Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Ostatnie salwy z Łazienek - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
29 czerwca 2026
938 pkt
punktów Virtualo

Ostatnie salwy z Łazienek - ebook

Pełen dramaturgii opis walk w czasie obrony Warszawy we wrześniu 1939 roku. Bohaterem książki jest podporucznik Kazimierz Paprocki, żołnierz dywizjonu artylerii ciężkiej. Jego oczami widzimy krwawe zmagania, które zakończyły się bolesną kapitulacją.

Kategoria: Historia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-11-18917-1
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ODŁOŻONY SET

Koszulka przy­kleja się do ple­ców. Spo­cona dłoń z tru­dem utrzy­muje rakietę teni­sową. A major Kursa z 30 pole­skiego pułku arty­le­rii lek­kiej narzu­cił ostre tempo i mimo upału ani myśli odpusz­czać. Gra jak na poka­zie.

Puk… puk… puk…

Moc­nym ude­rze­niom rakiety towa­rzy­szy cha­rak­te­ry­styczny odgłos. Podobny do cze­goś, ale do czego? Aha, racja. Chyba do wystrzału korka z butelki szam­pana.

Pod­po­rucz­nik Paprocki zwija się na kor­cie jak w ukro­pie. Bo zresztą i ukrop leje się z bez­chmur­nego nieba. Powinno być już nieco chłod­niej – wszak to późne sierp­niowe popo­łu­dnie. Jesień tuż-tuż, a upały jak w środku lata.

Puk… puk… puk…

Major zde­cy­do­wa­nie prze­szedł do ataku. Mimo trzy­dziestki z okła­dem jest silny, zwrotny, sprę­ży­sty. Nie widać też po nim więk­szego zmę­cze­nia. Mocny bac­khand, za nim drugi – w prze­ciwny róg kortu. Póź­niej skrót, tuż przy siatce, po niej znów długa.

Tak, z tym gemem chyba muszę się poże­gnać – myśli Paprocki. – A tak ład­nie mi szło. Trzy do jed­nego… Póź­niej major pod­cią­gnął na trzy do dwóch, a teraz wyrówna z pew­no­ścią.

Stało się. Sędziu­jący zawod­ni­kom puł­kow­nik dyplo­mo­wany Łapicki ze sztabu DOK IX poka­zuje, że sto­su­nek gemów wynosi już trzy do trzech.

Może zapro­po­no­wać majo­rowi chwilę prze­rwy? A może popro­sić o odło­że­nie spo­tka­nia do jutra? – myśli Paprocki, pod­no­sząc piłkę z kortu. Czuje się już zmę­czony. – Nie. Nie wypada. Jesz­cze pomy­śli, że okla­płem po przed­wczo­raj­szych noc­nych ćwi­cze­niach. Krótki odpo­czy­nek – i do dzieła! Naj­wy­żej prze­gram tego jed­nego seta…

Major Bursa ociera chu­s­teczką spo­cone czoło. On też czuje w mię­śniach zmę­cze­nie. Ten pod­po­rucz­nik ma silne ude­rze­nie. Wpraw­dzie bra­kuje mu nieco pre­cy­zji, ale jesz­cze tro­chę takiego ostrego tre­ningu jak dziś i może stać się groź­nym prze­ciw­ni­kiem.

Nagle przed­wie­czorną ciszę prze­rywa nara­sta­jący war­kot sil­nika. Nie­mal pod siatkę ogro­dze­nia kortu wpada moto­cy­kli­sta. Zeska­kuje z sio­dełka i, przy­trzy­mu­jąc ręką bijący go po ple­cach kara­bin, pod­biega do puł­kow­nika. Coś mu mel­duje. Ofi­cer ski­nie­niem dłoni zarzą­dza prze­rwę w meczu i pil­nie słu­cha gońca.

Paprocki nie wie, o co cho­dzi, ale domy­śla się, że nade­szła jakaś ważna infor­ma­cja. Jaka? To okaże się już za chwilę.

Sytu­acja poli­tyczna w Euro­pie nie jest naj­lep­sza. Cały kraj żyje pod wra­że­niem nara­sta­ją­cego od mie­sięcy zagro­że­nia. Słowo „wojna” od pew­nego czasu jest na ustach pra­wie wszyst­kich doro­słych. Ba, powta­rzają je także dzieci, ale cóż one mogą z niego zro­zu­mieć? Dla nich to może i groźny, ale prze­cież pusty dźwięk.

Od 15 maja 30 dywi­zjon arty­le­rii cięż­kiej sta­cjo­nuje w Brze­ściu nad Bugiem, na tzw. Bug­szo­pach, w kosza­rach jed­nego z dywi­zjonów wspo­mnia­nego 30 pal, który od marca znaj­duje się gdzieś na Pomo­rzu, w osło­nie zachod­niej gra­nicy. Arty­le­rzy­ści przy­byli tu trans­por­tem kole­jo­wym w ciągu jed­nej nocy z Wilna.

Od 15 sierp­nia w gro­nie ofi­ce­rów nie mówi się o niczym innym jak tylko o rychłej powszech­nej mobi­li­za­cji. Wśród kano­nie­rów temat ten prze­bi­jany jest jed­nak innym, dla nich waż­niej­szym. Żniwa zakoń­czyły się nie­dawno, po wsiach wkrótce roz­poczną się wykopki. Pogoda sprzyja pra­com w polu, więc roz­ma­wiają o gospo­darce. Słońce świeci, grzeje. Może nawet za mocno.

Goniec koń­czy mel­du­nek. Puł­kow­nik chwyta swoją rakietę, zamie­nia kilka słów z majo­rem, żegna się uści­skiem dłoni i szybko odcho­dzi. Pod­po­rucz­nik zbliża się do Bursy.

– Prze­rwa? – pyta.

– Tak. I to chyba nawet dłuż­sza, niż nam się wydaje – odpo­wiada major. – Została zarzą­dzona powszechna mobi­li­za­cja! Więc wszystko wska­zuje na to, że naszego seta dokoń­czymy dopiero po woj­nie… Idę do koszar, tylko naj­pierw wpadnę do domu się wyką­pać. Ugo­to­wa­li­śmy się we wła­snym sosie na tym upale – koń­czy żar­tem. – Do zoba­cze­nia, panie Kazi­mie­rzu.

– Czo­łem, panie majo­rze – odpo­wiada Paprocki.

W dro­dze do koszar roz­my­śla nad wyda­rze­niami ostat­nich dni i tygo­dni. Wiele jed­no­stek zostało zmo­bi­li­zo­wa­nych jesz­cze wio­sną 1939 roku. Nie­które z nich wyszły w pole już w marcu – niby na wio­senno-let­nie manewry, ale wia­domo, że w nie­spo­koj­nych cza­sach woj­sko trzeba w porę wypro­wa­dzić z koszar.

Póź­niej tro­chę się uspo­ko­iło, a jesz­cze póź­niej była ta pamiętna mowa mini­stra Becka w Sej­mie. Ale w lipcu i sierp­niu czuło się, że nie­bez­pie­czeń­stwo wisi na wło­sku. Wpraw­dzie pocie­szano się, że sojusz­nicy nie zawiodą, pomogą w potrze­bie, prze­li­czano sto­su­nek sił pol­skiej pie­choty i kawa­le­rii, fran­cu­skiego lot­nic­twa, angiel­skiej mary­narki wojen­nej do nie­miec­kiej machiny wojen­nej, ale za zasłoną opty­mi­zmu kryła się głę­boka tro­ska o kraj, o rodziny, o naj­bliż­szych.

Więc jak będzie osta­tecz­nie z tą wojną? Odważą się Niemcy czy nie? Hitler stra­szy, krzy­czy, żąda coraz bez­czel­niej i coraz natar­czy­wiej, ale prze­cież my nie ustą­pimy! Z Pol­ską nie pój­dzie mu tak łatwo jak z Austrią, Cze­cho­sło­wa­cją czy Litwą… Gdańsk to nie Kłaj­peda, kory­tarz – nie Sudety! My się nie damy!

I nagle przy­cho­dzi nie­spo­dzie­wana, nie­po­ko­jąca myśl: a co będzie, jeśli sojusz­nicy nie zdążą z pomocą? Im Hitler nie grozi bez­po­śred­nio, nie muszą być w pełni gotowi do walki…

Nie, to nie­moż­liwe. Zdążą. Muszą zdą­żyć. Nie zosta­wią nas samych oko w oko z Niem­cami.

Jesz­cze raz spraw­dza w myśli, czy w bate­rii wszystko jest w nale­ży­tym porządku. Przez kilka ostat­nich dni peł­nił obo­wiązki dowódcy bate­rii, ponie­waż kapi­tan prze­by­wał na urlo­pie. Taka sytu­acja i urlop? – dzi­wił się Paprocki, ale uznał, że skoro dowódca dywi­zjonu na to pozwo­lił, sytu­acja nie jest aż tak napięta.

Póź­niej jed­nak nie miał już czasu się dzi­wić. Zaczął się młyn – zakoń­czony dzi­siej­szą wia­do­mo­ścią o mobi­li­za­cji.

Więc tak: w nocy z czwartku na pią­tek 25 sierp­nia dowódca dywi­zjonu, pod­puł­kow­nik magi­ster Józef Lan­kau, zarzą­dził alarm ćwi­czebny i wypro­wa­dze­nie wszyst­kich bate­rii z koszar. Alarm prze­biegł spraw­nie, zresztą ćwi­czyli taką sytu­ację już nie­jed­no­krot­nie. Wyszli w rejon alar­mowy, zajęli sta­no­wi­ska ogniowe na ścier­ni­skach za lasem. Oko­pali działa i cze­kali w goto­wo­ści na dal­sze sygnały. Po pół­nocy przy­szedł roz­kaz odwo­ła­nia i powrotu do koszar. Zanim wró­cili, była trze­cia nad ranem. Gdy o pią­tej przy­biegł goniec z bate­rii i przy­wiózł jakąś kopertę, Paproc­kiemu wydało się, że ledwo przy­ło­żył głowę do poduszki. Przy­świe­ca­jąc zapał­kami, prze­czy­tał lako­niczną treść: „Pogo­to­wie OPL zarzą­dzone”.

Ładna histo­ria – myśli pod­po­rucz­nik, ubie­ra­jąc się pośpiesz­nie. – Pogo­to­wie OPL! A dowódca bate­rii na urlo­pie…

Bie­gnie do dywi­zjonu. Jako peł­niący obo­wiązki dowódcy bate­rii wydaje szybko sto­sowne roz­kazy. Po chwili przy­by­wają pozo­stali ofi­ce­ro­wie dywi­zjonu. Wszy­scy udają się do wyzna­czo­nego pomiesz­cze­nia w szta­bie 30 pal. Paprocki zapo­znaje się z dzien­ni­kiem czyn­no­ści mobi­li­za­cyj­nych bate­rii. Póki nie wróci z urlopu dowódca – już chyba zdą­żyli go powia­do­mić – on będzie kie­ro­wać cało­ścią dal­szych przy­go­to­wań. Także ewen­tu­al­nym prze­bie­giem mobi­li­za­cji. Oczy­wi­ście, jeżeli zosta­nie ogło­szona, ale co do tego już mało kto ma wąt­pli­wo­ści. Nie­znany jest jedy­nie ter­min. Jutro? Poju­trze? A może nawet jesz­cze dziś?

Więc obiad na tempo i powrót do koszar. Wie­czo­rem dowódca dywi­zjonu, pod­puł­kow­nik Lan­kau, zarzą­dza cało­do­bowe dyżury ofi­ce­rów przy tele­fo­nach w bate­riach. Oczy­wi­ście na zmiany, aż do odwo­ła­nia. Noc mija spo­koj­nie.

Naresz­cie wró­cił dowódca bate­rii, kapi­tan Janu­ary Pastu­szew­ski. Jest opa­lony na brąz, ale zde­ner­wo­wany. Paprocki z ulgą powraca do swej roli młod­szego ofi­cera bate­rii. Osta­tecz­nie, skoro już ma być ta wojna, niech bate­rią dowo­dzi jej eta­towy dowódca. Ale wojny jesz­cze nie ma. Jest za to sobota, 26 sierp­nia. Na kor­tach miej­skich po połu­dniu roz­po­czy­nają się zapla­no­wane wcze­śniej mistrzo­stwa teni­sowe Brze­ścia, zor­ga­ni­zo­wane przez miej­scowy klub teni­sowy. Gar­ni­zon z powo­dze­niem repre­zen­tują major Bursa i pod­po­rucz­nik Paprocki. Jak dotąd posiada on już srebrny medal za zdo­by­cie dru­giego miej­sca w deblu.

Nie­dzielne przed­po­łu­dnie upływa pra­co­wi­cie. Dywi­zjon otrzy­mał nowy sprzęt masku­jący: duże siatki kobier­cowe. Pod­po­rucz­nik orga­ni­zuje więc pokaz masko­wa­nia dział i innego sprzętu. Kano­nie­rzy pocą się, szar­pią i sza­mo­czą z wiel­kimi sie­ciami, złosz­czą się, gdy im coś nie wycho­dzi. Twier­dzą, że stare masko­wa­nie gałę­ziami było lep­sze, szyb­sze i prak­tycz­niej­sze. Wresz­cie zaję­cia koń­czą się. A po obie­dzie kon­ty­nu­owane są teni­sowe poje­dynki repre­zen­ta­cji gar­ni­zonu i spo­łe­czeń­stwa Brze­ścia.

W ponie­dzia­łek i wto­rek znów trwa orga­ni­za­cyjny koło­wro­tek. Do gar­ni­zonu coraz licz­niej przy­by­wają ofi­ce­ro­wie rezerwy powo­łani na ćwi­cze­nia. Opo­wia­dają, że w całym kraju na dwor­cach i w pocią­gach panuje tłok. Do nor­mal­nych urlo­po­wych i waka­cyj­nych prze­jaz­dów lud­no­ści doszły dodat­kowe trans­porty woj­skowe i prze­wozy powo­ły­wa­nych na ćwi­cze­nia rezer­wi­stów. Na jakie ćwi­cze­nia – tego nikt nie wie. Rezer­wi­ści twier­dzą, że idą na wojnę. Gar­ni­zo­nowe kasyno zapchane po brzegi. Aby zjeść posi­łek, trzeba nie­raz cze­kać godzinę, a bywa, że i dłu­żej…

Teraz to już nici z naszych mistrzostw – Paprocki łapie się na nie­do­rzecz­nej myśli. Ale wokół tyle nie­do­rzecz­no­ści, że jedna wię­cej nie psuje obrazu.

Wpada do bate­rii. Tu też już wszy­scy wie­dzą o zarzą­dzo­nej mobi­li­za­cji. Zgro­ma­dzeni ofi­ce­ro­wie cze­kają na dowódcę dywi­zjonu, ale ten jest na odpra­wie. Po paru godzi­nach ner­wo­wego napię­cia przy­cho­dzi wia­do­mość o odwo­ła­niu mobi­li­za­cji. A więc jesz­cze nie teraz. Ofi­ce­ro­wie roz­cho­dzą się na kwa­tery.

Dzień 30 sierp­nia jest rów­nie pogodny jak poprzed­nie. Po odwo­ła­niu mobi­li­za­cji emo­cje jakby nieco opa­dły. Od rana w dywi­zjo­nie odby­wają się w miarę nor­malne zaję­cia szko­le­niowe. Kadra jak zwy­kle zbiera się nad rzeką. Pod­puł­kow­nik Lan­kau pro­wa­dzi zaję­cia ofi­cer­skie na przy­rzą­dach pomia­ro­wych. Gdzieś nie­da­leko, na prze­ciw­le­głym brzegu, pla­żuje i kąpie się jakaś miej­scowa pięk­ność w nad­zwy­czaj ską­pym, obci­słym kostiu­mie. Wzrok nie­jed­nego uczest­nika zajęć kie­ruje się tam chęt­niej niż w stronę teo­do­litu.

Nad­biega goniec, wrę­cza dowódcy kopertę. Pod­puł­kow­nik poważ­nieje.

– Pano­wie ofi­ce­ro­wie! Mobi­li­za­cja powszechna zarzą­dzona! Koniec zajęć! Wra­camy do koszar. Pro­szę natych­miast przy­stą­pić do wyko­ny­wa­nia czyn­no­ści mobi­li­za­cyj­nych…

Dru­gie odwo­ła­nie już raczej nie przyj­dzie. Z tą chwilą 30 dywi­zjon arty­le­rii cięż­kiej stał się 2 dywi­zjonem 3 pułku arty­le­rii cięż­kiej, w skła­dzie 4., 5. i 6. bate­rii. Bate­rie rów­nież zmie­niły swe nume­ra­cje. Dotych­cza­sowa 3 bate­ria Paproc­kiego stała się 6 bate­rią 2 dywi­zjonu 3 pac.

Pod­po­rucz­nik machi­nal­nie spo­gląda na zega­rek. Daleki jest od myśli, że oto nad­cho­dzi jakiś histo­ryczny moment, ale czuje, że zbliża się coś, czego tym razem jesz­cze nikt nie potrafi ani odgad­nąć, ani sobie wyobra­zić. Coś z pew­no­ścią bar­dzo trud­nego, nie­bez­piecz­nego. Jest środa, trzy­dzie­sty dzień sierp­nia, docho­dzi godzina jede­na­sta trzy­dzie­ści…

Odprawa koń­czy się szybko. Dowódca dywi­zjonu przy­po­mniał znane wszyst­kim czyn­no­ści, obo­wiązki i zada­nia mobi­li­za­cyjne. Dowódcy bate­rii i plu­to­nów roze­szli się do swych pod­od­dzia­łów. Tu spo­tkały ich poważne, zatro­skane spoj­rze­nia kano­nie­rów.

– To co, panie porucz­niku, będzie wojna? – szef bate­rii, star­szy ognio­mistrz Bole­sław Droz­dow­ski, zadał pyta­nie cisnące się na usta wszyst­kim żoł­nie­rzom. – Będzie?

– Jeśli Hitler zacznie, to będzie. Prze­cież nie oddamy mu ani kory­ta­rza, ani Gdań­ska – odpo­wiada Paprocki.

– A wygramy? – spy­tał z nie­po­ko­jem któ­ryś z kano­nie­rów.

– Głu­piś! Jesz­cze pytasz! Pew­nie, że wygramy! – zgro­mił go natych­miast inny.

Dobrze – pomy­ślał Paprocki. – Dobrze, że ludzie są pewni sie­bie. Duch żoł­nie­rza to połowa suk­cesu.

Istot­nie, na morale żoł­nie­rzy nie można było narze­kać.

Wie­czór zastał kadrę w kosza­rach. Spraw­dzano przy­działy, kon­tro­lo­wano stan uzbro­je­nia, prze­glą­dano sprzęt, wypo­sa­że­nie indy­wi­du­alne kano­nie­rów. Cze­kano z nie­cier­pli­wo­ścią na uzu­peł­nie­nie koni z poboru, po które poje­chał w połu­dnie star­szy ognio­mistrz pod­cho­rąży Sta­ni­sław Weso­łow­ski.

Kolejny dzień upły­nął rów­nież na wytę­żo­nej pracy orga­ni­za­cyj­nej. Do bate­rii przy­było dwóch ofi­ce­rów rezerwy: pod­po­rucz­nicy Kazi­mierz Muśnicki, inży­nier gór­nik, i Tade­usz Olkow­ski, inży­nier leśnik. Nie przy­były nato­miast konie z poboru mobi­li­za­cyj­nego, co bar­dzo nie­po­koi dowódcę bate­rii.

– Dia­bli nadali taki inte­res – klnie umiar­ko­wa­nie kapi­tan. Krę­puje się jesz­cze obec­no­ścią rezer­wi­stów-inży­nie­rów. – Jeśli tak dalej pój­dzie, roz­pocz­niemy wojnę bez koni…WOJNA

Budzik roz­dzwo­nił się punk­tu­al­nie o szó­stej. Już po pierw­szym dźwięku Paprocki chwy­cił go i wetknął ze zło­ścią pod poduszkę. Poprzed­niego wie­czoru późno wró­cił z koszar, poło­żył się dobrze po pół­nocy i mimo zmę­cze­nia długo nie mógł zasnąć.

Jesz­cze chwilkę, jesz­cze choć z pięt­na­ście minut – pomy­ślał, nie­chęt­nie wyj­mu­jąc uci­szony zega­rek spod poduszki. Wska­zówki jed­nak mia­rowo posu­wały się naprzód. Z głę­bo­kim wes­tchnie­niem pod­niósł się z posła­nia.

Koń­czył ubie­ra­nie, gdy posły­szał dziwne, natrętne brzę­cze­nie, jakby wiel­kiego, odle­głego roju psz­czół. Po chwili roz­le­gły się gło­śne deto­na­cje. Zawtó­ro­wał im przy­tłu­miony dźwięk szyb w oknach.

No, chyba zaczęło się już naprawdę, bo to nie wystrzały armat­nie – stwier­dził w myślach, zapi­na­jąc ostat­nie guziki mun­duru.

Pobiegł do koszar, gdzie dowie­dział się, że zostało zbom­bar­do­wane lot­ni­sko w Mała­sze­wi­czach.

W kosza­rach wrzało. Wszy­scy już wie­dzieli o wybu­chu wojny. Roz­go­rącz­ko­wani kano­nie­rzy wyta­czali działa – cięż­kie 155-mili­me­trowe olbrzymy – oraz pozo­stały sprzęt i wypro­wa­dzali konie. Cze­kali na roz­kaz opusz­cze­nia koszar, który prze­cież lada chwila musi nadejść.

– Porucz­niku Paprocki – woła dowódca bate­rii – weź­mie pan natych­miast działa i sprzęt i zapro­wa­dzi kolumnę do wsi Wołynka. Wie pan, do rejonu mobi­li­za­cji bate­rii. Póź­niej wróci pan po konie, które powinny do tego czasu już tu przy­być.

– Roz­kaz, panie kapi­ta­nie!

Paprocki for­muje kolumnę bate­rii. Poma­gają mu pod­ofi­ce­ro­wie. Tym razem wszystko idzie znacz­nie lepiej niż pod­czas ostat­nich ćwi­czeń. Nic dziw­nego – wtedy była noc, teraz jest dzień, a i tre­ning zro­bił swoje. Ludzie są pew­niejsi, pra­cują spraw­niej, choć jakiś cień nie­po­koju na­dal wisi w powie­trzu. Nikt gło­śno tego nie mówi, ale wszy­scy oba­wiają się nalotu. W kosza­ro­wym kom­plek­sie – choć mie­ści się on poza obrę­bem twier­dzy – atak z powie­trza może oka­zać się tra­giczny w skut­kach dla zgru­po­wa­nego woj­ska, zwłasz­cza dla mało ruchli­wej arty­le­rii cięż­kiej. Dla­tego kano­nie­rzy z ulgą przyj­mują decy­zję wymar­szu w pole.

Kolumna rusza i krok za kro­kiem mozol­nie poko­nuje piasz­czy­stą wiej­ską drogę. Naresz­cie koniec uciąż­li­wej, trzy­ki­lo­me­tro­wej mor­dęgi. Konie i ludzie jed­na­kowo parują od potu. Z bez­chmur­nego nieba na­dal płyną potoki żaru. Na szczę­ście prze­marsz odbył się spo­koj­nie, bez nie­spo­dzia­nek ze strony nie­przy­ja­ciel­skiego lot­nic­twa.

W Wołynce zostaje część bate­rii pod dowódz­twem pod­po­rucz­nika rezerwy Muśnic­kiego. Obsługi zacią­gnęły wartę przy dzia­łach, wokół wsi roz­sta­wiono poste­runki, a trzy lek­kie kara­biny maszy­nowe – wyko­nu­jąc rów­nież zada­nia obrony prze­ciw­lot­ni­czej bate­rii – skie­ro­wały do góry ryjki swych luf na wyzna­czo­nych sta­no­wi­skach ognio­wych. Obrona rejonu alar­mo­wego bate­rii została zor­ga­ni­zo­wana. Paprocki wraca do Brze­ścia po resztę sprzętu i kano­nie­rów.

– Panie porucz­niku, mel­duję posłusz­nie powrót z końmi!

– A, to Weso­łow­ski?

– Tak jest, panie porucz­niku.

– No i jak tam było? Konie są? Dobre?

– Było słabo, panie porucz­niku. Nie ma jesz­cze koni do peł­nego stanu bate­rii. A i to, co przy­pro­wa­dzi­łem, nie jest naj­lep­sze. Kate­go­rii AC, wie pan, do arty­le­rii cięż­kiej, mało. Więk­szość koni jest bez pod­ków…

– A po dro­dze wszystko było w porządku?

– Tak jest, panie porucz­niku. To jak, pój­dziemy zoba­czyć te konie?

– Teraz? Po nocy? I tak nic nie zoba­czymy. Pójdę rano.

– W porządku, panie porucz­niku. Dobra­noc panu.

– Dobra­noc, panie pod­cho­rąży. Utru­dził się pan dziś z tymi końmi. Należy się panu odpo­czy­nek. Ja też mam dosyć.

I znów sobotni pora­nek. Pomy­śleć – od roz­gry­wek teni­so­wych minął dopiero tydzień, a wydaje się, że to już co naj­mniej mie­siąc albo i wię­cej. Wtedy był jesz­cze pokój, teraz jest już wojna. I niech nikogo nie łudzi fakt, że jej odgłosy na razie tu jesz­cze nie dotarły. Nic dziw­nego – prze­cież Brześć to odle­głe zaple­cze. Bom­bar­do­wano wpraw­dzie Mała­sze­wi­cze, ale Brześć? Duży gar­ni­zon, odle­gły od gra­nic, dys­po­nuje silną obroną prze­ciw­lot­ni­czą. Chyba się Niemcy nie odważą?

Bate­ria ma już pełny stan ludzi. Paprocki tyle cho­dził, tyle szu­kał wśród zmo­bi­li­zo­wa­nych, aż wyszpe­rał chyba samych naj­lep­szych. Nawet inni dowódcy bate­rii pró­bo­wali pro­te­sto­wać prze­ciwko takiemu wybo­rowi, ale ostu­dził ich pod­puł­kow­nik Lan­kau.

– Kto się sta­rał, cho­dził i szu­kał, roz­ma­wiał, ten ma. Trzeba było też cho­dzić i wybie­rać. Kto nie chciał, dostał tych, któ­rzy zostali…

Tak więc bra­kuje tylko jesz­cze tro­chę koni i wozów tabo­ro­wych. Po połu­dniu reszta bate­rii dys­lo­kuje się do Wołynki. W Brze­ściu pozo­staje Weso­łow­ski, a z nim kapral pod­cho­rąży rezerwy Bom­mers­bach oraz kilku kano­nie­rów. Cze­kają na bra­ku­jące konie, które podobno już są w punk­cie roz­dziel­czym.

Pod­po­rucz­nik Paprocki śpie­szy się. Szybko prze­rzuca swoje rze­czy. Mun­dur, płaszcz, kilka koszul, bie­li­zna. Cie­płe ręka­wiczki brać? Chyba nie. Do zimy wszystko powinno się skoń­czyć. Fran­cuzi dołożą szko­pom z zachodu, Anglicy przy­grzeją im z góry i będzie po krzyku. Więc wszyst­kie nie­po­trzebne rze­czy do skrzyni. Pójdą na prze­cho­wa­nie do miesz­ka­nia dowódcy bate­rii w Brze­ściu.

Kapi­ta­nowi to dobrze – myśli Kazi­mierz, gna­jąc rowe­rem do Wołynki. – Wciąż mieszka sobie w domu, a ja muszę ganiać mię­dzy Brze­ściem a Wołynką. Jesz­cze tro­chę takiego tre­ningu i będę mógł star­to­wać w zawo­dach cykli­stów…

Po przy­by­ciu na miej­sce kon­tro­luje poste­runki, wydaje dal­sze dys­po­zy­cje, wpro­wa­dza słabo jesz­cze zorien­to­wa­nych ofi­ce­rów rezerwy w wojenne obo­wiązki. Spraw­dza, czy kano­nie­rzy jedli obiad, wypy­tuje szefa, co z kola­cją. Wska­kuje na rower i znów peda­łuje do Brze­ścia, na odprawę do 30 pal. Jest jesz­cze tro­chę czasu, więc po dro­dze jedzie do mia­sta za drob­nymi zaku­pami.

Osta­tecz­nie wojna wojną, a trzeba kupić parę nie­zbęd­nych dro­bia­zgów. Mydło do gole­nia, a i woda koloń­ska się koń­czy. Przyda się też tro­chę papieru do pisa­nia, parę kopert. Trzeba będzie prze­cież wysłać list do domu, do rodzi­ców. Oni też tam mar­twią się o niego.

Nie doje­chał jesz­cze do cen­trum Brze­ścia, gdy nagle roz­ję­czały się syreny. Alarm lot­ni­czy! Przez całe ciało prze­biega dreszcz emo­cji. Nalot! Na nie­bie sze­regi wro­gich maszyn. Odry­wają się od nich jakieś nie­wiel­kie punk­ciki, lecą w dół. Sły­chać przej­mu­jący, ostry, draż­niący uszy świst, nie­po­dobny do żad­nego ze sły­sza­nych dotych­czas dźwię­ków.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij