OSTATNI SET - ebook
Dziesięć lat temu Magda zniknęła w opuszczonej fabryce nad morzem, tej samej nocy, w którą razem z siedmiorgiem najbliższych przyjaciół świętowała najszczęśliwszy wieczór swojego życia. Policja nigdy nie znalazła ciała. Przyjaciele nigdy nie znaleźli odpowiedzi, tylko dziesięć lat winy, milczenia i powoli rozpadającej się przyjaźni. Kiedy Mateusz, po latach ciszy, wysyła wiadomość z zaproszeniem na spotkanie by uczcić dziesiątą rocznicę tamtych wydażeń w tym samym miejscu, nikt nie spodziewa się, że to coś więcej niż próba ukojenia starej rany. Ale od pierwszej nocy w Wielgardzie coś zaczyna się budzić — migające w oddali światło, muzyka, której nikt nie włączył. Ewelina, Piotr, Kuba, Ania, Kamil i Karol wracają do fabryki, żeby raz na zawsze dowiedzieć się, co naprawdę spotkało ich przyjaciółkę. Zamiast odpowiedzi znajdują umowę, o której nigdy nie mieli pojęcia, która wciąż czeka na zapłatę.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 346 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Mateusz mieszkał na trzecim piętrze kamienicy przy ulicy Grobla, w dzielnicy, która dwadzieścia lat temu była jeszcze uznawana za niebezpieczną, a teraz, jak wszystko w Wielgardzie, powoli się gentryfikowała – na dole, w lokalu, gdzie kiedyś mieścił się warsztat samochodowy, otworzono kawiarnię specialty coffee z wystawką kredową obiecującą „single origin z Etiopii”. Mateusz mieszkania nie kupił. Wynajmował je od siedmiu lat, płacąc czynsz przelewem, który – jak sam kiedyś żartował w rozmowie z Eweliną, zanim jeszcze przestali ze sobą rozmawiać na tyle regularnie, żeby takie żarty w ogóle mogły paść – „zawsze jakoś się znajdzie, nawet jeśli sam nie wiem skąd”.
Ewelina stała przed drzwiami przez chwilę dłużej, niż było to konieczne. Słyszała muzykę dobiegającą zza nich – nie tę techno z fabryki, tylko coś wolniejszego, bardziej klubowego, przefiltrowanego przez ściany do rytmicznego dudnienia – i głosy, kilka na raz, przekrzykujące się, śmiejące. Zapukała, choć wiedziała, że nikt tego nie usłyszy.
Otworzył jej sam Mateusz. Boso, w luźnych spodniach dresowych i podkoszulku, z tym samym uśmiechem, który pamiętała sprzed dziesięciu lat, tyle że teraz w kącikach oczu miał zmarszczki, których wtedy nie było, a we włosach – ledwo widoczne, ale były – pierwsze siwe pasma.
– No proszę, proszę – powiedział, otwierając ramiona. – Pani dyrektor raczyła zejść z Olimpu.
– Product manager – poprawiła go, wchodząc w uścisk, który pachniał papierosami i czymś słodkim, jakimś drinkiem, który już zdążył wypić. – Nie dyrektor.
– Dla mnie zawsze będziesz dyrektorem. – Puścił ją i cofnął się, robiąc miejsce w drzwiach. – Wchodź, wchodź, bo mi muchy wlecą.
Mieszkanie było mniejsze, niż się spodziewała, i głośniejsze, niż sugerowały odgłosy zza drzwi – salon połączony z aneksem kuchennym, kanapa zasłana kurtkami i torebkami, stół zastawiony butelkami, puszkami, popielniczkami, które ktoś próbował od czasu do czasu opróżniać, ale przegrywał z tempem imprezy. Zasłony zaciągnięte, mimo że na zewnątrz wciąż było jasno – piątkowe sierpniowe słońce nie miało tu wstępu, zastąpione żółtym światłem lampek, które ktoś porozwieszał wzdłuż karniszy.
– EWELINA! – Karol zerwał się z kanapy, natychmiast, entuzjastycznie, wyraźnie czekając właśnie na ten moment. Był wyższy, niż pamiętała, albo może po prostu zapomniała, jak dużo miejsca potrafi zająć sobą jedna osoba. – Pani senior product manager we własnej osobie. Chodź no tu, muszę cię uściskać, zanim zdążysz się rozmyślić i uciec.
Uściskał ją, unosząc na chwilę nad ziemię, co wywołało śmiech reszty pokoju, i odstawił z powrotem, trzymając ją za ramiona na wyciągniętych rękach, jak gdyby oceniał obraz w galerii.
– Wyglądasz jak ktoś, kto zarabia dużo pieniędzy i śpi mało godzin – stwierdził. – Wiesz, że orki morskie w niewoli żyją średnio o połowę krócej niż na wolności? Czytałem o tym w zeszłym tygodniu. Cały czas o tym myślę, odkąd to przeczytałem. Nie wiem czemu ci to mówię. Chyba dlatego że wyglądasz jak ktoś, kto powinien to usłyszeć.
– Dzięki, Karol. Bardzo pokrzepiające.
– Zawsze służę.
Z kuchennego aneksu wyszedł Kamil, w koszuli, która na kimkolwiek innym wyglądałaby jak coś wyciągniętego przypadkiem z szafy, a na nim wyglądała jak zaprojektowana specjalnie pod niego. Trzymał w dłoni shaker, którym potrząsał z wprawą kogoś, kto robił to setki razy wcześniej.
– Ewelina. – Uśmiechnął się tym swoim spokojnym uśmiechem, w którym nie było ani krzty wysiłku, naturalnie, tak jak oddycha się bez zastanowienia. – Zrobię ci coś specjalnego. Mam limonki, mam dobry rum, mam nawet świeżą miętę, bo pomyślałem, że ktoś może chcieć mojito, a nie tylko wódki z colą jak barbarzyńcy.
– Skąd wytrzasnąłeś świeżą miętę w piątek po południu.
– Mam swoje sposoby. – Puścił do niej oko i wrócił do kuchni, gdzie zaczął odmierzać coś z butelki bez etykiety, z tą samą swobodą, z jaką prawdopodobnie robił wszystko inne w życiu.
Ania siedziała w rogu kanapy, z podkurczonymi nogami, z kieliszkiem czegoś różowego w dłoni, którego chyba jeszcze nie tknęła. Kiedy Ewelina na nią spojrzała, Ania uniosła kieliszek w geście toastu, bez słów, i Ewelina odpowiedziała skinieniem głowy i szczerym uśmiechem, przechodząc przez pokój, żeby usiąść obok niej.
– Jak się trzymasz? – zapytała cicho, tak żeby nie było słychać nad muzyką i głosem Karola, który już zaczął opowiadać komuś innemu o orkach.
– Trzymam się. – Ania wzruszyła ramionami, tym swoim charakterystycznym ruchem, który u niej nigdy nie znaczył obojętności, tylko dokładnie odwrotność – że czuje za dużo, żeby to jednym ruchem opisać, więc opisuje to brakiem ruchu. – A ty?
– Ja też się trzymam.
Obie wiedziały, że to kłamstwo, i obie pozwoliły mu istnieć w powietrzu między nimi, bo prawda w tym momencie – w pierwszej godzinie pierwszego dnia, zanim ktokolwiek zdążył się porządnie napić – byłaby zbyt ciężka, żeby ją unieść.
– Jak tam rozwód? – zapytała Ewelina, ostrożnie, tak jak pyta się o coś, co może się okazać raną albo już zabliźnioną blizną, nie wiadomo z góry którym.
– Skończony od pół roku. – Ania wzruszyła ramionami, tym razem trochę bardziej swobodnie. – Mieszkanie podzielone, papiery podpisane, kot został przy mnie, co jest chyba jedyną rzeczą, z której się cieszę bez zastrzeżeń. Michał chciał psa, ja chciałam kota, w końcu okazało się, że to była metafora na wszystko inne, tylko wtedy tego nie widziałam.
– Przykro mi.
– Nie musi ci być przykro. Mnie już prawie nie jest. – Upiła w końcu łyk ze swojego kieliszka, pierwszy tego wieczoru. – A jak tam twoje wielkie korporacyjne życie? Widziałam cię kiedyś w jakimś artykule branżowym. Jedna z trzydziestu najbardziej obiecujących kobiet w polskim fintechu, czy jakoś tak to brzmiało.
– Trzydzieści pod trzydzieści. – Ewelina skrzywiła się lekko. – Głupia nazwa listy. Ale tak, to byłam ja.
– Jesteś szczęśliwa?
Pytanie padło tak bezpośrednio, bez żadnego przygotowania, że Ewelina poczuła, jak coś w niej się zacina, jak płyta, która trafiła na rysę.
– Jestem zajęta – powiedziała w końcu, co nie było odpowiedzią, i obie o tym wiedziały.
Ania nie naciskała. Nigdy nie naciskała – to była jedna z rzeczy, które Ewelina zawsze w niej najbardziej ceniła, ta umiejętność zostawiania pytań otwartymi, bez wymuszania na nikim odpowiedzi, których jeszcze nie był gotowy udzielić.
Kuba przyszedł później, z plecakiem, który postawił na stole z takim namaszczeniem, że rozmowy wokół automatycznie ucichły o pół tonu – wszyscy w pokoju rozpoznawali ten gest, nawet ci, którzy nie widzieli go od dziesięciu lat.
– No dobra, ekipa – powiedział, rozpinając zamek. – Mam wszystko. Kokę, mefedron, klefedron, mam trochę ketaminy dla tych, co lubią miksować. – Rozłożył na stole kilka woreczków strunowych, każdy podpisany jakimś skrótem zrozumiałym tylko dla wtajemniczonych. – Częstuj się kto co lubi. Nikomu dzisiaj nic nie zabraknie.
– Kuba, ty jesteś jak Święty Mikołaj – zawołał Karol z drugiego końca pokoju. – Tylko że zamiast reniferów masz forda focusa, i zamiast prezentów masz pyszne smakołyki.
– Zamierzam mieć twoją twarz rozkwaszoną, jak nie przestaniesz – odpowiedział Kuba, ale uśmiechał się przy tym, bo to była ich stara wymiana zdań, ćwiczona jeszcze zanim którekolwiek z nich skończyło dwadzieścia pięć lat.
Mateusz przyniósł z kuchni talerz – zwykły, biały, taki, jaki mogłaby mieć każda babcia w kredensie – i zaczął na nim formować coś, co przyniósł Kuba, rozgniatając grudki kartą kredytową, dzieląc na równe, cienkie linie z precyzją kogoś, kto robił to tak wiele razy, że ręka poruszała się sama, bez udziału świadomości.
– Kto pierwszy? – zapytał, unosząc wzrok znad talerza.
Karol wyciągnął rękę.
– Zaszczyt mi się należy, jestem gospodarzem dobrego humoru w tym pomieszczeniu.
Wziął zwinięty banknot – dwudziestkę, którą ktoś już wcześniej zwinął w odpowiedni kształt i zostawił na stole jak jakieś rytualne narzędzie – i pochylił się nad talerzem. Ewelina obserwowała to z tym dziwnym, rozdwojonym uczuciem, jakie miała zawsze przy takich momentach – połowa niej patrzyła jak product manager z BeCode, osoba, która wypełniała formularze zgodności regulacyjnej i wiedziała dokładnie, ile lat więzienia grozi za posiadanie, druga połowa patrzyła jak dwudziestodwuletnia dziewczyna z fabryki nad morzem, dla której to wszystko było tak naturalne jak oddychanie.
– Nie, stop, te czasy mamy już za sobą – wtrącił się nagle Kuba, kręcąc głową na widok banknotu w ręce Karola. – Teraz jesteśmy starsi. Ćpajmy z klasą.
Sięgnął do wewnętrznej kieszeni plecaka i wyjął stamtąd paczkę słomek – czarnych, grubych, wyraźnie lepszych niż te cienkie, plastikowe, jakich ludzie używali do napojów. Podał ją Mateuszowi.
– Przekrój na pół i rozdaj każdemu.
Mateusz posłusznie wziął nożyczki ze stolika, przeciął słomki jedna po drugiej, i rozdał połówki po kolei, z powagą niemal ceremonialną, komunia w wersji, jakiej nikt z nich nie doświadczył w kościele.
Talerz krążył. Każdy brał swoją kreskę – niektórzy nazywali je między sobą „szczurami”, z powodów, których pochodzenia nikt już nie pamiętał, ale nazwa się przyjęła i zostawała – i podawał dalej, ocierając nos wierzchem dłoni, mrugając, czasem krzywiąc się na ten charakterystyczny, gorzki spływ w gardle.
– Ja poproszę mieszankę – powiedziała kobieta, której imienia Ewelina jeszcze nie znała, ktoś przyprowadzony przez Kubę, znajoma znajomego – ketamina z koką. Calvin clown, wiecie, jak to się nazywa.
– Calvin klaun – poprawił ją automatycznie Karol. – Nie clown. Klaun. To polskie słowo.
– Też nie – wtrącił się Kamil znad shakera. – To Calvin Klain. Jak ten od mody.
– Skąd ty to wiesz.
Kamil wzruszył ramionami, nie przerywając potrząsania shakerem, z tym samym spokojnym uśmiechem, który miał na twarzy od progu.
– Czasem coś się po prostu zapamiętuje. Nawet głupoty.
Śmiech przetoczył się przez pokój, ten specyficzny, głośniejszy niż powinien, rodzaj śmiechu, który pojawia się, kiedy w organizmie krąży już wystarczająco dużo substancji, żeby każdy żart wydawał się odrobinę śmieszniejszy, niż był w rzeczywistości.
Ewelina wzięła swoją kreskę, kiedy talerz do niej dotarł. Poczuła to znajome pieczenie, ten metaliczny posmak spływający do gardła, i poczuła też, jak coś w jej głowie – ta sama część, która przez cztery lata w BeCode nauczyła się mówić o „segmentach retencyjnych” – na chwilę zamilkła, ustępując miejsca czemuś starszemu, głębszemu, czemuś, co pamiętało betonową halę bez dachu i niebo pełne gwiazd.
Kamil przyniósł drinki – dla każdego inny, każdy zapamiętany dokładnie, mimo że minęło tyle lat, że to wspomnienie powinno było dawno wywietrzeć. Dla Eweliny mojito, dokładnie takie, jakie kiedyś piła, z odrobiną więcej mięty niż standardowo, bo pamiętał, że tak lubiła.
– Skąd pamiętasz – zapytała, biorąc szklankę.
– Pamiętam wszystko o wszystkich – odpowiedział, tonem najzwyklejszym na świecie. – To chyba moja jedyna prawdziwa umiejętność. Świetne stopnie, dobra robota, i pamięć jak słoń do rzeczy zupełnie nieistotnych.
– To nie brzmi jak nieistotna rzecz.
Uśmiechnął się na to inaczej, niż się uśmiechał wcześniej – krócej, nagle, jak po naciśnięciu niewidzialnego przycisku, i przez ułamek sekundy Ewelina zobaczyła coś pod tą fasadą wiecznie zadowolonego, wiecznie sprawnego w każdej dziedzinie człowieka, coś, co wyglądało zaskakująco jak samotność, zanim zdążyła to nazwać, uśmiech wrócił na swoje miejsce i Kamil już odchodził do następnej osoby z kolejnym drinkiem w dłoni.
Rozmowy toczyły się przez kolejne godziny w tym rytmie, jaki mają tylko imprezy ludzi, którzy znają się zbyt długo, żeby musieli udawać, że są kimś innym. Kto z kim jest, kto się rozwiódł, kto zmienił pracę, kto wyjechał i wrócił, i znowu wyjechał. Karol opowiadał anegdoty jedna za drugą, przeskakując z tematu na temat z taką szybkością, że nikt nie zdążył się nudzić – o kolegach z pracy, o podróży do Portugalii, o tym, że ostatnio nauczył się, że ośmiornice mają trzy serca, co i tak nie było tak ciekawe jak fakt, że kolor ich krwi jest niebieski, nie czerwony, z powodu miedzi zamiast żelaza w cząsteczkach transportujących tlen.
– A wiecie, że w końcu skazali tego całego Daniela? – wtrąciła w pewnym momencie znajoma Kuby, ta, która wcześniej pytała o mieszankę ketaminy z koką. – Tego, co zabijał kobiety parę lat temu. W wiadomościach było, że wyrok już prawomocny.
– Serio? – Ania odstawiła kieliszek. – Nie śledziłam tego ostatnio, ale pamiętam, jak się o tym mówiło wszędzie. Człowiek się bał wracać sam do domu wieczorami.
– Ja też. – Kobieta wzdrygnęła się lekko. – Mieszkałam wtedy dwie ulice od miejsca, gdzie znaleźli jedną z ofiar. Przez pół roku nie wychodziłam z domu po zmroku bez towarzystwa.
– Chyba go kiedyś widziałem – dodał Karol, marszcząc brwi, jak gdyby próbował sobie coś przypomnieć. – Albo mi się wydaje, że widziałem. Jakiś zwyczajny facet, nic specjalnego, nawet nie wiedziałbym, że to on, gdyby nie zdjęcie w telewizji.
– To najgorsze w tych sprawach – powiedział Kamil, kręcąc głową. – Że wyglądają zwyczajnie. Człowiek mija takich na ulicy codziennie i nie ma pojęcia.
– Dobrze, że to się skończyło – podsumowała Ania, biorąc głębszy oddech, zrzucając z siebie fizycznie ciężar tamtych miesięcy. – Kobiety w tym mieście chyba odetchnęły z ulgą, jak to się wreszcie wyjaśniło.
Rozmowa przesunęła się dalej, tak jak zawsze przesuwają się rozmowy na imprezach, ale Ewelina zapamiętała ten moment – tę chwilę zbiorowej ulgi, którą wszyscy nosili w sobie, nawet nie zdając sobie sprawy, jak bardzo miasto, w którym mieszkali, potrafiło być nieprzewidywalne.
– A Piotr? – zapytał w pewnym momencie ktoś, kto najwyraźniej zapomniał, albo nigdy do końca nie wiedział, że to imię lepiej zostawić w spokoju. Był to jeden ze znajomych, których Kuba przyprowadził, chłopak z krótko przystrzyżoną brodą, który wyglądał, jak gdyby dopiero uczył się, kiedy pytać, a kiedy milczeć.
Zapadła krótka cisza, mniej intensywna niż ta, która przyjdzie później przy imieniu Magdy, ale wyczuwalna.
– Piotr się wyprowadził. Gdzieś na zachód, chyba pod Wrocław. – Kuba wzruszył ramionami, formując kolejną kreskę na talerzu, nie podnosząc wzroku. – Przestał pisać jakiś czas temu. No cóż, bywa.
– Próbowałem do niego zadzwonić z rok temu – dodał Mateusz, gasząc papierosa. – Numer już nie działał. Nowy numer, nowe życie, pewnie tak to sobie ułożył. Każdy radzi sobie inaczej.
Nikt nie drążył dalej. Rozmowa przesunęła się gładko na inny tor, tak jak zawsze się przesuwała, kiedy ktoś przypadkiem trącił coś, czego reszta wolała nie ruszać.
Kuba opowiedział, że w końcu skończył kurs elektryka, że pracuje teraz w dwóch miejscach naraz – legalnie na etacie w firmie instalacyjnej w tygodniu, a weekendy zostawia sobie na to, co „zawsze umiał robić najlepiej”, jak to ujął, mrugając przy tym do Karola, który odpowiedział mu gestem toastu niewidzialnym kieliszkiem. Kamil mówił krótko i skromnie o swojej pracy w konsultingu, unikając konkretów w sposób, który świadczył raczej o tym, że nie chciał przynudzać, niż że miał coś do ukrycia – „liczby, arkusze, klienci, którzy wszystko wiedzą lepiej ode mnie, dopóki nie okaże się, że nie wiedzą” – po czym natychmiast zmienił temat na to, jak jego pies nauczył się aportować i jak bardzo był z niego dumny.
Ewelina zauważyła, że nikt nie pytał jej zbyt szczegółowo o BeCode, mimo że wcześniej żartowali z jej korporacyjnego image’u – wszyscy instynktownie wyczuwali, że to nie jest wieczór na porównywanie wynagrodzeń i tytułów, tylko na coś innego, coś, czego nie dało się zmierzyć żadnym wskaźnikiem retencyjnym.
– Skąd ty to wszystko wiesz – zapytała w pewnym momencie Ania, kiedy Karol skończył opowieść o czymś, czego Ewelina nawet nie zdążyła w pełni wysłuchać, zajęta rozmową z Kubą o tym, jak zmienił się rynek nieruchomości w mieście.
– Czytam dużo. I mam dobrą pamięć do bezużytecznych faktów. To moja supermoc. Gdybym mógł wybrać jedną supermoc na świecie, wybrałbym latanie, ale skoro tej mi nie dali, to wzięłam się za wiedzę o ośmiornicach.
– Wzięłam? – powtórzyła Ania, unosząc brew.
– Wziąłem. Przepraszam, jestem już na tyle naćpany, że gramatyka staje się sugestią, nie zasadą.
Mateusz siedział na oparciu fotela, z papierosem, który zgasł mu już dwa razy i który za każdym razem zapalał od nowa, obserwując pokój z tym wyrazem twarzy, jakiego Ewelina nie potrafiła do końca odczytać – zadowolenie, tak, ale pod spodem coś jeszcze, coś, co wyglądało niemal jak ulga, jak gdyby przez te wszystkie miesiące między jedną a drugą imprezą żył w jakimś zawieszeniu, czekając wyłącznie na moment, kiedy znowu będzie mógł być w pokoju pełnym ludzi, którzy znali go, zanim jeszcze cokolwiek poszło nie tak.
– Pamiętacie – powiedział w pewnym momencie, do nikogo konkretnego, choć wszyscy usłyszeli i wszyscy się odwrócili – jak Kuba próbował nauczyć się żonglować na tamtej imprezie u Grzesia, tego ze studiów, i rozwalił mu wazon wart chyba więcej niż jego cały ówczesny miesięczny budżet?
– To był wazon jego babci – wtrącił Kuba, śmiejąc się. – Do dziś mam wyrzuty sumienia.
– Do dziś? Minęło z piętnaście lat.
– Wyrzuty sumienia nie mają terminu ważności – odparł Kuba, kręcąc głową z udawaną powagą.
Śmiech znowu, ten sam rodzaj, głośniejszy niż powinien, ale prawdziwy, taki, który boli trochę w żebrach, kiedy trwa wystarczająco długo. Ewelina poczuła, jak coś w jej klatce piersiowej rozluźnia się po raz pierwszy od tygodni – może miesięcy – jakby te wszystkie mięśnie, które trzymała spięte przez każdą prezentację zarządowi, każde spotkanie, każdy dzień w garsonce koloru butelkowej zieleni, w końcu dostały pozwolenie, żeby odpocząć.
I wtedy, w momencie ciszy między jednym żartem a drugim, Karol – bez żadnego ostrzeżenia, bez zmiany tonu, jak gdyby to było zupełnie naturalne przejście w rozmowie – powiedział:
– Ciekawe, czy Magda by się z nas dzisiaj śmiała.
Cisza, która zapadła, nie trwała długo – może trzy sekundy, może cztery – ale Ewelina poczuła ją w całym ciele, jak nagły spadek ciśnienia przed burzą. Ania spuściła wzrok na swój wciąż nietknięty różowy koktajl. Kuba nagle bardzo się zainteresował własną słomką, obracając ją w palcach. Mateusz zaciągnął się papierosem głębiej, niż to było konieczne.
– Śmiałaby się najgłośniej ze wszystkich – powiedział w końcu Kamil, cicho, ale wyraźnie, i coś w jego głosie sprawiło, że napięcie w pokoju, choć nie zniknęło całkiem, przynajmniej się rozluźniło, jak sznur, który ktoś w porę poluzował, zanim zdążył się zerwać. – Zawsze śmiała się najgłośniej.
– To prawda – powiedziała Ania, nie podnosząc wzroku.
Karol, który wyraźnie nie zamierzał wywoływać tego rodzaju ciężaru, tylko przypadkiem wszedł w niego jak w niewidzialną ścianę, spróbował to naprawić jedynym sposobem, jaki znał.
– Wiecie, że rekiny istniały już przed drzewami? Ewolucyjnie rekiny są starsze niż drzewa. To zawsze mnie w jakiś sposób pociesza. Że są rzeczy, które przetrwają dłużej, niż się wydaje.
To nie było specjalnie trafione zdanie, ale wszyscy się na nie rzucili z ulgą, jak na koło ratunkowe, śmiejąc się trochę za głośno, wracając do rozmowy o niczym, o wszystkim, podczas gdy za oknem sierpniowe słońce w końcu zaczynało chylić się ku zachodowi, a talerz na stole znowu zaczynał krążyć, bo nikomu dzisiaj, jak obiecał Kuba, niczego nie miało zabraknąć.
Później, kiedy zrobiło się już całkiem ciemno za zasłonami, a lampki wzdłuż karniszy stały się jedynym źródłem światła w pokoju, Karol podłączył telefon do głośnika i puścił coś, co Ewelina rozpoznała po pierwszych kilku taktach – ten sam kawałek, który leciał w fabryce nad morzem, w tym momencie, kiedy wszyscy tańczyli razem, zanim jeszcze cokolwiek się wydarzyło.
– Pamiętacie to? – zapytał Karol, już podnosząc się z kanapy, wyciągając ręce do Kamila, który roześmiał się i pozwolił się wciągnąć na środek pokoju, mimo drinków wciąż w obu dłoniach.
Pamiętali wszyscy. Było to widać po tym, jak zmieniły się twarze, po tym, jak Mateusz odłożył papierosa do popielniczki i wstał bez słowa, po tym, jak nawet Kuba, który rzadko tańczył, zaczął kiwać głową w rytm, siedząc wciąż przy stole z talerzem. Ania wstała jako ostatnia, powoli, jakby musiała się do tego przekonać, ale w końcu i ona znalazła się na środku pokoju, między Kamilem a Karolem, z rękami uniesionymi nad głową, z oczami zamkniętymi, dokładnie tak, jak tańczyła dziesięć lat temu na betonie pokrytym gruzem i szkłem.
Ewelina dołączyła do nich, czując w piersi to samo rozdwojenie, co zawsze – połowa niej wciąż była kobietą, która we wtorek miała wrócić do biura, do arkuszy KPI i prezentacji dla klientów banków, druga połowa była dziewczyną z fabryki, dla której ten rytm, ten bas czuty w mostku, był jedynym językiem, którym naprawdę umiała się porozumiewać. Tańczyli w małym salonie, ocierając się o kanapę i stół, potrącając butelki, śmiejąc się za każdym razem, kiedy ktoś się potknął, i przez kilka minut – może dziesięć, może dwadzieścia, trudno było powiedzieć, bo czas w takich momentach zawsze płynął inaczej – nikt z nich nie myślał o niczym poza tym pokojem, tą muzyką, tymi twarzami, które znali dłużej niż jakiekolwiek inne w swoim dorosłym życiu.
Kiedy piosenka się skończyła, a kolejna, wolniejsza, zaczęła sączyć się z głośnika, wszyscy opadli z powrotem na kanapę i fotele, zdyszani, spoceni, śmiejąc się z byle czego, tak jak śmieje się organizm przeciążony endorfinami i tym wszystkim, co krążyło w ich krwiobiegu od kilku godzin. Kamil wrócił do kuchni po kolejną rundę drinków. Kuba znów sięgnął po plecak, sprawdzając ile mu jeszcze zostało, z tym charakterystycznym, skupionym wyrazem twarzy człowieka liczącego zapasy przed długą podróżą.
– Ile mamy jeszcze przed sobą? – zapytał Mateusz, patrząc na zegarek, chociaż wszyscy w pokoju wiedzieli, że nie chodziło mu wyłącznie o godzinę.
– Cały weekend – odpowiedział Kuba, zamykając plecak. – Piątek dopiero się zaczął.
Ewelina, patrząc na nich wszystkich – na Karola już opowiadającego coś nowego, na Kamila mieszającego kolejny drink, na Kubę rozkładającego następną porcję na talerzu, na Anię powoli sięgającą wreszcie po swój koktajl, na Mateusza zapalającego papierosa po raz trzeci tego wieczoru – pomyślała, że to jest dokładnie to, po co tu przyjechała. Nie żeby zapomnieć. Nikt z nich nigdy tak naprawdę nie zapominał, ani na chwilę, przez te wszystkie lata.
Tylko żeby przez jedną noc – może przez cały ten długi weekend, jeśli starczy im sił i towaru – nie musieć nosić tego ciężaru samotnie.III. SOBOTA
Ewelina obudziła się na podłodze, z głową opartą o nogę kanapy i kocem, którego nie pamiętała, żeby ktoś na nią narzucił, w ustach smak, którego nie chciała bliżej analizować. Przez szparę w zasłonach wpadał pas światła tak ostrego, że przez chwilę pomyślała, że to już popołudnie, zanim telefon – cudem naładowany, cudem w zasięgu ręki – pokazał jej, że jest dopiero wpół do jedenastej.
Mieszkanie wyglądało jak pole bitwy, na którym nikt nie wygrał. Na kanapie, w pozycji, która wyglądała boleśnie niewygodnie, spał chłopak z krótko przystrzyżoną brodą, ten, który pytał wczoraj o Piotra – Ewelina nie znała jego imienia, ale pamiętała, że przyszedł z Kubą. Na fotelu, z nogami przewieszonymi przez oparcie, drzemała kobieta, która wczoraj chciała mieszankę ketaminy z koką, wciąż w tych samych butach na obcasie, które musiały ją teraz katować. Na materacu rzuconym byle jak w kącie salonu ktoś jeszcze inny, twarzą do ściany, nieruchomy jak kłoda.
Na stole między pustymi butelkami leżały resztki wczorajszego talerza – kilka smug proszku, o które nikt już nie zabiegał, popielniczka przepełniona do granic możliwości, dwie zapomniane słomki. Ewelina patrzyła na to przez chwilę, próbując poskładać w głowie, jak dokładnie skończył się wieczór, ale wspomnienia urywały się gdzieś koło drugiej w nocy, zostawiając tylko pojedyncze, niepowiązane obrazy – czyjś śmiech, dotyk koca na ramionach, głos Karola śpiewającego coś fałszywie w kuchni.
A przy stole, tam gdzie wczoraj krążył talerz, siedziała reszta – nie spała żadne z nich, przynajmniej nie w sensie, w jakim spała Ewelina. Kuba miał podkrążone oczy i tę specyficzną, szklistą jasność spojrzenia, jaką mają ludzie, którzy przekroczyli już granicę zmęczenia i weszli w jakiś drugi, chemiczny etap czuwania. Karol opowiadał coś półgłosem, żeby nie budzić śpiących, gestykulując rękami, dyrygując niewidzialną orkiestrą.
– Śpiąca królewna się obudziła – powiedział, kiedy Ewelina usiadła, prostując obolały kark. – Kawa jest, ale zimna. Kamil zasnął nad ekspresem w połowie parzenia, więc technicznie to bardziej esencja rozczarowania niż kawa.
Kamil, oparty o blat kuchenny z zamkniętymi oczami, uchylił jedną powiekę.
– Słyszę cię.
– To dobrze, znaczy żyjesz.
– Ledwo – mruknął Kamil, ale w kącikach ust czaił się uśmiech, nawet przez zmęczenie.
Ania siedziała najbliżej okna, otulona kocem, patrząc na pasek światła wpadający przez szparę w zasłonach z takim skupieniem, z jakim patrzy się na coś więcej niż zwykłe słońce.
– Która godzina – zapytała, nie odwracając się.
– Prawie jedenasta.
– Sobota – powiedziała Ania, bardziej do siebie niż do kogokolwiek, jak gdyby musiała to sobie przypomnieć, żeby uwierzyć.
Wstała powoli, koc wciąż na ramionach, i podeszła do stołu, gdzie ktoś zostawił resztkę wczorajszej butelki wody. Napiła się prosto z niej, nie patrząc na nikogo, potrzebując momentu samotności, mimo że w pokoju było wciąż pełno ludzi.
Goście zaczęli się zbierać koło południa, po kolei, w tym powolnym, bolesnym rytmie, w jakim ludzie zbierają się po nocy, która trwała zdecydowanie za długo. Chłopak z brodą wyszedł pierwszy, mrucząc podziękowania, szukając butów, które gdzieś zniknęły, aż w końcu znalazł je pod kanapą, jeden na drugim, schowane tam przez kogoś specjalnie albo przez zwykły przypadek pijackiej nocy. Kobieta w butach na obcasie zniknęła bez pożegnania, zostawiając po sobie tylko zapach perfum i pustą paczkę papierosów na stoliku. Ten z materaca obudził się dopiero po pierwszej, zdezorientowany, nie do końca pewny, gdzie jest, i Kuba musiał mu przypomnieć, że to mieszkanie Mateusza, że impreza, że pamiętasz, no, ta z wczoraj.
Między jednym pożegnaniem a drugim Kamil w końcu zdołał zaparzyć porządną kawę, i podał kubek Ewelinie bez pytania, dokładnie tak, jak dzień wcześniej podał jej mojito – z tą samą, niewytłumaczalną pamięcią do drobiazgów.
– Czarna, bez cukru. Tak pamiętam.
– Wciąż mnie to zaskakuje.
– Mnie samego czasem zaskakuje. – Usiadł obok niej na podłodze, opierając się plecami o kanapę. – Jak się trzyma człowiek po nocy, w której cztery razy zmieniał zdanie, czy jeszcze pić, czy już nie pić?
– Też się zastanawiam.
Siedzieli tak chwilę w milczeniu, które nie wymagało wypełniania, obserwując resztę pokoju budzącego się do życia w różnym tempie – Karola już znowu gadatliwego, mimo niewyspania, Kubę liczącego coś pod nosem przy stole, Anię wciąż nieruchomą przy oknie.
Do trzeciej po południu w salonie zostało już tylko sześcioro.
Ewelina zauważyła to dopiero, kiedy nagle zrobiło się ciszej, kiedy przestały trzaskać drzwi, kiedy nikt więcej nie szukał swoich butów. Spojrzała po pokoju – Mateusz na oparciu fotela, Kuba przy stole, Karol rozwalony na kanapie z nogami na stoliku, Kamil w końcu obudzony i parzący nową kawę, Ania wciąż przy oknie, ona sama na podłodze – i pomyślała, że to dokładnie sześcioro z ośmiorga, którzy tańczyli tamtej nocy w fabryce. Bez Magdy, bo Magdy nie było już od dziesięciu lat. I bez Piotra, bo Piotr wciąż był tylko wspomnieniem na ich grupie, na ich czacie, którego nikt nie potrafił usunąć.
Ta myśl zabolała bardziej, niż się spodziewała.
Mateusz był dziwny przez całe popołudnie. Ewelina zauważyła to, ale nie od razu zdała sobie sprawę, że zauważa – najpierw to, że sprawdzał telefon częściej niż zwykle, nawet jak na kogoś, kto zawsze miał telefon w zasięgu ręki. Potem to, że wychodził na papierosa na klatkę schodową, mimo że przez cały piątek palił bez problemu przy otwartym oknie w salonie. Raz, drugi raz, trzeci, za każdym razem wracając z tym samym, nieco zbyt spokojnym wyrazem twarzy, pilnujący najwyraźniej czegoś, o czym nie chciał, żeby ktokolwiek wiedział, jakiegoś sekretu noszonego w milczeniu.
– Wszystko gra? – zapytała go w pewnym momencie, kiedy wrócił z kolejnego wyjścia na klatkę.
– Jasne. – Uśmiechnął się, ale ten uśmiech nie sięgnął oczu tak, jak zwykle sięgał. – A co, coś nie gra?
– Trochę.
– Zmęczony jestem. To wszystko. – Sprawdził telefon po raz kolejny, szybko, prawie ukradkiem, i schował go z powrotem do kieszeni.
Ewelina nie drążyła. Miała wystarczająco dużo własnych rzeczy do noszenia tego weekendu, żeby dokładać sobie jeszcze zagadkę Mateusza, ale gdzieś w tyle głowy zanotowała to, tak jak notowała nieścisłości w raportach kwartalnych – małą czerwoną flagę, która czekała, aż ktoś ją podniesie.
Popołudnie rozciągnęło się leniwie, tak jak rozciągają się popołudnia, kiedy nikt nigdzie się nie spieszy i wszyscy mają w organizmie wystarczająco dużo różnych substancji, żeby czas płynął nierówno, raz za szybko, raz w ślimaczym tempie. Talerz znowu krążył, mniej intensywnie niż poprzedniego dnia, bardziej jak rytuał podtrzymujący rozmowę niż coś, na czym komukolwiek naprawdę zależało.
– Wiecie co, ostatnio zacząłem ćwiczyć – rzucił w pewnym momencie Karol, prostując się na kanapie i z dumą klepiąc się w brzuch, który był dokładnie taki sam jak zawsze. – Trzy razy w tygodniu. Siłownia. Czuję różnicę.
– Jaką różnicę – zapytał Kamil, unosząc brew znad kolejnej kreski.
– Duchową.
– Duchową – powtórzył Kuba, kręcąc głową z rozbawieniem. – Ja też wróciłem na siłownię. Miesiąc temu. Już mam plan na to lato.
– Jaki plan, brzuch jak ja mam? – zapytał Karol.
– Plan, żeby nie mieć zawału przed czterdziestką.
Śmiech przetoczył się przez pokój, głośniejszy, niż żart na to zasługiwał, ale taki był rytm tego popołudnia – wszystko śmieszyło ich trochę bardziej, niż powinno.
– A ja zacząłem biegać – wtrącił Mateusz, wracając akurat z kolejnego wyjścia na papierosa, chcąc chyba udowodnić, że jego płuca wciąż dają radę mimo wszystkiego. – Pięć kilometrów, trzy razy w tygodniu.
– Ty? Biegać? – Karol spojrzał na niego z udawanym niedowierzaniem. – Ostatni raz biegłeś, jak uciekałeś przed ochroną w tamtym klubie na Starówce.
– To było inne bieganie. Motywacyjne.
– Teraz to jakie, duchowe też?
– Teraz to zaraz maraton będę biegał, zobaczysz. – Mateusz usiadł z powrotem, uśmiechając się szerzej niż przez cały dzień. – W przyszłym roku. Warszawski.
– Ty pierwsze pięć kilometrów ledwo przeżywasz, a już maraton planujesz.
– Trzeba mieć jakieś cele w życiu.
– Ja mam cel, żeby dożyć jutra w jednym kawałku, i to mi wystarczy.
Kamil, obserwujący to wszystko z tym swoim spokojnym rozbawieniem, w końcu też się włączył.
– A ja pływam. Basen, dwa razy w tygodniu, jak tylko udaje mi się wyrwać z pracy.
– Pływasz? – Kuba spojrzał na niego z nagłym zainteresowaniem. – To dlaczego wyglądasz, jakbyś nigdy w życiu nie podniósł nic cięższego od koktajlu?
– Bo pływanie to nie o wyglądzie, tylko o kondycji.
– Jasne, jasne. Wszyscy tak mówią, dopóki nie zobaczą siebie bez koszulki na plaży.
Ania, przysłuchując się temu z lekkim uśmiechem, w końcu nie wytrzymała.
– Wy wszyscy jesteście żałośni. Nikt z was nie biega, nie pływa i nie chodzi na siłownię częściej niż raz na dwa miesiące, i wszyscy o tym wiecie.
Zapadła chwila ciszy, po czym Karol, z ręką na sercu, udał głęboko urażonego.
– To był cios poniżej pasa.
– Prawda zawsze boli najbardziej.
Śmiech wrócił, tym razem jeszcze głośniejszy, i Ewelina, patrząc na to wszystko z boku, poczuła coś ciepłego w piersi – tę samą łatwość bycia razem, którą pamiętała sprzed dziesięciu lat, kiedy żarty leciały jeden za drugim bez wysiłku, kiedy nikt nie musiał się starać, żeby rozśmieszyć resztę.
Później, kiedy chłopcy przenieśli rozmowę na temat najnowszego sezonu jakiegoś serialu, którego Ewelina nie oglądała, Ania usiadła obok niej na podłodze, przekazując jej butelkę wody.
– Napij się. Wyglądasz, jakbyś potrzebowała.
– Dzięki. – Ewelina wzięła butelkę, upiła łyk. – Jak się trzymasz z tym wszystkim? Z Piotrem, znaczy. Nie, jeszcze nie ma Piotra. Z tym, że jesteśmy tu wszyscy razem, tak długo.
– Nie wiem. – Ania podciągnęła kolana pod brodę, tak jak siedziała wczoraj przy oknie. – Dobrze, chyba. Dziwnie dobrze, jeśli to ma sens.
– Ma sens.
– Tęskniłam za tobą – powiedziała nagle Ania, patrząc prosto przed siebie, nie na Ewelinę. – Nie tylko za ekipą. Za tobą konkretnie.
Ewelina poczuła, jak coś się w niej ściska, ciepło i boleśnie jednocześnie.
– Ja za tobą też. Cały czas. Po prostu… nie wiedziałam, jak wrócić. Po tym wszystkim, co się stało, wydawało mi się, że łatwiej jest po prostu zniknąć w pracy, niż próbować to naprawić.
– Wiem. Ja robiłam dokładnie to samo, tylko że ja zniknęłam w małżeństwie, które i tak się rozpadło. – Ania zaśmiała się krótko, gorzko. – Chyba oboje uciekałyśmy w różne kierunki od tego samego.
– Od czego?
Ania spojrzała na nią wreszcie, i przez chwilę w jej oczach było coś surowego, nieosłoniętego niczym.
– Od tego, że nie umiałyśmy o niej rozmawiać. Więc łatwiej było nie rozmawiać ze sobą w ogóle.
Ewelina nie miała na to odpowiedzi, więc zamiast tego wzięła dłoń Ani i ścisnęła ją mocno, bez słów, tak jak robiły to sobie nawzajem jeszcze w liceum, kiedy żadna z nich nie potrafiła znaleźć właściwych słów, a dotyk musiał wystarczyć za wszystko.
– Może w tym roku będzie inaczej – powiedziała w końcu Ania, ściskając jej dłoń z powrotem.
– Może.
Siedziały tak jeszcze chwilę, w milczeniu, które nie było już tak ciężkie jak wcześniej – bardziej jak coś, co się odbudowuje, powoli, cegła po cegle, tak jak Ewelina budowała swoje korporacyjne życie, tylko że to, co budowały teraz, wydawało się prawdziwsze.
Koło szóstej, kiedy niebo za oknem zaczynało nabierać tego miodowego, sierpniowego odcienia, jaki ma tylko wczesny wieczór w środku lata, w drzwiach zabrzęczał domofon.
Rozmowa w pokoju urwała się w połowie zdania.
– Zamówiłeś coś? – zapytał Karol, patrząc na Mateusza.
Mateusz nie odpowiedział. Wstał, zbyt szybko, zbyt gwałtownie jak na kogoś, kto po prostu idzie odebrać przesyłkę, i podszedł do domofonu z miną, którą Ewelina później, kiedy już wszystko wiedziała, nazwie w myślach jedynym słowem, jakie do niej pasowało: ulga.
Nacisnął przycisk otwierający bramę, nie pytając kto, już wiedząc.
Nikt w pokoju nie zdążył zapytać go, co się dzieje, bo w tym momencie na schodach rozległy się kroki, i po dłuższej chwili – wystarczająco długiej, żeby napięcie w pokoju urosło do czegoś prawie namacalnego – w otwartych drzwiach stanął Piotr.
Chudszy, niż go pamiętali. Broda, której nie miał dziesięć lat temu, teraz przyprószona siwizną, mimo że miał dopiero trzydzieści dwa lata, tak samo jak Ewelina. W ręku trzymał zgniecioną papierową torbę, jak gdyby przypomniał sobie w ostatniej chwili, że nie wypada przychodzić z pustymi rękami, i kupił coś na szybko na jakiejś stacji benzynowej po drodze.
Przez sekundę nikt się nie odezwał.
– No cześć – powiedział Piotr, z tym niepewnym, na wpół przepraszającym uśmiechem kogoś, kto nie jest do końca pewien, czy zostanie wyrzucony za drzwi, czy przyjęty z powrotem.