Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Ostatni trening - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
2 sierpnia 2026
34,90
3490 pkt
punktów Virtualo

Ostatni trening - ebook

Dwanaście lat temu utalentowana biegaczka Łucja Mirecka zniknęła podczas nocnego treningu w Jodłowej Górze. Oficjalnie uciekła po oskarżeniu o doping. Jej ciała nigdy nie odnaleziono. Gdy były trener zwołuje po latach sześcioro uczestników tamtego obozu, obiecuje ujawnić prawdę. Aby ją poznać, muszą ponownie pokonać szesnastokilometrową trasę, na której czekają dowody, dawne sekrety i ktoś, kto nie zamierza pozwolić im dotrzeć do mety. „Ostatni trening” to mroczny kryminał o winie, zemście i tajemnicach świata sportu, w którym największym zagrożeniem nie jest zmęczenie, lecz człowiek biegnący tuż za tobą.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Dziewczyna z czerwoną lampką

Łucja usłyszała samochód, zanim zobaczyła światła.

Dźwięk silnika niósł się po mokrej drodze, przerywany szumem deszczu i uderzeniami jej butów o asfalt. Odwróciła głowę tylko na moment. Dwie jasne smugi przesuwały się między drzewami, daleko za nią, ale z każdą sekundą stawały się wyraźniejsze.

Przyspieszyła.

Zegarek na lewym nadgarstku zawibrował. Spojrzała na ekran.

TEMPO: 4:03 MIN/KM.

Za szybko jak na spokojne rozbieganie. Za wolno, żeby uciec przed samochodem.

Zeszła z asfaltu i wbiegła na leśną ścieżkę. Gałęzie uderzyły ją w ramiona, mokre liście przykleiły się do łydek. Czerwona lampka przypięta do tylnej kieszeni kamizelki pulsowała w ciemności. Przy każdym kroku na moment oświetlała pnie drzew za jej plecami.

Powinna była ją wyłączyć.

Wiedziała o tym, ale bała się zatrzymać. Samochód był już blisko skrzyżowania. Jeśli kierowca zauważy, w którą stronę skręciła, światło zdradzi jej położenie.

Łucja sięgnęła za siebie, nie zwalniając. Palce przesunęły się po mokrym materiale, lecz nie trafiły w przycisk. Potknęła się o korzeń i omal nie upadła. Odzyskała równowagę, zacisnęła zęby i pobiegła dalej.

W kieszeni spodenek poczuła twardy, prostokątny kształt.

Pendrive nadal tam był.

Kilka gramów plastiku. Wyniki badań, listy nazwisk, dawki, daty podania preparatów i krótkie notatki zapisane przez doktora Wernika. Na końcu każdego pliku znajdowała się ta sama adnotacja:

PROGRAM WEWNĘTRZNY. POUFNE. NIE UDOSTĘPNIAĆ ZAWODNIKOM.

Przez wiele miesięcy Łucja wierzyła, że środki podawane w gabinecie lekarza to witaminy, elektrolity i preparaty przyspieszające regenerację. Wszyscy tak mówili. Trener powtarzał, że zawodnik na ich poziomie nie może zadawać pytań o każdy zastrzyk. Musi ufać ludziom, którzy wiedzą, jak doprowadzić go na szczyt.

Dopiero trzy dni wcześniej znalazła dokumenty.

Jej nazwisko widniało na drugiej stronie.

Nazwisko Marty na czwartej.

Damiana na pierwszej, zapisane pogrubioną czcionką, obok dawki dwukrotnie większej niż u pozostałych.

Silnik samochodu zawył na zakręcie.

Łucja odbiła w wąską ścieżkę prowadzącą w dół. Znała ten las. Podczas obozów pokonywali te trasy setki razy, zawsze w grupie, zawsze według planu. W poniedziałki spokojne rozbieganie. We wtorki podbiegi. W czwartki rytmy. W soboty długi bieg kończony na bieżni przy ośrodku.

Nigdy nie biegali tędy nocą.

Nigdy sami.

Deszcz nasilił się. Ścieżka zmieniła się w błotnisty strumień. Łucja stawiała kroki ostrożniej, ale tempo nadal rosło. Płuca zaczęły piec. Nie przejmowała się tym. Ból był znany, prosty, uczciwy. Zupełnie inny niż strach, który zaciskał jej żołądek i sprawiał, że każdy szelest brzmiał jak czyjś oddech.

Reflektory przesunęły się po koronach drzew.

Samochód zatrzymał się na drodze powyżej.

Łucja wbiegła głębiej w las. Słyszała własne serce, deszcz i szum krwi w uszach. Przez kilka sekund wydawało jej się, że zgubiła pościg.

Potem trzasnęły drzwi samochodu.

Jedne.

Po chwili drugie.

Było ich co najmniej dwoje.

Sięgnęła do przedniej kieszeni kamizelki i wyjęła telefon. Ekran był mokry. Przetarła go kciukiem, prawie wypuszczając urządzenie z ręki.

Brak zasięgu.

Spróbowała wybrać numer Marty. Połączenie nie zostało nawiązane.

— No dalej — wyszeptała. — Proszę.

Telefon odpowiedział krótkim sygnałem błędu.

Wiedziała, że powinna była powiedzieć Marcie wcześniej. Tego samego dnia, gdy znalazła pliki. Powinna była wejść do pokoju, zamknąć drzwi i pokazać jej wszystko.

Zamiast tego czekała.

Bała się, że Marta jej nie uwierzy. Bała się, że powie trenerowi. Jeszcze bardziej bała się, że przyjaciółka wiedziała o zastrzykach i świadomie zgodziła się na udział w programie.

Kilka godzin wcześniej Łucja zapytała ją ostrożnie, czy ostatnio nie czuje się dziwnie po wizytach w gabinecie doktora.

Marta wzruszyła ramionami.

— Wszystko mnie boli. To chyba normalne.

— Nie chodzi mi o ból.

— To o co?

Łucja nie zdążyła odpowiedzieć, bo do stołówki wszedł Wiktor. Trener spojrzał na nią długo, jakby wiedział, o czym rozmawiały.

Pół godziny później ktoś przeszukał jej pokój.

Teraz była pewna, że to nie był przypadek.

Za plecami usłyszała głosy.

Zatrzymała się przy rozwidleniu. Lewa ścieżka prowadziła z powrotem do ośrodka, ale była szeroka i łatwa do obserwowania. Prawa biegła w stronę starego kamieniołomu. Tam teren opadał stromo, a między skałami znajdowało się kilka opuszczonych budynków technicznych.

Mogła się ukryć.

Mogła też zostać tam uwięziona.

Światło latarki przemknęło po drzewach za nią.

Łucja skręciła w prawo.

Ziemia była miękka, śliska i pełna kamieni. Na jednym z zakrętów poczuła nagłe szarpnięcie w lewej łydce. Zignorowała je. Przyspieszyła jeszcze bardziej, choć wiedziała, że nie wytrzyma długo. Zegarek pokazywał tempo poniżej czterech minut.

Trener powiedziałby, że biegnie nierówno. Że marnuje siły. Że panika odbiera jej rozsądek.

Trener zawsze miał gotową odpowiedź.

Kiedy była młodsza, wydawało jej się, że Wiktor rozumie bieganie lepiej niż ktokolwiek. Potrafił spojrzeć na zawodnika podczas rozgrzewki i przewidzieć wynik treningu. Wiedział, kiedy zwiększyć obciążenia, kiedy skrócić przerwę i kiedy powiedzieć jedno zdanie, które sprawi, że człowiek pobiegnie szybciej, niż uważał za możliwe.

— Granice istnieją głównie w głowie — powtarzał. — Ciało może znieść znacznie więcej, niż wam się wydaje.

Łucja nie wiedziała wtedy, że mówił również o własnych granicach.

Las nagle się skończył.

Przed nią otworzyła się ciemna przestrzeń starego kamieniołomu. Ściany wyrobiska wznosiły się jak czarne bloki, a na dnie zalegała płytka woda. Po lewej stronie stał zardzewiały barak, po prawej ciągnęła się wąska droga kończąca się przy urwisku.

Łucja zwolniła.

Na drodze ktoś stał.

Najpierw zobaczyła białe buty. Potem czarną kurtkę i znajomą sylwetkę.

— Damian?

Nie odpowiedział od razu.

Stał nieruchomo, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała. Deszcz spływał mu po twarzy. Nie wyglądał jak człowiek, który przyszedł porozmawiać.

— Oddaj to — powiedział w końcu.

Łucja cofnęła się o krok.

— Skąd wiedziałeś, że tu będę?

— Nie utrudniaj.

— To wy przeszukaliście mój pokój?

Damian spojrzał gdzieś za nią.

Łucja usłyszała kroki.

Odwróciła się.

Iga wyszła spomiędzy drzew. Czerwona kurtka przeciwdeszczowa była zapięta pod samą szyję. W jednej ręce trzymała latarkę, drugą zaciskała w pięść.

— Wiedziałam, że coś znalazłaś — powiedziała.

— Powiedziałaś mu?

Iga zatrzymała się kilka metrów od niej.

— Musiałam.

— Komu jeszcze?

Żadne z nich nie odpowiedziało.

Łucja spojrzała na Damiana. Kilka godzin wcześniej siedzieli obok siebie przy kolacji. Opowiadał dowcipy, śmiał się z jedzenia i narzekał na jutrzejszy trening. Zachowywał się tak, jakby nic się nie wydarzyło.

Jakby nie wiedział, że jego nazwisko znajduje się w dokumentach.

— Oni was trują — powiedziała. — Rozumiecie to? Nie wiecie nawet, co wam podają.

— Nie przesadzaj — rzuciła Iga.

— Mam wyniki.

— Masz kilka plików, których nie rozumiesz.

— Wystarczająco dużo rozumiem.

Damian zrobił krok w jej stronę.

— Daj pendrive.

— Nie.

— Łucja, proszę.

— Chcesz chronić trenera czy siebie?

Jego twarz stężała.

— Nie wiesz, co robisz.

— Wiem dokładnie. Rano jadę na policję.

Iga zaśmiała się krótko, lecz w tym dźwięku nie było nic zabawnego.

— I co im powiesz? Że znalazłaś dokumenty w zamkniętym gabinecie? Przyznasz się, że je ukradłaś?

— Pokażę wyniki badań.

— A potem zniszczysz wszystkich.

— Oni zniszczyli nas pierwsi.

Damian podszedł bliżej. Łucja zauważyła, że drżą mu ręce.

— Mam za dwa tygodnie kwalifikacje — powiedział. — Wiesz, ile na to pracowałem.

— Wiem.

— Nie wiesz.

— Jeśli to ujawnię, będziesz mógł zacząć od nowa.

— Od nowa? — powtórzył. — Po dyskwalifikacji? Po tym, jak nazwą mnie oszustem?

— Nie wiedziałeś, co ci podawali.

Damian spojrzał na nią z pogardą.

— Naprawdę w to wierzysz?

Słowa zawisły między nimi.

Łucja patrzyła na niego, próbując zrozumieć.

— Wiedziałeś?

Iga odwróciła wzrok.

Damian nic nie powiedział, a jego milczenie wystarczyło.

Łucja poczuła, jak robi jej się zimno. Nie od deszczu. Nie od wiatru. Od świadomości, że człowiek, któremu ufała najbardziej, świadomie uczestniczył w czymś, co mogło zniszczyć zdrowie całej grupy.

— Marta też o tym wie? — zapytała.

— Zostaw ją poza tym — powiedział Damian.

— Czy ona wie?

— Oddaj pendrive.

Ruszył w jej stronę.

Łucja cofnęła się ponownie. But ześlizgnął się po mokrym kamieniu. Za plecami miała już tylko kilka metrów do krawędzi.

— Nie podchodź.

— Nie chcę ci zrobić krzywdy.

— W takim razie się zatrzymaj.

Nie zatrzymał się.

Łucja wyjęła pendrive z kieszeni i zacisnęła go w dłoni.

— Jeden krok dalej, a wyrzucę go w dół.

Damian zamarł.

Iga podeszła z boku.

— Masz kopię?

Łucja spojrzała na nią.

To wystarczyło.

Iga rzuciła się pierwsza. Złapała Łucję za nadgarstek. Damian próbował rozdzielić je lub wyrwać pendrive — Łucja nie potrafiła ocenić. Wszyscy troje ślizgali się po błocie, wpadając na siebie.

— Puść mnie!

— Daj to!

— Damian, zabierz jej telefon!

Łucja uderzyła Igę łokciem. Usłyszała krzyk. Odwróciła się, próbując pobiec w stronę baraku, lecz Damian chwycił ją za kamizelkę.

Materiał napiął się na szyi.

Szarpnęła się.

Czerwona lampka oderwała się od kieszeni i upadła na ziemię. Jej pulsujące światło odbijało się w kałużach, oświetlając twarze w krótkich, czerwonych błyskach.

— Przestań! — krzyknął Damian.

— Puść mnie!

Uderzyła go w pierś. Damian zatoczył się, a potem odepchnął ją od siebie.

Mocniej, niż zamierzał.

Łucja poczuła, że ziemia znika jej spod nóg.

Przez sekundę wisiała na krawędzi. Machnęła rękami, szukając oparcia, ale palce trafiły tylko na mokre powietrze.

Zobaczyła twarz Damiana.

Przerażoną.

Zobaczyła Igę stojącą za nim, z dłonią przy ustach.

Potem spadła.

Uderzyła plecami o skalną półkę kilka metrów niżej. Powietrze uciekło jej z płuc. W głowie rozbłysło białe światło, a chwilę później cały świat zalał ból.

Nie mogła się poruszyć.

Próbowała nabrać oddechu, ale każdy wdech był płytki i urywany. Lewa noga leżała pod dziwnym kątem. Ciepło rozlewało się po jej skroni.

Nad krawędzią pojawiła się twarz Damiana.

— Łucja!

Poruszyła ustami. Nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

— Zejdę do niej — powiedział.

— Zaczekaj — odpowiedziała Iga. — Musimy zadzwonić do trenera.

— Dzwoń po karetkę!

— Nie możemy.

— Ona żyje!

Łucja usłyszała szelest telefonu, szybkie kroki i urywane głosy. Chciała powiedzieć, że ich słyszy. Że nadal jest przytomna. Że wystarczy zejść, podać jej rękę i wezwać pomoc.

Zamiast tego wydała z siebie cichy jęk.

Nad urwiskiem zapadła cisza.

— Słyszałeś? — zapytała Iga.

Damian zniknął z pola widzenia.

Łucja zamknęła oczy. Deszcz uderzał ją w twarz. Woda spływała po policzkach i szyi, zbierała się w uszach, wsiąkała w ubranie.

Nie wiedziała, ile czasu minęło.

Minuta.

Pięć.

Może więcej.

W końcu usłyszała kroki.

Nie na górze.

Na dole.

Ktoś przedzierał się przez kamienie u podnóża ściany. Światło latarki przesunęło się po skałach i zatrzymało na jej twarzy.

Łucja otworzyła oczy.

Nad nią stała osoba w ciemnej kurtce.

— Pomóż mi — wyszeptała.

Postać uklękła.

Przez moment Łucja poczuła ulgę. Wyciągnęła rękę, ale człowiek nie chwycił jej dłoni. Zamiast tego spojrzał na kieszeń spodenek, w której wcześniej znajdował się pendrive.

Potem na telefon leżący obok skały.

— Proszę — powiedziała Łucja.

Postać sięgnęła po telefon.

Z góry dobiegł głos Damiana:

— Co z nią?

Człowiek przy Łucji nie odpowiedział.

Światło latarki padło na jego twarz, lecz Łucja widziała już tylko rozmazany zarys. Próbowała skupić wzrok. Rozpoznać oczy. Usta. Cokolwiek.

Ktoś jeszcze pojawił się na krawędzi urwiska.

Potem kolejna osoba.

Było ich więcej, niż sądziła.

— Ona oddycha — powiedział ktoś z dołu.

— Wzywamy pomoc? — zapytał Damian.

Długa cisza.

Łucja czekała na odpowiedź.

W oddali, na górnej drodze, pojawiły się reflektory samochodu. Ich blask przesunął się po ścianach kamieniołomu i zgasł.

Postać klęcząca obok niej pochyliła się.

— Gdzie jest kopia?

Łucja spróbowała się uśmiechnąć.

Nie była pewna, czy jej się udało.

— Za późno — wyszeptała.

Nad urwiskiem rozległy się kolejne kroki.

Ktoś zaczął schodzić.

Czerwona lampka leżąca wysoko na krawędzi nadal pulsowała w deszczu.

Raz.

Drugi.

Trzeci.

A potem zgasła.

Spis treściROZDZIAŁ 1

Wiadomość od trenera

Marta poznała, że dziewczyna kłamie, zanim jeszcze dotknęła jej kolana.

Zdradził ją sposób, w jaki usiadła na brzegu stołu rehabilitacyjnego. Ostrożnie, ale nie za ostrożnie. Jak ktoś, kto chce pokazać, że odczuwa ból, a jednocześnie nie zamierza przyznać, jak bardzo ten ból wpływa na każdy ruch. Lewą nogę pozostawiła wyprostowaną. Prawą zgięła swobodnie, choć to właśnie prawe kolano miało być powodem wizyty.

Marta obserwowała ją przez kilka sekund, nie mówiąc nic.

Dziewczyna miała może dwadzieścia dwa lata. Ciemne włosy związała wysoko, na nadgarstku nosiła sportowy zegarek, a na łydce wciąż było widać odbity ślad po uciskowej skarpecie. Pachniała deszczem, mokrą kurtką i maścią rozgrzewającą.

— Kiedy ostatnio biegałaś? — zapytała Marta.

— Tydzień temu.

— Ile kilometrów?

— Osiem.

Marta podeszła bliżej.

— A naprawdę?

Dziewczyna spuściła wzrok.

Za oknem gabinetu samochody przesuwały się powoli po mokrej ulicy. Od rana padało. Nie był to gwałtowny deszcz, tylko jednostajna jesienna mżawka, która osiadała na szybach i sprawiała, że całe miasto wyglądało, jakby ktoś przykrył je szarą folią.

W klinice pachniało środkami do dezynfekcji i świeżo parzoną kawą. Z korytarza dobiegał stłumiony głos recepcjonistki, szum drukarki oraz rytmiczne uderzenia piłki rehabilitacyjnej o podłogę w sąsiedniej sali.

Normalny dzień.

Taki, jakich Marta potrzebowała.

— Jedenaście kilometrów — przyznała pacjentka. — Ale bardzo spokojnie.

— W jakim tempie?

— Pięć dwadzieścia.

Marta uniosła brwi.

— To nie jest spokojne tempo dla osoby, która jeszcze miesiąc temu biegała po sześć minut.

Dziewczyna skrzywiła się.

— Mam zawody za trzy tygodnie.

— Wiem. Mówiłaś mi o nich podczas każdej wizyty.

— To ważny start.

— Każdy start jest ważny, dopóki nie pojawi się następny.

Marta przykucnęła i położyła palce po obu stronach rzepki. Dziewczyna napięła mięśnie uda.

— Rozluźnij nogę.

— Jest rozluźniona.

— Nie jest.

— Przepraszam.

— Nie przepraszaj. Oddychaj.

Marta przesunęła kciukiem wzdłuż przyśrodkowej części kolana. Pacjentka drgnęła, kiedy nacisk dotarł do bolesnego miejsca.

— Tutaj?

— Trochę.

Marta nacisnęła mocniej.

— A tutaj?

Dziewczyna syknęła.

— Tak.

— Ile w skali od jednego do dziesięciu?

— Cztery.

— A naprawdę?

— Sześć.

Marta wyprostowała się.

— Nie pobiegniesz tych zawodów.

Dziewczyna spojrzała na nią tak, jakby usłyszała diagnozę znacznie poważniejszą niż przeciążenie kolana.

— Ale przecież jeszcze trzy tygodnie.

— Właśnie dlatego masz szansę wrócić do biegania bez większej przerwy. Pod warunkiem, że przez najbliższe dni naprawdę odpoczniesz.

— Mogę robić rower.

— Lekko.

— Orbitrek?

— Jeśli nie boli.

— A krótkie rozbiegania?

— Nie.

Dziewczyna odwróciła twarz w stronę okna. Na jej policzkach pojawiły się czerwone plamy. Marta znała tę reakcję. Frustracja, wstyd i złość na własne ciało. Jakby organizm był niesolidnym pracownikiem, który odmówił wykonania zadania.

— Stracę całą formę — powiedziała cicho.

— Nie stracisz.

— Trener mówi, że w tym okresie nie mogę wypaść z rytmu.

— Twój trener nie siedzi teraz z bolącym kolanem.

— On wie, co robi.

Marta zamarła na ułamek sekundy.

Zdanie było zwyczajne. Słyszała je setki razy. Wypowiadali je zawodnicy, rodzice młodych sportowców, czasem nawet lekarze. Trener wie, co robi. Trener ma plan. Trener widzi więcej. Trener prowadzi zawodnika tam, gdzie ten sam nie potrafiłby dojść.

Marta cofnęła dłonie.

— Być może — powiedziała. — Ale ja wiem, co widzę.

Dziewczyna spojrzała na nią z nieufnością.

— Biegała pani kiedyś?

Pytanie padło niewinnie, lecz Marta poczuła w piersi znajomy ucisk.

— Dawno temu.

— Długie dystanse?

— Głównie osiemset i tysiąc pięćset metrów. Czasem przełaje.

— Z jakimi wynikami?

Marta sięgnęła po papierowy ręcznik i wytarła dłonie, choć nie były mokre.

— Wystarczającymi, żeby wiedzieć, że trzy dni wolnego nie niszczą formy. Za to trzy tygodnie biegania z kontuzją mogą zniszczyć sezon.

Dziewczyna chciała zapytać o coś jeszcze. Marta widziała to w jej spojrzeniu. Może zamierzała wpisać jej nazwisko do telefonu i sprawdzić dawne wyniki. Może już to zrobiła.

W internecie nadal można było znaleźć kilka artykułów. Zwycięstwo w mistrzostwach kraju juniorek. Rekord życiowy. Zdjęcie z bieżni, na którym osiemnastoletnia Marta unosiła ręce, choć do mety pozostawały jeszcze trzy metry. Później pojawiały się coraz krótsze wzmianki. Kontuzja. Zmiana klubu. Nieudany powrót. Zakończenie kariery.

Nigdzie nie napisano, że przestała biegać w noc, kiedy zaginęła Łucja Mirecka.

Oficjalnie Marta zakończyła karierę pół roku później.

W rzeczywistości skończyła ją tamtej nocy.

— Połóż się — powiedziała. — Sprawdzimy zakres ruchu i siłę pośladka.

Przez następne dwadzieścia minut rozmawiały wyłącznie o ćwiczeniach, regeneracji i planie powrotu. Marta wyjaśniła dziewczynie, co może robić, czego powinna unikać i po jakich sygnałach natychmiast przerwać aktywność.

Nie powiedziała jej, że sama przez wiele lat ignorowała każdy sygnał własnego ciała.

Nie powiedziała, że umiała przebiec trening z gorączką, naderwanym mięśniem i krwią zbierającą się pod paznokciami. Że jako dziewiętnastolatka uważała ból za dowód charakteru. Im bardziej cierpiała, tym bardziej wierzyła, że zasłużyła na wynik.

Nie powiedziała też, że najgorsze urazy nie zawsze bolą podczas ruchu.

Czasem ujawniają się dopiero wtedy, gdy człowiek się zatrzyma.

Po zakończeniu wizyty odprowadziła pacjentkę do drzwi.

— Umówimy kontrolę za tydzień — powiedziała.

— A jeśli przestanie boleć wcześniej?

— Nadal nie biegasz.

— Nawet dwóch kilometrów?

— Nawet jednego.

Dziewczyna westchnęła, lecz skinęła głową.

— Dobrze.

— Naprawdę dobrze czy dobrze, a wieczorem i tak założysz buty?

Po raz pierwszy się uśmiechnęła.

— Postaram się.

— To za mało.

— Nie pobiegnę.

— Teraz ci wierzę.

Kiedy drzwi się zamknęły, Marta została sama.

Spojrzała na zegarek wiszący nad biurkiem. Do następnego pacjenta miała siedem minut. Wystarczająco dużo, żeby napić się kawy, uzupełnić dokumentację i otworzyć okno.

Zamiast tego usiadła na krześle.

Na półce, między podręcznikiem anatomii a modelem stawu kolanowego, stało niewielkie zdjęcie w drewnianej ramce. Przedstawiało cztery osoby na górskim szlaku. Marta była na nim bardzo młoda, opalona i chuda. Obok niej stała matka, ojciec i starszy brat.

Zdjęcie nie pochodziło z żadnych zawodów.

W gabinecie nie było pucharów, medali ani fotografii z bieżni. Pacjenci czasem pytali, dlaczego nie powiesiła dyplomów z dawnych startów. Odpowiadała, że ściany są dla nich, nie dla niej.

Prawda była prostsza.

Nie chciała każdego dnia patrzeć na dziewczynę, którą była.

Telefon zawibrował na biurku.

Marta sięgnęła po niego odruchowo. Spodziewała się wiadomości z recepcji lub przypomnienia o płatności. Na ekranie widniał nieznany numer.

Treść składała się z jednego zdania.

MUSIMY POROZMAWIAĆ O ŁUCJI.

Marta przeczytała je dwa razy.

Potem trzeci.

Przez chwilę nie słyszała niczego poza własnym oddechem.

Telefon zawibrował ponownie.

WIEM, CO WYDARZYŁO SIĘ TAMTEJ NOCY.

Oparła urządzenie ekranem do dołu.

Serce biło szybko i nierówno. Nie tak jak podczas wysiłku. Ten rytm nie miał nic wspólnego z biegiem. Był chaotyczny, płytki, pozbawiony kontroli.

Marta wstała i podeszła do okna.

Na chodniku ludzie mijali się pod parasolami. Kurier wyciągał paczki z bagażnika. Kobieta z wózkiem próbowała ominąć kałużę. Po przeciwnej stronie ulicy mężczyzna w granatowej kurtce stał pod daszkiem przystanku i patrzył w stronę kliniki.

Marta cofnęła się od szyby.

Nie znała go.

A przynajmniej tak jej się wydawało.

Telefon znów zawibrował.

Tym razem wiadomość zawierała zdjęcie.

Nie otworzyła go od razu. Miniatura była ciemna i niewyraźna. Widać było fragment ziemi, błoto i coś jasnego leżącego pomiędzy kamieniami.

Marta powiększyła fotografię.

But.

Stary model treningowy, biały z czerwonym logo producenta. Materiał był brudny, podeszwa pęknięta, sznurówki ciemne od wilgoci. Przy pięcie ktoś napisał czarnym markerem dwie litery.

Ł.M.

Marta wypuściła telefon z ręki.

Urządzenie uderzyło o biurko, odbiło się od krawędzi i spadło na podłogę.

Przez kilka sekund nie była w stanie się poruszyć.

Widziała ten but wcześniej.

Nie ten konkretny, ale drugi z pary. Łucja kupiła je na tydzień przed obozem w Jodłowej Górze. Były dla niej odrobinę za duże, lecz twierdziła, że dzięki temu podczas dłuższych biegów nie będzie traciła paznokci.

— Wyglądają jak buty dla emerytki — powiedziała wtedy Marta.

— Za to będę emerytką z kompletem palców.

Pierwszego dnia obozu oznaczyły swoje rzeczy, ponieważ Iga miała identyczny model. Łucja napisała inicjały po wewnętrznej stronie obu pięt. Marker rozmazał się na materiale, dlatego litery były nierówne. „M” przypominało bardziej dwa połączone „N”.

Na zdjęciu wyglądało dokładnie tak samo.

Marta schyliła się po telefon.

Jej dłonie drżały.

Przez dwanaście lat policja nie odnalazła żadnego elementu stroju Łucji. Ani kurtki, ani telefonu, ani zegarka. Jedyną rzeczą pozostawioną w pokoju była torba z odzieżą na zmianę.

Śledczy zakładali, że dziewczyna odeszła z własnej woli. Zabrała najpotrzebniejsze rzeczy, opuściła ośrodek nocą i dotarła do drogi, gdzie ktoś ją podwiózł.

Brakowało jedynie wyjaśnienia, dlaczego nigdy więcej nie skontaktowała się z rodziną.

Marta podniosła telefon do ucha i wybrała numer nadawcy.

Połączenie zostało odrzucone.

Spróbowała ponownie.

Tym razem usłyszała trzy sygnały, a potem automatyczny komunikat informujący, że abonent jest niedostępny.

Zrobiła zrzuty ekranu. Następnie przesłała zdjęcie na swój adres mailowy, jakby bała się, że wiadomość za chwilę zniknie.

Na korytarzu rozległo się pukanie.

Marta drgnęła.

Drzwi uchyliły się i do gabinetu zajrzała Karolina z recepcji.

— Wszystko w porządku?

— Tak.

— Twój następny pacjent już jest.

— Daj mi pięć minut.

Karolina przyjrzała jej się uważnie.

— Jesteś blada.

— Nie jadłam śniadania.

— Chcesz, żebym przełożyła wizytę?

— Nie. Zaraz wyjdę.

Recepcjonistka nie wyglądała na przekonaną, ale zamknęła drzwi.

Marta ponownie otworzyła fotografię. Szukała szczegółów. Cienia osoby robiącej zdjęcie, fragmentu budynku, charakterystycznego drzewa. Czegokolwiek, co pozwoliłoby określić miejsce.

Za butem znajdowała się kamienna ściana porośnięta mchem. Na ziemi leżały żółte liście i rdzawe igły. Zdjęcie mogło zostać wykonane w dowolnym lesie.

Mogło też być fałszywe.

Ktoś mógł kupić stary model butów, ubrudzić go i dopisać inicjały. Informacje o stroju Łucji pojawiały się w artykułach publikowanych po zaginięciu.

Marta chciała w to uwierzyć.

Wiedziała jednak, że szczegół dotyczący rozmazanego „M” nie został nigdzie opisany.

Telefon zadzwonił.

Ten sam numer.

Marta odebrała natychmiast.

— Kto mówi?

Przez chwilę słyszała wyłącznie trzaski.

— Wiktor Sagan.

Głos był starszy, bardziej zachrypnięty niż ten, który pamiętała, lecz nie mogła go pomylić z żadnym innym. Nadal miał w sobie ten sam spokój. Tę samą pewność, że kiedy mówi, pozostali powinni milczeć.

Marta zacisnęła dłoń na telefonie.

— Skąd ma pan ten but?

— Przyjedź, a ci pokażę.

— Gdzie go pan znalazł?

— W Jodłowej Górze.

Nazwa ośrodka podziałała jak nagłe uderzenie zimna.

— To jakiś żart?

— Nigdy nie żartowałem z tego, co stało się Łucji.

— Przez dwanaście lat pan milczał.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Tak — odpowiedział w końcu Wiktor.

Marta poczuła, że żołądek ściska się jeszcze mocniej.

Spodziewała się zaprzeczenia. Tłumaczenia. Może oburzenia. Nie tego jednego spokojnego słowa.

— Co pan wie?

— Więcej niż wtedy.

— Co to znaczy?

— Znalazłem rzeczy, których policja nie znalazła.

— Jakie rzeczy?

— Nie przez telefon.

Marta spojrzała na drzwi. Za nimi znajdowali się ludzie, znajomy korytarz, recepcja i codzienność, którą budowała przez lata. Wszystko wyglądało tak samo jak przed kilkoma minutami, ale już nie dawało poczucia bezpieczeństwa.

— Jeśli ma pan dowody, powinien pan zgłosić się na policję.

— Zgłoszę się.

— Kiedy?

— Po naszym spotkaniu.

— Dlaczego chce się pan spotkać ze mną?

Wiktor odetchnął ciężko.

— Bo tamtej nocy nie tylko ja skłamałem.

Marta poczuła suchość w ustach.

— Nie wiem, o czym pan mówi.

— Wiesz.

— Nie.

— Podczas przesłuchania powiedziałaś, że ostatni raz widziałaś Łucję po kolacji.

Marta nie odpowiedziała.

Na biurku leżała karta pacjentki. W rubryce dotyczącej celu terapii zapisała kilka minut wcześniej: „powrót do biegania bez bólu”. Litery wydawały się teraz nienaturalnie wyraźne.

— Tak było — powiedziała.

— Wyszłaś za nią.

Marta zamknęła oczy.

Korytarz ośrodka.

Ciemność za oknem.

Łucja schodząca po schodach z kurtką przewieszoną przez ramię.

Marta stojąca w cieniu przy automacie z napojami.

— Nie — powiedziała.

— Widziałaś samochód.

Obraz powrócił z taką siłą, że Marta musiała oprzeć się o biurko.

Czarny samochód zaparkowany obok bocznego wejścia. Tylne drzwi otwarte. Łucja rozmawiająca z kimś w środku. Potem szybki ruch, jakby próbowała się wycofać.

Reflektory.

Sylwetka Wiktora przy kierownicy.

A później drugi samochód ruszający z parkingu.

— Myli się pan — powiedziała Marta.

— Żadne z nas nie ma już czasu na kolejne kłamstwa.

— Czego pan ode mnie chce?

— Przyjedź do Jodłowej Góry w piątek.

Marta niemal się roześmiała.

— Nie.

— Wyślę ci adres i godzinę.

— Powiedziałam, że nie przyjadę.

— Będą inni.

— Jacy inni?

— Ci, którzy byli tamtej nocy.

Marta zesztywniała.

— Damian?

Wiktor nie odpowiedział.

— Iga? Robert?

— W piątek, siedemnasta.

— Dlaczego teraz?

Po drugiej stronie rozległ się kaszel. Głęboki, długi i bolesny. Wiktor przez chwilę nie był w stanie mówić.

— Bo wcześniej wydawało mi się, że da się z tym żyć — powiedział w końcu. — Myliłem się.

— To nadal nie jest odpowiedź.

— Zostało nam tylko jedno spotkanie.

— Nam?

— Całej grupie.

Marta usiadła.

— Co wydarzyło się Łucji?

Gdy Wiktor odpowiedział, jego głos był ledwie słyszalny.

— Nie uciekła.

Marta zacisnęła powieki.

— Wiem.

Pierwszy raz powiedziała to na głos.

Nie uciekła.

Przez lata powtarzano jej, że powinna zaakceptować najbardziej prawdopodobną wersję. Łucja znajdowała się pod ogromną presją. Groziła jej dyskwalifikacja. Mogła przeżyć załamanie, wyjechać, zmienić nazwisko, rozpocząć nowe życie.

Ludzie robili takie rzeczy.

Marta nigdy w to nie wierzyła.

Łucja nie zostawiłaby matki. Nie zniknęłaby bez słowa. Nie porzuciłaby wszystkiego, nie zabierając nawet pieniędzy.

Przede wszystkim jednak nie uciekłaby przed nią.

— Co pan jej zrobił? — zapytała Marta.

Wiktor milczał.

— Proszę odpowiedzieć.

— Ja jej nie zabiłem.

— Nie o to zapytałam.

— Przyjedź.

— Co pan jej zrobił?

Połączenie zostało przerwane.

Marta natychmiast oddzwoniła.

Numer był niedostępny.

Wstała tak gwałtownie, że krzesło przewróciło się na podłogę. Otworzyła drzwi i wyszła na korytarz.

Karolina podniosła głowę znad komputera.

— Marta?

— Odwołaj resztę wizyt.

— Wszystkie?

— Tak.

— Co się stało?

Marta zatrzymała się przy ladzie. Następny pacjent siedział kilka metrów dalej i przeglądał telefon. Starszy mężczyzna z bólem barku, którego znała od dwóch miesięcy. Spojrzał na nią zaskoczony.

— Źle się czuję — powiedziała.

Karolina wstała.

— Mam zadzwonić po kogoś?

— Nie.

— Może powinnaś pojechać do domu.

Do domu.

Niewielkie mieszkanie na czwartym piętrze. Białe ściany, książki, kilka roślin, ubrania ułożone według kolorów. Żadnych niepotrzebnych przedmiotów. Żadnych niespodzianek.

Miejsce, w którym od lat wszystko pozostawało pod kontrolą.

— Tak — powiedziała. — Pojadę.

W gabinecie spakowała laptop, dokumenty i telefon. Przed wyjściem jeszcze raz spojrzała na zdjęcie buta.

Pod fotografią pojawiła się nowa wiadomość.

Adres ośrodka w Jodłowej Górze.

Piątek, godzina siedemnasta.

Niżej znajdowało się zdanie:

WIEM, GDZIE JEST ŁUCJA.

Marta wpatrywała się w ekran, dopóki litery nie zaczęły się rozmazywać.

Piątek przypadał dokładnie dwunastego października.

Dwunasta rocznica zaginięcia.

Schowała telefon do kieszeni i wyszła z kliniki.

Mężczyzny w granatowej kurtce nie było już na przystanku.

Na chodniku, dokładnie naprzeciwko wejścia, została jednak mokra plama po czyichś butach. Obok krawężnika leżał niewielki czerwony przedmiot.

Marta podeszła bliżej.

Była to stara lampka dla biegaczy.

Taka, jaką dwanaście lat wcześniej Łucja przypięła do tylnej kieszeni kamizelki przed swoim ostatnim treningiem.

Spis treściROZDZIAŁ 2

Droga, której miała już nie zobaczyć

Marta przez trzy dni powtarzała sobie, że nie pojedzie.

W piątek rano obudziła się o piątej czterdzieści, zanim zadzwonił budzik. Leżała nieruchomo i patrzyła w ciemny sufit, słuchając odgłosów budzącego się miasta. W rurach zaszumiała woda. Na klatce schodowej trzasnęły drzwi. Gdzieś za ścianą rozpłakało się dziecko.

Jej torba stała spakowana w przedpokoju.

Włożyła do niej ubrania poprzedniego wieczoru, tłumacząc sobie, że robi to tylko na wypadek zmiany decyzji. Dwie pary spodni, sweter, bielizna, przybory toaletowe i kurtka przeciwdeszczowa. Na samym dnie leżały buty terenowe, których nie używała od ponad roku.

Nie pamiętała chwili, w której je tam włożyła.

Wstała i poszła do kuchni. Włączyła ekspres, lecz kiedy kawa była gotowa, nie potrafiła jej wypić. Stała przy oknie z kubkiem w dłoniach i obserwowała rzędy świateł samochodów przesuwających się po ulicy.

Na parapecie leżała czerwona lampka znaleziona przed kliniką.

Przyniosła ją do domu w foliowym woreczku. Nie dotykała jej od tamtej pory. Przez trzy dni próbowała ustalić, czy to naprawdę ten sam model, który Łucja miała podczas ostatniego treningu. W internecie znalazła kilka zdjęć podobnych lampek, ale żadna nie miała charakterystycznego pęknięcia na obudowie.

Ta miała.

Cienka linia biegła od przycisku do dolnej krawędzi.

Pamiętała dzień, w którym lampka upadła Łucji na asfalt przed stadionem. Wiktor kazał całej grupie biegać interwały po zmroku, mimo że obiekt nie był oświetlony. Łucja przypięła światło do spodenek, a podczas rozgrzewki zahaczyła o barierkę.

— Działa? — zapytała wtedy Marta.

Łucja nacisnęła przycisk. Czerwone światło mignęło trzy razy.

— Jest brzydsza, ale sprawna. Jak ja po tym obozie.

Pęknięcie było w tym samym miejscu.

Marta odstawiła kawę.

Mogła zadzwonić na policję. Powinna była zrobić to od razu. Miała zdjęcie buta, wiadomości i nagraną godzinę rozmowy z Wiktorem. Problem polegał na tym, że nie miała dowodu, iż znaleziony przedmiot należał do Łucji. Nie miała nawet pewności, że rozmowa nie była częścią okrutnej prowokacji.

Policja zapytałaby, dlaczego Wiktor skontaktował się właśnie z nią.

Potem zapytałaby o noc zaginięcia.

Marta przez dwanaście lat unikała chwili, w której ktoś zada to pytanie ponownie, tym razem dokładniej.

Odłożyła kubek do zlewu, chwyciła torbę i wyszła z mieszkania.

Nie nazwała tego decyzją.

Mówiła sobie, że jedzie tylko sprawdzić, czy Wiktor rzeczywiście znajduje się w ośrodku. Jeśli coś wyda jej się niebezpieczne, zawróci. Jeśli zobaczy Damiana, Igę albo Roberta, nie wysiądzie z samochodu. Jeśli trener zacznie manipulować, zadzwoni na policję.

Ustaliła zasady, zanim uruchomiła silnik.

Przez pierwszą godzinę trzymała się ich kurczowo.

Nie myślała o Jodłowej Górze. Słuchała radia, potem podcastu o rehabilitacji po zerwaniu więzadła krzyżowego, a gdy nie była w stanie skupić się na słowach, wyłączyła dźwięk.

Miasto zostało za nią. Zaczęły się szerokie pola, niskie domy i przydrożne stacje benzynowe. Niebo wisiało nisko, ciężkie od chmur. Wiatr przesuwał po asfalcie mokre liście.

Nawigacja wskazywała trzy godziny i czterdzieści minut do celu.

Marta znała tę trasę bez pomocy telefonu.

Dwanaście lat wcześniej jechała nią autobusem klubowym. Siedziała przy oknie, Łucja obok niej, a Damian z Pawłem rzucali z tyłu kulkami z papieru. Iga spała z głową opartą o szybę. Wiktor zajmował pierwsze siedzenie i co kilka minut odwracał się, żeby uciszyć grupę.

Byli wtedy przekonani, że jadą na najważniejszy obóz w swoim życiu.

Dla części z nich rzeczywiście taki się okazał.

Marta wjechała na drogę ekspresową. Ustawiła tempomat i zacisnęła dłonie na kierownicy.

Nie wiedziała, które wspomnienia były prawdziwe, a które zbudowała później, wracając do tamtych wydarzeń setki razy. Pamięć nie działała jak nagranie. Była bardziej podobna do mięśnia po kontuzji. Człowiek używał jej inaczej, omijał bolesne miejsca, przenosił ciężar na bezpieczniejszą stronę.

Z czasem zaczynał wierzyć, że tak poruszał się od początku.

Na ekranie telefonu pojawiło się połączenie od Karoliny.

Marta przez chwilę patrzyła na migające nazwisko, po czym odebrała przez zestaw głośnomówiący.

— Jesteś już w drodze? — zapytała recepcjonistka.

— Tak.

— Daleko?

— Jeszcze trzy godziny.

— Nadal możesz zawrócić.

Marta spojrzała w lusterko.

Za nią jechał srebrny samochód, dwa inne znajdowały się dalej.

— Wiem.

— Powiedziałaś komuś, dokąd jedziesz?

— Tobie.

— Mam na myśli kogoś z rodziny.

— Nie.

— Marta.

— Nie chcę ich martwić.

— Jedziesz do opuszczonego ośrodka na spotkanie z człowiekiem, który wysyła ci zdjęcia rzeczy należących do zaginionej dziewczyny. Martwienie się wydaje się rozsądną reakcją.

Marta westchnęła.

— Ośrodek nie jest opuszczony. Podobno działa sezonowo.

— Podobno?

— Tak wynika ze strony internetowej.

— Kiedy była aktualizowana?

— Nie wiem.

— Właśnie.

Marta minęła ciężarówkę i wróciła na prawy pas.

— Wyślę ci lokalizację.

— Już mi ją wysłałaś.

— W takim razie wszystko jest pod kontrolą.

Karolina prychnęła.

— Powiedz mi przynajmniej, kto tam będzie.

— Nie wiem.

— Ten trener?

— Tak.

— Ktoś jeszcze?

— Prawdopodobnie ludzie z dawnej grupy.

— Ci, o których nigdy nie mówisz?

Marta nie odpowiedziała.

Karolina pracowała z nią od czterech lat. Wiedziała, że Marta biegała w młodości, ale nie znała szczegółów. Nigdy nie pytała o medale ani zakończenie kariery. Uszanowała ciszę, choć z pewnością domyślała się, że nie wynikała ona ze skromności.

— Zadzwonisz po przyjeździe? — zapytała.

— Tak.

— I wieczorem.

— Dobrze.

— A jeśli nie zadzwonisz, kontaktuję się z policją.

— Nie przesadzaj.

— Podaj mi jeden powód, dla którego mam nie przesadzać.

Marta nie znalazła żadnego.

— Zadzwonię — powiedziała.

Po rozłączeniu w samochodzie znów zapanowała cisza.

Marta spojrzała w lusterko.

Srebrny samochód nadal jechał za nią.

Nie zwróciłaby na niego uwagi, gdyby nie fakt, że widziała go już wcześniej, jeszcze przed wjazdem na trasę ekspresową. Nie była pewna, czy to ten sam pojazd. Popularny model, zwykły kolor, żadnych charakterystycznych znaków.

Zmieniła pas.

Samochód zrobił to samo.

Marta poczuła napięcie w karku.

Przyspieszyła do stu trzydziestu kilometrów na godzinę. Srebrne auto utrzymywało odległość. Po minucie zjechała na prawy pas i zwolniła.

Kierowca również zwolnił.

Serce Marty przyspieszyło.

Na najbliższym zjeździe zobaczyła znak stacji benzynowej. Włączyła kierunkowskaz w ostatniej chwili i zjechała z drogi.

Srebrny samochód pojechał prosto.

Marta zaparkowała przy dystrybutorze, lecz przez chwilę nie wysiadała. Obserwowała wjazd. Auto nie wróciło.

— Zaczynasz wariować — powiedziała do siebie.

Jej głos zabrzmiał obco.

Weszła do budynku stacji. Kupiła wodę, kawę i kanapkę, której nie miała zamiaru jeść. Przy kasie stał stojak z akcesoriami sportowymi: opaskami odblaskowymi, bidonami i prostymi lampkami dla biegaczy.

Wszystkie były czerwone.

Marta odwróciła wzrok.

Kiedy wróciła do samochodu, na przedniej szybie znalazła mokry liść przyklejony dokładnie na wysokości kierownicy. Zerwała go i wsiadła.

Telefon pokazywał nową wiadomość od nieznanego numeru.

NIE PRZYJEŻDŻAJ.

Nie było zdjęcia ani podpisu.

Marta natychmiast oddzwoniła. Usłyszała komunikat, że numer nie istnieje.

Przeczytała wiadomość jeszcze raz.

Wiktor chciał, żeby przyjechała.

Ktoś inny próbował ją zatrzymać.

Przez chwilę naprawdę rozważała powrót. Mogła przekazać wszystko policji i poczekać, aż oni pojadą do ośrodka. Byłoby to rozsądne, bezpieczne i zgodne z zasadami, które ustaliła rano.

Uruchomiła silnik.

Zamiast skręcić w stronę miasta, wróciła na trasę.

Dwie godziny później krajobraz zaczął się zmieniać. Pola ustąpiły miejsca pagórkom, a potem coraz gęstszym lasom. Droga zwęziła się, zakręty stały się ostrzejsze. Mgła wisiała pomiędzy drzewami, zbierając się w zagłębieniach terenu.

Nawigacja straciła sygnał.

Marta i tak wiedziała, gdzie jechać.

Minęła miejscowość, w której dwanaście lat wcześniej autobus zatrzymał się na zakupy. Sklep nadal stał przy rynku, choć miał inny szyld. Dalej znajdował się kościół z wysoką, ciemną wieżą i niewielki parking.

Wspomnienie pojawiło się nagle.

Łucja siedziała na niskim murku przed sklepem i jadła lody, mimo że Wiktor zabronił im kupować słodycze.

— Powiesz mu? — zapytała, kiedy zobaczyła Martę.

— Zależy.

— Od czego?

— Czy dasz mi spróbować.

Łucja podała jej loda.

— Karmelowe są najlepsze.

— Trener mówi, że karmel to puste kalorie.

— Trener mówi też, że sen jest ważny, a budzi nas o szóstej.

Marta uśmiechnęła się mimowolnie.

Uśmiech zniknął, gdy na poboczu zobaczyła biegnącą kobietę.

Była około stu metrów przed nią. Czerwona kamizelka kontrastowała z szarym lasem. Biegaczka poruszała się lekko, z krótkim krokiem i ramionami trzymanymi blisko ciała.

Marta zwolniła.

Kobieta miała ciemne włosy związane w koński ogon.

Przez kilka sekund Marta nie mogła oderwać od niej wzroku.

Sylwetka była zbyt znajoma.

Łucja biegała dokładnie w ten sposób. Lekko pochylona do przodu, z lewą dłonią zaciśniętą mocniej niż prawą. Kiedy była zmęczona, głowa przechylała jej się delikatnie na bok.

Kobieta na poboczu zrobiła to samo.

Marta nacisnęła hamulec.

Samochód zatrzymał się kilkanaście metrów za nią. Włączyła światła awaryjne i wysiadła.

— Hej!

Biegaczka się nie odwróciła.

— Proszę zaczekać!

Marta ruszyła za nią. Początkowo szybkim krokiem, potem truchtem. Buty ślizgały się na mokrym asfalcie.

Kobieta przyspieszyła.

— Łucja!

Imię wyrwało się Marcie, zanim zdążyła je powstrzymać.

Biegaczka zniknęła za zakrętem.

Marta dobiegła do miejsca, w którym droga schodziła lekko w dół. Dalej ciągnął się prosty odcinek, widoczny przez co najmniej dwieście metrów.

Nikogo tam nie było.

Po obu stronach znajdował się gęsty las. Nie prowadziła do niego żadna ścieżka.

Marta stała pośrodku pobocza, próbując złapać oddech. Nie biegała od kilku miesięcy. Już po kilkudziesięciu metrach poczuła pieczenie w płucach i napięcie w lewej łydce.

— To nie była ona — powiedziała.

Wiedziała o tym.

Łucja, gdyby żyła, miałaby dziś trzydzieści jeden lat. Kobieta na drodze wyglądała tak samo młodo jak w noc zaginięcia.

Marta spojrzała na asfalt.

Mokre ślady butów prowadziły jeszcze kilka metrów, a potem urywały się przy krawędzi drogi.

Pochyliła się.

Przy ostatnim odcisku leżał niewielki czarny przedmiot.

Plastikowa zaślepka od sznurówki.

Na powierzchni ktoś wydrapał jedną literę.

M.

Marta podniosła przedmiot, choć rozsądek podpowiadał jej, żeby go nie dotykała. Plastik był zimny i mokry.

Z lasu dobiegł trzask gałęzi.

Wyprostowała się.

— Jest tam ktoś?

Cisza.

Potem kolejny dźwięk, dalej między drzewami.

Marta cofnęła się w stronę samochodu. Z każdym krokiem miała coraz silniejsze wrażenie, że ktoś obserwuje ją z ciemności.

Wsiadła, zamknęła drzwi i natychmiast zablokowała zamki.

Dłonie drżały jej tak mocno, że przez chwilę nie mogła trafić kluczykiem do stacyjki.

Dopiero gdy ruszyła, spojrzała w lusterko.

Na zakręcie stała kobieta w czerwonej kamizelce.

Tym razem nie biegła.

Patrzyła prosto na samochód.

Marta odwróciła się gwałtownie, ale droga za nią była pusta.

Przez następne kilometry nie zatrzymywała się ani razu.

Ostatni odcinek prowadził wąską drogą wspinającą się wzdłuż zbocza. Nawierzchnia była popękana, miejscami pokryta błotem i mokrymi igłami. Znaki ostrzegały przed osuwiskami i spadającymi kamieniami.

O siedemnastej zero osiem Marta zobaczyła bramę ośrodka.

Metalowy napis „JODŁOWA GÓRA” był zardzewiały, a część liter przechylała się pod różnymi kątami. Budynki znajdowały się jeszcze kilkaset metrów dalej, ukryte między drzewami.

Brama była otwarta.

Marta zatrzymała samochód.

Mogła zawrócić.

Droga za nią pozostawała pusta. Nikt nie blokował wyjazdu. Wystarczyło skręcić, wrócić do najbliższej miejscowości i zadzwonić na policję.

Telefon pokazywał brak zasięgu.

Marta wjechała na teren ośrodka.

Główny budynek wyglądał niemal tak samo jak dwanaście lat wcześniej. Długi, trzypiętrowy, z ciemnym drewnianym dachem i balkonami ciągnącymi się wzdłuż fasady. Tynk był bardziej popękany, część okien zabito deskami, a nad wejściem nie świecił już neon.

Na parkingu stało pięć samochodów.

Marta rozpoznała czarne auto Damiana z reklam, którymi chwalił się w mediach społecznościowych. Obok zaparkowano biały samochód terenowy, eleganckie granatowe kombi, starego zielonego hatchbacka i srebrny sedan.

Ten sam model, który jechał za nią na trasie.

Silnik nadal był ciepły. Z rury wydechowej unosiła się para.

Marta zaparkowała przy końcu placu. Nie wysiadła od razu.

W oknach budynku nie paliło się żadne światło. Na zewnątrz nie było ludzi. Tylko deszcz stukał o dach samochodu, a wiatr poruszał gałęziami wysokich jodeł.

Wyjęła telefon i spróbowała zadzwonić do Karoliny.

Brak sieci.

Napisała wiadomość: „Jestem na miejscu”. Telefon jej nie wysłał.

Marta schowała urządzenie do kieszeni i wysiadła.

Powietrze pachniało mokrą ziemią, korą i dymem. Gdzieś w pobliżu ktoś palił drewnem. Z oddali dochodził szum potoku.

Podeszła do srebrnego sedana.

Na tylnej kanapie leżała czerwona kurtka.

Przednia szyba była zaparowana od środka.

Marta pochyliła się, próbując zajrzeć do wnętrza. Na fotelu kierowcy nikogo nie było. Nie dostrzegła żadnych dokumentów ani przedmiotów pozwalających rozpoznać właściciela.

Usłyszała skrzypnięcie.

Drzwi głównego budynku otworzyły się powoli.

W progu stał wysoki mężczyzna.

Miał na sobie ciemny sweter i szare spodnie. Włosy były krótsze niż kiedyś, prawie całkowicie siwe. Twarz wychudła, policzki zapadły się, a pod oczami pojawiły głębokie cienie.

Mimo to Marta rozpoznała go natychmiast.

Wiktor Sagan.

Przez kilka sekund patrzyli na siebie bez słowa.

— Spóźniłaś się — powiedział.

Ten sam ton.

Nie powitanie. Nie pytanie.

Ocena.

Marta poczuła, jak coś w niej twardnieje.

— Minęło dwanaście lat — odpowiedziała. — Osiem minut nie powinno robić różnicy.

Wiktor przyjął słowa bez reakcji.

— Wejdź. Wszyscy już są.

Marta spojrzała na budynek.

— Najpierw chcę zobaczyć but.

— Zobaczysz.

— Teraz.

Wiktor kaszlnął. Zakrył usta dłonią, odwracając twarz. Atak trwał kilka sekund. Gdy opuścił rękę, Marta dostrzegła na skórze ciemną plamę.

Krew.

Trener szybko schował dłoń do kieszeni.

— Nie na parkingu — powiedział.

— Dlaczego?

— Bo ktoś nas obserwuje.

Marta spojrzała w stronę lasu.

— Kto?

— Gdybym wiedział, nie zapraszałbym was tutaj.

— To pan wysłał wiadomość, żebym nie przyjeżdżała?

Wiktor zmarszczył brwi.

— Nie.

— Kto jechał srebrnym samochodem?

— Nie wiem.

Marta wskazała pojazd.

— Należy do któregoś z nas?

Trener popatrzył na auto, a jego twarz na moment się zmieniła.

Nie był to strach.

Raczej zaskoczenie człowieka, który zobaczył coś, czego nie powinno tam być.

— Tego samochodu nie było dziesięć minut temu — powiedział.

Marta odwróciła się.

Silnik sedana już nie pracował.

Na szybie od strony kierowcy pojawił się napis. Wcześniej go tam nie zauważyła, ponieważ para pokrywała szkło od wewnątrz.

Ktoś przeciągnął palcem po zaparowanej powierzchni.

Cztery słowa.

MARTA, NIE WCHODŹ DO ŚRODKA.

Spis treści
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij