Ostatnia żona - ebook
Najnowszy, pełen zapierających dech w piersiach zwrotów akcji thriller psychologiczny brytyjskiej gwiazdy gatunku.
Nie była tą pierwszą. Ale będzie tą ostatnią.
Luke Whitney został zamordowany. Wielokrotnie dźgnięto go nożem. Do popełnienia zbrodni przyznała się jego żona Anna, znaleziona na miejscu zdarzenia. Ale skoro jest winna, dlaczego nie potrafi potwierdzić żadnych szczegółów?
W miarę jak policja bada okoliczności zabójstwa, wychodzi na jaw, że ofiara była kłamcą i oszustem o osobowości narcystycznej i bogatym życiu uczuciowym. Z pewnością więcej niż jedna osoba miała powód, by chcieć jego śmierci: wzgardzona eks, zaniedbana kochanka i Anna – która dobrze wie, co działo się z kolejnymi paniami Whitney, gdy Luke się nimi nudził.
Luke Whitney sam się o to prosił. Ale kto skutecznie zadbał o to, by dostał dokładnie to, na co zasłużył?
Powieść dla wielbicielek talentu Adele Parks, Claire Douglas i Shari Lapeny.
Seksowna i nieoczywista. Jenny Blackhurst wie, jak opowiadać historie – ta powieść to potwierdza.
„Daily Mail”
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8439-234-8 |
| Rozmiar pliku: | 1,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
SKUTEK PRZEMOCY DOMOWEJ?
AKT ROZPACZY?
CZY WIELKA MISTYFIKACJA?
ANNA WHITNEY. Druga żona. Wiedziała, jakie błędy popełniła poprzedniczka, i postanowiła ich nie powielać. Była gotowa zrobić wszystko, żeby jej przystojny mąż Luke, wzięty chirurg plastyczny, nie szukał nowej pani Whitney. Coś jednak musiało pójść nie tak.
DETEKTYW REBECCA DANCE. Prowadzone przez nią śledztwo wygląda na najprostsze na świecie. Dzwoniąca pod numer alarmowy kobieta przyznaje się do zabicia męża. Coś jednak się nie zgadza: na telefonie nie ma jej odcisków, a ofiara została ugodzona rozbitą butelką po piwie, a nie – jak twierdzi Anna Whitney – po winie. Współpracownicy Rebekki są gotowi ignorować te fakty, ale nie ona. Bo ta sprawa ma drugie dno.
A może nawet trzecie…
I czwarte…
PEŁEN ZAPIERAJĄCYCH DECH W PIERSIACH ZWROTÓW AKCJI THRILLER BRYTYJSKIEJ GWIAZDY GATUNKU.JENNY BLACKHURST
Brytyjska pisarka, wychowywała się w Shropshire, gdzie mieszka do tej pory z mężem i dziećmi. Dorastając, godzinami czytała książki i rozmawiała o kryminałach, tak więc było tylko kwestią czasu, kiedy sama zacznie pisać.
Jenny Blackhurst zadebiutowała w Anglii świetnie przyjęta powieścią _Tak cię straciłam_. Oprócz niej w Polsce ukazały sie jej późniejsze książki _Zanim pozwolę ci wejść_, _Czarownice nie płoną_, _Noc, kiedy umarła_, _Ktoś tu kłamie_, _Córka mordercy_, _Morderstwo na szlaku_, _Do trzech razy śmierć_, _Sezonowa dziewczyna_ i _Nie ma dymu bez morderstwa_, które na dobre zjednały jej fanów thrillerów psychologicznych i sprzedały się w łącznym nakładzie niemal 350 tysięcy egzemplarzy._W serii ukazały się_
SARAH ALDERSON
Wyjazd na weekend
JENNY BLACKHURST
Zanim pozwolę ci wejść
Czarownice nie płoną
Tak cię straciłam
Noc, kiedy umarła
Ktoś tu kłamie
Córka mordercy
Morderstwo na szlaku
Do trzech razy śmierć
Sezonowa dziewczyna
Nie ma dymu bez morderstwa
Ostatnia żona
JANE CORRY
Ta, która zawiniła
Wszystkie nasze kłamstwa
TANA FRENCH
Ściana sekretów. Wiem, kto go zabił
Zdążyć przed zmrokiem
Lustrzane odbicie
Bez śladu
Kolonia
Ostatni intruz
EGAN HUGHES
To jeszcze nie koniec
NELLE LAMARR
Dziewczyna z wymiany
ALEX MARWOOD
Dziewczyny, które zabiły Chloe
Zabójca z sąsiedztwa
Najmroczniejszy sekret
Zatruty ogród
Wyspa zaginionych dziewcząt
B.A. PARIS
Za zamkniętymi drzwiami
Na skraju załamania
Pozwól mi wrócić
Dylemat
Dublerka
Terapeutka
Uwięziona
Przyjaciółka
Obsesja
C.L. TAYLOR
Teraz zaśniesz
Zanim powróci strach
Nieznajomi
Jej ostatnie wakacje
Wrobiona
Każdy twój ruch1
OBECNIE
Lało się mnóstwo krwi. Wyciekała między moimi palcami, ciepła i śliska. Przyciskałam dłoń do otwartej rany w jego brzuchu, usiłując odwrócić bieg wydarzeń, ale już się toczyły. Było za późno, umierał. Od początku tak miało być, tylko że nigdy do mnie nie dotarło, co to właściwie oznacza, jak będzie wyglądało, co się czuje, kiedy w czyichś oczach gaśnie życie. Czy będąc z kimś w tak intymnej relacji, można nie odczuwać bólu na myśl, że nie ma go na świecie? Zastanawiałam się, kim teraz będę, nie darząc go miłością ani nienawiścią, skoro jedno i drugie trzymało mnie przy życiu jak kotwica.
On nam to zrobił – uchwyciłam się tej myśli, zanim pozwoliłam sobie na żal. Żal tu nie pomoże, nie uratuje życia ani Luke’owi, ani mnie. To przez jego wybory, nie moje, znaleźliśmy się w tej sytuacji.
Zabulgotało mu w gardle, jakby dławił się śliną. O Boże, nie zniosłabym, gdyby plunął na mnie krwią. To byłoby zbyt okropne.
– Luke? – Pochyliłam się, żeby go usłyszeć. – Co mówisz?
Klęczałam na zimnej kamiennej podłodze. Uwielbiałam ją. Uwielbiałam wszystko w tym wiejskim domu w Cotswolds, od rustykalnej kuchni z granatowymi szafkami firmy Farrow and Ball, przez grube dębowe blaty, po miedziane garnki wiszące pod sufitem i wielką żeliwną kuchenkę AGA, całą czarną, przy której suszyliśmy skarpety zabłocone po spacerze na wzgórzach. Dom był idealnie urządzony, jak całe życie Luke’a… jeśli patrzyło się z boku. Nawet rośliny w pokojach były sztuczne, choć wyglądały jak prawdziwe, ale wystarczyło podejść bliżej, by stwierdzić, że nie pachną i nie da się ich zgnieść w palcach.
– Co mówisz? – Pogłaskałam go po czole i pochyliłam się jeszcze bardziej. – Luke?
Z uchem przy jego ustach spodziewałam się usłyszeć, że zawsze będzie mnie kochał, bez względu na to, co zrobiłam. Wiedziałam, że mnie kocha, pomimo tego, co przeszliśmy. On należał do mnie, ja do niego – nieraz zapewniał mnie o tym właśnie tutaj, wśród wzgórz otaczających ten dom. Zaręczał, że poza mną nie ma nikogo, że tylko ja się liczę. Kłamał i wtedy, i za każdym razem; okłamywał nas wszystkie. Wszystkim mówił to samo. Jedną po drugiej wplątywał w sieć kłamstw. Któraś musiała przerwać ten zaklęty krąg.
Moje łzy spływały na jego ciemne włosy. Co ja zrobiłam?
– Gra… – wycharczał niemal szeptem. Zakasłał, pryskając krwią na mój policzek. – Gra skończona.
Zgadza się, prawie skończona, nie całkiem. Kiedy opadły mu powieki, położyłam jego głowę na zimnej posadzce. Miałam tu jeszcze trochę do zrobienia.2
REBECCA
Już nie śpię, kiedy dzwoni telefon. Piskliwy sygnał wdziera się w ciszę wczesnego poranka. Po ciemku staram się wymacać aparat i wtedy Jimmy przewraca się na bok we śnie, wydając ordynarny charkot. Odbieram połączenie.
– Dance – mówię, nawet nie ściszając głosu.
Jimmy’ego właściwie nie da się obudzić, zwłaszcza gdy wypił tyle co wczoraj wieczorem.
– Prosisz do tańca? – pada odpowiedź, jakiej można się spodziewać.
Jak prawie wszystko, żart nie jest śmieszny o godzinie – patrzę na zegarek – drugiej czterdzieści pięć nad ranem. Yyy, nic dziwnego, że wciąż jest ciemno.
– Co jest?
– Ofiara zadźgana we własnym domu. Matthews jedzie prosto na miejsce zbrodni. Chce, żebyś tam była.
– Podejrzany ujęty?
– W drodze do komisariatu.
– Świetnie.
Recytuje adres, a ja rozłączam się bez pożegnania i staczam się z łóżka.
– Hej, ty! – Szturcham Jimmy’ego.
Już związałam z tyłu włosy, ciemnobrązowe, kręcone i niesforne, umyłam się, ubrałam i właśnie wkładam buty z wysoką cholewką, kiedy Jimmy w odpowiedzi na moje natarczywe poszturchiwanie otwiera lewe oko.
– No co? – mamrocze.
– Ubieraj się. Muszę iść do pracy.
– Która godzina? – Przeciera oczy, zdezorientowany. Na marginesie: Jimmy niemal zawsze jest zdezorientowany. – Nie mogę zostać do rana?
– Nie. Wstawaj. – Zawiązuję but i sięgam po drugi. – Masz czas, dopóki nie zagotuje się woda w czajniku, potem wychodzę, a ty stoisz za progiem w spodniach lub bez.
Gdy wsypuję trzecią łyżeczkę cukru do kawy, w drzwiach staje Jimmy, rozczochrany, półprzytomny, ale przynajmniej ubrany.
– Dlaczego nie mogę zostać w łóżku i wyjść sam? – jęczy. Daję mu kubek z kawą, tak mocną, że stanęłaby w niej łyżeczka. – Przecież nie zakoszę ci telewizora.
– Naprawdę nie rozumiesz? – Obrzucam go badawczym spojrzeniem. – Jestem policjantką. Nie mogę dopuścić, żebyś sprzedawał swój towar w moim mieszkaniu. Nawet nie zaprzeczaj… – Ucinam wszelki sprzeciw. – Gówno mnie obchodzi, jeżeli w wolnym czasie opylasz trochę zioła. Tylko nie chcę, żebyś dilował pod moim skromnym dachem, jasne?
Jimmy szczerzy zęby. Między innymi z powodu tego uśmiechu raz po raz ląduję w łóżku z tym nieodpowiedzialnym kretynem. Czochra ciemne włosy.
– Jasne. Dostanę przynajmniej podwózkę do domu? Taki ładny chłopczyk jak ja nie powinien o tej porze sam chodzić po ulicach.
– Nie będziesz sam. – Biorę klucze i ruchem głowy wskazuję drzwi. – Dotrzyma ci towarzystwa twoje przerośnięte ego. Rusz się. Wolę nie ryzykować, że sąsiedzi zobaczą nas razem.3
REBECCA
Zajeżdżamy pod wiejski dom w Cotswolds, zanim łaskawie wzejdzie słońce. Gdyby to był zwykły jesienny dzień, dopiero za kilka godzin w ogóle pomyślałabym o wstawaniu; leżałabym w ciepłym łóżku albo na kanapie – zależnie od tego, czy w ogóle bym spała, i z rozmarzeniem myślała o tym, jak to mając prawie trzydziestkę, mogłabym już być detektyw nadinspektor albo magnatką biznesową, gdybym tylko wykazała się dostatecznie silną wolą, żeby ruszyć dupę z łóżka i pójść pobiegać, wyklepać jakąś gównianą afirmację o pięknym dniu, którym zaraz będę się cieszyć, po czym masochistycznie wziąć zimny prysznic. Ale zamiast tego – jak co rano bez wyjątku – wmawiam sobie, że zważywszy, jaki miałam tydzień, zasługuję na jeszcze dziesięć minut w łóżku. Kto wie, z czym dzisiaj przyjdzie mi się zmierzyć? Lepiej być w pełni wypoczętą.
Ten ranek jest inny. Whitneyowie nie mieli dość przyzwoitości, żeby pokłócić się w godzinach naszej pracy, więc gdy po czterdziestu pięciu minutach zajeżdżamy z Matthewsem pod ich wiejski dom, nie potrafię stłumić potężnego ziewnięcia. Przynajmniej nie zasnęłam podczas jazdy i nie zaśliniłam szyby.
– Tylko się relaksuję – rzucam, widząc, jak detektyw nadinspektor „Mów Mi Derek” Matthews unosi brwi. – Nie chcemy, żeby zarzucono nam brak profesjonalizmu, prawda?
– Boże uchowaj – przytakuje, parkując byle jak na podjeździe.
Oby żaden z techników kryminalistyki nie miał jakiegoś nagłego wezwania, zanim tu skończymy.
Wśród dziko rosnących krzewów stoi dom z kamienną fasadą, wokół drzwi wejściowych pnie się bluszcz, natomiast trawniki wyglądają nienagannie – widać, że nawet zaniedbane teraz rośliny posadzono z rozmysłem. O tej porze roku nie jest tu kolorowo, ale choć to drugi dom właścicieli, już powiesili jesienne ozdoby: pomarańczowo-zielono-brązowy wianek na szałwiowozielonych drzwiach z szybką w kształcie serduszka – wszystko jak wyjęte prosto z pisma „Country Home”. Tu i ówdzie leżą sztuczne dynie, a pod drzwiami frontowymi jest stos drewna. Z zewnątrz wygląda to jak idealny dom wakacyjny – nic nie świadczy o tym, co wydarzyło się w środku.
W naszą stronę idzie policjant w mundurze i ciężkich butach, pod którymi chrzęści żwir. Jest całkiem młody, ale pewny siebie.
– Panie nadinspektorze… – wita się uściskiem dłoni z Derekiem, a ze mną skinieniem głowy – posterunkowy Mason Hinds.
– Co tu mamy? – pyta Matthews.
Jest zadziwiająco promienny i rześki jak na człowieka, który generalnie nie lubi wstawać rano, a tym bardziej w środku nocy. Nawet zdążył przyczesać gęste siwe włosy i wsunął koszulę w spodnie, zasłaniając brzuszysko, wyraźnie powiększające się w ostatnim roku. Termos, który trzyma w dłoni, jakby to był Święty Graal, świadczy o tym, że obudził żonę, Ritę, żeby zrobiła mu kawę do pracy. Już to widzę, jak Jimmy wstaje i szykuje mi termos z kawą. Znów patrzę na zegarek. Jest czwarta czterdzieści, Jimmy z pewnością zaległ w swojej norze i nie wystawi z niej nosa, dopóki na zegarze nie wyświetli się dwucyfrowa godzina. Jak łatwo się domyślić, ten facet nie jest drugim Tonym Robbinsem czy od kogo tam na TikToku małolaty czerpią teraz mądrości życiowe. Kurczę, nie jest nawet drugim Walterem White’em z _Breaking Bad_. Bliżej mu do wygodnych kapci, których nie chcesz wyrzucić, choć są dziurawe – wiesz jednak, że nadejdzie czas, gdy z konieczności kupisz nowe.
Posterunkowy odczytuje notatki, jakby to był jadłospis z daniami na wynos.
– Czterdziestotrzyletni mężczyzna, Luke Whitney, zmarł na miejscu, zadźgany w swoim domu. Zatrzymano żonę, Annę Whitney. Sprawa jest oczywista. Do zdarzenia doszło tutaj, w wiejskim domu Whitneyów. Żona zadzwoniła na policję i powiedziała, że ugodziła męża. Kiedy przyjechaliśmy, on już był w karetce, a ona siedziała na podłodze, cała w jego krwi. Przyznała się do czynu i została natychmiast zatrzymana. Od tego czasu milczy. Na terenie posiadłości nie było nikogo więcej.
Matthews wzdycha ciężko – przestępstwa domowe są zmorą jego życia i najwyraźniej nie na to liczył. Ciekawe, jakiego typu zabójstwo byłoby dla niego do zaakceptowania. Pewnie tylko jakaś makabryczna zbrodnia dokonana przez seryjnego mordercę. Upija łyk kawy i pyta:
– Czym go dźgnęła?
– Zaraz, zaraz, szefie – wcinam się, czując, jak moje czoło żłobią coraz głębsze zmarszczki, ostatnio chyba niezmiennie tam obecne. – Zakładamy, że to ona go ugodziła, tak? A co z zasadą „nigdy nie rób założeń”?
Wyraźnie powstrzymuje westchnienie. No bo tutaj to ja jestem tym wkurzającym dzieciakiem w klasie, który podnosi rękę i przypomina nauczycielce, żeby zadała pracę domową. Widzę, że sprawa jest oczywista, ale muszę wetknąć kij w mrowisko. Taka ze mnie brzęcząca mucha.
– Jasne. Żadnych założeń. Poczekajmy, co powie Jack.
– Dwa samochody na podjeździe. – Zapisuję numery tablic rejestracyjnych. – Myślisz, że oni przyjechali osobno?
– Może chciała zwiać, kiedy go załatwiła – burczy Matthews.
– Ale wolała zadzwonić i zgłosić się na policję.
Przy wejściu meldujemy się, już w firmowych pajacykach, i niemal od razu wychodzi do nas Jack Brady, jeden z najlepszych analityków kryminalistycznych, z jakimi pracowałam. Wśród najnowszych technik i testów nie ma takich, o których nie wiedziałby wiele miesięcy wcześniej niż inni.
– Cześć, Jack. – Derek wita go przyjacielskim skinieniem głowy. – Domyślam się, że już rozwiązałeś naszą sprawę.
Jack Brady marszczy czoło.
– Dziwnie to wygląda. Będziecie zachwyceni. – Odwraca się do mnie i dodaje półgłosem: – On raczej nie, ale ty pewnie tak.
– Co tu znalazłeś osobliwego? – Derek wbija we mnie wzrok, jakby to była moja wina, że dowody, których jeszcze nie widzieliśmy, stanowią problem dla naszego superspecjalisty.
– Nic nie mów – rzucam szybko. – Najpierw muszę się temu przyjrzeć.
Wchodzimy do przedpokoju, jeszcze bardziej olśniewającego doskonałością. Po lewej stronie stoi komoda z ciemnego drewna, a na niej trzy zdjęcia Luke’a i Anny Whitneyów. Na każdym śmieją się albo uśmiechają do obiektywu lub do siebie nawzajem, mając za plecami zachwycające widoki: plaża, góry, dom, w którym teraz jesteśmy. Anna jest piękną kobietą, Luke jak z obrazka – gdybym nic o nich nie wiedziała, pomyślałabym, że są to zdjęcia komercyjne, do dekoracji.
Na czterech haczykach z prawej strony wiszą tylko dwa szaliki i jedna kurtka przeciwdeszczowa. Pod ścianą stoją dwie pary czystych kaloszy i parasol.
– A więc wchodzę – zwracam się do Matthewsa, robiąc krok w przód, jakbym chciała zademonstrować „wejście” – i wieszam kurtkę. Tyle że kurtki Anny tu nie ma.
– Może nie jest taka porządnicka jak ty.
Gdyby zobaczył moje mieszkanie, przekonałby się, że gada od rzeczy, ale niech mu będzie: mogła nie zdjąć kurtki od razu, tylko powiesić ją na krześle w kuchni albo w garderobie, gdzie chowa się płaszcze w eleganckich domach. Przyznaję, że ludzie nie zawsze postępują zgodnie z naszymi oczekiwaniami.
– No dobrze, więc nie zdejmuje kurtki. W tym tygodniu jest przeraźliwie zimno. Musiała mieć ją na sobie.
Jeszcze nie wiemy, jaki dokładnie był przebieg wydarzeń poprzedniego wieczoru: czy Anna i Luke skierowali się prosto do kuchni, czy też poszli na seks do sypialni na piętrze. Może przez piętnaście minut oglądali telewizję, a potem Anna zadała cios. Derek chciał być na miejscu zbrodni, jak tylko dostanie wiadomość, że weszli tam technicy, jeszcze przed rozmową z Anną. Możemy zatrzymać podejrzaną najwyżej na dwadzieścia cztery godziny, potem musimy ją zwolnić albo postawić jej zarzuty, o ile się okaże, że dowody zebrane na miejscu zbrodni będą zgodne z jej zeznaniami.
Technicy kryminalistyczni pracują przede wszystkim w kuchni, gdzie znaleziono zwłoki Luke’a, i tam zagania nas Matthews.
– Mogę już mówić? – Brady brzmi jak zniecierpliwione dziecko, które chce otworzyć prezenty gwiazdkowe.
– Niech ci będzie – ustępuję. – Tylko nie lataj po całym pomieszczeniu, bo namącisz szefowi w głowie.
– Potrafisz zepsuć zabawę – burczy pod nosem. – No dobrze, może zacznę od narzędzia zbrodni.
Pokazuje nam kawałki szkła na podłodze i szyjkę butelki po Budweiserze, leżącą w woreczku foliowym na wyspie kuchennej. Chwyta woreczek za róg i podnosi, demonstrując zawartość.
– Co to jest? – pyta Matthews. – Tylko mi nie mów, że zbita butelka po piwie. Tyle sam widzę.
– Mogę ci powiedzieć, czego nie widzisz – odpowiada Brady. – Odcisków palców. Nie ma ani jednego. Zabieramy dowód do dalszych badań, ale umiem rozpoznać wytarte narzędzie zbrodni, gdy mam je przed oczami.
– Ale na utłuczonej krawędzi jest krew.
– Dzyń, dzyń! – Oto mamy świadectwo zobojętnienia reszty zespołu na idiotyczne odgłosy, jakie wydaje Jack. Nikt nawet nie unosi głowy. – Odciski palców zostały wytarte. Komuś zależało na ukryciu nie narzędzia zbrodni, lecz własnej tożsamości. Telefon też jest czysty.
– Telefon?
– Na telefonie stacjonarnym nie ma żadnych śladów.
Unoszę brwi.
– Ooo, to ciekawe.
– Ciekawe, kurwa? – warczy Matthews. – Zadzwoniła pod dziewięć dziewięć dziewięć, żeby przyznać się do zabójstwa, a potem wytarła swoje odciski palców z telefonu i narzędzia zbrodni? W co ona pogrywa?
– Może wiedziała, że przyznanie się do winy nie wystarczy, żeby ją skazać? – sugeruje Brady.
– W takim razie po co w ogóle się przyznała? Była cała we krwi i nikogo innego nie było w domu. – Matthews wzdycha. – Co tam jeszcze masz?
– Zajrzyjcie do zlewu.
Matthews niemal jednym susem przyskakuje do rustykalnego zlewozmywaka i zagląda do środka.
– Co w nim jest takiego szczególnego?
– Ożeż w mordę, śmierdzi jak w wytwórni wina. – Zaczynam się krztusić. – Ktoś tu wylał co najmniej jedną butelkę.
– Może tak właśnie śmierdzą drogie wina.
– A może ktoś chciał stworzyć pozory, że wypito więcej niż naprawdę – sugeruje Brady.
– Moim zdaniem on coś o tym wie – szepczę, nim Matthews zacznie wygłaszać jakąś tyradę.
Z trudem znosi moją tępotę, więc wysłuchiwanie naszej dwójki tym bardziej go wkurzy.
Patrząc pod nogi, idę po srebrnych płytkach, które ułożono dookoła znaczników kryminalistycznych, i wtedy dostrzegam krwawy ślad buta.
– Jack? – Wskazuję ręką.
– Do tego właśnie zmierzałem – mówi Brady. – Brytyjski rozmiar dziesięć, jak wynika z pomiarów. Znaleźliśmy tylko jedną parę butów denata: kalosze przy drzwiach, rozmiar dwanaście.
– Nie trzymał tu innego obuwia? – pytam. – Dziwne. Uważasz, że mamy do czynienia z niezidentyfikowanym mężczyzną?
Brady kiwa głową. Trzeba mu przyznać rację – ciekawie to wygląda. Niestety, pojawia się więcej pytań niż odpowiedzi, a tego Matthews nie lubi. Dla niego wszystko musi się zgadzać, tutaj nie zgadza się nic. Pozornie. Dla mnie zgadza się całkowicie, bo już od drzwi wiedziałam, że miejsce zbrodni zostało zainscenizowane.4
ANNA
Dawniej, kiedy oglądałam serial _The Bill_, miałam wrażenie, że cele w komisariatach są niewygodne. Zastanawiałam się, jak zatrzymani mogą spać na tych twardych, płaskich pryczach albo siedzieć tam i godzinami wpatrywać się w gołą ścianę. Teraz już wiem. Człowiek nie ma wyboru, gdy już się tam znajdzie – policji nie obchodzi to, że nigdy nie nocowałeś w miejscach, gdzie miałbyś mniej wygód niż w Marriotcie, ani że od leżenia na twardym materacu ciągle boli cię szyja – ale tak naprawdę to wszystko jest bez znaczenia. Kiedy znajdujesz się w celi, twój świat już się rozpada. Czy spanie na wygodnym materacu miałoby jakiekolwiek znaczenie, skoro mój mąż przeze mnie nie żyje? Czy śniadanie kontynentalne i płaszcz kąpielowy zrekompensowałyby pozostawanie przez resztę życia w samotności?
Tkwię w odrętwieniu. I co najdziwniejsze, nawet się nie boję. Gdyby zapytano mnie, w dowolnym momencie mojego życia, jak bardzo byłabym przerażona, siedząc w areszcie pod zarzutem morderstwa, wpadłabym w totalną panikę, dygotałabym i wymiotowała z przerażenia. A jednak siedzę tutaj, wpatrzona w brudną ścianę koloru rzygowin, i nic nie czuję. Może jestem w szoku. Czy zszokowany człowiek potrafi myśleć pełnymi zdaniami? A może po prostu się cieszę, że jest po wszystkim. Już nie muszę przewidywać każdego ruchu męża, analizować każdego jego słowa, czekając, kiedy zostawi mnie na lodzie, tak jak zostawił Rose. Wydawało mi się, że jestem taka sprytna, dużo lepsza od niej. Śmiechu warte. Zawsze miałam ją za tępą cizię, nie dość przewidującą i bystrą, żeby utrzymać przy sobie takiego mężczyznę jak Luke. Tylko że mężczyźni tacy jak Luke zawsze będą górą, bo czy tego chcemy, czy nie, wszystko sprowadza się do pieniędzy. Dobrze wychodzisz za mąż, wydaje ci się, że jesteś zabezpieczona finansowo, ale bezpieczeństwo finansowe nie istnieje, gdy musisz polegać na osobie, która je zapewnia. Dynamika się zmienia, kiedy jedno z was dysponuje całym potencjałem zarobkowym. Ty, żebraczka wyciągająca rękę po ochłapy, postrzegasz każdą sprzeczkę, każdą różnicę zdań inaczej niż on. Dla ciebie to poważna rzecz i w końcu przestajesz się mu przeciwstawiać, ponieważ – z czego on może w ogóle nie zdaje sobie sprawy – gdzieś z tyłu twojej głowy cały czas tkwi myśl, jak szybko może cię porzucić, jak szybko zostawił poprzednią żonę, nawet nie oglądając się za siebie. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że Luke nie chciał mieć dzieci. Powszechnie wiadomo, że dzieci dają kobiecie siłę – a ojciec musi oczywiście utrzymywać swoje potomstwo. Natomiast niepracująca bezdzietna żona nie jest potrzebna. Jasne, że można zawrzeć rozsądną ugodę, ale jednorazowa zapłata kobiecie, która nie pracowała, żeby latami gotować obiady i prasować koszule, raczej nie jest zadowalającym rozwiązaniem, prawda? No cóż, rozgadałam się. Pewnie na skutek szoku. Możliwe jednak, że oni mają rację i naprawdę zwariowałam.
Niemniej po raz pierwszy od długiego czasu mam wrażenie, że mogę oddychać. Nie planuję swojego następnego ruchu ani nie przewiduję ruchów Luke’a. Oczywiście walczę teraz o swoją wolność, ale jest we mnie wcale nie takie nikłe pragnienie, żeby mi ją odebrali. Żeby zamknęli mnie w więzieniu i zdjęli ze mnie odpowiedzialność. Żebym już nigdy nie musiała się przejmować, co myślą na mój temat te nadęte dupki z klubu golfowego. Błyskawicznie o mnie zapomną – jeszcze przez chwilę będę obiektem poobiednich anegdot, aż w końcu stanę się nikim. Duchem. Ta myśl jest całkiem pociągająca.
Jak ja się tu znalazłam? Gdyby ktoś zobaczył nas jeszcze pół roku temu, pomyślałby, że świat leży u naszych stóp. Mam czas, mogłabym opowiedzieć całą historię. O zdradzie, zabójstwie i grach, które prowadzimy z ukochanymi ludźmi. Ostrzegam jednak: to będzie jednostronna opowieść. A jak wiadomo, każda historia ma trzy wersje: jego, moją i tę prawdziwą.
*
Pierwszy raz zobaczyłam Luke’a i Rose Whitneyów w piątek na początku października, siedem lat temu. Miałam dwadzieścia osiem lat. W dzień pracowałam jako asystentka kierownika administracyjnego, a wieczorem w ekskluzywnej restauracji Benicio’s w Faringdon – chciałam uzbierać na wkład mieszkaniowy. Kiedy umarł mój tato, właściciel naszego mieszkania uprzejmie zgodził się przenieść na mnie umowę najmu. Co rano wstawałam i robiłam sobie śniadanie w kuchni, gdzie ojciec popełnił samobójstwo. Miałam ponure życie, dlatego wolałam pracować, niż siedzieć w domu, a przy tym powoli gromadziłam pieniądze, żeby porzucić miejsce, w którym dorastałam, i gówniane wspomnienia, jakie się z nim wiązały. Poza tym kelnerowanie sprawiało mi przyjemność. Było dla mnie nie tyle pracą, ile udawaniem sześciolatki, która dla zabawy wkłada mundurek i podaje dania z lewej strony, a zabiera talerze z prawej. Potrafiłam być praktycznie niewidzialna dla gości – wiedziałam, że chcą, by szybko podano im jedzenie i nie przeszkadzano w rozmowie. Zawsze pamiętałam, kto co zamówił, dyskretnie wymieniałam talerze i nalewałam wino, i nigdy nie usłyszałam słowa skargi. Szefowie kuchni mnie lubili, czasem częstowali deserem i zawsze dawali mi jakieś danie do domu. Nie byli tacy dla wszystkich.
Raczej nie jestem ucieleśnieniem zamożności i uprzywilejowania, jak można by się spodziewać po właścicielce wiejskiego domu w Cotswolds, nawet oskarżonej o morderstwo. Zanim poznałam Luke’a, w gruncie rzeczy zmierzałam donikąd; byłam na straconej pozycji, jak mówił mój tato. Potem zastanawiałam się, co pomyślałby o Luke’u. Czy dałby się nabrać, jak wszyscy inni? Czy pogratulowałby mi wyczynu, tak jakbym wylała mnóstwo krwi, potu i łez, żeby złapać bogatego chirurga i materialnie zabezpieczyć się na przyszłość, zamiast być we właściwym miejscu o właściwym czasie?
Tak naprawdę, kiedy pierwszy raz zobaczyłam Luke’a Whitneya, nie trafił mnie grom z jasnego nieba ani strzała Amora. To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, przynajmniej dla mnie, i dopiero później zorientowałam się, że coś we mnie rozpaliło coś w nim, ale nigdy nie miałam całkowitej pewności, co to było. Sądzę, że już tamtego pierwszego wieczoru postanowił mnie zdobyć i wiedział, że dostanie to, czego chce, ponieważ zawsze wszystko dostawał. Może gdybym lepiej znała życie, od razu bym odgadła, co Luke zamierza, a wtedy pewne sprawy ułożyłyby się inaczej. Całe moje życie ułożyłoby się inaczej, bo jedno jest jasne – Rose powie coś innego, ale mam to w nosie – nigdy, nawet przez sekundę, nie próbowałam ukraść jej męża. Ani jej, ani w ogóle żadnej kobiecie. Gdyby Rose mnie znała, wiedziałaby dlaczego. Nie sądzę jednak, że to znacząco zmieniłoby jej nastawienie. Zawsze będzie mnie do głębi nienawidzić i właściwie nie mogę mieć jej tego za złe.
W tamten piątek restauracja pękała w szwach, jak to mówiliśmy; wszystkie stoliki były zajęte. W kuchni panował gorąc i zgiełk. Szef kuchni miał podły nastrój i nawet ja oberwałam, choć zwykle był dla mnie bardzo miły. Strasznie chciałam wyjść na papierosa, ale pracowaliśmy na wieczornej zmianie tylko we czworo – Abby, Ellen, Tom i ja – i za nic nie mogłam się wyrwać. Dwóch pracowników nie przyszło, nikt nie chciał ich zastąpić na ostatnią chwilę w piątkowy wieczór, a ci dranie nawet nie odpowiadali na telefony. Więc nasza czwórka dawała z siebie wszystko – a raczej trójka, bo Abby, niekompetentna jak to ona, myliła stoliki, zapisując numery na blankietach zamówień sobie tylko znanymi skrótami zamiast w uzgodnionej przez nas formie, albo upuszczała bułeczki, tak że toczyły się po sali niczym minikule do kręgli. I tak się złożyło, że mojego późniejszego męża pierwszy raz zobaczyłam, kiedy podałam jego żonie niemal zabójcze dla niej danie.
– Zaraz, zaraz, czy jest w tym sos sojowy?
Odwróciłam się, już odchodząc od stolika, i dopiero wtedy rzuciło mi się w oczy, jak nienaturalnie wygląda kobieta. Nie żeby była nieatrakcyjna – przeciwnie, jestem przekonana, że mnóstwo mężczyzn uznałoby ją za niezwykle seksowną; tyle że cała jej uroda była kupiona za pieniądze. Najbardziej przyciągały wzrok jej proste włosy w kolorze platynowego blondu, chemicznie koloryzowane i prostowane; twarz była całkowicie pozbawiona zmarszczek. Brwi miała wyskubane w idealne łuki, co w efekcie stwarzało wrażenie, że jest nieustannie wkurzona – przyznam jednak, że w tym momencie rzeczywiście była. W myślach odhaczałam zabiegi, którym się poddała, gdy jej głos z każdym zdaniem podnosił się o oktawę.
Botoks…
– Mówiłam tej szajbniętej krowie, która przyjmowała zamówienie, że mam alergię na soję.
Lip Elip…
– Wiedziałam, że nie słucha, więc powtórzyłam jeszcze raz…
Implanty piersi? Zapewne, ale nie chciałam nachalnie rzucać okiem, gdy biedaczka była bliska śmierci. Słysząc, co mówi, byłam prawie pewna, że Abby celowo nie poinformowała kucharza.
– Bardzo przepraszam – wstrzeliłam się, kiedy nabierała powietrza, i wzięłam jej talerz. – Przygotujemy na nowo oba dania i anulujemy rachunek. Proszę przyjąć najszczersze przeprosiny.
– Wątpię, czy najszczersze przeprosiny będą dostatecznie…
– Rose, proszę… – wtrącił jej mąż, zanim znowu się rozkręciła.
Kiedy szacowałam ją wzrokiem, w ogóle nie zwróciłam uwagi na niego, ale teraz zauważyłam, że jest w naturalny sposób pociągający. Należał do mężczyzn, którzy „starzeją się jak dobre wino”; przy takich kobieta jeszcze nawet nie w wieku średnim czuje się stara i zaniedbana. Sądząc po wyglądzie, zbliżał się do czterdziestki, więc ona prawdopodobnie też, tyle że te wszystkie „poprawki” dodały jej co najmniej pięć lat. Natomiast jego ciemne włosy zaczynały siwieć na skroniach, a zmarszczki mimiczne sprawiały, że był bardziej seksowny.
– Nie sądzę, by mogła zrobić coś więcej, niż przeprosić i zaoferować darmową kolację – mówił dalej. – Nie zjadłaś ani kęsa, nie umierasz, nic się nie stało.
Posłał mi ciepły uśmiech, który oznaczał zarówno przeprosiny, jak i sugestię, że wie, jaka jest jego żona. Miałam wrażenie, że nie pierwszy raz musi tonować jej gderanie. Biedny facet.
– Jeszcze raz przepraszam.
Złapałam ich talerze, zanim zdążyłaby odpalić kolejny pocisk.
– Reklamacja. – Pokazałam szefowi kuchni dwa zwrócone dania i wyrzuciłam je do kubła. – Zamówienie cztery sześć cztery. Klientka ma alergię na soję.
– Czy ta głupia suka nie mogła powiedzieć od razu?
Postarałam się nie skrzywić i wzruszyłam ramionami.
– Nie mam pojęcia. Pewnie zapomniała.
Godzinę później, kiedy zrobiło się trochę spokojniej, odciągnęłam Abby na bok.
– Mało brakowało, a zabiłabyś klientkę – syknęłam. – Na przyszłość postaraj się zachować czujność, gdy pada słowo „alergia”.
Abby spojrzała na mnie ze skruchą, jak zwykle.
– O cholera, przepraszam. Co mam zrobić?
– Spokojnie, tym razem ogarnęłam sytuację. Ale musisz bardziej uważać, Abby. Zastąpisz mnie przez dziesięć minut, kiedy pójdę na fajkę?
– Nie ma sprawy. – Kiwnęła głową.
Przechodząc koło kasy, wyjęłam ze słoja napiwki i je podliczyłam. Było tam prawie czterysta pięćdziesiąt funtów. To jest plus pracy w takim lokalu – goście oczekują obsługi na wysokim poziomie, ale zostawiają hojne napiwki, gdy są doskonale obsłużeni. I tu byli, choć Abby od czasu do czasu miała wpadki. Oddzieliłam moją część napiwków i z ciężkim sercem włożyłam pieniądze do kasy, anulując rachunek za zamówienie 464. Następnie zdjęłam czarny fartuch i wymknęłam się przez wyjście awaryjne na papierosa. Niech to diabli, mój fundusz ewakuacyjny zmniejszył się o sto funtów, no ale Abby nie miała dodatkowej pracy i potrzebowała pieniędzy bardziej niż ja.
Zaciągnęłam się głęboko i z zamkniętymi oczami wyobraziłam sobie, jak za kilka godzin stoję pod supergorącym prysznicem, zmywając z siebie zapach jedzenia i rozluźniając mięśnie po ciężkiej pracy fizycznej. A jutro jest sobota i będę się wylegiwać w łóżku, może nawet…
– Przepraszam panią…
Na dźwięk nieznajomego głosu gwałtownie otworzyłam oczy. Właściwie nie zabroniono nam wyskakiwać na szluga – kierownicy w większości przymykali na to oko, ponieważ sami palili i bali się, że jeśli wprowadzą zakaz, również oni nie będą mieć przerwy na papierosa. Mimo to, zaskoczona, że ktoś mnie nakrył, poczułam się winna. Dopiero po paru sekundach zorientowałam się, że głos należy do superseksownego męża kobiety uczulonej na soję.
– Czy coś jeszcze państwu nie odpowiada?
Nie chciałam okazać irytacji, ale widok osoby wciśniętej między dwa pojemniki na śmieci niewątpliwie świadczył o tym, że ma teraz przerwę. Czy ten człowiek wyszedł za mną, żeby złożyć następne zażalenie?
– Nie, skądże. – Wyciągnął rękę, w której miał złożone na pół banknoty, dwudziestki na pierwszy rzut oka, więcej, niż należało. – Podziękowałem pani kierownikowi za to, że znalazło się tak skuteczne rozwiązanie naszego nieporozumienia, ale on nie miał pojęcia, o czym mówię. Najwyraźniej sądził, że to my uregulowaliśmy rachunek.
O Boże. Jeżeli Pete zorientuje się, że Abby znowu nawaliła, tym razem naprawdę ją wyrzuci. I słusznie, bo chodziło o alergię, a zlekceważenie takiej informacji przez personel kelnerski jest grzechem ciężkim. Westchnęłam.
– Co pan mu powiedział?
– Przeprosiłem za to zdarzenie i poinformowałem, że moja żona najpewniej uregulowała rachunek, kiedy byłem w toalecie.
Odetchnęłam z ulgą.
– Moja koleżanka dostała ostatnie ostrzeżenie. Ona nie robi takich głupot celowo, jest niegroźna… to znaczy pomijając fakt, że niemal zabiła pana żonę. Bardzo przepraszam za ten incydent.
Odsunęłam się od ściany i otrzepałam ubranie, nagle uprzytamniając sobie, że facet jest szalenie przystojny, a ja być może – oby nie – cuchnę śmieciami.
– Nic się nie stało – odparł z szerokim uśmiechem. – Żonie dokucza lekka alergia, ale nie tak groźna, jak twierdzi. Przez dzień czy dwa ma kilka plam na skórze. Natomiast nie traci głosu, niestety.
Uśmiechnęłam się uprzejmie, nie chcąc mieszać się w sprawy małżeńskie. Gość nadal wyciągał do mnie rękę z plikiem banknotów.
– Proszę to przyjąć. Nie mogę dopuścić, żeby pani płaciła za nasze jedzenie. Przy okazji: było wyśmienite. Poza tym pomylił się ktoś inny. Chyba nie chce pani przyprawić mnie o bezsenne noce?
Jestem tylko człowiekiem. Wzięłam pieniądze, myśląc zarazem, że chętnie przyprawiłabym go o kilka bezsennych nocy.
Po chwili już o nim nie pamiętałam. Był przystojny, bez wątpienia, ale do restauracji przychodziło wielu przystojnych starszych panów. Później, kiedy zabawialiśmy się historyjkami z czasów naszego flirtu, oczywiście zapewniałam go, że tygodniami nie mogłam przestać o nim myśleć, no bo kto chce usłyszeć, że nie pozostawił śladu w pamięci drugiego człowieka? Nie miałam nic przeciwko niemu – byłam zajęta, pracowałam w dwóch miejscach, a jeśli nachodziła mnie ochota na seks, co nie zdarzało się tak często, przyjmowałam propozycję Dana, mojego eks, który nie chciał zniknąć. Wiem, że ciągle to powtarzam, ale słowo daję: nigdy nie zamierzałam ukraść męża Rose – nawet nie zdawałam sobie sprawy, że chcę mieć lepsze życie, dopóki nie posmakowałam go dzięki Luke’owi. A życie na takim poziomie, gdy nieustannie słyszy się „szanowna pani pozwoli” i „czym mogę służyć?”, jest jak narkotyk. Raz posmakowałam i natychmiast się uzależniłam. Nie było szans, żebym się oparła.
Ale gazety tego nie napiszą. Wiem, jak mnie odmalują – w szkarłacie. Dla wszystkich będę „tą kobietą”, która ukradła męża Rose Whitney, a potem go zabiła. Już mogę sobie wyobrazić, jak Rose chwyta każdą okazję, żeby pojawić się na zdjęciach – _Podejrzana o zabójstwo uśmierciła nasze małżeństwo_. Kiedy pomyślę o jej wytapetowanej twarzy i rozjaśnionych na biało włosach, chce mi się rzygać, ale smród byłby nie do zniesienia w tej małej celi. Jak, do diabła, znalazłam się tutaj? Jak mogłam dopuścić, żeby sprawy zaszły tak daleko? Czy to był największy błąd w moim życiu?