-
nowość
Ostatnia Interwencja - ebook
Ostatnia Interwencja - ebook
Tuż przed emeryturą stary policjant prosi komisarz Lenę Kordel o spotkanie w sprawie interwencji, której oficjalnie nie ma w aktach. Zostaje zastrzelony, zanim zdąży powiedzieć więcej. Lena — odsunięta do drogówki, po naganie, jeżdżąca tramwajem za własne — jest jedyną osobą, do której zwrócił się umierający. To, co po nim zostało, jest zbyt skąpe, by od razu wskazać sprawcę. Krok po kroku odkrywa zmowę milczenia, w której cudze kompromisy i lojalność wobec munduru przez lata zastępowały pamięć — a najtrudniejszej prawdy strzeże nie łajdak, lecz człowiek, który z milczenia uczynił cnotę. Ostatnia Interwencja to powolny, realistyczny polski kryminał i thriller policyjny w klimacie nordic noir — bez taniej sensacji, za to z prawdziwą ceną wyboru prawdy ponad lojalność. Finałowy tom serii Akta Milczenia.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788384330784 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Kartka wyślizgnęła mu się zza podszewki czapki, gdy ją zdejmował na korytarzu komendy, i Tadek Roszak złapał ją w powietrzu, zanim spadła na lastriko. Złożona na czworo, miękka od noszenia, róg przetarty na biało. Wsunął ją z powrotem, tym razem do kieszeni kurtki, i przez chwilę stał z dłonią na piersi, jakby sprawdzał, czy bije.
Na drugim piętrze pachniało kawą z automatu i czymś przypalonym, jakby ktoś trzymał kanapkę za blisko grzejnika. Tadek nie był tu od lat. Zmienili podłogę, drzwi miały nowe klamki, ale schody zostały te same, za wąskie, z poręczą wytartą do połysku w jednym miejscu, i to mu wystarczyło, żeby wiedzieć, dokąd skręcić. Szedł wolno. Kolano dawało o sobie znać od progu na parterze.
Przy pokoju, którego szukał, były dwie tabliczki: jedna z numerem, druga przykręcona krzywo, z napisem, którego nie zdążył przeczytać, bo drzwi się otworzyły i wyszedł z nich mężczyzna z teczką pod pachą, który minął go bez słowa. Tadek cofnął się pod ścianę. Przepuścił. Czekał, aż korytarz znów będzie pusty, i dopiero wtedy zajrzał przez szparę.
Siedziała tyłem do drzwi. Poznał ją po sposobie, w jaki się garbiła nad biurkiem — nie zmęczeniem, raczej uporem, jakby chciała być mniejsza od tego, co przed nią leżało. Na blacie miała rząd teczek granatowych grzbietami do góry i flamaster, którym obwodziła coś na jednej z nich, powoli, litera po literze. W pokoju ktoś jeszcze był, starszy, jadł nad papierami, słychać było papier od kanapki. Radio grało cicho.
Tadek odsunął się od drzwi.
Nie tak to sobie ułożył. Miał wejść, przedstawić się, powiedzieć dwa zdania i zostawić jej spokój — niech sama zdecyduje. Wszystko to nosił w głowie od tygodnia, przekładał słowa, skreślał, układał na nowo, aż przestały do siebie pasować. Teraz, pod tymi drzwiami, nie pamiętał ani jednego. Pamiętał tylko, co o niej mówili: że trzy razy poszła pod cudze drzwi, kiedy jej zabraniali, i trzy razy oberwała, i że teraz siedzi za karę przy teczkach na drugim piętrze. Po to przyszedł do niej, a nie do tamtych z góry. Tamci z góry by mu podziękowali i odprowadzili do windy.
Zszedł na parter. Przy szatni stał automat z kawą. Wrzucił monetę, wybrał czarną bez cukru, i kubek napełnił się do połowy, a potem maszyna zaszumiała i zgasła. Tadek postał nad nią chwilę, patrząc na to pół kubka, jakby od tego coś zależało. Wypił. Było gorzkie i letnie.
Na zewnątrz mróz brał się dopiero pod wieczór. Przeszedł kawałek Narutowicza, do budki z gazetami, której tam już nie było — w jej miejscu stała witryna z telefonami — i przystanął, bo nie wiedział, w którą stronę. Wyjął komórkę. Stary aparat, klawisze duże, ekran porysowany. Przewinął do numeru, który zapisał sobie pod literą K, choć nie był pewny, czy dobrze, i wcisnął zieloną słuchawkę.
Sygnał. Drugi. Trzeci.
Rozłączył się, zanim odebrała.
Schował telefon do kieszeni, do tej samej, w której leżała kartka, i poczuł ją pod palcami. Stał tak na chodniku, ludzie go omijali, ktoś trącił go torbą i mruknął przepraszam. Tadek nie ruszył się. Wyjął kartkę, rozłożył. Były na niej cyfry, jego własnym pismem, koślawym od tego, że pisał w aucie na kolanie — numer telefonu, bez nazwiska, bez niczego. Pod spodem, mniejszą kreską, jedno słowo zaczęte i niedokończone, urwane w połowie, bo wtedy ktoś go zawołał i już nie wrócił do tej kartki.
Złożył ją z powrotem. Nie tak. Numer nic jej nie powie, a sam numer, bez słowa, to dla niej kłopot, nie pomoc. Trzeba powiedzieć choć jedno zdanie, które się trzyma kupy. Spróbował ułożyć je w głowie, idąc do przystanku: dzień dobry, pani komisarz, pani mnie nie pamięta, ale ja panią tak. To było za dużo i za mało naraz.
Tramwaj nadjechał i Tadek nie wsiadł.
Wrócił pod komendę, kiedy się już ściemniało i w oknach na drugim piętrze paliło się światło. Postał po drugiej stronie ulicy, oparty o latarnię, z rękami w kieszeniach. Zapalił, choć obiecywał Krysi, że rzucił. Patrzył na te okna. W jednym przeszła czyjaś sylwetka, przystanęła, znów przeszła. Mogła być jej, mogła nie być.
Zadzwonił jeszcze raz. Tym razem przygotował zdanie, trzymał je na języku jak coś, co może wypaść.
Odebrała po drugim sygnale.
— Kordel — powiedziała. Głos miała niski, zniecierpliwiony, jakby ktoś jej przerwał coś, czego i tak nie chciała robić.
Tadek otworzył usta. Z drugiej strony słychać było, jak coś przekłada, jak skrzypi krzesło.
— Halo — powiedziała. — Słucham.
— Dzień dobry — powiedział wreszcie, i własny głos wydał mu się obcy, za stary. — Ja w sprawie… — Urwał. Sylwetka w oknie znów się przesunęła. — Pani mnie nie pamięta. Roszak jestem. Z dawnych lat.
Cisza po drugiej stronie. Nie odłożyła słuchawki. Słyszał tylko, jak coś u niej szeleści, papier albo płaszcz, i jak gdzieś dalej dzwoni inny telefon.
— Roszak — powtórzyła w końcu, ostrożnie, jakby przymierzała nazwisko do czegoś i nie pasowało.
— Z prewencji. Dawno. — Zaciągnął się. Dym wyszedł mu nosem. — Ja bym chciał z panią pogadać. Nie przez telefon. Jest taka… — znów to słowo, które miał gotowe i które teraz nie chciało wyjść — jest jedna rzecz, dawna, której nie ma. To znaczy jest, ale jej nie ma. W papierach.
Słyszał, że oddycha. Gdzieś z tyłu, w jej pokoju, ktoś coś powiedział, ona nakryła słuchawkę dłonią, odpowiedziała półsłowem, wróciła.
— Proszę pana — powiedziała, i było w tym zmęczenie, które znał, bo sam je miał. — Ja nie prowadzę spraw. Ja siedzę przy teczkach. Jak pan ma zgłoszenie, to na dyżurkę albo do swojego komisariatu.
— Nie, nie zgłoszenie. — Tadek przełożył telefon do drugiej ręki. Latarnia nad nim mrugnęła. — To nie jest do zgłoszenia. To jest… Ja mam pani coś dać. Numer mam. I powiedzieć, co przy tym numerze było. Tylko nie chcę przez telefon, bo to nie jest na telefon.
— Numer.
— Tak. — Zamilkł. Po drugiej stronie ulicy zgasło jedno z okien. — Pani komisarz, ja wiem, że to brzmi jak od wariata. Ja pana Hanusza znałem. Wiktora. Pani u niego zaczynała, prawda? — Powiedział to i od razu pożałował, bo usłyszał, jak jej krzesło znów skrzypnęło, tym razem inaczej. — On by pani powiedział, żeby pani ze mną pogadała. To znaczy nie, on by nie powiedział. Ale pani by go posłuchała, jak był jeszcze.
Długa cisza.
— Skąd pan ma ten numer do mnie — zapytała.
— Z książki. Stary jestem, dzwonię po starych numerach. — Próbował się zaśmiać, wyszło z tego coś innego. — Ja się pani narzucam, wiem. Może pani odłożyć. Ja tylko pomyślałem, że pani jedna nie odłoży.
Nic nie odpowiedziała. Słyszał komendę za jej plecami: cudzy głos, drzwi, daleki telefon. Papieros dopalił mu się do filtra; sparzył palce, a on wciąż go trzymał.
— Niech pan przyjdzie jutro do dyżurnego i zostawi na mnie — powiedziała w końcu. — Albo zadzwoni rano. Teraz kończę.
— Dobrze. — Tadek skinął głową, choć go nie widziała. — Dobrze, pani komisarz. Jutro. Albo rano.
Chciał jeszcze coś dodać, to jedno zdanie, które trzyma się kupy, ale go już nie miał, więc powiedział tylko „do widzenia", i ona też coś powiedziała, krótko, i się rozłączyła.
Tadek stał jeszcze chwilę z telefonem przy uchu, słuchając sygnału. Potem schował go, rzucił niedopałek, przydeptał. Wyjął kartkę ostatni raz, w świetle latarni, popatrzył na numer i na to urwane słowo pod spodem. Wsunął ją z powrotem do kieszeni, najgłębiej, jak się dało.
Tramwaj nadjechał z drugiej strony i tym razem wsiadł. Jutro powie to lepiej, ułoży zdanie i powie; jeden dzień już niczego nie psuł. Usiadł z tyłu, oparł głowę o słupek i patrzył, jak okna komendy zostają za szybą i jak je zabiera zakręt. Rękę trzymał w kieszeni, na kartce. Za szybą leciało zimne miasto, latarnia za latarnią, i Tadek liczył je bez powodu, aż przestał.MALOWANIE MOSTU
Flamaster zaczynał wysychać już na drugiej teczce, więc Lena potrząsała nim co kilka liter i przyciskała stalówkę mocniej, aż zostawiała na grzbiecie zgrubiałą kreskę zamiast cienkiej. Granatowy. Czarnych nie było w hurtowni od jesieni i nikt już nie udawał, że będą. Obwiodła nazwisko, którego i tak nie dało się przeczytać — zostały z niego dwie litery na początku i ogon na końcu, reszta wyblakła w te wszystkie lata, kiedy teczka leżała w wilgotnym pokoju na końcu korytarza — i przeszła do następnej. Kafelek po kafelku, jak malowanie mostu, gdzie zanim dojdziesz do końca, tamten koniec już trzeba zaczynać od nowa. Granat schnął, więc znów nim potrząsnęła.
W pokoju było zimno przy oknie i za ciepło przy grzejniku, między jednym a drugim nie dało się usiąść tak, żeby było dobrze. Werblik siedział przy grzejniku. Rozłożył na teczkach gazetę, na gazecie papier śniadaniowy, na papierze kanapkę z pasztetową, i jadł, czytając kolumnę z wynikami, których nie obstawiał, ale lubił wiedzieć, kto przegrał. Co jakiś czas oblizywał kciuk i przewracał stronę.
— Od której dzisiaj idziesz — zapytał, nie podnosząc głowy.
— Co?
— Litery. Od A czy od końca.
— Od L.
Werblik pokiwał głową, jakby to coś znaczyło, i wrócił do gazety. Pytał o to mniej więcej raz na tydzień i za każdym razem zapominał odpowiedź, bo odpowiedź była mu niepotrzebna; potrzebny był dźwięk, że ktoś jeszcze jest w pokoju. Lena to rozumiała. Sama, gdyby siedziała tu sama, mówiłaby pewnie do teczek.
Radio na parapecie grało coś, czego nie znała, ze stacji, której nikt z nich nie ustawiał — ustawiło się samo, kiedyś, i zostało. Za oknem padał śnieg, który nie chciał się trzymać. Łapał się dachu radiowozu na podwórzu, leżał chwilę i schodził w brudną wodę, a radiowóz stał tam od rana, bo nie odpalił, i czekał na kogoś z warsztatu, kto miał przyjść po dziewiątej i nie przyszedł. Lena znała to czekanie. Jej własne auto stało pod lipą od listopada i ona dawno przestała wkładać kluczyk.
Doszła do litery M, kiedy zadzwonił telefon na biurku Werblika.
Werblik odłożył kanapkę na papier, wytarł palce o spodnie i podniósł słuchawkę z tą powolnością, z jaką robił wszystko, co nie było holowaniem.
— Drogówka, słucham. — Posłuchał. — Nie, to nie do nas. To pani na dyżurkę. — Posłuchał jeszcze. — Pani, ja tu mam ruch drogowy. Wypadki, kolizje, holowania. Jak pani ktoś zastawił bramę, to dzielnicowy. — Odłożył słuchawkę i wrócił do pasztetowej. — Zastawił jej bramę. Trzeci raz dzwoni z tym do drogówki.
Lena obwiodła Markowskiego, czy może Mórawskiego, nie dało się rozstrzygnąć, i nie obwiodła nikogo pod spodem, bo pod spodem nazwisko zlało się z plamą po zacieku w jeden szary kształt. Zostawiła to. Były teczki, których nie dało się uratować flamastrem, i przy nich człowiek uczył się nie próbować. Tej nauki akurat była już pewna.
Drzwi otworzyła Renia, bokiem, bo w jednej ręce niosła dzbanek, a drugą trzymała klamkę, żeby się nie trzasnęły.
— Kawa prawdziwa — powiedziała. — Z mojego. Tylko szybko, bo zaraz zimna.
Postawiła dzbanek na skraju biurka Leny, tam gdzie nie było teczek, i nalała do kubka, który stał tu od tygodnia z resztką po wczorajszej. Nie zwróciła uwagi. Renia nalewała kawę jak coś, czego się nie odmawia, i miała rację, że się nie odmawiało.
— Lasocka cię szukała rano — dodała, ciszej, choć Werblik i tak słyszał. — Nic pilnego. Tak mówię, żebyś wiedziała, że szukała, jakby co.
— Jakby co.
— No. — Renia poprawiła dzbanek, choć stał prosto. — Uważaj na siebie. Rozpakowałaś te pudła?
— Rozpakuję.
— Aha — powiedziała Renia, i obie wiedziały, jak to jest, i Renia poszła z dzbankiem do następnego pokoju, gdzie też ktoś nie odmawiał.
Kawa była gorąca i naprawdę kawą. Lena trzymała kubek w obu dłoniach, bo dłonie zmarzły przy oknie, i przez chwilę nie obwodziła niczego. Lasocka szukała. „Nic pilnego" w ustach Reni nie znaczyło, że nic pilnego; znaczyło, że Renia nie chce, żeby Lena szła do Lasockiej zdenerwowana z góry. To było uprzejme i to nic nie zmieniało. Lasocka szukała jej teraz tylko po to, żeby przypomnieć rzeczy, które obie znały na pamięć, a obie wolały, żeby nie trzeba ich było mówić na głos. Litery, kolumna, czwarta rzecz. Lena dopiła kawę i wróciła do M.
Telefon zadzwonił znowu, ale tym razem jej.
Nie miała na biurku telefonu służbowego — drogówka jeden aparat dzieliła — więc to był jej własny, w kieszeni płaszcza przewieszonego przez oparcie. Wibrował o drewno. Wyjęła go: na ekranie numer, którego nie znała, bez nazwiska. Przez sekundę pomyślała, że to warsztat w sprawie radiowozu, bo czekali na warsztat, a potem przypomniała sobie, że radiowóz to nie jej sprawa, nic w tym pokoju nie było jej sprawą poza literami.
Odebrała, bo łatwiej było odebrać niż patrzeć, jak dzwoni.
— Kordel.
Po drugiej stronie ktoś nabrał powietrza, jakby się szykował, i nie powiedział od razu. Słyszała ulicę za nim, samochód, daleki sygnał tramwaju. Potem głos, męski, niemłody, ostrożny.
— Dzień dobry pani. To znów Roszak. Dzwoniłem wczoraj.
Pamiętała. Niechętnie, ale pamiętała — wczoraj wieczorem, pod koniec dnia, ten sam głos, który nie umiał dojść do rzeczy, i ona, która nie miała siły mu w tym pomóc. Coś o sprawie, której nie ma. O numerze. O Hanuszu. To ostatnie zostało jej w głowie dłużej, niż chciała; wróciło w nocy raz, bez powodu, i odeszło.
— Pamiętam — powiedziała.
— Bo pani mówiła, żeby rano. To dzwonię rano. — Zaśmiał się krótko, nie wiadomo z czego. — Wiem, że już nie tak całkiem rano.
Werblik podniósł głowę znad gazety, zobaczył, że to prywatne, i wrócił do kolumny, ale został w nim ten gest, ten słuch, który zostawał w starym glinie, nawet kiedy nie chciał słuchać. Lena odwróciła się bokiem, w stronę okna, do śniegu, który nie leżał.
— Panie Roszak — zaczęła, i usłyszała we własnym głosie ton, którym kończyło się rozmowy, zanim się je zaczęło. — Ja panu wczoraj mówiłam, gdzie z tym pójść.
— Mówiła pani. Na dyżurkę albo do swojego komisariatu. — Przerwał. — Tylko że to nie jest na dyżurkę. Na dyżurce mi powiedzą to samo, co panią proszę, żeby pani mi nie powiedziała. Że tego nie ma.
Coś w tym zdaniu było ułożone wcześniej, słychać było, że je nosił, że je przekładał, jak człowiek przekłada rzecz, której się boi dotknąć na gładko. Lena znała ten ton z drugiej strony. Sama tak nosiła zdania, kiedy szła pod cudze drzwi.
— Czego nie ma? — zapytała, i pożałowała pytania w tej samej chwili, w której je zadała, bo pytanie było uchyleniem drzwi, a ona właśnie te drzwi miała zamykać.
— Interwencji. — Powiedział to i zamilkł, jakby samo słowo go zmęczyło. — Dawnej. Byłem przy niej. Jeden z dwóch. I jej nie ma w papierach, pani komisarz, a ja wiem, że była, bo ja przy niej stałem.
Za oknem warsztatowiec wreszcie przyszedł — chłopak w pomarańczowej kamizelce, z walizką narzędzi — obszedł radiowóz, kopnął oponę, otworzył maskę i zniknął w niej do połowy. Lena patrzyła na to, jak na jedyną rzecz w tym dniu, która miała się skończyć czymś konkretnym.
— Panie Roszak, ile pan ma lat?
— Sześćdziesiąt jeden. A co?
— Bo interwencja, której nie ma w papierach, to albo była dawno tak, że już ją wybrakowali zgodnie z przepisem, i wtedy nie ma jej, bo tak ma być, albo jej rzeczywiście nie zapisano, i wtedy też nikt panu tego po dwudziestu latach nie odtworzy. Tak czy tak nie ma czego szukać. Mówię panu to nie po to, żeby pana zbyć. Mówię, bo to prawda, a pan chyba przyszedł po prawdę, nie po obietnicę.
Powiedziała to jednym tokiem, spokojnie, i była z siebie prawie zadowolona, bo to było uczciwe i to powinno wystarczyć. Po drugiej stronie nie odpowiedział od razu. Słyszała, że oddycha, że gdzieś przy nim przejechał autobus, że odsunął się może pod ścianę, bo wiatr ustał w słuchawce.
— Tak — powiedział w końcu. — Tak, ma pani rację. Tak by powiedział każdy. I dlatego nikt z tym nic nie zrobił przez te lata, bo każdy ma rację, że nie ma czego szukać. — Nie było w tym wyrzutu. Było zmęczenie kogoś, kto sam sobie to powtarzał tysiąc razy. — Ja nie chcę, żeby pani szukała. Ja chcę pani to oddać. Mam coś. Numer mam i jeszcze jedną rzecz. Żeby to nie zostało przy mnie, jak umrę. To wszystko.
Werblik wstał, zmiął papier po kanapce, wrzucił do kosza, chybił, schylił się, podniósł, wrzucił jeszcze raz. Hałas zwykłej rzeczy. Lena czekała, aż przejdzie.
— To niech pan to odda komuś, kto prowadzi sprawy — powiedziała. — Ja nie prowadzę. Pan to wczoraj słyszał i dzisiaj pan słyszy. Ja obwodzę nazwiska na teczkach. To cała moja robota i nie żartuję, naprawdę cała.
— Wiem — powiedział Roszak, i to „wiem" było gorsze od wszystkiego, co mógł powiedzieć, bo nie było zdziwione. — Wiem, pani komisarz. Po to do pani.
Zapadła cisza, w której warsztatowiec za szybą wyprostował się znad maski i zawołał coś do nikogo, machnął ręką, że nic z tego, że trzeba holować. Lena odprowadziła go wzrokiem, jak schodził z podwórza po kogoś, kto miał decyzję o holowaniu, choć decyzja była oczywista i tak.
— Niech pan posłucha — powiedziała, i tym razem usłyszała, że mówi ciszej, niż chciała. — Ja teraz nie mogę. Nie chodzi o godzinę. Ja w ogóle teraz nie mogę wchodzić w żadną sprawę, w nic, co ma numer, datę i czyjeś nazwisko. Mam to zabronione i mam powody, żeby tego zakazu nie złamać. To nie jest tak, że nie chcę pana wysłuchać. To jest tak, że jak pana wysłucham, to potem nie umiem zostawić, a tym razem muszę umieć. Rozumie pan?
Powiedziała mu więcej, niż mówiła komukolwiek od miesięcy, i sama nie wiedziała dlaczego — może dlatego, że był stary i mówił jak ktoś, kto nie zrobi z tego użytku, może dlatego, że wspomniał Hanusza, a Hanusz uczył ją kiedyś, że człowiekowi, którego się odprawia, należy się przynajmniej prawda, dlaczego się go odprawia.
— Rozumiem — powiedział Roszak. — Bardzo dobrze rozumiem. Pani sobie obiecała.
To trafiło bliżej, niż chciała. Nie odpowiedziała.
— No to ja nie będę. — Słychać było, że się prostuje, że bierze się w garść. — Ja pani dam spokój. Tylko jakby pani jednak… To ja będę w okolicy. Ja nie wyjeżdżam. Numer pani się zapisał, prawda? Z mojego telefonu.
— Zapisał się.
— No to dobrze. — I dodał, już zupełnie zwyczajnie, jak ktoś, kto kończy rozmowę o niczym: — To pani niech sobie zdrowo. Zimno teraz. Pani się nie przeziębi.
Rozłączył się pierwszy, zanim zdążyła powiedzieć do widzenia, i to ją zatrzymało na sekundę dłużej, niż całe to, co powiedział, bo ludzie tacy jak on nie rozłączali się pierwsi; czekali, aż się ich odprawi do końca. Spojrzała na ekran. „Połączenie zakończone." Numer został, bez nazwiska. Pomyślała, żeby go skasować, i nie skasowała, i powiedziała sobie, że nie kasuje dlatego, że to bez znaczenia, a numer bez znaczenia można zostawić.
— Kto to? — zapytał Werblik, nie z ciekawości, tylko żeby coś powiedzieć.
— Stary glina. Coś go gryzie.
— A. — Werblik usiadł z powrotem przy grzejniku, zajrzał do gazety, ale już jej nie czytał. — Ich na starość gryzie. Mojego ojca gryzło. Siedział i opowiadał wnukom rzeczy, których nikt nie chciał słuchać, aż się obraził na wszystkich i umarł. — Powiedział to bez ciężaru, jak rzecz dawno przetrawioną. — Niech idzie do swoich. Emeryci mają stowarzyszenie, spotkania, kawę. Tam go wysłuchają. My tu mamy litery.
Litery. Lena wzięła flamaster, potrząsnęła nim, przycisnęła. Granat. M, Ma, Mar. Stalówka znów zostawiła zgrubiałą kreskę zamiast cienkiej, i Lena obwiodła po niej drugi raz, mocniej.
O pierwszej poszła do Lasockiej, bo lepiej było pójść samej, niż czekać, aż przyślą. Sekretariat pachniał kawą Reni i kaloryferem. Renia podniosła głowę, pokazała wzrokiem, że Lasocka jest, że można, i wróciła do swojego.
Lasocka siedziała za biurkiem, na którym leżały trzy oddzielne stosy, a ona patrzyła na czwarty, którego nie było, bo była to pewnie godzina, o której patrzyła na to, czego nie zdążyła. Wskazała Lenie krzesło, nie podnosząc się.
— Siadaj. Na chwilę.
Lena usiadła. Krzesło dla petentów, niższe niż trzeba, tak ustawione przez kogoś dawno, żeby człowiek, który siada, od razu wiedział, gdzie siada.
— Nic nie zrobiłaś — powiedziała Lasocka. — Wiem, że nic nie zrobiłaś. Wołałam cię nie dlatego, że coś. Wołałam, żebyś wiedziała, że ja patrzę, jak nic nie robisz, i że to widzę, i że to dobrze. — Przesunęła jeden stos o centymetr, bez powodu. — Kałuża dostał z prokuratury pismo. W sprawie tamtego zawiadomienia. Nie wszczął. Odłożyli, na razie. To nie znaczy, że odłożyli na zawsze, to znaczy, że odłożyli teraz. Mówię ci, żebyś nie myślała, że jak cicho, to po sprawie. Cicho to nie po sprawie. Cicho to przerwa.
— Wiem.
— Wiesz. — Lasocka oparła się o blat, patrzyła na nią bez życzliwości i bez jej braku, jak na pozycję, którą trzeba domknąć. — Masz coś? Cokolwiek? Ktoś dzwoni, ktoś przychodzi, ktoś ci coś podsuwa? Bo jak masz, to ja wolę wiedzieć teraz, niż się dowiedzieć z kolumny Kałuży.
Lena pomyślała o numerze bez nazwiska w swoim telefonie. O starym glinie, którego odprawiła. O tym, że to było nic, że sama je odprawiła, że dobrze zrobiła, że to się nie liczy.
— Nie mam nic — powiedziała.
To nie było kłamstwo. Odprawiła go. Niczego nie wzięła, nigdzie nie poszła, nic nie obiecała. W rubryce, którą Lasocka prowadziła w głowie, „nie mam nic" było prawdą do ostatniej litery.
— To dobrze — powiedziała Lasocka, i odwróciła wzrok do stosów, co znaczyło, że już jej nie ma. — Idź do swoich liter. I rozpakuj wreszcie te pudła. Renia mi mówi, że nie rozpakowałaś. Nie wiem, czemu mnie to obchodzi, ale obchodzi.
Lena wstała. W drzwiach Lasocka dodała, nie podnosząc głowy:
— I uważaj na siebie.
Drugi raz tego dnia ktoś jej to powiedział, te same słowa, i drugi raz nie znaczyły zupełnie tego samego.
Wróciła do pokoju, do liter. Za oknem holownik zabierał wreszcie radiowóz, zahaczony za przód, z kołami sztywno po asfalcie, i Werblik podszedł do szyby popatrzeć, jak go zabierają, bo to było jedyne, co się tu dziś naprawdę ruszyło z miejsca. Lena dorobiła do końca M i zaczęła N, a flamaster wysychał, i znów go potrząsała, i znów przyciskała mocniej, niż trzeba.
Wieczorem, w tramwaju, telefon nie zadzwonił. Nie czekała na to. Przetarła rękawem kółko na zaparowanej szybie i liczyła przystanki, jak zawsze, a na jednym z nich, na placu, gdzie stała stara budka po sprzedawcy gazet, pomyślała przez sekundę, żeby do niego oddzwonić — nie po to, żeby coś prowadzić, tylko żeby mu powiedzieć, niech naprawdę pójdzie do swoich, niech to komuś odda i niech ma spokój. Wyjęła telefon. Numer był, bez nazwiska. Patrzyła na niego dwa przystanki, a potem schowała telefon do kieszeni, do tej bliżej żeber, gdzie była fotografia, i powiedziała sobie, że zadzwoni jutro, jak będzie chwila, bo jeden dzień niczego nie psuł.NA DZIAŁKACH
Flamaster skończył się na literze O, zupełnie, nie dało się go już potrząsnąć do życia, i Lena położyła go na parapecie obok dwóch poprzednich, które też leżały tam martwe, bo nikt ich nie wyrzucał i nikt nie przynosił nowych. Trzy granatowe trupki w rządku. Wzięła ołówek, żeby chociaż dopisać sobie z boku, do której doszła, i wtedy weszła Renia, nie z dzbankiem, tylko z samą sobą, co zdarzało się rzadko i nigdy nie znaczyło nic dobrego.
— Słyszeliście? — zapytała od progu, jeszcze trzymając klamkę. — Na działkach kogoś zastrzelili. W nocy. Emeryta jakiegoś.
Werblik odłożył gazetę na kolano.
— Gdzie na działkach.
— A skąd ja wiem gdzie. Na działkach. Mówili na korytarzu, że kryminalny pojechał, że z wojewódzkiej ktoś będzie, bo to glina. Były glina. — Renia poprawiła sweter na ramieniu, jakby jej zmarzło. — Mówili, że strzelali. Z bliska. Stary człowiek. Komu stary człowiek na działce zawadził, nie wiem.
Lena nie podniosła głowy od razu. Dopisała przy literze O kreskę, żeby ręka coś robiła, i dopiero potem usłyszała sama siebie, jak pyta, za spokojnie:
— Nazwisko padło?
— Nie wiem, czy padło. Ja słyszałam przez drzwi sekretariatu komendanta, oni tam mieli zamknięte. — Renia wzruszyła ramionami. — Pewnie do południa będzie wszędzie. Zawsze jest. — I już z korytarza, ciszej: — Brzydka rzecz. Zimno tak strzelać do kogoś.
Drzwi się domknęły. Werblik wrócił do gazety, ale nie czytał, tylko patrzył w jedno miejsce na stronie, i powiedział, nie do niej właściwie:
— Emeryci na działkach to teraz cały rok siedzą. Mają altanki ocieplone, telewizor, kozę. Niejeden tam mieszka, bo w bloku drogo. — Przewrócił stronę. — Pewnie porachunki. Albo dług. Stary glina to nie zawsze czysta sprawa, jak się rozejrzeć.
Lena nie odpowiedziała. Wzięła telefon z kieszeni płaszcza, tego przewieszonego przez krzesło, i otworzyła listę połączeń, jakby chciała sprawdzić godzinę, jakby cokolwiek tam było do sprawdzenia. Numer był na trzecim miejscu od góry, ten sam, bez nazwiska. Wczoraj wieczorem patrzyła na niego dwa przystanki i schowała telefon, i powiedziała sobie, że zadzwoni jutro, jak będzie chwila. Jutro było teraz, chwila też.
Wcisnęła połączenie, zanim zdążyła sobie odradzić.
Dzwoniło długo, równo, bez odbioru. Po piątym sygnale przeszło w pocztę, ale poczta nie była ustawiona, więc tylko trzy piknięcia i cisza. Rozłączyła się. Zadzwoniła jeszcze raz, choć wiedziała, że to głupie, że telefon dzwoniący do nikogo niczego nie zmienia. Ten sam długi, równy sygnał. Patrzyła na ekran i widziała, jak nazwa miasta na pasku zmienia się przy każdym przełączeniu masztu, i to było jedyne, co się ruszało.
— Co robisz? — zapytał Werblik.
— Nic. — Schowała telefon. — Idę zapalić.
Na podwórzu nie zapaliła. Stała przy ścianie, w miejscu, którego nie było widać z okna, i trzymała papierosa niezapalonego między palcami, bo gdyby go zapaliła, musiałaby go skończyć, a ona nie wiedziała, co ma zrobić, zanim go skończy. Działki. W mieście było tych ogrodów ze trzydzieści, może więcej, każdy z bramą, numerem i prezesem, i żaden z nich nie miał nazwiska Roszak na płocie. Ale Roszak miał sześćdziesiąt jeden lat, mieszkał gdzieś, gdzie nie było drogo, i wczoraj rano mówił, że jest w okolicy i nie wyjeżdża. I był jednym z dwóch.
Schowała papierosa z powrotem do paczki, całego, i poszła po płaszcz.
Werblikowi powiedziała, że na poczcie ma awizo i że to godzina, że wróci. Werblik kiwnął głową i nie zapytał, na którą pocztę, bo Werblik nie pytał o rzeczy, które go nie dotyczyły, i to było w nim najlepsze.
Działki znalazła przez telefon, w autobusie, którym jechała, bo czternastka tam nie szła. Wpisała „strzelanie Łódź działki" i wyskoczył jej jeden krótki tekst na portalu miejskim, trzy zdania, bez nazwiska, z fotografią bramy zrobioną pod światło: „W nocy z wtorku na środę na terenie ogrodów działkowych na Widzewie znaleziono ciało mężczyzny ze śladami postrzału. Trwają czynności. Policja nie udziela informacji." Pod spodem dwa komentarze, oba o tym, że teraz nawet na działce nie ma spokoju. Widzew. Wysiadła trzy przystanki za daleko, bo nie znała trasy, i resztę przeszła pieszo, wzdłuż torów, między garażami i nasypem, aż za nasypem otworzył się płaski teren w szronie, pocięty na kwadraty, z altankami w równych rzędach i z drogą gruntową, która szła w głąb i ginęła.
Bramę widać było z daleka, bo stały przy niej trzy auta, których tam nie powinno być: radiowóz, ciemna terenówka bez oznaczeń i białe kombi z napisem na boku, którego nie odczytała pod tym kątem. I taśma. Biało-czerwona, rozciągnięta między słupkiem bramy a brzozą, zwisała pośrodku, bo nikt jej nie naciągnął porządnie, i poruszała się przy każdym podmuchu.
Lena zatrzymała się jakieś trzydzieści metrów przed bramą, przy ostatnim garażu, i dalej już nie poszła.
Wiedziała dokładnie, czego jej tu nie wolno. Nie wolno jej było podejść do taśmy. Nie wolno przedstawić się, bo nie miała czym i nie miała po co; nie była w zespole, nie była z wydziału, nie była nikim, kto powinien tu stać. Każdy, kto by ją rozpoznał, miałby prawo zapytać, co komisarz z drogówki, po naganie, robi pod taśmą przy zabójstwie, którego nie prowadzi, i nie byłoby na to odpowiedzi, która by jej nie kosztowała. Stała więc przy garażu, z rękami w kieszeniach, jak ktoś, kto czeka na kogoś z działki, i patrzyła.
Za taśmą ruch był powolny, metodyczny, taki, jaki znała z drugiej strony. Technik w białym kombinezonie kucał przy czymś na ścieżce między dwoma rzędami altanek, nisko, i nie ruszał się długo, a potem przekładał się o pół metra i znów zastygał. Drugi chodził wzdłuż płotu z aparatem i robił zdjęcia rzeczom, które stąd wyglądały jak nic: kępka trawy, słupek, koleina. Pod jedną z altanek, tą z zieloną papą i kominem od kozy, stała grupka ludzi, część w mundurach, część po cywilnemu, i ktoś tam tłumaczył coś ręką, pokazywał kierunek, od furtki w stronę drzwi. Ciała nie było widać. Namiotu jeszcze nie postawili albo już zabrali; został tylko ten ruch wokół miejsca, w którym coś leżało.
Lena patrzyła na altankę z zieloną papą i próbowała sobie wmówić, że to nie musi być on. Że emerytów na działkach są setki, że Werblik miał rację, że to mogą być porachunki kogoś zupełnie innego, dług, alkohol, sąsiad z siekierą o miedzę — wszystko to, co tłumaczyło się samo i nie miało z nią nic wspólnego. Wmawiała sobie to uczciwie, punkt po punkcie, jak uczył ją kiedyś ktoś, kto kazał najpierw wykluczać nudne wytłumaczenia. I nie umiała w to uwierzyć, bo wczoraj rano w słuchawce ktoś powiedział „żeby to nie zostało przy mnie, jak umrę", a ona odpowiedziała, że nie może, i to było wczoraj.
Od bramy odłączył się człowiek i poszedł w jej stronę, gruntową drogą, nie spiesząc się. Niemłody, w ciemnej kurtce, czapka, ręce w kieszeniach — nie technik, nie mundurowy. Przez chwilę myślała, że idzie do niej, i już układała sobie, co powie, że czeka na szwagra, że ma tu działkę numer któryś, ale on minął ją o dwa metry, nie patrząc, i poszedł do białego kombi, otworzył tył, wyjął złożony stelaż i poniósł go z powrotem. Zakład pogrzebowy. Napis na boku odczytała dopiero teraz, z bliska, kiedy odchodził: usługi, transport, całodobowo. Po ciało.
Stelaż znikł za taśmą. Lena odwróciła się, jakby ją na czymś przyłapano, i zajęła oczy rzędem altanek bliżej siebie, tych poza taśmą. Na jednej z furtek wisiała tabliczka z numerem i druga, mniejsza, z nazwiskiem prezesa i telefonem do zarządu ogrodu. Zapamiętała numer telefonu, bo była nauczona zapamiętywać numery, i od razu pomyślała, że to do niczego, że nie zadzwoni, że nie ma prawa zadzwonić, i numer został jej w głowie i tak.
Stała tak może kwadrans. Zmarzła w stopy, bo grunt był zmrożony, a buty miała miejskie. Raz musiała się odsunąć, bo gruntową drogą podjechał kolejny radiowóz, ostrożnie, omijając koleiny, i z niego wysiadło dwoje młodych w mundurach, którzy poszli do bramy z miną ludzi przysłanych do pilnowania taśmy. Nikt na nią nie zwrócił uwagi. Była kobietą w płaszczu przy garażu, w miejscu, gdzie ludzie czekają na innych ludzi, i to ją zasłaniało lepiej niż cokolwiek.
Potem przy bramie zrobił się drobny ruch. Spod altanki z zieloną papą wyszła kobieta po cywilnemu, wysoka, z teczką pod pachą, i podeszła do młodszego, który stał przy radiowozie, i coś mu powiedziała, krótko, a on wyprostował się i ruszył wzdłuż taśmy, naciągając ją tam, gdzie zwisała, i poprawiając słupki. Kobieta z teczką obejrzała się raz, omiotła wzrokiem drogę, garaże, nasyp — i Lenę razem z nimi, tak samo obojętnie jak garaże — i wróciła pod altankę. To było wszystko. Sekunda. Ale Lena cofnęła się o krok za róg garażu, bo zrozumiała, że za chwilę ten chłopak w mundurze dojdzie z poprawianiem taśmy do miejsca naprzeciwko niej i wtedy będzie musiała albo odejść, albo wytłumaczyć, dlaczego stoi.
Odeszła. Powoli, jak ktoś, komu się znudziło czekać, wzdłuż garaży, z powrotem w stronę nasypu. Nie obejrzała się, dopóki nie była daleko, a kiedy się obejrzała, brama była już tylko trzema autami i kreską taśmy, i nie dało się rozpoznać żadnej z postaci.
Na nasypie usiadła na betonowym progu, bo nogi miała zmarznięte i drżały jej trochę, i to drżenie złożyła na karb zimna, choć wiedziała, że nie tylko. Wyjęła telefon. Zadzwoniła trzeci raz. Długi sygnał, równy, do nikogo. Tym razem nie rozłączyła się po piątym; trzymała przy uchu i słuchała, jak dzwoni gdzieś, w kieszeni, którą może właśnie ktoś przeszukiwał w rękawiczkach, w torbie na dowody, na metalowym stole, gdziekolwiek były teraz rzeczy tego człowieka. Słuchała, aż przeszło w te trzy piknięcia, i wtedy odjęła telefon od ucha.
Nie wiedziała, czy to on. Wciąż nie wiedziała. Nikt jej nie powiedział nazwiska, nie widziała twarzy, nie miała żadnego z tych dowodów, które kiedyś by wzięła, zanim by sobie pozwoliła być pewną. Miała tylko numer, który nie odbierał, działkę na Widzewie i zdanie sprzed dnia. Lasocka by tego nie przyjęła, Hejda też nie, a ona sama dwa lata temu kazałaby sobie poczekać na sekcję.
A jednak siedziała na zmrożonym betonie i była pewna, i ta pewność nie miała w sobie nic z roboty. Wczoraj rano ktoś chciał jej coś oddać, żeby to nie zostało przy nim, jak umrze. Dziś rano dzwoniła pod ten numer trzy razy i nikt nie podniósł.
Wstała, kiedy zmarzła do końca, i poszła wzdłuż torów z powrotem do autobusu. W autobusie było ciepło i pełno, i ktoś obok rozmawiał głośno przez telefon o czymś zwykłym, o tym, że nie kupił chleba, że ma kupić, i Lena słuchała tego, bo to było lepsze niż własna głowa. Pod żebrami, w kieszeni, miała fotografię i numer Roszaka, te dwie rzeczy blisko siebie. Wyjęła telefon jeszcze raz, w autobusie, otworzyła ten numer i przez moment trzymała kciuk nad „usuń", tak jak wczoraj, kiedy myślała, że to numer bez znaczenia. Teraz znaczenie miał. Schowała telefon i nie usunęła.
Do komendy wróciła grubo po godzinie, którą obiecała Werblikowi. Werblik nie zapytał o pocztę. Spojrzał na nią raz, ten swój krótki, stary glina, i wrócił do teczek, a po chwili powiedział, do papieru, nie do niej:
— Mówili w radiu. Już mają nazwisko. Roszak jakiś. Były z prewencji. — Obwiódł coś flamastrem, swoim, czarnym, bo Werblik miał gdzieś schowany czarny i nikomu nie dawał. — Roszak. Znałem jednego Roszaka z drugiego komisariatu, ale tamten dawno nie żyje. Pewnie inny.
Lena usiadła. Wzięła ołówek, bo flamastra nie miała, i nie obwiodła nic, tylko trzymała go nad teczką przy literze O, i grzbiet teczki był wyblakły, i nazwisko na nim nie było żadnym z tych, które miało dziś znaczenie. Za oknem podwórze było puste, bez radiowozu, który wczoraj zabrał holownik, tylko mokra plama oleju w miejscu, gdzie stał.
— Pewnie inny — powiedziała.NIE DO NAS
Rano automat na parterze brał monetę i nie dawał nic, ani kawy, ani monety z powrotem, i Lena stała przy nim z palcem na guziku trochę dłużej, niż było trzeba, żeby zrozumieć, że nie odda. Za nią ktoś czekał, młody, w mundurze, z pustym kubkiem, i przestępował z nogi na nogę, więc się odsunęła. Automat klął cicho, jednostajnie, przelewami w środku. Poszła schodami na górę bez kawy, bo na drugim piętrze stał czajnik Werblika, a herbata Werblika była lepsza niż ta moneta z powrotem.
W pokoju drogówki radio grało już od progu, ściszone, i Werblik siedział nad teczkami z kanapką, której jeszcze nie zaczął, bo słuchał. Nie podniósł głowy, kiedy weszła. Pokazał jej brodą radio, jakby to było coś, co należało jej oddać.
— Mówią o twoim Roszaku — powiedział. — To znaczy nie twoim. O tym z działek.
Lena powiesiła płaszcz na krześle, tym swoim ruchem, kieszenią do ściany, i nie usiadła od razu. W radiu kobiecy głos czytał miejskie wiadomości pomiędzy korkami a pogodą, równo, bez nacisku, i przez chwilę było o wypadku na trasie, a potem padło nazwisko, raz, i zdanie, że sprawę zabójstwa byłego funkcjonariusza prowadzi wydział z komendy wojewódzkiej, i że policja prosi o kontakt osoby, które mogły widzieć cokolwiek w okolicy ogrodów w nocy z wtorku na środę. Numer telefonu. Potem pogoda. Mróz miał odpuścić w weekend.
— Wojewódzka — powiedział Werblik i ugryzł wreszcie kanapkę. — To dobrze. To nie do nas.
To było jego ulubione zdanie i mówił je o wszystkim, o cudzych zgłoszeniach, o holowaniach z drugiego rejonu, o ludziach, którzy pomylili komendę z urzędem miasta, i zawsze miał rację, bo prawie nic nie było do nich. Lena usiadła. Wzięła pierwszą z brzegu teczkę, otworzyła, zamknęła, bo flamastra nie miała, a ołówkiem nie obwodzi się grzbietów. Numer z radia został jej w głowie, choć nie chciała, żeby został. Była nauczona zapamiętywać numery i powtórzyła go sobie raz, zanim zdążyła się powstrzymać.
Przed dziesiątą przyszła Renia, tym razem z dzbankiem, i nalała im obu, Werblikowi z mlekiem, Lenie czarnej, i postawiła dzbanek na parapecie, między martwymi flamastrami.
— Lasocka cię prosi — powiedziała. — Jak wypijesz.
— Coś się stało?
— A skąd ja wiem. — Renia poprawiła dzbanek, żeby nie stał na samym brzegu. — Była rano u komendanta, wróciła i kazała mi cię zawołać. Nie mówiła, że pilne. Ale nie mówiła, że niepilne. — Spojrzała na Lenę dłużej, niż było trzeba. — Wypij gorącą.
Lena wypiła gorącą, bo to była dobra kawa i bo nie spieszyło jej się na górę. Werblik nie zapytał, po co ją wołają, bo Werblik nie pytał o rzeczy, które go nie dotyczyły, a ta go nie dotyczyła. Dopił, złożył papier po kanapce w równy kwadrat i wrócił do liter, swoim czarnym flamastrem, którego nikomu nie dawał.
Lasocka czekała przy oknie, nie przy biurku, i to było pierwsze, co Lena zobaczyła, kiedy weszła — że naczelnik stoi przy oknie z rękami założonymi, a na biurku leży jedna kartka odwrócona zadrukiem do dołu, i że nie ma kawy, choć Lasocka zwykle piła przy takich rozmowach, żeby mieć co trzymać. Dziś trzymała tylko siebie.
— Zamknij — powiedziała.
Lena zamknęła drzwi.
— Słyszałaś, że na działkach zastrzelili emeryta. — To nie było pytanie, ale Lasocka i tak czekała.
— Werblik miał radio włączone.
— Werblik ma radio włączone od trzydziestu lat. — Lasocka odeszła od okna, usiadła, dłonią poprawiła tę odwróconą kartkę, żeby leżała równo z brzegiem, ale jej nie odwróciła. — Sprawę wzięła wojewódzka. Prowadzi to podkomisarz Frey, Daria Frey, z kryminalnego KWP. Konkretna, młoda, robi to dobrze. Mówię ci to, żebyś wiedziała, kto tam jest, a nie żebyś tam była.
Nazwisko padło i zostało w pokoju. Lena nie powiedziała nic. Wczoraj przy bramie stała kobieta z teczką, wysoka, która omiotła wzrokiem drogę i garaże i ją razem z nimi, obojętnie jak garaże; teraz ta kobieta miała nazwisko, a Lena miała pewność, że tamta jej nie zapamiętała, i nie wiedziała, czy to dobrze. Trzymała ręce w kieszeniach płaszcza, którego nie zdjęła, bo na górze było chłodniej niż na dole.
— Nie jestem w zespole — powiedziała.
— Nie jesteś. — Lasocka oparła się o blat. — I nie będziesz, i nikt cię tam nie zaprosi, i bardzo dobrze. To nie nasza sprawa, to nawet nie sprawa komendy miejskiej, to wzięli z wojewódzkiej, bo zabity to mundur, a jak ginie mundur, to się robi cicho i z góry. Mówię ci to, żebyś nie musiała się dowiadywać sama. — Patrzyła na nią tym swoim rachunkowym wzrokiem, którym liczyła ludzi i godziny od trzydziestu lat. — I żebyś nie pojechała tam popatrzeć.
Lena nie odpowiedziała na to dość szybko, i to było całą odpowiedzią. Lasocka zobaczyła to i nie udała, że nie zobaczyła.
— Już byłaś.
— Byłam na poczcie.
— Na której poczcie.
— Na Widzewie. — Lena powiedziała to spokojnie, bez koloru, bo kłamać Lasockiej nie umiała i przestała próbować dawno temu, jeszcze przed naganą. — Awizo.
Lasocka zamknęła oczy na sekundę, jakby ją coś zabolało w głowie, i otworzyła.
— Awizo. — Powtórzyła to bez ironii, ze zmęczeniem, które było gorsze od ironii. — Stałaś pod taśmą.
— Nie pod taśmą. Trzydzieści metrów przed. Przy garażu.
— Trzydzieści metrów. — Lasocka kiwnęła głową, powoli, jakby zapisywała sobie te metry. — Wiesz, co zrobi Frey, jak ktoś jej powie, że pod miejscem zabójstwa, którego ona prowadzi, kręciła się komisarz z drogówki, ta po naganie, ta od pisma o nękaniu, które leży u Kałuży? Nie musi nawet myśleć, że masz z tym coś wspólnego. Wystarczy, że zapisze, że tam byłaś. Jedno zdanie do notatki. A potem ktoś to przeczyta i dopisze do kolumny, bo to siada w kolumnie, niezależnie od tego, czy coś z tego wynika.
Kolumna. Lena znała tę kolumnę, choć nigdy jej nie widziała na oczy, pokój trzydzieści sześć, rzecznik Kałuża, jego pismo dopisane ręcznie z boku — trzecia rzecz w trzy lata wokół jednego nazwiska. Teraz Lasocka mówiła o czwartej, i nie mówiła słowa „zwolnienie", bo tego słowa się nie mówiło, ale obie wiedziały, że po literach nie ma już nic.
— Nie mam z tym nic wspólnego — powiedziała Lena.
— Wiem, że nie masz. — Lasocka odwróciła wreszcie tę kartkę, ale nie po to, żeby Lena ją zobaczyła; przejrzała ją sama, jakby sprawdzała datę, i położyła z powrotem zadrukiem do dołu. — I właśnie dlatego mówię ci to teraz, dopóki to jeszcze nie jest nic. Roszak był emerytem z prewencji, zastrzelono go na działce, prowadzi to wojewódzka, koniec. Ty masz litery. Litery dojechały do której.
— Do O.
— To rób O. — Lasocka powiedziała to prawie łagodnie. — I jak skończysz alfabet, zacznij od początku, jak malowanie mostu, i niech ci się ten most maluje spokojnie do emerytury, bo ja już nie mam czym ciebie kryć. Mówiłam ci to w grudniu i mówię teraz. Nie mam czym. Mam dziesięć lat do swojej i ludzi, których muszę utrzymać przy etatach, i jak przyjdzie wybór między tobą a moim podpisem, to wybiorę podpis, i powiem ci to w oczy, żebyś nie myślała, że cię oszukałam.
To nie było nowe. Mówiła to już, słowo w słowo prawie, na koniec poprzedniej sprawy, i Lena wtedy to przyjęła, bo była wykończona, i przyjmowała to teraz, bo nadal była. Patrzyła na tę odwróconą kartkę na biurku i nie pytała, co na niej jest, bo wiedziała, że to żaden Roszak, że to pewnie etaty, opinia, jakieś jej zmęczone rachunki, a nie sprawa. Lasocka położyła na niej dłoń, jak się kładzie dłoń na czymś, co się chce mieć pod ręką, ale czego się nie chce pokazywać, i tyle.
— Dobrze — powiedziała.
— Nic nie „dobrze". — Lasocka pochyliła się trochę. — Powiedz mi coś innego. Powiedz, że nie masz nic. Wczoraj cię pytałam i powiedziałaś, że nie masz nic. Pytam jeszcze raz, bo wczoraj on jeszcze żył, a dziś nie żyje, więc to inne pytanie. Ktoś do ciebie dzwonił, przychodził, zostawiał coś, dawał ci numer, pokazywał palcem? Cokolwiek, co sprawia, że stoisz tu z taką twarzą.
Lena trzymała ręce w kieszeniach. W jednej był telefon, a w telefonie, trzeci od góry na liście połączeń, numer bez nazwiska, który wczoraj dzwonił do nikogo. W drugiej, bliżej żeber, twarda koperta z fotografią. Mogła powiedzieć teraz. Jedno zdanie wystarczyłoby, że dzwonił do niej człowiek, emeryt z prewencji, dwa dni z rzędu, że chciał jej coś oddać i mówił o interwencji, której nie ma w papierach, że ten człowiek to chyba ten Roszak z działek, i że ona go odprawiła, i że teraz on nie odbiera. Jedno zdanie i sprawa przestałaby być jej, przeszłaby tam, gdzie powinna, do Frey, do wojewódzkiej, do ludzi z mandatem i dostępem do baz, i Lena zostałaby z literami i z czystym sumieniem, takim, jakie mają ludzie, którzy oddali rzecz właściwej osobie.
Powiedziała:
— Nie mam nic.
Usłyszała to z boku, jakby powiedział to ktoś inny, i wiedziała w tej samej chwili, że to nie było zatajenie dla sprawy, tylko dla siebie — że gdyby powiedziała teraz, musiałaby też powiedzieć, że wczoraj rano kazała mu nie dzwonić, że dziś rano on już nie żył, i że między jednym a drugim było jej „na jutro, jak będzie chwila". Tego nie umiała wyłożyć na biurko Lasockiej obok odwróconej kartki. To było jej, nie sprawy.
Lasocka patrzyła na nią chwilę dłużej, niż trwało zaprzeczenie. Nie uwierzyła do końca — to też widać było, ten swój rachunek robiła i jego wynik jej nie pasował — ale nie miała czym tego rozliczyć, a może nie chciała, bo każda rzecz, którą wyciągnęłaby teraz z Leny, byłaby kolejną rzeczą, którą musiałaby gdzieś zapisać.
— Dobrze — powiedziała w końcu, tym samym zmęczonym głosem, którym przed chwilą powtórzyła „awizo". — Idź do liter. I jakby Frey, albo ktoś od Frey, pytał cię o cokolwiek, choćby o godzinę, to przychodzisz najpierw do mnie. Nie dlatego, że ci nie ufam. Dlatego, że ja muszę wiedzieć wcześniej niż Kałuża. To wszystko, co jeszcze umiem dla ciebie zrobić — wiedzieć wcześniej.
Lena wstała.
— Pudła rozpakowałaś? — zapytała Lasocka, już innym głosem, takim, jakim się kończy rozmowy, żeby nie kończyły się źle.
— Nie.
— Renia mówiła, że nie. — Lasocka skinęła w stronę drzwi. — Idź.
Na korytarzu było zimno, bo grzejniki na drugim piętrze grzały według własnego rozkładu, który nie zgadzał się z żadnym kalendarzem, i Lena stała chwilę pod oknem, z którego widać było podwórze, puste teraz, bez radiowozu, który wczoraj zabrał holownik. Wyjęła telefon. Otworzyła listę połączeń. Numer był na trzecim miejscu, ten sam, i pod nim wczorajsze trzy próby, jedna pod drugą, do nikogo. Trzymała kciuk nad nim, nie nad „usuń" tym razem, tylko nad samym numerem, jakby chciała go wcisnąć, jakby coś mogło się zmienić od wczoraj. Nic się nie zmieniło. Numer nie odbierał wczoraj i nie odbierze dziś, bo telefon, do którego dzwonił, leżał teraz w torbie na dowody u Frey, na metalowym stole, w rękach ludzi, którzy mieli prawo go trzymać.
Schowała telefon. Robi to dobrze, powiedziała Lasocka, a Lasocka nie chwaliła z grzeczności. Frey miała teczkę, mandat, zespół, dostęp do baz, technika, który kucał przy czymś na ścieżce — i miała w torbie na dowody telefon Roszaka, w którym leżał jej własny numer, numer komisarz Kordel, trzeci raz dzwoniący w nocy i rano. Prędzej czy później ktoś to zobaczy i zapyta, czyj to numer i dlaczego dzwonił do martwego.
Przyszło to nie jako strach, tylko jako rachunek, zimny, podobny do rachunków Lasockiej. Frey miała wszystko, czego ona nie miała. Ale jednej rzeczy nie da się włożyć do torby na dowody ani sprawdzić w bazie: Frey nie wiedziała, że Roszak dzwonił dwa dni z rzędu nie dlatego, że coś widział albo komuś był winien, tylko dlatego, że chciał coś oddać, zanim umrze. Numer w telefonie wyglądał jak każdy inny numer. Sens był poza telefonem, w dwóch rozmowach, których nikt nie nagrał. Lasocka kazała jej go odłożyć, i sama sobie też to obiecała.
Wróciła do pokoju drogówki. Werblik był u holowania, jak co rano przed jedenastą, więc pokój był pusty, radio grało samo, kobiecy głos czytał teraz coś o remoncie ulicy. Na parapecie stał dzbanek Reni, jeszcze ciepły. Lena nalała sobie resztę, czarnej, i usiadła nad teczkami, i wzięła ołówek, bo flamastra nie miała.
Litery dojechały do O. Otworzyła pierwszą po O, na P, grzbiet był wyblakły, a nazwisko na nim nie znaczyło nic, jak żadne nazwisko w tym pokoju. Powinna oddać ten numer Frey sama, dziś, zaraz: zejść na dół, zadzwonić na ten miejski numer z radia, powiedzieć, kim jest i co wie, że Roszak dzwonił do niej i że to ona jest tym numerem w jego telefonie — i niech to wojewódzka prowadzi, ma do tego prawo i ma czym. Tak należało. Tak nauczył ją kiedyś człowiek, którego już nie było, ten, u którego zaczynała: czego się nie umie udźwignąć w ramach, oddaje się tym, którzy mają ramy. Roszak powołał się przez telefon na Hanusza, jakby to nazwisko miało jej coś otworzyć — a otwierało tylko to, że stary glina szukał do niej drogi okrężnie, przez kogoś zmarłego, bo prosto nie umiał.
Nie zadzwoniła. Powiedziała sobie, że zadzwoni, jak przemyśli, jak będzie wiedziała, co dokładnie powie, żeby nie zabrzmiało, jakby kręciła się pod taśmą i teraz się tłumaczy, że to godzina różnicy, dzień najwyżej, że jeden dzień niczego nie psuje. Poznała w sobie to zdanie, bo mówiła je już wczoraj i przedwczoraj, i wczoraj było „na jutro", a jutro Roszak nie odebrał. Schowała telefon do kieszeni bliżej żeber, gdzie była fotografia, i te dwie rzeczy leżały teraz obok siebie, numer i twarze.
Wrócił Werblik, zziębnięty z podwórza, z papierami z holowania w ręce, i zaczął coś mówić o aucie, którego nie chcieli wydać bez opłaty, i o babie, która się darła w dyżurce, że to nie jej wina, że źle stanęła. Lena słuchała go jednym uchem, bo to było lepsze niż własna głowa. Wzięła ołówek, otworzyła teczkę na literę P i przesunęła grafit wzdłuż wyblakłego grzbietu, nie obwodząc, tylko muskając, tak że nie zostawił śladu. Werblik dolał sobie z dzbanka i usiadł. Radio grało dalej. Litery czekały na flamaster, którego nie było, a ona miała ołówek, którym nie wolno ich obwodzić, i siedziała tak nad nimi, z numerem w kieszeni, do końca godziny.