Ostatnie salwy z Łazienek - ebook
Pełen dramaturgii opis walk w czasie obrony Warszawy we wrześniu 1939 roku. Bohaterem książki jest podporucznik Kazimierz Paprocki, żołnierz dywizjonu artylerii ciężkiej. Jego oczami widzimy krwawe zmagania, które zakończyły się bolesną kapitulacją.
| Kategoria: | Historia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-11-18917-1 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
ODŁOŻONY SET
Koszulka przykleja się do pleców. Spocona dłoń z trudem utrzymuje rakietę tenisową. A major Kursa z 30 poleskiego pułku artylerii lekkiej narzucił ostre tempo i mimo upału ani myśli odpuszczać. Gra jak na pokazie.
Puk… puk… puk…
Mocnym uderzeniom rakiety towarzyszy charakterystyczny odgłos. Podobny do czegoś, ale do czego? Aha, racja. Chyba do wystrzału korka z butelki szampana.
Podporucznik Paprocki zwija się na korcie jak w ukropie. Bo zresztą i ukrop leje się z bezchmurnego nieba. Powinno być już nieco chłodniej – wszak to późne sierpniowe popołudnie. Jesień tuż-tuż, a upały jak w środku lata.
Puk… puk… puk…
Major zdecydowanie przeszedł do ataku. Mimo trzydziestki z okładem jest silny, zwrotny, sprężysty. Nie widać też po nim większego zmęczenia. Mocny backhand, za nim drugi – w przeciwny róg kortu. Później skrót, tuż przy siatce, po niej znów długa.
Tak, z tym gemem chyba muszę się pożegnać – myśli Paprocki. – A tak ładnie mi szło. Trzy do jednego… Później major podciągnął na trzy do dwóch, a teraz wyrówna z pewnością.
Stało się. Sędziujący zawodnikom pułkownik dyplomowany Łapicki ze sztabu DOK IX pokazuje, że stosunek gemów wynosi już trzy do trzech.
Może zaproponować majorowi chwilę przerwy? A może poprosić o odłożenie spotkania do jutra? – myśli Paprocki, podnosząc piłkę z kortu. Czuje się już zmęczony. – Nie. Nie wypada. Jeszcze pomyśli, że oklapłem po przedwczorajszych nocnych ćwiczeniach. Krótki odpoczynek – i do dzieła! Najwyżej przegram tego jednego seta…
Major Bursa ociera chusteczką spocone czoło. On też czuje w mięśniach zmęczenie. Ten podporucznik ma silne uderzenie. Wprawdzie brakuje mu nieco precyzji, ale jeszcze trochę takiego ostrego treningu jak dziś i może stać się groźnym przeciwnikiem.
Nagle przedwieczorną ciszę przerywa narastający warkot silnika. Niemal pod siatkę ogrodzenia kortu wpada motocyklista. Zeskakuje z siodełka i, przytrzymując ręką bijący go po plecach karabin, podbiega do pułkownika. Coś mu melduje. Oficer skinieniem dłoni zarządza przerwę w meczu i pilnie słucha gońca.
Paprocki nie wie, o co chodzi, ale domyśla się, że nadeszła jakaś ważna informacja. Jaka? To okaże się już za chwilę.
Sytuacja polityczna w Europie nie jest najlepsza. Cały kraj żyje pod wrażeniem narastającego od miesięcy zagrożenia. Słowo „wojna” od pewnego czasu jest na ustach prawie wszystkich dorosłych. Ba, powtarzają je także dzieci, ale cóż one mogą z niego zrozumieć? Dla nich to może i groźny, ale przecież pusty dźwięk.
Od 15 maja 30 dywizjon artylerii ciężkiej stacjonuje w Brześciu nad Bugiem, na tzw. Bugszopach, w koszarach jednego z dywizjonów wspomnianego 30 pal, który od marca znajduje się gdzieś na Pomorzu, w osłonie zachodniej granicy. Artylerzyści przybyli tu transportem kolejowym w ciągu jednej nocy z Wilna.
Od 15 sierpnia w gronie oficerów nie mówi się o niczym innym jak tylko o rychłej powszechnej mobilizacji. Wśród kanonierów temat ten przebijany jest jednak innym, dla nich ważniejszym. Żniwa zakończyły się niedawno, po wsiach wkrótce rozpoczną się wykopki. Pogoda sprzyja pracom w polu, więc rozmawiają o gospodarce. Słońce świeci, grzeje. Może nawet za mocno.
Goniec kończy meldunek. Pułkownik chwyta swoją rakietę, zamienia kilka słów z majorem, żegna się uściskiem dłoni i szybko odchodzi. Podporucznik zbliża się do Bursy.
– Przerwa? – pyta.
– Tak. I to chyba nawet dłuższa, niż nam się wydaje – odpowiada major. – Została zarządzona powszechna mobilizacja! Więc wszystko wskazuje na to, że naszego seta dokończymy dopiero po wojnie… Idę do koszar, tylko najpierw wpadnę do domu się wykąpać. Ugotowaliśmy się we własnym sosie na tym upale – kończy żartem. – Do zobaczenia, panie Kazimierzu.
– Czołem, panie majorze – odpowiada Paprocki.
W drodze do koszar rozmyśla nad wydarzeniami ostatnich dni i tygodni. Wiele jednostek zostało zmobilizowanych jeszcze wiosną 1939 roku. Niektóre z nich wyszły w pole już w marcu – niby na wiosenno-letnie manewry, ale wiadomo, że w niespokojnych czasach wojsko trzeba w porę wyprowadzić z koszar.
Później trochę się uspokoiło, a jeszcze później była ta pamiętna mowa ministra Becka w Sejmie. Ale w lipcu i sierpniu czuło się, że niebezpieczeństwo wisi na włosku. Wprawdzie pocieszano się, że sojusznicy nie zawiodą, pomogą w potrzebie, przeliczano stosunek sił polskiej piechoty i kawalerii, francuskiego lotnictwa, angielskiej marynarki wojennej do niemieckiej machiny wojennej, ale za zasłoną optymizmu kryła się głęboka troska o kraj, o rodziny, o najbliższych.
Więc jak będzie ostatecznie z tą wojną? Odważą się Niemcy czy nie? Hitler straszy, krzyczy, żąda coraz bezczelniej i coraz natarczywiej, ale przecież my nie ustąpimy! Z Polską nie pójdzie mu tak łatwo jak z Austrią, Czechosłowacją czy Litwą… Gdańsk to nie Kłajpeda, korytarz – nie Sudety! My się nie damy!
I nagle przychodzi niespodziewana, niepokojąca myśl: a co będzie, jeśli sojusznicy nie zdążą z pomocą? Im Hitler nie grozi bezpośrednio, nie muszą być w pełni gotowi do walki…
Nie, to niemożliwe. Zdążą. Muszą zdążyć. Nie zostawią nas samych oko w oko z Niemcami.
Jeszcze raz sprawdza w myśli, czy w baterii wszystko jest w należytym porządku. Przez kilka ostatnich dni pełnił obowiązki dowódcy baterii, ponieważ kapitan przebywał na urlopie. Taka sytuacja i urlop? – dziwił się Paprocki, ale uznał, że skoro dowódca dywizjonu na to pozwolił, sytuacja nie jest aż tak napięta.
Później jednak nie miał już czasu się dziwić. Zaczął się młyn – zakończony dzisiejszą wiadomością o mobilizacji.
Więc tak: w nocy z czwartku na piątek 25 sierpnia dowódca dywizjonu, podpułkownik magister Józef Lankau, zarządził alarm ćwiczebny i wyprowadzenie wszystkich baterii z koszar. Alarm przebiegł sprawnie, zresztą ćwiczyli taką sytuację już niejednokrotnie. Wyszli w rejon alarmowy, zajęli stanowiska ogniowe na ścierniskach za lasem. Okopali działa i czekali w gotowości na dalsze sygnały. Po północy przyszedł rozkaz odwołania i powrotu do koszar. Zanim wrócili, była trzecia nad ranem. Gdy o piątej przybiegł goniec z baterii i przywiózł jakąś kopertę, Paprockiemu wydało się, że ledwo przyłożył głowę do poduszki. Przyświecając zapałkami, przeczytał lakoniczną treść: „Pogotowie OPL zarządzone”.
Ładna historia – myśli podporucznik, ubierając się pośpiesznie. – Pogotowie OPL! A dowódca baterii na urlopie…
Biegnie do dywizjonu. Jako pełniący obowiązki dowódcy baterii wydaje szybko stosowne rozkazy. Po chwili przybywają pozostali oficerowie dywizjonu. Wszyscy udają się do wyznaczonego pomieszczenia w sztabie 30 pal. Paprocki zapoznaje się z dziennikiem czynności mobilizacyjnych baterii. Póki nie wróci z urlopu dowódca – już chyba zdążyli go powiadomić – on będzie kierować całością dalszych przygotowań. Także ewentualnym przebiegiem mobilizacji. Oczywiście, jeżeli zostanie ogłoszona, ale co do tego już mało kto ma wątpliwości. Nieznany jest jedynie termin. Jutro? Pojutrze? A może nawet jeszcze dziś?
Więc obiad na tempo i powrót do koszar. Wieczorem dowódca dywizjonu, podpułkownik Lankau, zarządza całodobowe dyżury oficerów przy telefonach w bateriach. Oczywiście na zmiany, aż do odwołania. Noc mija spokojnie.
Nareszcie wrócił dowódca baterii, kapitan January Pastuszewski. Jest opalony na brąz, ale zdenerwowany. Paprocki z ulgą powraca do swej roli młodszego oficera baterii. Ostatecznie, skoro już ma być ta wojna, niech baterią dowodzi jej etatowy dowódca. Ale wojny jeszcze nie ma. Jest za to sobota, 26 sierpnia. Na kortach miejskich po południu rozpoczynają się zaplanowane wcześniej mistrzostwa tenisowe Brześcia, zorganizowane przez miejscowy klub tenisowy. Garnizon z powodzeniem reprezentują major Bursa i podporucznik Paprocki. Jak dotąd posiada on już srebrny medal za zdobycie drugiego miejsca w deblu.
Niedzielne przedpołudnie upływa pracowicie. Dywizjon otrzymał nowy sprzęt maskujący: duże siatki kobiercowe. Podporucznik organizuje więc pokaz maskowania dział i innego sprzętu. Kanonierzy pocą się, szarpią i szamoczą z wielkimi sieciami, złoszczą się, gdy im coś nie wychodzi. Twierdzą, że stare maskowanie gałęziami było lepsze, szybsze i praktyczniejsze. Wreszcie zajęcia kończą się. A po obiedzie kontynuowane są tenisowe pojedynki reprezentacji garnizonu i społeczeństwa Brześcia.
W poniedziałek i wtorek znów trwa organizacyjny kołowrotek. Do garnizonu coraz liczniej przybywają oficerowie rezerwy powołani na ćwiczenia. Opowiadają, że w całym kraju na dworcach i w pociągach panuje tłok. Do normalnych urlopowych i wakacyjnych przejazdów ludności doszły dodatkowe transporty wojskowe i przewozy powoływanych na ćwiczenia rezerwistów. Na jakie ćwiczenia – tego nikt nie wie. Rezerwiści twierdzą, że idą na wojnę. Garnizonowe kasyno zapchane po brzegi. Aby zjeść posiłek, trzeba nieraz czekać godzinę, a bywa, że i dłużej…
Teraz to już nici z naszych mistrzostw – Paprocki łapie się na niedorzecznej myśli. Ale wokół tyle niedorzeczności, że jedna więcej nie psuje obrazu.
Wpada do baterii. Tu też już wszyscy wiedzą o zarządzonej mobilizacji. Zgromadzeni oficerowie czekają na dowódcę dywizjonu, ale ten jest na odprawie. Po paru godzinach nerwowego napięcia przychodzi wiadomość o odwołaniu mobilizacji. A więc jeszcze nie teraz. Oficerowie rozchodzą się na kwatery.
Dzień 30 sierpnia jest równie pogodny jak poprzednie. Po odwołaniu mobilizacji emocje jakby nieco opadły. Od rana w dywizjonie odbywają się w miarę normalne zajęcia szkoleniowe. Kadra jak zwykle zbiera się nad rzeką. Podpułkownik Lankau prowadzi zajęcia oficerskie na przyrządach pomiarowych. Gdzieś niedaleko, na przeciwległym brzegu, plażuje i kąpie się jakaś miejscowa piękność w nadzwyczaj skąpym, obcisłym kostiumie. Wzrok niejednego uczestnika zajęć kieruje się tam chętniej niż w stronę teodolitu.
Nadbiega goniec, wręcza dowódcy kopertę. Podpułkownik poważnieje.
– Panowie oficerowie! Mobilizacja powszechna zarządzona! Koniec zajęć! Wracamy do koszar. Proszę natychmiast przystąpić do wykonywania czynności mobilizacyjnych…
Drugie odwołanie już raczej nie przyjdzie. Z tą chwilą 30 dywizjon artylerii ciężkiej stał się 2 dywizjonem 3 pułku artylerii ciężkiej, w składzie 4., 5. i 6. baterii. Baterie również zmieniły swe numeracje. Dotychczasowa 3 bateria Paprockiego stała się 6 baterią 2 dywizjonu 3 pac.
Podporucznik machinalnie spogląda na zegarek. Daleki jest od myśli, że oto nadchodzi jakiś historyczny moment, ale czuje, że zbliża się coś, czego tym razem jeszcze nikt nie potrafi ani odgadnąć, ani sobie wyobrazić. Coś z pewnością bardzo trudnego, niebezpiecznego. Jest środa, trzydziesty dzień sierpnia, dochodzi godzina jedenasta trzydzieści…
Odprawa kończy się szybko. Dowódca dywizjonu przypomniał znane wszystkim czynności, obowiązki i zadania mobilizacyjne. Dowódcy baterii i plutonów rozeszli się do swych pododdziałów. Tu spotkały ich poważne, zatroskane spojrzenia kanonierów.
– To co, panie poruczniku, będzie wojna? – szef baterii, starszy ogniomistrz Bolesław Drozdowski, zadał pytanie cisnące się na usta wszystkim żołnierzom. – Będzie?
– Jeśli Hitler zacznie, to będzie. Przecież nie oddamy mu ani korytarza, ani Gdańska – odpowiada Paprocki.
– A wygramy? – spytał z niepokojem któryś z kanonierów.
– Głupiś! Jeszcze pytasz! Pewnie, że wygramy! – zgromił go natychmiast inny.
Dobrze – pomyślał Paprocki. – Dobrze, że ludzie są pewni siebie. Duch żołnierza to połowa sukcesu.
Istotnie, na morale żołnierzy nie można było narzekać.
Wieczór zastał kadrę w koszarach. Sprawdzano przydziały, kontrolowano stan uzbrojenia, przeglądano sprzęt, wyposażenie indywidualne kanonierów. Czekano z niecierpliwością na uzupełnienie koni z poboru, po które pojechał w południe starszy ogniomistrz podchorąży Stanisław Wesołowski.
Kolejny dzień upłynął również na wytężonej pracy organizacyjnej. Do baterii przybyło dwóch oficerów rezerwy: podporucznicy Kazimierz Muśnicki, inżynier górnik, i Tadeusz Olkowski, inżynier leśnik. Nie przybyły natomiast konie z poboru mobilizacyjnego, co bardzo niepokoi dowódcę baterii.
– Diabli nadali taki interes – klnie umiarkowanie kapitan. Krępuje się jeszcze obecnością rezerwistów-inżynierów. – Jeśli tak dalej pójdzie, rozpoczniemy wojnę bez koni…WOJNA
Budzik rozdzwonił się punktualnie o szóstej. Już po pierwszym dźwięku Paprocki chwycił go i wetknął ze złością pod poduszkę. Poprzedniego wieczoru późno wrócił z koszar, położył się dobrze po północy i mimo zmęczenia długo nie mógł zasnąć.
Jeszcze chwilkę, jeszcze choć z piętnaście minut – pomyślał, niechętnie wyjmując uciszony zegarek spod poduszki. Wskazówki jednak miarowo posuwały się naprzód. Z głębokim westchnieniem podniósł się z posłania.
Kończył ubieranie, gdy posłyszał dziwne, natrętne brzęczenie, jakby wielkiego, odległego roju pszczół. Po chwili rozległy się głośne detonacje. Zawtórował im przytłumiony dźwięk szyb w oknach.
No, chyba zaczęło się już naprawdę, bo to nie wystrzały armatnie – stwierdził w myślach, zapinając ostatnie guziki munduru.
Pobiegł do koszar, gdzie dowiedział się, że zostało zbombardowane lotnisko w Małaszewiczach.
W koszarach wrzało. Wszyscy już wiedzieli o wybuchu wojny. Rozgorączkowani kanonierzy wytaczali działa – ciężkie 155-milimetrowe olbrzymy – oraz pozostały sprzęt i wyprowadzali konie. Czekali na rozkaz opuszczenia koszar, który przecież lada chwila musi nadejść.
– Poruczniku Paprocki – woła dowódca baterii – weźmie pan natychmiast działa i sprzęt i zaprowadzi kolumnę do wsi Wołynka. Wie pan, do rejonu mobilizacji baterii. Później wróci pan po konie, które powinny do tego czasu już tu przybyć.
– Rozkaz, panie kapitanie!
Paprocki formuje kolumnę baterii. Pomagają mu podoficerowie. Tym razem wszystko idzie znacznie lepiej niż podczas ostatnich ćwiczeń. Nic dziwnego – wtedy była noc, teraz jest dzień, a i trening zrobił swoje. Ludzie są pewniejsi, pracują sprawniej, choć jakiś cień niepokoju nadal wisi w powietrzu. Nikt głośno tego nie mówi, ale wszyscy obawiają się nalotu. W koszarowym kompleksie – choć mieści się on poza obrębem twierdzy – atak z powietrza może okazać się tragiczny w skutkach dla zgrupowanego wojska, zwłaszcza dla mało ruchliwej artylerii ciężkiej. Dlatego kanonierzy z ulgą przyjmują decyzję wymarszu w pole.
Kolumna rusza i krok za krokiem mozolnie pokonuje piaszczystą wiejską drogę. Nareszcie koniec uciążliwej, trzykilometrowej mordęgi. Konie i ludzie jednakowo parują od potu. Z bezchmurnego nieba nadal płyną potoki żaru. Na szczęście przemarsz odbył się spokojnie, bez niespodzianek ze strony nieprzyjacielskiego lotnictwa.
W Wołynce zostaje część baterii pod dowództwem podporucznika rezerwy Muśnickiego. Obsługi zaciągnęły wartę przy działach, wokół wsi rozstawiono posterunki, a trzy lekkie karabiny maszynowe – wykonując również zadania obrony przeciwlotniczej baterii – skierowały do góry ryjki swych luf na wyznaczonych stanowiskach ogniowych. Obrona rejonu alarmowego baterii została zorganizowana. Paprocki wraca do Brześcia po resztę sprzętu i kanonierów.
– Panie poruczniku, melduję posłusznie powrót z końmi!
– A, to Wesołowski?
– Tak jest, panie poruczniku.
– No i jak tam było? Konie są? Dobre?
– Było słabo, panie poruczniku. Nie ma jeszcze koni do pełnego stanu baterii. A i to, co przyprowadziłem, nie jest najlepsze. Kategorii AC, wie pan, do artylerii ciężkiej, mało. Większość koni jest bez podków…
– A po drodze wszystko było w porządku?
– Tak jest, panie poruczniku. To jak, pójdziemy zobaczyć te konie?
– Teraz? Po nocy? I tak nic nie zobaczymy. Pójdę rano.
– W porządku, panie poruczniku. Dobranoc panu.
– Dobranoc, panie podchorąży. Utrudził się pan dziś z tymi końmi. Należy się panu odpoczynek. Ja też mam dosyć.
I znów sobotni poranek. Pomyśleć – od rozgrywek tenisowych minął dopiero tydzień, a wydaje się, że to już co najmniej miesiąc albo i więcej. Wtedy był jeszcze pokój, teraz jest już wojna. I niech nikogo nie łudzi fakt, że jej odgłosy na razie tu jeszcze nie dotarły. Nic dziwnego – przecież Brześć to odległe zaplecze. Bombardowano wprawdzie Małaszewicze, ale Brześć? Duży garnizon, odległy od granic, dysponuje silną obroną przeciwlotniczą. Chyba się Niemcy nie odważą?
Bateria ma już pełny stan ludzi. Paprocki tyle chodził, tyle szukał wśród zmobilizowanych, aż wyszperał chyba samych najlepszych. Nawet inni dowódcy baterii próbowali protestować przeciwko takiemu wyborowi, ale ostudził ich podpułkownik Lankau.
– Kto się starał, chodził i szukał, rozmawiał, ten ma. Trzeba było też chodzić i wybierać. Kto nie chciał, dostał tych, którzy zostali…
Tak więc brakuje tylko jeszcze trochę koni i wozów taborowych. Po południu reszta baterii dyslokuje się do Wołynki. W Brześciu pozostaje Wesołowski, a z nim kapral podchorąży rezerwy Bommersbach oraz kilku kanonierów. Czekają na brakujące konie, które podobno już są w punkcie rozdzielczym.
Podporucznik Paprocki śpieszy się. Szybko przerzuca swoje rzeczy. Mundur, płaszcz, kilka koszul, bielizna. Ciepłe rękawiczki brać? Chyba nie. Do zimy wszystko powinno się skończyć. Francuzi dołożą szkopom z zachodu, Anglicy przygrzeją im z góry i będzie po krzyku. Więc wszystkie niepotrzebne rzeczy do skrzyni. Pójdą na przechowanie do mieszkania dowódcy baterii w Brześciu.
Kapitanowi to dobrze – myśli Kazimierz, gnając rowerem do Wołynki. – Wciąż mieszka sobie w domu, a ja muszę ganiać między Brześciem a Wołynką. Jeszcze trochę takiego treningu i będę mógł startować w zawodach cyklistów…
Po przybyciu na miejsce kontroluje posterunki, wydaje dalsze dyspozycje, wprowadza słabo jeszcze zorientowanych oficerów rezerwy w wojenne obowiązki. Sprawdza, czy kanonierzy jedli obiad, wypytuje szefa, co z kolacją. Wskakuje na rower i znów pedałuje do Brześcia, na odprawę do 30 pal. Jest jeszcze trochę czasu, więc po drodze jedzie do miasta za drobnymi zakupami.
Ostatecznie wojna wojną, a trzeba kupić parę niezbędnych drobiazgów. Mydło do golenia, a i woda kolońska się kończy. Przyda się też trochę papieru do pisania, parę kopert. Trzeba będzie przecież wysłać list do domu, do rodziców. Oni też tam martwią się o niego.
Nie dojechał jeszcze do centrum Brześcia, gdy nagle rozjęczały się syreny. Alarm lotniczy! Przez całe ciało przebiega dreszcz emocji. Nalot! Na niebie szeregi wrogich maszyn. Odrywają się od nich jakieś niewielkie punkciki, lecą w dół. Słychać przejmujący, ostry, drażniący uszy świst, niepodobny do żadnego ze słyszanych dotychczas dźwięków.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Koszulka przykleja się do pleców. Spocona dłoń z trudem utrzymuje rakietę tenisową. A major Kursa z 30 poleskiego pułku artylerii lekkiej narzucił ostre tempo i mimo upału ani myśli odpuszczać. Gra jak na pokazie.
Puk… puk… puk…
Mocnym uderzeniom rakiety towarzyszy charakterystyczny odgłos. Podobny do czegoś, ale do czego? Aha, racja. Chyba do wystrzału korka z butelki szampana.
Podporucznik Paprocki zwija się na korcie jak w ukropie. Bo zresztą i ukrop leje się z bezchmurnego nieba. Powinno być już nieco chłodniej – wszak to późne sierpniowe popołudnie. Jesień tuż-tuż, a upały jak w środku lata.
Puk… puk… puk…
Major zdecydowanie przeszedł do ataku. Mimo trzydziestki z okładem jest silny, zwrotny, sprężysty. Nie widać też po nim większego zmęczenia. Mocny backhand, za nim drugi – w przeciwny róg kortu. Później skrót, tuż przy siatce, po niej znów długa.
Tak, z tym gemem chyba muszę się pożegnać – myśli Paprocki. – A tak ładnie mi szło. Trzy do jednego… Później major podciągnął na trzy do dwóch, a teraz wyrówna z pewnością.
Stało się. Sędziujący zawodnikom pułkownik dyplomowany Łapicki ze sztabu DOK IX pokazuje, że stosunek gemów wynosi już trzy do trzech.
Może zaproponować majorowi chwilę przerwy? A może poprosić o odłożenie spotkania do jutra? – myśli Paprocki, podnosząc piłkę z kortu. Czuje się już zmęczony. – Nie. Nie wypada. Jeszcze pomyśli, że oklapłem po przedwczorajszych nocnych ćwiczeniach. Krótki odpoczynek – i do dzieła! Najwyżej przegram tego jednego seta…
Major Bursa ociera chusteczką spocone czoło. On też czuje w mięśniach zmęczenie. Ten podporucznik ma silne uderzenie. Wprawdzie brakuje mu nieco precyzji, ale jeszcze trochę takiego ostrego treningu jak dziś i może stać się groźnym przeciwnikiem.
Nagle przedwieczorną ciszę przerywa narastający warkot silnika. Niemal pod siatkę ogrodzenia kortu wpada motocyklista. Zeskakuje z siodełka i, przytrzymując ręką bijący go po plecach karabin, podbiega do pułkownika. Coś mu melduje. Oficer skinieniem dłoni zarządza przerwę w meczu i pilnie słucha gońca.
Paprocki nie wie, o co chodzi, ale domyśla się, że nadeszła jakaś ważna informacja. Jaka? To okaże się już za chwilę.
Sytuacja polityczna w Europie nie jest najlepsza. Cały kraj żyje pod wrażeniem narastającego od miesięcy zagrożenia. Słowo „wojna” od pewnego czasu jest na ustach prawie wszystkich dorosłych. Ba, powtarzają je także dzieci, ale cóż one mogą z niego zrozumieć? Dla nich to może i groźny, ale przecież pusty dźwięk.
Od 15 maja 30 dywizjon artylerii ciężkiej stacjonuje w Brześciu nad Bugiem, na tzw. Bugszopach, w koszarach jednego z dywizjonów wspomnianego 30 pal, który od marca znajduje się gdzieś na Pomorzu, w osłonie zachodniej granicy. Artylerzyści przybyli tu transportem kolejowym w ciągu jednej nocy z Wilna.
Od 15 sierpnia w gronie oficerów nie mówi się o niczym innym jak tylko o rychłej powszechnej mobilizacji. Wśród kanonierów temat ten przebijany jest jednak innym, dla nich ważniejszym. Żniwa zakończyły się niedawno, po wsiach wkrótce rozpoczną się wykopki. Pogoda sprzyja pracom w polu, więc rozmawiają o gospodarce. Słońce świeci, grzeje. Może nawet za mocno.
Goniec kończy meldunek. Pułkownik chwyta swoją rakietę, zamienia kilka słów z majorem, żegna się uściskiem dłoni i szybko odchodzi. Podporucznik zbliża się do Bursy.
– Przerwa? – pyta.
– Tak. I to chyba nawet dłuższa, niż nam się wydaje – odpowiada major. – Została zarządzona powszechna mobilizacja! Więc wszystko wskazuje na to, że naszego seta dokończymy dopiero po wojnie… Idę do koszar, tylko najpierw wpadnę do domu się wykąpać. Ugotowaliśmy się we własnym sosie na tym upale – kończy żartem. – Do zobaczenia, panie Kazimierzu.
– Czołem, panie majorze – odpowiada Paprocki.
W drodze do koszar rozmyśla nad wydarzeniami ostatnich dni i tygodni. Wiele jednostek zostało zmobilizowanych jeszcze wiosną 1939 roku. Niektóre z nich wyszły w pole już w marcu – niby na wiosenno-letnie manewry, ale wiadomo, że w niespokojnych czasach wojsko trzeba w porę wyprowadzić z koszar.
Później trochę się uspokoiło, a jeszcze później była ta pamiętna mowa ministra Becka w Sejmie. Ale w lipcu i sierpniu czuło się, że niebezpieczeństwo wisi na włosku. Wprawdzie pocieszano się, że sojusznicy nie zawiodą, pomogą w potrzebie, przeliczano stosunek sił polskiej piechoty i kawalerii, francuskiego lotnictwa, angielskiej marynarki wojennej do niemieckiej machiny wojennej, ale za zasłoną optymizmu kryła się głęboka troska o kraj, o rodziny, o najbliższych.
Więc jak będzie ostatecznie z tą wojną? Odważą się Niemcy czy nie? Hitler straszy, krzyczy, żąda coraz bezczelniej i coraz natarczywiej, ale przecież my nie ustąpimy! Z Polską nie pójdzie mu tak łatwo jak z Austrią, Czechosłowacją czy Litwą… Gdańsk to nie Kłajpeda, korytarz – nie Sudety! My się nie damy!
I nagle przychodzi niespodziewana, niepokojąca myśl: a co będzie, jeśli sojusznicy nie zdążą z pomocą? Im Hitler nie grozi bezpośrednio, nie muszą być w pełni gotowi do walki…
Nie, to niemożliwe. Zdążą. Muszą zdążyć. Nie zostawią nas samych oko w oko z Niemcami.
Jeszcze raz sprawdza w myśli, czy w baterii wszystko jest w należytym porządku. Przez kilka ostatnich dni pełnił obowiązki dowódcy baterii, ponieważ kapitan przebywał na urlopie. Taka sytuacja i urlop? – dziwił się Paprocki, ale uznał, że skoro dowódca dywizjonu na to pozwolił, sytuacja nie jest aż tak napięta.
Później jednak nie miał już czasu się dziwić. Zaczął się młyn – zakończony dzisiejszą wiadomością o mobilizacji.
Więc tak: w nocy z czwartku na piątek 25 sierpnia dowódca dywizjonu, podpułkownik magister Józef Lankau, zarządził alarm ćwiczebny i wyprowadzenie wszystkich baterii z koszar. Alarm przebiegł sprawnie, zresztą ćwiczyli taką sytuację już niejednokrotnie. Wyszli w rejon alarmowy, zajęli stanowiska ogniowe na ścierniskach za lasem. Okopali działa i czekali w gotowości na dalsze sygnały. Po północy przyszedł rozkaz odwołania i powrotu do koszar. Zanim wrócili, była trzecia nad ranem. Gdy o piątej przybiegł goniec z baterii i przywiózł jakąś kopertę, Paprockiemu wydało się, że ledwo przyłożył głowę do poduszki. Przyświecając zapałkami, przeczytał lakoniczną treść: „Pogotowie OPL zarządzone”.
Ładna historia – myśli podporucznik, ubierając się pośpiesznie. – Pogotowie OPL! A dowódca baterii na urlopie…
Biegnie do dywizjonu. Jako pełniący obowiązki dowódcy baterii wydaje szybko stosowne rozkazy. Po chwili przybywają pozostali oficerowie dywizjonu. Wszyscy udają się do wyznaczonego pomieszczenia w sztabie 30 pal. Paprocki zapoznaje się z dziennikiem czynności mobilizacyjnych baterii. Póki nie wróci z urlopu dowódca – już chyba zdążyli go powiadomić – on będzie kierować całością dalszych przygotowań. Także ewentualnym przebiegiem mobilizacji. Oczywiście, jeżeli zostanie ogłoszona, ale co do tego już mało kto ma wątpliwości. Nieznany jest jedynie termin. Jutro? Pojutrze? A może nawet jeszcze dziś?
Więc obiad na tempo i powrót do koszar. Wieczorem dowódca dywizjonu, podpułkownik Lankau, zarządza całodobowe dyżury oficerów przy telefonach w bateriach. Oczywiście na zmiany, aż do odwołania. Noc mija spokojnie.
Nareszcie wrócił dowódca baterii, kapitan January Pastuszewski. Jest opalony na brąz, ale zdenerwowany. Paprocki z ulgą powraca do swej roli młodszego oficera baterii. Ostatecznie, skoro już ma być ta wojna, niech baterią dowodzi jej etatowy dowódca. Ale wojny jeszcze nie ma. Jest za to sobota, 26 sierpnia. Na kortach miejskich po południu rozpoczynają się zaplanowane wcześniej mistrzostwa tenisowe Brześcia, zorganizowane przez miejscowy klub tenisowy. Garnizon z powodzeniem reprezentują major Bursa i podporucznik Paprocki. Jak dotąd posiada on już srebrny medal za zdobycie drugiego miejsca w deblu.
Niedzielne przedpołudnie upływa pracowicie. Dywizjon otrzymał nowy sprzęt maskujący: duże siatki kobiercowe. Podporucznik organizuje więc pokaz maskowania dział i innego sprzętu. Kanonierzy pocą się, szarpią i szamoczą z wielkimi sieciami, złoszczą się, gdy im coś nie wychodzi. Twierdzą, że stare maskowanie gałęziami było lepsze, szybsze i praktyczniejsze. Wreszcie zajęcia kończą się. A po obiedzie kontynuowane są tenisowe pojedynki reprezentacji garnizonu i społeczeństwa Brześcia.
W poniedziałek i wtorek znów trwa organizacyjny kołowrotek. Do garnizonu coraz liczniej przybywają oficerowie rezerwy powołani na ćwiczenia. Opowiadają, że w całym kraju na dworcach i w pociągach panuje tłok. Do normalnych urlopowych i wakacyjnych przejazdów ludności doszły dodatkowe transporty wojskowe i przewozy powoływanych na ćwiczenia rezerwistów. Na jakie ćwiczenia – tego nikt nie wie. Rezerwiści twierdzą, że idą na wojnę. Garnizonowe kasyno zapchane po brzegi. Aby zjeść posiłek, trzeba nieraz czekać godzinę, a bywa, że i dłużej…
Teraz to już nici z naszych mistrzostw – Paprocki łapie się na niedorzecznej myśli. Ale wokół tyle niedorzeczności, że jedna więcej nie psuje obrazu.
Wpada do baterii. Tu też już wszyscy wiedzą o zarządzonej mobilizacji. Zgromadzeni oficerowie czekają na dowódcę dywizjonu, ale ten jest na odprawie. Po paru godzinach nerwowego napięcia przychodzi wiadomość o odwołaniu mobilizacji. A więc jeszcze nie teraz. Oficerowie rozchodzą się na kwatery.
Dzień 30 sierpnia jest równie pogodny jak poprzednie. Po odwołaniu mobilizacji emocje jakby nieco opadły. Od rana w dywizjonie odbywają się w miarę normalne zajęcia szkoleniowe. Kadra jak zwykle zbiera się nad rzeką. Podpułkownik Lankau prowadzi zajęcia oficerskie na przyrządach pomiarowych. Gdzieś niedaleko, na przeciwległym brzegu, plażuje i kąpie się jakaś miejscowa piękność w nadzwyczaj skąpym, obcisłym kostiumie. Wzrok niejednego uczestnika zajęć kieruje się tam chętniej niż w stronę teodolitu.
Nadbiega goniec, wręcza dowódcy kopertę. Podpułkownik poważnieje.
– Panowie oficerowie! Mobilizacja powszechna zarządzona! Koniec zajęć! Wracamy do koszar. Proszę natychmiast przystąpić do wykonywania czynności mobilizacyjnych…
Drugie odwołanie już raczej nie przyjdzie. Z tą chwilą 30 dywizjon artylerii ciężkiej stał się 2 dywizjonem 3 pułku artylerii ciężkiej, w składzie 4., 5. i 6. baterii. Baterie również zmieniły swe numeracje. Dotychczasowa 3 bateria Paprockiego stała się 6 baterią 2 dywizjonu 3 pac.
Podporucznik machinalnie spogląda na zegarek. Daleki jest od myśli, że oto nadchodzi jakiś historyczny moment, ale czuje, że zbliża się coś, czego tym razem jeszcze nikt nie potrafi ani odgadnąć, ani sobie wyobrazić. Coś z pewnością bardzo trudnego, niebezpiecznego. Jest środa, trzydziesty dzień sierpnia, dochodzi godzina jedenasta trzydzieści…
Odprawa kończy się szybko. Dowódca dywizjonu przypomniał znane wszystkim czynności, obowiązki i zadania mobilizacyjne. Dowódcy baterii i plutonów rozeszli się do swych pododdziałów. Tu spotkały ich poważne, zatroskane spojrzenia kanonierów.
– To co, panie poruczniku, będzie wojna? – szef baterii, starszy ogniomistrz Bolesław Drozdowski, zadał pytanie cisnące się na usta wszystkim żołnierzom. – Będzie?
– Jeśli Hitler zacznie, to będzie. Przecież nie oddamy mu ani korytarza, ani Gdańska – odpowiada Paprocki.
– A wygramy? – spytał z niepokojem któryś z kanonierów.
– Głupiś! Jeszcze pytasz! Pewnie, że wygramy! – zgromił go natychmiast inny.
Dobrze – pomyślał Paprocki. – Dobrze, że ludzie są pewni siebie. Duch żołnierza to połowa sukcesu.
Istotnie, na morale żołnierzy nie można było narzekać.
Wieczór zastał kadrę w koszarach. Sprawdzano przydziały, kontrolowano stan uzbrojenia, przeglądano sprzęt, wyposażenie indywidualne kanonierów. Czekano z niecierpliwością na uzupełnienie koni z poboru, po które pojechał w południe starszy ogniomistrz podchorąży Stanisław Wesołowski.
Kolejny dzień upłynął również na wytężonej pracy organizacyjnej. Do baterii przybyło dwóch oficerów rezerwy: podporucznicy Kazimierz Muśnicki, inżynier górnik, i Tadeusz Olkowski, inżynier leśnik. Nie przybyły natomiast konie z poboru mobilizacyjnego, co bardzo niepokoi dowódcę baterii.
– Diabli nadali taki interes – klnie umiarkowanie kapitan. Krępuje się jeszcze obecnością rezerwistów-inżynierów. – Jeśli tak dalej pójdzie, rozpoczniemy wojnę bez koni…WOJNA
Budzik rozdzwonił się punktualnie o szóstej. Już po pierwszym dźwięku Paprocki chwycił go i wetknął ze złością pod poduszkę. Poprzedniego wieczoru późno wrócił z koszar, położył się dobrze po północy i mimo zmęczenia długo nie mógł zasnąć.
Jeszcze chwilkę, jeszcze choć z piętnaście minut – pomyślał, niechętnie wyjmując uciszony zegarek spod poduszki. Wskazówki jednak miarowo posuwały się naprzód. Z głębokim westchnieniem podniósł się z posłania.
Kończył ubieranie, gdy posłyszał dziwne, natrętne brzęczenie, jakby wielkiego, odległego roju pszczół. Po chwili rozległy się głośne detonacje. Zawtórował im przytłumiony dźwięk szyb w oknach.
No, chyba zaczęło się już naprawdę, bo to nie wystrzały armatnie – stwierdził w myślach, zapinając ostatnie guziki munduru.
Pobiegł do koszar, gdzie dowiedział się, że zostało zbombardowane lotnisko w Małaszewiczach.
W koszarach wrzało. Wszyscy już wiedzieli o wybuchu wojny. Rozgorączkowani kanonierzy wytaczali działa – ciężkie 155-milimetrowe olbrzymy – oraz pozostały sprzęt i wyprowadzali konie. Czekali na rozkaz opuszczenia koszar, który przecież lada chwila musi nadejść.
– Poruczniku Paprocki – woła dowódca baterii – weźmie pan natychmiast działa i sprzęt i zaprowadzi kolumnę do wsi Wołynka. Wie pan, do rejonu mobilizacji baterii. Później wróci pan po konie, które powinny do tego czasu już tu przybyć.
– Rozkaz, panie kapitanie!
Paprocki formuje kolumnę baterii. Pomagają mu podoficerowie. Tym razem wszystko idzie znacznie lepiej niż podczas ostatnich ćwiczeń. Nic dziwnego – wtedy była noc, teraz jest dzień, a i trening zrobił swoje. Ludzie są pewniejsi, pracują sprawniej, choć jakiś cień niepokoju nadal wisi w powietrzu. Nikt głośno tego nie mówi, ale wszyscy obawiają się nalotu. W koszarowym kompleksie – choć mieści się on poza obrębem twierdzy – atak z powietrza może okazać się tragiczny w skutkach dla zgrupowanego wojska, zwłaszcza dla mało ruchliwej artylerii ciężkiej. Dlatego kanonierzy z ulgą przyjmują decyzję wymarszu w pole.
Kolumna rusza i krok za krokiem mozolnie pokonuje piaszczystą wiejską drogę. Nareszcie koniec uciążliwej, trzykilometrowej mordęgi. Konie i ludzie jednakowo parują od potu. Z bezchmurnego nieba nadal płyną potoki żaru. Na szczęście przemarsz odbył się spokojnie, bez niespodzianek ze strony nieprzyjacielskiego lotnictwa.
W Wołynce zostaje część baterii pod dowództwem podporucznika rezerwy Muśnickiego. Obsługi zaciągnęły wartę przy działach, wokół wsi rozstawiono posterunki, a trzy lekkie karabiny maszynowe – wykonując również zadania obrony przeciwlotniczej baterii – skierowały do góry ryjki swych luf na wyznaczonych stanowiskach ogniowych. Obrona rejonu alarmowego baterii została zorganizowana. Paprocki wraca do Brześcia po resztę sprzętu i kanonierów.
– Panie poruczniku, melduję posłusznie powrót z końmi!
– A, to Wesołowski?
– Tak jest, panie poruczniku.
– No i jak tam było? Konie są? Dobre?
– Było słabo, panie poruczniku. Nie ma jeszcze koni do pełnego stanu baterii. A i to, co przyprowadziłem, nie jest najlepsze. Kategorii AC, wie pan, do artylerii ciężkiej, mało. Większość koni jest bez podków…
– A po drodze wszystko było w porządku?
– Tak jest, panie poruczniku. To jak, pójdziemy zobaczyć te konie?
– Teraz? Po nocy? I tak nic nie zobaczymy. Pójdę rano.
– W porządku, panie poruczniku. Dobranoc panu.
– Dobranoc, panie podchorąży. Utrudził się pan dziś z tymi końmi. Należy się panu odpoczynek. Ja też mam dosyć.
I znów sobotni poranek. Pomyśleć – od rozgrywek tenisowych minął dopiero tydzień, a wydaje się, że to już co najmniej miesiąc albo i więcej. Wtedy był jeszcze pokój, teraz jest już wojna. I niech nikogo nie łudzi fakt, że jej odgłosy na razie tu jeszcze nie dotarły. Nic dziwnego – przecież Brześć to odległe zaplecze. Bombardowano wprawdzie Małaszewicze, ale Brześć? Duży garnizon, odległy od granic, dysponuje silną obroną przeciwlotniczą. Chyba się Niemcy nie odważą?
Bateria ma już pełny stan ludzi. Paprocki tyle chodził, tyle szukał wśród zmobilizowanych, aż wyszperał chyba samych najlepszych. Nawet inni dowódcy baterii próbowali protestować przeciwko takiemu wyborowi, ale ostudził ich podpułkownik Lankau.
– Kto się starał, chodził i szukał, rozmawiał, ten ma. Trzeba było też chodzić i wybierać. Kto nie chciał, dostał tych, którzy zostali…
Tak więc brakuje tylko jeszcze trochę koni i wozów taborowych. Po południu reszta baterii dyslokuje się do Wołynki. W Brześciu pozostaje Wesołowski, a z nim kapral podchorąży rezerwy Bommersbach oraz kilku kanonierów. Czekają na brakujące konie, które podobno już są w punkcie rozdzielczym.
Podporucznik Paprocki śpieszy się. Szybko przerzuca swoje rzeczy. Mundur, płaszcz, kilka koszul, bielizna. Ciepłe rękawiczki brać? Chyba nie. Do zimy wszystko powinno się skończyć. Francuzi dołożą szkopom z zachodu, Anglicy przygrzeją im z góry i będzie po krzyku. Więc wszystkie niepotrzebne rzeczy do skrzyni. Pójdą na przechowanie do mieszkania dowódcy baterii w Brześciu.
Kapitanowi to dobrze – myśli Kazimierz, gnając rowerem do Wołynki. – Wciąż mieszka sobie w domu, a ja muszę ganiać między Brześciem a Wołynką. Jeszcze trochę takiego treningu i będę mógł startować w zawodach cyklistów…
Po przybyciu na miejsce kontroluje posterunki, wydaje dalsze dyspozycje, wprowadza słabo jeszcze zorientowanych oficerów rezerwy w wojenne obowiązki. Sprawdza, czy kanonierzy jedli obiad, wypytuje szefa, co z kolacją. Wskakuje na rower i znów pedałuje do Brześcia, na odprawę do 30 pal. Jest jeszcze trochę czasu, więc po drodze jedzie do miasta za drobnymi zakupami.
Ostatecznie wojna wojną, a trzeba kupić parę niezbędnych drobiazgów. Mydło do golenia, a i woda kolońska się kończy. Przyda się też trochę papieru do pisania, parę kopert. Trzeba będzie przecież wysłać list do domu, do rodziców. Oni też tam martwią się o niego.
Nie dojechał jeszcze do centrum Brześcia, gdy nagle rozjęczały się syreny. Alarm lotniczy! Przez całe ciało przebiega dreszcz emocji. Nalot! Na niebie szeregi wrogich maszyn. Odrywają się od nich jakieś niewielkie punkciki, lecą w dół. Słychać przejmujący, ostry, drażniący uszy świst, niepodobny do żadnego ze słyszanych dotychczas dźwięków.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
więcej..