Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Ostatnia wola i inne opowieści - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 kwietnia 2026
47,99
4799 pkt
punktów Virtualo

Ostatnia wola i inne opowieści - ebook

Zanim zacznie się nowa przygoda, trzeba opowiedzieć kilka starych historii.

Co dzieje się w Gryfie, zostaje w Gryfie… chyba że dotyczy całej Doliny.

Do karczmy Edmunda Kociołka znów ściągają koronowane głowy i członkowie Leśnego Dworu, krewni i znajomi, rycerze i kapłani, a nawet jeden troll. Tym razem powód jest radosny: Urgo się żeni!

Wieczór kawalerski sprzyja zwierzeniom. Zasiądźcie przy ogniu z kufelkami w dłoniach i posłuchajcie, jak Kociołek poznał Sarę, co Eliah porabiał w Elfirii, do jakich wyborów życie zmusiło Żychłonia i dlaczego tak naprawdę Gramm opuścił Gwiżdżące Góry. A kiedy w Gryfie pojawią się intruzi, chwyćcie za miecze – bo wszystko wskazuje na to, że Dolinie znów grozi niebezpieczeństwo.

Drużyna do zadań specjalnych rusza do akcji. Kociołek nie ma złudzeń: wkrótce znów przyjdzie mu sprawdzić, czy przyjaźń, odrobina bezczelności, wsparcie Los i Doli oraz dobrze naostrzony nóż kuchenny wystarczą, by uratować świat.

Obok minipowieści Ostatnia wola zbiór zawiera pięć opowiadań.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8406-524-2
Rozmiar pliku: 14 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OSTATNIA WOLA

Jesienny gniew wzbierał od kilku godzin, ale deszcz złapał nas dopiero, gdy znajdowaliśmy się już niemal u celu. Okazał się też na tyle intensywny, że natychmiast zapragnęliśmy przyspieszyć.

A przynajmniej ja.

Urgo bowiem, gdy tylko znalazł się na szczycie jednego z ostatnich wzgórz na naszej drodze, wstrzymał konia i spojrzał na południe.

Sierociniec prowadzony przez kapłanki Doli znajdował się w odległości zaledwie kilku minut galopu. Z jego okien wylewał się miodowy blask, z komina unosił się dym – pewnie mieszkańcy zasiedli do wieczornej strawy. Wyobraziłem sobie, jak Dislai kuca przed paleniskiem i dorzuca jeszcze jedną szczapę, a potem otrzepuje dłonie i odwraca się ku rozsiadającym się przy stole dzieciakom.

Dla Urgo ta wizja była o wiele wyraźniejsza i miała w sobie moc, której nie potrafił się oprzeć. Odwrócił się do mnie gwałtownie, strzepując wodę z kaptura.

– Kociołek, jedź dalej sam – wychrypiał. – Ja… ja tam tylko wpadnę. Przywitam się z Dislai i…

– Nie – powiedziałem. – Nie teraz.

Pomimo półmroku ujrzałem, jak w jego oczach odbija się zdziwienie.

– Czemu nie?

Urgo był jednym z moich najstarszych i najwierniejszych przyjaciół, a kochałem go między innymi za to, że nie umiał ukrywać uczuć. Ba, chyba wręcz nie wiedział, że tak można. Żal, współczucie, radość czy wdzięczność malowały się na jego twarzy równie wyraźnie jak u dziecka, co w świecie, w którym matactwo i kłamstwo postrzegane były jako elementy sztuki przetrwania, stanowiło rzadkość i przynosiło otuchę. Tęsknota za Dislai, przez którą nie zdołaliśmy nigdy wypić więcej niż kufelka piwa w przydrożnej knajpie, zrywaliśmy się przed świtem i zasłużyliśmy na głęboką niechęć naszych koni, była zaś równie widoczna jak aura Doli, otaczająca mego druha podczas walk ze Złym, a do tego tak rozczulająca, że natychmiast zapomniałem o deszczu.

Podjechałem bliżej.

– Urgo, spędzisz z Dislai całe życie – powiedziałem z uśmiechem. – Od przyszłej niedzieli już zawsze będziecie razem. Nic was nie rozłączy, a jeśli spróbuje, poszczujemy to Grammem. Ale dziś chciałbym, żebyś pojechał ze mną do Gryfa.

– Czemu? – spytał niepewnie.

– Bo przygotowaliśmy coś dla ciebie.

Trąciłem konia kopytami, a ten zrobił kilka kroków, co wystarczyło, bym ujrzał wznoszącą się w oddali ciemną bryłę Gryfa. Z okien rodzinnej karczmy również sączyło się ciepłe światło, od czego serce zabiło mi szybciej.

– Dla mnie? – Zaskoczenie Urgo było ujmująco autentyczne.

– No jasne, stary. Ten wieczór spędzisz z nami. Ze swoją drużyną. – Klepnąłem go w ramię. – Pozwól, przyjacielu, że zanim oddamy cię twojej lubej na resztę życia, sponiewieramy cię jak należy albo gorzej. Musimy mieć bowiem pewność, że ci się nie odwidzi i nie zwiejesz od niej na łono drużyny.

– Ty od swojej zwiewasz bez przerwy – burknął Urgo.

– Się, kurwa, nie wymądrzaj. Naprzód! Do Gryfa.

*

Pomysł urządzenia imprezy dla Urgo wyszedł bodajże od Gramma, ale razem z Żychłoniem natychmiast podjęliśmy temat, w czym wsparł nas, o dziwo, Zwierzak, który najwyraźniej wiedział o ożenku całkiem sporo. Nie zdołaliśmy zainteresować tematem jedynie Eliaha, który zignorowałby go zapewne nawet wtedy, gdyby przebywał akurat w Gryfie. Tymczasem elf wiosną wybył bez słowa, a z pozostawionego przezeń listu wynikało, że pojechał do Elfirii.

By walczyć na pograniczu.

Miałem nadzieję, że nie wpakuje się tam w żadne kłopoty, bo z tego, co wiedziałem, jego status w ojczyźnie nie był wcale oczywisty, a sama Elfiria nadal walczyła ze Złym. Brakowało mi tego małomównego, aspołecznego drania jak nigdy. Wracaj do domu, przeklęty dziwaku, powiedziałem w myślach. Może wreszcie się upijesz jak należy.

Bo o ile dobrze pamiętam, jeszcze nigdy nie widziałem go pijanego, nawet na imprezie u Leśnego Króla.

Brak Eliaha był jednak jedynym, czego żałowałem. Sara w odpowiednim momencie postanowiła, że wraz z matką i dzieciakami odwiedzi Yannę w jej dworku na skraju Głodnej Puszczy, gdzie księżna zamieszkała po zrzeczeniu się władzy nad Dymem. Bez wahania postanowiłem ich eskortować i przekonałem Urgo, by do nas dołączył, a Grammowi, Żychłoniowi i Zwierzakowi powierzyłem zadanie przygotowania imprezy.

Przyznam, że cieszyłem się z tego jak głupi. Po długich miesiącach nerwów, walk, niekończących się wędrówek i bezsilnego zgrzytania zębami wreszcie mogłem się zająć rzeczami przyziemnymi, ale jakże dla nas ważnymi. Mój przyjaciel żenił się ze swoją ukochaną!

Na razie jednak czekała nas naprawdę godna biesiada.

Nareszcie!

Popędziłem Cwaniaka, który ochoczo wystrzelił naprzód, zapewne już czując znajomy zapach. Chwilę później zeskoczyłem na zabłocone, pełne kałuż podwórze i poprowadziłem utrudzonego konia ku stajni, która, zgodnie z moimi przewidywaniami, była już pełna koni.

– Nieźle, nieźle – wymruczałem, ściągając siodło z grzbietu Cwaniaka, co ten powitał pełnym ulgi westchnieniem. – Pospiesz się, Urgo, wszyscy już są na miejscu!

Rycerz chyba dopiero teraz zrozumiał, że nie żartowałem, bo na jego obliczu pojawiła się niepewność. Jakby w odpowiedzi na jego wahania z karczmy dobiegła skoczna melodia wygrywana na mandolinie. Zawtórował jej chór mocnych, męskich głosów.

Urgo spojrzał na mnie ze źle skrywanym przestrachem.

– Nie jestem pewien, czy ja w ogóle chcę… – zaczął, ale przerwałem mu bezceremonialnie:

– Nieważne. My chcemy.

– Kociołek, to nie w porządku!

– To, że pragniemy wypić beczkę piwa w intencji twojej i Dislai? – spytałem. – I śpiewać przy tym tak głośno, że sam Dola nas usłyszy i wpadnie na kielicha? To jest nie w porządku?

– Ale czy ja muszę przy tym być?

– Niczego nie musisz, przyjacielu – odparłem, nie mogąc dłużej skrywać uśmiechu. – Jeśli chcesz, to wypij z nami kufelek i zwiewaj do łóżka, a my beczkę osuszymy tak czy owak.

– Ale ja się trochę wstydzę – przyznał Urgo z rozbrajającą szczerością.

Westchnąłem ciężko, poklepałem go po plecach, pomog­łem mu rozsiodłać konia, a potem złapałem go za rękaw i bez litości powlokłem za sobą do karczmy.

No i się zaczęło.

– Braciszku! – ryknął Orgo, który złapał nieszczęsnego Urgo w progu i zmiażdżył w uścisku. – Przybyłem w te pędy, gdy tylko mi przekazano radosną nowinę! Chłopie, tak się cieszę!

– Wujku! – Korneliusz uściskał go jako drugi. – Wiesz, że też będę się żenił? Matylda nie ma teraz czasu, bo rządy i w ogóle, ale na wiosnę to ho, ho!

– Wreszcie, drogi chłopcze! – Vitalis był autentycznie wzruszony.

Droździk zaśpiewał:

Hej, nadciąga weselicho!

Ale by się przygotować,

schlejem się nielicho.

Piwa nie ma co żałować!

Za plecami królewskiego barda wyrosło kilku rycerzy Leś­nego Dworu, pojawił się też poważny Mattias, narzeczony Luby, i porucznik Rudolf, dowódca oddziału najemników zwerbowanego przez Sarę. Ujrzałem również, co zaskoczyło mnie najbardziej, młodego księcia Krzemyku. Chłopak szedł w moją stronę z serdecznym uśmiechem. Skłoniłem się nisko, na co ten pokręcił głową z udawaną dezaprobatą i wyciągnął ku mnie dłoń.

Mocno ją uścisnąłem.

– Żadnych ukłonów, Kociołku – poprosił. – Nie dość, że byłeś przyjacielem mojego dziadka, to jeszcze uratowałeś mnie i moje księstwo. Będę zaszczycony, jeśli odpuścisz sobie wszelkie honory i będziesz zwracał się do mnie po imieniu.

– Dla mnie to też zaszczyt, Ignacy – odparłem i raz jeszcze ścisnąłem jego dłoń. Była wypielęgnowana, elegancka, ale mimo to silna. – Cieszę się, że tu przyjechałeś, choć… – Zerknąłem na Gramma, który stał w drzwiach kuchennych i uśmiechał się z satysfakcją. Pomachał do mnie na powitanie. – Prawdę mówiąc, nie wiedziałem, że cię zaproszą…

– Nie zaprosili – rzekł Ignacy. – Sam tu przyjechałem przed dwoma dniami. Chciałem z tobą pogadać.

W mojej głowie natychmiast rozkołysał się dzwon alarmowy.

– Nie – wymamrotałem. – Nie, wcale nie.

– Słucham? – Książę Ignacy pochylił się ku mnie. – Co powiedziałeś?

– Ja tylko tak… bo… Nie, nic takiego. Po prostu… Ja jakoś…

– Co takiego?

Miałem nadzieję, że wreszcie o mnie zapomnicie! – zakrzyknąłem w myślach jak upiór nad żalnikiem. – Że dacie mi spokój! Bo po raz pierwszy mam wolną chatę i chcę świętować jak należy ożenek przyjaciela!

– Nic. Naprawdę nic – bąknąłem.

– Dobra. – Ignacy klepnął mnie w ramię. – To i tak nie jest pora na rozmowy. Złożę gratulacje twojemu przyjacielowi, a pogadamy kiedy indziej. Bardzo się cieszę, że cię widzę.

Patrzyłem w ślad za nim, jak przedziera się przez tłumek rycerzy Leśnego Dworu i własnych przybocznych, by uścis­nąć dłoń Urgo. Ten zarumienił się aż po czoło – nigdy dotąd nie skupił na sobie tak wielkiej uwagi – ale śmiał się już głośno i próbował żartować, a w lewej dłoni trzymał kufel piwa. Po jego zawstydzeniu nie został najmniejszy nawet ślad, więc odetchnąłem z ulgą.

Niestety, moje myśli wróciły do rozmowy z Ignacym.

Czego oni znów ode mnie chcą?

Wtedy zacząłem dostrzegać rzeczy, na które w innych okolicznościach nawet nie zwróciłbym uwagi. W kominku ogień buchał jak rzadko, ale szczapy drewna walały się dookoła. Pod nogami aż chrzęściło od brudu, a blat najbliższej ławy był zalany zupą.

Przeniosłem wzrok na Gramma.

– Wreszcie jesteś, Kociołek! – zawołał radośnie i rozłożył ramiona do uścisku. – Niezłą gromadę zebraliśmy, co? Popijemy jak…

Wyminąłem go i ruszyłem do kuchni, gdzie zatrzymałem się w progu. Odkąd objąłem funkcję gospodarza Gryfa, nie widziałem czegoś podobnego. Ten, kto zebrał naczynia, z sobie tylko znanej przyczyny postanowił ułożyć je w kącie. Na piecu, obok patelni obrośniętej zaschniętymi resztkami jajecznicy, pyrkał zapomniany garnek, z którego dobywały się języki piany. Łopata piekarska leżała na podłodze obok pęta salcesonu, na którym ktoś odcisnął ślad stopy, chleb na stole wyglądał, jakby ktoś go porąbał zamiast kroić, a gdy zrobiłem pół kroku naprzód, wdepnąłem w wędzonego śledzika. Jednego z wielu. Z wiadra na odpadki cuchnęło tak, jakby ktoś do niego nasrał.

– Służyłem w wojsku – powiedziałem głosem wypranym z emocji. – Dzień w dzień widziałem kuchnię pułkową, również podczas pospiesznego odwrotu i epidemii. Widziałem ją nawet po tym, jak splądrował ją wróg. I nigdy, Majster, przenigdy nie wyglądała nawet w połowie tak tragicznie jak ta! – Odwróciłem się ku krasnoludowi z ogniem w oczach i ryknąłem: – Co ma to wszystko, kurwa, znaczyć, co?! Tydzień, psia mać! Wystarczył tydzień, byś doprowadził to miejsce do upadku!

Gramm nabrał powietrza i spotężniał. Chyba chciał coś powiedzieć, ale mu na to nie pozwoliłem.

– Ty nie miałeś tu gotować! – piekliłem się. – Miałeś jedynie odgrzewać dania, które ci wskazałem, i upiec chleb, kiedy zapas się skończy! Z ciasta, które sam urobiłem! A w wypadku jakichkolwiek problemów miałeś pytać Żychłonia! To takie trudne?

– Kociołek – wycharczał groźnie Gramm, unosząc palec, znów jednak nie dałem mu dojść do słowa.

– W goblińskim sraczu jest czyściej niż tu! – wrzeszczałem, gestykulując. – Mówiłem, że gościom się nie podaje naczyń z ornamentami, ale te gliniane, które są w dolnej szafce! Mówiłem czy nie, do kurwy nędzy?! Sztućców nie rozkładasz! Do większości dań wystarczą pieprzone drewniane łyżki! Otwarte słoiki się zakręca, smalec, kurwa, znosisz z powrotem do chłodni, podobnie jak kanki z mlekiem! Wiesz o tym, że mleko kiśnie? Wiesz?! Stąd czuć, jak jebie! I skąd ja teraz wezmę świeże? Zwierzaka wydoję?!

– Kociołek, jak ci zaraz pizgnę… – wycharczał krasnolud.

Miałem wrażenie, że spomiędzy jego zębów bucha piekielny żar, ale i to nie powstrzymało mego słusznego gniewu.

– Blat się lepi od miodu, na podłodze walają się ryby, śmieci nikt nie wynosił od tygodnia, a ten dżem to chyba wypełzł ze słoika, zrobił obchód podwórza i wrócił!

Przez opary mojej furii przebiła się myśl, że krasnolud nie puści tych obelg mimo uszu i bez bijatyki się nie obejdzie. Raz czy drugi już od Gramma oberwałem i fajnie nie było, ale… No nie, w takim stanie zostawić kuchnię?!

Napięcie przeciął naraz nowy głos. Ten, którego nie spodziewałem się tu usłyszeć.

– Coś ci się, Edmundzie, nie podoba?

Odwróciłem się powoli. Bardzo powoli, odruchowo chcąc odwlec chwilę, kiedy połączę głos z twarzą, a wtedy moją złość zastąpi rozpacz.

Vincent, ojciec Sary, a mój teść, postawił na podłodze kosz z drewnem. Stał teraz naprzeciwko mnie z rękami założonymi na piersi i spoglądał na mnie z bezbrzeżnym lekceważeniem.

Milczałem wstrząśnięty, niezdolny wydobyć z siebie choć słowa.

– Zostawiłeś interes w rękach osób bardzo niekompetentnych, które nie nadają się do jego prowadzenia – wycedził Vincent. – Musiałem więc przejąć ster i miałem skromną nadzieję, że to docenisz. Nie usłyszałem wszystkiego dobrze, ale chyba masz jakieś zastrzeżenia, prawda?

– Co… – wykrztusiłem. – Co tu robisz?

– To, czego spodziewa się po mnie moja córka. – Vincent uniósł krzaczaste brwi. – Podejmuję odpowiedzialność. Pojawiam się wtedy, gdy jestem potrzebny.

Podszedł do pieca i zdjął pokrywkę. Po kuchni rozszedł się zapach zupy cebulowej.

– Trochę się przypaliła – rzekł, mieszając. – No ale trudno. Nie można jednocześnie zajmować się gośćmi i rąbać drewna.

*

Po tym, co usłyszałem, chrobot szczotki o podłogę wydał mi się odgłosem kojącym, wręcz leczniczym. Tarłem deski w milczeniu, moczyłem szczotkę w wiadrze i znów tarłem, metodycznie i zapamiętale.

Tuż nad podłogą przemknął chłodny powiew. Ktoś trzasnął drzwiami, a potem ze stuknięciem ustawił wiadro w kącie.

– Odpuść sobie, Kociołek – powiedział Gramm.

Uniosłem głowę i spojrzałem na krasnoluda.

– Miałeś mi pizgnąć, no nie?

– Teraz to już mi się nie chce – odrzekł tamten i przysunął sobie taboret. Przyjrzał mu się uważnie, dotknął siedziska, skrzywił się i odsunął go z powrotem.

Ze złością wrzuciłem szczotkę do cebra, aż krople wody strzeliły naokoło.

– Co tu się wydarzyło? – spytałem.

– Nie wiem. – Gramm wzruszył ramionami. – Twój teść przyszedł tu trzy dni temu i powiedział mniej więcej to, co przed chwilą. Że Sara mu kazała i w ogóle. A ja sobie pomyślałem, że w dupie mam to wszystko i nie będę się wtryniał między wódkę i zakąskę. W sumie nawet dobrze się złożyło, bo byli tu już ci rycerze i Orgo z Korneliuszem i w sumie to wolałem, żeby ktoś inny się nimi zajmował. Tym bardziej że Żychłoń gdzieś wyparował.

– Wrócił już?

– Gdzie tam. Kamień w wodę. Po mojemu to się od Eliaha zaraził. Daj już spokój tej robocie, co?

– Czy ty widzisz, jaki on tu syf zostawił?

– Widzę – przyznał niechętnie Gramm. – Od początku widziałem, że wszystko mu z rąk leci, ale gośćmi się jako tako zajmował, więc uznałem, że to nie moja sprawa, ale… Kurna, gość nawet ogórków nie zakręcił. Co za patałach osrany.

Krasnolud ostrożnie zakręcił słoik i znów uniósł na mnie wzrok.

– Kociołek, odpuść sobie. Jutro posprzątasz. Mieliśmy zabalować.

Kciukiem wskazał drzwi do izby dla gości, skąd dobiegał wesoły gwar rozmów, przetykany melodią wygrywaną na mandolinie.

– Nie zdzierżę, Majster – wycedziłem. – Nie mogę się wyluzować ze świadomością, że jest gdzieś bajzel.

Wyłowiłem szczotkę i znów tarłem mściwie podłogę.

– Ja pieprzę. – Gramm opadł na kolana. – Oszaleć z tobą, Kociołek, można. Masz gdzieś drugą?

– Tam jest.

Przez moment pracowaliśmy w ciszy, aż nad podłogą przeszedł kolejny powiew chłodnego powietrza. Trzasnęły drzwi.

– No, no – mruknął Żychłoń. – Ktoś coś gadał o imprezie, ale nie sądziłem, że pójdziecie od razu na żywioł.

Gramm posłał guślarzowi mordercze spojrzenie.

– Patrzcie tylko – parsknął. – Toż to sam wielki nieobecny!

– Niekoniecznie wielki – rzekł guślarz. – I nie do końca nieobecny. Ja, wyobraź sobie, zajmowałem się sprawami. Ważnymi sprawami.

Przysunął sobie taboret, by na nim usiąść.

– Odradzam – rzekł Gramm.

Żychłoń przyjrzał się siedzisku i z odrazą wsunął zydel pod stół. Przerwałem szorowanie, otarłem czoło i spytałem:

– Chcesz nam opowiedzieć o tych sprawach?

– Chcę. Ale nie mogę.

– To nie stój tak. Łap za szczotkę i bierz się do roboty – burknąłem i wróciłem do pracy.

Przez uchylone drzwi do izby gościnnej widziałem Urgo, który siedział między bratem a bratankiem i z ożywieniem opowiadał o czymś dwóm postawnym rycerzom Leśnego Dworu. Z ulgą zauważyłem, że jego zawstydzenie chyba wyparowało do reszty, bo oczy rycerza skrzyły, a na jego policzkach pojawił się rumieniec. Dobrze, że przynajmniej on przeżywał miłe chwile…

Nagle widok zasłoniła mi sylwetka teścia.

– Dokroilibyście chleba – rzucił, po czym odwrócił się do nas plecami.

Gramm dźwignął się na kolana.

– A ty co? – warknąłem.

– No… chleb sam się nie pokroi – odrzekł zaskoczony krasnolud.

– Nie będzie mną rządził pieprzony fleja! – wymamrotałem ze złością. – Brudas! Niemota! Nadęty dupek!

– Wszystko się zgadza, Kociołek – odrzekł Żychłoń. – Ale twoim gościom nadal potrzeba chleba do zupy.

– A ja ci radzę, byś mądrzej wybierał sobie bitwy – dodał Gramm, krojąc pieczywo. – W tej, chłopie, nie masz szans. Musiałbyś albo spuścić typowi wpierdol, albo nadąć się tak jak on, co chyba nie jest możliwe.

– No to co mam zrobić? – prychnąłem z rozpaczą.

– Poczekaj, aż wróci Sara. – W oczach Żychłonia błysnęło coś radosnego. – Zobaczysz, jak będzie zwiewał do sierocińca. W podskokach.

Trochę mnie to podniosło na duchu.

– Może i racja – powiedziałem z westchnieniem. – Dobra, dokończymy tę podłogę. Potem ogarniemy jeszcze stół i blat. No i te brudne naczynia, bo przecież…

– A nie zacząłeś od dupy strony? – spytał Żychłoń. – Po mojemu to najpierw się ściera stół i blat, a potem podłogę, bo wszystko leci na dół…

– Nie znacie się na porządkach.

– Możliwe – zgodził się guślarz. – Ale parę razy słyszałem, jak Sara opieprza cię właśnie o to i…

– Nie wymądrzaj się! – Mój głos niebezpiecznie zbliżył się do falsetu. – Podłoga jest tak brudna, że chętnie wyszoruję ją dwa razy!

W izbie dla gości buchnął ogłuszający śmiech.

– Kociołek – powiedział łagodnie Gramm, który skierował się tam z koszykiem pełnym chleba. – Zaczyna mnie litość brać, jak cię słucham.

– A jaki wy macie pomysł na ten wieczór? – zaperzyłem się. – Bo ja dzięki mojemu pieprzonemu teściowi na popijawę już ochoty nie mam!

Żychłoń podrapał się po głowie.

– Moglibyśmy zacząć od ściągnięcia Zwierzaka z dachu.

*

Możliwość, że goblin usadowił się na dachu po to, by wypatrywać swego plemienia, przepełniła mnie przerażeniem, zwłaszcza że Gramm nie mógł sobie przypomnieć, od jak dawna Zwierzak tam urzęduje. Po chwili namysłu przyznał, że nie wie, czy od chwili mojego wyjazdu w ogóle widział go na ziemi.

– Dokładnie tego mi teraz trzeba – mamrotałem, pędząc po dwa stopnie na piętro. – Pieprzonego plemienia goblinów! Dolo, ratuj… Co ja powiem Sarze?

Wpadłem w korytarz, otworzyłem drzwi do pokoju dziecięcego i zacząłem majstrować przy oknie. W tej samej chwili nad moją głową rozległ się rumor, jakby coś sporego sturlało się po dachówkach.

Szarpnąłem za okno.

Zimny powiew wtargnął do pokoju, a ja wystawiłem górną cześć ciała na zacinający deszcz.

– Zwierzak? – zawołałem z niepokojem, rozglądając się dookoła. – Zwierzak?

Zrobiło się już naprawdę ciemno, ale mój wzrok błyskawicznie przyzwyczaił się do zmroku i szybko doszedłem do wniosku, że na kalenicy przy kominie, gdzie zwykł przesiadywać goblin, nie ma nikogo. Połać dachowa również wydawała się puściutka, a ów rumor rozległ się tuż nad moją głową. Nie było więc sensu sprawdzać drugiej strony dachu.

Spadł, pomyślałem ze zgrozą.

– Zwierzak! – zakrzyknąłem, choć wiedziałem, że nie ma to najmniejszego sensu.

– Kociołek! – rozległo się wesołe wołanie od strony skraju dachu.

Wytężyłem wzrok. Najpierw ujrzałem jego wielkie, nieco skośne i odrobinę fosforyzujące oczy, jak zwykle pełne ciekawości, a potem jego samego. Półleżąc, goblin opierał się łokciami na dachówkach, co oznaczało, że dolna część jego ciała dyndała swobodnie kilka metrów nad ziemią.

– Zwierzak, trzymaj się, już biegnę po linę!

– Po linę? – spytał goblin. – A po co?

– Nie chcesz, żebym cię wciągnął?

– Eee tam. – Zwierzak już właził na dach i na czworakach piął się ku kalenicy. Gliniane dachówki lśniły od deszczu, podobnie jak nagi tors goblina. – Przecież sam dam radę.

– Myślałem, że spadłeś! – wypaliłem z wyrzutem.

– Nie.

– To co tu, na zarazę, wyprawiasz?

– Nic. Nudzi mi się i sobie zjeżdżam.

Nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, Zwierzak umościł swoje chude dupsko na rzędzie gąsiorów, które ciągnęły się wzdłuż kalenicy, uniósł bose stopy ku niebu, gwizdnął tryumfalnie i ruszył w dół z dzikim wrzaskiem. Złapałem go za portki, gdy mnie mijał.

– Hej! – zakrzyknął z oburzeniem.

– Właź do środka – warknąłem. – Dachówki mi niszczysz.

– Wcale nie.

– I rynnę zerwiesz.

– I tak się ledwo trzyma.

– Powiedz prawdę! – Wycelowałem palcem prosto w jego dobroduszne, teraz nieco zaskoczone oblicze. – Po co tam siedzisz? Znowu czekasz na swoje plemię?

– Nie, nie, ja tylko… – Zwierzak potrząsnął głową i oprys­kał mnie wodą z mokrych kudłów. – Tak sobie siedzę. Bo lubię. A ciebie nie było, to pomyślałem sobie, że popilnuję okolicy.

– Aha – bąknąłem, a serce trochę mi zmiękło. – A widziałeś coś może?

– Chyba nie. Kociołek, a pozjeżdżamy razem?

– Daj spokój. Chodź do środka. Przecież nie będę na jesień rynny naprawiał. Dzieciaki znów drabinę mi rozwaliły.

Wciągnąłem goblina do wnętrza i już miałem zamknąć okno, ale coś mnie tknęło i wyjrzałem na zewnątrz. Jesienny wiatr czesał już okoliczne drzewa i słał strugi deszczu to w jedną, to w drugą stronę, ale przez moment wydawało mi się, że daleko na skraju Dzikowego Lasu widzę ognik, który mógł być wzniesioną pochodnią lub rozpalonym między pniami ogniskiem. Blask zniknął jednak, zanim zdołałem mu się przyjrzeć, i pozostawił mnie z przeświadczeniem, że ulegam halucynacjom.

*

Większość parteru zajmowała izba dla gości, gdzie stały trzy długie ławy, masywny kominek oraz długi kontuar. Znajdowały się tam też drzwi prowadzące do kuchni, do spiżarni i beczkarni. Nad tymi pomieszczeniami, stosunkowo niskimi, ale rozległymi, ciągnęły się pokoje gościnne, do których prowadziły schody oraz galeryjka z balustradą. Nazywaliśmy to miejsce półpiętrem. Można było się stamtąd dostać na wyższe piętra, gdzie znajdowały się nasze komnaty oraz kolejne pomieszczenia dla gości, ale na razie galeryjka była dla nas miejscem jak najbardziej odpowiednim.

Siedzieliśmy nad głowami biesiadujących gości i widziałem już kształtujące się na sali podziały. Książę Ignacy rozprawiał z Korneliuszem i obaj młodzieńcy raz po raz przepijali do siebie, ku dezaprobacie przybocznych i uciesze Droździka. Orgo, Mattias, Rudolf i paru innych zbrojnych zaciekle dyskutowało na tematy administracyjno-polityczne, a przy ławie stojącej najbliżej kominka toczyła się powolna, niespieszna rozmowa, w której każde zdanie akcentowane było wieloma pełnymi zadumy skinieniami. Zgromadzili się tam rycerze Leśnego Dworu, do których przysiadł się Vitalis, ale kapłana najwyraźniej pokonała senność, tym bardziej że prym w dyspucie wiódł Vincent.

– I powiem wam więcej, panowie rycerze – mówił dobitnie, więżąc spojrzenia biesiadników własnym. – Żadnej wdzięczności od młodych nie ma co się spodziewać! Żadnej!

Rycerze kiwali głowami, co tylko rozbudziło wylewność mojego teścia, a mnie zniechęciło do zejścia na dół.

– Długo jeszcze będziemy tu tkwić? – spytał Gramm markotnie.

Siedział, podobnie jak goblin i guślarz, przy balustradzie i machał zwisającymi z półpiętra nogami.

– Nie – powiedziałem nieszczerze. – Dajcie mi się zastanowić.

– Tu się nie ma nad czym zastanawiać! – burknął Żychłoń. – Olej dziada i tyle!

– Nie umiem – pożaliłem się. – I nie wiem, co z tym zrobić!

– Ale nudno trochę jest – przyznał Zwierzak. – Plujemy?

– Nie! – warknąłem.

– To po co mnie ściągałeś z dachu? Tam przynajmniej było co robić!

– Ale mogłeś urwać rynnę!

– Ważniejsze pytanie brzmi: po cośmy przybiegli na górę w ślad za Kociołkiem? – mruknął Żychłoń. – Gdyby Zwierzak się zwalił na ziemię…

Przerwało mu skrzypienie schodów i odgłos pospiesznych kroków. Naszym oczom ukazał się rozchwiany i zarumieniony Urgo.

– Heeeej! Tu jesteście! – Wsparł się na balustradzie, a ta aż skrzypnęła. – Czemu nie zejdziecie na dół?

– Kociołek nam nie pozwala – poskarżył się Gramm. – Przybiegliśmy na górę, żeby pomóc mu ratować Zwierzaka, ale okazało się to błędem. Zwierzak wcale ratunku nie potrzebował, a my będziemy tu siedzieć, aż nasz przywódca wymyśli, co począć ze swoim teściem.

– No bo wpieprzył mi się w interes! – burknąłem ze złością i przyłożyłem pięścią w balustradę. – Moja karczma, moje obowiązki, moja kuchnia, a ten kutas rządzi się jak u siebie.

– A nie mógłbyś mu powiedzieć, żeby sobie poszedł? – zdziwił się Urgo.

Mógłbym, uświadomiłem sobie. Ale nie mam odwagi.

Nie wiedziałem, jak odpowiedzieć, ale z opresji wybawił mnie Zwierzak, który nie zdołał się opanować i głośno chark­nął. Strzeliłem go w ucho.

Vincent tymczasem perorował, a jego głos niósł się nad gwarem rozmów:

– Mówią, że to przyszłość narodu, ci młodzi, nieprawdaż, panowie rycerze? A ja się pytam: skoro oni tacy mądrzy, to czemu się na życiu nie znają? Czemu starszych nie szanują? Czemu zasady za nic mają?

– Oho! – mruknął Żychłoń. – Ulewa się dziadowi.

– Patrzcie tylko, jaką publiczność sobie znalazł – zarechotał Gramm.

Vincent mówił coraz głośniej, bo dwóch spośród rycerzy Leśnego Dworu szeptało coś między sobą, a trzeci był pochłonięty wydłubywaniem sobie czegoś spod paznokcia. Czwarty kiwał co prawda głową, ale czynił to z taką energią, że nie mogła być to reakcja na niczyje słowa, a jedynie kamuflaż dla wewnętrznej podróży. Vitalis coś wymamrotał i zachrapał przez sen.

– Ej, Zwierzak – krasnolud trącił goblina w ramię – weź no charknij tak, żeby Kociołkowego teścia trafić!

– Nie. – Szturchnąłem goblina łokciem. – Niech gada. Zobaczymy, co jeszcze mu się uleje.

– Moja córka, na ten przykład, panowie rycerze, uciekła z domu, gdy miała szesnaście lat!

– Siedemnaście, durniu – mruknąłem i przytknąłem czoło do słupka balustrady. – Prawie osiemnaście.

– Mogłem dać jej wszystko! – Vincent uniósł ręce niczym kapłan. – Dobre wychowanie, bogatego męża i posag, jakiego świat nie widział, ale gdzie tam! Wiedziała swoje!

– Dislai mówiła, że w sierocińcu też tak gadał – rzucił Urgo, siadając obok Gramma. Po chwili i on majtał nogami. – Aż Werbena kazała mu się zamknąć.

– Co za pajac! – westchnąłem.

– Kociołek – Gramm spojrzał na mnie z zainteresowaniem – a w sumie to nigdy nam o tym nie opowiadałeś.

– O czym?

– No, o tym, jak poznałeś Sarę.

– No właśnie – podjął Żychłoń z ożywieniem. – Nic o tym nie wiemy.

Zwierzak zamrugał z niedowierzaniem, jakby dopiero teraz przyszło mu do głowy, że nasz związek musiał się przecież od czegoś zacząć.

– A dajcie wy mi święty spokój! – żachnąłem się.

– Mowy nie ma! – Gramm nacierał niczym dzika armia na lukę w obronie. – Idealny moment, chłopie! Sprostuj gadaninę starego dziada!

– O mnie i o Dislai wiesz wszystko – dołączył Urgo. – O Grammie i Balbinie też. To niesprawiedliwe!

– A przecież Sara to swój chłop! – dorzucił, szczerząc się, Żychłoń. – No, gadaj.

Siedziałem, wsparty na dwóch szczebelkach niczym więzień marzący o wolności, i spoglądałem na Vincenta z góry.

W sumie, pomyślałem, może to sposób, by odczarować rzeczywistość?

– Poznaliśmy się tu – powiedziałem z uśmiechem. – W Gryfie. A konkretnie w sadzie, tam gdzie dziś stoi katapulta.

------------------------------------------------------------------------

Historię tę opisałem w opowiadaniu Głos durnoty (str. 259).

Co zdradza, który z wyborów w książce paragrafowej Bal u Yanny został kanonicznym.

O czym między innymi opowiada książka dla dzieci pod tytułem Salia i Zmrok z serii „Banda do zadań specjalnych”.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij