Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Ostatni kontrakt Isako - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
29 września 2026
58,00 zł
5800 pkt
punktów Virtualo

Ostatni kontrakt Isako - ebook

Żyj w zgodzie z kodeksem, zgiń od noża

Isako jest legendarną mistrzynią walki, ale każda legenda kiedyś dobiega końca. Gdy jej wieloletni klient niespodziewanie odchodzi, Isako postanawia podążyć za nim na mroźne pustkowia odległej planety. Będzie mogła odejść z honorem, a jej rodzina wzbogaci się dzięki świadczeniu wypłaconemu po jej śmierci.

Kiedy jednak otrzymuje propozycję ostatniego kontraktu, nie potrafi odmówić – zwłaszcza gdy odkrywa, że w sprawę zamieszany jest Martim, jej dawny i zarazem najgorszy uczeń, który w niewytłumaczalny sposób wspiął się na sam szczyt. Isako wkracza w świat korporacyjnego szpiegostwa i mrocznych tajemnic, a to, co odkryje, może na zawsze odmienić los ludzkości wśród gwiazd.

Ostatni kontrakt Isako to powieść science fiction, jaką mogła napisać jedynie Fonda Lee. Jej akcja rozgrywa się w świecie, w którym pieniądze znaczą więcej niż lojalność, przedstawiciele elit mogą przedłużać życie albo je odbierać, a kobieta stojąca u kresu swojej kariery musi zdecydować, w imię czego naprawdę warto żyć. Albo umrzeć.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68919-73-8
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

KALENDARZ AKWILOŃSKI

Na Akwi­lo­nie doba ma dwa­dzie­ścia sześć godzin.

W skład tygo­dnia wcho­dzi sześć dni: dzień Sefy, dzień słońca, dzień księ­życa, dzień Bore­asza, dzień Terry i dzień bez pracy.

Akwi­lon nie ma księ­ży­ców, ale kalen­darz zacho­wał tra­dy­cję mie­sięcy. Mie­siąc składa się z trzy­dzie­stu dni.

Rok na Akwi­lo­nie ma trzy­sta sześć­dzie­siąt dni i dzieli się na sześć­dzie­siąt tygo­dni.

Stan­dar­dowa kon­wen­cja zapi­sy­wa­nia dat wygląda nastę­pu­jąco: rok.tydzień.dzień. Na przy­kład zapis 498.46.3 (krótka forma) ozna­cza dzień księ­życa, tydzień 46, rok 498 o.Z. (od Zało­że­nia).Jeden

„Jebać Zie­mię”.

Ostat­nie słowa kapi­tana Janusa Brady’ego, rok 44 o.Z.

Dzień księżyca wieczorem, 4. tydzień, rok 500 o.Z.

Na liście eta­tow­ców, któ­rym Prze­smyk Isako ma wrę­czyć wypo­wie­dze­nie z pracy, są jesz­cze dwa nazwi­ska.

Tylko dwa, dzięki wszyst­kim bogom ze Sta­rej Ziemi, w któ­rych nie wie­rzy. Ma już ser­decz­nie dość prze­ka­zy­wa­nia zawia­do­mień i peł­nie­nia funk­cji czar­nego cha­rak­teru, mimo że to wcho­dzi w jej zakres obo­wiąz­ków, a ludzie o tym wie­dzą i nie­na­wi­dzą jej z tego powodu. Na tym eta­pie kariery powinna grać wygodną rolę mądrej i doświad­czo­nej kobiety, oto­czo­nej nie­kwe­stio­no­wa­nym sza­cun­kiem, lecz jed­no­cze­śnie przy­jem­nie ano­ni­mo­wej.

Ale tak się nie dzieje.

Znaj­duje obu męż­czyzn w spe­lunce poło­żo­nej na pół­noc­nym końcu Miej­skiego Habi­tatu Wytrwa­łość, gdzie nie odszuka ich żaden z byłych współ­pra­cow­ni­ków z Astro­ko­mu­ni­ka­cji. Piją razem, pogrą­żeni w mil­czą­cym stra­chu. Gdy tylko wcho­dzi do baru Oxygn, jej noz­drza ata­kuje odór stę­chłego piwa i liścio­wego dymu. Odru­chowo roz­gląda się w poszu­ki­wa­niu zagro­żeń, ale nie czeka tu na nią zasadzka. Tylko kil­ku­dzie­się­ciu eta­tow­ców, któ­rzy zbili się w małe grupki. Piją grzane piwo, roz­ma­wia­jąc ze sobą cicho. Kie­rują ku niej twa­rze, pozba­wione zain­te­re­so­wa­nia do chwili, gdy ujrzą wyzwa­lacz przy­pięty do jej uda.

Kon­trak­torka.

Nie musi usły­szeć wypo­wie­dzia­nego szep­tem słowa, by wyczuć ich ner­wową wro­gość. W lep­szych cza­sach poki­wa­liby gło­wami na znak sza­cunku. Gdyby znaj­do­wała się w oko­li­cach Astro­komu, gdyby to był czas pokoju i eks­pan­sji, zawo­ła­liby ją po imie­niu, zro­bili dla niej miej­sce przy barze i ktoś zapro­po­no­wałby, że postawi jej kolejkę, pró­bu­jąc się wku­pić w jej łaski, być może nawet skło­nić ją, by pochwa­liła go przed sze­fem.

Ale teraz odwra­cają wzrok. Wojna się skoń­czyła. Wszy­scy wie­dzą, po co tu przy­szła.

Rosa Loren i Wilk Wyatt sie­dzą przy okrą­głym sto­liku z tyłu. Poznaje ich dzięki zdję­ciom zamiesz­czo­nym w aktach. Zresztą pra­cują w dziale od wielu lat. Przy­ciąga krze­sło do sto­lika, nie za bli­sko, i siada na jego brzegu, mocno opie­ra­jąc obie nogi na pod­ło­dze.

– Woli­cie to zro­bić tutaj czy w jakimś bar­dziej pry­wat­nym miej­scu? – pyta pro­fe­sjo­nal­nym, lecz peł­nym zro­zu­mie­nia tonem. Cichym, ale sta­now­czym. To, co ich spo­tyka, nie jest ich winą, ale muszą zro­zu­mieć, że nie da się tego odwró­cić.

Loren, star­szy męż­czy­zna o kędzie­rza­wych wło­sach, spo­gląda na nią. Ma znu­żony wzrok i prze­krwione oczy, ale nie widać w nich zasko­cze­nia.

– Rów­nie dobrze możemy zro­bić to tutaj – odpo­wiada, wzru­sza­jąc ramio­nami. – Co to ma za zna­cze­nie?

Nawet nie pró­buje ści­szać głosu. Sie­dzący w pobliżu goście spo­glą­dają z lito­ścią na ich sto­lik, ale Loren ich igno­ruje. Zawsze taki był. Bez­po­średni. Nie­ustę­pliwy. Nie bał się nazy­wać syfu po imie­niu. Isako lubi go z tego powodu.

O Wilku Wyat­cie nie wie zbyt wiele. Ma trzy­dzie­ści sześć lat, jest kawa­le­rem i nie ma dzieci. Niski, ale musku­larny. Pod­nosi cię­żary, łyka biał­kowe suple­menty i nosi obci­słe koszule, żeby to uwy­dat­nić. Ponoć jest naj­lep­szym fut­sa­li­stą w całym dziale. Nawet grał kie­dyś w Gwiaz­dach Astro­komu, w cza­sach, gdy ta dru­żyna była jesz­cze coś warta. Isako sły­szała, że jest świet­nym współ­pra­cow­ni­kiem, jeśli ktoś potrafi się z nim doga­dać, ale w prze­ciw­nym razie potrafi być wredny.

Wyatt opiera się o blat i prze­szywa Isako spoj­rze­niem gwał­tow­nym jak nazwa jego gniazdka.

Nie rób tego, myśli kobieta. Nawet nie pró­buj.

Wszy­scy wie­dzie­li­śmy, że to się wyda­rzy. Nie możemy zro­bić nic poza zacho­wa­niem god­no­ści.

Potrafi zauwa­żyć, kiedy eta­to­wiec dociera do gra­nicy wytrzy­ma­ło­ści, i jest bli­ski zro­bie­nia cze­goś głu­piego. Podobne prze­czu­cia mają ci, któ­rzy pra­cują poza tar­czą ochronną i potra­fią wyczuć, że nad­ciąga sucha burza.

Zdej­muje kape­lusz i ręka­wiczki, po czym kła­dzie je na stole. Gdy wypusz­cza powie­trze z płuc, nie widzi pary. Wio­sna, nowy rok po sied­miu mie­sią­cach zimy. Wresz­cie zro­biło się na tyle cie­pło, że czuje wszyst­kie palce u rąk i nóg, nawet w tych rejo­nach miej­skiego habi­tatu, gdzie przy­dział cie­pła jest niski. Wyciąga ekran z wewnętrz­nej kie­szeni płasz­cza i roz­wija go na stole.

Naj­pierw przy­wo­łuje zawia­do­mie­nie dla Lorena.

– Rosa Loren… – zaczyna, nie zmie­nia­jąc tonu głosu ani wyrazu twa­rzy – …z żalem infor­muję cię, że twoja posada star­szego…

Wyatt rzuca się do ataku.

Wybiera chwilę, gdy jej ręce są zajęte, a uwaga kie­ruje się na ekran i na dru­giego męż­czy­znę. Zakłada, że Isako nie zdoła zare­ago­wać wystar­cza­jąco szybko i zdąży wbić w nią kosę, którą wycią­gnął z rękawa.

Kobieta pod­rywa się bły­ska­wicz­nie. Jej krze­sło prze­wraca się na opar­cie. Pamięć mię­śniowa w jed­nej chwili prze­nosi ją z pasyw­nej pozy­cji sie­dzą­cej do dyna­micz­nej pozy­cji czwar­tej, zwa­nej Przy­wi­ta­niem Burzy. Pięta wysu­nię­tej do tyłu nogi spo­czywa pew­nie na pod­ło­dze. Isako pochyla się nisko, scho­dząc z drogi ata­ku­ją­cego. Ma sto­sun­kowo wiele czasu na reak­cję – całą sekundę, a do tego dzieli ich sto­lik.

Kłę­bem lewej dłoni prze­suwa do przodu blo­kadę wyzwa­la­cza. To odru­chowa reak­cja, szyb­sza niż myśl. Śmier­cio­no­śny długi nóż wska­kuje bez­gło­śnie w jej cze­ka­jącą prawą dłoń. Czter­dzie­ści osiem cen­ty­me­trów wyso­ko­wę­glo­wej akwi­loń­skiej stali prze­suwa się po wewnętrz­nej powierzchni przed­ra­mie­nia prze­ciw­nika, prze­ci­na­jąc ścię­gna. Pro­wi­zo­ryczna broń wypada mu z pal­ców. Potem Isako unosi swoje ostrze, kie­ru­jąc ją poni­żej żeber eta­towca.

Wła­ści­wie nie musi pchać. Pomaga jej impet męż­czy­zny. Klinga prze­bija mu serce. Isako dostrzega w jego twa­rzy strach i ból, a zara­zem pełną dziw­nego zaufa­nia ulgę. Unosi dło­nie i pró­buje zła­pać kobietę za ramiona, gdy ona wal­czy z jego cię­ża­rem. Jest niż­szy od niej i musi unieść głowę, by spoj­rzeć jej pro­sto w oczy.

– Prze­pra­szam – szep­cze.

Osuwa się na nią. Isako kła­dzie go deli­kat­nie na pod­łogę i zamyka mu powieki. Wyciąga długi nóż i wyciera go czarną szmatką z mikrow­łókna, którą zawsze nosi w wewnętrz­nej kie­szeni czer­wo­nego dwu­rzę­do­wego płasz­cza. Następ­nie chowa broń, nawet na nią nie patrząc. Prze­suwa klingą po blo­ka­dzie wyzwa­la­cza i wsuwa nóż do środka, aż roz­le­gnie się klik­nię­cie.

Wszy­scy w knaj­pie wpa­trują się z nie­na­wi­ścią w jej plecy.

Przed chwilą ktoś pró­bo­wał ją prze­szyć zaostrzo­nym kawał­kiem żelaza, ale to ją uwa­żają za mor­der­czy­nię. Ma ochotę odwró­cić się i nazwać ich cho­ler­nymi hipo­kry­tami. Wszy­scy cie­szą się, że padło na Wyatta, a nie na nich. Wybrał godne tchó­rza samo­bój­stwo przez kon­trak­tora i zmu­sił ją do prze­la­nia krwi, zamiast postą­pić, jak trzeba, i pogo­dzić się z losem. W końcu to, co go spo­tkało, nie było niczyją winą.

Nie­mniej zaj­muje się tym od dawna i świet­nie wie, że opie­prza­nie eta­tow­ców nie zda się na nic. Z pew­no­ścią nie prze­staną nią gar­dzić. Jest tylko posłań­cem, ale tra­dy­cja zabi­ja­nia posłań­ców jest bar­dzo stara.

Sta­wia koł­nierz i wzywa Służby Habi­ta­towe.

Lokal zaczyna się opróż­niać. Nic nie psuje nastroju bar­dziej niż trup na pod­ło­dze.

Rosa Loren robi się blady jak let­nie niebo, a na jego czole lśnią kro­pelki potu. Mimo to nie rusza się z miej­sca. Spo­gląda na ciało towa­rzy­sza i ze smut­kiem dopija resztkę piwa.

– Pró­bo­wa­łem go prze­ko­nać, żeby tego nie robił.

– Jestem ci wdzięczna. – Isako sta­wia prze­wró­cone krze­sło i siada na nim w sta­nie zan­shin, tak samo jak przed­tem, na przed­nim brzegu sie­dze­nia, mocno wsparta na obu nogach, z wypro­sto­wa­nym krę­go­słu­pem, wystar­cza­jąco daleko od sto­lika, żeby jej nie prze­szka­dzał, gdy będzie zmu­szona szybko zare­ago­wać. Nie sądzi, by Loren miał cze­goś spró­bo­wać, ale jest dłu­go­no­żow­niczką i zawsze tak siada w miej­scach publicz­nych. Gniazd­ko­oj­ciec nauczył ją tego, kiedy była małą dziew­czynką. – Wola­ła­bym, by cię posłu­chał, ale to nie twoja wina, że tego nie zro­bił.

– Czy wielu źle to przy­jęło?

– Tylko garstka.

Jede­na­stu z dwu­stu, wli­cza­jąc Wyatta. Nie tak źle. W końcu nikt nie był wstrzą­śnięty wypo­wie­dze­niami. Zawsze tak się dzieje, gdy dział prze­grywa wojnę i przej­muje go kon­ku­ren­cja. Każdy, kto mógł zała­twić sobie prze­nie­sie­nie z Astro­komu, zro­bił to już dawno. Ale Loren jest jak ona. Zbyt wiele czasu spę­dził w jed­nym miej­scu, by szu­kać dla sie­bie nowego.

– Do rze­czy – mówi, wska­zu­jąc nie­cier­pli­wie na ekran.

Isako wyciąga rękę i prze­suwa go ku męż­czyź­nie. Zaczyna od nowa, chcąc wszystko zro­bić tak, jak trzeba.

– Rosa Loren, z żalem infor­muję cię, że twoja posada star­szego tech­nika łącz­no­ści została zli­kwi­do­wana. Możesz być pewien, że tę decy­zję pod­jęto po grun­tow­nej ana­li­zie dłu­go­ter­mi­no­wych inte­re­sów Grupy Poszu­ki­wań Gwiezd­nego Domu oraz przy­szło­ści ludz­kiej kolo­nii na Akwi­lo­nie. Nie­stety, w tej chwili Kor­po­ra­cja nie może ci ofia­ro­wać żad­nej posady zgod­nej z twoim doświad­cze­niem i kwa­li­fi­ka­cjami.

Loren nie odpo­wiada. Gapi się tylko na nią, słu­cha­jąc jej słów. Isako czuje się paskud­nie z tego powodu.

– W nagrodę za wiele lat cięż­kiej pracy i służby Kor­po­ra­cja jest gotowa zaofe­ro­wać tobie i two­jej rodzi­nie pakiet rezy­gna­cyjny obej­mu­jący rów­no­war­tość trzy­let­niego wyna­gro­dze­nia z dodat­ko­wymi pre­miami za dłu­go­let­nią pracę i zasługi dla działu. Umowa zawiera wszyst­kie szcze­góły. Jeśli ją zaak­cep­tu­jesz, będziesz miał sie­dem­dzie­siąt osiem godzin na opusz­cze­nie miesz­ka­nia w Kor­po­ra­cji. Jeśli posta­no­wisz odmó­wić, twoje zatrud­nie­nie zakoń­czy się ze skut­kiem natych­mia­sto­wym i wszel­kie prawne zobo­wią­za­nia mię­dzy tobą a Kor­po­ra­cją utracą waż­ność. W imie­niu pre­zesa oraz Rady Dyrek­to­rów Grupy Poszu­ki­wań Gwiezd­nego Domu wyra­żam uzna­nie za wyko­naną przez cie­bie pracę oraz wie­lo­let­nie poświę­ce­nie dla naszej wspól­nej wizji bar­dziej dostat­niej i bez­piecz­nej przy­szło­ści całego gatunku ludz­kiego.

W tym punk­cie koń­czy się jej tekst. Wygła­szała ofi­cjalne fra­zesy Kor­po­ra­cji tak wiele razy, że jest pewna, że zna je lepiej niż pra­cow­nik Działu Zaso­bów Ludz­kich, który je napi­sał.

Być może spo­wo­do­wał to wyraz spo­koj­nego cier­pie­nia widoczny na twa­rzy Lorena albo fakt, że jego córka i Maya cho­dziły na ten sam kurs tańca, gdy były małymi dziew­czyn­kami, i Isako pamięta, jak pod­czas reci­talu na zakoń­cze­nie roku szkol­nego śmiała się razem z nim w teatral­nym foyer, z tego, jak mar­nują pie­nią­dze. Nie­wy­klu­czone też, że cho­dzi o leżą­cego na pod­ło­dze trupa Wyatta. Tak czy ina­czej, Isako posta­na­wia dodać coś od sie­bie.

– Przy­kro mi, Loren. Naprawdę nie chcia­łam zoba­czyć two­jego nazwi­ska na tej liście.

Dla­tego zosta­wiła go na sam koniec. Powta­rzała sobie, że chce mu dać wię­cej czasu, ale w rze­czy­wi­sto­ści po pro­stu prze­cią­gała sprawę. Cze­kał na jej poja­wie­nie się dobre kilka dni i zapewne było to raczej okru­cień­stwo niż przy­sługa.

O tym jed­nak nie wspo­mniała. I tak już powie­działa za dużo.

Kąciki jego ust opusz­czają się niczym chleb opa­da­jący pod­czas pie­cze­nia. Ma deli­katną, kre­mową cerę eta­towca wyso­kiej rangi, który spę­dził całe życie pod tar­czą ochronną i nie ucier­piał z powodu gwał­tow­nych wichrów i wia­tru sło­necz­nego. Jego głos jest jed­nak szorstki jak papier ścierny.

– No wiesz, liczy­łem na to, że Gre­ves oso­bi­ście prze­każe mi tę wia­do­mość. Myśla­łem, że zasłu­ży­łem na to po trzy­dzie­stu ośmiu latach pracy w dziale. – Pry­cha, pełen pogardy dla samego sie­bie. – Byłem głupi, myśląc, że nie wyśle pier­do­lo­nej kon­trak­torki, jak wszy­scy.

– Na tym polega moja praca, Loren.

– Na pewno masz mnó­stwo roboty – odpo­wiada z drwią­cym uśmiesz­kiem.

– To już nie potrwa długo.

Te słowa przy­po­mi­nają Isako, że jej rów­nież grozi czystka.

Z twa­rzy Lorena znika część gniewu. Przy­ciąga do sie­bie na wpół opróż­niony przez Wyatta kufel. Czemu by nie? On już go nie dopije. Isako czuje nagłą ochotę zamó­wie­nia piwa dla sie­bie, ale nie sądzi, by jedyny pozo­stały w lokalu bar­man chciał ją obsłu­żyć. Mógłby nawet dodać do kufla tru­ci­znę.

Loren chi­cho­cze ponuro.

– Ile masz lat, Isako?

– Pięć­dzie­siąt.

Ter­rań­skich pięć­dzie­siąt trzy, ale kto w dzi­siej­szych cza­sach używa nie­zbyt pochleb­nego kalen­da­rza ojczy­stej pla­nety?

– Ja mam sześć­dzie­siąt trzy – odpo­wiada pozba­wio­nym wyrazu gło­sem. Zostały mu tylko dwa lata do spon­so­ro­wa­nej przez Kor­po­ra­cję eme­ry­tury. – Całe życie prze­pra­co­wa­łem w Astro­ko­mu­ni­ka­cji. Mój ojciec żył tak samo. Moi przod­ko­wie byli tech­ni­kami Astro­komu na Wiel­kich Stat­kach. Nie mam żad­nych umie­jęt­no­ści, jakich mogłyby potrze­bo­wać inne działy, i jestem sta­now­czo za stary, żeby opa­no­wać nowe. Jakie miał­bym szanse jako fre­elan­cer? Nie prze­trwał­bym nawet roku.

Isako nie spiera się z nim.

– Swoją drogą, Wyatt nie miał do cie­bie pre­ten­sji – kon­ty­nu­uje Loren. – Mówił, że jesteś starą twar­dzielką, i zdzi­wiłby się, gdyby udało mu się cię zasko­czyć. Ale i tak miał zamiar spró­bo­wać. Bo w końcu co miał do stra­ce­nia? Wolał zgi­nąć w walce, a gdyby udało mu się cię zała­twić, to przy­naj­mniej byłoby jed­nego krwio­żer­czego traka mniej. Tak na to patrzył.

To smutna, pokrętna logika. Eta­towcy woleli nie pamię­tać, że kon­trak­to­rów można szybko zastą­pić. Gdyby Isako zgi­nęła, Wyatt i tak otrzy­małby wypo­wie­dze­nie. Po pro­stu dostar­czyłby mu je ktoś inny.

– Ale ty jesteś innego zda­nia – zauwa­żyła.

– Muszę myśleć o rodzi­nie – odparł. Wcze­śniej prze­szy­wał Isako peł­nym zło­ści spoj­rze­niem, ale teraz tylko mruga i odwraca wzrok. Jego głos przy­biera ochry­pły ton, jakby ści­snęło go w gar­dle. – Moja mała Tessa pod koniec roku uro­dzi dziecko. To będzie mój pierw­szy wnu­czek. No wiesz, czas szybko leci. Wydaje się, że jesz­cze wczo­raj bie­gała w pie­luszce. Ty też masz córkę, prawda?

– Tak. Przez rok cho­dziła z Tessą na kurs tańca.

– To prawda. Teraz sobie przy­po­mi­nam. – Jego twarz przy­biera wesel­szy wyraz. – Minęło już tyle czasu. Tessa szybko prze­stała się inte­re­so­wać tań­cem.

– Maya rów­nież.

– Prze­rzu­ciła się na bie­ga­nie. Była w tym naprawdę dobra. Mistrzyni trzech dzia­łów na czte­ry­sta i osiem­set metrów. Mówi, że dziecko kopie tak mocno, że z pew­no­ścią rów­nież będzie bie­gało. – Jego spoj­rze­nie wyraź­nie łagod­nieje. Loren spra­wia wra­że­nie, że chciałby się jesz­cze tro­chę pochwa­lić, być może nawet zapy­tać Isako o córkę, ale potem przy­po­mina sobie, gdzie jest i dla­czego się tu spo­tkali.

Siada pro­sto i znowu mruga, by odgo­nić wspo­mnie­nia. Zamyka usta, jakby zatrza­snął cięż­kie drzwi.

– Widzę, że Tessa wyro­sła na nad­zwy­czajną kobietę – mówi Isako.

To rów­nież jest część jej pracy. Cza­sami musi użyć dłu­giego noża, a w innych przy­pad­kach sie­dzieć i słu­chać. Uży­wać odpo­wied­nich słów, by pomóc roz­mów­com wziąć na sie­bie odpo­wie­dzial­ność. Sztuka WWE – wypo­wie­dze­nia, wyre­je­stro­wa­nia i eks­mi­sji – jest tylko jedną z wielu, jakie musi opa­no­wać dobry kon­trak­tor, ale ma wiel­kie zna­cze­nie, ponie­waż tak się pechowo składa, że to pierw­sze, co przy­cho­dzi do głowy wielu eta­tow­com, gdy myślą o tra­kach.

– Chcę postą­pić, jak trzeba – kon­ty­nu­uje Loren. – Nie stanę się jed­nym z tych żało­snych wyrzut­ków, któ­rzy kradną albo żebrzą o kwity. Nie będę zuży­wał tlenu i wody, które już mi się nie należą. Chcę, żeby dzieci Tessy miały tabliczkę upa­mięt­nia­jącą, którą będą mogły odwie­dzać i z któ­rej będą dumne. – Unosi głowę i patrzy Isako pro­sto w oczy. – Wybie­ram rezy­gna­cję.

Isako pochyla głowę w geście uzna­nia.

– Dzię­kuję za dar, jaki nam ofia­ru­jesz.

Loren prze­wija obraz na ekra­nie aż do samego końca i unosi palec nad miej­scem na bio­sy­gna­turę.

– Nie muszę czy­tać wszyst­kiego, prawda? To stan­dar­dowe wypo­wie­dze­nie? Powie­dzia­ła­byś mi, gdyby było ina­czej?

– Zga­dza się – zapew­nia. – Wszystko dosta­nie Tessa i jej rodzina.

Odwraca wzrok, by dać Lore­nowi choć tro­chę pry­wat­no­ści w chwili, gdy dotknie pal­cem ekranu.

– To chyba wystar­czy. – W jego gło­sie sły­szy się cię­żar osta­tecz­no­ści, ale poza tym brzmi dziar­sko, nie­mal nie­cier­pli­wie. – Kiedy odejdą wszy­scy?

Isako chowa ekran do kie­szeni.

– W dzień bez pracy przy Luku Wschod­nim zbie­rze się około dwu­na­stu osób. Nie­któ­rzy chcą odejść razem, a inni wolą być sami.

– Przyj­dziesz tam?

Zaska­kuje ją jego płacz­liwy ton. Nie cho­dzi o to, że Loren ukrywa strach pod maską sto­icy­zmu. Wszy­scy to robią. Ale on przy­naj­mniej jej nie nie­na­wi­dzi. Dziwi ją, jak wiele to dla niej zna­czy.

Po raz pierw­szy uśmie­cha się do Lorena. Mówiono jej, że kiedy to robi, wygląda mło­dziej. Szkoda, bo w dwóch ostat­nich tygo­dniach miała bar­dzo nie­wiele powo­dów do uśmie­chu. Wresz­cie może przez moment odpo­cząć. Zachwyca ją ta per­spek­tywa.

– Przyjdę – zapew­nia. Może zro­bić przy­naj­mniej tyle.

Zawsze lubiła Rosę Lorena. Teraz rów­nież go sza­nuje i mu zazdro­ści. On przy­naj­mniej wie. Wresz­cie może się uspo­koić. Pozo­stały mu jedy­nie przy­go­to­wa­nia. Isako nie może tego powie­dzieć o sobie.

Podob­nie jak Loren, ona rów­nież zapu­ściła korze­nie w orga­ni­za­cji Gre­vesa. Jeśli jej klient zosta­nie prze­nie­siony na inne miej­sce w Kor­po­ra­cji, Isako podąży za nim. Jeśli nie, wkrótce znaj­dzie się w tej samej sytu­acji, co Loren. Ale jej nikt nie wrę­czy wypo­wie­dze­nia. Kon­trak­to­rom nie przy­słu­gują pakiety poże­gnalne. Otrzyma tylko bez­oso­bową wia­do­mość, że jej usługi nie są już potrzebne i kon­trakt unie­waż­niono.

Do Oxygn wcho­dzi dwóch pra­cow­ni­ków Służb Habi­ta­to­wych, noszą­cych poma­rań­czowe parki. Zaczy­nają wkła­dać do worka ciało Wilka Wyatta. Isako nie ma ochoty się temu przy­glą­dać. Sięga po kape­lusz i wciąga ręka­wiczki. Palce znowu jej zmar­zły. Gdy wstaje, jej zesztyw­niałe kolana prze­szywa ukłu­cie bólu.

Loren wyciąga rękę, ale powstrzy­muje się przed zła­pa­niem za rękaw jej płasz­cza.

– W sumie cie­szę się, że to byłaś ty. – Jego zaczer­wie­nione oczy spo­glą­dają na nią przez żół­tawe chmury liścio­wego dymu. – Jesteś kon­trak­torką, ale na­dal masz serce, Isako. No wiesz, to rzad­kość.

Isako nie odpo­wiada. Wycho­dzi z lokalu i zatrzy­muje się na chod­niku. Twarz boli ją od suchego powie­trza. Łączy się z klien­tem.

– Zro­bione. Gdzie jesteś?

Przez moment panuje cisza.

– W Obser­wa­to­rium – odpo­wiada wresz­cie Gre­ves.Dwa

Kopuła na szczy­cie kwa­tery głów­nej Astro­komu jest naj­star­szym obser­wa­to­rium na pla­ne­cie. Z prak­tycz­nego punktu widze­nia stało się ono bez­u­ży­teczne z uwagi na zanie­czysz­cze­nie świetlne miej­skiego habi­tatu, znie­kształ­ce­nia wywo­łane przez tar­czę ochronną oraz fakt, że w wysoko poło­żo­nych punk­tach na obu kon­ty­nen­tach Akwi­lona wybu­do­wano już kil­ka­na­ście now­szych, więk­szych tele­sko­pów. Obser­wa­to­rium ma jed­nak zna­cze­nie histo­ryczne. Zbu­do­wali je Zało­ży­ciele i jego potężne oko jest skie­ro­wane ku gwieź­dzie, wokół któ­rej krąży Zie­mia. W tam­tych cza­sach ludzi obcho­dziło jesz­cze, skąd przy­byli ich przod­ko­wie.

Muzeum na­dal odwie­dzają szkolne wycieczki, ale w tej chwili świeci pust­kami. Jest tu tylko samotny męż­czy­zna w czar­nej budry­sówce. Wspiera się o barierę ota­cza­jącą antyczny tele­skop i gapi się w zamy­śle­niu na pas czar­nego nieba widoczny za na wpół otwartą kopułą.

– To ja powi­nie­nem był to zro­bić.

Jego głos nie­sie się echem w pustce.

– W żad­nym wypadku.

Lepiej nie myśleć, co by się stało, gdyby Wyatt spró­bo­wał zabić Gre­vesa, a nie ją. Eta­towcy czę­sto źle przyj­mują wypo­wie­dze­nie. Dla­tego wszy­scy dyrek­to­rzy wynaj­mują kon­trak­to­rów do WWE.

Ale Gre­ves nie przy­po­mina innych dyrek­to­rów. Mógłby naprawdę spró­bo­wać wła­sno­ręcz­nie dostar­czyć wypo­wie­dze­nia, gdyby Isako natych­miast nie wybiła mu tego z głowy. Sku­tecz­nie bro­niła swego klienta pod­czas trzy­let­niej, męczą­cej wojny mię­dzy dzia­łami i nie zamie­rzała pozwo­lić, by zabił go roz­gnie­wany eta­to­wiec, tylko dla­tego, że Gre­ves zapra­gnął w chwili porażki potrak­to­wać po ludzku swych pra­cow­ni­ków.

Wła­śnie takie odru­chy czy­nią go przy­wódcą, dla któ­rego chce się pra­co­wać.

– Słusz­nie czują się skrzyw­dzeni. Obie­ca­łem im nową erę badań kosmosu przez Kor­po­ra­cję i wzrost Astro­komu. Moja klę­ska nie mogłaby być bar­dziej spek­ta­ku­larna.

Isako staje przy nim, ale nie patrzy na pełne gwiazd niebo.

– Wie­rzy­łeś w swe obiet­nice i wielu ludzi w Kor­po­ra­cji rów­nież w nie uwie­rzyło. Fakt, że pre­zes i Rada Dyrek­to­rów nie udzie­lili nam popar­cia, niczego tu nie zmie­nia. Zro­bi­li­śmy wszystko, co leżało w naszej mocy.

– To prawda.

Odsuwa się od barierki. Nawet gdy wypro­stuje się na pełną wyso­kość, jest od niej o głowę niż­szy. Dziw­nie wyglą­dają razem. Kon­trast mię­dzy nimi jest ude­rza­jący, nie tylko pod wzglę­dem fizycz­nym. Gre­ves jest krępy, przy­stojny i ma jasne włosy. Nie­do­sta­tek wzro­stu nad­ra­bia dyna­miczną cha­ry­zmą, efek­ciar­stwem, spry­tem oraz ambit­nymi marze­niami. Być może to kom­pleks Napo­le­ona. W jego przy­padku oka­zuje się sku­teczny. Gdy tylko zaczyna mówić o jakiejś wiel­kiej idei, nie­malże zrywa się z krze­sła i wyma­chuje rękami, zara­ża­jąc wszyst­kich sza­lo­nym entu­zja­zmem. Ma pięć­dzie­siąt sie­dem lat i jest jed­nym z naj­młod­szych dyrek­to­rów w Kor­po­ra­cji.

Sie­dem lat od niego młod­sza Isako jest bar­dzo stara jak na kon­trak­torkę.

Gre­ves uśmie­cha się do niej blado.

– Nie mie­li­by­śmy nawet naj­mniej­szych szans, gdyby nie naj­lep­sza super­kon­trak­torka na pla­ne­cie. Jesteś praw­dziwą pro­fe­sjo­na­listką, Isako. Nie mógł­bym cię pro­sić o wię­cej.

Nie jest na tyle skromna, by temu zaprze­czyć.

Są kon­trak­to­rzy i są superkon­trak­to­rzy.

To naj­lepsi z naj­lep­szych. Elita czar­nych odznak. Na stu sze­re­go­wych kon­trak­to­rów przy­pada dzie­się­ciu wykwa­li­fi­ko­wa­nych. Na stu wykwa­li­fi­ko­wa­nych jeden super­kon­trak­tor.

Naj­lepsi z nich potra­fią roz­wią­zy­wać rów­na­nia w gło­wie, udzie­lać się na ele­ganc­kich galach i zabi­jać ludzi na kil­ka­na­ście róż­nych spo­so­bów. Mogą być stra­te­gami, sze­fami sztabu, straż­ni­kami oso­bi­stymi albo spe­cja­li­stami od dyplo­ma­cji – cokol­wiek okaże się potrzebne. Mózg i mię­śnie w jed­nym. Ich usługi są dro­gie. Agen­cja przy­znaje tylko ogra­ni­czoną liczbę licen­cji. Wybiera ich i szkoli już od szes­na­stego roku życia. Daje im dłu­gie noże, uczy wszyst­kich sekre­tów biz­nesu i wpaja nie­za­chwianą odwagę.

Klien­tów, któ­rzy drogo płacą za ich usługi, trudno zado­wo­lić. Są wśród nich naj­bo­gatsi i naj­po­tęż­niejsi dyrek­to­rzy oraz naj­lepsi wicedyrek­to­rzy, któ­rzy zro­bi­liby wszystko, żeby zdo­być prze­wagę. To super­kon­trak­to­rzy im ją zapew­niają. Tylko jeden może słu­żyć danemu klien­towi. Tak mówią zasady Kor­po­ra­cji.

Kiedy wybu­chła wojna mię­dzy Astro­ko­mu­ni­ka­cją a Ope­ra­cjami Sate­li­tar­nymi, Isako zro­biła wszystko, co tylko mogła, by zapew­nić zwy­cię­stwo Gre­ve­sowi. Sta­rała się prze­ko­nać do jego wizji Słod­kie Morze, ślę­czała się nad rapor­tami i pre­zen­ta­cjami, urzą­dzała spo­tka­nia. Orga­ni­zo­wała ataki obna­ża­jące słabe punkty sys­te­mów i zakła­dów OpSatu. Bro­niła Astro­komu przed kontr­ata­kami. Umiesz­czała agen­tów i sabo­ta­ży­stów w nie­przy­ja­ciel­skich sze­re­gach. Wykryła trzech tech­ni­ków Astro­komu, szpie­gu­ją­cych na rzecz OpSatu. Wynaj­mo­wała ludzi, któ­rzy mieli prze­ku­py­wać, szan­ta­żo­wać albo znie­sła­wiać kie­row­nic­two prze­ciw­nika, a jed­no­cze­śnie bro­niła wewnętrz­nego kręgu Gre­vesa i zabie­gała o wspar­cie oraz sojusz­ni­ków w innych dzia­łach. Wysy­łała swego klienta na wizyty mające wzmoc­nić morale działu i zain­spi­ro­wać eta­tow­ców. Pod­czas trzech lat wojny dwu­krot­nie omal jej nie zabito.

Ale w końcu wszystko to zdało się na nic.

– Naj­bar­dziej wku­rza mnie fakt, że wal­czy­li­śmy z innymi zwo­len­ni­kami reu­ni­fi­ka­cji – oznaj­mia z gory­czą Gre­ves. – Pre­zes pra­gnął jed­no­ści, a my nie mogli­śmy osią­gnąć jej drogą poko­jową, więc roz­dar­li­śmy się na strzępy. Ter­ra­for­mi­ści musieli tylko cze­kać, przy­glą­dać się i rosnąć w siłę. Sły­sza­łaś, kogo mają przy­jąć do Rady Dyrek­to­rów?

– Kto o tym nie sły­szał?

Wie­ści roze­szły się już po całej kor­po­sieci, zaćmie­wa­jąc nawet roz­strzy­gnię­cie wojny mię­dzy Astro­ko­mem a OpSa­tem.

– Ławicę Uchiego, oczy­wi­ście. – Gre­ves wywar­kuje to nazwi­sko, jakby było prze­kleń­stwem.

Nie jest zasko­cze­niem, że ele­gancki, sie­dem­dzie­się­cio­letni złoty chło­pak z ruchu ter­ra­for­mi­stów szybko tra­fił do kie­row­nic­twa Kor­po­ra­cji. Był jedną z dwóch naj­gło­śniej­szych wscho­dzą­cych gwiazd kon­fliktu mię­dzy „Zie­mią” a „zie­mią”. Nazwi­ska Pusz­czy Gre­vesa i Ławicy Uchiego czę­sto wypo­wia­dało się jed­nym tchem.

Przy­naj­mniej do tej pory.

– Kor­po­ra­cja rze­czy­wi­ście zeszła na manowce i wpa­dła w ręce małych zetek. – Gre­ves mocno zaci­ska dło­nie na barierce. – Oba­wiam się, że cze­kają nas cięż­kie czasy, Isa.

– Poli­tyczny wiatr zawsze jest zmienny – zauważa Isako. – Ter­ra­for­mi­ści są w tej chwili na fali, ale możemy nad­ro­bić straty, jeśli dobrze to roze­gramy i zadbamy o to, żebyś zdo­był odpo­wied­nią pozy­cję.

– A jak zamie­rzasz to osią­gnąć, moja super­kon­trak­torko?

– Poproś o sta­no­wi­sko wice­dy­rek­tora w OpSa­cie. Całuj tyłki i zacho­wuj się uni­że­nie, jeśli okaże się to nie­zbędne. Sawanna Minto jest stara. Za dwa­dzie­ścia lat będzie na wylo­cie, a to otwo­rzy przed tobą szansę zosta­nia dyrek­to­rem.

Na twa­rzy Gre­vesa poja­wia się drwiący uśmie­szek.

– Musiał­bym zacząć od degra­da­cji i pracy dla tej, która mnie poko­nała.

– Tylko tym­cza­sowo. W końcu wró­cił­byś na szczyt. O ile zacho­wasz cier­pli­wość.

– A ty nie mia­ła­byś nic prze­ciwko temu? Nie uma­wia­łaś się na pracę dla poko­na­nego wice­dy­rek­tora. Cho­lera, na takim sta­no­wi­sku zapewne nie byłoby mnie stać na usługi super­kon­trak­tora.

– Nie­ważne. Kon­trakt wyłączny to kon­trakt wyłączny. Pójdę za tobą wszę­dzie.

Mówi szcze­rze. Gre­ves to naj­lep­szy klient, jakiego kie­dy­kol­wiek miała. Po trzech latach współ­pracy zapro­po­no­wał jej doży­wotni kon­trakt. Popro­siła o dwa­dzie­ścia sześć godzin na zasta­no­wie­nie. Odpo­wie­dział, że da jej cały tydzień.

Wró­ciła do domu, prze­spała się z tym, a rano oznaj­miła mu, że się zga­dza. To było dzie­więć lat temu. Nie miała wtedy trud­no­ści z doży­wot­nim zwią­za­niem się z jed­nym klien­tem. Bar­dzo wielu super­kon­trak­to­rów marzy o kontr­ak­cie wyłącz­nym, ale tylko nie­licz­nym udaje się zawrzeć taką umowę z klien­tem, któ­rego lubią i sza­nują, a tym bar­dziej z kimś, przed kim otwie­rała się ścieżka kariery w Kor­po­ra­cji.

Oka­zało się jed­nak, że ta ongiś obie­cu­jąca droga pro­wa­dzi w dół. Nie­mniej Kodeks Świad­cze­nia Usług Klien­tom rów­nie dobrze mógłby być przy­sięgą mał­żeń­ską. _Słu­żyć zna­czy żyć. A żyć zna­czy umrzeć._ Innymi słowy na dobre i na złe, przez triumfy i klę­ski, dopóki śmierć nas nie roz­łą­czy.

Isako umrze znacz­nie wcze­śniej niż on. Gre­ves znaj­dzie sobie nowego super­kon­trak­tora. Jest jed­nak prze­ko­nana, że ma przed sobą jesz­cze kilka dobrych lat. Przy­naj­mniej do chwili, gdy kolana odmó­wią jej posłu­szeń­stwa.

Gre­ves raz jesz­cze spo­gląda na niebo, a potem naci­ska guzik zamy­ka­jący kopułę obser­wa­to­rium. Szcze­lina zasuwa się powoli, zasła­nia­jąc gwiazdy.

– Zasta­no­wię się nad twoją radą.

– Masz jakieś infor­ma­cje od Słod­kiego Morza? Coś, co suge­ro­wa­łoby, jak postą­pią?

Ist­nieje nawet moż­li­wość, że Gre­ves nie zosta­nie zde­gra­do­wany, ale po pro­stu zwol­niony, jak dwu­stu pra­cow­ni­ków Astro­komu, któ­rym Isako prze­ka­zała zawia­do­mie­nia. Uważa, że to mało praw­do­po­dobne. Jest za młody, ma wielki poten­cjał i sporo waż­nych osób go lubi. Nie­mniej nie można tego wyklu­czyć.

W takim przy­padku oboje będą mieli prze­srane.

Gdyby miało do tego dojść, wola­łaby otrzy­mać ostrze­że­nie.

Gre­ves kręci głową.

– Powi­nie­nem był wyna­jąć cię i dać ci białą odznakę, kiedy jesz­cze mia­łem taką moż­li­wość. Wybacz, Isa.

– Nie musisz mnie prze­pra­szać.

Nie przy­ję­łaby takiej pro­po­zy­cji, nawet gdyby Rada Dyrek­to­rów nie zaka­zała Astro­ko­mowi i OpSa­towi wynaj­mo­wa­nia nowych pra­cow­ni­ków na czas wojny. Eta­tow­com nie pozwa­lano nosić broni, a tym bar­dziej wyko­ny­wać nie­ofi­cjal­nych zadań. Od tego byli kon­trak­to­rzy.

– Byłam ci potrzebna jako super­kon­trak­torka – przy­po­mina mu.

– Na­dal cię potrze­buję. Prze­ka­za­nie tych zawia­do­mień ludziom, któ­rych zna­łaś od lat, musiało być kurew­sko nie­przy­jemne, ale ty się nawet nie skar­ży­łaś.

Co by mi dały skargi? – zasta­na­wia się.

Zmar­no­wa­łaby tylko ener­gię, tak jak eta­towcy w Oxygn, oskar­ża­jący ją o śmierć Wyatta. Z pew­no­ścią nie pomoże klien­towi, uża­la­jąc się nad sobą. Zawsze żyła w zgo­dzie z Kodek­sem. Nie ma żad­nego wpływu na decy­zje podej­mo­wane na górze, ale może przy­naj­mniej do końca zacho­wać pro­fe­sjo­na­lizm.

– Ostatni, któ­rzy zaak­cep­to­wali rezy­gna­cję, zro­bią to w dzień bez pracy przy Luku Wschod­nim – oznaj­mia. – Mówię to na wypa­dek, gdy­byś zechciał przyjść.

Gre­ves się krzywi.

– Nie sądzę, bym tym razem to zro­bił.

Nie może mieć do niego pre­ten­sji. Pra­co­wali razem dwa­na­ście lat i ni­gdy dotąd nie widziała, by porażka tak go przy­gnę­biła i by ogar­nął go rów­nie głę­boki pesy­mizm. Liczyła na bar­dziej pozy­tywną reak­cję na jej suge­stię akcep­ta­cji pod­rzęd­nej roli, która z cza­sem pozwo­li­łaby mu wspiąć się z powro­tem na szczyt. Być może jed­nak pro­siła o zbyt wiele. Może było za wcze­śnie. Musi dać mu czas na żałobę po znisz­cze­niu jego działu i klę­sce marzeń.

– Zasta­nów się nad tym – nalega. – Praca w OpSa­cie może być dla cie­bie szansą.

Nad ich gło­wami znika ostat­nia gwiazda.

– Weź sobie kilka dni wol­nego, Isa – suge­ruje Gre­ves. – Jeśli kto­kol­wiek na to zasłu­guje, to z pew­no­ścią ty.Sześć

Stan­dar­dowe umowy z licen­cjo­no­wa­nymi kon­trak­to­rami można wysta­wiać na okres od mini­mum sze­ściu (6) tygo­dni do mak­si­mum dzie­się­ciu (10) lat. Ich warunki można rene­go­cjo­wać w chwili prze­dłu­że­nia. Kon­trakt można w dowol­nej chwili unie­waż­nić z uza­sad­nio­nych powo­dów. Szcze­góły podano w sek­cji 3 (c) (ii).

Kon­trakty główne i wyłączne można zawie­rać z super­kon­trak­to­rami. Kon­trakt główny wysta­wia się na trzy (3) lata i można dwu­krot­nie prze­dłu­żać go o rok, do mak­sy­mal­nie pię­ciu (5) lat. Kon­trakt wyłączny można zaofe­ro­wać po upły­wie pierw­szego ter­minu kon­traktu głów­nego. Pozo­staje on w mocy do stan­dar­do­wego czasu przej­ścia w stan spo­czynku (doda­tek tablica 8). Posia­da­czom kon­traktu wyłącz­nego można w chwili przej­ścia w stan spo­czynku przy­znać sta­tus peł­nych eta­tow­ców ze wszyst­kimi zwią­za­nymi z tym pre­miami. Poza tym kon­trakt wyłączny można zakoń­czyć jedy­nie za obo­pól­nym poro­zu­mie­niem stron lub w przy­padku, gdyby kon­traktor został part­ne­rem Agen­cji.

Pod­ręcz­nik Agen­cji

Dzień Sefy, 5. tydzień, rok 500 o.Z.

Isako powinna już się zabrać do pracy, ale umó­wiła się z Mayą na obiad. Nie widziały się od wielu tygo­dni. Obie były zajęte_._ Maya zda­wała egza­miny koń­cowe, a Isako prze­ka­zy­wała wyroki śmierci.

Będzie musiała wytłu­ma­czyć córce, że posta­no­wiła zre­zy­gno­wać i zostało jej tylko dwa­dzie­ścia sześć dni, zanim podąży na Pust­ko­wia za swym klien­tem. To nie jest roz­mowa, na którą cze­ka­łaby z rado­ścią. Doj­dzie do niej sta­now­czo za szybko. Nie czuje się przy­go­to­wana.

Jadąc samo­cho­dem, czyta listy rezy­gna­cyjne.

Nie wszy­scy je upu­blicz­niają, ale więk­szość rezy­gnu­ją­cych pra­gnie się podzie­lić swymi ostat­nimi myślami. Prze­wa­ża­jąca ich część ma cha­rak­ter oso­bi­sty – wyrazy miło­ści i wdzięcz­no­ści dla krew­nych i współ­gniazd­kow­ców, wska­zówki doty­czące podziału pakietu oraz miej­sca umiesz­cze­nia tabliczki. Isako czyta całość, ale te frag­menty tylko pobież­nie.

Zatrzy­muje się na ostat­nich linij­kach. Uważa, że sza­cu­nek tego wymaga. Ostat­nie słowa są ważne. Sta­no­wią pod­su­mo­wa­nie całego życia.

Szcze­gól­nie dobre słowa poże­gna­nia zyskują publiczny podziw. Wydaje się je w zbio­rach i umiesz­cza na tablicz­kach upa­mięt­nia­ją­cych. Wyra­żone w nich uczu­cia chwy­tają za serce, pozwa­lają zaj­rzeć w duszę autora i uka­zują prawdy, które może ujaw­nić jedy­nie spo­kojny, doj­rzały umysł, pogo­dzony z bli­skim kre­sem.

Pisarz Nabrzeże Sooy­ong ponoć poświę­cił trzy lata na pisa­nie kolej­nych wer­sji słów poże­gnal­nych, aż wresz­cie zre­zy­gno­wał z zado­wo­le­niem, pewien, że stwo­rzył swe naj­lep­sze dzieło.

_Życie jest słoń­cem_

_A śmierć gwiazdą pół­nocy_

_Oświe­tlają nam drogę do domu_

_Gdy podró­żu­jemy przez nie­biosa,_

_Cóż zna­czy kilka kro­ków wię­cej?_

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij