międzynarodowych nagród, m.in. American Association for Cancer Research, kawalerem najwyższych francuskich odznaczeń, m.in. Ordre National du Mérite (Order Narodowy Zasługi) i Legii Honorowej, a także Academic Palms, oraz Komandorem Orderu Imperium Brytyjskiego. Swoje badania w dziedzinie onkologii i farmakologii klinicznej przedstawił w kilkuset publikacjach naukowych. Prowadzi badania nad nowymi lekami i nowymi metodami diagnostyki i terapii nowotworów.
Książka OSKARŻONY RAK: ŚLEDZTWO KRYMINALNE stała się wydarzeniem 2018 roku we Francji i bestsellerem.
Media – od periodyków naukowych po „Le Figaro” i „Galę” – zgodnie okrzyknęły ją niezwykle ważną, odważną, odkrywczą, potrzebną i pożyteczną; książką, która niesie nadzieję i pozwala przegnać lęk.
| Kategoria: | Poradniki |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-241-8075-2 |
| Rozmiar pliku: | 5,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Rozpoczynamy policyjne śledztwo. Nie daj się zwieść, rak to kryminalista. To potencjalny morderca, który niestety, jeśli nie zostanie zatrzymany na czas, zrealizuje swój plan: zbrodnię na niewinnej ofierze. Wspólnie, niczym detektywi, ruszymy tropem podejrzanego, aby zrozumieć, jakie czynniki prowokują rozwój raka. A wszystko to dzięki nowym wskazówkom. Bywa, że niektóre z nich mamy tuż pod nosem, ale nie potrafimy ich dostrzec! Domyślamy się, odgadujemy rolę pewnych czynników, niekoniecznie natomiast zdajemy sobie sprawę, że to one są narzędziem zbrodni! Każdemu z nas intuicja podpowiadała nieraz, że emocje mogą wpływać na nasze zdrowie. Nie zawsze jednak potrafiliśmy ogarnąć ogrom ich prawdziwego znaczenia. Bo, jak twierdzę, emocje rzeczywiście mogą przyczynić się do rozwoju złośliwej choroby. Pytanie brzmi: jak i dlaczego! Rozwiązaniem właśnie tej zagadki zajmiemy się w naszym śledztwie.
Aby to zrobić, będziemy postępować metodycznie, krok po kroku. Po pierwsze, postaramy się zrozumieć, czym jest rak, jaki jest jego profil. Tak naprawdę powinniśmy myśleć o nim jak o osobie, dowiedzieć się, kim jest. Następnie weźmiemy pod lupę miejsce zbrodni, w którym się porusza. Przeanalizujemy również jego tryb działania: zobaczymy, jak się rozprzestrzenia, kiedy i dlaczego powraca w postaci przerzutów, nawet wtedy, gdy pierwotny guz został usunięty. Następnie zbadamy broń, która służy mu do popełnienia zbrodni, broń będącą przedmiotem mojego odkrycia. Wreszcie, postaram się wyjaśnić, jak utrzymać w ryzach to zagrożenie, które stało się globalną plagą.
Przez te wszystkie lata, jako uniwersytecki naukowiec zajmujący się nowotworami, profesor onkologii, kierownik jednego z najlepiej rozwiniętych oddziałów onkologicznych, czułem się w obowiązku twierdzić jedynie to, co wynikało z przeprowadzonych badań naukowych, wyłącznie to, co udowodniono w poważnych pracach, metodologicznie bezbłędnych i opublikowanych tylko w najlepszych czasopismach. Bo przecież tak wielu szarlatanów pozwala sobie pleść niestworzone historie na temat tej czy innej diety cud, tej czy innej metody na uniknięcie raka lub, co gorsza, na jego wyleczenie! Wszyscy ci handlarze magicznych pigułek, wszelkiego rodzaju opartych na ziołach „bioterapii”, wyciągów z łożyska i cudotwórczych proszków… Ileż razy widziałem, jak biedni, łatwowierni pacjenci, mający realną szansę na wyleczenie raka, tracili cenny czas, goniąc za tymi wszystkimi chimerami? Jak wyrazić frustrację na widok wszystkich naiwnych pacjentów, zagubionych pośród ruin własnego życia, które rak obrócił w gruzy, chwytających się byle obietnicy, każdej choćby najbardziej groteskowej teorii?
Przez te wszystkie lata zgadzałem się publicznie mówić tylko o tym, co rzeczywiście potwierdziła nauka. Wszystkie procedury, które wprowadzałem, wszystkie strategie, które wymyślałem, opierały się wyłącznie na dowodach naukowych, mało tego, na dowodach w jednoznaczny sposób zweryfikowanych przez mój umysł wyćwiczony w krytycznym podejściu do publikacji. Nie godziłem się z istnieniem, na rozległym polu nauki i medycyny, tzw. szarej strefy, czyli obszaru myśli medycznej, w którym dowody byłyby mniej pewne, mniej kategoryczne. Wszelka informacja na temat raka miała dla mnie wartość i zasługiwała na uwagę tylko wówczas, gdy stanowiła efekt niepodważalnych badań o nienagannej metodologii. W przeciwnym razie mogła być, i owszem, interesująca, ale nie stawała się częścią mojego arsenału myślowego.
A jednak, muszę przyznać, ta bezkompromisowa postawa sprawiała, że tym bardziej zastanawiająca była dla mnie jako lekarza niemożność zrozumienia przyczyn choroby, z którą się zmagałem. Skąd tak naprawdę bierze się rak? Dlaczego dotyka akurat tej młodej kobiety, a nie innej? Dlaczego atakuje pierś, a nie żołądek czy płuco? Biologia molekularna dostarczała nam odpowiedzi na zasadne pytanie „jak” – przyjrzymy się temu później – ale pozostawiała niedosyt, gdy staraliśmy się znaleźć odpowiedź na pytanie „dlaczego?” Faktycznie, o ile zaczęliśmy pojmować, w jaki sposób dana komórka staje się nowotworowa lub jak się rozwija w raka, byliśmy bezsilni, jeśli chodzi o zrozumienie, dlaczego komórka ta staje się nowotworowa lub dlaczego dochodzi do powstania takiego czy innego nowotworu. Te pytania, dotykające samej istoty choroby, nurtowały mnie od zawsze, bo mój umysł nigdy nie mógł pogodzić się z powszechnym fatalizmem. Zrozumienie przyczyn powstawania raka było jedynym realnym źródłem nadziei, nie tylko na to by go leczyć, ale nawet więcej, i co najważniejsze, aby mu zapobiegać. W tym czasie mój umysł nie był już pewny, gdzie szukać odpowiedzi na te fundamentalne pytania.
Aż pewnego dnia… Miała na imię Florence. Była wspaniała, błyskotliwa, pełna humoru, nawet w najczarniejszych momentach tych siedmiu lat, gdy wspierałem ją w walce z chorobą. Zmarła trzy tygodnie przed ukończeniem dwudziestego dziewiątego roku życia. Miałem jej raka pod kontrolą przez siedem lat, przez kolejne sesje chemioterapii i remisje choroby. Aż w końcu nowotwór nagle zaczął się rozwijać w piorunującym tempie, atakując jeden po drugim wszystkie narządy; uodpornił się stopniowo na wszystkie leki, na radioterapię, na wszelkie metody leczenia, które próbowałem wprowadzić. Rak pokonał ją w niespełna trzy miesiące, gdy już wszystko wydawało się być pod kontrolą. Nie mogłem pojąć, co takiego sprawiło, że sytuacja tak nagle się odwróciła. Z medycznego punktu widzenia, to znaczy w kategoriach stricte biologicznych, na pozór nie pojawiło się nic, co mogłoby wywołać tak brutalny i gwałtowny spadek odporności, którą ja i ona budowaliśmy, aby utrzymać chorobę w ryzach. Nic! Na pozór. Nic prócz tego, że cztery miesiące przed śmiercią zostawił ją mąż.
Jestem daleki od jakichkolwiek ocen moralnych tej sytuacji. Nie. Bardziej interesuje mnie czy zastanawia emocjonalny wpływ tych wydarzeń na Florence: odejście męża, powodów którego tak naprawdę nigdy nie wyjaśnił, oraz jej poczucie utraty podpory i busoli. Florence musiała odtąd stawić czoło samotności. Dodajmy do tego świadomość, że odtąd była zdana na samotną walkę, ale także poczucie zranionej miłości własnej. To tak brutalne porzucenie zrodziło przekonanie, że w oczach męża straciła jakąkolwiek wartość. Jak łatwo sobie wyobrazić, wszystko to do głębi nią wstrząsnęło i zachwiało. Aby poradzić sobie z tym ogromem bólu emocjonalnego, jej ciało postanowiło wówczas popełnić samobójstwo, zaprzestając walki z chorobą. Nieodparta fala smutku, jednym słowem, rozpacz, zgasiła w niej wszelkie światło, wszelką wolę życia, do tego stopnia, że pozwoliła rakowi wygrać tę walkę.
Minęło kilka lat, nim uznałem związek między tym, co Florence przeżyła kilka miesięcy przed swym odejściem, a nieoczekiwanym i śmiertelnym rozwojem jej nowotworu. Oczywiście można się ze mną spierać, że w tym, iż leczony przez siedem lat rak rozwija się nagle w taki sposób, nie ma nic wyjątkowego, że to w sumie dość banalny rozwój sytuacji. A jednak po czterdziestu latach zmagań przy łóżkach tysięcy pacjentów mam dziś prawo stwierdzić, że zetknąłem się z niezliczonymi przypadkami w uderzający sposób ukazującymi związek emocji z rakiem na wszystkich etapach choroby. Świadomość ta nie pojawiła się u mnie nagle, w wyniku czegoś na kształt prania mózgu, które wymazałoby cały bagaż naukowy i cały zmysł krytyczny, żeby nie powiedzieć sceptyczny, wyćwiczony podczas tylu lat praktyki.
Nie. To wrażenie zaczęło dochodzić do głosu w mojej głowie stopniowo, z początku niemal niepostrzeżenie… Najpierw z miejsca je odrzuciłem, odparłem, potraktowałem jako śmieszną niedorzeczność. Ale przypadek po przypadku, choroba po chorobie, hipoteza o tym, co może być prawdziwą przyczyną raka, w końcu wzięła górę. Mój ogarnięty wątpliwościami umysł ostatecznie przyjął do wiadomości, że pewne emocje mogą odgrywać rolę w pojawieniu się lub nasileniu choroby. Ale prawdziwe pytanie brzmiało: jak?
Uznałem również, że ten związek jest widoczny na wszystkich etapach choroby. Oto inny przykład: tym razem niedotyczący rozwoju bardzo już zaawansowanego raka z przerzutami, ale samego źródła choroby, warunków jej pojawienia się, wystąpienia. Niespełna rok temu podczas mammografii kontrolnej u jednej z moich pacjentek, Caroline, wykryliśmy duży guz w lewej piersi. Badania palpacyjne i obrazowe wykazały zajęcie węzłów chłonnych pod pachą. Jej poprzednie badania, wykonane ledwie rok wcześniej, były całkiem prawidłowe. Po kilku sesjach chemioterapii, radioterapii na cały obszar piersi i po pierwszych dawkach mającego trwać pięć lat leczenia hormonalnego Caroline osiągnęła stan całkowitej remisji. Badania, w tym te najdokładniejsze, dowodziły, że wszystko wróciło do normy. Na ostatniej wizycie wyznała mi po raz pierwszy, że dwa lata wcześniej, czyli mniej więcej rok przed wykryciem raka, przeżywała małżeński kryzys. Od pewnego czasu odnosiła wrażenie, że mąż stał się jakiś inny, niemal obojętny. Pewnego ranka, zżerana podejrzeniami, włączyła jego telefon i przeczytała SMS-y. Miał kochankę. Aby się upewnić, wynajęła nawet prywatnego detektywa. Po dwóch tygodniach nie było już najmniejszych wątpliwości. Załamała się z żalu, zwłaszcza gdy odkryła coś jeszcze: mąż zdradzał ją z jedną z jej najlepszych przyjaciółek. Po kryzysie, który wstrząsnął jej związkiem, choć ten zawsze wydawał się solidny, mąż wyraził skruchę, przeprosił i obiecał, że się to więcej nie powtórzy. W rezultacie nie doszło do rozpadu małżeństwa. A jednak, jak mi wyznała, wszystko się zmieniło i rozstroiło: ufność, którą w nim pokładała, jej miłość, pewność, że więzi, które ich łączą, są niezachwiane i oparte na wzajemnym szacunku. Jej serce ogarnął ogromny smutek, głuchy i milczący. I przejął ster jej życia. Wtedy, potajemnie, podstępnie, radość życia stopniowo ustąpiła miejsca głębokiej udręce. A w jej piersi pojawił się rak. Oba nieodległe zdarzenia ilustrują to, o czym jestem dziś głęboko przekonany i co jest tematem książki, którą czułem się w obowiązku napisać.
Po życiu spędzonym przy łóżkach wszystkich moich pacjentów to dla mnie ulga, że mogę potwierdzić moje przekonanie, że istnieje realny związek przyczynowo-skutkowy między naszymi emocjami a rakiem, a zwłaszcza że mogę podzielić się wiedzą o tym, w jaki sposób związek ten się ujawnia.
Dlaczego tak długo zwlekałem? Dlaczego wreszcie poczułem ulgę? Ponieważ ja, człowiek, który zawsze chciał być jedynie naukowcem, potrzebowałem wiele czasu, by uświadomić sobie, że mogę uznać coś, czego nauka nie jest w stanie udowodnić w ostateczny sposób. Bo tak naprawdę nie ma wielu badań potwierdzających hipotezę, że emocje faktycznie mogą wywołać raka.
A jednak. To temat niewątpliwie nie tylko pasjonujący nas wszystkich, ale przede wszystkim drażliwy. Jeżeli jest w nim coś, co nas niepokoi, dotyczy to pochodzenia choroby, a dokładniej odpowiedzi na pytanie, czy psychika w ogóle, a emocje w szczególności mogą powodować raka – niektórzy mówią w tym kontekście o psychogenezie raka. Coś o tym wiem: nie ma ani jednej kolacji, ani jednego publicznego wykładu, ani jednej konferencji, na której jestem prelegentem lub w której uczestniczę jako słuchacz, żeby nie zadawano mi tego nieustannie powracającego pytania. Trzeba przyznać, że wszyscy czujemy się dziś osaczeni, oblegani przez tę chorobę. Przytoczmy kilka liczb: we Francji na raka zapada mniej więcej co drugi mężczyzna i co trzecia kobieta. Liczba nowych przypadków rośnie z roku na rok i podwaja się praktycznie co dwadzieścia, trzydzieści lat. Dziś rak dotyka blisko 400 000 Francuzów rocznie i, niestety, zabija około 150 000 z nich, stając się główną przyczyną zgonów. Takie są fakty: ponad 1000 nowych przypadków i 400 zgonów dziennie. Jeśli chodzi o bardziej szczegółowe dane, u mężczyzn trzy najczęstsze nowotwory to rak prostaty, płuc i jelita; u kobiet – rak piersi, jelita i płuc. Zauważ, że o ile liczba nowych przypadków raka piersi już niemal przestała rosnąć, liczba zachorowań na raka płuc rośnie w galopującym tempie, zwiększyła się siedmiokrotnie w ciągu trzydziestu lat!
Dlaczego choroba częściej atakuje mężczyzn niż kobiety? U mężczyzn występuje 20% więcej czynników ryzyka zachorowania na raka niż u kobiet. Według naukowców z ośrodka walki z rakiem Dana-Farber w Bostonie ten brak równowagi można tłumaczyć genetyką. Ich zdaniem podwójny chromosom X, specyficzny dla bagażu genetycznego kobiety, chroni płeć piękną. Ale inne czynniki, choćby takie jak higiena życia, również mają tu znaczenie. Mężczyźni narażają się na działanie większej liczby czynników ryzyka: mają większą skłonność do palenia – chociaż różnica między płciami zaczyna się zacierać – częściej także zapadają na nowotwory o podłożu zawodowym (a więc wynikające z narażenia na czynniki lub procesy rakotwórcze w środowisku zawodowym).
Na poziomie globalnym liczby wcale nie przedstawiają się lepiej. W 2000 roku rozpoznano 10 milionów nowych przypadków, a rak spowodował 6 milionów zgonów. Dane opublikowane przez WHO (Światową Organizację Zdrowia) wskazują, że w 2020 roku, a więc już za dwa lata, zdiagnozowanych zostanie 20 milionów (dwa razy więcej!) nowych przypadków, a rak zabije tego roku na całym świecie 10 milionów ludzi. Już dziś rak zabija częściej niż AIDS, malaria i gruźlica łącznie! Jeżeli ktoś interesuje się tą plagą, podstawowe znaczenie ma zrozumienie jej źródeł, odpowiedź na pytania „dlaczego i jak”, co pozwoli na wprowadzenie możliwie najskuteczniejszych środków profilaktycznych.
W świetle podanych liczb nietrudno wyobrazić sobie ogrom tragedii wywołanych rakiem, cierpienia osób dotkniętych tą chorobą, które, pomijając strach i przerażenie w momencie rozpoznania, znoszą trudy leczenia, a potem, jakże często, umierają w męczarniach. Nie mówiąc o tych wszystkich, którzy nie są bezpośrednio dotknięci chorobą, ale towarzyszą bliskiej osobie w tej próbie. Jest to również próba dla nich samych. Jednym słowem, nowotwór złośliwy nie jest chorobą jak każda inna. Czujemy to za każdym razem, gdy dowiadujemy się o czyjejś śmierci. Nie reagujemy w ten sam sposób, gdy ktoś, kogo znamy, umiera na zawał lub cukrzycę i gdy umiera na raka: w tym drugim przypadku każdego z nas przeszywa, choćby na ułamek sekundy, dreszcz niepokoju.
Jeśli dobrze się zastanowić, nowotwór nosi szczególne znamiona fatalizmu, smutku i tajemnicy! Słynna „długa i ciężka choroba”! Dla większości z nas rak jest chorobą budzącą przerażenie. Jest przerażająca, bo pozostaje tajemnicza. Jej tajemniczość zawiera się w kilku uniwersalnych pytaniach: skąd się bierze? Dlaczego ja? Dlaczego, gdy już wydawało, że jestem wyleczony, rak powraca, a często nawet atakuje inne narządy? Wreszcie, dlaczego nowoczesnej nauce, przy wszystkich jej osiągnięciach, nie udaje się raz na zawsze zwalczyć choroby? Czy to moja wina? Czy istnieje jakiś związek między moim życiem czy trybem życia a rakiem? Na przykład, jeśli wziąć pod uwagę (rzecz jasna, słusznie!), że tytoń jest główną przyczyną raka płuc, jak to jest możliwe, że choroba ta atakuje osoby, które nigdy nie paliły? A przecież tak właśnie się dzieje, skoro liczba zachorowań na raka płuc, zwłaszcza u niepalących kobiet, wzrosła o ponad 200% w ciągu ostatnich piętnastu lat!
Kiedy postanowiłem napisać tę książkę, żeby wyrzucić z siebie pewne rzeczy, liczyłem na to, że moje doświadczenie onkologa okaże się pomocne dla każdego z czytelników. Aby strach przed rakiem nie był przemożny, rzucam na tę chorobę inne światło, przedstawiam inną prawdę, moją prawdę. To jest to, do czego się tu zobowiązuję: pomóc ci spojrzeć na sprawy wyraźniej, dać wskazówki i lepiej ochronić cię przed tą chorobą. Abyś był silniejszy od strachu. Ten zakład jest do wygrania! Po raz pierwszy, dzięki lepszej znajomości jego trybu działania, będziesz mieć narzędzia, aby trzymać raka w ryzach.
Nie jest to łatwe zadanie, dlatego poświęcimy na to tyle czasu, ile będzie trzeba. Nasze śledztwo, które powinno przynieść wszystkie potrzebne wyjaśnienia, przeprowadzimy krok po kroku, w najprostszy możliwy sposób. Gwarantuję, nasze odkrycia pomogą przezwyciężyć lęk, jaki budzi ta choroba. Nigdy już nie będziesz bał się raka i sam staniesz się dla siebie najlepszym środkiem antynowotworowym!1. PROFIL ZABÓJCY
KIM JEST RAK?
Rozpocznijmy nasze dochodzenie od „profilowania” naszego seryjnego mordercy: raka. Aby lepiej zrozumieć mechanizmy jego działania, skoncentrujemy się na interpretacji dowodów (czyli na chorobie) i zrozumieniu interakcji „zbrodniarz – ofiara”. Na podstawie analizy zachowań zabójcy i ofiary będziemy w stanie odpowiedzieć na odwieczne pytanie: „Dlaczego rozwinął się rak?” Dlatego też, aby zmienić reguły gry, pora spojrzeć na raka jako na osobę z jej zachowaniami, motywacjami itp. A zatem, jak wygląda profil zabójcy? Pierwszy krok: identyfikacja śladów pozostawionych przez sprawcę.
Tak naprawdę, aby zyskać na czasie, równie dobrze moglibyśmy pominąć pewne kroki i powiedzieć, że rak jest po prostu „kulką”; w każdym razie tak większość z nas o nim myśli. I nie jest to błąd, bo rak przybiera najczęściej postać zgrubienia – w piersi, płucu lub innym narządzie. Bywa, że ma kształt maczugowaty i jest nieco rozciągnięty po jednej ze stron, wtedy mamy do czynienia z polipem umiejscowionym w okrężnicy lub na strunie głosowej w krtani. Więc, okej, powiedzmy, że rak jest kulką.
Ale idźmy krok dalej w naszym dochodzeniu: zadajmy pytanie, z czego zrobiona jest ta kulka? Jeśli weźmiemy jedną z nich i potniemy ją na plasterki, zobaczymy pod mikroskopem, że ta kulka – która jest niczym innym, jak tym, co nazywamy guzem – składa się z dziesiątek tysięcy małych elementów stłoczonych jeden przy drugim. Te małe elementy to komórki. Aby zrozumieć, jak bardzo są małe, wyobraź sobie, że pojedyncza rakowa kulka o średnicy jednego centymetra – a więc wielkości fasolki – mieści miliard komórek rakowych – tysiące milionów, zbitych jedna przy drugiej! Ta liczba jest tak wielka, że aż trudno w to uwierzyć! A zatem: rak jest niczym innym jak małą kulką składającą się z miliardów komórek. Najważniejsze pytanie brzmi następująco: jak dochodzi do powstania takiego skupienia? Jakie są tego przyczyny? Jakimi narzędziami rak popełnia swą zbrodnię z premedytacją?
Jeśli dokonać przeglądu przyczyn nowotworów we Francji, okazuje się, że około 30% z nich jest spowodowanych przez tytoń, a 30% przez nasze naturalne hormony, takie jak estrogeny, które u kobiet mogą powodować raka piersi, lub testosteron, który wywołuje u mężczyzn raka prostaty. Hormony te działają niczym nawozy, stymulatory wzrostu wszystkich naszych narządów, których rozwój wiąże się z naszą hormonalną równowagą. I tak, przed osiągnięciem dojrzałości płciowej, to znaczy, zanim jajniki zaczną funkcjonować, piersi prawie nie istnieją. Dopiero później, w wieku trzynastu, czternastu lat, jajniki zaczynają wydzielać hormony żeńskie, estrogeny i progesteron, a piersi zaczynają się rozwijać, stając się kobiecymi piersiami, gotowymi do wytwarzania mleka i wykarmienia dziecka, ponieważ z chwilą osiągnięcia dojrzałości młoda kobieta może zajść w ciążę i wydać na świat potomstwo. To cykliczne wydzielanie pobudzi rozwój macicy i przygotuje kobietę do przyjęcia jajeczka, które zostanie usunięte podczas menstruacji, o ile naturalnie nie nastąpi zapłodnienie. U mężczyzn w okresie dojrzewania jądra zaczynają wydzielać męski hormon, testosteron, który pobudza wzrost prostaty, aby umożliwić produkcję nasienia. W rzeczywistości, w obu przypadkach, zarówno u mężczyzn, jak i u kobiet, mamy do czynienia z narządami, których komórki są szczególnie wrażliwe na informacje dostarczane przez hormony płciowe. Ale stymulacja hormonalna, mimo że niezbędna, bo przygotowująca nas do możliwej reprodukcji, może mieć czasami szkodliwy wpływ. Dzieje się tak, gdy dochodzi do stymulacji wzrostu pojedynczej komórki jednego z tych narządów, która, jeżeli się uniezależni (uzłośliwi), doprowadzi do powstania raka.
Na trzeciej pozycji wśród istotnych czynników nowotworzenia znajduje się odżywianie , które również należy do grona wspólników naszego zabójcy. Jest odpowiedzialne za rozwój blisko 20% nowotworów! W jednym na pięć przypadków pojawienie się raka jest konsekwencją tego, co jemy, jak wybieramy nasze pożywienie i jak je przygotowujemy. Niezbędna jest zdrowa, zrównoważona i zróżnicowana dieta, uwzględniająca naturalne pory roku. Przyczynia się ona do zapobiegania niedoborom, otyłości, nadmiarowi cholesterolu i cukrzycy, chorobom przewlekłym, a niekiedy nowotworom. Ważne jest również różnicowanie metod gotowania: gotowanie na grillu lub w woku jest w oczywisty sposób rakotwórcze. Jedzenie produktów przygotowanych na grillu, powleczonych czarnym nalotem spalenizny, jest równoznaczne z przyjmowaniem tych samych substancji, które znajdują się w dymie tytoniowym, co wiąże się podobnym zagrożeniem dla zdrowia.
Pozostali wspólnicy, ostatnie 20%, to łącznie: czynniki zakaźne, takie jak wirus brodawczaka, w przypadku raka szyjki macicy, prącia, odbytu i jamy ustnej czy wirus zapalenia wątroby w przypadku raka wątroby; czynniki fizyczne, takie jak naturalna lub wywołana sztucznie radioaktywność albo promienie słoneczne odpowiedzialne za raka skóry; wreszcie predyspozycja genetyczna, która np. odpowiada za 5% przypadków raka piersi, jak miało to miejsce w przypadku Angeliny Jolie, częstsze rodzinne występowanie raka okrężnicy i większości pozostałych nowotworów.
A gdzie w tym wszystkim emocje, spytasz? Celowo jeszcze o nich nie wspomniałem. Najpierw musimy zrozumieć, kim jest nasz zabójca, określić jego profil. A to zaczyna się od identyfikacji pozostawionych przez niego śladów.
ŚLADY KOMÓRKOWE
Komórka
Wszystko zaczyna się od komórki! Jeśli chcemy posunąć się do przodu w naszym dochodzeniu, musimy zadać sobie pytanie, czym właściwie jest komórka i skąd się ona bierze. W rzeczywistości komórki są niczym małe cegiełki, które, powiązane ze sobą, stanowią budulec wszelkich form materii ożywionej. Wszystko, co żyje na Ziemi – rośliny, zwierzęta, ludzie – wszystko, dosłownie wszystko, co żyje, zbudowane jest z tych małych komórkowych cegiełek. Dorosłe ludzkie ciało zawiera ich około miliona miliardów, czyli 10 do potęgi 15! Komórki te stanowią podstawowy budulec wszelkich form życia: w rzeczywistości nowa forma życia, cokolwiek by to było, zawsze zaczyna się od zapłodnienia komórki żeńskiej przez komórkę męską, jak zapłodnienie komórki jajowej przez plemniki u ludzi czy zapylenie słupka przez pyłek u roślin. Z chwilą zapłodnienia pojawiają się dwa zjawiska: jedno ilościowe, drugie jakościowe.
Zjawisko ilościowe umożliwia proces kształtowania się osobnika danego gatunku. Rozpoczyna się w pierwszych sekundach po zapłodnieniu i ostatecznie prowadzi do pojawienia się milionów miliardów komórek. Tylko jak przejść od jednej komórki do milionów miliardów komórek? To proste! Poprzez serię podziałów: pierwsza komórka nowo powstałego życia dzieli się na dwie komórki. Następnie obie komórki znów podzielą się i dadzą 4, potem 8, 16, 32, 64, 128 itd. Aż osiągną liczbę rzędu miliona miliardów – przynajmniej, jeśli chodzi o człowieka.
Żywa materia ma niewiarygodną zdolność do proliferacji, niemal z niczego. Potrafi przejść od skali nieskończenie małej do nieskończenie dużej! Zwróćmy uwagę, że dotyczy to wszystkich żywych istot: zarówno delikatnego kwiatka, jak i majestatycznego słonia. Świat komórkowy cechuje rzadka i niezwykła złożoność, i właśnie ta złożoność oraz jej liczne właściwości pozwalają organizmom przystosować się do często potwornie wrogiego środowiska, któremu muszą stawić czoło. Jak zobaczymy później, proliferacja komórkowa zachodzi w czasie ciąży. Konieczne jest przejście od mikroskopijnej, zapłodnionej komórki, całkowicie niewidocznej gołym okiem, do dziecka, które wyjdzie z łona matki! Ale to samo zjawisko zachodzi także, choć w znacznie wolniejszym tempie, w ciągu całego życia, i to w przypadku wszystkich naszych narządów, ponieważ nasze komórki, aby ustąpić miejsca zupełnie nowym, umierają piękną śmiercią. Każdego dnia wymieniamy ich około 70 milionów! Cóż za wspaniała robota!
To prawda, nasze komórki nie są wieczne. Tak jak i my, rodzą się, żyją, aby wypełnić swoją misję, potem starzeją się i umierają. Są wyposażone w zegar biologiczny, który w każdym momencie mówi im, ile czasu im zostało. Każda komórka naszego ciała, zależnie od narządu, którego jest częścią, ma własną, określoną długość życia: na przykład czterdzieści osiem godzin dla komórek naszych ust, siedem dni dla białych krwinek itp.
Oprócz naturalnej proliferacji komórek jest jeszcze jeden przypadek, w którym proces ten jest wyraźnie widoczny: to gojenie. Dochodzimy do sedna! Weźmy na przykład skórę dłoni. W każdej chwili niektóre starzejące się komórki umierają i są zastępowane nowymi. Dzięki temu warstwa skóry dłoni pozostaje stabilna. Teraz wyobraź sobie, że dochodzi do przypadkowego zranienia i oderwania niewielkiego fragmentu skóry. Masz na dłoni krwawiącą ranę, która nie jest już pokryta skórą właściwą. Komórki znajdujące się na krawędzi rany zaczynają rozmnażać się w szybkim tempie i stopniowo skaleczenie się zabliźnia. Właśnie dzięki produkcji komórek skóry za kilka dni rana przestanie być widoczna! To nazywamy gojeniem. Na tym polega nasze zjawisko ilościowe: komórki dzielą się, by wytwarzać żywą materię.
Równolegle pojawia się również drugie zjawisko, tym razem jakościowe. Weźmy na przykład człowieka: zanim osiągnie stadium embrionalne, przyszła istota ludzka składa się już z kilkuset komórek, które zaczynają generować mechanizm „różnicowania”. Na czym to polega? Ten etap można postrzegać jako rodzaj świadomości komórkowej pojawiającej się w ściśle określonym momencie, w którym ten rodzaj żywej materii pozostaje wciąż całkowicie neutralny. Rodzące się komórki stopniowo przejmują inicjatywę i podejmują się zadań polegających na tworzeniu najrozmaitszych organów przyszłego ludzkiego ciała. Niektóre z nich staną się komórkami serca, inne nerek, wątroby, siatkówki oka, neuronów mózgu itd. Angażując się w ten nowy proces – dość niewiarygodny, przyznasz sam! – każda taka komórka rozwija „tożsamość” komórek narządu, który będzie tworzyć. Wszak komórki serca nie przypominają komórek mózgu czy jelita! Tej zmianie „tożsamości” towarzyszy dwoisty ruch, równie fundamentalny, a przy tym całkowicie niezmienny dla każdego gatunku istot żywych, bez którego żadne życie nie byłoby możliwe: ślad komórkowy to właśnie to! Ten ślad identyfikuje organ.
Nasze śledztwo prowadzi nas teraz do „genealogicznych”, by tak rzec, śladów komórek wspólników. To pozwoli nam zidentyfikować profil naszego seryjnego mordercy. Pierwszy krok: kiedy komórki różnicują się do komórek o „tożsamości” przyszłego organu, zmieniają swoje położenie względem siebie, aby zawsze trafić dokładnie w to miejsce, w którym ma się znajdować dany organ.
W ten sposób komórki serca znajdą się tam, gdzie mieści się serce. To samo dotyczy wszystkich innych części ciała i wszystkich innych narządów – klatki piersiowej, płuc, wątroby, nerek, siatkówki, kręgosłupa itd. Spróbuj wyobrazić sobie, jak skomplikowane są trasy, którymi poruszają się wspomniane komórki, aby trafić we właściwe miejsce, we właściwej relacji anatomicznej, i to jedne względem drugich! A jednak dla miliardów istot ludzkich, które żyją bądź żyły, dla milionów, które rodzą się co dnia, proces ruchu komórkowego przebiega z niewiarygodną precyzją i w nieodmienny sposób. Teraz rozumiesz, jak i dlaczego w obrębie danego gatunku wszystkie osobniki mają identycznie położone narządy! Pamiętaj o ruchu komórkowym. To kluczowy element. Musisz go zapamiętać na całą resztę naszego dochodzenia. A jeśli uważasz, że to jeszcze nic, poczekaj, aż poznasz drugi mechanizm, jeszcze bardziej zdumiewający…
W całym tym zgiełku modyfikacje komórkowe mają charakter nie tylko, by tak rzec, topograficzny. Są również natury fizjologicznej. Wróćmy do naszych komórek, które różnicują się, aby stać się pierwszą komórką przyszłego organu. Weźmy, dajmy na to, pierwszą komórkę serca. Gdy tylko się zróżnicuje, wciąż będzie się dzielić: jedna pojedyncza komórka da 2 komórki serca, potem 4, potem 8, 16, 32 itd., aż wszystkie łącznie stworzą w końcu organ zwany sercem. Ale narząd jest ważny o tyle, o ile spełnia przewidzianą dla niego funkcję. W tym przypadku funkcja serca polega na regularnych skurczach zapewniających krążenie krwi. Jednak serce bije tylko dlatego, że „bije” każda z komórek, które je tworzą, i to bije w doskonałej synchronizacji ze wszystkimi swymi małymi siostrzanymi komórkami. To, że każda komórka serca bije, sprawia, że bije serce, a to, że serce bije, sprawia, że krąży krew. Tak więc tym, co stanowi istotę tego nowego procesu modyfikacji komórkowej, jest nabycie przez pierwszą zróżnicowaną komórkę będącą komórką serca zdolności do bicia, jeszcze zanim dojdzie do utworzenia samego narządu. Ten punkt ma kluczowe znaczenie! To jest właśnie ta szczególna, nabyta zdolność, którą następnie przekazuje ona komórkom potomnym. Mam nadzieję, że pojmujesz ten podstawowy szczegół: komórka rządzi wszystkim i wszystko determinuje. Czy widzisz, dokąd zmierzam? Domyślasz się? Doskonale! Jesteś na dobrej drodze! Idźmy dalej!
Nabycie tej funkcji i przekazanie jej całej populacji komórek umożliwia powstającemu organowi ciała pełnienie przypisanej mu roli, i to przez całe życie, w miarę jak odbywa się wymiana komórkowa.
Jeśli wszystko, co dotychczas powiedziano, jest prawdziwe w odniesieniu do komórek serca, dotyczy to również innych narządów, niezależnie od tego, czy chodzi o komórki nerek zdolne do oczyszczania krwi i produkcji moczu, o komórki płuc wydychające dwutlenek węgla i wdychające tlen lub komórki mózgowe kontrolujące nasze ruchy, nasze uczucia lub nasze myśli. Czyż nie jest czymś fantastycznym, że tyle zróżnicowanych komórek wywodzi się u zarania od wspomnianej pierwszej komórki, czyli jajeczka zapłodnionego przez plemnik? Pierwsza komórka daje początek około 200 komórkom różnego typu, z których każda przekształca się w inny organ pełniący określoną funkcję. Dowodzi to, że pierwsza komórka nosi w sobie potencjalnie dwieście funkcji, stąd nazwa „totipotencjalności”. W rzeczywistości nie tylko zapłodnione jajeczko jest totipotencjalne, zdolne do różnicowania się w każdy dowolny rodzaj komórki. Totipotencjalność cechuje pierwsze kilka generacji komórek znanych ci pod nazwą „komórek macierzystych”. Zresztą to właśnie dlatego badania nad nimi wydają się tak obiecujące. Wszak wystarczyłoby – przynajmniej w teorii, bo nie jest to oczywiście tak proste – wziąć jedną z komórek macierzystych, umieścić ją w wadliwym organie i zmusić do zróżnicowania się w jego komórki, aby uzyskać zupełnie nowy narząd zastępujący ten, który przestał działać.
No dobrze. Teraz, gdy już zbadaliśmy ślad komórkowy, podsumujmy wszystkie informacje, jakimi dysponujemy. Będą nam potrzebne w naszym śledztwie. Oto pierwszy, wstępny bilans dochodzenia:
1. Wszystko, co żyje, składa się z komórek.
2. Wszystkie komórki człowieka, zwierząt, roślin wywodzą się z pierwszej zapłodnionej komórki mającej podwójne przeznaczenie: rozmnażać się, aby wytwarzać żywą materię, i różnicować się w celu tworzenia narządów.
3. Komórka rządzi wszystkim.
No i właśnie, może przyjrzelibyśmy się teraz, jak nasze małe komórki biorą swoje przeznaczenie we własne ręce?
Przypomnijmy! Zaczęliśmy od zidentyfikowania raka jako „kulki”, a następnie przyjrzeliśmy się temu, co ją tworzy, czyli komórkom. Wejdźmy teraz do wnętrza komórek, do skali nieskończenie małej, aby zobaczyć, jak działają. Rozpoczynamy oględziny, poszukując poszlak biologicznych. Chodzi o zapoznanie się z wzorcem myślenia komórki, który można by podsumować następująco: komórka myśli, więc jest.
ŚLAD GENETYCZNY
Geny
Mówiąc najprościej, komórka to maleńka kapsuła otoczona błoną, czymś w rodzaju foliowej torby, w której nosi elementy niezbędne do wykonywania swych zadań. A te są dwa: dzielić się, aby tworzyć nowe komórki (to zjawisko ilościowe, o którym już była mowa), i pełnić swą funkcję, przykładowo kurczyć się i rozkurczać w przypadku komórki serca (to zjawisko jakościowe). Przy tym jednak komórkę można porównać do komputera: nie da się jej używać bez oprogramowania. Zgodzisz się z tym: nie sposób napisać dokumentu bez programu do edycji tekstu lub znaleźć informacji w Internecie bez wyszukiwarki. Cóż, w przypadku naszej małej komórki jest dokładnie tak samo: komórka nie może dzielić się ani bić jak serce, jeśli nie ma właściwego „oprogramowania”. Tym oprogramowaniem są w rzeczywistości nasze geny!
Liczba i natura tych genów stanowią specyficzne dziedzictwo genetyczne każdego gatunku. Geny są rodzajem przepisów, które pozwalają komórce, nie, oczywiście nie przygotowywać potrawy, ale zrozumieć, co do niej należy, aby podzielić się lub wytworzyć narzędzia (w przypadku komórek są nimi różne białka) niezbędne do pełnienia własnej funkcji. Geny są spakowane w naszych chromosomach, których liczba i forma, znów, stanowią charakterystyczne cechy danego gatunku. U ludzi każda komórka zawiera 46 chromosomów, które łącznie mieszczą około 250 000 genów.
Gdy uważnie przyjrzeć się chromosomom, można zauważyć, że są wykonane z bardzo drobnych nici DNA. Wiesz, chodzi o to słynne DNA, o którym jest mowa w śledztwach policyjnych i które jest tak specyficzne dla każdej jednostki, że jeśli zostanie znalezione na miejscu zbrodni, umożliwia szybką identyfikację mordercy – pod warunkiem że jest zapisane w kartotece, ale to już inna historia. Tak więc w każdej z naszych komórek znajduje się 46 chromosomów. Każdy z nich składa się z dwóch nici DNA, które po rozwinięciu mierzą 2 metry długości. Dość powiedzieć, że nici te są cieniutkie, a co za tym idzie… bardzo delikatne z uwagi na swą długość. Wyobraźmy sobie, że mamy w naszym ciele około miliona miliardów komórek, z których każda zawiera 4 metry DNA. To oznacza, że długość połączonych nici odpowiada kilkukrotnej odległości dzielącej Ziemię od Księżyca! A przecież mówimy tu o DNA tylko jednej osoby!
Zwracam na to uwagę, by uzmysłowić, jak ekstremalnie cienka i krucha jest struktura naszego DNA, a przecież chodzi o nośnik tego, co dla nas najważniejsze: naszej tożsamości. Nasz genetyczny dowód osobisty to efekt mieszanki cech przekazywanych przez matkę i ojca. W rzeczywistości każde z nich, w chwili zapłodnienia pierwszej komórki, dostarcza połowę DNA. Tożsamość każdej jednostki zbudowana jest zatem po części z genów każdego z rodziców. Ten swoisty transfer, będący niczym innym jak tym, co zwiemy potocznie dziedzicznością, zachodzi przy każdym nowym zapłodnieniu w momencie przekazania DNA.
To dlatego każda z naszych komórek zawiera dwie nici DNA tworzące nasze chromosomy. Obie nici DNA – to niezwykle ważne – umiejscowione są w samym sercu komórki, równolegle do siebie, nawinięte na siebie w kształt helisy. Ten układ sprawia, że w każdym miejscu genomu znajdujemy dwa identyczne geny, które znajdują się naprzeciwko siebie: gen ojca i gen matki.
Jeżeli informacja przenoszona przez gen jest identyczna po obu stronach – aby określić przykładowo, posiadanie dwóch ramion (a nie jednego lub trzech!) – sprawa jest prosta, a cecha genetyczna zostaje natychmiast przetłumaczona i zrealizowana. Z drugiej strony, jeśli dwie informacje przenoszone przez znajdujące się naprzeciw siebie geny różnią się od siebie – jeśli np. twój ojciec ma niebieskie oczy, a twoja matka brązowe – wówczas system odczytu zachowa informacje z tzw. genu dominującego i będzie to ta informacja, która będzie przetłumaczona i zamieniona w ostateczną daną: kolor oczu przyszłej jednostki. Gen niedominujący nazywany jest recesywnym: jest on obecny w bagażu genetycznym odziedziczonym po rodzicach, ale nie podlega ekspresji, informacji z tego genu nie zobaczymy u dziecka. Podsumowując, nasza przenoszona w genach tożsamość to wynik subtelnej i wyszukanej mieszanki odziedziczonych przez nas cech.
Kod genetyczny
Wszyscy są tacy sami, a mimo to każdy wyjątkowy! Odziedziczona tożsamość zarówno ta gatunkowa, jak i osobnicza jest wynikiem niepowtarzalności naszych genów. Mówiliśmy już, że geny są jak odciski palców na długim „pergaminie” DNA, dzięki alfabetowi zwanemu kodem genetycznym. Spróbujmy go rozszyfrować…
Chodzi o niezwykle prosty alfabet, bo składający się tylko z czterech liter: A-T-C-G. Tym czterem literom odpowiadają cztery różne cząsteczki (adenina, tymina, cytozyna i guanina, to od ich pierwszych liter bierze się skrót „ATCG”), które, łącząc się ze sobą w ściśle określonym porządku, tworzą słowa. Te z kolei łączą się w zdania, aż wreszcie programują komórkę. To język komórkowy! Na dwumetrowej nici DNA znajdziemy trzy miliardy takich połączonych ze sobą liter, które łącznie definiują nasz bagaż genetyczny.
Przyjrzyjmy się raz jeszcze zebranym wskazówkom: każda z miliona miliardów komórek zawiera dwie nici, cztery metry DNA – składające się z trzech miliardów genetycznych liter. Cały ten mikroskopijny świat odpowiada naszej genetycznej tożsamości. Możemy już podać dwie cechy portretu pamięciowego naszego przyszłego zabójcy! Ekstremalna kruchość i wyjątkowa złożoność. Aby jednak zrozumieć, dlaczego nie u każdego z nas rozwija się rak, konieczne jest wskazanie trzeciej właściwości.
Pewnie już się domyślasz, że tą właściwością jest wytrzymałość. Wiemy już, że pewne szczegóły naszego wyglądu, takie jak choćby kolor oczu, włosów, czy wygląd kwiatu są genetycznie uwarunkowane i dziedziczone z pokolenia na pokolenie.
Jak już jednak widzieliśmy, geny te mieszczą się w chromosomach w strukturze o skrajnie małych rozmiarach, a co za tym idzie, o pewnym stopniu kruchości. Nie trzeba dyplomu politechniki, aby to rozumieć: ich kruchość może sprawiać, ba, nawet powinna, że geny ulegają z czasem uszkodzeniu i modyfikacji, co pociąga za sobą zmianę podlegających „produkcji” cech zewnętrznych – trzymając się naszego przykładu, zmianę koloru oczu lub wyglądu kwiatu. Tymczasem nic takiego nigdy się nie zdarza… Można sobie intuicyjnie wyobrazić, że przy całej swej kruchości system genów musi być jednak bardzo wytrzymały. Co by się stało, gdyby tej wytrzymałości zabrakło? Nasze delikatne geny ulegałyby uszkodzeniom i mogliśmy obudzić się pewnego ranka z trzema ramionami lub stać się blondynami z dnia na dzień! Na tej samej zasadzie róża nagle stałaby się stokrotką, a pies zamieniłby się w kota! Na szczęście podlegamy skutecznej ochronie odpornych genów, które przez całe życie osobnicze pozostają absolutnie stabilne.
To samo odnosi się do ewolucji: jesteśmy podobni pod każdym względem do ludzi, którzy żyli pięć lub dziesięć tysięcy lat temu. Nasze ludzkie cechy, będące wynikiem ekspresji naszych genów, praktycznie nie uległy zmianie, nawet w relatywnie dużej skali czasu, lub w każdym razie zmieniały się na tyle powoli, że jest to niemal niedostrzegalne. Stabilność ekspresji genów odpowiada w oczywisty sposób doskonałej równowadze między kruchością a wytrzymałością.
Podsumowując, z badania naszych genów wyłaniają się trzy właściwości: złożoność, kruchość i wytrzymałość. Jednak brak równowagi między dwiema ostatnimi właściwościami prowadzi do pojawienia się raka. W jaki sposób? To sedno zagadnienia, którym się zajmujemy! Za mną! Odkryjemy to razem.
_Koniec wersji demonstracyjnej._