Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

OSTATNI ŁUK. Wydanie kompletne - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 czerwca 2026
30,29
3029 pkt
punktów Virtualo

OSTATNI ŁUK. Wydanie kompletne - ebook

Czterdziestoletnia Ilka wierzy, że jej życie jest już wystarczająco przewidywalne. Ma własną galerię, swoje rytuały i dystans, który od lat chroni ją przed zbyt silnymi emocjami. Wystarczy jednak jedno wyjście na stadion żużlowy, by świat, którego nie rozumiała, wciągnął ją bez reszty. „Ostatni Łuk. Wydanie kompletne” to opowieść o miłości, ryzyku i wyborach, które zmieniają wszystko. Książka przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich (18+).

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-639-9
Rozmiar pliku: 2,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

INFORMACJA O WYDANIU

Niniejsze wydanie stanowi poprawioną, zredagowaną i scaloną wersję historii, której dwa pierwsze tomy ukazały się wcześniej jako osobne publikacje.

Obecna edycja obejmuje całość opowieści w trzech tomach, ujednoliconą stylistycznie, językowo i redakcyjnie oraz przygotowaną jako kompletna wersja powieści.

NOTA O FIKCJI LITERACKIEJ

Niniejsza książka jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób, klubów, instytucji, miejsc lub zdarzeń jest przypadkowe i niezamierzone.

Powieść została osadzona w realiach świata żużlowego, jednak przedstawiona historia, bohaterowie, relacje i wydarzenia mają charakter wyłącznie literacki.

DEDYKACJA

_Dla ludzi żużla._

_Dla tych, którzy wiedzą, że żużel nie zaczyna się dopiero pod taśmą i nie kończy wraz z ostatnim biegiem._

_Dla zawodników, mechaników, trenerów, działaczy, kibiców i wszystkich, którzy rozumieją, że ten sport jest czymś więcej niż wynikiem zapisanym w programie. Jest odwagą, lojalnością, napięciem przed startem, milczeniem po upadku, krzykiem trybun i wiarą, która nie gaśnie nawet wtedy, gdy sezon boli bardziej, niż powinien._

_Dla tych, którzy zostają przy torze bez względu na wynik._

_I dla tych, którzy wiedzą, że czasem jeden bieg wystarczy, żeby zmienić całe życie. Ewa Lewandowska-Siemiątkowska_Rozdział I — Rozstanie

Zapach był pierwszy.

Zanim jeszcze przekroczyła próg, zanim puściła klamkę, zanim oczy przywykły do zimnego światła korytarza — poczuła go.

Obcy. Słodkawy.

Perfumy, których nigdy by sobie nie kupiła, bo nigdy nie chciałaby pachnieć jak kobieta, która desperacko czegoś szuka.

Ilka Kozyra stanęła nieruchomo w drzwiach własnego mieszkania i pozwoliła, by ten zapach wnikał w nią powoli — jak diagnoza, której się spodziewasz, ale wciąż nie jesteś gotowa usłyszeć.

W salonie paliła się tylko jedna lampa. Przy oknie, w fotelu, w którym kiedyś czytał niedzielne gazety, siedział Krzysztof. Krawat miał poluzowany, guzik przy kołnierzu odpięty, w dłoni trzymał szklankę z resztką whisky. Wyglądał jak człowiek po kolacji — spokojny, syty, trochę znudzony.

— Wcześniej dziś — powiedział, nie podnosząc wzroku.

To nie było pytanie. Stwierdzenie faktu. Jakby jej pojawienie się było jedynie drobną niedogodnością w harmonogramie wieczoru.

Ilka postawiła torebkę na komodzie. Powoli. Precyzyjnie. Żeby ręce jej nie drżały. Krótkie czarne włosy opadły na czoło i nie odsunęła ich — niech zasłaniają, niech dadzą jej tę jedną sekundę, której potrzebowała.

Kiedy uniosła głowę, jej stalowozielone oczy były spokojne. Przez lata pracy w galerii nauczyła się panować nad twarzą.

Dziś bardziej niż kiedykolwiek.

— Była tu — powiedziała. Nie pytanie. Pewność.

Krzysztof odwrócił się powoli. Na jego twarzy przez ułamek sekundy coś przemknęło — może wstyd, może kalkulacja — ale to była tylko chwila.

Zbyt długo był prawnikiem, żeby pozwolić sobie na szczerość.

— Wiedziałaś o tym od dawna — odparł.

— Wiedzieć to jedno. Wrócić i poczuć jej perfumy w swoim mieszkaniu to drugie.

Cisza.

Podeszła do okna. Za szybą Bydgoszcz żyła swoim nocnym rytmem — latarnie, odległy śmiech z ogródka restauracyjnego, sylwetki przechodniów.

Miasto, które nie wiedziało, że właśnie coś się kończy.

— Czternaście lat — powiedziała cicho, do szyby, nie do niego.

— Nie zaczynaj teraz dramatu — mruknął Krzysztof. Odłożył szklankę. Podniósł się z fotela z tą swoją prawniczą swobodą, jakby każdy ruch był przemyślany dwa kroki naprzód. — Zawsze byłaś zbyt szczelna, Ilka. Zbyt zamknięta. Myślałaś, że milczenie to elegancja.

— Nie byłam zamknięta. Byłam zmęczona udawaniem, że wszystko jest w porządku.

— A ja byłem zmęczony kobietą, która rozmawia z obrazami chętniej niż ze mną.

Odwróciła się. Patrzyła na niego długo.

— Więc Sandra z tobą rozmawia? — w jej głosie pojawił się pierwszy ostry ton, jak pęknięcie w szkle. — Czy Sandra po prostu nie pyta?

Krzysztof uśmiechnął się — tym uśmiechem, który kiedyś był dla niej magnetyczny, a teraz wyglądał jak broń.

— Jest młodsza. Głośniejsza. Żyje.

— A ja co robię? — Ilka zrobiła krok w jego stronę. — Przez czternaście lat prowadziłam galerię, przyjmowałam twoich klientów, byłam na każdej kolacji, przy każdej twojej sprawie.

I co? Nie żyłam wystarczająco głośno?

— Nie żyłaś dla mnie.

Słowa trafiły. Wiedział, gdzie celować — zawsze wiedział. Ale tym razem Ilka nie cofnęła się.

— To koniec — powiedziała. Spokojnie. Jak wyrok.

— Ilka…

— Nie. — Podniosła rękę. — Jutro dzwonię do prawnika.

— Mojego?

— Własnego.

Wzięła płaszcz. Zatrzymała się przy drzwiach.

— Wiesz, co jest najgorsze, Krzysztofie? — powiedziała, nie odwracając się.

— Nie to, że ją tu przyprowadziłeś. Najgorsze jest to, że nawet tego nie żałujesz.

Zamknęła drzwi cicho. Bez trzasku. Cisza była gorsza niż hałas.

***

Noc nad Bydgoszczą była chłodna i wilgotna, jakby rzeka oddychała tuż obok.

Ilka szła przez Stary Rynek bez celu — po prostu szła, bo nogi mogły zrobić coś, czego głowa jeszcze nie umiała.

Mijała zamknięte kawiarnie, przygaszone witryny i parę całującą się przy fontannie.

Odwróciła wzrok. To zabolało bardziej niż cokolwiek, co powiedział Krzysztof.

Zatrzymała się przed własną galerią.

W dużej ciemnej, witrynie wisiał obraz, który wybrała sama — abstrakcja w odcieniach granatu i złota, o której mówiła klientom, że przedstawia moment przełomu. Teraz patrzyła na własne odbicie nałożone na te kolory i myślała, że może miała rację. Może właśnie dlatego go wybrała.

Kobieta czterdziestoletnia. Sama w środku nocy przed własną galerią.

Co dalej, Ilka?

Nie wiedziała.

***

Mieszkanie po babci było ciepłe i pełne ciszy, która nie przeraża — takiej, w której słyszysz własny oddech i nic więcej. Ilka otworzyła okno.

Brdą niosło zapach mokrej ziemi i wiosny, która dopiero raczkowała.

Nie płakała.

Była w tym miejscu, w którym ból jest jeszcze zbyt świeży, by nabrać kształtu. Człowiek stoi, patrzy przed siebie i nie wie, w którą stronę zrobić pierwszy krok.

Stanęła przed lustrem w sypialni. Patrzyła na siebie uczciwie, bez litości.

Nie żona. Już nie.

Nie kochanka. Od dawna.

Właścicielka galerii, która przez czternaście lat myślała, że cisza to dojrzałość, a nie ucieczka.

— Co teraz? — wyszeptała do odbicia.

Odbicie milczało.

Ale gdzieś za oknem, od strony dzielnicy Bielawy, wiatr przyniósł coś nieoczekiwanego — mdły, ostry zapach metanolu i spalin, echo silnika brzmiące jak coś dzikiego i nieokiełznanego.

Stadion był o tej porze pusty, tor mokry od nocnej rosy.

Ilka jeszcze tego nie wiedziała.

Nie wiedziała też, że za kilka tygodni właśnie tam — na stadionie przy ulicy Sportowej, gdzie trybuny w granatowo-czarno-złotych barwach Heller Sokolnika wypełniają się co mecz po brzegi, gdzie kibice od lat śpiewają jednym głosem — zacznie się coś, na co nie ma jeszcze nazwy.

Zgasiła światło.

Na razie był tylko mrok, zapach rzeki i pytanie bez odpowiedzi.Rozdział II — Zaproszenie

Telefon zadzwonił w chwili, gdy Ilka stała na drabince i z pedantyczną precyzją poprawiała kąt reflektora nad nowym obrazem — wielkoformatowym płótnem młodego malarza, który malował wyłącznie nocne pejzaże i miał w sobie coś, czego jeszcze sam nie rozumiał.

Ekran wyświetlił: MARTA.

Ilka westchnęła. Zeszła z drabinki.

— Słucham.

— Słucham? — Marta Jagodzińska miała taki głos, że samo słyszenie jej przez telefon było jak wejście do głośnego, jasno oświetlonego pomieszczenia wtedy, gdy człowiek siedzi właśnie w ciemności. — Ilka, ty siedzisz w tej swojej czarnej jaskini i nawet nie wiesz, że za oknem istnieje świat.

— Wiem, że istnieje. Wolę obrazy.

— Obrazy stoją w miejscu. — Marta musiała iść, bo w tle stukały obcasy o twardą posadzkę. — Jutro inauguracja sezonu. Żużel. Heller Sokolnik. Karl Schmidt i reszta drużyny. Henryk sponsoruje klub, więc muszę siedzieć w loży VIP wśród mężczyzn w garniturach, którzy rozmawiają wyłącznie o kontraktach i arkuszach. Jeśli nie pójdziesz ze mną, umrę z nudów, a moja śmierć będzie na twoim sumieniu.

— Marto. Żużel to nie moja bajka.

— Wiem. Ale posłuchaj. — Głos Marty złagodniał; ten przełącznik miała tylko dla swoich. — Nie musisz rozumieć zasad. Nie musisz kibicować. Wystarczy, że wyjdziesz z galerii i przypomnisz sobie, że masz nogi i że można na nich chodzić także gdzie indziej niż między płótnami a kasą. Ilka.

Wystarczająco czasu minęło. Rozwód był krótki — bez dramatów w sądzie, bez publicznych scen, bo oboje byli zbyt dumni na takie rzeczy. Podpisała, on podpisał, prawnik złożył papiery. Była już wolną kobietą. I jakoś ta wolność ciążyła bardziej, niż się spodziewała.

— Nie będę wiedziała, na co patrzeć — powiedziała Ilka. I już po tym zdaniu obie wiedziały, że to nie jest odmowa.

— Ja ci powiem, na co. — Marta natychmiast wróciła do swojego zwykłego tonu, pewnego siebie jak fanfara. — Piętnaście biegów, cztery motocykle bez hamulców, cztery okrążenia. Trzy punkty za wygraną, dwa za drugie miejsce, jeden za trzecie, zero za ostatnie. W składzie ośmiu zawodników — pięciu seniorów, dwóch juniorów i rezerwowy.

Drużyna, która zbierze czterdzieści sześć punktów, wygrywa mecz.

Jest jeszcze rezerwa taktyczna — trener może użyć jej raz, jeśli przegrywa co najmniej sześcioma punktami. Proste jak oddychanie.

— Oddychanie wcale nie jest takie proste — mruknęła Ilka.

— Dla ciebie jest, sprawdzałam. — Ilka prawie słyszała uśmiech Marty. — I jeszcze jedno. Sokolnik ma nowego kapitana — Karla Schmidta. Niemiec, polskie korzenie, trzydzieści lat. Przez ostatnie sezony jeździł w Ekstralidze, prawdziwa gwiazda. A teraz nagle schodzi ligę niżej i podpisuje z nami.

— I to jest kontrowersyjne? — spytała Ilka.

— W żużlu, skarbie, jak ktoś z Ekstraligi schodzi do drugiej ligi, to albo jest już skończony, albo ma jakiś plan. — Marta obniżyła głos, jakby zdradzała sekret. — Schmidt podobno ma plan. Henryk dołożył do tego transferu tyle, że mi szczęka opadła, a mnie szczęka opada rzadko. Ma ich wprowadzić do góry. No i to jest taki transfer sezonu, wszyscy gadają. Jutro o czternastej jestem pod twoją bramą — i na litość boską, ubierz coś żywego, bo wyglądasz, jak gdybyś chodziła na pogrzeby jako hobby.

Zanim Ilka zdążyła odpowiedzieć, Marta się rozłączyła. Zawsze wiedziała, kiedy kończyć rozmowy — tuż przed kontrargumentem.

***

Następnego dnia Ilka stała przed otwartą szafą przez dwadzieścia minut.

Skończyła na czarnej ołówkowej sukience, skórzanej ramonece i adidasach. Srebrne kolczyki — długie, wąskie. Minimalizm był jej tarczą od lat. Dziś bardziej niż zwykle.

Marta przyjechała punktualnie — to znaczy pięć minut wcześniej — i wpadła do mieszkania jak letnia burza. Blond włosy upięte w niedbały kok, czerwone usta, sukienka w kwiaty, która na każdej innej kobiecie wyglądałaby zbyt krzykliwie. Na Marcie wyglądała jak deklaracja.

— Boże, Ilka. — Obejrzała ją od góry do dołu z tym swoim spojrzeniem, które równocześnie ganiło i uwielbiało. — Zawsze stylowo, zawsze jak na pogrzeb. — Wyciągnęła z torebki szminkę, krwistoczerwoną i podała jej bez słowa.

— Nie.

— Chociaż trochę.

— Marto.

— Proszę.

Ilka wzięła szminkę. Nałożyła ledwie — muśnięcie, cień czerwieni.

Marta uśmiechnęła się jak ktoś, kto właśnie wygrał partię szachów.

— Chodź. Spóźnimy się na prezentację składów.

***

Stadion przy ulicy Sportowej.

Ilka widziała go wcześniej tylko z samochodu — sylwetkę trybuny głównej za drzewami, maszty oświetleniowe wyrastające ponad dachami kamienic. Teraz stała przed wejściem i poczuła coś, czego się nie spodziewała.

Że jest tu coś więcej niż stadion.

Nie w sensie architektonicznym. W sensie trudnym do nazwania takim, który mają ludzie wracający tu od dekad i noszący to miejsce gdzieś głębiej niż w pamięci.

— Co to za zapach? — spytała Ilka mimo woli.

— Metanol. — Marta uśmiechnęła się z satysfakcją kogoś, kto czekał na to pytanie. — Żużlowe motocykle nie jeżdżą na benzynę. Jak go raz poczujesz, to już zawsze będziesz go rozpoznawać. I zawsze będzie ci się kojarzył z jednym.

— Z czym?

— Z drżeniem w brzuchu przed czymś, co zaraz się zacznie. — Chwyciła Ilkę za rękę i pociągnęła w stronę wejścia. — Chodź. Zaraz zobaczysz całą drużynę i Karla.

Ilka dała się prowadzić.

Wchodziła na stadion z tym szczególnym uczuciem, które towarzyszy przekraczaniu progu miejsca jeszcze nieświadomego, że za chwilę stanie się dla ciebie ważne.

Jeszcze tego nie wiedziała.

Nikt jej nie powiedział.Rozdział III — Stadion

Siedziały w strefie VIP na trybunie głównej — najlepsze miejsca, dach nad głową, katering z boku. Marta tu bywała co mecz, odkąd Henryk podpisał umowę sponsorską. Ilka była tu po raz pierwszy.

I ten zapach. Metanol, guma, spaliny — intensywny i dziki, zupełnie niepodobny do niczego z jej dotychczasowego życia.

Trzynaście tysięcy ludzi nie da się uciszyć rozumem.

Stadion przy Sportowej nie był nowy — trybuna główna pamiętała inne czasy. Ale po przeciwnej stronie stała nowa trybuna wschodnia — czysta, granatowo-czarna, ze złotymi literami HELLER SOKOLNIK rozpiętymi szeroko ponad głowami kibiców. Pod nią park maszyn za metalową bramą, za którą krążyli mechanicy i zawodnicy w kevlarach.

— Stąd się mecz czuje, nie tylko widzi — powiedziała Marta, siadając obok z kawą.

— Kim jest ten mężczyzna przy bramie? — spytała Ilka. Przy jednym z motocykli stała postać w kurtce z logo klubu — starszy mężczyzna, gęsta siwa broda, skupiona twarz. Mówił coś spokojnie do zawodnika a tamten słuchał z całą uwagą.

— Andrzej Kulpa. Trener. Były zawodnik, jeździł w latach dziewięćdziesiątych. Mówi mało, ale jak mówi, to wszyscy milkną.

— Marta odwróciła się dyskretnie. — A ten przy kateringu, obok Henryka, to prezes Zawadzki. Duży przedsiębiorca, firma budowlana, ale w tym klubie siedzi całym sercem. Zawodnicy to jego chłopaki — i mówi to zupełnie serio. Dlatego chcą dla niego wygrywać.

***

Przed meczem była próba toru.

Potem spiker zaprosił obie drużyny na tor. Zawodnicy wyjechali na platformach — naprzemiennie: gospodarz, gość. Każdy w kevlarze i w klubowej czapce z daszkiem, twarzą do trybun. Trybuna śpiewem witała każdego z osobna.

Kapitanowie wyszli na środek. Wymiana proporczyków, uściski dłoni, wspólne zdjęcie obu drużyn dla fotografów i kamer. Ceremonia krótka i sprawna, ale trybuna buczała przy każdym geście gości i rwała się ze szwów przy każdym swoim.

Każde imię wywoływało inną reakcję — jedno inaczej niż pozostałe.

— Kapitan Heller Sokolnika Bydgoszcz — Karl Schmidt!

Trybuna eksplodowała.

Ilka uniosła wzrok.

Na platformie siedział spokojnie, jakby hałas go nie dotyczył. Wysoki jak na zawodnika żużla, szczupły, w granatowo-czarnym kevlarze ze złotymi lampasami, czapka z daszkiem na głowie. Kiedy platforma minęła trybunę główną, na chwilę uniósł rękę w stronę sektora.

Sektor odpowiedział głośniej niż na wszystkich poprzednich razem.

— O — powiedziała Marta cicho, z satysfakcją. — No właśnie.

Ilka nie odpowiedziała.

***

Mecz zaczął się od razu.

Bieg pierwszy — Karl i Matuszyński prowadzili 5:1 nad Krukami Łódź od pierwszego okrążenia. Karlowi wystarczył jeden ruch na wyjściu z łuku — opuścił się nisko, motocykl poszedł szeroko, a rywale znaleźli się nagle za nim, jakby powstała między nimi niewidzialna ściana. Po czterech biegach wynik wynosił 16:8 dla Sokolnika.

— Co się teraz dzieje? — spytała Ilka.

— Wygrywamy — odpowiedziała Marta, jakby to było oczywiste od początku świata.

W piątym biegu pojawił się Lipek — Piotr Lipiński, drobniejszy niż Karl, z numerem piątym na plecach. Na platformie machał do trybun i śmiał się szeroko. Na torze był kimś zupełnie innym — skupiony, agresywny w ataku, nieprzewidywalny w momencie, kiedy rywal myślał, że już wie, co zaraz zrobi. Wygrał piąty bieg z wyraźną przewagą. Trybuna zafalowała śpiewem.

Po ośmiu biegach: 30:18 dla Heller Sokolnika. Kruki próbowały — Johansson zagrażał, a Czernow w szóstym biegu wywalczył remis 3:3 — ale dominacja gospodarzy była wyraźna.

Ilka zauważyła, że patrzy wyłącznie na Karla.

Nie potrafiła tego racjonalnie wyjaśnić. Było coś w sposobie, w jaki jeździł — bez zbędnych ruchów, bez teatru. Każdy łuk pokonywał tak, jakby widział rozwiązanie szybciej niż rywale zdążyli dostrzec problem. Po dziesiątym biegu miał już osiem punktów i żadnego błędu.

***

Marta postawiła przed nią nową kawę z miną człowieka bardzo zadowolonego z siebie.

— I jak?

— Interesujące — powiedziała Ilka.

— Interesujące. — Marta powtórzyła to słowo z takim tonem, jakby smakowała coś wyrafinowanego. — Przez całą pierwszą połowę patrzyłaś tylko na jedną osobę.

— Obserwowałam kapitana. Jest nowy, tyle o nim mówiłaś, więc logiczne, że przykuwa uwagę.

— Oczywiście. — Marta wypiła kawę z miną człowieka, który wygrywa w szachy. — Dla mnie też jest nowy. Ale ja patrzyłam na wszystkich czterech.

Ilka nie odpowiedziała.

***

Druga połowa. Lipek i jego partner — 5:1 w jedenastym biegu — i Sokolnik odskoczył na 40:22. Kruki wciąż walczyły — w trzynastym biegu Johansson wywalczył remis 3:3.

Czternasty bieg — nominowany. Kulpa postawił na Karla i Lipka razem. Obaj na starcie, obaj na pierwszym łuku już przed rywalami.

Karl prowadził, Lipek ubezpieczał od tyłu. Wyglądało to jak dwa ptaki lecące tym samym wzorcem — bez porozumiewania się, tylko z wyczuciem budowanym przez wspólny sezon.

5:1.

Bieg piętnasty — ostatni. Karl jeszcze raz. Wyjechał ze startu jak ze sprężyny, pierwszy łuk za nim, drugi, trzeci, czwarty. Cztery okrążenia w niespełna minutę. Trybuna stała.

Wynik końcowy: Heller Sokolnik Bydgoszcz — Kruki Łódź 55:35.

Karl Schmidt: 10 punktów i 2 bonusy.

Piotr Lipiński: 10 punktów i 1 bonus.

Ilka siedziała przez chwilę bez ruchu, kiedy trybuna zaczęła pustoszeć. Nie wiedziała, co czuła. Tylko że coś czuła. I że to coś nie dotyczyło tylko meczu.

***

Po zawodach Henryk zaprosił ich na krótkie spotkanie przy parku maszyn. Ilka szła za Martą machinalnie.

Przy wejściu stał prezes Zawadzki — rozmawiał z kilkoma osobami, spokojny i ciepły, z tym rodzajem naturalnej obecności, którą mają ludzie pewni siebie bez potrzeby udowadniania tego innym. Kiedy zobaczył Martę, uśmiech na jego twarzy stał się szerszy.

— Pani Marto! — zawołał. — Nowy skład, nowy kapitan — sezon zapowiada się naprawdę dobrze.

— Mój mąż włożył w to spore pieniądze, więc lepiej, żeby się zapowiadał — odpowiedziała Marta z uśmiechem, po czym wskazała na Ilkę. — To moja przyjaciółka. Dziś jej chrzest żużlowy.

Zawadzki spojrzał na Ilkę z naprawdę szczerym zainteresowaniem.

— I co pani myśli? — spytał.

— Że to nie jest sport — powiedziała Ilka zgodnie z prawdą. — To jest coś innego. Nie wiem jeszcze co.

Zawadzki zaśmiał się głębokim, szczerym śmiechem.

— Dokładnie to samo powiedziałem wiele lat temu, kiedy tu przyjechałem pierwszy raz. I wciąż nie wiem. — Popatrzył na tor, na trybunę, na granatowo-złoty napis nad parkiem maszyn. — Ale wiem, że tu wracam. Niech pani też wróci.

A potem brama parku maszyn otworzyła się i Ilka zobaczyła Karla

Schmidta z bliska po raz pierwszy.

Bez kasku, bez kevlaru. W czarnej koszulce z logo klubu, z włosami przyklejonymi potem do czoła. Wysoki, spokojny, zmęczony w ten sposób, który nie osłabia, tylko wyostrza rysy.

Rozmawiał po polsku z mechanikiem — szybko, rzeczowo. I nagle podniósł wzrok.

Na chwilę ich oczy się spotkały.

Karl skinął głową — uprzejmie, neutralnie, jak kiwamy nieznajomym w windzie. Potem wrócił do rozmowy z mechanikiem.

Ilka odwróciła się.

— No i? — Marta była przy niej natychmiast, z tym swoim wyrazem twarzy, który oznaczał czyste zadowolenie. — Widzisz? Mówiłam.

— Nic nie widzisz — odpowiedziała Ilka spokojnie. Ale coś w niej wyraźnie się poruszyło — i nie miała ochoty tego analizować.Rozdział IV — Park maszyn

Brama parku maszyn nie była otwarta.

Henryk po prostu ją pchnął i weszli, jakby tak miało być. Zawadzki skinął głową na pożegnanie i wrócił do swoich gości, a Ilka szła za Martą i Henrykiem w głąb miejsca, które jeszcze przed chwilą widziała tylko zza metalowej barierki.

Świat wewnątrz był inny niż się spodziewała.

Oświetlony jarzeniówkami, pełen zapachu oleju, rozgrzanego metalu i potu. Mechanicy krzątali się wokół motocykli — odkręcali, czyścili, wymieniali części z ruchami ludzi, którzy robią to od lat i nie muszą myśleć, żeby wiedzieć, co robią. Hałas nie ustawał — metal o metal, stukot narzędzi, kompresory.

Zawodnicy stali jeszcze w kevlarach, spoceni i zmęczeni, ale rozluźnieni — ten rodzaj rozluźnienia, który przychodzi po czymś, co się zrobiło do końca. Lipek — którego Ilka rozpoznała od razu po śmiechu — głośno opowiadał coś juniorom, gestykulując szeroko, jakby sam siebie bawił.

— Henryku, dobry wieczór! — kilku zawodników skinęło głową w stronę Jagodzińskiego.

— Panowie, gratulacje — odwzajemnił gest, po czym wskazał na Ilkę. — Poznajcie Ilkę, przyjaciółkę Marty. Dziś jej chrzest żużlowy.

Lipek od razu się odwrócił, wyciągając rękę z tym swoim otwartym uśmiechem, który chyba miał na stałe.

— Piotr Lipiński, czyli Lipek. — Uścisnął jej dłoń z energią człowieka, który nigdy nie robi niczego połowicznie. — Witamy w drużynie, pani Ilko!

— Ja nie jestem w drużynie — zaczęła.

— Jeszcze! — przerwał jej, po czym klepnął ją po ramieniu i już wrócił do juniorów, bo chyba nic nie mogło go dłużej zatrzymać w jednym miejscu.

Ilka patrzyła za nim przez chwilę.

— Niesamowity facet — mruknęła Marta obok. — Na torze wygląda na skupionego, a tu gada jak najęty. I tak cały czas.

I wtedy Ilka poczuła, że ktoś podchodzi.

***

Karl stał dwa kroki od niej.

Bez kombinezonu — miał na sobie tylko czarną koszulkę z logo klubu, włosy wciąż ciemne od potu i przyklejone do skroni. W ręku obracał gogle, jakby część jego uwagi nadal była na torze. Z bliska wydawał się wyższy niż z trybun i spokojniejszy niż ktokolwiek inny w tym miejscu.

Spojrzał jej prosto w oczy — bez pośpiechu, bez niczego, czego Ilka się po nim spodziewała.

— Karl Schmidt — powiedział cicho, płynną polszczyzną. — Dobry wieczór.

— Ilka Kozyra — odpowiedziała.

Ich dłonie spotkały się w krótkim uścisku. Tyle wystarczyło, żeby zapamiętała szorstkość jego skóry i ciepło dłoni, która jeszcze przed chwilą trzymała kierownicę.

— Widziała pani mecz? — zapytał spokojnie.

— Tak… i chyba nie ostatni — odpowiedziała, zanim zdążyła pomyśleć, czy to mądre.

Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu — bardziej w oczach niż na ustach. Chwila trwała o sekundę dłużej niż powinna.

— Cieszy mnie to — powiedział cicho.

Skinął głową i już był z powrotem przy mechanikach, przy sprzęcie, jakby rozmowa była tylko epizodem w dłuższym dniu.

Ale dla Ilki — nie była.

***

— No i co?! — Marta wyskoczyła przy niej jak z pudełka, z miną człowieka, który właśnie wygrał totalisa. — Śmieją ci się oczy, Ilko Kozyro, i nie mów mi, że nie, bo ja te oczy znam od piętnastu lat!

— Marto, proszę — Ilka próbowała ukryć rumieniec. — To była zwykła rozmowa.

— Zwykła rozmowa? — Marta prychnęła. — Ilka, widziałam, jak na siebie patrzyliście. To nie było zwykłe. No i chodź, Speedway Pub czeka. Nie mamy całej nocy.

— Nie idę — odpowiedziała Ilka od razu. — Wystarczy mi wrażeń na jeden wieczór.

— Idziesz, bo inaczej będę tu stała i opowiadała każdemu, jak na siebie patrzyliście — powiedziała Marta zupełnie spokojnie. — Tam ich poznasz naprawdę. Ludzi, nie zawodników. A poza tym Henryk nalega, więc nie ma żadnych wymówek.

Ilka spojrzała przez ramię.

Karl stał odwrócony plecami, mówił coś cicho do mechanika. Ale przez chwilę — przez jedną krótką chwilę — Ilka miała wrażenie, że i on odwrócił się na ułamek sekundy w jej stronę.

Może jej się zdawało.

Może nie.

— Dobrze — powiedziała do Marty. — Idę.Rozdział V — Speedway Pub

Speedway Pub dudnił, jakby mecz przeniósł się ze stadionu pod drewniany strop.

Ale dziś nie było tu kibiców. Drzwi zamknięte, tabliczka na zewnątrz wywieszona. Impreza zamknięta — coroczna, tradycyjna, po pierwszym meczu sezonu. Tylko drużyna, sztab, rodziny i kilka osób z najbliższego kręgu sponsorów.

Ściany obwieszone były plastronami sprzed lat, starymi zdjęciami z finałów i proporczykami w ramkach przywiezionymi z wyjazdów.

Ilka miała wrażenie, że weszła do muzeum — tylko żywego, głośnego i pachnącego jedzeniem.

— No nie wyglądaj tak, jakby cię ktoś tu siłą przyprowadził — Marta szturchała ją w bok. — To jest najważniejsze miejsce w Bydgoszczy po meczu.

— Nie wiem, czy to mój świat — powiedziała Ilka, rozglądając się.

— Nie pytam, czy to twój świat. Pytam, czy masz ochotę poznać nowych ludzi. — Marta uśmiechnęła się szeroko. — Chodź.

***

Przy długim stole z ciemnego drewna siedziała cała drużyna Heller Sokolnika wraz z częścią sztabu.

Lipek siedział w centrum, oczywiście. Opowiadał coś o starcie w pierwszym biegu, ilustrując każde zdanie szerokimi gestami. Wokół niego kilku juniorów, którzy śmiali się z każdego jego słowa. Trener Kulpa siedział z boku z wyrazem człowieka, który widział już wszystko i lubił to, co widział.

Karl siedział na końcu stołu.

W ciemnej koszulce wyglądał inaczej niż na torze — swobodniej, bardziej w sobie. Od czasu do czasu wtrącał jedno zdanie do rozmowy z mechanikiem obok, ale głównie słuchał. I obserwował.

— Dobry wieczór, panowie! — Marta weszła z uśmiechem jak do własnego salonu, jakby to ona była gospodarzem. — Gratulacje jeszcze raz i mam nadzieję, że cały sezon będzie tak piękny jak ten mecz.

— Marta! — Lipek ożywił się natychmiast. — I nasz nowy drużynowy nabytek! — Wskazał na Ilkę z uśmiechem tak szerokim, że aż trochę bolał.

Ilka chciała zaprotestować, ale cały stół już na nią patrzył. Pojawiły się uśmiechy, życzliwe gesty i kilka skinień głową. Poczuła, że czerwienieje, i postanowiła, że nie pozwoli sobie na to.

— Ilka Kozyra — powiedziała spokojnie. — Przyjaciółka Marty. Widownia, nie drużyna.

— Na razie widownia! — Lipek nie dał się zbić z tropu. — Jak pani była pierwszy raz na żużlu i tu siedzi, to znaczy, że coś ją tu zatrzymało. — Mrugnął okiem z miną człowieka, który wie więcej niż mówi.

— Szybkość motocykli — odpowiedziała Ilka.

— Oczywiście — powiedział Lipek, i było w tym tyle ironii, że kilku juniorów przy nim zachichotało.

Marta usiadła obok Ilki z miną kogoś, kto właśnie wygrał zakład.

— Mówiłam, że będzie dobrze — szepnęła.

— Nie mów nic — odpowiedziała Ilka przez zęby.

***

Wieczór płynął.

Rozmowy przy stole toczyły się swobodnie — o taktyce, następnych meczach i o tym, kto jak zaczął sezon w innych klubach. Trener Kulpa powiedział dwa zdania i każdy przy stole od razu ucichł. Prezes Zawadzki pojawił się na chwilę, uścisnął ręce, poklepał paru zawodników po plecach i odszedł rozmawiać z Henrykiem przy barze — dwaj przedsiębiorcy w swoim żywiole.

Lipek w pewnym momencie pochylił się ku Ilce.

— I jak? Szczerze. Nudzi się pani?

— Szczerze? — Ilka chwilę się zastanowiła. — Nie. Zaskakująco nie.

— Bo żużel tak ma — Lipek rozkoszował się tym jak ktoś, kto właśnie dostał pretekst do przemowy. — Najpierw pani siedzi i nie wie, o co chodzi. Potem patrzy i coraz bardziej wie. A potem nie może stamtąd wyjść i wszyscy wokół mówią: witaj w klubie. Tak działa. Serio.

— Jak sekta — powiedziała Ilka.

Lipek roześmiał się tak głośno, że kilka osób przy stole odwróciło głowy.

— Dokładnie jak sekta. Tylko z lepszym widowiskiem.

Marta siedziała obok z uśmiechem kota, który właśnie dopiął swego i nic nie mówiła. Co samo w sobie było podejrzane.

***

— I jak się podobało? — Usłyszała cichy głos po swojej lewej stronie.

Karl.

Przysunął się o jedno miejsce, kiedy Lipek wyciągnął jego sąsiada do rozmowy na drugim końcu stołu. Siedział spokojnie ze szklanką w dłoni i patrzył na nią bez pośpiechu — tym swoim sposobem, który nie był natrętny, tylko uważny.

— Mecz? — spytała.

— Cały wieczór — powiedział.

Ilka chwilę myślała.

— Intensywnie — powiedziała w końcu. — Zupełnie inny świat.

Ale nie taki, z którego chce się wyjść natychmiast.

Karl skinął głową, jakby to była uczciwa odpowiedź.

— Pan też zostaje — w Polsce, w Bydgoszczy? — wyrwało się jej, zanim zdążyła pomyśleć, czy to mądre pytanie.

Popatrzył na nią chwilę.

— Na razie tak — powiedział. — Zobaczymy, co z tego będzie.

— Dużo niepewności jak na kogoś, kto przyszedł tu z konkretnym planem.

Coś w jego oczach błysnęło.

— Plan dotyczy toru. Reszta — niekoniecznie.

Chwila ciszy między nimi — nie niezręczna. Taka, w której oboje dali sobie być.

Rozmowę przerwał śmiech Lipka, który właśnie kończył jakąś historię z puentą na cały stół. Karl odwrócił wzrok, usta drgnęły mu kącikiem.

— Lipek zawsze tak? — spytała Ilka.

— Zawsze — powiedział Karl spokojnie. — I dobrze. Bo bez niego byłoby za cicho.

— A pan woli cicho?

Spojrzał na nią.

— Wolę sam decydować, kiedy mówić. — Krótka pauza. — Dziś mówiłem niewiele.

Ilka poczuła ciepło gdzieś głęboko i postanowiła udać, że tego nie poczuła.

***

Około północy Marta pojawiła się przy niej ze swoją charakterystyczną miną — tą, która znaczyła, że już wszystko wie i nie może się doczekać, aż powie.

— Taksówka czeka. — Przechyliła głowę. — Wychodzimy?

— Wychodzimy — powiedziała Ilka.

— Szkoda — westchnęła Marta i było w tym westchnieniu tyle teatru, ile w nim być mogło. — Bo przez ostatnie pół godziny patrzyłaś głównie w jedno miejsce.

— Marto.

— Mówię tylko to, co widziałam — Marta rozłożyła ręce z miną niewinnego świadka. — I to, że on też patrzył. Ale to już twoja sprawa.

Ilka nie odpowiedziała.

Wstała, wzięła płaszcz i skinęła głową na pożegnanie całemu stołowi.

Kilka uścisków dłoni. Lipek rzucił za nią: „Jakby co, wiemy, gdzie jest galeria!” — i zaśmiał się sam z siebie.

Karl stał przy oknie, rozmawiał cicho z trenerem Kulpą. Kiedy Ilka przechodziła obok, skinął głową — krótko, bez słów.

Ona również.

Na zewnątrz Bydgoszcz pachniała wiosną i mokrym asfaltem. Marta gadała przez całą drogę do taksówki o czymś, czego Ilka nie słuchała, bo myślała o jednym zdaniu. „Wolę sam decydować, kiedy mówić. Dziś mówiłem niewiele.”

Wsiadła do taksówki. Zamknęła drzwi.

Bydgoszcz płynęła za oknem.

I po raz pierwszy od bardzo długiego czasu Ilka Kozyra nie myślała o galerii, o Krzysztofie, o niczym, co zostawiała za sobą. Myślała tylko o tym, że wiosna się zaczęła. I że jutro będzie inne niż wczoraj.Rozdział VI — W galerii

Galeria tonęła w ciszy.

Ilka lubiła takie wieczory — kiedy zamykała za ostatnim klientem drzwi i zostawiała sobie tylko światło lamp i obrazy. Płótna w tej ciszy inaczej oddychały. Jakby czekały na kogoś, kto naprawdę patrzy, a nie tylko spogląda.

Szła wzdłuż ścian, od niechcenia poprawiając ramy. Ten gest nic nie zmieniał — ramy stały idealnie — ale dawał jej rękom zajęcie, kiedy głowa i tak szła gdzie indziej.

Dźwięk dzwonka nad drzwiami wyrwał ją z zamyślenia.

— Przepraszam… otwarte? — Głos spokojny, męski.

Odwróciła się.

Karl. Bez kevlaru, bez świateł stadionu, w zwykłej ciemnej kurtce. Włosy miał jeszcze wilgotne po prysznicu i opadały mu na czoło w sposób, który wyglądał niedbale, choć taki nie był. Na torze był zawodnikiem. Tu był po prostu mężczyzną.

— Galeria zamknięta — powiedziała z automatu.

— Wiem. — Uśmiechnął się lekko, bez gry i bez pozy. — Marta dała mi adres. Powiedziała, że warto.

— Marta rozdaje moje sekrety za darmo — Ilka skrzywiła się, ale bez gniewu. Gniew wymaga energii, a ona całą tę energię zużyła na udawanie, że jego pojawienie się jej nie zaskoczyło.

— Jeśli przeszkadzam, wyjdę — powiedział poważnie. — Chciałem zobaczyć. I podziękować.

— Za co?

— Za to, że przyszłaś na stadion. Do pubu. — Zawahał się chwilę. — Za rozmowę. Choć krótką.

Jej usta drgnęły.

— Wejdź — powiedziała. — Zapraszam.

***

Przeszedł powoli, z uwagą rozglądając się po sali. Ilka obserwowała go kątem oka i myślała, że rzadko widywała, by ktoś tak patrzył na obrazy — nie jak na dekorację ani cenę na tabliczce, tylko jak na coś, co naprawdę chce coś powiedzieć.

Była od niego o dwa metry. Potem o metr. W końcu stanęli przy tym samym płótnie i Ilka uświadomiła sobie po prostu jego bliskość — wyraźną, skupioną, trudną do zignorowania.

— Zupełnie inny świat — powiedział cicho. — U nas wszystko jest głośne, szybkie. A tu… cisza.

— Cisza czasem mówi więcej niż krzyk — odpowiedziała.

— Potrafi też ciąć głębiej.

Ilka odwróciła się ku niemu. To jedno zdanie zabrzmiało zbyt znajomo, żeby przejść obok niego bez zatrzymania.

— Mówisz to z doświadczenia?

— Mówię z obserwacji — odpowiedział spokojnie. I spojrzał na nią krótko, a jednak tak, jakby to spojrzenie mówiło więcej, niż powinno.

***

Zatrzymali się przed płótnem pełnym czarnych plam na szarości — obraz, który Ilka kupowała dwa lata temu od młodego malarza, którego większość ludzi jeszcze nie znała.

— To wygląda jak tor po deszczu — rzucił Karl.

— Naprawdę tak ci się kojarzy?

— Tak. — Skinął głową. — Woda, która rozmywa linie. Brak przyczepności. Ryzyko ukryte pod spodem.

— Ja widzę tu tylko abstrakcję.

— Może dlatego, że patrzysz głową, a ja całym ciałem.

Spojrzała na niego. Był bliżej niż powinna być o tym informowana przez własną skórę, ale był — i jej skóra to odnotowała bez pytania o zgodę.

— A może dlatego, że ja widzę martwą farbę, a ty żywy tor — powiedziała.

Ich oczy spotkały się.

Cisza między nimi nie była już galeryjna — była gęsta, prawie namacalna. Taka, którą czuło się w mostku i na końcach palców jednocześnie.

***

Przeszli jeszcze kilka kroków. Karl pytał o artystów, obrazy i codzienność pracy w galerii. Ilka odpowiadała, a z każdą minutą coraz mniej pilnowała tonu i słów. Jakby przy nim łatwiej było mówić bez tej zwykłej, starannej kontroli.

Sam mówił mało. Słuchał z całą uwagą, bez pośpiechu, bez żadnej z tych min, które mówią: już wiem, już rozumiem, możesz kończyć. To było rzadkie. Ilka nie była przyzwyczajona do bycia słuchaną w taki sposób i poczuła, że to ją niepokoi bardziej niż powinno.

W końcu zatrzymali się przy drzwiach.

— Dziękuję, że mnie wpuściłaś — powiedział. — Wiem, że to nie było oczywiste.

— Nie jestem aż tak zamknięta, jak się wydaje.

— Wiem — powiedział cicho.

I spojrzał na nią jeszcze raz — tylko na sekundę, ale wystarczająco długo, by zostawić po sobie ślad, którego Ilka nie chciała nazywać.

— I dlatego wrócę — dodał.

Otworzył drzwi i wyszedł w chłodne powietrze. Ilka stała jeszcze chwilę, patrząc na pustą przestrzeń galerii.

Obrazy milczały jak zawsze. Ale pod mostkiem cokolwiek było — to nie milczało.Rozdział VII — Wyjazdowa runda

Niedzielny wieczór pachniał kawą i deszczem, którego w Bydgoszczy nie było.

Ilka siedziała na sofie z kubkiem w obu dłoniach, z zamiarem obejrzenia czegoś absolutnie bezmyślnego — jakiegoś dokumentu o pingwinach albo serialu, przy którym nie trzeba myśleć. Pilot leżał obok. Ekran się włączył. I trafiła na transmisję.

„Witamy państwa na stadionie Feniksa Rzeszów! Za chwilę wyjazdowy mecz drugiej kolejki sezonu — Feniks podejmuje Heller Sokolnik Bydgoszcz!”

Ilka nie zmieniła kanału.

Nie dlatego, że planowała oglądać. Po prostu ręka jej nie posłuchała.

***

Kamera pokazała park maszyn. Karl stał przy motocyklu spokojny, skupiony — tak samo jak na każdym innym torze, jakby miejsce nie miało dla niego znaczenia. Obok mechanik Eryk sprawdzał każdy detal. Karl coś powiedział półgłosem. Eryk skinął głową.

„Tor w Rzeszowie dziś wymagający — po niedawnych opadach nawierzchnia na łukach jest trudna. To będzie ciężki wieczór dla gości.”

Ilka nachyliła się ku ekranowi.

Karl odwrócił się w stronę toru. Kamera uchwyciła jego profil — skupiony, zamknięty w sobie, jakby wszystko poza torem przestało istnieć.

***

Bieg pierwszy — Karl pod taśmą od razu, numer jeden, kapitan. Wyszedł szybko, obronił prowadzenie przez cztery okrążenia. Trzy punkty. 2:4 dla Sokolnika — dobry początek.

Ale potem nastała cisza.

Trzy biegi z rzędu Feniks wygrał 5:1. Juniorzy i pozostali seniorzy Sokolnika nie dawali rady na tym torze, gubili rytm na wyjściach z łuków, zwalniając dokładnie tam, gdzie zwalniać nie wolno. Po czterech biegach było już 17:7 dla Feniksa.

„Heller Sokolnik traci punkt po punkcie — goście nie radzą sobie z nawierzchnią.”

Ilka siedziała ze skrzyżowanymi nogami, a kubek z napojem dawno wystygł na stoliku. Patrzyła na powtórki: zawodnicy tracili rytm na wyjściach z łuków, a prosta okazywała się za krótka, by odrobić straty. Rozumiała już tyle, że ten tor niczego dziś nie wybacza.

***

Piąty bieg — przełamanie. Karl i junior przywieźli 5:1 dla Sokolnika.

Nagle 18:12. Ilka wyprostowała się na sofie.

Szósty — remis 3:3. Siódmy — znowu 5:1 dla Feniksa. 26:16. Ósmy — remis 3:3. Dziewiąty — Karl znowu wygrał, tym razem 4:2.

„Schmidt walczy! Kapitan gości zbiera punkty, ale drużyna nie nadąża.” Ilka czuła, jak napięcie opada i wraca naprzemiennie, bieg po biegu.

Dziesiąty bieg — Feniks 5:1. 36:24. Lipek z trzecim punktem odszedł z toru z miną człowieka, który wie, że zrobił co mógł i że to za mało.

***

Jedenasty bieg — remis 3:3. Dwunasty — trener Kulpa zdecydował się na rezerwę taktyczną. Feniks wygrał 4:2.

Ilka aż odsunęła się na sofie. Wiedziała tyle, że przy takiej stracie rezerwa taktyczna to ostatnia broń. I że Sokolnik jej użył za późno.

Trzynasty bieg — niespodziewanie 5:1 dla Sokolnika. Chwila nadziei.

Czternasty — remis 3:3.

Piętnasty, ostatni — Feniks wygrał 5:1. Końcowy wynik: Feniks Rzeszów — Heller Sokolnik Bydgoszcz 52:38.

Karl: 12 punktów — jedyny, który walczył do końca w każdym biegu. Lipek: 3 punkty. Juniorzy po jednym.

***

Kamera pokazała park maszyn po meczu. Lipek rzucił rękawice na ławkę. Juniorzy patrzyli w ziemię. Trener Kulpa stał z boku z rękami skrzyżowanymi — myślał, nie mówił.

I wtedy dziennikarz wyciągnął mikrofon w stronę Karla.

— Karl, trudny mecz. Co się stało?

Karl spojrzał prosto w kamerę. Twarz miał zmęczoną, ale spokojną — nie z wyrachowania, tylko z opanowania.

— Stało się to, że Feniks był dziś lepszy. My popełniliśmy błędy. Ja też. Ale to początek sezonu i to nie koniec świata.

— Jednak jako kapitan… — dziennikarz nie odpuszczał.

— Jako kapitan biorę to na siebie — przerwał spokojnie. — Mamy dobrych zawodników, potrzebują czasu. Ja muszę być lepszy, żeby ich prowadzić. Proste.

Kamera zbliżyła jego twarz. Spokojną, twardą, bez wymówek, bez gry — tylko odpowiedzialność.

Ilka siedziała nieruchomo z dłonią na pilocie. Nie przełączyła.

***

Kiedy transmisja się skończyła, zostawiła ekran w ciemności i siedziała jeszcze chwilę.

Myślała o tym zdaniu.

„Muszę być lepszy, żeby ich prowadzić.” Nie „nie mój problem”. Nie „tor był zły”. Nie „juniorzy zawiedli”. Po prostu — biorę to na siebie.

Ilka znała mało mężczyzn, którzy tak mówią. Znała jednego, który przez czternaście lat nie powiedział tego ani razu.

Wstała. Odstawiła kubek z wystygłą kawą. I po raz pierwszy od miesięcy nie sprawdziła przed snem, czy Krzysztof nie wysłał jakiejś wiadomości.Rozdział VIII — Wernisaż

Galeria pachniała winem i świeżymi kwiatami.

Światło lamp punktowych tworzyło ostre plamy na obrazach — każdy miał swoje miejsce, każdy swoją scenę. Ilka stała przy wejściu ubrana w czerń jak zawsze, tylko kolczyki z białego złota błyszczały w świetle. Uśmiechała się do gości. Jej oczy pozostawały chłodne.

Marta krążyła po sali jak mały huragan — witała, przedstawiała, klepała po ramieniu, śmiała się za głośno i właśnie dlatego była niezastąpiona. Henryk trzymał się nieco z tyłu, rozmawiając o kontraktach, jakby wernisaż był tylko kolejną okazją do negocjacji.

Ilka odetchnęła głęboko. Wszystko było na swoim miejscu. Aż do momentu, gdy zobaczyła go.

***

Krzysztof Kozyra wszedł pewnym krokiem, jakby nigdy nie przestawał być częścią tego świata. Garnitur skrojony bez zarzutu, spojrzenie chłodne, uśmiech cyniczny — ten uśmiech, który Ilka znała na pamięć i który kiedyś potrafił ją rozbroić, a teraz już nie. Obok niego — Sandra.

Młoda, jasnowłosa, w sukience, która bardziej odkrywała niż zasłaniała. Rozglądała się po galerii z mieszaniną zaciekawienia i znudzenia.

— Dobry wieczór, Ilko — powiedział Krzysztof. Głos miał taki jak zawsze — równy, pewny siebie, zaprojektowany tak, żeby kończyć rozmowy zanim się zaczną. — Wszystko jak dawniej. Obrazy, światła, twoja czarna suknia.

— A jednak inaczej — odpowiedziała spokojnie. — Ty jesteś gościem. Sandra nachyliła się lekko z uśmiechem odrobinę zbyt pewnym siebie. — Przepiękne miejsce. Nigdy wcześniej tu nie byłam, ale Krzysztof tyle opowiadał…

— Rozumiem — przerwała Ilka. Krótko. Bez uśmiechu.

Sandra umilkła.

Wino krążyło, rozmowy gęstniały. Krzysztof, jak zawsze, musiał zabrać głos, choć nikt go nie prosił.

— Wspaniale, że Bydgoszcz ma takie miejsca — mówił głośno, do nikogo konkretnego i do wszystkich jednocześnie. — Sztuka, kultura, rozwój… Cieszę się, że moja była żona wciąż potrafi trzymać poziom. Choć — muszę przyznać — ja wybieram dziś inne inspiracje.

Spojrzał na Sandrę. Ona roześmiała się za głośno. Parę osób wymieniło spojrzenia.

Ilka poczuła, jak zaciska dłoń na kieliszku. Odpowiedziała głosem spokojnym, prawie miękkim.

— Każdy wybiera swoje inspiracje, Krzysztofie. Jedni — nowe towarzystwo. Inni — nowe obrazy.

W sali zapadła krótka cisza.

Sandra przestała się uśmiechać.

Marta, stojąca tuż obok, klasnęła cicho w dłonie — niby po to, by zagłuszyć napięcie, ale Ilka znała ją zbyt dobrze, żeby nie zauważyć, że jeszcze chętniej by je podsyciła.

***

I wtedy drzwi galerii otworzyły się po raz kolejny.

Marta uniosła ręce w teatralnym geście, jakby sama to wymyśliła — choć Ilka nie miała wątpliwości, że właśnie tak było.

— Karl! — zawołała. — No nareszcie, cze-ka-łam! Karl Schmidt wszedł powoli. Ciemna koszula, marynarka, bez żadnych znaków szczególnych — i mimo to przyciągnął uwagę natychmiast, tak jak przyciągają ją ludzie, którzy nie starają się jej przyciągnąć. Kilka osób szepnęło coś po cichu. Krzysztof odwrócił się.

Karl podszedł do Ilki.

— Dobry wieczór — powiedział cicho. — Marta mnie zaprosiła. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko.

— Nie — odpowiedziała. I zrozumiała, że to jedno słowo brzmiało zbyt miękko.

— Inaczej tu dziś niż ostatnio — rozejrzał się po sali. — Więcej ludzi. Głośniej.

— Wernisaż rządzi się innymi prawami niż pusta galeria — powiedziała. — Mniej ciszy. Mniej miejsca na prawdziwe patrzenie.

— Ale wolisz tę drugą wersję?

— Zawsze — powiedziała i było w tym o jedno znaczenie za dużo.

Patrzył na nią chwilę — tym swoim spokojnym sposobem, który nie był natrętny, a mimo to trudno było o nim zapomnieć.

***

Krzysztof podszedł.

Ilka widziała go kątem oka — jak skraca odległość powoli, z tą swoją prawniczą precyzją, jakby każdy krok był argumentem.

— Widzę, że masz nowych znajomych, Ilko — rzucił. Głos miał równy, ale była w nim ta nuta — Ilka znała ją na pamięć — która mówiła: uważaj, bo zaraz cię upokorzę i oboje będziemy wiedzieli, że nie dasz rady.

— Mam starych wrogów — odpowiedziała spokojnie — więc potrzebuję nowych znajomych.

Kilka osób w pobliżu parsknęło śmiechem. Sandra odwróciła się w bok.

Krzysztof nie stracił wyrazu twarzy — ale Ilka widziała, jak coś zaświeciło mu w oczach. Coś zimnego.

— Schmidt, tak? — Odwrócił się do Karla z uśmiechem, który nie sięgał dalej niż wargi. — Słyszałem o panu. Kapitan. Żużel. — Zrobił pauzę. — Oryginalne zajęcie jak na znajomego Ilki.

Karl patrzył na niego spokojnie. Tak spokojnie, że Ilka przez chwilę myślała, że nie odpowie.

— Słyszałem, że pan jest prawnikiem — powiedział w końcu. — To też oryginalne. W zależności od sprawy.

Cisza.

Marta musiała ugryźć się w wewnętrzną część policzka, bo odwróciła się gwałtownie do najbliższego obrazu i zaczęła go studiować z niezwykłym skupieniem.

Krzysztof odszedł. Bez słowa, bez gestu. Był to, w gruncie rzeczy, pierwszy szczery znak, że coś go trafiło.

***

Karl pochylił się lekko ku Ilce. Na tyle blisko, żeby słyszała go tylko ona.

— Mamy trening w środę. Rano, na pustym stadionie. Może przyjdziesz? Zobaczysz, jak to wygląda od środka — bez tłumów, bez świateł, tylko praca.

Ilka uniosła brwi.

— A jeśli nie zrozumiem, co się dzieje?

— To wytłumaczę — powiedział spokojnie. — Mam czas.

Nie zdążyła nic odpowiedzieć. Marta już stała obok, z tym swoim wyrazem twarzy, który mówił dokładnie to co myślała, i którego za żadne skarby nie zamierzała powstrzymać.

— No widzisz? — powiedziała do Ilki. — Ja to mówiłam.

— Marto — odpowiedziała Ilka ostrzegawczo.

— Co? Nic nie mówię. Obserwuję tylko. Jestem tu jako gość. — Wzruszyła ramionami z miną absolutnie niewinnego świadka.

***

Gdy galeria pustoszała, Ilka została sama przy jednym z obrazów. Tym, którego Karl porównał do toru po deszczu.

Patrzyła na czarne plamy na szarości i myślała, że może miał rację. Może ona naprawdę patrzyła głową na coś, co wymagało całego ciała.

Z drugiego końca sali doszedł ją głos Krzysztofa — mówił coś do Sandry, śmiał się tym swoim śmiechem, który zawsze był trochę za donośny jak na pomieszczenie. Ilka nie odwróciła się.

Słyszała za to odgłos zamykanych drzwi — i wiedziała, bez patrzenia, że to Karl wychodząc odwrócił się jeszcze raz.

Nie wiedziała, skąd to wiedziała.

Wiedziała.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij