Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Ostatni pacjent - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 maja 2026
4552 pkt
punktów Virtualo

Ostatni pacjent - ebook

Nawet perfekcyjne zabójstwo zawsze zostawia ślad

Janka to niepozorna salowa. Sprząta, obserwuje, słucha. Wie, kto kłamie, kto się boi, kto próbuje tuszować ślady. Potrafi odkryć prawdę dużo wcześniej niż inni. Z pewnych powodów wybiera jednak milczenie. Do czasu.

Kiedy dwóch niepowiązanych ze sobą pacjentów umiera jeden po drugim na oddziale intensywnej terapii, wszystko wskazuje na naturalne przyczyny. Dokumentacja się zgadza, procedury zostały zachowane, sprawa wydaje się zamknięta. Jest jednak coś, czego nie ma w raportach. Specyficzny zapach unoszący się wokół ciał. Wzbudza on w Jance niepokój, którego nie potrafi zignorować... Wie bowiem więcej, niż wskazuje na to jej skromna praca.

Kto jednak uwierzy sprzątaczce? Wątpliwości zaczyna podzielać zaprzyjaźniona pielęgniarka. Razem wchodzą na ścieżkę, z której nie ma już odwrotu. Czy uda im się znaleźć i powstrzymać mordercę?

Duszna atmosfera oddziału intensywnej terapii, sekrety, które nie powinny ujrzeć światła dziennego, i przeszłość, od której nie da się uciec.

Thriller Patricii G. Bertényi, pielęgniarki oddziału intensywnej terapii, ma klasyczną fabułę, ale autorka wie, jak opowiedzieć przejmującą historię. Narracja o mistycznej mocy sprawia, że czyta się w napięciu. „Keskisuomalainen”

Ostatni pacjent to powieść z mocną i wiarygodną fabułą, która wbija się pod skórę, hipnotyzuje od pierwszych stron i nie pozwala o sobie zapomnieć. „Suomen kuvalehti”

 

Genialne połączenie thrillera i szpitalnej rzeczywistości! EEVA”

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-277-4585-9
Rozmiar pliku: 2,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Publiczność wylewała się falami z nowego budynku filharmonii. Gdy zniknął rząd taksówek, przed wyjściem zapanowała na chwilę cisza, aż pojawiła się nowa kolumna samochodów. Między nimi co rusz było widać limuzynę, a wówczas portier pracujący w filharmonii spieszył, żeby otworzyć drzwi, i odprowadzał gości spod zadaszenia, osłaniając ich parasolem.

Jeżeli cel nie wyjdzie tak jak zwykle, cały plan pójdzie na marne. Stanie się tak również wtedy, gdy postanowi zjawić się tutaj incognito. Kierowca stukał w roztargnieniu palcami w kierownicę, patrząc w kierunku wyjścia. Dłonie w lateksowych rękawiczkach nie wydawały żadnego dźwięku i gdy siedział nieruchomo, kombinezon jednorazowego użytku nie szeleścił. Deszcz bębnił o przednią szybę równomiernymi i zaskakująco głośnymi strugami.

Z powodu ostrego, wiejącego z zachodu wiatru temperatura wzrosła i utrzymywała się na plusie, więc obiecujące opady śniegu z początku listopada zamieniły się w ulewę. Wreszcie w ten czwartkowy wieczór zamiast miękkich białych płatków pojawiły się lodowate szpilki.

Tłum ludzi zaczął rzednąć, ale kierowca się tym nie martwił. _Jeżeli nie dzisiaj, to uda się innego dnia._ To także stanowiło część kary. Niemal sprawiała mu przyjemność. Trzymał włączony silnik, ponieważ nie miał pewności, czy skopiowany klucz zadziała ponownie, no i nie chciał, żeby szyby zaparowały. Niskie pomruki sportowego samochodu uspokajały go i pomagały się skupić.

Z kabli nad drogą zwisały lampy kołyszące się miarowo w porywach wiatru, nie oświetlając nawet najbliższej okolicy.

_A jeżeli cel zdąży się wymknąć i zniknie w wieczornych ciemnościach?_

W tej samej chwili przed drzwiami ujrzał żółty płaszcz przeciwdeszczowy i czerwone kalosze. Mimo kręgu wielbicieli cel był dobrze widoczny dzięki jaskrawym kolorom niczym trójkąt ostrzegawczy. Kobieta składała autografy na programach i uśmiechała się szerokimi ustami tak, że blask jej białych zębów był świetnie widoczny nawet w miejscu, gdzie zatrzymał samochód. Artystka powoli odchodziła od grupki ludzi, ustawiła się jeszcze do wspólnego zdjęcia, pomachała fanom i osłoniła polakierowane włosy kapturem płaszcza przeciwdeszczowego. Kroczyła lekko, przepełniona endorfinami wydzielonymi podczas niedawnego występu, zmierzając w stronę mostu znajdującego się przed nowo wybudowaną filharmonią, prowadzącego do położonego po drugiej stronie rzeki luksusowego domu.

Wkroczyła na przejście dla pieszych.

Egzekutor siedzący w samochodzie właśnie na to czekał.

Czarne sportowe auto zsunęło się bezgłośnie na ciągnącą się wzdłuż rzeki aleję i przyspieszyło. Droga przed nim była całkowicie pusta.

_Zupełnie jakby kobieta nie miała nóg._

__ Jakby żółty płaszcz przeciwdeszczowy maszerował samodzielnie przez pasy. Część sylwetki zniknęła w ciemności, ponieważ asfalt całkowicie pochłaniał światło.

Egzekutor wybrał niskie sportowe auto ze względu na prędkość i niezwracający uwagi kolor, ale także z powodu niskiego zawieszenia. Błyskawicznie wrzucił kolejny bieg i przyspieszył. Obawiał się, że warkot silnika zwróci uwagę kobiety. Wiedział, że przy odpowiedniej prędkości cel przeleci ponad samochodem, nie uderzy w szybę przednią i nie rozbije jej na kawałeczki. Gdyby szyba pękła, kobieta wpadłaby do środka pojazdu, a to utrudniłoby mu ucieczkę.

Wcisnął pedał gazu do końca, był już w odpowiedniej odleg­łości, teraz ona nie zdąży zrobić uniku. Gdy przód samochodu dotknął jej nogi, jechał z prędkością niemal stu kilometrów na godzinę.

Kobieta wpadła na maskę, a potem na dach i zsunęła się z niego na asfalt. Kierowca popatrzył w lusterko i zobaczył, że leży bez ruchu na drodze. _Niczym szmaciana lalka._

Sportowy samochód przyspieszył jeszcze bardziej i zniknął za zakrętem rzeki.

Dłonie człowieka trzymającego kierownicę nawet się nie spociły.1

Centralny Szpital Uniwersytecki zbudowany na miejscu starego portu rozrósł się po kilkudziesięciu latach w różne strony na wzór, o ironio, agresywnego nowotworu. Ponieważ pozwolenia na rozbudowę w tym miejscu już nie uzyskano, pyszniący się nowością oddział intensywnej terapii C1 został postawiony na masywnych betonowych słupach wbitych w wodę. W każdym z dwunastu pokojów przeznaczonych dla pacjentów znajdowało się ogromne łukowate okno z widokiem na morze. Był późny listopad i pogłębiający się _kaamos_ dopuszczał jedynie kilka godzin szarego światła dziennie, lecz sala A kąpała się w odblasku odbijającym się od powierzchni wody. Cztery kobiety zatrzymały się przy drzwiach, ostrożnie sprawdziły, jak wygląda sytuacja w środku, i otoczyły wózek z przyborami do sprzątania. Ktoś mógłby omyłkowo przypuścić, że zebrały się tu dla dodania sobie odwagi. Przy założeniu, że w ogóle zwróciłby na nie uwagę.

Janka Vitéz zbliżyła pestkę do czytnika i zrobione z pancernego mlecznego szkła podwójne drzwi rozsunęły się bezgłośnie. Kobieta lekko się przygarbiła, zanim wkroczyła do pokoju pacjentów. Jej pośladki chwiały się w rytmie kulejących kroków, gdy szła za wózkiem ukryta przed wzrokiem pozostałego personelu pomocniczego szpitala. Grube, obcięte na boba włosy wyglądały jak zwykle. Ta fryzura stawała się modna co dwadzieścia lat. Obecnie znów zrobiła się przestarzała i córka nie omieszkała jej o tym przypomnieć. _Za każdym cholernym razem._ We włosach Janki pojawiły się pojedyncze siwe włosy, których się wstydziła i farbowała je w tajemnicy przed mężem.

W pokoju panował gwar, zbliżało się piątkowe południe i wszędzie uwijali się pielęgniarze i pielęgniarki. Ci, którzy nie pomagali pacjentom albo nie pracowali przy komputerach, przygotowując dobowe porcje płynów, odmierzali w wyznaczonym pomieszczeniu dawki lekarstw i podawanych dożylnie preparatów przepisanych przez dyżurującego lekarza. Ponadto było tam jeszcze dwoje studentów pielęgniarstwa, którzy zaczęli praktyki w zeszłym tygodniu i przez większą część dnia tkwili w jednym miejscu, sprawiając wrażenie zagubionych. Wydawało się więc, że w mierzącej sto dwadzieścia metrów kwadratowych sali panował niemal tłok.

_Najgorsza chwila, żeby się tu pojawić_. Janka była tego świadoma, ale w porannym raporcie podano, że wypisano jedenastu pacjentów i na ich miejsce przyjmie się dziewięciu nowych. Było więc co robić. Z sali A piętnaście minut wcześniej przeniesiono pacjenta chorującego na serce do pomieszczenia z monitoringiem i miejsce czekało na uprzątnięcie. Następny sercowiec przybędzie z sali operacyjnej za pół godziny. Musiała zająć się tym pokojem właśnie teraz, ponieważ inaczej harmonogram dnia zostałby poważnie zaburzony. Spowodowałoby to zakłócenia w przyjęciach na oddział intensywnej terapii, a to z kolei oznaczałoby pokrzykiwania. Przede wszystkim pod adresem salowych.

Janka się rozejrzała, zastanawiając się, do kogo odważyłaby się zwrócić z pytaniem. Na twarzy kobiety pojawił się uśmiech i wyraz zaskoczenia, gdy zobaczyła, że piękna jak obrazek pielęgniarka, która znała jej imię i zawsze witała się z nią co rano, przyszła dzisiaj do pracy. Dani, właśnie tak, dla rodziny jednak Daniela.

– Czy możemy wejść? – spytała Janka w imieniu wszystkich.

– Sercowca przywiozą za pół godziny – odparła Dani Lindgren i zgięła nogę pogrążonego w narkozie pacjenta. Robiąc z niej dźwignię i wykorzystując plecy chorego do podparcia ręki, szczupła młoda kobieta przewróciła bez wysiłku stukilowego mężczyznę na bok. Wyglądała na zadowoloną, gdyż rurka intubacyjna nie wysunęła się mu z gardła ani nie odłączyła od respiratora. Obserwowała z uwagą twarz chorego, mówiąc do Janki i jej koleżanek: − Jeżeli się uwiniecie, to może zdążycie. − Posłała im swój słynny promienny uśmiech, sprawiający, że na policzkach dziewczyny pojawiały się dołeczki. Gdy się patrzyło na całą twarz, widać było, że jest to uśmiech idealny.

Janka spojrzała jednak w niebieskie oczy Dani i znów zauważyła to samo, co dostrzegła przypadkiem kilka tygodni temu. Uśmiech nigdy ich nie obejmował i znikał natychmiast, gdy ludzie odwracali wzrok. Młodą kobietę spowijała zasłona smutku. Janka nie rozumiała, dlaczego pozostali tego nie dostrzegali, ale teraz nie mogła rozpatrywać tego dłużej. Zegar tykał, czasu było coraz mniej.

Poruszyła prawą nogą, przenosząc ciężar na zdrowe biodro, lecz nawet mimo tej zapobiegliwości poczuła przeszywający ból. Co gorsza, dolegliwość, do której zdążyła się już przyzwyczaić, pojawiła się także w prawym kolanie, zapowiadając na przyszłe lata paraliżującą udrękę. Nie było w tym nic dziwnego, miała przecież ponad sześćdziesiąt lat.

Chwyciła leżącą na wózku szmatkę i sprawnie zaczęła wycierać kurz. Co jakiś czas spoglądała na zasłony dzielące łóżka. Robiła to nieświadomie, sprawdzając, czy nie należałoby ich wymienić, czy i na tym piętrze nie zostały pobrudzone wydzielinami. Z ulgą stwierdziła, że są czyste. Wymiana zabrałaby jej dodatkowe cztery minuty, a teraz naprawdę nie miała czasu na zmarnowanie.

Wprawdzie zasłony były starannie zaciągnięte, żeby zapewnić pacjentowi prywatność, ale i tak się odchylały, tworząc przerwę szerokości dwudziestu centymetrów. Zawsze się tak działo, mimo że zasuwano je starannie. Janka już miała spojrzeć gdzie indziej, gdy między zasłonami zauważyła znajome piegowate ręce podtrzymujące czyjeś ramię z kaniulą.

Jeżeli o Dani mówiło się, że jest fajna, to pod tym względem Mimi stanowiła całkiem osobny gatunek. Pracowała na oddziale intensywnej terapii chyba od trzydziestu dziewięciu, a nawet czterdziestu lat. Janka nigdy tego dokładnie nie pamiętała, ale Mimi Malmberg zbliżała się chyba do emerytury. Salowa słyszała wielokrotnie, że czeka niecierpliwie na zakończenie pracy, żeby wreszcie wyciągnąć piłę i łuparkę do drewna. Wtedy zacznie żyć pełnią życia. Pracownicy nie znali dokładnej daty jej odejścia z pracy, ale mogło to wynikać z instynktu samozachowawczego – nikt z oddziału intensywnej terapii nie mógł sobie wyobrazić szpitala uniwersyteckiego w Aboa bez Mimi. Albo nie chciał sobie wyobrazić. W obecności Mimi Janka odważyła się odezwać parę razy, wypowiedziała nawet kilka zdań. Tak więc dowiedziała się, że pielęgniarka otrzymała imię dzięki babci uwielbiającej Pucciniego. Zastanawiała się, co sądzić o tym, że ten stąpający po ziemi anioł nosi imię bohaterki, która umarła na gruźlicę, ale postanowiła ustosunkować się do tego jak Mimi, czyli ze spokojem.

Teraz widziała tylko rękę pacjentki i to jej wystarczało. Na oddziale C1 ciekawość szybko zamierała. Małe i duże tragedie należało szybko ignorować, żeby chronić siebie, chociaż nie zawsze się to udawało. Rozlegający się za zasłoną płacz członka rodziny albo pełen bólu krzyk chorego docierał do niej zawsze. Niekiedy śniła o tym – w takie noce Ákos szturchał ją czule i obejmował niedźwiedzim uściskiem. Leżała wtulona w jego bok i słuchała spokojnego, chrapliwego oddechu męża w te ciche godziny nad ranem, starając się odpędzić wspomnienia, które niosły koszmary.

– Ty żyjesz – powiedziała Mimi do pacjentki. – Zwyciężyłaś.

– Popatrz tylko na mnie! – zawołała obolała kobieta.

Janka zastygła. Znała doskonale ten aksamitny, choć trochę gardłowy głos, ale nigdy nie brzmiał tak jak teraz, jakby był złamany.

– Wytarłaś już kurz?

Odwróciła się z poczuciem winy, trzymając przed sobą ścierkę niczym tarczę. Ritva, koleżanka z płaskostopiem, ta, którą znała najdłużej, patrzyła na nią pytająco i pokazywała na zwisające aż do ziemi kable.

– Zajmij się nimi, został mi jeszcze stół – powiedziała Janka i przetarła po drodze pokrywy kubłów na śmieci. Wzięła z wózka nową szmatkę i wyczyściła pokryte antymikrobową powłoką klawiaturę, mysz i monitor. Starała się nie słuchać dochodzących zza zasłony głosów. Łagodnie wypowiadane przez Mimi słowa dochodziły aż do jej uszu, ale na szczęście ich nie rozumiała. Kobieta posługiwała się ojczystym językiem, odmianą szwedzkiego z archipelagu, i chociaż przez całe dorosłe życie mieszkała w Aboa, nie straciła śpiewnego akcentu charakterystycznego dla swojego dialektu.

Zasłona znów się poruszyła i Janka ujrzała, jak siedząca na skraju łóżka Mimi obejmuje bardzo mocno wyraźnie drżącą pacjentkę, nie zważając na kable i czujniki. Nawet jeśli salowej wydawało się wcześniej, że ma omamy, to teraz, zobaczywszy jasnozielone oczy, przestała mieć wątpliwości. Obie, pacjentka i ona, odwróciły wzrok w tej samej chwili. Mimi chwyciła chorą jeszcze mocniej i drugą ręką zaciągnęła zasłonę.

– Już skończyłyście? – zapytała Mari, pielęgniarka, która właśnie się pojawiła i spoglądała surowo znad kubka z parującą kawą.

Janka po raz setny pomyślała, jak to możliwe, że ktoś tak młody może zachowywać się niczym zrzędliwa staruszka, ale postanowiła nie psuć sobie dnia. Unikając kontaktu wzrokowego, przepchnęła wózek serwisowy do kąta po drugiej stronie pomieszczenia. Zrobiła to w samą porę.

Podwójne drzwi się otworzyły i operowany przed chwilą pacjent wyjechał z sali w asyście dwóch pielęgniarek, sanitariusza i anestezjologa.2

Dani zobaczyła, że Janka nadal wyciera spokojnie podłogę. Ane­stezjolog i pielęgniarka stanęli w nogach łóżka, gdy ona i jej koleżanka Eerika zajęły miejsca po bokach.

Przymocowała kardiomonitor do stelaża i na wyświetlaczu ukazały się parametry życiowe pacjenta, przesyłane też do komputera. Przeniosła dane z respiratora transportowego do urządzenia oddziału intensywnej terapii, podłączyła rurkę intubacyjną i zaczekała, aż klatka piersiowa pacjenta zacznie się unosić.

– Fajna opalenizna – rzuciła Eerika w stronę lekarza towarzyszącego pacjentowi.

– To z wyjazdu na kongres – wyjąkał zmieszany niespodziewaną uwagą anestezjolog Ilmari Suominen. Dani poczuła litość, mężczyzna niezdarnie rzucał spojrzenia na Eerikę, starając się robić to niezauważalnie, ale próby te kończyły się oczywistym niepowodzeniem. Wcale się nie dziwiła, że przejrzyste niebieskie oczy kobiety skorej do flirtowania wzbudzały co najmniej zainteresowanie innych, a czasem wprost zapierały dech w piersi. One obie się tylko przyjaźniły i Dani nigdy nie myślała o niej inaczej wbrew krążącym po oddziale plotkom. Eerika była jej najlepszą i jedyną przyjaciółką, a jednak w takich chwilach czuła nerwowe skurcze żołądka.

– I jesteś taki opalony? Ta konferencja odbywała się chyba po drugiej stronie kuli ziemskiej – kontynuowała Eerika.

– Omawialiśmy specjalistyczne zagadnienia – jąkał się lekarz. – Musieliśmy tam polecieć.

– Przywiozłeś jakieś prezenty? – Dziewczyna puściła do niego oko.

Ku radości Dani Suominen zaczerwienił się po uszy. Eerika nie miała już czasu, żeby się z nim droczyć, ponieważ jej uwagę zwróciły liczby na monitorze.

– Ciśnienie jest trochę za niskie – powiedziała do przyjaciółki, wskazując głową na ekran.

Dani spojrzała na wyświetlacz, jaskrawoczerwony wykres potwierdził odczyt. Ciśnienie krwi spadło do niepokojąco niskiego poziomu.

Chwyciła pacjenta za ramię i z przyzwyczajenia wyprostowała je na wszelki wypadek. Cienka kaniula wprowadzona do tętnicy promieniowej łatwo się zginała i działała wtedy jak popadnie. Wielokrotnie dzięki tej sztuczce odczyty znów stawały się prawidłowe. Tym razem wykres i liczby pokazujące ciśnienie krwi nadal były niskie. Dani spojrzała na aparat do kroplówki. Dawka noradrenaliny była odpowiednia. Pomyślała, że zwiększy ją trochę, żeby się przekonać, czy to pomoże.

– No tak, kogo mi tu przywieźliście? – Do łóżka pacjenta podszedł rezydent Petteri Laakso. Piskliwy głos świadczył więcej o jego stanie umysłu, niż mężczyzna by pragnął.

– Ty go przejmujesz? – Suominen obrzucił przybyłego podejrz­liwym wzrokiem.

Natychmiast przestał się jąkać, znów mówił swoim zwykłym zdecydowanym i gburowatym tonem.

– Tak. To pacjent VIP, czyli musimy zastosować leczenie klasy A – odpowiedział zdecydowanie Laakso.

– Ciśnienie tętnicze wynosi siedemdziesiąt dwa na czterdzieści pięć – wtrąciła Dani, próbując zwrócić uwagę młodego lekarza na sytuację. Laakso pełnił dyżur na oddziale intensywnej terapii dopiero od czterech tygodni i nikt jeszcze nie wiedział, co tak naprawdę umie robić i czego się do tej pory nauczył.

Jedyną osobą, która zareagowała na jej słowa, była Janka. Dotąd pochylona, słysząc wynik odczytu, wyprostowała się nagle. Dani nie miała czasu, żeby się zastanowić, co spowodowało taką reakcję salowej.

– Podwyższ trochę dawkę noradrenaliny – powiedział jak zwykle sucho Suominen.

Anestezjolog przeważnie nie miał nic złego na myśli, ale minęły lata, zanim Dani przyzwyczaiła się do jego opryskliwości. Czasami zastanawiała się, na ile rodzice lekarza, zaciekli fennomani*, mieli wpływ – poza przybraniem typowo fińskiego nazwiska – na to, że z syna wyrósł burkliwy i zamknięty w sobie gnom. Dopiero dwa lata temu zaczął mówić ludziom na oddziale intensywnej terapii „dzień dobry”, chociaż od dawna tu pracował. Ktoś w pomieszczeniu socjalnym powiedział pewnego razu, że gdy Suominen chodził do szkoły, dzieci w większości szwedzkojęzycznych mieszkańców tego miasta dokuczały mu z powodu jego upodobania do języka fińskiego. Prawdopodobnie został kilka razy mocno pobity i przezwisko _Finski_ ciągnęło się za nim wszędzie. Musiał płacić wysoką cenę za bezmyślność upartych rodziców. Dlaczego nie mogli dać mu na imię Juuso, którego brzmienie było bliższe szwedzkiemu językowi? Albo nie przeprowadzili się do Pihtipudas? – myślała krytycznie Dani.

– Dawka noradrenaliny podwyższona o dwie jednostki – potwierdziła wykonanie polecenia i popatrzyła na pielęgniarkę opiekującą się pacjentem. Mari pokiwała głową i zapisała zmianę.

W piątkowe popołudnie wielu ludzi myślało już o nadchodzącym weekendzie, w każdym razie ci szczęśliwcy, którzy mieli wolne. Dani jednak właśnie wróciła z długiego urlopu i całą jej uwagę pochłaniała niepokojąco duża ilość krwi spływająca z drenów i ciśnienie utrzymujące się na niskim poziomie mimo zwiększonej dawki lekarstwa.

Kiedy Eerika zwolniła nieco zacisk rolkowy, Dani zobaczyła, że płyn zaczął kapać znacznie szybciej niż w chwili przywiezienia tu pacjenta. Niektórych rzeczy nie musiały wypowiadać na głos, działały jak dobrze naoliwiona maszyna wyposażona w dwa mózgi i dwie pary rąk. Im dłużej pracowały razem, tym lepiej funkcjonowały jako zespół. Połowa krwi pacjenta zebrana podczas operacji została z powrotem przetoczona do jego ciała, zwisający ze stojaka woreczek z krwią znacznie się spłaszczył.

Dani patrzyła uważnie na dreny wystające z klatki piersiowej. Pozostawione w niej cewniki do drenażu działały, jak należy. Odprowadzały ewentualne krwawienie z jamy klatki piersiowej, okolic serca i płuc, występujące w polu operacyjnym. Tym razem lekarze założyli cztery cewniki, jak zwykle zewnętrzne w opłucnej, a środkowe za i przed sercem. Pielęgniarkę interesowały właśnie te dwa. Były drożne, nie widziała żadnych skrzepów, więc nie istniała obawa, że się zatkają.

_Krew spływa z nich aż za dobrze_. Przypatrywała się woreczkowi zbierającemu ciecz ze wszystkich czterech drenów. W ciągu dziesięciu minut nagromadziło się w nim trzysta mililitrów. _Pacjent krwawi, a jedynym lekarzem tutaj jest rezydent, który właśnie rozpoczął pracę_. Kątem oka zauważyła, że Janka przystanęła, podpierając się długim kijem mopa, potem pochyliła się do przodu i wbiła wzrok w woreczek zapełniający się coraz szybciej spływającą krwią. Dani ściągnęła brwi. Wydawało się jej, że salowa zmartwiona kręci głową. Co też taka pracownica fizyczna może wiedzieć o monitorowaniu pacjenta po operacji serca? Dani westchnęła. Jeżeli stan chorego wkrótce się nie poprawi, wiecznie jęcząca Mari będzie narzekać do końca dnia pracy, a ona pechowo znajdzie się razem z nią w ubieralni.

– Możesz wyzerować ciśnienie tętnicy płucnej i aorty piersiowej, połączyłam kable – powiedziała stojąca po drugiej stronie pacjenta i patrząca na kardiomonitor Eerika.

– Podniosę trochę dawkę noradrenaliny – dodała, zwracając się do Mari, a potem ustawiła wskaźnik infuzji leku wspomagającego ciśnienie na dwadzieścia cztery mililitry na godzinę i odkręciła całkiem zacisk rolkowy. Czerwona ciecz skapywała szybko do komory kroplowej. – Krew będzie się lepiej trzymała w żyłach i ciśnienie się ustabilizuje – wyjaśniła stojącemu obok studentowi. Ten pokiwał gorliwie głową. Eerika miała taką minę, jakby starała się choć trochę uwierzyć, że zrozumiał jej słowa.

– W torebce jest trzysta pięćdziesiąt mililitrów. Wszystko spłynęło w ciągu kwadransa – stwierdziła Dani, zdmuchnęła kosmyk włosów, który wymknął się z kucyka i spadł na oczy, i spojrzała na przyjaciółkę.

– Zmierzmy wartość wskaźnika sercowego, będziemy miały odczyt wyjściowy.

– Przed operacją wynosiła półtora – mruknął stojący z boku Suominen. – Wszczepiono mu cztery bajpasy, wszystkie działają dobrze, przepływ czterdzieści mililitrów. Po operacji wartość wskaźnika była taka sama, ciśnienie tętnicy płucnej normalne, dlatego pomyślałem, że na OIT wystarczy wspomaganie noradrenaliną.

– Jasne – potwierdziła Dani, a gdy milczenie się przeciągało, pokiwała energicznie głową, żeby do Suominena dotarło, że ktoś odnotował jego wypowiedź. Petteri Laakso najwyraźniej skupił się na wpisywaniu zaleceń do komputera. _Facet jest zupełnie zagubiony._ Zerknęła na jego młodą i pospolicie przystojną twarz. Często się zastanawiała, dlaczego wydaje jej się taka znajoma.

– Macie jeszcze jakieś pytania? – burknął anestezjolog, a gdy nikt się nie odzywał, obrócił się na pięcie i opuścił pomieszczenie.

Pielęgniarka anestezjologiczna spojrzała pytająco na Mari i gdy ta pokręciła głową, także wyszła z sanitariuszem obsługującym salę operacyjną. Kiedy podwójne drzwi się zamknęły, zapadła cisza, którą przerywały jedynie szum respiratora i miękki głos Mimi dochodzący zza zasłony w kącie pokoju.

– Czy mierzyłeś kiedyś wartość wskaźnika sercowego? – spytała Eerika studenta i podała mu podłączoną do rurek strzykawkę o objętości dziesięciu mililitrów. Przestraszony chłopak pokręcił głową i cofnął się o krok, stając tuż przed stojakiem z pompą infuzyjną. – Wiesz, na co wskazuje ten odczyt? − Eerika mimowolnie ciężko westchnęła. Jej jasne, krótko obcięte włosy lśniły w sztucznym oświetleniu. Ostry wzrok złagodniał, gdy dostrzegła wyraz paniki na twarzy młodego człowieka. – Pojemność minutową serca liczy się, mnożąc objętość wyrzutową przez częstość skurczów. W ten sposób otrzymujemy przybliżoną liczbę, która nie uwzględnia jeszcze wzrostu pacjenta. Wskaźnik sercowy odnosi się dodatkowo do powierzchni ciała i dzięki temu mamy o wiele dokładniejszy odczyt pracy serca – wyjaśniła spokojnym głosem.

– Co?

Dani spojrzała litościwie na studenta, który gapił się na Eerikę z otwartymi ustami. Chyba nigdy przez dziesięć wspólnie przepracowanych lat nie słyszała, żeby jej przyjaciółka kiedykolwiek podniosła swój łagodny głos, a mimo to w jakiś magiczny sposób potrafiła dotrzeć do wszystkich, zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych.

– Do tętnicy szyjnej pacjenta wprowadzono cewnik z termometrem – powiedziała, postanawiając ratować go z opresji. – Jeżeli wstrzykniesz dziesięć milimetrów zimnego płynu z tamtego woreczka przymocowanego do strzykawki – wskazała głową na torebki przymocowane do stojaka infuzyjnego – termometr zanotuje różnicę temperatury i w ten sposób będziemy mogli dokładnie określić czas, w którym zimny płyn spływa do punktu pomiaru. Na podstawie zmierzonych wartości komputer obliczy ilość krwi pompowanej przez serce w ciągu minuty. A ponieważ wpisaliśmy wzrost i wagę pacjenta, więc uwzględniając powierzchnię ciała, będziemy wiedzieli, z jaką siłą pracuje jego serce – dodała i odwróciła się, żeby pokazać liczby wyświetlane na znajdującym się za nią monitorze.

– Okej – powiedział ostrożnie student, trzymając strzykawkę niczym relikwię.

– To właśnie wyjaśniłam ci przed chwilą – oznajmiła Eerika i uniosła znacząco brwi.

Dani potrząsnęła głową rozbawiona, nie wiedząc, że na twarzy stojącej obok Janki pojawił się charakterystyczny dla niej czuły uśmiech. Zdaniem pielęgniarzy pracujących na OIT Eerika była chodzącym podręcznikiem, ale ciągle zapominała o tym, że nie wszyscy znali tak dobrze te tematy. Za każdym razem okazywała zdziwienie, gdy ktoś czegoś nie wiedział. Może ta niewinna doskonałość oszczędziła jej opinii osoby przemądrzałej i bezczelnej.

– Ustaw zawór równo, ale tak szybko, jak się da… Teraz! − wydała polecenie, gdy klatka piersiowa pacjenta opadła.

Odczekała, aż na monitorze pojawi się wykres krzywej, i zadowolona z tego, co zobaczyła, odwróciła się bokiem do studenta.

– Wskaźnik sercowy wynosi tylko jeden przecinek dwa – odpowiedziała Dani na niezadane pytanie.

– Wczorajszy pacjent oddychał sam, maszyna tylko pogłębiała jego oddech – wtrącił się zdziwiony chłopak i zamrugał powiekami. Ściskał pustą strzykawkę, policzki miał jaskrawoczerwone. – Dlaczego ten nie oddycha samodzielnie?

– Człowiek przestaje oddychać, gdy wprowadzi się go w głęboką farmaceutyczną sedację – odparła Dani, zastanawiając się, jak chłopak ma na imię. Na największym w Europie Północnej oddziale intensywnej terapii studentów i lekarzy rezydentów było pod dostatkiem, i często się zmieniali. Czuła zadowolenie, że w ogóle go zapamiętała. Postukała nerwowo dreny umieszczone w klatce piersiowej.

Niecałe pół godziny i zeszło pół litra krwi. Niedobrze.

– Kiedy ostatnio dostał leki przeciwbólowe? – Eerika popatrzyła na Mari. Ta zerknęła do raportu z operacji.

– Gdy wywożono go z sali. I przy tym ciśnieniu nie zwiększymy mu ich ani trochę. Dodałaś noradrenaliny? – zapytała. Eerika kiwnęła głową z nieprzeniknionym wyrazem twarzy.

_No przecież dodała._ Dani wiedziała, że przyjaciółka informuje o tym głośno za każdym razem, ale Mari swoim zwyczajem skupiła się na sztorcowaniu kogoś i nie słuchała. Sytuacja stawała się coraz bardziej skomplikowana, wkrótce trzeba będzie przystąpić do działania, Dani czuła to w kościach. Czas się kończył, ciśnienie spadło do siedemdziesięciu dwóch na trzydzieści dwa i pacjent nadal nie reagował na lek.

Eerika chwyciła regulator i opuściła górę łóżka, przechylając je jednocześnie tak, żeby stopy pacjenta uniosły się w stronę sufitu.

– To pozycja Trendelenburga. Chodzi o to, żeby krew spłynęła grawitacyjnie do górnej części ciała i najważniejszych narządów, gdzie jest najbardziej potrzebna – wyjaśniła studentowi.

– W torebce jest pół litra – powiedziała Dani i sprawdziła dreny wystające z klatki piersiowej pacjenta. Napełniały się krwią z każdym uderzeniem serca.

– Mari, ciśnienie dołuje, a puls rośnie. Wskaźnik świadczy o tym, że serce pompuje słabo, płyn się przelewa, noradrenaliny podaliśmy już za dużo. Brak reakcji. Tętno jest coraz szybsze, ciśnienie tętna się zawęża, ciśnienie krwi jest nadal niskie. Jedynie w aorcie zstępującej ciśnienie nie rośnie.

– Tamponada? – spytała Mari i wstała z krzesła w tym samym czasie co lekarz rezydent. Na twarzy Petteriego Laakso pojawiły się zmarszczki wskazujące na zatroskanie. Mari wydała z siebie słynne westchnienie oznaczające pytanie „dlaczego to przytrafia się właśnie mnie” i z surową miną stanęła obok Dani. Kobieta zachowywała się irytująco, władczo i złośliwie w stosunku do niektórych, ale była znakomitą pielęgniarką na OIT i wiedziała, kiedy trzeba posłuchać kolegów.

– Wszystko na to wskazuje – potwierdziła Dani.

– Praca serca jest zaburzona, ponieważ zbiera się wokół niego płyn, najprawdopodobniej krew – powiedziała Eerika do studenta, a następnie zwróciła się do lekarza: – Petteri, czy możesz wezwać kardiochirurga? – Wydała polecenie wprost i Laakso jakby się obudził na dźwięk swojego imienia, a potem spoconą dłonią sięgnął do górnej kieszeni po telefon.

* Fennomani – mieszkańcy Finlandii dążący w XIX wieku do nadania językowi fińskiemu równoprawnego statusu w administracji, szkolnictwie i sądownictwie.3

Janka nacisnęła łokciem przycisk i upewniła się, że jest zablokowany, dzięki czemu podwójne drzwi się nie zamykały. Spojrzała na hol i windy. Oprócz przebiegającego właśnie kuriera nie było tam nikogo. Pozostali pracownicy sprzątający szpital opuszczali pomieszczenie, ale ona nadal stała w drzwiach. Chociaż od wielu lat patrzyła na uwijające się w sytuacji awaryjnej zespoły z oddziału intensywnej terapii, nigdy jej się nie nudziło obserwowanie tej bezbłędnie funkcjonującej grupy, kiedy pielęgniarki i lekarze w jednej chwili stawali się jakby innymi ludźmi i podporządkowywali się potrzebom pacjenta. Żadnych kłótni, faworyzowania, krytykowania, jedynie spokojna, pracująca bez zakłócenia, onieśmielająca maszyna. _I cisza._ Znanego z seriali telewizyjnych chóru pokrzykujących egzaltowanych ludzi tu nigdy nie było słychać.

– Może trzeba sprowadzić wózek do reanimacji? – podrzuciła pomysł Dani.

– A może zaczekamy, aż pacjent wykorkuje? Jak myślisz? – skwitowała złośliwie Mari i odwróciła się do pozostałych w pokoju pielęgniarek, które skupiły się wokół łóżka. – Pójdę po wózek. Kto w tym czasie przygotuje leki? Zamierzasz tak stać i żuć tę gumę przez cały dzień? – syknęła do Jossu, jednej z nich.

– My zajmiemy się lekarstwami, ja będę je podawała – zaproponowała Mimi, pociągając za sobą Jossu, która niemal połknęła gumę do żucia, i obie zniknęły w pokoju pielęgniarskim.

– Podwyższam dawkę noradrenaliny – powiedziała Eerika i zmieniła częstotliwość wydzielania leku z trzydziestu do czterdziestu. Łagodnie przesunęła studenta pod ścianę. – Stój tutaj i się nie ruszaj, dopóki ci nie pozwolę.

– Zajmiesz się lekarstwami? – spytała Dani, patrząc na nią. – Mogę asystować przy otwieraniu opakowań, potrzebuję tylko środków do mycia i sterylnych rękawiczek – oznajmiła podniesionym głosem. – Rozmiar siedem!

– Leki do resuscytacji, adrenalina i amiodaron – rzuciła Mimi i podała trzy strzykawki Eerice. – I na wszelki wypadek midazolam – dodała, wskazując znacząco na pompę infuzyjną.

– Właśnie, zgadza się! Przerwać podawanie propofolu – krzyknął Petteri, jakby budząc się z uśpienia. – Przecież on obniża ciśnienie. Dajcie pacjentowi zamiast tego midazolam bolus. Czy mamy efedrynę?

– Zaraz będzie – potwierdziła Mimi, zerkając w stronę pokoju dla pielęgniarek. Jossu napełniła strzykawki lekarstwami, na jej twarzy malowało się skupienie.

– Chirurg, który operował, już idzie – oznajmił Petteri.

– Kiedy się wreszcie pojawi? – spytała Dani, spoglądając kolejno to na wypełnione krwią dreny, to na monitor.

Myśli Janki biegły tym samym torem, gdy wpatrywała się w woreczek zwisający z łóżka. Puls młodego rezydenta z pewnością ostro przyśpieszył, lekarz miał czerwone policzki. Czerwone plamy widać było też na jego szyi. Pojemnik napełniał się nieprzerwanie, ciśnienie pacjenta spadało, nie pomagały żadne leki.

Kiedy Mari wchodziła do pomieszczenia, przeważnie nikt nie cieszył się na jej widok, ale teraz Janka, Eerika i Dani westchnęły z ulgą, gdy koleżanka przepchnęła wózek z przyrządami do resternotomii, zatrzymała się w nogach łóżka pacjenta i wyciągnęła koszyk z narzędziami do otwierania klatki piersiowej. Janka popatrzyła na jasnożółtą plombę zamykającą koszyk. Wyglądała na nienaruszoną, opakowanie było sterylne. Młody rezydent zrobił kilka kroków do tyłu, głośno dysząc. Był przerażony. Janka już chciała wyciągnąć do niego rękę, ale na szczęście przypomniała sobie, kim i czym jest, i tylko ścisnęła mocniej kij mopa.

– Nie ma na co czekać – oznajmiła Eerika, zerkając na monitor. Jak zwykle sama jej obecność wpływała na ludzi uspokajająco. Nawiązała szybko kontakt z Petterim, wypowiadając tylko jedno spokojne zdanie. Pozbawionym napięcia, przyjaznym, niemal ciepłym głosem kontynuowała: − Musisz otworzyć klatkę piersiową.

– Ja nigdy nie… – wyjąkał rezydent i podszedł do przodu, a Mimi założyła mu maskę chirurgiczną i podała sterylne rękawiczki. Ciężko dyszał, a wszystkie znajdujące się w pomieszczeniu pielęgniarki wpatrywały się w niego z tym samym oczekiwaniem, choć z różnymi minami.

– Oddychaj głęboko. – Eerika położyła dłonie na barkach zdenerwowanego rezydenta, zacisnęła je zdecydowanie i spojrzała mu ostro w oczy. – Bo inaczej zemdlejesz wskutek hiperwentylacji − kontynuowała tak cicho, że tylko on i stojąca w pobliżu Janka zrozumieli jej słowa. Młody lekarz pokiwał głową, polał ręce płynem do dezynfekcji i pocierał je energicznie.

Stojąca w nogach łóżka Mari wychyliła się najdalej, jak się dało, żeby ich podsłuchać. Po zmartwionej minie koleżanki Janka domyśliła się, że najwidoczniej jej się nie udało. Cokolwiek Eerika powiedziała szeptem lekarzowi, to pomogło, ponieważ Petteri Laakso zebrał się w sobie.

– Niech któraś z was stanie w drzwiach, żeby kardiochirurg wiedział, że ma przyjść prosto do tej sali – poprosił, starając się z trudem włożyć rękawiczki na lepkie jeszcze od płynu dezynfekującego ręce, które mocno mu się trzęsły. Stojące najbliżej niego Mimi i Eerika odwróciły litościwie wzrok, ale Janka przyglądała się mu z ciekawością.

Dani zerwała opatrunek pokrywający pierś pacjenta i odrzuciła go bezceremonialnie na bok, przecięła nici trzymające brzegi rany i wylała na skórę mężczyzny butelkę płynu dezynfekcyjnego. Zmrużyła oczy, żeby ochronić je przed oparami alkoholowymi, ale było za późno. Na załzawioną twarz nałożyła maskę, a na ręce naciągnęła wyjałowione rękawiczki.

– Podano pięć miligramów midazolamu, dwieście mikrogramów fentanylu, cały czas dostaje pięćdziesiątkę leku wspomagającego – wyliczała Eerika, zwracając się do Mari. – Petteri, ciśnienie spadło do sześćdziesięciu dwóch na trzydzieści, dać efedrynę?

– Nie – wyszeptał rezydent i wziął od Dani jałowe szczypce. – Na nic się już nie przyda. Musimy go otworzyć – dodał pod nosem.

– Dawaj! – zachęciła go pielęgniarka, ruchem głowy dodając mu odwagi.

Janka zauważyła, że Petteri popatrzył na nią z wdzięcznością, i dopiero teraz uświadomiła sobie, jak niebieskie zrobiły się oczy przestraszonego rezydenta. Jego czoło pokryło się kroplami potu spływającymi na oczy.

– A jeśli to nie tamponada? – Lekarz uniósł wzrok. – Nie sprawdziłem echa serca i jeśli otworzę go niepotrzebnie…

Przerwał mu piskliwy dźwięk kardiomonitora.

– Nie mamy nic do stracenia, wiesz dobrze – powiedziała Eerika z nadzwyczajną jak na siebie wyrozumiałością. Petteri obejrzał się do tyłu, a ona pokiwała głową, jakby odpowiadając na niewypowiedziane pytanie: – No, dalej!

– Ciśnienie u pacjenta siadło – rzuciła obojętnie Mari, ściszyła powtarzający się sygnał alarmowy dochodzący z monitora i odnotowała czynność.

– Nastąpiła śmierć kliniczna. Rób coś!

– Czy defibrylator gotowy? – spytał Petteri, zapominając o wątpliwościach, i skupił się na metalowych drutach łączących kości, widniejących w odsłoniętej wskutek przecięcia ranie. Dłonie trzęsły mu się niepomiernie.

– Łyżki?

– Nie, nie wiemy, którędy przebiegają bajpasy, jeszcze puszczą, jak będziemy działać na ślepo. Wykorzystamy elektrody przymocowane do pacjenta − powiedziała stojąca za Petterim Eerika i położyła mu dłoń na ramieniu.

– Asystolia – ogłosiła, widząc płaską linię na monitorze.

Zarówno wykres ciśnienia arteryjnego, jak i ciśnienia tętna się wyprostował.

– Serce pacjenta się zatrzymało. Już nie bije – wyjaśniła, zwracając się do bladego jak ściana studenta obok niej.

– Wkrótce otworzę klatkę piersiową – pospiesznie dodał Petteri, starając się nie zahaczyć o ostre końce metalowych prętów.

Stojąca w drzwiach Janka przyglądała mu się zmartwiona. Jeszcze tego brakuje, żeby nastąpiło zwarcie elektryczne.

– Czy ktoś nacisnął guzik alarmowy? – spytał rezydent.

– Tak, ale w jadalni alarmu nie słychać – odparła Mari i dodała piskliwym, zrzędliwym głosem: − Jesteś jedynym lekarzem na oddziale. Masz jaja, to zrób coś!

– Gdzie, do cholery, jest ten chirurg? – krzyknął Petteri i zamrugał z powodu spływającego mu na oczy potu.

– Tutaj.

Dani i Eerika nadal patrzyły na pacjenta, ale pozostali odwrócili się w stronę dobiegającego ich głosu. Na ustach Janki pojawił się uśmiech rozbawienia. Dramatyczne wejścia były typowe dla tego mężczyzny. Jak wielu kardiochirurgów Lukas Granit zachowywał się niczym dumny kogut – a w każdym razie chciał, żeby inni mieli o nim taką opinię. Janka wiedziała, że wykonywanie tak bezlitosnego zawodu wymagało określonych cech i ogromnej pewności siebie. Mimo stale kamiennej twarzy i wypowiadanych wyniosłym tonem komentarzy wszyscy wiedzieli, że Granit szczerze przejmuje się losem pacjentów. I ceni pracujących z nim kolegów, chociaż usilnie udawał, że jest inaczej.

Chirurg nasunął na twarz wiszącą mu pod brodą maskę, wziął z wózka sterylne rękawiczki odpowiedniej wielkości i stanął przy łóżku.

– Rozwieracz – zażądał, zanim zauważył, że Dani już mu go podawała. Włożył metalowe narzędzie w rozciętą pośrodku pierś i zaczął sprawnie kręcić śrubką. Rozwieracz skrzypiał równomiernie, odsuwając brzegi klatki piersiowej na bok i wkrótce jej wnętrze ukazało się w całości. Zazwyczaj lekarz odsłaniał bijące jeszcze serce, ale teraz spoczywało ono nieruchomo, pokryte nieokreśloną gęstą substancją. – Ssak – poprosił, nie odwracając wzroku. – I więcej światła. Nic nie widzę.

Wśród pielęgniarek tylko Mimi była wystarczająco wysoka, żeby sięgnąć lampy, ale i ona miała trudności w pochwyceniu wyłącznika i ledwie dotykała go czubkiem palca. Zamknęła z ostrożności oczy i dopiero wtedy włączyła lampę. Oślepiający, ostry snop światła pojawił się tuż nad otwartą klatką piersiową i widocznymi warstwami galaretowatej mazi.

– Oczywiście tamponada – oznajmił z westchnieniem Petteri, czując ulgę, i odszedł na bok.

– Zgadza się – potwierdził Granit, odgarniając przypominającą meduzę trzęsącą się masę z serca pacjenta. Na jego twarzy pojawił się uśmiech zadowolenia, ponieważ organ natychmiast się obudził po usunięciu większości uciskającej go substancji. Granit odrzucił sprawnym ruchem krwiste ciasto na bok, przyzwyczajony do tego, że przy jego prawej nodze stało zawsze naczynie na gazę. Tak było w sali operacyjnej, ale tu, na oddziale intensywnej terapii, galaretowaty placek wylądował z hukiem na podłodze, a krople krwi obryzgały buty Mari.

– Ssak – powiedziała z naciskiem Dani, podała mu narzędzie i zerknęła na bok. Przestraszona Janka się wzdrygnęła. Pielęgniarka przyglądała się jej uporczywie, oczy dziewczyny zaokrągliły się ze zdumienia, kiedy zobaczyła, że salowa nadal stoi w drzwiach. Janka rozmyślała gorączkowo, jak by tu uciec, lecz wtedy zdała sobie sprawę, że Dani fałszywie zinterpretowała jej reakcję i próbowała ją przeprosić, patrząc na nią i unosząc brwi. Dolną część twarzy miała zakrytą maską. Salowa wzruszyła ramionami w odpowiedzi. Pielęgniarka zerknęła na chirurga, który włożył ręce głęboko do klatki piersiowej i ssakiem czyścił okolicę serca, żeby mieć lepszą widoczność.

– Zmniejszyłeś dawkę leku wspomagającego? – rzucił w stronę rezydenta.

Na monitorze widać było puls i ciśnienie krwi, obie wartości utrzymywały się na dość dobrym poziomie, ciśnienie skurczowe wynosiło prawie dziewięćdziesiąt.

– Tak. Podajemy lek przeciwbólowy – powiedział Petteri i wyciągnął strzykawkę z kieszeni fartucha. – Drugi raz dwieście mikrogramów fentanylu – poinformował na głos.

– Ktoś mógłby pobrać próbkę – wydała polecenie Mari i zanotowała dawkę leku.

– Jeszcze nie – sprzeciwił się ostro rezydent. Jego ręce ciągle drżały.

– Dopiero co wróciło krążenie krwi – dodała Eerika, widząc, że Mari otwiera usta. – Pobiorę próbki, ale niech się ono najpierw unormuje.

– No i proszę. – Granit zobaczył wyraźnie pękniętą żyłę i przyłożył gazik do miejsca wycieku. – Oderwał się jeden bajpas. Nadal tryska obficie, cholera jasna, dodajcie leku wspomagającego! Dajcie mi tu opakowanie z nićmi!

Mimi przeszukiwała dolne szuflady wózka reanimacyjnego, aż znalazła małe czerwone pudełko. Wstała i otworzyła je, a potem pokazała zawartość chirurgowi. Ten wskazał głową na zwitek znajdujący się z brzegu.

– Podaj tę wściekle żółtą nić i igłotrzymacz, a Lindgren niech weźmie nożyczki i dodatkowe opatrunki – powiedział i obrzucił niechętnym spojrzeniem stojącego naprzeciwko pomocnika. – Zakładam, że nie będziesz tylko robił min i spojrzysz w tę stronę. A ty, Janko, możesz przyjść później, jeszcze nie skończyliśmy.

Salowa się ocknęła, zrozumiawszy, że lekarz ją ma na myśli, i od razu skierowała się ku wyjściu. Czuła, że wszyscy na nią patrzą, uszy ją paliły. Miała nadzieję, że nie są jaskrawoczerwone. Opuściła pokój, zachowując resztki godności.5

Drzwi do pokojów na oddziale intensywnej terapii, zaokrąglone u góry niczym zawieszony nad morzem półksiężyc, były zamknięte. Obchód w ten sobotni poranek jeszcze się nie zaczął i pielęgniarki wymieniały się dyżurami przy pacjentach, żeby zjeść śniadanie. Zza zakrętu wyłonił się zrobiony z mikrowłókna mop, a idąca do kuchni Dani odgadła, kto nim kieruje. Przywitała się z Janką, czując radość na widok nieśmiałego uśmiechu kobiety.

– Czemu jej mówisz dzień dobry? – zaciekawiła się Eerika.

– Bo jest człowiekiem. – Dani szturchnęła koleżankę łokciem w bok. – Nie bądź taką paniusią.

– Nie jestem paniusią – wymamrotała pielęgniarka, czerwieniąc się, i pociągnęła łyk kawy z kubka. Chciała coś dodać, ale zakrztusiła się płynem i zaczęła gwałtownie kaszleć. Dani zwróciła się ku niej i instynktownie uniosła rękę, żeby uderzyć ją między łopatkami, ale przyjaciółka odskoczyła, osłoniła się rękoma i pokręciła głową, nadal kaszląc.

Dani poczekała, aż atak minie.

– Przeżyjesz?

– Ledwie, ledwie – wychrypiała Eerika.

– Sprawiałaś wrażenie, jakbym chciała cię uderzyć kijem bejsbolowym – powiedziała Dani, chichocząc.

– Bo tak to wyglądało – odparła dziewczyna z westchnieniem.

– Jak już mowa o wrażeniach, to wiesz, kogo mi ten młody rezydent przypomina?

– Laakso? – Eerika zacisnęła usta. Była to zaskakująco trafna, choć jak na nią zaskakująco złośliwa imitacja zachowania nadymającego się podczas porannych obchodów lekarza. – Wygląda tak samo jak wszyscy inni tutaj, którzy próbują stwarzać pozory, że coś rozumieją z intensywnej terapii, chociaż rano ledwie udaje się im trafić z szatni na oddział.

– I znowu! – zawołała pielęgniarka. – Jesteś…

– Nie jestem paniusią – zaakcentowała każdą sylabę Eerika.

– Niemal się udusiłaś tym zdaniem – powiedziała Dani z uśmiechem. – I jesteś paniusią.

– Babsko jest wyjątkowo niegrzeczne, nigdy nie odpowiada…

– Odpowiada. Za każdym razem, a na imię ma Janka – wtrąciła Dani, zamierzając opowiedzieć jej o podróży poprzedniego dnia, kiedy monitory alarmowe na korytarzu i w pokojach się ożywiły. Zamiast jednego zwykłego pisku wydawały dłuższe melodyjne sygnały dźwiękowe. Powtarzające się seryjnie dźwięki wydawały się dziwnie łagodne jak na alarm, ale sprawiły, że poderwali się wszyscy pracownicy oddziału intensywnej terapii. Taka reakcja była tak głęboko zakodowana w ich szpiku kostnym, że pewnego razu Dani wybiegła w domu towarowym z przymierzalni w samej bieliźnie, zanim przyjaciółka uświadomiła ją, że to nie wezwanie w celu ratowania czyjegoś życia, lecz dzwonek telefonu klienta sklepu.

– Pokój A, łóżko 1 – odczytała informację na monitorze.

– Cholera jasna, to ten wczorajszy sercowiec – powiedziała zmartwiona Eerika i szybko ruszyła w stronę pomieszczenia, w którym leżał pacjent. Dani deptała przyjaciółce po piętach. Przyłapała się na tym, że chociaż starsza pielęgniarka oddziałowa przeszła na emeryturę już dawno temu, nadal pamiętała o jej radach i zwalniała kroku, _ponieważ na_ _OIT_ _nigdy się nie biegnie, trzeba śpieszyć się w tempie kontrolowanym_. Przypomniała sobie nawet cichy syk następujący po każdym zdaniu.

Wbrew temu przekornie pobiegła i wraz z Eeriką dotarły na miejsce jako jedne z pierwszych. Zaraz po nich do pokoju wpadł Petteri Laakso.7

W pokoju panowała cisza, wszyscy pracowali, nie zatrzymując się ani na chwilę. Pielęgniarki uciskające klatkę piersiową zmieniały się co dwie minuty, a w trakcie przerw na sprawdzenie rytmu serca próbowano zatrzymać jego chaotyczną pracę impulsami elektrycznymi, za każdym razem na próżno. Mimi podłączyła do kroplówki czwartą butelkę wodorowęglanu sodu i obecni spojrzeli na monitor z nadzieją. Prąd przeniknął przez serce, ale ono nie chciało się zatrzymać, przez co nie mogło odzyskać własnego rytmu i niewyjaśnione migotanie komór się utrzymywało. W ciągu pół godziny aktywność serca się spowolniła, załamki się spłaszczały. Poziom mleczanu w próbce gazometrii się podnosił, wartości potasu nie dało się już zmierzyć.

– Co tu się dzieje? – spytał Granit, wchodząc do pokoju. Spojrzał najpierw na pielęgniarki reanimujące pacjenta, a potem na Stenberg i znów na pielęgniarki. Petteri stał za ordynatorką i obsesyjnie przeczesywał palcami krótkie włosy.

– Reanimujemy – oznajmiła lekarka lekko rozbawiona, ale zaraz spoważniała, widząc kamienną minę kardiochirurga.

– Wysoki potas, to prawdopodobnie spowodowało migotanie komór. Całkowita odporność na leczenie, reanimujemy… − Stenberg popatrzyła pytająco na Mari.

– One robią to od dwudziestu minut – odpowiedziała pielęgniarka, kładąc nacisk na pierwsze słowo i nie zadając sobie trudu, żeby spojrzeć na któregoś z lekarzy.

– Wodorowęglan sodu zapędził częściowo potas z powrotem do komórek i na chwilę zatrzymaliśmy defibrylatorem migotanie, ale potas utrzymuje się w komórkach tylko przez kilka minut. Tak się dzieje już od kwadransa, to zupełnie beznadziejne – dodała ordynatorka.

– Matti Wirtanen zbudował połowę Aboa i buduje następną. – Granit zrobił powolny wydech i potrząsnął głową.

Janka otworzyła szeroko oczy, wiedziała jednak, że w niektórych sytuacjach musi pozostać niewidzialna i zachować milczenie. _Matti Wirtanen, apartament sześćdziesiąt jeden_. Mężczyzna, który domagał się eksmisji z budynku Berit Åstrand, jeżeli nie przestanie udzielać prywatnych lekcji śpiewu. _Cholernie głośno bębni na fortepianie._ Nie przebierał w słowach, zbierając podpisy pod petycją. _A teraz leżysz tu i umierasz._

– Ach, to ten Wirtanen! – zawołał zdziwiony Petteri Laakso. Był jeszcze bledszy niż przed chwilą, o ile to w ogóle możliwe.

– Czemu tu się kręcisz? Czy nie skończyłeś dyżuru? – spytała Stenberg ze szczerym zdziwieniem i typowym dla siebie zawsze jednakowym tonem, jakim zwracała się do ludzi na oddziale intensywnej terapii. Potem dodała z matczyną troską:

– Zrobiłeś wystarczająco dużo. Idź do domu odpocząć, chłopcze. Nawet gdyby to był zaginiony potomek rodziny Wasa, nie możemy mu już pomóc − powiedziała, wskazując na pacjenta.

– A ECMO? − Granit zaproponował płucoserce i wyciągnął z kieszeni telefon, żeby sprowadzić z sali operacyjnej konieczny sprzęt i zespół.

– Lucas, to siedemdziesięcioośmioletni mężczyzna z wieloma przewlekłymi chorobami, którego reanimujemy od pół godziny – oznajmiła ordynatorka dobitnie i spojrzała na doświadczonego chirurga. – ECMO tylko odsunie w czasie to, co nieuniknione.

– Viktorio, on jest radcą przemysłu budowlanego i co roku zapraszają go do pałacu prezydenta w Dzień Niepodległości, posiada większą część miasta i ma w kieszeni wielu decydentów. Musimy zrobić dla niego…

– Kończymy te wygłupy, nawet gdyby grał z prezydentem w golfa. Na moim oddziale nie będziemy torturować umierających ludzi! – Stenberg zniżyła głos, uświadamiając sobie, że w pokoju nastąpiła cisza. – Lucas, to beznadziejne – dodała spokojniej.

– Nie rozumiem, co się dzieje z jego sercem. – Granit schował ręce głęboko w kieszeniach fartucha.

– Jeżeli cię to pocieszy, ja także nie rozumiem – odparła lekarka, poklepała go niezdarnie po ramieniu i odwróciła się w stronę pielęgniarek

– Pakujcie się, dzieci. To była wspaniała bitwa.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij