Ostatnia lekcja - ebook
Malwina po uporaniu się z trudnymi sprawami osobistymi postanawia zmienić swoje zawodowe życie o sto osiemdziesiąt stopni i zatrudnia się w szkole. Okazuje się, że wpada w sam środek kryminalnej zagadki dotyczącej zabójstwa jej poprzedniczki. Kiedy wychodzi na jaw, że to nie jedyna śmierć nauczyciela w tej szkole, Malwina czuje się zaniepokojona. Czy na pewno to morderca odsiaduje wyrok w więzieniu? A może wciąż chodzi bezkarny po szkolnych korytarzach? Kim jest tajemnicza stara kobieta spacerująca z wózkiem i jaki sekret skrywa?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Sensacja |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8290-826-8 |
| Rozmiar pliku: | 2,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Epilog
PodziękowaniaProlog
Przecieram zmęczone i sklejające się powieki, szczypię policzki, by nie odpłynąć w objęcia Morfeusza. Autobus miarowo posuwa się do przodu, lecz dźwięk silnika i lekkie kołysanie sprawiają, że jeszcze bardziej chce mi się spać. Dlaczego wstałam o tak wczesnej porze? Mogłam właśnie przewracać się na drugi bok, otulając cieplutką kołderką, która rozumie mnie jak nikt inny. Ale zrobiłam to, zmobilizowałam się do działania.
Nigdy nie byłam rannym ptaszkiem, raczej nocnym markiem, ale to Nina, moja najlepsza przyjaciółka, sprawiła, że poczułam potrzebę zrobienia czegoś więcej, lepiej, bardziej. Podziwiam ją. Niemal codziennie zjawia się w szkole bladym świtem albo zostaje długo po godzinach. Po co? Aby przygotować dodatkowe materiały, opracować pomysły na kolejne zajęcia z dzieciakami. Szkoła podstawowa, a przynajmniej nasza szkoła podstawowa, pełna jest zaniedbanych młodych ludzi, dzieci jeszcze. Zaniedbanych głównie emocjonalnie, choć materialne także się zdarza. Do tego dochodzą wszechobecne używki, które jakimiś dziwnymi i nieznanymi nauczycielom zakamarkami przedostają się za mury szkoły, łapiąc w swoje sidła te biedne, zagubione istoty. Dlatego Nina tak bardzo się stara, tak mocno chce zająć czymś umysły uczniów, by nie mieli nawet czasu spojrzeć w kierunku narkotyków czy dopalaczy.
Mnie to imponuje i właśnie dlatego wstałam dziś o tak nieludzkiej porze. No dobrze, też dlatego, że ostatnio wzięłam na siebie zbyt wiele tłumaczeń i zwyczajnie mam zaległości. Skoro Nina może wykazywać się taką inicjatywą i poświęceniem, to ja również, chociaż mam wrażenie, że jej przychodzi to zdecydowanie łatwiej.
Autobus zatrzymuje się, a ja niemal w ostatniej chwili uświadamiam sobie, że to mój przystanek. Zrywam się z miejsca i na szczęście udaje mi się wysiąść, zanim kierowca zamknie drzwi.
Rozglądam się niepewnie wokół siebie, ale wszędzie ciemno choć oko wykol. Nawet latarnie nie są włączone, chociaż powinny. Biorę głęboki wdech, ale wcale nie czuję się dzięki temu lepiej, wręcz przeciwnie. Wydaje mi się, że na plecy wskoczył mi potwór w postaci strachu, a na całym ciele czuję nieprzyjemne dreszcze.
Wzdrygam się z niesmakiem i powoli ruszam przed siebie. Kompletnie nic nie widzę i poruszam się raczej po omacku. Nie wiem, jak Nina to znosi, musi być cholernie dzielna, skoro nawet ta ciemnica jej nie odstrasza. Te mroczne poranki nie powinny mnie dziwić, w końcu mamy połowę października i nie tylko w powietrzu, ale również w porannym braku naturalnego światła czuć nieuchronnie zbliżającą się zimę. To nie zmienia faktu, że latarnie powinny być włączone. Ale tak nie jest.
Kiedyś była tu wieś, a szkoła, w której pracuję, była zwykłą szkołą wiejską, lecz na przestrzeni lat tak duże miasto jak Wrocław ponownie się rozrosło i tę malutką wioseczkę wchłonęło. Teraz jest to szkoła miejska, ale różnicę widać jedynie w nazwie. Od lat siedemdziesiątych zupełnie nic się w okolicy nie zmieniło. Wiem, bo kiedyś oglądałam stare zdjęcia tej szkoły, chyba na jakimś wykładzie, a może warsztatach?
Nieważne, faktem jest, że szkoła stoi i niszczeje. Nie przeprowadzono nawet gruntownego remontu. Rozumiem, że o jakości danej placówki decydują przede wszystkim nauczyciele i poziom, jaki sobą ta placówka reprezentuje, ale naprawdę gdyby miasto znalazło choćby trochę funduszy na remont jednego czy drugiego skrzydła, wyszłoby to nam wszystkim tylko na plus.
Staram się iść bardzo cicho, choć nie jest to łatwe. Wszędzie pod stopami czuję coś szeleszczącego. Większość to jakieś śmieci, a część to pewnie pierwsze liście, które zdążyły już spaść z drzew i w blasku słońca prezentują się bajkowo. Nie ma nic piękniejszego niż polska złota jesień, ale nocą nie wygląda to korzystnie.
Właściwie to w ogóle nie wygląda, bo nic nie widzę. Jeszcze nigdy nie szłam tak bardzo nieoświetloną drogą. Gdyby chociaż księżyc ułatwił mi przejście tego kawałka, byłoby zdecydowanie łatwiej, ale oczywiście akurat tego ranka, a dla mnie nadal nocy, postanowił schować się za chmurami, co dodatkowo wprowadza niepokojącą atmosferę. Przez chwilę rozważam, czy wyciągnąć telefon i włączyć latarkę, ale kiedy uświadamiam sobie, że w ostatnim czasie w okolicy dochodziło do włamań, szybko porzucam ten pomysł. Dam radę, to już niedaleko. Jeszcze jakieś pięćdziesiąt metrów i będę bezpieczna w szkolnych murach.
Mimo tych automatycznych zapewnień wcale nie jest mi lepiej.
Strach nie odpuszcza, a w środku czuję dodatkowy niepokój. Jakby organizm starał się mnie ostrzec, że wstawanie ciemnym – zdecydowanie nie bladym! – świtem to nie był najlepszy pomysł. Kiedy jestem już naprawdę blisko, dostrzegam zbliżającą się w moim kierunku postać. Mimowolnie kulę się w sobie, ale nie mam gdzie się ukryć. Wszędzie wokół są domki jednorodzinne, a wejścia do nich broni albo czujnie drzemiący pies, albo mosiężna brama. Nie zaryzykuję wspinaczki po niej, bo jeszcze spowoduję tymi ćwiczeniami włączenie alarmu i narażę się na dodatkowe nieprzyjemności.
Postać jest coraz bliżej, a ja nie mam możliwości, by się obronić.
Przypominam sobie o gazie pieprzowym, który noszę zawsze w torebce, nawet uśmiecham się do siebie na tę myśl, ale nagle ciężkie uderzenie serca o klatkę piersiową uświadamia mi, że ten gaz, jedyny ratunek, jaki mogłabym mieć przy sobie, został w innej torbie. Przed wyjściem z domu szybko zrezygnowałam z mojej codziennej wielkiej torebki, uznając, że zwykła listonoszka będzie najwygodniejsza.
Moja panika sięga zenitu, bo ten ktoś jest już tylko kilka kroków przede mną. Nie spieszy się, idzie wolno, trzymając coś przed sobą. Oby to nie był ten włamywacz! A może jednak to on? Może dzierży w dłoniach łup, który właśnie skradł w jednym z okolicznych domostw? Co zrobi, jak tutaj dojdzie? Może okradnie i mnie?
Nie mam przy sobie nic szczególnie cennego. Jedynie komórkę, która od dawna nie należy do modnych, a tym bardziej drogich modeli, oraz portfel, w którym mam może góra dziesięć złotych i kartę do bankomatu. Na koncie też specjalnie nie można dopatrzyć się jakiejś pokaźnej sumy, w końcu jestem nauczycielką, a jak powszechnie wiadomo, nauczyciele w tym kraju nie zarabiają najlepiej. I akurat te fakty podawane w wieczornych serwisach informacyjnych są jak najbardziej zgodne z prawdą. Dorabiam sobie na tłumaczeniach, ale nie jest to specjalnie wielki zastrzyk gotówki.
Strach oblepia mnie swymi mackami, czuję na zmianę zimne i gorące poty, nawet czoło mi się skropliło, chociaż na dworze jest dość zimno. Kiedy po prostu nastawiam się na to, co nieuniknione, i niemal mijam osobę, która z daleka wydawała się najgorszym możliwym koszmarem, już wiem, że nie mam się czego bać.
– Dzień dobry, pani Kiełbaskowa. – Próbuję opanować drżenie głosu, kiedy już wiem, z kim mam do czynienia, i przede wszystkim, że nie mam się czego bać.
Kiełbaskowa to chyba najstarsza mieszkanka tej okolicy, a z pewnością najstarsza osoba, jaką kiedykolwiek widziałam. Jest dziwna, ale nieszkodliwa. Ludzie mówią, że jest chora psychicznie, ponoć kiedyś spotkała ją jakaś tragedia i od tamtego czasu zwariowała. Kiedy jednak była w pewnej odległości ode mnie, wyglądała groźnie. Każdy by tak wyglądał w tej otaczającej wszystko wokół ciemności.
– Ta szkoła… – odzywa się staruszka.
– Tak, pani Kiełbaskowa, idę do pracy, do szkoły właśnie. – Staram się nawet uśmiechnąć, chociaż nie wiem, czy cokolwiek można zobaczyć na mojej twarzy, kiedy brakuje oświetlenia.
– Ta szkoła… – powtarza – dla dzieci… i dorosłych.
Co ona wygaduje? Znów jej się pomieszało w głowie. Nic dziwnego, skoro chodzi po nocy z tym swoim wózkiem, który nieopatrznie wzięłam za łup zbliżającego się do mnie włamywacza.
– Ta szkoła… dla dzieci… i dorosłych… – Starucha znowu swoje.
– Szkoła, pani Kiełbaskowa, jest dla dzieci, a dorośli to nauczyciele, którzy w niej pracują – próbuję wytłumaczyć, co na ten temat myślę, ale po jej minie wiem, że to nie ma najmniejszego sensu.
Zaplątała się gdzieś w swoim chorym umyśle i nic tego pewnie nie zmieni.
Macham ręką na znak, że nic tu po mnie i zostawiam ją tak na środku chodnika.
W końcu nie po to się zrywałam z łóżka, żeby teraz marnować czas na pogaduszki z jakąś starą wariatką.
Idę dalej, nieco przyspieszam, bo chcę się znaleźć już w środku, napić gorącej herbaty i zabrać do pracy. To się dopiero Nina zdziwi, kiedy jej powiem, że i ja potrafię się zorganizować i również zrobić coś więcej dla naszych uczniów.
Odwracam się jeszcze przez ramię i widzę, że ona nadal stoi w tym samym miejscu i wskazuje palcem na budynek szkoły. Nie zawracam sobie tym jednak dłużej głowy, czując, jak opuszcza mnie cały wcześniejszy niepokój. Może jest to spowodowane tym, że jestem już pod szkołą, a może tym, że jedyne, co mogłoby mnie spotkać tu złego, to stara Kiełbaskowa.
Wyciągam z torebki klucz, którym otwieram drzwi – wczoraj o to zadbałam i pożyczyłam go od pani Reni, jednej z naszych sprzątaczek – i po chwili jestem już w środku. Przyklejam plecy do ściany i oddycham głęboko, mając pewność, że jestem już bezpieczna.
Spoglądam na długi i wąski korytarz przede mną i wszystkie włoski na moim ciele stają dęba. Tutaj naprawdę jest strasznie. To ciekawe, że szkoła nocą wygląda zupełnie inaczej niż w świetle dnia. Czym prędzej kieruję dłoń do włącznika światła, chcę, by wreszcie zapanowała jasność, ale po pstryknięciu nic się nie dzieje.
– Co jest? – zadaję sobie pytanie.
Pokonuję strach i idę tym strasznym, długim korytarzem, bo na jego drugim końcu również jest włącznik światła. Po jego naciśnięciu jednak również nic się nie dzieje.
– Pewnie jakaś awaria.
Na szczęście obok mnie jest skrzyneczka z bezpiecznikami, którą otwieram, ale niczego niepokojącego w niej nie znajduję. Nie znam się na elektryce, ale na moje oko wszystko jest w porządku i jeśli nie ma światła to nie wina bezpieczników, tylko pewnie jakaś lokalna awaria. Oby ją szybko usunęli, w przeciwnym razie czeka nas wszystkich szkolny chaos, ku uciesze uczniów.
– To faktycznie zrobiłaś interes życia, Ada – stwierdzam.
Niepotrzebnie się zrywałam z łóżka, skoro nie ma prądu. Nie popracuję zbyt wiele z rana przed otwarciem szkoły. Ba! Nawet herbaty sobie nie zrobię, bo do tego też jest potrzebny prąd.
Nagle opada mój poranny entuzjazm, jaki miałam w sobie, i kieruję się do sekretariatu. Może chociaż uzupełnię dziennik. W świetle telefonicznej latarki powinnam sobie z tym poradzić. Do domu i tak nie opłaca mi się wracać. Już nawet te ciemności przestały robić na mnie wrażenie.
Dziarsko kroczę po korytarzu i z energią otwieram drzwi, by natychmiast znieruchomieć. To, co widzę, nie może dziać się naprawdę. Otwieram szerzej przerażone oczy. Wiem, że powinnam coś zrobić, ale nie jestem w stanie się ruszyć. A może przysnęłam w klasie i to wszystko mi się śni? To jakiś koszmar…
Przecieram powieki, ale obraz nie znika, szczypię się w ręce, lecz nadal nic się nie dzieje.
Nagle zaczynam się dusić, nie mogę złapać oddechu i słyszę mój pełen bólu i cierpienia krzyk.
Nie wiem, ile czasu trwam w tym zawieszeniu, ale po upływie kilku, może kilkunastu chwil podchodzę nadal przerażona do osoby, która leży bez ruchu w kałuży krwi.
– Nina… – szepczę. – Nina! – krzyczę, nerwowo potrząsając ją za ramiona.
Dopiero teraz sprawdzam oddech i puls, jak uczono nas na kursie pierwszej pomocy. Nic nie wyczuwam. Sprawdzam drugi i trzeci raz, ale nadal nic.
– Nina! Obudź się, do cholery! – wrzeszczę, ale doskonale wiem, że nic tym nie zdziałam.
Nina, moja najlepsza przyjaciółka, oddana i pełna empatii nauczycielka, nie żyje. Delikatnie głaszczę ją po długich, falowanych i ciemnych włosach, uważając, by nie dotknąć zakrwawionych miejsc. Moje łzy kapią na jej śliczną twarz. A potem dzwonię pod numer alarmowy.Rozdział 1
Stoję i patrzę na budynek o zabarwieniu szaro-nijakim. Szkoła. Tak, to na pewno jest szkoła. Sama utwierdzam się w tym przekonaniu. Jeszcze raz sprawdzam adres, ale wszystko się zgadza, nie może być inaczej. Mury są dość zniszczone, ale nie zniechęcam się. Jak to mówią, nie szata zdobi człowieka i nie ocenia się książki po okładce, chociaż każdy z nas doskonale wie, że to tylko takie gadanie.
Pierwsze wrażenie jest najważniejsze.
Dobrze, że ja się odpowiednio prezentuję. Czarne spodnie, biała klasyczna koszula i granatowa marynarka. Do tego moje ulubione botki, które pasują do wszystkiego. To dla mnie ważny dzień. Dzień, w którym może zmienić się całe moje życie zawodowe.
Może to dziś otrzymam od losu kolejną szansę?
Rozglądam się i dostrzegam biegające wokół boiska dzieciaki, które krzyczą coś do siebie. W powietrzu czuć wolność i radość. Tak powinna wyglądać szkolna dziecięca beztroska. Kiedy byłam w wieku tych dzieci, myślałam, że świat stoi przede mną otworem i jeśli tylko chcę, mogę dokonać wielkich rzeczy. Mogę wszystko. Im również tego życzę i takie zasady będę im wpajać. O ile oczywiście zostanę tu na dłużej. To nie do końca jest zależne ode mnie.
W oddali widzę pełne uśmiechu twarze prawdopodobnie dwóch wuefistów, którzy rozmawiają i szczerze się śmieją. Być może jeden z nich opowiadał temu drugiemu jakiś dowcip. Skoro nauczyciele dobrze się tutaj czują, to nie powinnam mieć powodów do obaw. Oddycham pełną piersią i zmierzam w kierunku wielkich przeszklonych drzwi.
Rozglądam się i ze smutkiem stwierdzam, że środek wcale nie prezentuje się lepiej niż zewnętrze. Widać gdzieniegdzie odłażącą farbę, a drzwi, poręcze schodów czy ściany na korytarzu wręcz wołają o odświeżenie. Rozumiem, że to jedna z wielu bolączek polskiej szkoły. Bez trudu odnajduję sekretariat i zanim do niego wejdę, ostrożnie pukam.
– Proszę! – Udaje mi się usłyszeć zza drzwi.
Zdecydowanie pociągam za klamkę i energicznie wchodzę, tłumacząc cel mojej wizyty.
– Proszę usiąść i chwilę poczekać. Pani dyrektor za chwilę panią poprosi – informuje profesjonalnym tonem sekretarka.
Kiwam głową i dyskretnie rozglądam się wokół siebie. Czas w tym miejscu się zatrzymał. Sekretariat wygląda jak wyjęty z czasów świetności Gierka, ale staram się nie przywiązywać do tego większej wagi. Atmosfera pracy to dla mnie kluczowy czynnik. Jeśli pracują tu fajni i zgrani ludzie, a do tego uczniowie są znośni, to nic innego się dla mnie nie liczy.
W mojej poprzedniej pracy atmosfera między pracownikami była koszmarna. Każdego ranka nie dość, że ledwo zwlekałam się z łóżka, to jeszcze z dnia na dzień z coraz większą niechęcią tam chodziłam. Liczę, że tutaj będzie inaczej.
– Pani Malwina Wysocka? – pyta mnie pojawiająca się w drzwiach kobieta o całkiem przyjemnej twarzy, choć sprawiającej wrażenie nieco zrezygnowanej.
– Dzień dobry, tak, to ja.
– Zapraszam do mojego gabinetu.
Teraz dostrzegam całą sylwetkę pani dyrektor.
Jest wysoka, a przy tym bardzo szczupła. Właściwie wygląda, jakby była chora albo miała zaburzenia odżywiania w kierunku anoreksji. Jej twarz jest sympatyczna, a na pierwszy plan wysuwają się wielkie zielone oczy. Tym większe się wydają, im bardziej ona jest chuda. Nie wiem, czy faktycznie cierpi na jakąś chorobę, czy to po prostu taka jej natura.
Zawsze zazdrościłam tym wszystkim osobom, które potrafią zjeść konia z kopytami i wciąż być przeraźliwie wychudzone, a ja tylko popatrzę w kierunku czekolady i od razu tyję trzy kilogramy. Przez to nie należę do najszczuplejszych, ale nie przejmuję się tym aż tak bardzo. Właściwie dotąd nie miałam czasu się tym przejmować, bo całe moje życie wypełniała praca, na inne rzeczy nie było już miejsca.
– Proszę sobie usiąść, może napije się pani czegoś? Kawy? Herbaty?
Pani dyrektor uśmiecha się do mnie zachęcająco i widzę, że usilnie stara się być miła, chociaż w głębi jej oczu dostrzegam jakiś smutek, a nawet przerażenie. Próbuję nie odbierać tego osobiście, ale wygląda, jakbym to ja ją przestraszyła. Może to jednak skutek choroby?
– Nie, dziękuję – odpowiadam krótko i rzeczowo, czyli tak jak do tej pory byłam nauczona.
Taki system odpowiedzi wypracowałam sobie przez lata.
– W takim razie przejdźmy do rzeczy.
Przysuwa sobie krzesło, jednocześnie wskazując mi to znajdujące się naprzeciwko niej i zakłada za uszy włosy w kolorze jasnego brązu.
Przekłada jakieś papiery na biurku, czegoś szuka, znowu przekłada, a przy tym kilkukrotnie poprawia włosy, tak jak zrobiła to na początku. Sprawia wrażenie dużo bardziej zdenerwowanej niż ja, jakby to ona przyszła na rozmowę kwalifikacyjną. Trochę to dziwne i wprowadza pewnego rodzaju niepokój, ale składam to na karb jej sposobu bycia. Może przy bliższym poznaniu zyskuje nieco więcej. W końcu jest dyrektorką, więc nie powinna być zbytnio chaotyczna ani zagubiona, przecież ma na głowie całą szkołę i wszelkie sprawy związane z jej funkcjonowaniem.
– Pani Malwino, muszę przyznać, że pani CV jest dość… hm… imponujące. Wiele lat pracowała pani w agencji reklamowej, skończyła pani filologię polską, zarządzanie i marketing, pedagogikę przedszkolną i wczesnoszkolną z terapią pedagogiczną, oligofrenopedagogikę… – wymienia wszystkie kierunki studiów, jakie ukończyłam. – Jest tego sporo. Do tego liczne kursy i szkolenia… – Patrzy na mnie z szacunkiem.
– To prawda. – Kiwam głową i uśmiecham się nieznacznie.
– W takim razie co skłoniło panią do tak radykalnej zmiany pracy? Bo rozumiem, że to pani zdecydowała o odejściu z agencji?
– Tak. Uznałam, że potrzebuję tej zmiany. Praca w agencji reklamowej jest ciekawa, pełna wyzwań, ale czy szkoła też nie jest miejscem, gdzie stale się coś dzieje, a każdy dzień to jedna wielka niewiadoma? A i wyzwań z pewnością również można się spodziewać.
– Ale w kwestii zarobków praca nauczyciela nie jest szczególnie atrakcyjna.
– To prawda, lecz pieniądze to nie wszystko. Dla mnie najważniejsza jest atmosfera w pracy i możliwość ciągłego rozwoju. Poza tym z tamtej pracy zrezygnowałam niejako z powodów osobistych – dodaję.
– Rozumiem. – Pani dyrektor kiwa głową z uznaniem, spoglądając raz na mnie, a raz na mój życiorys.
– Pracowała pani kiedykolwiek w szkole?
– Niestety nie, jedynie wiele lat temu odbyłam praktyki, ale szybko się uczę nowych rzeczy oraz dostosowuję do sytuacji. Myślę, że potrafiłabym się tu odnaleźć.
– A dojazd? Obawiam się, że może się pani zniechęcić, jeśli będzie musiała dojeżdżać do szkoły z drugiego końca miasta.
– Dojazd nie jest problemem. Niedawno się przeprowadziłam, zaledwie kilka dni temu, i teraz mieszkam dwa przystanki stąd. Odziedziczyłam mieszkanie po dziadku. W CV pewnie wpisałam jeszcze stary adres, a ta przeprowadzka to świeża sprawa.
– To doskonale! – Dyrektorka jest ewidentnie uradowana, a tę radość okazuje, klaszcząc. – Czy ma pani może jakieś pytania?
– Nie… myślę, że na ten moment raczej nie. Jeśli dostanę tę pracę, to wtedy chętnie poznam uczniów, nauczycieli, klasę, do której zostanę przydzielona, i oczywiście chciałabym obejrzeć budynek szkoły, dowiedzieć się, gdzie jest pokój nauczycielski i tak dalej …
– Oczywiście! – Pani dyrektor ponownie klaszcze i jest wyraźnie rozentuzjazmowana moimi wypowiedziami. – Może od razu oprowadzę panią po szkole? Ma pani czas?
Jestem zdziwiona jej nagłą zmianą nastroju.
– Jak najbardziej, z przyjemnością zapoznam się ze wszystkim.
Dyrektorka niemal podskakuje w miejscu, uśmiecha się coraz bardziej, dzięki temu teraz już nie wygląda na tak chorą jak przed tą rozmową. Prowadzi mnie do drzwi, które przede mną otwiera, i zaprasza gestem na korytarz. W locie łapię jeszcze równie skonfundowane spojrzenie sekretarki, ale potulnie kroczę za moim potencjalnym pracodawcą.
Trochę to dziwne, a nawet niekomfortowe, że pani dyrektor zachowuje się, jakby to ona starała się o tę pracę, a nie ja. Co prawda całe lata nie byłam na rozmowie kwalifikacyjnej, ale z tego, co pamiętam, to przebiegały one zupełnie inaczej, a przede wszystkim moje odczucia co do nich były zgoła odmienne.
– Tutaj mamy klasy, wszystkie obok siebie wzdłuż korytarza do samego końca. Na pierwszym i drugim piętrze jest taki sam układ. Na początku i tam w oddali – wskazuje – znajdują się toalety. Jedynie tu, na parterze, zaraz na prawo od wejścia jest sekretariat, a w nim mój gabinet, obok biura pokój nauczycielski. A, i jeszcze po lewej stronie na parterze mamy szkolną bibliotekę. Jest naprawdę dobrze wyposażona, nie tylko w lektury szkolne, więc jeśli lubi pani czytać, to zachęcam do regularnych odwiedzin.
– Lubię czytać, chociaż pracując w agencji, nie miałam na to praktycznie czasu, więc jeśli dostałabym tę pracę, to chętnie nadrobię zaległości czytelnicze.
– Świetnie, pani Malwino, doskonale. – Klaszcze, po czym wskazuje mi kolejne pomieszczenie obok biblioteki. – Tutaj jest taki składzik dla pań sprzątających oraz pana Wojtka, naszej złotej rączki. Czego to on nie potrafi naprawić! Chyba nie istnieje taka rzecz, której naprawy by się nie podjął. I oczywiście robi to doskonale!
Potakuję głową w milczeniu, gdyż nieco mnie deprymuje jej nagły i nadmierny entuzjazm.
Właściwe nie wiem, co powiedzieć.
Przyszłam tu tylko na rozmowę, nie oczekując żadnych konkretów, a przynajmniej nie w tej chwili, a ona zachowuje się, jakbym już dostała tę pracę, i w dodatku wygląda na wniebowziętą, że mnie zatrudniła.
– Czyli układ pomieszczeń jest właściwie podobny jak w każdej szkole – mówię, bo mam wrażenie, że powinnam się odezwać po dość długiej ciszy.
– W sumie to tak, a raczej nie! – wykrzykuje pani dyrektor. – Mamy tu jeszcze jedno pomieszczenie, które jest dość… szczególne i które pewnie nie znajduje się w każdej szkole.
– A co to takiego jest? – czuję się zaciekawiona tym nowym faktem.
– Najlepiej będzie, jak pani pokażę! – Proszę za mną!
Nie czeka na mnie, tylko czym prędzej udaje się na schody, po których pospiesznie się wspina. Jakby bała się, że jej ucieknę, rozmyślę się i nie zechcę podjąć tej pracy.
Próbuję nadążyć za jej szybkim krokiem, w pośpiechu mijam zbiegające po stopniach dzieciaki, bo na nasze nieszczęście akurat wybrzmiał dzwonek na przerwę i zewsząd wylewają się falami kolejne grupy uczniów. Nagle wokół mnie robi się nieprzyjemnie głośno i niekomfortowo. Zapomniałam już, jak wygląda szkolna rzeczywistość.
Praktyki robiłam dawno, a w agencji panowały raczej cisza i spokój. Chyba że akurat mieliśmy deadline i musieliśmy wytężyć swoje umysły, wtedy bywało głośno. Każdy kłócił się z każdym, a wokół panowała nerwowa i pełna napięcia atmosfera.
Tutaj też jest głośno, ale inaczej. Słychać śmiechy, radosne okrzyki, w tle do moich uszu dociera nawet muzyka, która napełnia mnie pozytywną energią. Ta cała mieszanka sprawia, że naprawdę dobrze się tu czuję. Tylko czy to wystarczy? Czy zechcą tutaj nauczyciela bez doświadczenia w tej branży?
– To tutaj, na pierwszym piętrze. Na parterze i na drugim piętrze w tym miejscu są toalety, tak jak pani mówiłam, ale akurat na pierwszym na końcu tego długiego korytarza nie ma toalety tylko to. – Z dumą otwiera drzwi i prezentuje mi wnętrze.
Zaglądam jej przez ramię i omiatam wzrokiem pomieszczenie. Spodziewałam się… właściwie to nie mam pojęcia, czego się spodziewałam, ale z pewnością nie tego, co widzę. To duże wnętrze, nie tak duże jak klasa, ale jednak, do tego surowe, trochę ciemne, pewnie za sprawą malutkich okien, przez które wpada mało światła. Gdyby wymienić je na większe, odmalować i uporządkować, można by tu zrobić dodatkową klasę. Wszędzie walają się różne przedmioty, krzesła, stoły, worki i pudła. Mnóstwo pudeł, które nie wiem, co skrywają, ale chyba mnie to nawet nie interesuje.
– Co tutaj jest? – pytam, będąc jednocześnie mocno skonsternowana. Mam wrażenie, że jest tu wszystko poza porządkiem.
– To jest nasza Komnata Tajemnic. Tak, wiem, że brzmi jak z książek o Harrym Potterze. Ale można nazywać to pomieszczenie inaczej. Słyszałam przeróżne nazwy jak bezkresie, czyściec czy po prostu zwykła graciarnia. Mnie najbardziej jednak podoba się ta pierwsza. Wiem, że pewnie pierwsze, co pani pomyślała, to to, czemu nie przerobiliśmy jej na klasę ani na toaletę, jak na każdym innym piętrze, ale to fizycznie niemożliwe, a raczej wolę myśleć, że tak jest.
– To znaczy? – dopytuję się.
– To znaczy, że oczywiście, można by tu zrobić jakąś małą klasę czy salkę, ale jest jakiś problem z prądem.
– Z prądem? – Nie bardzo rozumiem, co ma na myśli.
– Trzeba by tutaj zrobić jakieś podłączenie, pociągnąć kable czy coś, nie wiem. Nie znam się na tym. Pewnie moglibyśmy to zrobić, jestem przekonana, że nawet nasz cudowny pan Wojtek byłby w stanie tego dokonać, ale to się wiąże z remontem, remont z kosztami i wiadomo. Pieniądze może i by się znalazły, ale z drugiej strony wspólnie z gronem pedagogicznym zgodnie orzekliśmy, że nie jest to aż tak konieczne. A takie dodatkowe pomieszczenie na meble, jakieś pomoce naukowe, a nawet środki czystości, które panie sprzątające tutaj zostawiają czasami, kiedy sprzątają to piętro, jest nam, jako szkole, bardzo potrzebne. I tak zostało, w sumie to nawet chyba nikt z nas nie chce tego zmieniać. Za mojej kadencji jako dyrektora tej placówki to się nie zmieni. A dyrektorem będę jeszcze bardzo długo i to nie ulega wątpliwości. – Z tymi słowami jej mina nieco rzednie.
Dziwna kobieta. Zamiast cieszyć się, że ma możliwość pełnienia tak ważnej i na pewno bardziej opłacalnej finansowo funkcji niż zwykły nauczyciel, ona staje się nagle smutna. Jakby sprawowanie pieczy nad tą szkołą było tylko przykrym obowiązkiem. A może to pierwsze objawy wypalenia zawodowego? Może stąd ta jej chudość, wielkie oczy i początkowy brak entuzjazmu.
– A to co? – zadaję pytanie, które kieruję i do siebie, i do pani dyrektor, podnosząc z podłogi kolorowego małego żelowego misia.
– Aaaa, to te żelki. Jedna z naszych sprzątaczek wiecznie je gdzieś gubi.
– To chyba nie sprząta dość dokładnie, skoro nie zauważa porozrzucanych słodyczy – zdobywam się na kąśliwą uwagę, jednocześnie gryząc się w język.
Nie powinnam wygłaszać tego typu teorii, jeśli zależy mi na tej pracy.
– Pani Lucynka jest doskonała w swoim fachu, więc wszyscy wybaczamy jej takie niedociągnięcia. Te żelki to jej jedyny nałóg. Przyzna pani, że dość specyficzny, ale można powiedzieć, że słodki. – Uśmiecha się. – Do pracy pań sprzątających nie mamy żadnych zastrzeżeń. Ani do pani Lucynki, ani do pani Reni. To jak, podoba się pani?
Jej głos, w którym wyczuwam ogromne pokłady nadziei, wyrywa mnie z zamyślenia.
– T-tak… – jąkam się.
– A od kiedy mogłaby pani zacząć? Nie ukrywam, że potrzebujemy nauczyciela wspomagającego na gwałt. Dzieci ze spektrum autyzmu nie powinny czekać. Każdego dnia wymagają indywidualnej pomocy.
– To jak najbardziej zrozumiałe. Myślę, że mogłabym zacząć choćby od jutra, ale rozumiem, że musi się pani zastanowić, przemyśleć, który z kandydatów najlepiej spełnia pani oczekiwania.
– To cudownie! – Znowu klaszcze. – Mogłaby pani zacząć jutro? O ósmej?
– Nap.. Naprawdę? Już jutro? Jest pani pewna, że to mnie chce zatrudnić?
– Oczywiście, że tak! Nie potrzebuję czasu do namysłu, pani kwalifikacje są świetne, a poza tym nie ma żadnych innych kandydatów.
– Nie ma innych… – staram się przebić przez jej słowotok i zachwyt, w który nagle wpadła.
– Chodźmy do sekretariatu, pani Ela wydrukuje dla pani umowę o pracę. Będziemy mogły od razu ją podpisać. – Ciągnie mnie delikatnie za rękę w stronę schodów, tym razem na dół.
Wszystko dzieje się tak szybko, że nawet nie wiem, kiedy skończyła się przerwa i cały hałas, który mnie otaczał kilka minut temu, nagle wyparował, a w jego miejsce powróciła tak dobrze mi znana cisza.
– Proszę przeczytać, czy wszystko się zgadza, i podpisać tu i tu. Jeden egzemplarz dla pani, a jeden dla mnie.
Nie wiem nawet, kiedy i jak to się dzieje, ale po godzinie, którą spędziłam w tej szkole, mam za sobą nie tylko rozmowę kwalifikacyjną, lecz także pracę, podpisaną umowę i zwiedzanie budynku. Jakbym wróciła z jakiejś alternatywnej rzeczywistości, a ostatnie sześćdziesiąt minut spędziła na odległej planecie.
Wychodzę ze szkoły zadowolona, ale również zdezorientowana. To wszystko poszło jakoś tak łatwo, zbyt łatwo. Czyżby krył się za tym jakiś haczyk?
W tym zamyśleniu kieruję się w stronę przystanku, zupełnie tracąc kontakt z otaczającym mnie światem. Usilnie przepracowuję w głowie ostatnich kilkadziesiąt minut, które spędziłam w tej jakże dziwnej szkole, w której od jutra sama będę pracować. Nie jestem do końca przekonana, czy podjęłam słuszną decyzję. Pragnęłam tej zmiany, obiecałam, że tego dokonam i tak po prostu się to udało. Aż trudno w to uwierzyć!
I ta cała dyrektorka…
Zatrudniła mnie od ręki i ponoć nie było innych kandydatów. Rozumiem, że mało kto chce być nauczycielem, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, ale jednak to jakieś takie dziwne. Może w tej umowie jest coś na kształt cyrografu? Nie czytałam jej uważnie, raczej rzuciłam okiem.
Na tę myśl wygrzebuję ją z torebki i dokładnie studiuję, co jest trudne, bo właśnie zerwał się dość mocny wiatr i przenika mnie do szpiku kości. Nic dziwnego, zaraz połowa listopada, a ja mam na sobie jedynie marynarkę. Większość ludzi zapewne od Wszystkich Świętych nie rozstaje się z kurtkami zimowymi, ale ja, jako osoba puszysta, nie narzekam na zimno. Mam jakiś inny termoregulator własnego ciała.
Wiatr się wzmaga, podrywając resztki jesiennych liści i wprowadzając je w wirujący taniec. Na chwilę zatrzymuję się poruszona tym widokiem. Zawsze lubiłam jesień. Za piękne kolory, za to, że nareszcie nie panują upały, i za rozgrzewającą herbatkę, którą można popijać pod kocykiem w długie jesienne wieczory.
Pewnie dlatego ten obrazek tak mnie pochłonął.
Na głowę spadają mi pierwsze krople deszczu, a ja nadal stoję i patrzę to na liście, to na umowę, którą próbuję przeczytać. Nie odnajduję w niej jednak żadnego podejrzanego zapisu, który mógłby być tym haczykiem. Powoli posuwam się do przodu, bo jednak deszcz nieco się wzmaga i nagle wpadam na jakąś kobietę.
– Przepraszam! – wołam wystraszona.
Nie wiem, jak to się stało, nie chciałam jej zrobić krzywdy. Na co dzień raczej nie zdarza mi się wpadać na innych ludzi.
– Ta szkoła… – Wskazuje na budynek, który dopiero co opuściłam.
– O, widzę, że jest pani na spacerze z maluszkiem.
Uśmiecham się do starszej pani. Dopiero teraz zauważam jej pooraną zmarszczkami twarz, zgarbione plecy i smutek w oczach, chociaż bardziej wygląda mi to na zmęczenie. Ma zwiewną i długą kwiecistą spódnicę oraz podobną chustkę na głowie, a na plecy zarzuciła stary i znoszony jesienny płaszcz w odcieniu szarości.
Kiedy na nią patrzę, wygląda mi na jakieś sto lat, ale to nic dziwnego, ludzie w podeszłym wieku wiele przeszli i są zmęczeni życiem.
Mój podziw budzi jednak fakt, że mimo tego zajmuje się takim maluszkiem. Niemowlęta to ciężka praca, która wymaga nieustannej uwagi.
– Mogę zobaczyć? Uwielbiam małe dzieci, są takie słodkie – mówię i nie czekając na odpowiedź, zaglądam do wózka, po czym natychmiast odskakuję przerażona.
Sytuacja, w jakiej się znalazłam, przypomina jakiś horror. Wózek, który ta staruszka prowadzi, jest całkowicie pusty! Nie ma tam żadnego dziecka!
– Dlaczego pani to robi? – zadaję jej pytanie, ale widząc obłęd w jej oczach, nie spodziewam się sensownej odpowiedzi.
– Ta szkoła… – Starucha wyciąga palec w stronę mojego przyszłego miejsca pracy. – Ta szkoła… dla dzieci… i dorosłych.
Nie mam pojęcia, o co jej chodzi. Może to jakaś lokalna wariatka, której zupełnie pomieszało się w głowie? Może to jest ten haczyk, którego nie mogłam znaleźć w umowie?
Stoję i wpatruję się w nią, ale ona wciąż niczym mantrę powtarza to samo zdanie. Że ta szkoła jest dla dzieci i dorosłych. Z tego, co wiem, jest to szkoła podstawowa i nie prowadzi żadnych wieczorowych kursów dla dorosłych, więc dlaczego kobieta tak usilnie twierdzi, że szkoła jest dla dorosłych? Może ma na myśli nauczycieli i innych pracowników?
– Ale… – zaczynam, by po chwili zrezygnować z dalszej rozmowy z tą dziwaczką.
Ona znowu to powtarza, a ja już wiem, że powinnam stąd jak najszybciej uciekać. Trochę się jej boję, zwłaszcza że panująca dookoła aura nie sprzyja zawieraniu nowych znajomości. Coraz mocniej wieje i pada, ale nawet tak zimnolubna osoba jak ja okrywa się szczelniej marynarką, by wytworzyć jak najwięcej ciepła.
Powinnam już iść, ale stoję i wpatruję się w tę starszą kobietę, jakby mnie w jakiś magiczny sposób zaczarowała. Nie potrafię się ruszyć. Nie wiem, ile tak razem stoimy, ale po jakimś czasie ona po prostu zmierza w stronę szkoły. Jeśli zacznie zaczepiać dzieci, nie skończy się to dla niej najlepiej. Mam nadzieję, że inni nauczyciele zareagują w odpowiedni sposób. Być może ona jest zupełnie nieszkodliwa, ale z takimi nigdy nic nie wiadomo. Skoro prowadzi pusty wózek dziecięcy, to nie jest do końca normalna.
Kiedy czuję, że zaczyna coraz mocniej padać, szybkim krokiem ruszam jak najdalej stąd. Pragnę znaleźć się w domu, w którym czekają na mnie mój ulubiony kocyk i gorąca herbatka z nutą cynamonu. Jutro będę musiała zmierzyć się z nową rzeczywistością. Przede mną interesujące znajomości, wyzwania i wiele pracy, ale tego akurat się nie boję. O wiele bardziej martwi mnie ta nowo poznana dziwna kobieta, która budzi strach i niepokój. Oby tylko uczniowie byli bezpieczni i tak się czuli. To jest dla mnie najważniejsze i tego będę się trzymać.Rozdział 3
Wspomnienia…
Chciałabym móc powiedzieć, że mam wiele wspomnień związanych z moim ojcem. Ale to nieprawda. To, co pamiętam, to przede wszystkim las. Wspólne spacery i wędrówki po lesie to najpiękniejsze, co mnie spotkało w dzieciństwie, i powracanie myślami do tych chwil jest dla mnie ukojeniem po trudnym dniu. Nawet teraz, po tych wszystkich latach.
Pamiętam powiew wiatru wokół nas, zapach drzew, żywicy, wilgoć i szczęście. Tak, szczęście też ma zapach. Ma zapach ciepłej, dużej, nieco chropowatej, bo naznaczonej ciężką pracą, dłoni mego ojca, która chowa w sobie tę drugą, mniejszą, moją. Przywołuję w pamięci śpiew ptaków, brzęczenie owadów, trzask łamanej pod stopami gałęzi i ufność spojrzenia, jakim mnie wtedy obdarzał. Był dla mnie całym światem. Jego początkiem i końcem. Wspólnie wchodziliśmy do lasu nieopodal naszego domu. Robiliśmy to konsekwentnie bez względu na porę roku. To był taki nasz rytuał, któremu się poddałam i bez którego nie wyobrażałam sobie istnienia naszej rodziny. Poczuć tę lekkość, wolność, dziecięcą radość.
Latem, kiedy drzewa były w pełnym rozkwicie, chłonęłam odgłosy przyrody, przyglądałam się przebijającym promieniom słońca, poszukiwałam kojącego chłodu w samym środku upalnych dni. Jesienią wsłuchiwałam się w szelest spadających liści, zbierałam je i tworzyłam bukiety dla mamy. Zimą bawiłam się w chowanego, co było o tyle trudniejsze, że nie było już żadnych liści, a skrzypiący pod butami śnieg utrudniał znalezienie odpowiedniej kryjówki. Wiosną zachwycałam się budzącym się do życia nowym cyklem, od którego wszystko brało swój początek.
W tym wszystkim towarzyszył mi tata. Jego dłoń niczym bezpieczna przystań zawsze była blisko, wskazywała właściwą drogę, odkrywała przede mną tajemnice lasu, które pragnęłam poznać całą sobą. To on nauczył mnie, jak zbierać grzyby, jak rozpoznawać te jadalne, a potem pokazywał, co z nich przyrządzić. Na samo wspomnienie grzybowego sosu na śmietanie cieknie mi ślinka. Nie było możliwości, by Boże Narodzenie odbyło się bez suszonych grzybów, które razem zbieraliśmy, starannie przebieraliśmy i oddzielaliśmy do różnych potraw w zależności od gatunku.
To dzięki tacie wiem, jak należy poruszać się w lesie; jak znaleźć drogę do domu, jeśli się zgubię; gdzie jest północ, a gdzie południe. Wiem, jakie drewno nadaje się, by rozpalić ognisko, które zwierzęta warto obserwować, a przed jakimi trzeba uciekać.
Nasze wędrówki to była jedyna stała w moim życiu jako małej dziewczynki. Cotygodniowe wycieczki, jak lubiłam o nich myśleć.
Kiedy przychodził na nie czas, byłam podekscytowana i przepełniona radością. Wiedziałam, że przez najbliższe kilka godzin ojciec będzie tylko mój, tylko dla mnie i że dla niego to znaczy co najmniej tyle, co dla jego córki. Zawsze zabierał ze sobą koszyk pełen pyszności przygotowanych wcześniej przez mamę, chociaż twierdził, że wszystkie smakołyki zrobił samodzielnie. Uśmiechałam się do niego w odpowiedzi, pomimo tego, że doskonale zdawałam sobie sprawę z jego kłamstwa. Ale kto z nas w dzieciństwie nie przymykał oczu na takie rzeczy?
Gdy nacieszyliśmy oczy i uszy dobrodziejstwami natury, siadaliśmy na pobliskiej polance, gdzie mogliśmy się posilić i porozmawiać. Ojcu mogłam powiedzieć wszystko, zwierzyć się z każdego problemu, a on od razu znajdował rozwiązanie, jakby kłopoty w ogóle nie miały miejsca, jakby był magikiem z czarodziejską różdżką i sprawiał, że one po prostu znikały.
Dziś wiem, że to nie było możliwe, ale jakie zmartwienia może mieć kilkuletnia dziewczynka? Kłótnia z koleżanką? Poharatane kolano? Oderwana rączka ulubionego misia, z którym codziennie zasypia? Na wszystkie te sprawy tata miał gotowy przepis. Rach-ciach, i już! To, co złe, natychmiast znikało. Ufałam, że dzieje się tak dlatego, iż miał konszachty z wróżkami, w które wierzyłam, a że jest tak wspaniałym, dzielnym, pracowitym i kochającym człowiekiem, to żadna wróżka nie może postąpić inaczej, niż mu pomóc.
I tak było. Jak w bajce.
Ojciec pracował na kolei. Co tam robił? Nie wiem, nie pamiętam, nie chcę pamiętać. Przychodził zmęczony, spracowany, ale kiedy stał w progu domu, a jego spojrzenie napotkało moje, od razu się rozpromieniał. Byłam jego promyczkiem, na pewno, nie mogło być inaczej. Kochałam go całym sercem, a on kochał mnie.
Mama przyglądała się tej naszej miłości z dumą w oczach. Wiedziała, czuła, że pomimo trudnych czasów ona jako kobieta dobrze wybrała. Wybrała odpowiedniego męża, który stał się dobrym i odpowiedzialnym ojcem dla jej córki, dla mnie.
Jakże się myliła!
Często przymykała oko na pakt, który nas łączył, bo bez wątpienia to tata był dla mnie tym ważniejszym rodzicem. Może to dziwne, ale to nie z matką łączyła mnie szczególna więź. Byłam córeczką tatusia i byłam też przekonana, że nic nigdy tego nie zmieni, że nie ma takiej siły, która by nas rozdzieliła, oddaliła nas od siebie. Coś takiego nie miało racji bytu. Taka miłość między rodzicem a dzieckiem się nie zdarza.
To głupie myślenie, bo przecież każde dziecko wyobraża sobie, że jest szczególne, wyjątkowe, nadzwyczajnie umiłowane przez mamę i tatę. Ale ja naprawdę tak mocno wierzyłam, że to prawda! Tak mocno chciałam w to wierzyć, że wreszcie po latach nie mam już złudzeń – wiem, że to wszystko było mrzonką, ulotnym marzeniem, błyskotką, którą ktoś zachłannie zabrał i zniszczył, niwecząc w ten sposób cały mój dziecięcy świat.
Inne dzieci z okolicy zazdrościły mi tej cudownej relacji. Owszem, miały rodziców, ale jak to zwykle bywa, ojcowie chodzili do pracy i harowali od rana do wieczora, by utrzymać rodzinę, a matki zostawały w domach, sprzątały, prały, gotowały i poświęcały się dzieciom. Dzieciom, które zajmowały się same sobą, bo one zapracowane i oddane domowym czynnościom nie miały wiele czasu, by móc spędzić go ze swymi pociechami. Dzieciaki kręciły się wokół maminych spódnic, odganiane miotłami, garnkami czy szmatami, które matki dzierżyły w dłoniach każdego dnia. Miały swoje obowiązki, i nie było wśród nich miejsca dla tych, którzy są osią rodziny i którzy tę rodzinę trzymają w ryzach.
Ze mną było inaczej.
Raz w tygodniu tata, pomimo zmęczenia, potrafił wykroić dla mnie te kilka chwil. Inne maluchy mi tego zazdrościły, miałam coś cennego, czego one nie miały, a czego pragnęły równie mocno jak każde dziecko.
Kiedy dzisiaj powracam do tych wspomnień, także chciałabym mieć magiczną moc, by zatrzymać czas. Gdyby to było możliwe, to kolejne lata mogłyby mieć zupełnie inny przebieg, mogłyby być beztroskie jak nasze leśne wędrówki. Niestety, tak się nie stało i wszystko prysło jak bańka mydlana. Tak z bajki trafiłam prosto do rzeczywistości, i to dużo gorszej niż codzienność moich koleżanek i kolegów.Rozdział 10
Wspomnienia…
Zawsze byliśmy szczęśliwą i kochającą się rodziną. Zawsze. Moje dzieciństwo przypomina lody na patyku o słodko-owocowym smaku, które pewnego dnia się roztopiły. Było jak tęczowa bańka mydlana, która pękła. Jak słoneczne wakacje nad morzem, do czasu aż spadł deszcz. Wszystko układało się idealnie, ale jak wiadomo, nic nie może wiecznie trwać. Kiedyś ta sielanka się skończyła. Tak nagle i niespodziewanie.
Wszystko zaczęło się, a raczej skończyło w Wigilię. Uwielbiałam święta, choinkę pachnącą lasem, pyszne potrawy i prezenty. Każde dziecko pragnie prezentów i ja podczas tych świąt dostałam od Świętego Mikołaja wszystko to, o co prosiłam w liście. Mnóstwo zabawek i słodkości. Teraz wiem, że tata zrobił to z poczucia winy. Jakby tymi prezentami mówił mi do widzenia. On wiedział, ja dowiedziałam się dopiero po latach, ale do dziś nie potrafię zrozumieć.
Kiedy po uroczystej kolacji próbowałam zasnąć w swoim pokoju z uśmiechem na ustach, do moich uszu dobiegły odgłosy kłótni. Kręciłam się z boku na bok, ale z nadmiaru emocji nie mogłam spać, więc gdy usłyszałam krzyki rodziców, po cichutku wstałam i podeszłam do drzwi, by sprawdzić, co się dzieje. Było tak głośno, że ani mama, ani tata mnie nie zauważyli.
– Jak to masz nową rodzinę?! – pytała rozpaczliwie mama.
– Normalnie. Po prostu się zakochałem. Przepraszam, nie planowałem tego, ale się stało – tłumaczył się tata.
– Jak to się stało? Nic się samo nie dzieje! Gdzie ją poznałeś?! Jak długo to trwa?!
– Uspokój się! Chcę z tobą porozmawiać.
– Uspokój się?! Jak śmiesz mnie uspokajać?!
– Obudzisz małą – szeptał, ale mama nie zwracała uwagi na to, że z każdym następnym zdaniem podnosiła głos.
Siedziałam niczym trusia i zastanawiałam się, jak wysoka jest skala jej głosu, o ile jeszcze może go podnieść, i czy istnieje jakakolwiek granica, do której dotrze. Może to dziwne, że nie skupiałam się na słowach, które do sobie wykrzykiwali, lecz na samej głośności, ale byłam jedynie małą zagubioną dziewczynką, która potrzebowała do szczęścia tylko swoich rodziców i ich miłości.
– I dobrze! Niech sama usłyszy, co zamierzasz! Jak sobie to teraz wyobrażasz?! Za chwilę urodzi się twój bachor, a co z naszą córeczką?! Odstawisz ją jak jakiś przedmiot? Już nie jest ci potrzebna? Zastąpisz ją innym, lepszym dzieckiem?!
– Nie mów tak. Przecież zawsze będę ją kochał.
– Ale mnie już nie! – Mama wybuchnęła płaczem i ukryła twarz w dłoniach, opadając bez sił na kolana.
– Nie udawaj, że jesteś zdziwiona. Nasze małżeństwo od dawna nie istnieje. Łączy nas tylko dziecko.
– Tylko? Nasza córeczka to dla ciebie tylko? Jesteś podłym draniem! – Po tych słowach rzuciła się na tatę z pazurami. Zachowywała się dziko i agresywnie, jakby chciała mu wydrapać oczy.
Ojciec w obronie osłaniał twarz rękami, ale na niewiele się to zdało. Aż sama z przestrachem cofnęłam się w stronę mojego pokoju i schowałam pod kołdrą, która dawała mi poczucie bezpieczeństwa, bo ta nagła i nieoczekiwana złość mamy mnie przeraziła. Nigdy nie widziałam jej w takim stanie. W tamtej chwili to tata wykazał się spokojem i opanowaniem, wciąż był moją ostoją.
Kolejnego poranka zastałam mamę przy stole niesprzątniętym po kolacji wigilijnej. Była zamyślona, smutna i pogrążona we własnych myślach. W dodatku miała zapuchnięte oczy. Nie odzywała się do mnie, jakby wyłączyła się ze świata. Nie cieszyły jej już święta, choinka i śnieg za oknem. Taty nigdzie nie było.
– Mamusiu, a gdzie jest tatuś? – zapytałam nieśmiało, zjadając śniadanie, które przygotowała mi w milczeniu.
Nie odpowiedziała. Minęło wiele czasu, zanim w ogóle się do mnie odezwała.
Od tamtej wigilii nie zobaczyłam już taty. Nigdy do nas nie wrócił. Jakby zniknął, rozpłynął się w powietrzu lub we mgle. Zauważyłam, że wraz z nim zniknęły wszystkie jego rzeczy. Jakby wymazał się z naszego życia z dnia na dzień. Po tamtych świętach już nic nie było takie samo. Nie było już naszych wędrówek po lesie, wspólnego spędzania czasu, niczego nie było.
Byłyśmy tylko ja i mama. Czasami podczas zakupów, spacerów czy w drodze ze szkoły widziałam ojca w twarzach mijanych mężczyzn. Bardzo chciałam go zobaczyć, móc się do niego przytulić, sprawić, by to był tylko zły sen, z którego za chwilę się obudzę, i powrócę do tych świąt, do tej najszczęśliwszej w moim dzieciństwie wigilii. Wielokrotnie zastanawiałam się, co się z nim stało.
Dopiero po latach zrozumiałam, że zostawił nas, mnie i mamę, i wybrał tę drugą, być może lepszą, a z pewnością nowszą rodzinę. Czy nigdy nas nie kochał? A może zrozumiał to dopiero wtedy? Dlaczego nie starał się utrzymywać ze mną kontaktu?
Gdy dorosłam, nie potrafiłam już go tłumaczyć. Jak można zostawić własne dziecko? Wiem, że czasami ludzie się rozwodzą, zakładają nowe rodziny, chociaż uważam, że to niedopuszczalne, ale żeby zostawić własne dziecko? Dziecko, które kocha się najbardziej na świecie, dla którego rodzic jest w stanie zrobić wszystko. Jak można?
Mój ojciec był do tego zdolny. Nie przychodził, nie szukał ze mną kontaktu, jakby nie chciał mnie znać. Jakbym przestała być jego malutką i słodką córeczką, której pokazywał świat, którą chronił przed złem, chowając jej malutką rączkę w swojej wielkiej, szorstkiej i bezpiecznej.
Od tamtego czasu musiałyśmy radzić sobie zupełnie same. Mama brała dodatkowe dorywcze prace, żeby móc nas utrzymać, przez co nie widziałam jej całe dnie, czasem i noce. Dziś doceniam jej poświęcenie, ale wtedy czułam, że zostałam pozbawiona nie tylko ojca, ale również matki. A moja rodzicielka postawiła wszystko na jedną kartę, czyli na przetrwanie, i udało jej się.
Nie poznała już żadnego innego mężczyzny. Mogła postąpić tak samo jak ojciec. Założyć nową wspaniałą rodzinę, ale tego nie zrobiła. Do końca byłyśmy we dwie. Tylko my dwie przeciwko całemu światu.
Niezwykle to doceniam, bo przecież nie po to przysięgamy przed ołtarzem, żeby potem na pstryknięcie palcami się rozejść i być z kimś innym. W przysiędze jest mowa o tym, że dwoje zakochanych w sobie ludzi, kobieta i mężczyzna, powinno być ze sobą, dopóki śmierć ich nie rozłączy.
Ja myślę, że nawet dłużej.Podziękowania
Pisanie książek to żmudna praca, należy ją zaplanować i znaleźć na nią czas. Nie jest to łatwe w natłoku codziennych obowiązków, ale akurat tę powieść pisało mi się wyjątkowo szybko i przyjemnie, gdyż pomogło mi w tym wiele wspaniałych osób.
Dziękuję moim bliskim i rodzinie za wsparcie oraz wiarę w moje możliwości, przede wszystkim Mężowi i Synkowi.
Dziękuję mojej koleżance po fachu Marcie Kirpie, której pomysł sprawił, że ta powieść powstała. Kiedy Marta dowiedziała się, że piszę, zaproponowała, bym napisała o morderstwie nauczycielki. Tak bardzo mi się to spodobało, że poszłam o krok dalej i postać Niny wzorowana jest właśnie na Marcie – za jej zgodą, oczywiście. Obydwie tak samo wyglądają, są wspaniałymi, pełnymi pasji, zaangażowania i oddanymi dzieciom nauczycielkami. Na tym jednak podobieństwo Marty i Niny się kończy. Reszta historii tej bohaterki to już wytwór mojej wyobraźni.
Dziękuję pani dyrektor Hannie Hajzak-Jandzie za wyjaśnienie kilku kwestii związanych z funkcjonowaniem szkoły oraz nietypowych sytuacji, które – oczywiście czysto teoretycznie – mogą mieć miejsce. Wszelkie błędy są wyłącznie moją winą.
Dziękuję mojej koleżance Klaudii Szabli za podsunięcie mi pomysłu z zamknięciem w Komnacie Tajemnic. Musiałam go wykorzystać! Wszystkie inspiracje, które podsuwają mi Dobre Dusze, skrzętnie przechowuję w głowie, analizuję oraz rozbudowuję i tak rodzą się pomysły na kolejne książki.
Dziękuję wydawnictwu WasPos za zaufanie i wiarę w tę bliską memu sercu historię.
Dziękuję Tobie, Czytelniku, za to, że spośród tak wielu powieści wybrałeś właśnie moją. Mam nadzieję, że spełniła Twoje oczekiwania. Zachęcam do dzielenia się uwagami i spostrzeżeniami w moich mediach społecznościowych. Staram się odpowiadać na każdy komentarz oraz każdą wiadomość.
Zapraszam do mojego książkowego świata i liczę na to, że niebawem znów spotkamy się na literackiej drodze.
Marta Malinowska