-
nowość
-
promocja
Ostatni proces - ebook
Ostatni proces - ebook
To nie był nikt wyjątkowy. Zwykły chłopak, zbyt słaby, by walczyć na froncie, więc trafił do KL Stutthof. Nie wiadomo, czy kiedykolwiek kogoś zabił. Nie należał do NSDAP. Twierdził, że tylko stał na wieży wartowniczej, że nie wiedział, co się dzieje w krematoriach, a nawet że próbował pomagać więźniom. Ale czy sama praca w obozie nie czyniła go winnym?
Przez dziesięciolecia niemieckie sądy odpowiadały: nie. W Republice Federalnej Niemiec skazano 6700 nazistów, najczęściej na krótkie wyroki lub grzywny. Tłumaczono, że naprawdę winni byli tylko ci, których już nie można osądzić, czyli przywódcy III Rzeszy. Cała reszta – mówiono – tylko wykonywała rozkazy. „Jeden przestępca i sześćdziesiąt milionów pomocników” – ironizował pewien profesor prawa.
W swoim reportażu sądowym Tobias Buck przygląda się, jak i dlaczego ten sposób myślenia zaczął się zmieniać. Opowiada o procesach, w których po raz pierwszy pojawiło się pytanie o osobistą odpowiedzialność oskarżonych. I o kraju, który przez siedemdziesiąt lat uczył się uznawać własne winy.
„„Ostatni proces” ujawnia, jak niemieckie sądy pozwoliły setkom tysięcy zbrodniarzy wojennych uniknąć sprawiedliwości, aż przy życiu pozostało tylko kilkoro niskich rangą strażników obozowych, których można było postawić przed sądem.” Philip Gourevitch
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8396-260-3 |
| Rozmiar pliku: | 1,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Anna Maziuk _Niedźwiedź szuka domu_
Anna Malinowska _Sosnowiec. Nic śląskiego_
Anna Sawińska _Przesłonięty uśmiech. O kobietach w Korei Południowej_(wyd. 2 zmienione)
Adam Zadworny _Heweliusz. Tajemnica katastrofy na Bałtyku_
Zbigniew Rokita _Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium_ (wyd. 2 rozszerzone)
Thomas Orchowski _Wyspa trzech ojczyzn. Reportaż z podzielonego Cypru_ (wyd. 2)
Maciej Czarnecki _Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym_ (wyd. 3)
Maciej Czarnecki _Dla dobra dziecka. Szwedzki socjal i polscy rodzice_
Bartosz Józefiak _Wszyscy tak jeżdżą_ (wyd. 2)
Aleksandra Boćkowska _Gdynia. Pierwsza w Polsce_
Anna Malinowska _Od Katowic idzie słońce_ (wyd. 2)
Anna Bikont _Nie koniec, nie początek. Powojenne wybory polskich Żydów_
John McPhee _Plac Zgody. Wieczyście neutralna Szwajcaria_
Marta Grzywacz _Radość Soboty. Archiwum życia i śmierci_
Ilona Wiśniewska _Białe. Zimna wyspa Spitsbergen_ (wyd. 5)
Paweł Smoleński _Trędowate kobiety czyszczą ryż_
Marta Wroniszewska _Matka bez wyboru. O kobietach, które opuściły swoje dzieci_
Barbara Seidler _Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe_ (wyd. 3)
François-Henri Désérable _Kruszenie świata. Podróż do Iranu_
Martyna M. Wojtkowska _W Nowej Zelandii wschodzi słońce. Wojenna tułaczka polskich dzieci_
Katarzyna Kobylarczyk _Ciałko. Hiszpania kradnie swoje dzieci_ (wyd. 2)
Patrick Radden Keefe _Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej_ (wyd. 3)
Thomas Orchowski _Pasterzy jest coraz mniej. Reportaż z Krety_
Karolina Bednarz _Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet_ (wyd. 3)
Linda Polman _Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej_ (wyd. 4)
Agata Komosa-Styczeń _Wyspa niechcianych kobiet_
Ilona Wiśniewska _Hjem. Na północnych wyspach_
Nicola Lagioia _Ciao amore, ciao. Morderstwo w Rzymie_
Paweł Smoleński _Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie_ (wyd. 2)
Tomáš Forró _Śpiew syren. W głąb wojennej Ukrainy_
Will Storr _Nadprzyrodzone. Śledztwo w sprawie duchów_
Jacek Hołub _Wszystko mam bardziej. Życie w spektrum autyzmu_(wyd. 2 zmienione)
Remigiusz Ryziński _Dziwniejsza historia_ (wyd. 2 rozszerzone)
Jack El-Hai _Norymberga. Naziści oczami psychiatry_
Andrzej Dybczak _Gugara_ (wyd. 2 zmienione)
Marta Madejska _Ostatni gasi światło. Przypowieści o transformacji_
W serii ukaże się m. in.:
Anna Sulińska _Wniebowzięte. O stewardessach w PRL-u_ (wyd. 3)ROZDZIAŁ 1 MĘŻCZYZNA ZA CZERWONĄ TECZKĄ
Otwierają się drewniane drzwi i na salę wjeżdża stary mężczyzna na wózku inwalidzkim. Pewną ręką trzyma czerwoną tekturową teczkę, zasłaniając twarz. Dla większego kamuflażu nosi ciemne okulary przeciwsłoneczne i ciemny kapelusz z szerokim rondem. Kierują się na niego oczy wszystkich obecnych, on jednak nie ma zamiaru odwzajemnić niczyjego spojrzenia. Siedzi w milczeniu, między córką a adwokatem, wciąż kryjąc się przed klikającym przed nim aparatem fotograficznym. Sekunda po sekundzie narasta wypełniające salę nerwowe oczekiwanie.
Po chwili sędzia każe wyjść fotografowi i kamerzyście, co pozwala starcowi opuścić czerwoną teczkę i odsłonić twarz. Siedzę daleko, więc wyciągam szyję, by po raz pierwszy zobaczyć oskarżonego. Nie wygląda na swoje dziewięćdziesiąt trzy lata, jest czujny, ma ciemne oczy i krótko przystrzyżone siwe włosy. W rzędzie przede mną zaczyna płakać stara kobieta; jej drobnym ciałem wstrząsa cichy szloch. Stary człowiek na ławie oskarżonych to jej mąż.
Zwracając się do oskarżonego, przewodnicząca składu sędziowskiego Anne Meier-Göring rozpoczyna rozprawę od kilku prostych pytań.
– Czy pan mnie słyszy?
– Tak – odpowiada starzec.
– Czy nazywa się pan Bruno Dey?
– Tak\ 1.
Jest 17 października 2019 roku, pierwszy dzień procesu w imponującym budynku sądu w Hamburgu. Proces ma wymiar historyczny pod więcej niż jednym względem. Bruno Dey jest oskarżony o zbrodnię, do której doszło ponad siedemdziesiąt lat wcześniej: zamordowanie co najmniej pięciu tysięcy dwustu trzydziestu więźniów w Stutthofie, nazistowskim obozie koncentracyjnym, obecnie na terenie Polski. W chwili przybycia do obozu miał zaledwie siedemnaście lat; został członkiem jednostki SS odpowiedzialnej za strzeżenie terenu i pilnowanie, by żaden zdesperowany więzień nie zdołał uciec. Dey przyznał, że służył jako strażnik w Stutthofie od sierpnia 1944 do kwietnia 1945 roku, zaprzecza jednak oskarżeniom, jakoby miał jakikolwiek udział w morderstwach, nawet jako podwładny czy współuczestnik.
To jego nazwisko widnieje w akcie oskarżenia, lecz zgromadzeni na sali sądowej są świadomi, że nie tylko sam Dey stoi przed sądem. Podobnie jak wszystkie procesy badające nazistowskie zbrodnie, proces hamburski podnosi kwestie – trudne, niewygodne – które znacznie wykraczają poza odpowiedzialność karną jednego człowieka. To kwestie, które ciążą nad światem od chwili, gdy po wojnie opublikowano pierwsze zdjęcia obozów i ich ofiar. Szczególnie dotkliwie odczuwają je Niemcy, tacy jak ja, ale dziś wydają się głęboko istotne dla wszystkich narodów: Jak to się mogło wydarzyć? Kto jest winien? Jak ja bym postąpił?
Pod wieloma względami Bruno Dey zapewniał doskonałą kanwę do rozważania tych tematów. Niewiele miał wspólnego z narodowosocjalistycznymi przywódcami skazanymi w procesach norymberskich czy z brutalnymi zbrodniarzami stającymi później przed niemieckimi sądami za to, co robili w Auschwitz, Sobiborze i Treblince. Różnił się także od zbrodniarzy działających zza biurka, takich jak Adolf Eichmann, sądzony i powieszony w Izraelu za kluczową rolę, jaką odegrał w planowaniu i realizacji Zagłady. Dey nie odegrał kluczowej roli w niczym, nawet w Stutthofie. Był zwykłym strażnikiem, który spoglądał z wieży i wśród zamętu wojny, śmierci oraz niewypowiedzianego cierpienia ani razu nie widział potrzeby użycia broni. Był najdrobniejszym z drobnych trybików w machinie, której morderczych celów – jak twierdzi – nigdy w pełni nie pojmował. To twierdzenie miało się stać przedmiotem dogłębnych dociekań w trakcie procesu, nikt jednak nie wątpił, że oskarżony zajmował jeden z najniższych szczebli w obozowej hierarchii.
Siedziałem i słuchałem otwierających proces wystąpień, gdy poraziła mnie myśl, że to właśnie historyczny brak znaczenia Deya mnie interesuje i niepokoi. Jak większość normalnych istot ludzkich nie potrafię sobie wyobrazić siebie w roli mordercy, komendanta obozu koncentracyjnego czy funkcjonariusza w tak brutalnej organizacji jak SS. Przecież mój kompas moralny nie zawiódłby mnie do tego stopnia nawet pod dyktaturą, w czasie wojny. Oglądając czarno-białe fotografie oskarżonych w Norymberdze, czujemy odrazę, ale także ulgę wynikającą z dystansu. Możemy sobie z pewnością powiedzieć, że nigdy nie postąpilibyśmy tak jak oni. Jednak w ten październikowy poranek w Hamburgu, patrząc z końca sali sądowej na obojętną twarz Deya, nie byłem pewien, czy w jego wypadku mógłbym stwierdzić to samo. Czy jako siedemnastolatek w narodowosocjalistycznych Niemczech zachowałbym się inaczej? Czy miałbym na tyle moralnej odwagi, żeby zejść z wieży strażniczej, oddać karabin i powiedzieć „już dość”? A skoro ja nie mogę mieć tej pewności, czy może ją mieć ktokolwiek na tej sali? Czy prawnicy w czarnych togach, reprezentujący tych, co przeżyli Stutthof, powiedzieliby „nie”? Czy emanująca spokojem i pewnością siebie sędzia Meier-Göring, przewodnicząca składu sędziowskiego, powiedziałaby „nie”? A jeśli nie może być tego pewna, to czy ten sąd powinien wciąż skazywać?
Przyjechałem do Hamburga, by dla mojej gazety napisać krótki tekst o początku procesu, postanowiłem jednak przyjeżdżać na rozprawy najczęściej, jak zdołam. Chciałem zobaczyć, jak się ten dramat rozegra. Chciałem zobaczyć, jak sąd będzie się zmagać z moralnymi i prawnymi dylematami wynikającymi ze sprawy, ale także jak sam Dey rozumie swoją rolę i swoją odpowiedzialność. Musiał przecież czuć, że dla niego, tak samo jak dla wszystkich na sali sądowej, jest to proces ostatnich szans: ostatniej szansy dla ofiar na opowiedzenie przed sądem swoich historii, ostatniej szansy dla starego człowieka, by przed sędzią stawić czoło swojej winie i sumieniu, i ostatniej szansy dla Niemiec i ich systemu prawnego na udowodnienie, że sprawiedliwości, choćby i mocno spóźnionej, stanie się zadość.
Także dla mnie było to coś w rodzaju ostatniej szansy. Zagłada stała się moją obsesją, jeszcze gdy jako kilkunastolatek mieszkałem w Niemczech; nagle ogarnęła mnie potężna ciekawość na temat czasów Trzeciej Rzeszy, a szczególnie wymordowania europejskich Żydów. W wieku czternastu lat zacząłem uczestniczyć w organizowanych w moim rodzinnym mieście wieczorowych zajęciach na temat antysemityzmu i przyczyn Zagłady. W 1990 roku, gdy tylko padła żelazna kurtyna, pojechałem do Polski, do Auschwitz, z wycieczką organizowaną przez osoby, które przeżyły obóz. Wywarło to na mnie niezapomniane wrażenie. Odszukiwałem ocalałych z Zagłady, także w moim rodzinnym Darmstadcie, niewielkim mieście uniwersyteckim niedaleko Frankfurtu. Boleśnie żarliwą prozą opisałem wycieczkę do Auschwitz w szkolnej gazetce, a później wysłałem długi tekst na konkurs esejów zorganizowany przez izraelskie Ministerstwo Edukacji. Pamiętam, że wygrałem zaskakująco dużą sumę pieniędzy oraz ciężki brązowy medal ozdobiony sylwetką Jerozolimy i hebrajskimi literami. Ten medal wciąż leży na półce w moim dawnym pokoju w Darmstadcie razem z kilkudziesięcioma spłowiałymi egzemplarzami miesięcznego biuletynu wydawanego przez stowarzyszenie ocalałych z Auschwitz, do którego w tym samym czasie przystąpiłem. Jak większość młodzieńczych obsesji, również ta po pewnym czasie się rozwiała. W wieku dwudziestu paru lat wyjechałem z Niemiec, by zostać dziennikarzem, i powróciłem po latach do rodzinnego kraju jako korespondent zagraniczny.
W Berlinie pisałem artykuły o polityce i biznesie, obronności i środowisku, sztuce, społeczeństwie i piłce nożnej – ale także, od czasu do czasu, o niemieckiej historii i o tym, jak ta historia wplata się w teraźniejszość. Pisałem też znów o Zagładzie, o ocalałych i sprawcach, i o przeszłości, która nigdy nie uległa zapomnieniu. Kierowała mną ciekawość cechująca wszystkich dziennikarzy goniących za interesującą historią, ale także poczucie, że czas nagli, bo z każdym mijającym miesiącem milkną głosy ofiar i sprawców. Moi niemieccy dziadkowie już dawno nie żyli, ale aż do tej pory nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogłem – albo powinienem był – dowiedzieć się, czego byli świadomi i co robili podczas wojny. Im więcej o tym myślałem, tym bardziej to zaniedbanie mnie zaskakiwało. Słyszałem wiele opowieści o ich cierpieniach pod koniec wojny, gdy dziadek trafił do niewoli w Związku Sowieckim, a babcia w środku zimy podjęła rozpaczliwą ucieczkę przed zbliżającą się do jej rodzinnej wsi Armią Czerwoną. Ale nie miałem bynajmniej jasnego pojęcia o tym, co robili, a czego nie robili przed ostateczną klęską, podczas tych dwunastu strasznych lat hitlerowskich rządów.
W oczach Brytyjczyków i Amerykanów, postrzegających pokonanie Trzeciej Rzeszy jako znaczący triumf w historii swoich narodów, taka powściągliwość musi wydawać się dziwna. W Niemczech jednak, nawet kilkadziesiąt lat po wojnie, nie była niczym niezwykłym. Ostatni członkowie _Kriegsgeneration_, pokolenia wojny, mieli już po osiemdziesiąt lub dziewięćdziesiąt lat. Nie zostało wielu takich, którzy mogli mówić, a jeszcze mniej takich, którzy chcieli – szczególnie jeśli ich wspomnienia dotyczyły noszenia munduru SS. Ale Dey zamierzał mówić. Musiał mówić. A ja chciałem usłyszeć, co ma do powiedzenia.
Bruno Johannes Dey urodził się 28 sierpnia 1926 roku w Obersommerkau, wiosce położonej niecałe trzydzieści kilometrów w głąb lądu od hanzeatyckiego portowego miasta po niemiecku zwanego Danzig. Na obecnych mapach nie występuje żadna z tych nazw. W chwili narodzin Deya obie miejscowości należały do Wolnego Miasta Gdańska, enklawy dochodzącej na północy do Morza Bałtyckiego, a od strony lądu graniczącej na całej długości z Polską. Po wojnie ten teren znalazł się w granicach Polski. Nielicznych Niemców, którzy mimo zbliżania się Armii Czerwonej zostali w domach, wygnano na zachód. Miejsce urodzenia Deya nosi obecnie nazwę Ząbrsko Górne, a Danzig jest Gdańskiem.
W formalnym akcie oskarżenia podstawowe fakty z życia Deya aż do tego dnia w sądzie opisano suchym językiem na zaledwie czterech stronach. Jego ojciec prowadził piętnastohektarowe rodzinne gospodarstwo rolne na Wysoczyźnie Gdańskiej. Wcześnie owdowiał i ożenił się powtórnie. Wziął ślub z dwudziestotrzyletnią wówczas siostrą pierwszej żony, późniejszą matką Deya. Małżeństwo doczekało się siedmiorga dzieci, ale jedna z sióstr Deya zmarła w trakcie porodu, a druga w wieku czternastu lat. Wojnę przeżyło pięcioro: Dey, dwie jego siostry i dwaj bracia. W akcie oskarżenia odnotowano, że podsądny poszedł do szkoły w 1932 roku, po Wielkanocy, zgodnie z ówczesnym niemieckim zwyczajem.
Nawet jak na standardy pełnej napięć, krwawej historii Niemiec w XX wieku był to rok złowieszczy: w lutym Adolf Hitler uzyskał obywatelstwo niemieckie, co pozwoliło urodzonemu jako Austriak przywódcy narodowych socjalistów kandydować na najwyższe stanowisko w państwie: prezydenta Rzeszy. Pierwszy rok Deya w szkole przebiegł głównie pod auspicjami Republiki Weimarskiej, niemieckiej nieudanej wycieczki ku demokracji. Groźny wpływ Hitlera i jego brunatnych koszul nasilał się jednak z tygodnia na tydzień. W wyborach federalnych 31 lipca 1932 roku narodowi socjaliści zdobyli niemal czterdzieści procent głosów, po raz pierwszy zostając największą siłą w Reichstagu. Druga tura wyborów odbyła się w listopadzie; faszyści osłabli, ale zdołali utrzymać pozycję dominującej partii w parlamencie. Republika Weimarska była martwa, jeszcze zanim Dey ukończył pierwszą klasę: w lutym 1933 roku spłonął Reichstag, co rozpoczęło pierwszą falę represji i prześladowań przeciwników politycznych. Narodowi socjaliści triumfowali w marcu 1933 roku w wyborach federalnych, które odbyły się pod znakiem brutalnych represji i zastraszania wyborców; kilka dni później Hitler proklamował powstanie Trzeciej Rzeszy.
Mniej więcej w tym samym czasie opuszczoną fabrykę amunicji w sennym miasteczku na północ od Monachium szykowano na przyjęcie więźniów politycznych, poczynając od przywódców socjaldemokratów i komunistów. Dachau, oficjalnie otwarty 22 marca 1933 roku, stał się pierwszym hitlerowskim obozem koncentracyjnym, miejscem strachu, upodlenia, tortur i morderstw, działającym niemal do samego końca wojny. Zanim amerykańscy żołnierze dotarli do jego bram w kwietniu 1945 roku, zginęło tam ponad trzydzieści dwa tysiące mężczyzn, kobiet i dzieci.
Dey opuścił szkołę w 1940 roku, w wieku czternastu lat.
– Lubiłem się uczyć, ale nie lubiłem moich kolegów. Zostałem samotnikiem. Z nikim nie miałem kontaktu i nikomu nie ufałem – powiedział później przed sądem.
Dey nie miał przyjaciół; koledzy z klasy nękali go, bili i zabierali mu jabłka przynoszone z domu na drugie śniadanie. Rodzice, zamiast go wspierać, mieli mu za złe, że wpada w tarapaty. Zaraz po powrocie do domu musiał pracować w gospodarstwie: przyganiał krowy do dojenia, wybierał kamienie na polu, sadził kartofle i pielił.
– Czy pamięta pan coś pozytywnego z lat dzieciństwa, coś, co pana zdaniem było szczególnie miłe? – spytała go sędzia w jednym z późniejszych przesłuchań.
– Miłe? Czy coś było miłe? Niewiele było miłych rzeczy – odparł Dey.
Lata spędzone w szkole dobiegły końca akurat wtedy, gdy Wehrmacht szykował się do blitzkriegu we Francji. Polska – państwo, które niegdyś otaczało jego rodzinne strony – została pokonana i podzielona rok wcześniej; jej zachodnia część znalazła się pod brutalną okupacją narodowosocjalistycznych Niemiec, wschodnia – stalinowskiego Związku Sowieckiego. Dey, zbyt młody, by wstąpić do wojska, podjął dwuletnią naukę u piekarza, co w tamtych okolicznościach wydawało się zajęciem bezpiecznym i spokojnym. Marzył o zawodzie kierowcy albo o pracy przy samochodach, ale ojciec i tak wysłał go do piekarni. Jak stwierdził sam Dey, zdążył się już nauczyć, że lepiej się nie wychylać, a opinie polityczne są ryzykowne. Jego ojciec należał do Zentrumspartei, konserwatywnego ruchu politycznego blisko związanego z Kościołem katolickim. Posłowie Zentrum poparli Hitlera, gdy w 1933 roku sięgnął po szerokie pozaprawne pełnomocnictwa, ale partię i tak rozwiązano, a jej polityków spotkały prześladowania. Także ojca Deya nękano, gdy pozwolił sobie na krytyczne uwagi co do sposobu prowadzenia wojny. Dey pamiętał, że ojca ostrzeżono, iż może skończyć w Stutthofie, pobliskim obozie koncentracyjnym, z którym jego syn miał się blisko zapoznać kilka lat później. Sam Dey początkowo opierał się wstąpieniu do Hitlerjugend – mimo nacisków ze strony kolegów – ale ostatecznie zapisał się do organizacji. Twierdził, że uczestniczył tylko w dwóch spotkaniach grupy. Tłumaczył się, iż jako czeladnik piekarski musi wstawać zbyt wcześnie, aby brać udział w działaniach Hitlerjugend.
W 1943 roku, gdy losy wojny już się odwróciły, a masowe mordowanie Żydów i innych wrogów Rzeszy trwało od dawna, Dey stanął przed _Musterung_, oficjalną komisją lekarską przed powołaniem do służby wojskowej. Lekarze stwierdzili u niego chorobę serca, co oznaczało, że mógł służyć w koszarach, ale nie na froncie. Ta opinia lekarska miała się okazać znaczącym wątkiem w procesie. Mimo rosnącego zapotrzebowania na nowych żołnierzy powołanie go do służby odłożono o rok. W okolicach Wielkanocy 1944 roku Dey trafił w końcu do Wehrmachtu i został skierowany do jednostki piechoty w Stettin (Szczecinie). Na początku czerwca wysłano go – wciąż siedemnastolatka – po raz pierwszy do służby wartowniczej w Stutthofie wraz z innymi żołnierzami z jego batalionu. Ponieważ zachorował na dyfteryt, trafił do szpitala w Gdańsku, powrócił jednak do Stutthofu na początku sierpnia. Tam formalnie włączono go do pierwszej kompanii SS-Totenkopfsturmbann Stutthof, jednej z niesławnych jednostek SS „z trupią czaszką”. Członkowie tej jednostki, nazwanej tak od insygniów w postaci trupiej czaszki i piszczeli na mundurach, byli odpowiedzialni za straż w obozach koncentracyjnych. Tak wyglądał początek ośmiomiesięcznej służby wartowniczej Deya w obozie – ułamek jego życia, ale jedyny okres interesujący sędziów w Hamburgu. Dey twierdził, że nigdy nie zgłosił się na ochotnika ani do SS, ani do służby w Stutthofie. Nie przyszło mu do głowy, że być może istnieje jakaś inna droga – na przykład służba na froncie wschodnim.
W styczniu 1945 roku Armia Czerwona zbliżała się do Gdańska, więc SS postanowiło opuścić Stutthof. Jednak ewakuacja uwięzionych i personelu ciągnęła się aż do kwietnia. Tysiące więźniów straciło życie podczas marszów śmierci na zachód. Dey wyjechał ze Stutthofu w kwietniu i dotarł do Szlezwika-Holsztynu, północnoniemieckiego regionu przy granicy z Danią, gdzie został wzięty do niewoli przez Amerykanów, a następnie przekazany Brytyjczykom. Zwolniony w grudniu 1945 roku, początkowo pracował jako piekarz i rolnik w zamian za jedzenie i dach nad głową. W akcie oskarżenia podano, że przyszłą żonę – siwowłosą kobietę szlochającą teraz przede mną na sali sądowej – Dey poznał w październiku 1952 roku. Zaręczyli się zaledwie dwa miesiące później, w Wigilię. Pracował jako kierowca ciężarówki, stróż i spedytor, zbudował dom na przedmieściu Hamburga i przeszedł na emeryturę w 1988 roku. Miał dwie córki, czworo wnuków i czworo prawnuków. W akcie oskarżenia do danych osobowych dopisano tylko jedno zdanie: „Nie był nigdy karany ani nie wszedł w żaden konflikt z prawem”.
W ciągu następnych dziewięciu miesięcy każdego dnia procesu Dey zajmował miejsce na ławie oskarżonych w sali numer 200. Odbywało się to zgodnie z niezmiennym rytuałem wstępnym: pojawiał się w sądzie z adwokatem i córką, ukrywając twarz przed fotografem i kamerzystą. Zaraz po ich wyjściu opuszczał tekturową teczkę i czekał, aż sędzia rozpocznie przesłuchanie. Anne Meier-Göring siedziała na lewo od niego na drewnianym podwyższeniu, mając po obu stronach dwóch asesorów i dwóch ławników. Naprzeciwko Deya za stołem było miejsce głównego oskarżyciela Larsa Mahnkego i jego współpracownika. Po prawej, naprzeciwko sędziego, siedzieli adwokaci reprezentujący ocalałych ze Stutthofu i ich potomków; kilkudziesięciu z nich dopuszczono do procesu jako tak zwanych prywatnych oskarżycieli posiłkowych, czyli prawników współpowodów. Oznaczało to, że mieli prawo zadawać pytania świadkom i występować w sądzie tak samo jak oskarżyciel państwowy. Za nimi siedziała rodzina Deya, a jeszcze dalej dziennikarze i publiczność. Nawet jak na standardy procesu o morderstwo, toczącego się w wielkim mieście, był to spory tłum. Najczęściej w sądzie pojawiała się także siwowłosa żona Deya, przeważnie w otoczeniu członków rodziny, w tym wnuków. Nie rozmawiali z żadnymi dziennikarzami, ale ich przekaz wydawał się jasny: ich obecność miała wspierać oskarżonego, zapewnić, by nie czuł się sam. Szczególne poświęcenie wykazywała jego córka, która codziennie siedziała obok ojca na sali sądowej, często ubrana w cienki żakiet i hidżab (wyszła za mąż za muzułmanina i stosowała się do islamskich reguł ubioru). Adwokat Deya powiedział mi później, że bardzo zaangażowała się w pomoc obronie; dogłębnie studiowała akta sprawy i czytała książki prawnicze, by przygotować się do przesłuchań. W sądzie czuwała nad ojcem, patrząc na niego z żalem i troską.
Sala sądowa emanowała dziewiętnastowiecznym dostojeństwem; obiegały ją smukłe korynckie pilastry, sufit zdobiły kasetonowe stiuki. Przez rząd wielkich okien wychodzących na plac światło dzienne rozjaśniało wnętrze nawet w szare zimowe poranki. Była to największa i najokazalsza sala w gmachu hamburskiego sądu.
Dey miał dokładnie poznać to miejsce, a także głównych bohaterów dzielących z nim scenę. Najważniejszą osobą była Meier-Göring, przewodnicząca składu sędziowskiego. Kierowała tym historycznym procesem właściwie z przypadku: jako że w chwili zarzucanej mu zbrodni Dey miał siedemnaście lub osiemnaście lat, prawo nakazywało traktować go jak młodocianego przestępcę, mimo że stanął przed sądem już jako starzec. Na Meier-Göring, sędzię przewodniczącą jednego z trzech wydziałów dla nieletnich, po prostu przypadła kolej sądzenia. Powiedziała mi jednak później, że chętnie się tego podjęła. Urodzona w 1968 roku, jak większość Niemców z jej pokolenia od młodości była zafascynowana i przygnębiona nazistowską przeszłością Niemiec. Z uwagą śledziła akademickie i polityczne dyskusje o tym, jak oskarżać i karać nazistowskich przestępców. Przyznała, że wcześnie zainteresowała się tym tematem między innymi z powodu swojego nazwiska: Meier-Göring nie łączyły żadne rodzinne więzy z jednym z przywódców NSDAP Hermannem Göringiem, ale fakt, że jej nazwisko brzmiało tak samo, często prowokował pytania, szczególnie gdy mieszkała i studiowała za granicą. „Nazywam się Göring, więc już w dzieciństwie niepokoiło mnie pytanie, czy moja rodzina miała coś wspólnego z Hermannem Göringiem. Dzięki Bogu tak nie jest” – powiedziała mi. Na długo zanim została sędzią, Meier-Göring interesowały również szersze kwestie winy i odpowiedzialności. „Dużo myślałam o winie zbiorowej, która mnie również dotykała. Nie umiałam powiedzieć – jak mówi to wielu ludzi – że to tylko kwestia winy indywidualnej. Zawsze czułam przynależność do niemieckiego społeczeństwa i dlatego miałam pewne poczucie winy”.
Meier-Göring czekały trudne chwile w trakcie procesu oraz niezwykle trudna decyzja na jego końcu. Nie budziła natomiast wątpliwości jej umiejętność pokierowania tymi złożonymi przesłuchaniami: okazywała wrażliwość i współczucie wobec wiekowych ocalałych ze Stutthofu, którzy przybyli zeznawać w sądzie, ale także znalazła sposób, jak odnosić się do podsądnego. Potrafiła skłonić go do mówienia i wspominania, a bywało, że naciskała go, by kwestionował własne wypowiedzi. Czasami Meier-Göring ostro zwracała się do oskarżonego, czasami wskazywała na jego uniki w zimnej prawniczej analizie. Najwyraźniej jednak rozumiała, że do procesu – i oskarżonego – należy podchodzić po ludzku, a nawet z pewną pokorą. Dey na różne sposoby okazywał jej respekt.
Dla Meier-Göring sprawa Bruno Deya była pierwszym procesem związanym z przestępstwami epoki nazistowskiej w jej dwudziestoletniej karierze sędziowskiej. Lars Mahnke, prokurator, od lat ścigał takich podejrzanych jak Dey, ale także jemu po raz pierwszy udało się doprowadzić śledztwo do procesu, a zatem i do wyroku. Pochodzący z Hamburga, przemawiający cichym głosem Mahnke powiedział mi, że studiował prawo częściowo ze względu na „głęboko zakorzenione poczucie sprawiedliwości”, a częściowo dzięki temu, że zainspirował się amerykańskimi serialami sądowymi. Zanim został oskarżycielem publicznym, pracował jako radca prawny w miejskim wydziale budownictwa i urbanistyki, ale uznał, że praca w instytucji rządowej jest zbyt nudna. Nad sprawą Deya pracował od 2016 roku i spędził wiele godzin, przepytując oskarżonego na temat jego przeszłości. Te przesłuchania, obejmujące osiem intensywnych spotkań w komendzie głównej hamburskiej policji, stanowiły zapowiedź licznych debat mających decydujący wpływ na przebieg procesu. Mahnke znał sprawę i człowieka, którego dotyczyła, lepiej niż ktokolwiek inny na sali sądowej. Zgromadził także ogromną wiedzę na temat horroru Stutthofu. Dwie ściany w jego dużym, ale spartańskim narożnym biurze pokrywały wielkie chronologiczne tabele z naniesionymi szczegółami udokumentowanych morderstw popełnionych w obozie, podzielonych według metody i roku.
Od pierwszej chwili procesu rzucał się w oczy rozziew między zwyczajnością biografii Deya a ogromem zarzucanej mu zbrodni. Oczywiście nie jest to nic niezwykłego w procesach kryminalnych, nawet – a może szczególnie – w procesach dotyczących Zagłady. Jednakże w przypadku Deya kontrast między człowiekiem a zarzucanym mu czynem wydawał się szczególnie jaskrawy. W październiku 2019 roku przed sądem pojawił się kruchy starzec na wózku inwalidzkim, niebudzący już grozy wynikającej z młodości; codziennie przybywał do sądu w towarzystwie ekipy medycznej, która monitorowała go uważnie w trakcie rozpraw. Mówił cicho, czasami trudno było zrozumieć jego słowa. Wydawał się niegroźny, nawet bezradny.
Wśród osób siedzących ze mną w sekcji prasowej sali numer 200 w pierwszym dniu procesu znajdował się ważny gość z Izraela: Efraim Zuroff, dyrektor Centrum im. Szymona Wiesenthala w Jerozolimie, który od wielu lat studiował dokumentację Zagłady i ścigał nazistowskich przestępców. Nie przeszkadzało mu miano „łowcy nazistów”, a tamtego dnia przybył do Hamburga, by przyjrzeć się rzadkiej zdobyczy. Na moje pytanie o jego opinię na temat toczącego się właśnie procesu Zuroff poradził, bym za fasadą kruchego staruszka na ławie oskarżonych dostrzegł człowieka.
– To ostatni ludzie, którzy zasługiwaliby na współczucie. Ponieważ oni nie czuli współczucia dla swoich ofiar, wśród których zdarzali się nawet starsi niż oni są dzisiaj – powiedział mi Zuroff w holu gmachu sądu, gdzie przed przesłuchaniami i po przesłuchaniach kłębili się prawnicy, dziennikarze i obserwatorzy. – Patrzymy na nich, a oni starają się wyglądać na tak słabych i zagubionych, jak to tylko możliwe. Ale nie powinniśmy widzieć starego, słabego człowieka, tylko myśleć o kimś, kto u szczytu swoich sił mordował niewinnych mężczyzn, kobiety i dzieci.
Zuroff, którego organizacja od kilkudziesięciu lat tworzy listy najbardziej poszukiwanych, a wciąż przebywających na wolności nazistowskich zbrodniarzy, twierdził, że „upływ czasu w żadnej mierze nie pomniejsza winy zabójców”. Zaawansowany wiek nie powinien chronić osób, które popełniły takie zbrodnie – stwierdził – choćby dlatego, że sąd pomaga ofiarom i ich rodzinom zamknąć pewien etap w ich życiu:
– Jesteśmy to winni ofiarom, by ich morderców spotkała sprawiedliwość.
Przytaknąłem mu; oczywiście miał rację. Ten proces dotyczył ofiar w takiej samej mierze jak sprawcy. Dziesiątki ocalałych ze Stutthofu i ich potomków oficjalnie przyłączyły się do aktu oskarżenia w nadziei, że ich historie i wspomnienia zostaną w końcu wysłuchane w jedynym miejscu, które miało znaczenie: w sądzie. Ich zeznania złożyły się na najbardziej przejmujące chwile procesu, tym potężniejsze, że ich głos będzie słyszalny już tylko przez krótki czas.
Jednak to Dey szczególnie skupiał moją uwagę podczas rozpraw. Miałem nadzieję, że pomoże mi zrozumieć to, co nie do pojęcia – a przynajmniej jeden aspekt tego, co nie do pojęcia: dlaczego doszło do Zagłady? Od końca wojny podejmowano niezliczone próby znalezienia odpowiedzi na to pytanie; wypełniały one całe biblioteki i zajmowały umysły całego legionu historyków. Podążano wieloma drogami, rozważano różne aspekty, wyruszano z różnych punktów. Gromadzono wyjaśnienia historyczne, wyjaśnienia socjologiczne, wyjaśnienia polityczne i militarne, wyjaśnienia psychologiczne. Jedni twierdzili, że Hitler i jego czołowi współpracownicy od samego początku dążyli do wyeliminowania europejskich Żydów (i wielu milionów nie-Żydów w Europie Środkowej i Wschodniej). Inni uważali, że do ludobójstwa doszło w sposób bardziej przypadkowy, dopiero gdy na skutek niemieckiej klęski militarnej upadł plan wyekspediowania na wschód wszystkich Żydów znajdujących się pod władzą Niemiec.
Te debaty bardzo mnie interesowały, ale nie mogłem niczego do nich wnieść. Miałem natomiast rzadką okazję, by słuchać starego człowieka oskarżonego o pomocnictwo w zamordowaniu tysięcy ludzi w nazistowskim obozie koncentracyjnym i obserwować go pod koniec jego życia, gdy nie miał już nic do stracenia, mógł za to być może wyznać po latach swoją winę. Wedle zarzutów postawionych przez oskarżenie Bruno Dey odegrał rolę – choć nikłą – w wielkiej nikczemności. Jeśli zostanie uznany za winnego, to jego wina będzie mikroskopijna w porównaniu z winą Hitlera i innych nazistowskich przywódców. Jednak Hitler i nazistowscy przywódcy nie mogliby przeprowadzić Zagłady, gdyby nie setki tysięcy Niemców, którzy im w tym pomogli. Spisywali listy osób do deportacji, transportowali trujący gaz, rozwijali druty kolczaste, prowadzili pociągi, gotowali posiłki katom, zajmowali się księgowością i strzegli granic Stutthofu, Auschwitz czy Treblinki. Co sprawiło, że powiedzieli „tak”? A dokładniej: co ich powstrzymało przed powiedzeniem „nie”?
1.
Sąd wprowadził system „puli” dla mediów. Tylko jednemu fotografowi i jednemu kamerzyście zezwolono na robienie zdjęć i filmowanie na sali sądowej, i to jedynie przez kilka pierwszych minut rozprawy. Fotografie i film udostępniano następnie innym mediom.PRZYPISY KOŃCOWE
Rozdział 1. Mężczyzna za czerwoną teczką
1.
1 Wszystkie cytaty z przesłuchań pochodzą z dokonanej przez autora transkrypcji oficjalnych nagrań procesu znajdujących się w państwowym archiwum w Hamburgu. Pierwsza wymiana zdań jest wyjątkiem, ponieważ w pierwszym dniu procesu rejestrowanie zaczęto później. Została odtworzona na podstawie robionych na bieżąco notatek autora.
Rozdział 2. Druga hańba
1.
1 W. Renz, _Auschwitz vor Gericht. Fritz Bauers Vermächtnis und seine Missachtung_, Hamburg: Europäische Verlagsanstalt, 2018, s. 188.
2.
2 A. Eichmüller, _Die Strafverfolgung von NS-Verbrechen durch westdeutsche Justizbehörden seit 1945_, „Vierteljahrshefte für Zeitgeschichte” 2008, Bd. 56, Nr. 4, s. 639.
3.
3 Tamże.
4.
4 W. Renz, _Auschwitz vor Gericht_, dz. cyt., s. 188.
5.
5 Tamże.
6.
6 _Stutthof. Ein Konzentrationslager vor den Toren Danzigs_, hrsg. von H. Kuhn, Bremen: Edition Temmen, 2016, s. 93.
7.
7 M. Hollstein, _SPD-Politikerin fordert KZ-Pflichtbesuch für Deutsche und Migranten_, „Bild am Sonntag”, 7.01.2018, bild.de, tinyurl.com/567khsmb, dostęp: 11.09.2025.
8.
8 Th. Adorno _Prismen, Kulturkritik und Gesellschaft_, München: DTV, 1963, s. 26. Słynne wezwanie niemal na pewno nie miało być traktowane dosłownie, ale „_dictum_ Adorna” i tak stało się po wojnie punktem odniesienia dla niemieckich intelektualistów i pisarzy. Zob. także: K. Hoffmann, _Poetry after Auschwitz – Adorno’s Dictum_, „German Life and Letters” 2004, vol. 58, no. 2 (April), s. 182–194.
9.
9 H.-Ch. Jasch, W. Kaiser, _Der Holocaust vor deutschen Gerichten. Amnestieren, Verdrängen, Bestrafen_, Stuttgart: Reclam, 2017, s. 85.
10.
10 _Przemówienia poznańskie_, pl.wikipedia.org, tinyurl.com/2p9jvxfs, dostęp: 11.09.2025.
11.
11 H.-Ch. Jasch, W. Kaiser, _Der Holocaust vor deutschen Gerichten_, dz. cyt., s. 51.
12.
12 Tamże, s. 52.
13.
13 Tamże, s. 53.
14.
14 J. Baumann, _Beihilfe bei eigenhändiger voller Tatbestandserfüllung_, „Neue Juristische Wochenschrift” 1963, s. 561.
15.
15 D. Martin, _A Nazi Past, a Queens Home Life, an Overlooked Death_, „The New York Times”, 2.12.2005.
16.
16 _West Germany. The Monster_, „Time Magazine”, 14.07.1958.
17.
17 Tamże.
18.
18 H.-Ch. Jasch, W. Kaiser, _Der Holocaust vor deutschen Gerichten_, dz. cyt., s. 34.