Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Ostatni Kurs - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
7 sierpnia 2026
E-book: EPUB,
5,00 zł
Audiobook
9,00 zł
5,00
500 pkt
punktów Virtualo

Ostatni Kurs - ebook

Dla Tomasza, perfekcyjnego kontrolera lotów, świat to bezpieczna siatka korytarzy powietrznych i żelaznych procedur. Wszystko legnie w gruzach, gdy podczas nocnej zmiany na jego radarze na kilka sekund pojawia się widmowy samolot. Przełożeni bagatelizują incydent, a cyfrowe dowody znikają z serwerów w niewyjaśnionych okolicznościach. Drążąc temat, Tomasz trafia na ślad „Floty Cieni” – tajnych, nielegalnych lotów organizowanych przez służby wywiadowcze. System, którego był częścią, nagle wydaje na niego wyrok. Bezwzględna organizacja uderza w jego najsłabszy punkt: żonę i dzieci. Zmuszony do ucieczki i wrobiony w brutalne morderstwo, zwykły urzędnik staje się zwierzyną łowną. Rozpoczyna się nierówny wyścig z czasem. Aby ocalić rodzinę i zdemaskować spisek, Tomasz będzie musiał stoczyć śmiertelną walkę na swoim własnym terytorium. Ile zaryzykujesz, by obronić prawdę?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 868 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Z wysokości osiemdziesięciu metrów nad ziemią, świat wydawał się idealnie logiczny.

Wieża kontroli lotów przypominała szklaną latarnię zawieszoną w oceanie atramentu. Zza grubych, pancernych szyb dobiegał jedynie stłumiony, niski pomruk turbin wiatrowych i sporadyczny ryk odrzutowców, które niczym stalowe wieloryby przetaczały się po płytach postojowych gdzieś daleko w dole. Wewnątrz panował chłód klimatyzacji, pachnący ozonem i przestarzałą, przepaloną kawą z automatu. Dla Tomasza ten sterylny, zamknięty ekosystem był jedynym miejscem, w którym chaos zewnętrznego świata ustępował miejsca czystej matematyce.

Wpatrywał się w główny monitor radaru. Głęboka, hipnotyzująca zieleń ekranu rzucała blade światło na jego ostre rysy twarzy. Była 2:54 we wtorek. Najspokojniejszy moment z całej nocnej zmiany. Przestrzeń powietrzna nad jego sektorem przypominała opustoszałą autostradę. Dwa samoloty cargo przewoźnika kurierskiego leniwie pełzły w kierunku Lipska na poziomie lotu 320, a opóźniony czarter z Antalyi zniżał się właśnie do lądowania na pasie dwa-siedem. Wszystko miało swój wektor, swoją wysokość, swój przypisany, pulsujący obok kropki kod transpondera. Przewidywalność. Porządek. Właśnie to Tomasz kochał w tej pracy najbardziej. Wiedział, gdzie znajduje się każda tona metalu w promieniu kilkuset mil. Miał nad tym absolutną kontrolę.

Przesunął palcem po krawędzi biurka, strzepując niewidzialny pyłek, po czym poprawił zestaw słuchawkowy na lewym uchu. Mikrofon znajdował się dokładnie dwa centymetry od jego ust. Zawsze tak samo.

Zegar w prawym górnym rogu ekranu przeskoczył na 2:58. Potem na 2:59.

Cisza w eterze była gęsta, niemal namacalna. Tomasz wziął głęboki wdech, pozwalając, by monotonny szum serwerowni ukoił jego zmysły. Jego umysł, zazwyczaj pracujący na najwyższych obrotach, analizujący trajektorie i separacje maszyn, teraz wszedł w tryb jałowy. Przez ułamek sekundy pomyślał o Annie. Zastanawiał się, czy znowu zasnęła z włączonym telewizorem, i czy rano dzieciaki nie obudzą jej zbyt wcześnie. Szybko jednak odepchnął tę myśl. Oddzielał życie prywatne od wieży grubą, nieprzebijalną barierą. Kiedy miał na głowie słuchawki, był tylko strażnikiem nieba.

Na zegarze wybiła 3:00:00.

Z cichym, ledwie słyszalnym piknięciem, które dla niewprawnego ucha zginęłoby w szumie wentylatorów, na lewej krawędzi ekranu pojawiła się plamka.

Tomasz zamrugał. Jego mózg odnotował anomalię, zanim jeszcze on sam zdążył w pełni uświadomić sobie, na co patrzy. Wyprostował się w fotelu, a jego dłonie automatycznie powędrowały na klawiaturę konsoli. To nie był normalny odczyt.

Plamka znajdowała się w sektorze GOLF-4, w korytarzu powietrznym standardowo zarezerwowanym dla lotnictwa wojskowego, który tej nocy miał być całkowicie pusty. Co więcej – obok punktu nie było żadnego bloku danych. Brakowało numeru lotu. Brakowało kodu SSR. Brakowało informacji o wysokości i prędkości wyliczanej przez system. Nic. Tylko surowe, pierwotne odbicie radarowe. Primary target. Kawał stałej materii, od którego odbiła się fala radiowa, wracając do anteny.

Mijała druga sekunda. Tomasz poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła. Serce, dotychczas bijące spokojnym, miarowym rytmem, przyspieszyło, uderzając głucho o żebra. To było fizycznie niemożliwe. Współczesne niebo było gęste od systemów nadzoru. Każdy, nawet najmniejszy samolot sportowy, miał obowiązek emitować sygnał transpondera. Obiekt na jego ekranie był głuchy, ślepy dla wtórnego radaru i poruszał się z prędkością, która według błyskawicznych, dokonywanych w głowie obliczeń Tomasza, przekraczała osiemset kilometrów na godzinę.

Sekunda czwarta.

– Obiekt niezidentyfikowany w sektorze GOLF-4, zidentyfikuj się – powiedział Tomasz do mikrofonu, a jego głos, choć opanowany i profesjonalny, miał w sobie chłodną, metaliczną nutę napięcia. Wcisnął przycisk nadawania na międzynarodowej częstotliwości ratunkowej 121.5 MHz. – Unknown aircraft, sector GOLF-4, this is Warsaw Control. You are flying in restricted airspace. Squawk ident immediately.

Cisza. Tylko delikatny szum jonosfery w słuchawce.

Sekunda siódma. Plamka pokonała kolejne mile, przecinając linie siatki na ekranie z nieludzką precyzją. Żadnych odchyleń. Żadnej próby nawiązania kontaktu. Trajektoria była idealnie prosta. Tomasz zaczął stukać w klawiaturę, żądając od systemu korelacji danych z radarami wojskowymi z Powidza i Łasku. Otworzył okno dialogowe z obroną powietrzną, gotowy wcisnąć przycisk alarmowy. Jeśli to był zabłąkany dron, prywatna awionetka z awarią zasilania albo, co gorsza, porwany samolot cywilny, minuty dzieliły ich od poderwania pary dyżurnej F-16.

Sekunda dziewiąta.

Wewnętrzny monolog Tomasza pędził. Nie masz transpondera. Nie ma cię w planach lotu. Nie zgłosiłeś wejścia w mój obszar. Jesteś duży, sądząc po epoce radarowym, rozmiaru przynajmniej Gulfstreama albo małego Boeinga. Dlaczego milczysz? Dlaczego nie odbijasz w lewo, z dala od strefy cywilnej?

Wcisnął przycisk jeszcze raz.

– Unknown traffic, you are unverified. Acknowledge on frequency 121.5 or change course immediately.

Sekunda jedenasta. Plamka znajdowała się niemal w samym centrum wojskowego korytarza.

A potem, w dwunastej sekundzie, obiekt po prostu zniknął.

Nie odleciał za krawędź ekranu. Nie zaczął opadać, co mogłoby sugerować katastrofę. Po prostu przestał istnieć. Odświeżenie obrazu radaru, przemiatającego niebo co cztery sekundy, przyniosło całkowitą pustkę. Korytarz GOLF-4 znów był idealnie czysty.

Tomasz zamarł, z palcem zawieszonym nad przyciskiem alarmowym. Wpatrywał się w martwy punkt na monitorze tak intensywnie, że zielone piksele zaczęły mu się mienić przed oczami. Znał ten sprzęt od piętnastu lat. Wiedział, jak wyglądają artefakty pogodowe – chmury burzowe tworzyły rozmyte, pulsujące plamy. Wiedział, jak wyglądają zakłócenia od inwersji temperatury, czy chmary ptaków. To, co widział przed chwilą, było ostre, wyraźne i miało określoną, aerodynamiczną masę.

I zniknęło, jakby ktoś wyciągnął wtyczkę z gniazdka.

Zerwał słuchawki z głowy i odwrócił się gwałtownie. Jego krzesło zaskrzypiało głośno w ciszy sali operacyjnej.

– Kaczmarek! – krzyknął, znacznie głośniej, niż zamierzał.

Kierownik zmiany, mężczyzna po pięćdziesiątce z permanentnymi sińcami pod oczami, uniósł wzrok znad stosu papierów na swoim podwyższonym stanowisku z tyłu sali. Powoli zdjął okulary do czytania i potarł nasadę nosa z wyraźnym zirytowaniem. Pociągnął łyk z tekturowego kubka, skrzywił się i powolnym, ociężałym krokiem podszedł do stanowiska Tomasza.

– Co ryczysz, Tomku? – zapytał Kaczmarek, opierając się ciężko o blat konsolety. Z jego oddechu czuć było miętową gumę i starą nikotynę. – Środek nocy jest. Ruch masz taki, że mógłbyś to ogarniać z zamkniętymi oczami. Coś się rozszczelniło?

– Miałem naruszenie strefy. Sektor GOLF-4 – odpowiedział Tomasz twardo, wskazując palcem na wciąż pusty fragment ekranu. Jego palec drżał minimalnie, co sam ze złością odnotował, zaciskając dłoń w pięść. – Niezidentyfikowany obiekt. Brak sygnału SSR. Brak planu lotu. Przeszedł przez korytarz na wysokości około trzydziestu pięciu, czterdziestu tysięcy stóp.

Kaczmarek zmarszczył gęste brwi i pochylił się nad monitorem. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w idealnie czysty radar, po czym przeniósł wzrok na Tomasza. W jego spojrzeniu nie było śladu zaniepokojenia, jedynie narastające zmęczenie.

– GOLF-4 jest czysty, Tomek. Nie widzę tam nawet paralotniarza, a co dopiero ruchu bez transpondera. Obrona powietrzna coś zgłaszała?

– Nie. Wojskowi milczą – Tomasz stuknął w klawiaturę, wywołując na dodatkowym monitorze logi z ostatnich pięciu minut. Ciągi zielonych cyfr zaczęły przesuwać się po czarnym tle. – Pojawił się dokładnie o 3:00. Był widoczny przez dwanaście sekund, przeszedł jakieś osiem mil, po czym zniknął. Rozpłynął się w powietrzu.

Kaczmarek westchnął z przeciągłym, teatralnym świstem. Wyprostował się i założył ramiona na piersi.

– Dwanaście sekund. Tomku, pracujesz tu wystarczająco długo, żeby wiedzieć, co to znaczy. Mieliśmy aktualizację oprogramowania Thalesa w zeszłym tygodniu. Znowu wywala im moduł filtrowania ech pierwotnych.

– To nie był błąd oprogramowania, Adam – Tomasz rzadko zwracał się do kierownika po imieniu na służbie. Jego ton stał się ostry, przypominający skalpel. – Odczyt był stabilny. Brak skoków prędkości. Brak rozmycia. To poruszało się jak nowoczesny odrzutowiec. I miało wyłączony sprzęt na pokładzie. Celowo. Próbowałem wywołać go na sto dwadzieścia jeden i pół. Zero odzewu.

– A dlaczego miałby odpowiadać na częstotliwości radiowej, skoro to był cholerny artefakt w kodzie źródłowym serwera? – Kaczmarek podniósł głos, tracąc resztki cierpliwości. Uderzył otwartą dłonią w blat. – Słuchaj mnie uważnie. Od czterech dni raportują nam z Gdańska i Krakowa, że system łapie jakieś fantomy. Wojsko odpala zakłócacze na wschodzie, Rosjanie się bawią sygnałem GPS nad Bałtykiem, a system nawigacyjny próbuje to łatać interpolacją i tworzy duchy. Widziałeś ducha w maszynie, nic więcej.

– Duchy nie latają po idealnie wytyczonych liniach korytarzy wojskowych – odparował Tomasz, nie odrywając wzroku od twarzy przełożonego. Oczy Kaczmarka uciekały na boki, unikał dłuższego kontaktu wzrokowego. To uderzyło Tomasza. Kaczmarek był leniwy, to prawda, ale zazwyczaj, gdy w grę wchodziło bezpieczeństwo, reagował podręcznikowo, by chronić własny tyłek. Teraz wyraźnie próbował zabić temat w zarodku. – Musimy powiadomić obronę powietrzną. Nawet jeśli to anomalia, protokół wymaga zgłoszenia naruszenia przestrzeni TGA. Wypełnię raport, wyślę zapis z ekranu...

– Nie wypełnisz żadnego pieprzonego raportu! – warknął Kaczmarek, pochylając się tak nisko, że Tomasz poczuł na twarzy powiew jego oddechu. Głos kierownika nagle stracił barwę zniecierpliwienia, a zyskał ton ostrego, kategorycznego nakazu. – Wojsko ma nas w dupie o tej porze, a ja nie zamierzam o trzeciej nad ranem pisać wyjaśnień do Agencji Żeglugi Powietrznej, bo panu idealnemu kontrolerowi przywidziało się ufo na radarze. Chcesz, żeby zrobili nam audyt systemów? Zamkną sektor na dwa dni, skierują ruch do Pragi, a my będziemy odpowiadać przed komisją za opóźnienia, bo przestraszyłeś się aktualizacji Windowsa.

Tomasz zacisnął zęby. Gniew zaczął pulsować mu w skroniach. To uderzało w fundamenty jego świata. Zignorowanie niewiadomej w równaniu było w jego fachu grzechem głównym.

– Widziałem to, Adam. Radar pierwotny nie kłamie. On nie odbija fal od linijek kodu. Odbija je od kadłubów, skrzydeł i silników. Tam, na górze, o 3:00 w nocy, pojawił się fizyczny obiekt. I wyłączył się z sieci. Albo, co gorsza, uruchomił jakiś rodzaj aktywnego zagłuszania radarowego.

Kaczmarek zamknął oczy i potarł czoło, nagle wydając się o dziesięć lat starszym. Kiedy znów spojrzał na Tomasza, w jego wzroku było coś, co przypominało litość, a może ukryte ostrzeżenie.

– Tomek... – zaczął powoli, cedząc każde słowo. – Mamy tu określone zasady. System jest certyfikowany. System mówi mi, że GOLF-4 jest pusty. Twój ekran też jest pusty. Nie było żadnego telefonu z ministerstwa, nikt nie postawił bazy w Mińsku Mazowieckim na nogi. To oznacza, że nie było żadnego samolotu. Zgłosisz to rano do działu IT. Napiszesz im maila, że o 3:00 miałeś "krótkotrwały artefakt na ekranie". I na tym koniec tematu. To jest polecenie służbowe. Rozumiesz?

Słowa zawisły w zimnym powietrzu wieży. Tomasz wpatrywał się w zaciętą twarz Kaczmarka. Kierownik zmiany kłamał, albo świadomie wypierał fakty dla własnej wygody. Obie opcje były w głowie Tomasza równie odrażające. Odwrócił powoli wzrok, przenosząc go z powrotem na zielony, pulsujący ekran monitora. Przestrzeń powietrzna była pozornie spokojna, ale dla niego zmieniła się na zawsze. Ta czysta, logiczna plansza nagle zyskała trzeci wymiar, pełen ukrytych, zamazanych plam.

– Rozumiem – powiedział w końcu Tomasz cichym, matowym głosem. – Krótkotrwały artefakt. Zgłoszę rano do IT.

Kaczmarek poklepał go ciężko po ramieniu, na wpół z ulgą, na wpół protekcjonalnie.

– Dobry chłopak. Napij się kawy. Zostały ci tylko cztery godziny.

Kierownik odwrócił się i poszedł z powrotem do swojego biurka, ciężko szurając butami po antystatycznej wykładzinie.

Tomasz został sam. Położył dłonie z powrotem na klawiaturze, ale jego palce wciąż drżały. System logów na pobocznym monitorze wciąż był otwarty. Nie patrząc w stronę Kaczmarka, błyskawicznym, niemal zautomatyzowanym ruchem skopiował surowy plik z odczytami z ostatnich dwudziestu minut do ukrytego, zaszyfrowanego folderu na swoim koncie użytkownika.

Wiedział, że system nie kłamał. Oszukiwali go tylko ludzie. A to oznaczało, że w jego perfekcyjnie zorganizowanym świecie istniała potężna wyrwa, przez którą właśnie prześlizgnął się nieuchwytny cień.

I Tomasz zamierzał dowiedzieć się, do kogo ten cień należał. Dokładnie w za tydzień, o tej samej porze.ROZDZIAŁ DRUGI

Metalowa obudowa starego odbiornika Yaesu ciążyła w dłoni jak naładowana broń. Tomasz stał w słabo oświetlonej szatni personelu, wpatrując się w czarne, zmatowiałe pokrętła i analogowy wyświetlacz częstotliwości. Chłód urządzenia przenikał przez skórę, przypominając mu o absurdzie sytuacji, w jakiej się znalazł. Powietrze w pomieszczeniu pachniało tanim płynem do dezynfekcji i wilgotnymi ręcznikami. Jarzeniówka nad jego głową cicho bzyczała, rzucając trupio blade światło na rzędy szarych szafek.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij