Ostatni kontrakt Isako - ebook
Żyj w zgodzie z kodeksem, zgiń od noża
Isako jest legendarną mistrzynią walki, ale każda legenda kiedyś dobiega końca. Gdy jej wieloletni klient niespodziewanie odchodzi, Isako postanawia podążyć za nim na mroźne pustkowia odległej planety. Będzie mogła odejść z honorem, a jej rodzina wzbogaci się dzięki świadczeniu wypłaconemu po jej śmierci.
Kiedy jednak otrzymuje propozycję ostatniego kontraktu, nie potrafi odmówić – zwłaszcza gdy odkrywa, że w sprawę zamieszany jest Martim, jej dawny i zarazem najgorszy uczeń, który w niewytłumaczalny sposób wspiął się na sam szczyt. Isako wkracza w świat korporacyjnego szpiegostwa i mrocznych tajemnic, a to, co odkryje, może na zawsze odmienić los ludzkości wśród gwiazd.
Ostatni kontrakt Isako to powieść science fiction, jaką mogła napisać jedynie Fonda Lee. Jej akcja rozgrywa się w świecie, w którym pieniądze znaczą więcej niż lojalność, przedstawiciele elit mogą przedłużać życie albo je odbierać, a kobieta stojąca u kresu swojej kariery musi zdecydować, w imię czego naprawdę warto żyć. Albo umrzeć.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68919-73-8 |
| Rozmiar pliku: | 1,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Na Akwilonie doba ma dwadzieścia sześć godzin.
W skład tygodnia wchodzi sześć dni: dzień Sefy, dzień słońca, dzień księżyca, dzień Boreasza, dzień Terry i dzień bez pracy.
Akwilon nie ma księżyców, ale kalendarz zachował tradycję miesięcy. Miesiąc składa się z trzydziestu dni.
Rok na Akwilonie ma trzysta sześćdziesiąt dni i dzieli się na sześćdziesiąt tygodni.
Standardowa konwencja zapisywania dat wygląda następująco: rok.tydzień.dzień. Na przykład zapis 498.46.3 (krótka forma) oznacza dzień księżyca, tydzień 46, rok 498 o.Z. (od Założenia).Jeden
„Jebać Ziemię”.
Ostatnie słowa kapitana Janusa Brady’ego, rok 44 o.Z.
Dzień księżyca wieczorem, 4. tydzień, rok 500 o.Z.
Na liście etatowców, którym Przesmyk Isako ma wręczyć wypowiedzenie z pracy, są jeszcze dwa nazwiska.
Tylko dwa, dzięki wszystkim bogom ze Starej Ziemi, w których nie wierzy. Ma już serdecznie dość przekazywania zawiadomień i pełnienia funkcji czarnego charakteru, mimo że to wchodzi w jej zakres obowiązków, a ludzie o tym wiedzą i nienawidzą jej z tego powodu. Na tym etapie kariery powinna grać wygodną rolę mądrej i doświadczonej kobiety, otoczonej niekwestionowanym szacunkiem, lecz jednocześnie przyjemnie anonimowej.
Ale tak się nie dzieje.
Znajduje obu mężczyzn w spelunce położonej na północnym końcu Miejskiego Habitatu Wytrwałość, gdzie nie odszuka ich żaden z byłych współpracowników z Astrokomunikacji. Piją razem, pogrążeni w milczącym strachu. Gdy tylko wchodzi do baru Oxygn, jej nozdrza atakuje odór stęchłego piwa i liściowego dymu. Odruchowo rozgląda się w poszukiwaniu zagrożeń, ale nie czeka tu na nią zasadzka. Tylko kilkudziesięciu etatowców, którzy zbili się w małe grupki. Piją grzane piwo, rozmawiając ze sobą cicho. Kierują ku niej twarze, pozbawione zainteresowania do chwili, gdy ujrzą wyzwalacz przypięty do jej uda.
Kontraktorka.
Nie musi usłyszeć wypowiedzianego szeptem słowa, by wyczuć ich nerwową wrogość. W lepszych czasach pokiwaliby głowami na znak szacunku. Gdyby znajdowała się w okolicach Astrokomu, gdyby to był czas pokoju i ekspansji, zawołaliby ją po imieniu, zrobili dla niej miejsce przy barze i ktoś zaproponowałby, że postawi jej kolejkę, próbując się wkupić w jej łaski, być może nawet skłonić ją, by pochwaliła go przed szefem.
Ale teraz odwracają wzrok. Wojna się skończyła. Wszyscy wiedzą, po co tu przyszła.
Rosa Loren i Wilk Wyatt siedzą przy okrągłym stoliku z tyłu. Poznaje ich dzięki zdjęciom zamieszczonym w aktach. Zresztą pracują w dziale od wielu lat. Przyciąga krzesło do stolika, nie za blisko, i siada na jego brzegu, mocno opierając obie nogi na podłodze.
– Wolicie to zrobić tutaj czy w jakimś bardziej prywatnym miejscu? – pyta profesjonalnym, lecz pełnym zrozumienia tonem. Cichym, ale stanowczym. To, co ich spotyka, nie jest ich winą, ale muszą zrozumieć, że nie da się tego odwrócić.
Loren, starszy mężczyzna o kędzierzawych włosach, spogląda na nią. Ma znużony wzrok i przekrwione oczy, ale nie widać w nich zaskoczenia.
– Równie dobrze możemy zrobić to tutaj – odpowiada, wzruszając ramionami. – Co to ma za znaczenie?
Nawet nie próbuje ściszać głosu. Siedzący w pobliżu goście spoglądają z litością na ich stolik, ale Loren ich ignoruje. Zawsze taki był. Bezpośredni. Nieustępliwy. Nie bał się nazywać syfu po imieniu. Isako lubi go z tego powodu.
O Wilku Wyatcie nie wie zbyt wiele. Ma trzydzieści sześć lat, jest kawalerem i nie ma dzieci. Niski, ale muskularny. Podnosi ciężary, łyka białkowe suplementy i nosi obcisłe koszule, żeby to uwydatnić. Ponoć jest najlepszym futsalistą w całym dziale. Nawet grał kiedyś w Gwiazdach Astrokomu, w czasach, gdy ta drużyna była jeszcze coś warta. Isako słyszała, że jest świetnym współpracownikiem, jeśli ktoś potrafi się z nim dogadać, ale w przeciwnym razie potrafi być wredny.
Wyatt opiera się o blat i przeszywa Isako spojrzeniem gwałtownym jak nazwa jego gniazdka.
Nie rób tego, myśli kobieta. Nawet nie próbuj.
Wszyscy wiedzieliśmy, że to się wydarzy. Nie możemy zrobić nic poza zachowaniem godności.
Potrafi zauważyć, kiedy etatowiec dociera do granicy wytrzymałości, i jest bliski zrobienia czegoś głupiego. Podobne przeczucia mają ci, którzy pracują poza tarczą ochronną i potrafią wyczuć, że nadciąga sucha burza.
Zdejmuje kapelusz i rękawiczki, po czym kładzie je na stole. Gdy wypuszcza powietrze z płuc, nie widzi pary. Wiosna, nowy rok po siedmiu miesiącach zimy. Wreszcie zrobiło się na tyle ciepło, że czuje wszystkie palce u rąk i nóg, nawet w tych rejonach miejskiego habitatu, gdzie przydział ciepła jest niski. Wyciąga ekran z wewnętrznej kieszeni płaszcza i rozwija go na stole.
Najpierw przywołuje zawiadomienie dla Lorena.
– Rosa Loren… – zaczyna, nie zmieniając tonu głosu ani wyrazu twarzy – …z żalem informuję cię, że twoja posada starszego…
Wyatt rzuca się do ataku.
Wybiera chwilę, gdy jej ręce są zajęte, a uwaga kieruje się na ekran i na drugiego mężczyznę. Zakłada, że Isako nie zdoła zareagować wystarczająco szybko i zdąży wbić w nią kosę, którą wyciągnął z rękawa.
Kobieta podrywa się błyskawicznie. Jej krzesło przewraca się na oparcie. Pamięć mięśniowa w jednej chwili przenosi ją z pasywnej pozycji siedzącej do dynamicznej pozycji czwartej, zwanej Przywitaniem Burzy. Pięta wysuniętej do tyłu nogi spoczywa pewnie na podłodze. Isako pochyla się nisko, schodząc z drogi atakującego. Ma stosunkowo wiele czasu na reakcję – całą sekundę, a do tego dzieli ich stolik.
Kłębem lewej dłoni przesuwa do przodu blokadę wyzwalacza. To odruchowa reakcja, szybsza niż myśl. Śmiercionośny długi nóż wskakuje bezgłośnie w jej czekającą prawą dłoń. Czterdzieści osiem centymetrów wysokowęglowej akwilońskiej stali przesuwa się po wewnętrznej powierzchni przedramienia przeciwnika, przecinając ścięgna. Prowizoryczna broń wypada mu z palców. Potem Isako unosi swoje ostrze, kierując ją poniżej żeber etatowca.
Właściwie nie musi pchać. Pomaga jej impet mężczyzny. Klinga przebija mu serce. Isako dostrzega w jego twarzy strach i ból, a zarazem pełną dziwnego zaufania ulgę. Unosi dłonie i próbuje złapać kobietę za ramiona, gdy ona walczy z jego ciężarem. Jest niższy od niej i musi unieść głowę, by spojrzeć jej prosto w oczy.
– Przepraszam – szepcze.
Osuwa się na nią. Isako kładzie go delikatnie na podłogę i zamyka mu powieki. Wyciąga długi nóż i wyciera go czarną szmatką z mikrowłókna, którą zawsze nosi w wewnętrznej kieszeni czerwonego dwurzędowego płaszcza. Następnie chowa broń, nawet na nią nie patrząc. Przesuwa klingą po blokadzie wyzwalacza i wsuwa nóż do środka, aż rozlegnie się kliknięcie.
Wszyscy w knajpie wpatrują się z nienawiścią w jej plecy.
Przed chwilą ktoś próbował ją przeszyć zaostrzonym kawałkiem żelaza, ale to ją uważają za morderczynię. Ma ochotę odwrócić się i nazwać ich cholernymi hipokrytami. Wszyscy cieszą się, że padło na Wyatta, a nie na nich. Wybrał godne tchórza samobójstwo przez kontraktora i zmusił ją do przelania krwi, zamiast postąpić, jak trzeba, i pogodzić się z losem. W końcu to, co go spotkało, nie było niczyją winą.
Niemniej zajmuje się tym od dawna i świetnie wie, że opieprzanie etatowców nie zda się na nic. Z pewnością nie przestaną nią gardzić. Jest tylko posłańcem, ale tradycja zabijania posłańców jest bardzo stara.
Stawia kołnierz i wzywa Służby Habitatowe.
Lokal zaczyna się opróżniać. Nic nie psuje nastroju bardziej niż trup na podłodze.
Rosa Loren robi się blady jak letnie niebo, a na jego czole lśnią kropelki potu. Mimo to nie rusza się z miejsca. Spogląda na ciało towarzysza i ze smutkiem dopija resztkę piwa.
– Próbowałem go przekonać, żeby tego nie robił.
– Jestem ci wdzięczna. – Isako stawia przewrócone krzesło i siada na nim w stanie zanshin, tak samo jak przedtem, na przednim brzegu siedzenia, mocno wsparta na obu nogach, z wyprostowanym kręgosłupem, wystarczająco daleko od stolika, żeby jej nie przeszkadzał, gdy będzie zmuszona szybko zareagować. Nie sądzi, by Loren miał czegoś spróbować, ale jest długonożowniczką i zawsze tak siada w miejscach publicznych. Gniazdkoojciec nauczył ją tego, kiedy była małą dziewczynką. – Wolałabym, by cię posłuchał, ale to nie twoja wina, że tego nie zrobił.
– Czy wielu źle to przyjęło?
– Tylko garstka.
Jedenastu z dwustu, wliczając Wyatta. Nie tak źle. W końcu nikt nie był wstrząśnięty wypowiedzeniami. Zawsze tak się dzieje, gdy dział przegrywa wojnę i przejmuje go konkurencja. Każdy, kto mógł załatwić sobie przeniesienie z Astrokomu, zrobił to już dawno. Ale Loren jest jak ona. Zbyt wiele czasu spędził w jednym miejscu, by szukać dla siebie nowego.
– Do rzeczy – mówi, wskazując niecierpliwie na ekran.
Isako wyciąga rękę i przesuwa go ku mężczyźnie. Zaczyna od nowa, chcąc wszystko zrobić tak, jak trzeba.
– Rosa Loren, z żalem informuję cię, że twoja posada starszego technika łączności została zlikwidowana. Możesz być pewien, że tę decyzję podjęto po gruntownej analizie długoterminowych interesów Grupy Poszukiwań Gwiezdnego Domu oraz przyszłości ludzkiej kolonii na Akwilonie. Niestety, w tej chwili Korporacja nie może ci ofiarować żadnej posady zgodnej z twoim doświadczeniem i kwalifikacjami.
Loren nie odpowiada. Gapi się tylko na nią, słuchając jej słów. Isako czuje się paskudnie z tego powodu.
– W nagrodę za wiele lat ciężkiej pracy i służby Korporacja jest gotowa zaoferować tobie i twojej rodzinie pakiet rezygnacyjny obejmujący równowartość trzyletniego wynagrodzenia z dodatkowymi premiami za długoletnią pracę i zasługi dla działu. Umowa zawiera wszystkie szczegóły. Jeśli ją zaakceptujesz, będziesz miał siedemdziesiąt osiem godzin na opuszczenie mieszkania w Korporacji. Jeśli postanowisz odmówić, twoje zatrudnienie zakończy się ze skutkiem natychmiastowym i wszelkie prawne zobowiązania między tobą a Korporacją utracą ważność. W imieniu prezesa oraz Rady Dyrektorów Grupy Poszukiwań Gwiezdnego Domu wyrażam uznanie za wykonaną przez ciebie pracę oraz wieloletnie poświęcenie dla naszej wspólnej wizji bardziej dostatniej i bezpiecznej przyszłości całego gatunku ludzkiego.
W tym punkcie kończy się jej tekst. Wygłaszała oficjalne frazesy Korporacji tak wiele razy, że jest pewna, że zna je lepiej niż pracownik Działu Zasobów Ludzkich, który je napisał.
Być może spowodował to wyraz spokojnego cierpienia widoczny na twarzy Lorena albo fakt, że jego córka i Maya chodziły na ten sam kurs tańca, gdy były małymi dziewczynkami, i Isako pamięta, jak podczas recitalu na zakończenie roku szkolnego śmiała się razem z nim w teatralnym foyer, z tego, jak marnują pieniądze. Niewykluczone też, że chodzi o leżącego na podłodze trupa Wyatta. Tak czy inaczej, Isako postanawia dodać coś od siebie.
– Przykro mi, Loren. Naprawdę nie chciałam zobaczyć twojego nazwiska na tej liście.
Dlatego zostawiła go na sam koniec. Powtarzała sobie, że chce mu dać więcej czasu, ale w rzeczywistości po prostu przeciągała sprawę. Czekał na jej pojawienie się dobre kilka dni i zapewne było to raczej okrucieństwo niż przysługa.
O tym jednak nie wspomniała. I tak już powiedziała za dużo.
Kąciki jego ust opuszczają się niczym chleb opadający podczas pieczenia. Ma delikatną, kremową cerę etatowca wysokiej rangi, który spędził całe życie pod tarczą ochronną i nie ucierpiał z powodu gwałtownych wichrów i wiatru słonecznego. Jego głos jest jednak szorstki jak papier ścierny.
– No wiesz, liczyłem na to, że Greves osobiście przekaże mi tę wiadomość. Myślałem, że zasłużyłem na to po trzydziestu ośmiu latach pracy w dziale. – Prycha, pełen pogardy dla samego siebie. – Byłem głupi, myśląc, że nie wyśle pierdolonej kontraktorki, jak wszyscy.
– Na tym polega moja praca, Loren.
– Na pewno masz mnóstwo roboty – odpowiada z drwiącym uśmieszkiem.
– To już nie potrwa długo.
Te słowa przypominają Isako, że jej również grozi czystka.
Z twarzy Lorena znika część gniewu. Przyciąga do siebie na wpół opróżniony przez Wyatta kufel. Czemu by nie? On już go nie dopije. Isako czuje nagłą ochotę zamówienia piwa dla siebie, ale nie sądzi, by jedyny pozostały w lokalu barman chciał ją obsłużyć. Mógłby nawet dodać do kufla truciznę.
Loren chichocze ponuro.
– Ile masz lat, Isako?
– Pięćdziesiąt.
Terrańskich pięćdziesiąt trzy, ale kto w dzisiejszych czasach używa niezbyt pochlebnego kalendarza ojczystej planety?
– Ja mam sześćdziesiąt trzy – odpowiada pozbawionym wyrazu głosem. Zostały mu tylko dwa lata do sponsorowanej przez Korporację emerytury. – Całe życie przepracowałem w Astrokomunikacji. Mój ojciec żył tak samo. Moi przodkowie byli technikami Astrokomu na Wielkich Statkach. Nie mam żadnych umiejętności, jakich mogłyby potrzebować inne działy, i jestem stanowczo za stary, żeby opanować nowe. Jakie miałbym szanse jako freelancer? Nie przetrwałbym nawet roku.
Isako nie spiera się z nim.
– Swoją drogą, Wyatt nie miał do ciebie pretensji – kontynuuje Loren. – Mówił, że jesteś starą twardzielką, i zdziwiłby się, gdyby udało mu się cię zaskoczyć. Ale i tak miał zamiar spróbować. Bo w końcu co miał do stracenia? Wolał zginąć w walce, a gdyby udało mu się cię załatwić, to przynajmniej byłoby jednego krwiożerczego traka mniej. Tak na to patrzył.
To smutna, pokrętna logika. Etatowcy woleli nie pamiętać, że kontraktorów można szybko zastąpić. Gdyby Isako zginęła, Wyatt i tak otrzymałby wypowiedzenie. Po prostu dostarczyłby mu je ktoś inny.
– Ale ty jesteś innego zdania – zauważyła.
– Muszę myśleć o rodzinie – odparł. Wcześniej przeszywał Isako pełnym złości spojrzeniem, ale teraz tylko mruga i odwraca wzrok. Jego głos przybiera ochrypły ton, jakby ścisnęło go w gardle. – Moja mała Tessa pod koniec roku urodzi dziecko. To będzie mój pierwszy wnuczek. No wiesz, czas szybko leci. Wydaje się, że jeszcze wczoraj biegała w pieluszce. Ty też masz córkę, prawda?
– Tak. Przez rok chodziła z Tessą na kurs tańca.
– To prawda. Teraz sobie przypominam. – Jego twarz przybiera weselszy wyraz. – Minęło już tyle czasu. Tessa szybko przestała się interesować tańcem.
– Maya również.
– Przerzuciła się na bieganie. Była w tym naprawdę dobra. Mistrzyni trzech działów na czterysta i osiemset metrów. Mówi, że dziecko kopie tak mocno, że z pewnością również będzie biegało. – Jego spojrzenie wyraźnie łagodnieje. Loren sprawia wrażenie, że chciałby się jeszcze trochę pochwalić, być może nawet zapytać Isako o córkę, ale potem przypomina sobie, gdzie jest i dlaczego się tu spotkali.
Siada prosto i znowu mruga, by odgonić wspomnienia. Zamyka usta, jakby zatrzasnął ciężkie drzwi.
– Widzę, że Tessa wyrosła na nadzwyczajną kobietę – mówi Isako.
To również jest część jej pracy. Czasami musi użyć długiego noża, a w innych przypadkach siedzieć i słuchać. Używać odpowiednich słów, by pomóc rozmówcom wziąć na siebie odpowiedzialność. Sztuka WWE – wypowiedzenia, wyrejestrowania i eksmisji – jest tylko jedną z wielu, jakie musi opanować dobry kontraktor, ale ma wielkie znaczenie, ponieważ tak się pechowo składa, że to pierwsze, co przychodzi do głowy wielu etatowcom, gdy myślą o trakach.
– Chcę postąpić, jak trzeba – kontynuuje Loren. – Nie stanę się jednym z tych żałosnych wyrzutków, którzy kradną albo żebrzą o kwity. Nie będę zużywał tlenu i wody, które już mi się nie należą. Chcę, żeby dzieci Tessy miały tabliczkę upamiętniającą, którą będą mogły odwiedzać i z której będą dumne. – Unosi głowę i patrzy Isako prosto w oczy. – Wybieram rezygnację.
Isako pochyla głowę w geście uznania.
– Dziękuję za dar, jaki nam ofiarujesz.
Loren przewija obraz na ekranie aż do samego końca i unosi palec nad miejscem na biosygnaturę.
– Nie muszę czytać wszystkiego, prawda? To standardowe wypowiedzenie? Powiedziałabyś mi, gdyby było inaczej?
– Zgadza się – zapewnia. – Wszystko dostanie Tessa i jej rodzina.
Odwraca wzrok, by dać Lorenowi choć trochę prywatności w chwili, gdy dotknie palcem ekranu.
– To chyba wystarczy. – W jego głosie słyszy się ciężar ostateczności, ale poza tym brzmi dziarsko, niemal niecierpliwie. – Kiedy odejdą wszyscy?
Isako chowa ekran do kieszeni.
– W dzień bez pracy przy Luku Wschodnim zbierze się około dwunastu osób. Niektórzy chcą odejść razem, a inni wolą być sami.
– Przyjdziesz tam?
Zaskakuje ją jego płaczliwy ton. Nie chodzi o to, że Loren ukrywa strach pod maską stoicyzmu. Wszyscy to robią. Ale on przynajmniej jej nie nienawidzi. Dziwi ją, jak wiele to dla niej znaczy.
Po raz pierwszy uśmiecha się do Lorena. Mówiono jej, że kiedy to robi, wygląda młodziej. Szkoda, bo w dwóch ostatnich tygodniach miała bardzo niewiele powodów do uśmiechu. Wreszcie może przez moment odpocząć. Zachwyca ją ta perspektywa.
– Przyjdę – zapewnia. Może zrobić przynajmniej tyle.
Zawsze lubiła Rosę Lorena. Teraz również go szanuje i mu zazdrości. On przynajmniej wie. Wreszcie może się uspokoić. Pozostały mu jedynie przygotowania. Isako nie może tego powiedzieć o sobie.
Podobnie jak Loren, ona również zapuściła korzenie w organizacji Grevesa. Jeśli jej klient zostanie przeniesiony na inne miejsce w Korporacji, Isako podąży za nim. Jeśli nie, wkrótce znajdzie się w tej samej sytuacji, co Loren. Ale jej nikt nie wręczy wypowiedzenia. Kontraktorom nie przysługują pakiety pożegnalne. Otrzyma tylko bezosobową wiadomość, że jej usługi nie są już potrzebne i kontrakt unieważniono.
Do Oxygn wchodzi dwóch pracowników Służb Habitatowych, noszących pomarańczowe parki. Zaczynają wkładać do worka ciało Wilka Wyatta. Isako nie ma ochoty się temu przyglądać. Sięga po kapelusz i wciąga rękawiczki. Palce znowu jej zmarzły. Gdy wstaje, jej zesztywniałe kolana przeszywa ukłucie bólu.
Loren wyciąga rękę, ale powstrzymuje się przed złapaniem za rękaw jej płaszcza.
– W sumie cieszę się, że to byłaś ty. – Jego zaczerwienione oczy spoglądają na nią przez żółtawe chmury liściowego dymu. – Jesteś kontraktorką, ale nadal masz serce, Isako. No wiesz, to rzadkość.
Isako nie odpowiada. Wychodzi z lokalu i zatrzymuje się na chodniku. Twarz boli ją od suchego powietrza. Łączy się z klientem.
– Zrobione. Gdzie jesteś?
Przez moment panuje cisza.
– W Obserwatorium – odpowiada wreszcie Greves.Dwa
Kopuła na szczycie kwatery głównej Astrokomu jest najstarszym obserwatorium na planecie. Z praktycznego punktu widzenia stało się ono bezużyteczne z uwagi na zanieczyszczenie świetlne miejskiego habitatu, zniekształcenia wywołane przez tarczę ochronną oraz fakt, że w wysoko położonych punktach na obu kontynentach Akwilona wybudowano już kilkanaście nowszych, większych teleskopów. Obserwatorium ma jednak znaczenie historyczne. Zbudowali je Założyciele i jego potężne oko jest skierowane ku gwieździe, wokół której krąży Ziemia. W tamtych czasach ludzi obchodziło jeszcze, skąd przybyli ich przodkowie.
Muzeum nadal odwiedzają szkolne wycieczki, ale w tej chwili świeci pustkami. Jest tu tylko samotny mężczyzna w czarnej budrysówce. Wspiera się o barierę otaczającą antyczny teleskop i gapi się w zamyśleniu na pas czarnego nieba widoczny za na wpół otwartą kopułą.
– To ja powinienem był to zrobić.
Jego głos niesie się echem w pustce.
– W żadnym wypadku.
Lepiej nie myśleć, co by się stało, gdyby Wyatt spróbował zabić Grevesa, a nie ją. Etatowcy często źle przyjmują wypowiedzenie. Dlatego wszyscy dyrektorzy wynajmują kontraktorów do WWE.
Ale Greves nie przypomina innych dyrektorów. Mógłby naprawdę spróbować własnoręcznie dostarczyć wypowiedzenia, gdyby Isako natychmiast nie wybiła mu tego z głowy. Skutecznie broniła swego klienta podczas trzyletniej, męczącej wojny między działami i nie zamierzała pozwolić, by zabił go rozgniewany etatowiec, tylko dlatego, że Greves zapragnął w chwili porażki potraktować po ludzku swych pracowników.
Właśnie takie odruchy czynią go przywódcą, dla którego chce się pracować.
– Słusznie czują się skrzywdzeni. Obiecałem im nową erę badań kosmosu przez Korporację i wzrost Astrokomu. Moja klęska nie mogłaby być bardziej spektakularna.
Isako staje przy nim, ale nie patrzy na pełne gwiazd niebo.
– Wierzyłeś w swe obietnice i wielu ludzi w Korporacji również w nie uwierzyło. Fakt, że prezes i Rada Dyrektorów nie udzielili nam poparcia, niczego tu nie zmienia. Zrobiliśmy wszystko, co leżało w naszej mocy.
– To prawda.
Odsuwa się od barierki. Nawet gdy wyprostuje się na pełną wysokość, jest od niej o głowę niższy. Dziwnie wyglądają razem. Kontrast między nimi jest uderzający, nie tylko pod względem fizycznym. Greves jest krępy, przystojny i ma jasne włosy. Niedostatek wzrostu nadrabia dynamiczną charyzmą, efekciarstwem, sprytem oraz ambitnymi marzeniami. Być może to kompleks Napoleona. W jego przypadku okazuje się skuteczny. Gdy tylko zaczyna mówić o jakiejś wielkiej idei, niemalże zrywa się z krzesła i wymachuje rękami, zarażając wszystkich szalonym entuzjazmem. Ma pięćdziesiąt siedem lat i jest jednym z najmłodszych dyrektorów w Korporacji.
Siedem lat od niego młodsza Isako jest bardzo stara jak na kontraktorkę.
Greves uśmiecha się do niej blado.
– Nie mielibyśmy nawet najmniejszych szans, gdyby nie najlepsza superkontraktorka na planecie. Jesteś prawdziwą profesjonalistką, Isako. Nie mógłbym cię prosić o więcej.
Nie jest na tyle skromna, by temu zaprzeczyć.
Są kontraktorzy i są superkontraktorzy.
To najlepsi z najlepszych. Elita czarnych odznak. Na stu szeregowych kontraktorów przypada dziesięciu wykwalifikowanych. Na stu wykwalifikowanych jeden superkontraktor.
Najlepsi z nich potrafią rozwiązywać równania w głowie, udzielać się na eleganckich galach i zabijać ludzi na kilkanaście różnych sposobów. Mogą być strategami, szefami sztabu, strażnikami osobistymi albo specjalistami od dyplomacji – cokolwiek okaże się potrzebne. Mózg i mięśnie w jednym. Ich usługi są drogie. Agencja przyznaje tylko ograniczoną liczbę licencji. Wybiera ich i szkoli już od szesnastego roku życia. Daje im długie noże, uczy wszystkich sekretów biznesu i wpaja niezachwianą odwagę.
Klientów, którzy drogo płacą za ich usługi, trudno zadowolić. Są wśród nich najbogatsi i najpotężniejsi dyrektorzy oraz najlepsi wicedyrektorzy, którzy zrobiliby wszystko, żeby zdobyć przewagę. To superkontraktorzy im ją zapewniają. Tylko jeden może służyć danemu klientowi. Tak mówią zasady Korporacji.
Kiedy wybuchła wojna między Astrokomunikacją a Operacjami Satelitarnymi, Isako zrobiła wszystko, co tylko mogła, by zapewnić zwycięstwo Grevesowi. Starała się przekonać do jego wizji Słodkie Morze, ślęczała się nad raportami i prezentacjami, urządzała spotkania. Organizowała ataki obnażające słabe punkty systemów i zakładów OpSatu. Broniła Astrokomu przed kontratakami. Umieszczała agentów i sabotażystów w nieprzyjacielskich szeregach. Wykryła trzech techników Astrokomu, szpiegujących na rzecz OpSatu. Wynajmowała ludzi, którzy mieli przekupywać, szantażować albo zniesławiać kierownictwo przeciwnika, a jednocześnie broniła wewnętrznego kręgu Grevesa i zabiegała o wsparcie oraz sojuszników w innych działach. Wysyłała swego klienta na wizyty mające wzmocnić morale działu i zainspirować etatowców. Podczas trzech lat wojny dwukrotnie omal jej nie zabito.
Ale w końcu wszystko to zdało się na nic.
– Najbardziej wkurza mnie fakt, że walczyliśmy z innymi zwolennikami reunifikacji – oznajmia z goryczą Greves. – Prezes pragnął jedności, a my nie mogliśmy osiągnąć jej drogą pokojową, więc rozdarliśmy się na strzępy. Terraformiści musieli tylko czekać, przyglądać się i rosnąć w siłę. Słyszałaś, kogo mają przyjąć do Rady Dyrektorów?
– Kto o tym nie słyszał?
Wieści rozeszły się już po całej korposieci, zaćmiewając nawet rozstrzygnięcie wojny między Astrokomem a OpSatem.
– Ławicę Uchiego, oczywiście. – Greves wywarkuje to nazwisko, jakby było przekleństwem.
Nie jest zaskoczeniem, że elegancki, siedemdziesięcioletni złoty chłopak z ruchu terraformistów szybko trafił do kierownictwa Korporacji. Był jedną z dwóch najgłośniejszych wschodzących gwiazd konfliktu między „Ziemią” a „ziemią”. Nazwiska Puszczy Grevesa i Ławicy Uchiego często wypowiadało się jednym tchem.
Przynajmniej do tej pory.
– Korporacja rzeczywiście zeszła na manowce i wpadła w ręce małych zetek. – Greves mocno zaciska dłonie na barierce. – Obawiam się, że czekają nas ciężkie czasy, Isa.
– Polityczny wiatr zawsze jest zmienny – zauważa Isako. – Terraformiści są w tej chwili na fali, ale możemy nadrobić straty, jeśli dobrze to rozegramy i zadbamy o to, żebyś zdobył odpowiednią pozycję.
– A jak zamierzasz to osiągnąć, moja superkontraktorko?
– Poproś o stanowisko wicedyrektora w OpSacie. Całuj tyłki i zachowuj się uniżenie, jeśli okaże się to niezbędne. Sawanna Minto jest stara. Za dwadzieścia lat będzie na wylocie, a to otworzy przed tobą szansę zostania dyrektorem.
Na twarzy Grevesa pojawia się drwiący uśmieszek.
– Musiałbym zacząć od degradacji i pracy dla tej, która mnie pokonała.
– Tylko tymczasowo. W końcu wróciłbyś na szczyt. O ile zachowasz cierpliwość.
– A ty nie miałabyś nic przeciwko temu? Nie umawiałaś się na pracę dla pokonanego wicedyrektora. Cholera, na takim stanowisku zapewne nie byłoby mnie stać na usługi superkontraktora.
– Nieważne. Kontrakt wyłączny to kontrakt wyłączny. Pójdę za tobą wszędzie.
Mówi szczerze. Greves to najlepszy klient, jakiego kiedykolwiek miała. Po trzech latach współpracy zaproponował jej dożywotni kontrakt. Poprosiła o dwadzieścia sześć godzin na zastanowienie. Odpowiedział, że da jej cały tydzień.
Wróciła do domu, przespała się z tym, a rano oznajmiła mu, że się zgadza. To było dziewięć lat temu. Nie miała wtedy trudności z dożywotnim związaniem się z jednym klientem. Bardzo wielu superkontraktorów marzy o kontrakcie wyłącznym, ale tylko nielicznym udaje się zawrzeć taką umowę z klientem, którego lubią i szanują, a tym bardziej z kimś, przed kim otwierała się ścieżka kariery w Korporacji.
Okazało się jednak, że ta ongiś obiecująca droga prowadzi w dół. Niemniej Kodeks Świadczenia Usług Klientom równie dobrze mógłby być przysięgą małżeńską. _Służyć znaczy żyć. A żyć znaczy umrzeć._ Innymi słowy na dobre i na złe, przez triumfy i klęski, dopóki śmierć nas nie rozłączy.
Isako umrze znacznie wcześniej niż on. Greves znajdzie sobie nowego superkontraktora. Jest jednak przekonana, że ma przed sobą jeszcze kilka dobrych lat. Przynajmniej do chwili, gdy kolana odmówią jej posłuszeństwa.
Greves raz jeszcze spogląda na niebo, a potem naciska guzik zamykający kopułę obserwatorium. Szczelina zasuwa się powoli, zasłaniając gwiazdy.
– Zastanowię się nad twoją radą.
– Masz jakieś informacje od Słodkiego Morza? Coś, co sugerowałoby, jak postąpią?
Istnieje nawet możliwość, że Greves nie zostanie zdegradowany, ale po prostu zwolniony, jak dwustu pracowników Astrokomu, którym Isako przekazała zawiadomienia. Uważa, że to mało prawdopodobne. Jest za młody, ma wielki potencjał i sporo ważnych osób go lubi. Niemniej nie można tego wykluczyć.
W takim przypadku oboje będą mieli przesrane.
Gdyby miało do tego dojść, wolałaby otrzymać ostrzeżenie.
Greves kręci głową.
– Powinienem był wynająć cię i dać ci białą odznakę, kiedy jeszcze miałem taką możliwość. Wybacz, Isa.
– Nie musisz mnie przepraszać.
Nie przyjęłaby takiej propozycji, nawet gdyby Rada Dyrektorów nie zakazała Astrokomowi i OpSatowi wynajmowania nowych pracowników na czas wojny. Etatowcom nie pozwalano nosić broni, a tym bardziej wykonywać nieoficjalnych zadań. Od tego byli kontraktorzy.
– Byłam ci potrzebna jako superkontraktorka – przypomina mu.
– Nadal cię potrzebuję. Przekazanie tych zawiadomień ludziom, których znałaś od lat, musiało być kurewsko nieprzyjemne, ale ty się nawet nie skarżyłaś.
Co by mi dały skargi? – zastanawia się.
Zmarnowałaby tylko energię, tak jak etatowcy w Oxygn, oskarżający ją o śmierć Wyatta. Z pewnością nie pomoże klientowi, użalając się nad sobą. Zawsze żyła w zgodzie z Kodeksem. Nie ma żadnego wpływu na decyzje podejmowane na górze, ale może przynajmniej do końca zachować profesjonalizm.
– Ostatni, którzy zaakceptowali rezygnację, zrobią to w dzień bez pracy przy Luku Wschodnim – oznajmia. – Mówię to na wypadek, gdybyś zechciał przyjść.
Greves się krzywi.
– Nie sądzę, bym tym razem to zrobił.
Nie może mieć do niego pretensji. Pracowali razem dwanaście lat i nigdy dotąd nie widziała, by porażka tak go przygnębiła i by ogarnął go równie głęboki pesymizm. Liczyła na bardziej pozytywną reakcję na jej sugestię akceptacji podrzędnej roli, która z czasem pozwoliłaby mu wspiąć się z powrotem na szczyt. Być może jednak prosiła o zbyt wiele. Może było za wcześnie. Musi dać mu czas na żałobę po zniszczeniu jego działu i klęsce marzeń.
– Zastanów się nad tym – nalega. – Praca w OpSacie może być dla ciebie szansą.
Nad ich głowami znika ostatnia gwiazda.
– Weź sobie kilka dni wolnego, Isa – sugeruje Greves. – Jeśli ktokolwiek na to zasługuje, to z pewnością ty.Sześć
Standardowe umowy z licencjonowanymi kontraktorami można wystawiać na okres od minimum sześciu (6) tygodni do maksimum dziesięciu (10) lat. Ich warunki można renegocjować w chwili przedłużenia. Kontrakt można w dowolnej chwili unieważnić z uzasadnionych powodów. Szczegóły podano w sekcji 3 (c) (ii).
Kontrakty główne i wyłączne można zawierać z superkontraktorami. Kontrakt główny wystawia się na trzy (3) lata i można dwukrotnie przedłużać go o rok, do maksymalnie pięciu (5) lat. Kontrakt wyłączny można zaoferować po upływie pierwszego terminu kontraktu głównego. Pozostaje on w mocy do standardowego czasu przejścia w stan spoczynku (dodatek tablica 8). Posiadaczom kontraktu wyłącznego można w chwili przejścia w stan spoczynku przyznać status pełnych etatowców ze wszystkimi związanymi z tym premiami. Poza tym kontrakt wyłączny można zakończyć jedynie za obopólnym porozumieniem stron lub w przypadku, gdyby kontraktor został partnerem Agencji.
Podręcznik Agencji
Dzień Sefy, 5. tydzień, rok 500 o.Z.
Isako powinna już się zabrać do pracy, ale umówiła się z Mayą na obiad. Nie widziały się od wielu tygodni. Obie były zajęte_._ Maya zdawała egzaminy końcowe, a Isako przekazywała wyroki śmierci.
Będzie musiała wytłumaczyć córce, że postanowiła zrezygnować i zostało jej tylko dwadzieścia sześć dni, zanim podąży na Pustkowia za swym klientem. To nie jest rozmowa, na którą czekałaby z radością. Dojdzie do niej stanowczo za szybko. Nie czuje się przygotowana.
Jadąc samochodem, czyta listy rezygnacyjne.
Nie wszyscy je upubliczniają, ale większość rezygnujących pragnie się podzielić swymi ostatnimi myślami. Przeważająca ich część ma charakter osobisty – wyrazy miłości i wdzięczności dla krewnych i współgniazdkowców, wskazówki dotyczące podziału pakietu oraz miejsca umieszczenia tabliczki. Isako czyta całość, ale te fragmenty tylko pobieżnie.
Zatrzymuje się na ostatnich linijkach. Uważa, że szacunek tego wymaga. Ostatnie słowa są ważne. Stanowią podsumowanie całego życia.
Szczególnie dobre słowa pożegnania zyskują publiczny podziw. Wydaje się je w zbiorach i umieszcza na tabliczkach upamiętniających. Wyrażone w nich uczucia chwytają za serce, pozwalają zajrzeć w duszę autora i ukazują prawdy, które może ujawnić jedynie spokojny, dojrzały umysł, pogodzony z bliskim kresem.
Pisarz Nabrzeże Sooyong ponoć poświęcił trzy lata na pisanie kolejnych wersji słów pożegnalnych, aż wreszcie zrezygnował z zadowoleniem, pewien, że stworzył swe najlepsze dzieło.
_Życie jest słońcem_
_A śmierć gwiazdą północy_
_Oświetlają nam drogę do domu_
_Gdy podróżujemy przez niebiosa,_
_Cóż znaczy kilka kroków więcej?_
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki